Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 sierpnia 2025

Mari Jungstedt „Ostatni akt”

 

Pisałam już wielokrotnie o cyklu gotlandzkim, ostatnio nie najlepiej go oceniałam i myślałam, że już upada. Ten tom nie jest jednak zły, jest idealny na zmęczenie, nie trzeba wiele myśleć, czyta się jakby samo i wciąga. Jest też spore zaskoczenie na finiszu, prawdziwy majstersztyk. Jest trochę Gotlandii, są ruiny starego zamku, w którym latem pokazywane są spektakle teatralne.

    Jungstedt stworzyła świetny portret psychologiczny osoby, która zaczęła niemal wariować z powodu zakochania. Od początku wiadomo, że osoba ta nie jest w wieku nastoletnim, tylko średnim, żyje w stadle małżeńskim, czyli nietypowo, bo osoba „tracąca głowę” z miłości kojarzy się raczej z kimś w wieku kilkunastu lat albo niewiele starszym. Zabicie kogoś z miłości jest już totalnym wynaturzeniem i mało kto zna takiego zabójcę. Ale każdy chyba zna kogoś, kto pod wpływem uczucia zachowywał się irracjonalnie i ze szkodą dla siebie. Tutaj można obserwować proces zatracania się w uczuciu i stopniowej utraty kontroli nad tym, co się dzieje. Opisane jest to przekonująco, można zaobserwować wszystkie czynniki, które doprowadziły tą osobę do takiego stanu. Widać wyraźnie, że granica pomiędzy zachowaniem względnie normalnym a wyraźnie zaburzonym, jest płynna.

     W tym tomie Jungstedt odmitologizowuje Gotlandię, która kojarzy się z reguły trochę z dawną historią, z czymś dalekim, fascynującym i pięknym. Dla turystów Gotlandia taka jest, ale życie codzienne w małej gotlandzkiej miejscowości pod pewnymi względami nie różni się od życia w małych miejscowościach w Polsce czy innych krajach. Z pewnością nie jest to dla każdego, wszyscy wszystkich znają, nic się przed ludźmi nie ukryje, plotkarstwo kwitnie. Tu właśnie pokazane jest, jak jedna z opisywanych osób rozważa opcję przeprowadzki do Sztokholmu.

    Jeśli ktoś nie oczekuje czegoś głębszego, to powinien być zadowolony.

7/10









piątek, 19 lipca 2024

Ulf Kvensler „Sarek”


     Jest to szalenie wciągający thirler psychologiczny, a przy okazji książka o górach. Trójka przyjaciół co roku wyjeżdżała w góry, tym razem jednak pojechali w czwórkę z nowo poznanym chłopakiem jednej z dziewczyn, Jacobem. Wydawałoby się pozornie, że niewiadomą będzie tutaj ten nowy osobnik, pozostali przecież się znają. Byłoby to zbyt proste i zbyt nudne. 

Wszystko tutaj zaskakuje, ludzi i góry. Szwedzkie, tytułowe pasmo górskie Sarek, w niczym nie przypomina takich gór, jakie zna zdecydowana większość z nas. Teren jest olbrzymi, szlaków jest bardzo mało, nie ma schronisk, nie ma osad ludzkich, sklepów, nie ma też zasięgu telefonicznego. I te góry cały czas zaskakują, a to nagła zmianą pogody, a to nieprzewidzianym ukształtowaniem terenu. Do najbliższej miejscowości w zależności od tego, gdzie się jest, może być nawet parę dni drogi.   Na coś takiego pod wpływem Jacoba zdecydowała się cała czwórka. 

Tak samo jak i góry zaskakują, zaskakujące jest to, co zaczyna dziać się z ludźmi. Tak jakby surowa przyroda nie tolerowała zakłamania. Ta sytuacja była lepsza od psychoterapii, ujawniła wszystkie skrywane dotąd kompleksy, niespełnienia, traumy, brak odwagi, by spojrzeć w oczy niechcianym prawdom, ale i bezwzględność, brak empatii i wiele innych rzeczy. Jest to zadziwiająca mieszanka.

Czytając powieść, świetnie można obserwować różne zjawiska, chociażby to, jak rodzi się przemoc psychiczna i tolerancja na nią. Gdy występuje ona w skrajnej postaci, nic nie budzi wątpliwości, zdrowy psychicznie człowiek wie, że ktoś przekracza granice i reaguje na określone zachowanie. Tu pokazane jest, jak dochodzi do tego, że w relacji pomiędzy dwojgiem osób co, co nie jest normalne, zaczyna być traktowane jako norma. Zacząć się wszystko może od drobiazgów, od drobnego grymasu, gdy ktoś ma inne zdanie, od niezbyt miłego tonu, gdy się do kogoś coś mówi. Potem już zaczynają się niemiłe komentarze, lekceważenie w towarzystwie, wręcz agresja słowna i pozostaje tylko mały krok do użycia siły. A druga osoba nawet nie zauważa, że jest poniżana, dezawuowana, że niszczone jest jej poczucie wartości, nawet uzależnia się od sprawcy.   

Świetnie jest popatrzeć, jak bardzo różni się prawdziwa osobowość opisywanych osób od tego, na kogo wyglądają. To tak jakby oglądać aktora w kostiumie, kiedy spektakl dopiero się zaczyna. Nasi bohaterowie są właśnie niczym ci aktorzy, tylko że w miarę upływu wydarzeń maski spadają, a kostiumy się niszczą, pozostaje tylko prawda. W pierwszych scenach obserwujemy ludzi sukcesu, prawdziwych japiszonów, zarabiających dużą kasę, robiących karierę, mających dobrą pozycję zawodową i towarzyską. Potem obraz coraz bardziej się komplikuje. Ale nic tu nie jest proste, nic nie jest czarno – białe. Powieść naprawdę zaskakuje. 

8/10











piątek, 7 stycznia 2022

Mari Jungstedt "Ciemność wśród nas"

     To kolejny tom M. Jungstedt, jaki przeczytałam i który utwierdził mnie w przekonaniu, że każdy kolejny tom cyklu jest jeszcze gorszy, niż poprzedni. Szwedka potrafi pisać tak bardzo wciągająco i tak sugestywnie pokazywać melancholijny klimat Gotlandii, że zawsze darowałam jej płyciutką psychologię, na zasadzie że coś za coś. Plusem powieści z cyklu były opisy wyspy i np. różne smaczki z pracy jednego z bohaterów, dziennikarza telewizyjnego Johana, które autorka świetnie potrafi opisać, gdyż była dziennikarką. W poprzednich tomach zdarzały się też odniesienia do historii, np. bohaterami byli archeolodzy, odnajdujący m. in. ślady Wikingów. Albo np. pojawiały się osoby, chcące jakby wskrzesić dawne kulty religijne i dokonujące mordów rytualnych. Ta książka to idealny przykład cyklu kryminalnego, który zaczyna się wypalać. 

     W "Ciemności wśród nas" tych plusów jest coraz mniej, powieść nawet nie wciąga w akcję. Autorka staje się coraz bardziej powtarzalna i przewidywalna. I w tej i w innych jej książkach są liczne retrospekcje, obrazujące dzieciństwo i wcześniejszy okres życia zabójcy. Nie demaskuje to osoby, ale opisy trudnego dzieciństwa zaczynają już mnie męczyć, tym bardziej że zbrodnie popełniają nie tylko osoby, które miały trudne dzieciństwo. W tym tomie nie ma oryginalności niemal pod żadnym względem, dowody wskazują na to, że sprawcą może być osoba, która nienawidzi uchodźców, emigrantów i najchętniej głosiłaby hasła "Szwecja dla Szwedów". Nacjonalizm jest teraz rzeczywiście coraz częstszy i to w różnych miejscach, temat ten jest do tego nośny medialnie, ale też już czuję lekki przesyt. Wikingów, dawnych kultów religijnych i innych oryginalniejszych tematów oczywiście nie ma, nawiązań do historii wyspy, oczywiście też nie ma. Przewidywalność jest już tak duża, że sprawcę wytypowałam zaraz, gdy tylko pojawił się w pierwszej scenie. Psychologia nadal jest płyciutka i właściwie sprowadza się do powierzchownego opisu bardzo poważnego kryzysu w związku policjanta i jego refleksji, że ma już ponad 60 lat, dzieci są dorosłe, bliskich przyjaciół właściwie nie ma, a gdy związku nie da się uratować, a on odejdzie na emeryturę, to czeka go pustka. Nie jest to szczególnie odkrywcze. O Gotlandii coraz mniej można się dowiedzieć, w książce jest bardzo krótki opis regat, jakie się od wyspy zaczynają. Gdyby ten wątek został pogłębiony, byłoby ciekawie, pogłębiony nie został. 

 Będę się musiała mocno zastanowić, czy sięgnąć po kolejną książkę Jungstedt. 
 3/6

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Mari Jungstedt "druga twarz" - cykl z inspektorem Andersem Knutasem tom 13

 


Druga twarz - Mari Jungstedt | okładka

   Jednym z największych uroków cyklu jest Gotlandia, gdzie rozgrywają się niemal wszystkie wydarzenia. Wyspa ta nie jest tak popularna, jak inne, nazwijmy to wyspy w ciepłych krajach. Jest inna, zimna, wietrzna, mało przyjazna, z zachowaną zabudową średniowieczną. Dla mnie jest porywająca. W każdym tomie czegoś o niej i życiu na niej można się dowiedzieć. Autorka w poprzednich tomach pisała m. in. o śladach Wikingów, o dawnych kultach religijnych, o hucznych i corocznych obchodach Midsommer, czyli naszej Nocy Świętojańskiej. W tym tomie też można bliżej przyjrzeć się właśnie obchodom Midsommer. Zawsze gdy sięgam po którąś z książek cyklu nachodzi mnie myśl, aby kiedyś na urlop pojechać właśnie na Gotlandię. 

    O żadnej głębi psychologicznej nie ma tutaj mowy, ale dwójka głównych bohaterów mimo to ciekawi. Jungstedt przyjęła w większości tomów konstrukcję taką, że gdy w życiu prywatnym Andersa Knutasa, policjanta,  wszystko jest w porządku, to  dzieje się coś u dziennikarza Johana Berga. No i odwrotnie, gdy u Johana jest ok, to można spodziewać się niespodzianek u Andersa. W tym tomie najbardziej zaskoczona byłam właśnie kwestiami prywatnymi u jednego z tych głównych bohaterów i to ten wątek był dla mnie najbardziej wciągający. Mężczyzna, który wiele lat był żonaty, potem porzucony, ale udało mu się wejść w nowy związek, spotkał się z byłą żoną. I do tej byłej żony zaczęło go ciągnąć i to do tego stopnia, że obecny związek stanął pod znakiem zapytania.   

    Tytuł tego tomu mówi wiele, bo Jungstedt przedstawia tutaj ludzi, którzy żyją niczym dr Jekyll i Mr Hyde z powieści R. L. Stevensona. Na samym początku zostaje zamordowany "przykładny mąż i ojciec", w rzeczywistości miłośnik bardzo nietypowego seksu, który umówił się na spędzenie nocy z przygodnie poznaną kobietą. Oczywiście po ofierze nikt nie spodziewał się takich zamiłowań, na prowincjonalnej Gotlandii takie rzeczy przecież się nie zdarzają. Osoba zabójcy wywoła później jeszcze większy szok. 

   Jungstedt potrafi wciągać, ale w tym tomie ta umiejętność wyjątkowo nie dała o sobie znać. W "Drugiej twarzy" nie ma niestety drugiego dna, prawd psychologicznych czy jakiejkolwiek innej głębi. Jest to tylko czysta rozrywka, z której niczego innego nie da się wydusić. Ale jest idealna, gdy ktoś jest zmęczony i nie ma nastroju i chęci na wielki intelektualny wysiłek. Gdy ktoś jeszcze lubi klimaty takie, jak na Gotlandii, nie będzie zawiedziony. 
4/6    
    
     

sobota, 30 maja 2020

Mari Jungstedt "Umierający dandys"

Ilustracja


   Mari Jungstedt była dla mnie tą autorką, która gwarantowała, że jej książki czytało się naprawdę dobrze, nie nudziły i wciągały, a do tego mimo braku większej głębi psychologicznej, jednak trzymały pewien poziom. Ten tom jest inny pod względem tego wciągania w akcję. Autorka wplotła w wydarzenia sporo informacji o malarstwie i malarzach szwedzkich. No i nie za bardzo jej to wyszło. Wywody o życiorysach malarzy, chociaż nie są długie i teoretycznie mogłyby być ciekawe, do atrakcyjnych nie należą. Tom traci więc swoje tempo. Ale z drugiej strony można się dowiedzieć czegoś więcej właśnie o sztuce, niż standardowo się kojarzy, ja ze skandynawskich malarzy pamiętałam niestety tylko Strindberga i Muncha. Jungstedt wspomina m. in. Nilsa Dardela, autora tytyłowego "Umierającego dandysa", Andersa Zorna. Jeżeli więc ktoś chciałby zapomnieć o rzeczywistości i wciągnąć sie w akcję, to nie będzie zadowolony, ale jeżeli chciałby z kolei bardziej posmakować lekturę i jeszcze ewentualnie zerknąć w internecie na dzieła malarzy, o których jest mowa, to z pewnością będzie usatysfakcjonowany. 
   
      Gigantycznym plusem książki jest opis fascynacji obrazem, właśnie "Umierającym dandysem" Dardela (powyżej) przez jednego z bohaterów. Jest wiele takich sytuacji, gdy ludzie gotowi są wydać sporo pieniędzy na obrazy ich fascynujące, niekoniecznie muszą to być kolekcjonerzy czy znawcy. Może to być i zwykły człowiek, zarabiający grosze i chociaż na jego kieszeń nawet tani obraz sprzedawany gdzieś np. pod barbakanem przez studenta ASP może być za drogi, to niekiedy i tak go kupuje. Tu właśnie ta fascynacja i ta pozorna irracjonalność w zachowaniu ludzi, przeżywających te fascynacje, jest dość dobrze opisana.
 
    W tym tomie zaraz na samym początku, oczywiście na Gotlandii, zostaje zabity właściciel galerii obrazów, Egon. Nieco później dochodzi od włamania do muzeum w Sztokholmie, skąd skradziony zostaje tylko jeden obraz, właśnie "Umierający dandys". I zabójstwo i kradzież się łączą, na miejscu kradzieży złodziej zostawia bowiem rzeźbę z galerii Egona. Wiadomo, że obraz mógł zostać skradziony tylko na zlecenie kolekcjonera. Sprawcy czy sprawców trzeba więc szukać wśród osób, związanych ze sztuką. 

     Jak zawsze w tym cyklu pojawia się czwórka bohaterów: policjanci Karen i Anders, dziennikarz Johan i matka jego dziecka, Emma. Z racji tego, że życie dziennikarza nie jest ustabilizowane, jego wątek jest zdecydowanie najciekawszy. Potencjał jest też w postaci Karen, o której życiu prywatnym mało wiadomo, a która jest mocno tajemnicza. W tym tomie pozostaje ona jednak nadal swoistego rodzaju sfinksem. Generalnie jednak wszyscy bohaterowie u Junstedt są mało skomplikowani i ten brak głębi psychologicznej jest największym minusem całego cyklu. Są mało skomplikowani w tym sensie, że są przewidywalni, a ich życie wewnętrzne nie należy do szczególnie głębokiego. 


    Po przeczytaniu już zastanowiłam się nad książkami z dziełami sztuki w tle. Nie mam na myśli albumów malarskich czy książek o malarstwie czy o twórcach. Książki takie mogą być naprawdę świetne, np. "To ja byłem Vermeerem" o największym chyba fałszerzu wszechczasów, o którym pisałam już na blogu. Myślałam o beletrystyce. I trochę tych pozycji mi się przypomniało. 

1. "W poszukiwaniu straconego czasu" M. Prousta, w którym występuje fikcyjny malarz Bergotte, jest wiele rozmów o malarstwie, o tworzeniu i o odbiorze dzieł; jest też wielokrotnie powtarzające się nawiązanie do "Widoku Delft" Vermeera. 

2. "Szachownica flamandzka" A. Perez - Reverte, w której z kolei mowa jest o obrazie, na którym został zakamuflowany przekaz o morderstwie sprzed kilkuset lat, książkę tą przeczytałam jeszcze przed napisaniem bloga, jest naprawdę fascynująca,

3. "Klub Dumas" również A. Perez - Reverte, który snuje akcję wokół księgi ze średniowiecza, której autora został spalony na stosie, 

4. "Kondotier" A. Pereca - pozycja mało znana, ale opowiada o człowieku, którego życie zmieniło się przez obraz sprzed lat, przez jego wymowę, 

5. "Szmaragdowa tablica" Carli Montero, jest o Giorgone i jego "Alchemiku", który to obraz w rzeczywistości nie wiadomo, czy w ogóle powstał, ale fragmenty o sztuce czy samym malarzu są naprawdę podane w sposób fascynujący,   

6. "Pięć małych świnek" Agaty Christie, w której mowa jest o fikcyjnym malarzu i fikcyjnym obrazie, ale fascynacja obrazami już fikcyjna nie jest i widać, że Królowa Kryminału kochała sztukę, doskonale ją rozumiała i nie umiała się bez niej obejść.

4/6

niedziela, 15 grudnia 2019

Mari Jungstedt "Niewypowiedziany" tom 2 z inspektorem Knutasem

Okładka książki Niewypowiedziany Mari Jungstedt

     Gdybym miała wymienić książkę idealną dla osoby przemęczonej, chcącej się oderwać od rzeczywistości, to byłaby to właśnie jedna z książek Jungstedt z inspektorem Knutasem. Czytam ten cykl nietypowo, bo nie zachowuję kolejności. Każdy z dotychczas przeczytanych tomów czytało mi się wyjątkowo lekko i każdy bardzo mocno wciągał, a w żadnym nie było dłużyzn. Mimo zalewu kryminałów skandynawskich, te pisane przez Jungstedt, wyróżniają się. Gotlandia czyli Wyspa Wikingów jako miejsce akcji jest mocno charakterystyczna, niemal zawsze w tle rozgrywających się wydarzeń jest morze, a niekiedy też i mury obronne Visby. A drugi charakterystyczny element to opisy dwóch równolegle prowadzonych w sprawie morderstw śledztw. Jedno prowadzi policja na czele z inspektorem Knutasem, a drugie dziennikarz telewizyjny ze Sztokholmu, Berg. Panowie ci w bardzo ograniczonym stopniu, ale jednak ze sobą współpracują, a każdy w ramach swoich czynności ma inne możliwości i wykonuje nieco inne działania. Z racji tego, że autorka była dziennikarką, to właśnie poczynania Berga zasługują na szczególną uwagę. No i książki Jungstedt są pogodne, ani Berg ani Knutas nie cierpią na depresję, nie mają nałogów, nie przeżywają traum. A jeszcze do tego wszystkiego autorka myśli niestereotypowo i potrafi zaskakiwać, szczególnie przy zakończeniach.

    W tym tomie rozwiązywane są 2 łączące się ze sobą zagadki kryminalne, każda mocno niestereotypowa. Jedna to zabójstwo miejscowego pijaczka. Wszyscy go kojarzyli, jak z grupą miejscowych pijaków wysiadywał na ławkach i pod różnymi murkami. Niestereotypowe i frapujące zaś było to, że pijaczek ten przed tym, jak się zdegenerował, był cenionym fotoreporterem. Nawet gdy już przestał nim być, nosił zawsze przy sobie aparat fotograficzny. Autorka przybliża kulisy tego upadku, tej porażającej degrengolady. Historii analogicznych do tej z powieści, jest w realnym świecie niestety sporo.

    A druga zagadka to zaginięcie nastolatki. Dość szybko okazuje się, że miała romans ze starszym, dobrze sytuowanym mężczyzną. Z reguły tego typu nastolatki kojarzą się jednoznacznie z niezłymi cwaniarami, tutaj sytuacja jest inna. Zaginiona dziewczyna miała tragiczne życie, wychowywała ją matka pijaczka, prowadzenie domu było na głowie dziewczyny, a jedyne wytchnienie znajdowała podczas pracy przy koniach w miejscowej stadninie.     
    Wydawać by się mogło, że historie z alkoholem w tle już są przegadane i że niczego ciekawego nie da się w tym zakresie opowiedzieć. Ale jednak można.

     Jungstedt pisze tak, że czytelnik obserwuje naprzemiennie kulisy obu śledztw, a oprócz tego patrzy na prywatne perypetie i Knutasa i Berga. W tym tomie problemy Berga są zdecydowanie ciekawsze. Jest on kawalerem i ma romans z mężatką, matką dwojga dzieci. Chciałby, aby porzuciła ona małżonka, a on sam, gdyby tak się stało, gotowy byłby nawet zamieszkać z nią i jej dziećmi, na Gotlandii.

5/6

 

wtorek, 8 stycznia 2019

Hakan Nesser "Żywi i umarli w Winsford"



    Gdy udaje mi się doczytać do końca książkę, która nieszczególnie mi się podobała, zastanawiam się, co mimo wszystko było w niej dobrego. Sam fakt dobrnięcia do końca wskazuje przecież jednoznacznie, że plusy tej lektury przewyższyły liczbę minusów. To idealna książka dla miłośników angielskich wrzosowisk, wyjącego wiatru, pochmurnych i deszczowych dni. No i zagadki oczywiście. Od czasu lektury "Wichrowych Wzgórz" nie czytałam tak sugestywnych opisów takich miejsc. Powiedziałabym nawet, że opisy Emily Bronte czytałam ze świadomością, że tak było wiele lat temu, a jak jest tam teraz, to nie wiadomo. Wrzosowiska mogły przecież zostać zdewastowane,  zabudowane itp. Na szczęście tak się nie stało. Wrzosowiska i to równie, jak dawniej mroczne,  trwają, a czytając książkę miałam ochotę jak najszybciej tam pojechać i zobaczyć je w rzeczywistości. Główna bohaterka sporo czyta, a jej mąż to profesor literatury, tak wiec sporo mowy jest o literaturze.   Kolejnym plusem jest to, że od czytania ciężko jest się oderwać, chociaż za wiele się nie dzieje. Hakan Nesser potrafi świetnie pisać właśnie w ten sposób. 

    Otóż w czasach współczesnych, późną jesienią, do malutkiej miejscowości na wrzosowisku przybyła cudzoziemka z psem, wynajęła dom i zamieszkała w nim. Miała 55 lat. Wiadomo było, że przeżyła bliżej nieokreślony dramat. Spędzała dni na włóczeniu się po wrzosowiskach i na przeglądaniu maszynopisu książki swojego męża. Co stało się z mężem i dlaczego nie jest z nią, też do pewnego momentu nie wiadomo. Dzięki licznym retrospekcjom, szybko dowiadujemy się, co właściwie się stało. Najciekawsze są fragmenty właśnie w Anglii, szybko bowiem wokół tej kobiety zaczęły dziać się dość dziwne, aczkolwiek  niemające nic wspólnego z czymś nadprzyrodzonym, rzeczy. Otóż np. ktoś na jej samochodzie napisał słowo śmierć, innym razem znalazła pod drzwiami martwego ptaka. Ciekawie czyta się też retrospekcje, najcięższe dla mnie były fragmenty książki męża. Tych ostatnich nie jest jednak dużo i nie są długie. 

   Minusów jest sporo. Książka męża była, poza jednym fragmentem, zwyczajnie nudna. Nie wszystko co się działo, zostało w sposób jednoznaczny wytłumaczone. Portrety psychologiczne są dość płytkie. Poza frapującymi opisami wrzosowisk i małych miasteczek, o reszcie zapomina się bez żalu zaraz po przeczytaniu. Czytałam dwie powieści Hakana Nessera: "Karambol" i "Jaskółka kot, róża, śmierć", obie z cyklu z komisarzem van Veeterenem, a ich tle "Żywi i umarli" są zdecydowanie słabsi. 

3/6   

czwartek, 18 października 2018

Mari Jungstedt "Słodkie lato"

Okładka książki Słodkie lato

    
     Jeśli ktoś sięgnie po Mari Jungstedt z pewnością nie natrafi na żadną książkę głęboką i nie doszuka się w niej drugiego czy trzeciego dna. Charaktery ludzkie zawsze są ledwie zarysowane, a intrygi do nadmiernie wyszukanych też nie należą.  Główni bohaterowie są przewidywalni i zarazem mało skomplikowani. Motywy zabójców są proste.

    Ale książki te mimo tego wszystkiego mają jednak pewien urok.

niedziela, 1 stycznia 2017

Anders de la Motte „Szczątki pamięci”

Okładka książki Szczątki pamięci           

    Kiedy lubi się kryminały, warto próbować sięgać, poza ulubionymi autorami,  co jakiś czas po kogoś  nowego. Każdy nowy autor to potencjalna szansa na to, że może będzie świetny i może będzie warto do niego wracać. Po Andersa de la Motte sięgnąć,  nawet jednorazowo, naprawdę warto.

piątek, 30 grudnia 2016

Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn” – audiobook, czyta Edyta Jungowska

Dzieci z Bullerbyn - Lindgren Astrid



            Mój kolega, od bardzo wielu już lat dorosły facet,  opowiadał mi, że od kilku już lat przed Świętami Bożego Narodzenia wraca do „Dzieci z Bullerbyn”, nie zawsze czyta je w całości, ale fragmenty o Bożym Narodzeniu jak najbardziej. Ta książeczka rzeczywiście ma coś w sobie. Każdy chyba jako dziecko ją czytał i chyba każdemu się podobała. Nawet gdy nie pamięta się treści, to pamięta się klimat i poczucie, że to było fajne. A to, że Astrid Lindgren opowiada o życiu kilkorga kilkuletnich dzieci, które świetnie się bawią i są szczęśliwe, pamięta też chyba każdy. Nie mam nic przeciwko odnawianiu sobie znajomości książek z dzieciństwa, tak więc i po nią sięgnęłam.   

wtorek, 6 września 2016

Viveca Sten „Na spokojnych wodach”

Okładka książki Na spokojnych wodach           

    Dwadzieścia czy trzydzieści lat temu powieści kryminalne uchodziły za literaturę dużo gorszej jakości, tak jak filmy klasy B czy C, a może i jeszcze gorzej. Gdyby ktoś, kto kryminałami się nie interesuje, sięgnął po  „Na spokojnych wodach” uznałby, że to beznadzieja, i że „nic się nie zmieniło, w końcu to kryminał.”
 
          „Na spokojnych wodach” to zdecydowanie fatalna literatura. Myślę nawet, że na studiach, na  polonistyce lub może bardziej na skandynawistyce, ktoś z wykładowców mógłby  zlecić przeczytanie tej książki po to, aby móc potem wypunktować, dlaczego jest tak bardzo zła.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Hakan Nesser „Karambol”

Okładka książki Karambol           


        Latem, szczególnie w upały, czytam więcej książek luźniejszych, niż zwykle. „Karambol”, kryminał z cyklu z komisarzem Van Veeterenem był lekturą wyjątkowo udaną. Od dawna nie czytałam tak bardzo wciągającej książki. Zajęło mi to dwa popołudnia, a gdy zaczęłam, wszystko inne musiało zejść na drugi plan, zburzyłam cały harmonogram różnych spraw, które miałam do załatwienia. Pod względem wciągania w lekturę ten tom był porównywalny chyba tylko z Lee Child`em. Zapomniałam o wszystkich innych sprawach i przez jakiś czas żyłam w świecie Nessera. Autor wymyślił nie tylko oryginalną akcję, ale i w równie oryginalny sposób o niej opowiedział. Nie doszukałam się w tej książce ani drugiego, ani trzeciego dna, ani nadzwyczajnych rozważań psychologicznych, ale jest to bez wątpienia rzecz bardzo dobrze napisana i dająca do myślenia.  

    Wydarzenia rozpoczynają się fragmentem, który opisuje, co robi „Mężczyzna, który wkrótce miał zabić” i co dzieje się „Chłopakiem, który wkrótce miał umrzeć”. Mężczyzna wsiadł do samochodu, będąc nietrzeźwym w fatalną pogodę, nocą i potrącił tego chłopaka. Znamy więc przebieg zdarzenia, wiemy mniej więcej, kim był zabity, nie wiadomo natomiast, kim jest kierowca, który zabił. Wkrótce potem zabójca zabił ponownie kolejną osobę, tym razem z zimną krwią. Dlaczego tak się stało, chętni przeczytają. Autor opisuje oczywiście poczynania ekipy śledczej, a czytelnik wie, czy ekipa ta zmierza w prawidłowym kierunku, komu z ekipy najlepiej idzie dedukcja.  

            A co do zabójcy to normalny człowiek, jakby się wydawało, w przeciągu kilku tygodni przeistoczył się w potwora.  Sam tak powiedział o sobie w końcowej scenie – „Jeszcze dwa miesiące temu byłem normalnym człowiekiem”. A może potwór w nim drzemał i czekał na okazję, aby się obudzić? Pierwsze wydarzenie w pewnym stopniu było przypadkowe, ale potem degrengolada moralna zabójcy postępowała w zastraszającym tempie. Czy z każdym innym by tak było? Pewnie nie. Ale czy na pewno? Jest się nad czym zastanowić. Jeden z bohaterów książki przypomniał teorię kul bilardowych . Każdy, tak jak i kule toczy się po gładkiej, równej powierzchni . „Prędkość i kierunek są ustalone, ale nie sposób przewidzieć, co stanie się, gdy się zderzymy i potoczymy w innym kierunku”.

      „Karambol” jest zdecydowanie lepszy od tomu „Jaskółka. Kot. Róża. Śmierć” tego samego autora. Tą drugą książkę czytałam jakiś czas temu i teraz nie byłabym w stanie jej opowiedzieć, zlała mi się w pamięci z innymi kryminałami. „Karambol” jest na tyle oryginalny, że nie sposób go pomylić z czymkolwiek innym. Sądzę, że nawet za parę lat będę w stanie go opowiedzieć. I to wciąganie czytelnika jest tak niepowtarzalne, że już za samo to warto „Karambol” przeczytać.

5/6

     

    

     

   

poniedziałek, 11 lipca 2016

Camilla Lackberg „Pogromca lwów”

Okładka książki Pogromca lwów          

          „Pogromca lwów” jest dla mnie szalenie pozytywnym zaskoczeniem. Nie przepadałam za Camillą Lackberg, i nadal nie mogę się przekonać do celebrytki, która  uczyła się pisania książek na kursie. Przeczytałam kilka lat temu „Księżniczkę z lodu” autorstwa właśnie Lackberg. Pamiętam, że pozbawiona była jakiejkolwiek głębi, owszem, było to miejscami ciekawe, ale nic ponadto. Było to coś w stylu „przeczytać” i „zapomnieć”. Jedynie , co wydało mi się nawet fascynujące, to Fjaallbacka, czyli rodzinna miejscowość Camilli, małe , urokliwe, nadmorskie miasteczko. Widziałam gdzieś w gazecie zdjęcia z Fjallbacki, a że mam słabość do nadmorskich miasteczek, to mnie uwiodło. Po „Pogromcę lwów” sięgnęłam trochę przypadkowo, wychodząc z założenia, że będzie to lekkie, łatwe i przyjemne.  Jest to rzeczywiście lektura z jednej strony lekka, ale z drugiej  jednak z głębią i mimo wszystko dająca do myślenia.

      Wydarzenia rozgrywają się w kilku miejscach i w kilku różnych czasach. Współcześnie zaczęły ginąć młode dziewczyny, nastolatki z okolic nadmorskiego miasteczka. Jedna z nich znalazła się, ale zginęła pod kołami samochodu, a jak się okazało, na ciele miała ślady licznych obrażeń, które nie pochodziły z wypadku. Patrik, miejscowy policjant prowadzi w tej sprawie śledztwo. Sprawą jest też zainteresowana Erika, jego żona, pisarka. Erika pisze książkę o z zbrodni sprzed wielu lat, kiedy to żona zabiła męża, a śledztwo wykazało, że oboje małżonkowie znęcali się wcześniej nad córeczką. Morderczyni siedzi w więzieniu , a Erika ja odwiedza, licząc na to, że tamta powie jej coś ciekawego.

   W powieści przewija się sporo wątków, różnych mieszkańców Fjallbacki i okolic, początkowo trudno jest domyślić się, jakie mogą być pomiędzy nimi powiązania. Mam zwyczaj podczas czytania kryminałów, że raz na jakiś czas zastanawiam się, kto może być zabójcą lub mieć jakikolwiek związek ze zbrodnią. W tym przypadku dość trafnie podejrzewałam jedną osobę, ale jak się okazało, zagadka była dość zawiła, konieczne było cofanie się wstecz do zupełnie innych wydarzeń. W sprawę zamieszanych było więcej osób i zakończenie było dla mnie ostatecznie wielkim zaskoczeniem. Wyjaśnienie, co konkretnie łączyło różne osoby było dość szokujące.

    W „Pogromcy lwów” przewija się stale motyw zła, prawdziwego zła. Lackberg stawia nawet tezę, że ktoś może być zły bez przyczyny, że nie ma potrzeby analizowania dzieciństwa czy innych traumatycznych przeżyć. Ktoś może być zły po prostu dlatego, że się taki urodził i nic już na to nie można poradzić. Osobiście nie jestem pewna, czy coś takiego jest możliwe, według mnie musi być jakiś defekt genetyczny, albo neurologiczny lub coś podobnego. Ale to kwestia dyskusyjna, autorka nie drąży tego wątku jeszcze głębiej i nie bawi się w lekarza, chociaż może trochę szkoda.

          Ku mojemu zaskoczeniu w tekście jest sporo spostrzeżeń natury chociażby psychologicznej, wartych zastanowienia. Chociażby, że „zło jest obok dobra, wśród ludzi, którzy zakładają sobie klapki na oczy, albo zamykają je, aby nie widzieć tego, co mają przed nosem”, i że „z klapkami na oczach życie jest znacznie łatwiejsze”.  Kolega Patrika, Martin, z kolei jest w żałobie po śmierci żony, fragmenty o nim są naprawdę  warte uwagi. Zaskoczyło mnie też  jeszcze inne spostrzeżenie Eriki, czyli w pewnym sensie alter ego autorki, gdy zamyśliła się nad tym, że jest pisarką i nie chodzi do pracy. Nie myślała wcale o tym, że chciałaby chodzić do pracy i mieć kolegów, świetnie czuła się we własnym towarzystwie. Byłam zaskoczona , że Lackberg jest zdolna do takich refleksji. Ciekawe były też fragmenty o siostrze Eriki , Annie, która dawniej była pełna życia, wesoła, a potem ciosy, które na nią spadły, odebrały jej radość życia. W odniesieniu jeszcze do innej osoby, zastanawiąjące było, jak mogła dopuścić do pewnych wydarzeń. Jak mogło się stać, że to co, nienormalne, powoli stawało się normalne. I w tym dziwnym funkcjonowaniu w takich warunkach, ludzie zmieniali się tak, że potem sami siebie nie mogli poznać. Jak widać, nawet w kraju dobrobytu, gdzie niemal nie było wojen, na pewno nie  takich, jak w centrum Europy, można obserwując uważnie otoczenie, mądrzeć nawet i bez ekstremalnych warunków. Inna z bohaterek przeżyła śmierć ojca w wypadku. Od tego czasu widziała, śe coś może toczyć się normalnie, a potem w jednym momencie zmienić.

     Nie mogę się przekonać do Lackberg w dalszym ciągu. Cały czas odstrasza mnie jej życiorys, np. małżonkowie – zwycięzca programu telewizyjnego , albo kolejny – model. Chociaż przy lekturze książek nie powinno to mieć znaczenia. Jak dla mnie Eryka czy  Patric są mimo wszystko zbyt prości  charakterologicznie. Może za bardzo przyzwyczaiłam się do różnych detektywów, skomplikowanych popaprańców. Ale tamci są ciekawsi, sięgając po książkę zastanawiam się, co im się przydarzy, a tu  u Eriki czy Patrika  nic się nie wydarzy.   Mimo całej mojej niechęci , czy nawet i uprzedzenia do Lackberg, musze stwierdzić, że jej książka jest zdecydowanie lepsza, głębsza i ciekawsza niż „Czytanie z kości” Szamałka, który dostał Nagrodę Wielkiego Kalibru.

5/6

środa, 6 stycznia 2016

Mari Jungstedt „We własnym gronie”

Okładka książki We własnym gronie           


        „We własnym gronie”  to drugi tom  wyjątkowo oryginalnego kryminalnego, rozgrywającego się na  Gotlandii ,  cyklu szwedzkiej dziennikarki. Mimo gigantycznej liczby skandynawskich kryminałów , Jungstedt potrafiła napisać coś, co w tej masie się wyróżnia. Książkę napisana jest wyjątkowo lekko i jest wciągająca. 400 stron   wydanych dużą czcionką można spokojnie przeczytać w jedno popołudnie. Oryginalne jest miejsce akcji, czyli niewielka szwedzka wyspa Gotlandia, z zachowaną średniowieczną zabudową, gdzie największe miasto na wyspie otoczone jest średniowiecznymi murami, zamykanymi o określonej godzinie na noc. Jungsedt jest dziennikarką z zawodu i w książce poprzez jednego z głównych bohaterów , Johana Berga, dziennikarza, sporo jest informacji o działaniach mediów.  Nietypowi są też główni bohaterowie.  Nie mają traum, nałogów, w ich rodzinach też  nie ma ani alkoholików, ani narkomanów. Nie są chorzy na śmiertelne choroby.  Nie są neurotykami. Chcą i potrafią tworzyć trwałe związki międzyludzkie. Jak na kryminał skandynawski to jest coś wyjątkowego. Główny bohater Anders Knutas jest od ponad 20 lat policjantem, ma żonę , położną,  dwoje dzieci i tworzą  razem szczęśliwą rodzinę.  

       W tym tomie zamordowana została studentka, uczestniczka kursu archeologicznego. Uczestnicy tego kursu zajmowali się wykopaliskami i szukaniem wszystkiego niemal, co zostało po Wikingach. Na Gotlandii po Wikingach pozostało bowiem sporo śladów, monet, biżuterii, kości i in. Sposób, w jaki dziewczynę zabito     wskazuje na to, że było to coś w rodzaju rytualnego morderstwa. Śledztwem zajmuje się właśnie Knutas i jego koleżanka , policjantka Karin, osoba bardzo tajemnicza i skryta. Odrębne, równoległe do policyjnego, dziennikarskie śledztwo prowadzi Johan Berg również z koleżanką dziennikarką. W tomie tym sporo jest nawiązań do archeologii  i Wikingów . Jest też wątek kradzieży znalezisk i nielegalnego handlu nimi. Studentka nie jest w tym tomie  jedyną ofiarą.

      Słuchałam kilka lat temu, jeszcze przed rozpoczęciem pisania bloga,   audiobooka z pierwszym tomem tego cyklu Mari Jungstedt pt. „Niewidzialny”,   tam nie było nic o archeologii, ani o Wikingach.  Jak z tego wynika, każdy tom ma swoją odrębną specyfikę. I w tym i w tamtym tomie jest zaskakujący rozwój wypadków. I w  obu tomach czytelnik trzymany jest w napięciu. Bardzo podobają mi się też wątki głównych bohaterów. W „Niewidzialnym” dziennikarz , właśnie Johan Berg , kawaler, poznał w trakcie pracy nad sprawą innego zabójstwa, Emmę, nauczycielkę, mężatkę, matkę dwojga małych  dzieci. Zakochali się w sobie z wzajemnością. W tomie „We własnym gronie” Emma jest w ciąży z Bergiem. Poza zabójstwem równie ekscytujący jest rozwój wypadków damsko – męskich .  Powieści Junstedt różnią się zasadniczo od innych powieści skandynawskich brakiem tej mroczności i bohaterów z traumami, nałogami czy fobiami.

      To co w tomach tej pisarki wydaje się najbardziej pociągające, to  pochwała życia i codzienności. Pomijając morderców, którzy musza być dewiantami z natury rzeczy, główni bohaterowie są z reguły pogodni. Nie tworzą niepotrzebnych problemów. Nie narzekają, że na Gotlandii jest zimny klimat, nie chcą wyjechać w ciepłe kraje. Nie marudzą, że Gotlandia to prowincja, cieszą się z plusów zamieszkiwania w tamtym miejscu, a więc z pięknych krajobrazów, z bliskości morza. Na partnerów życiowych nie szukają jakichś ideałów, wybierają zwyczajne osoby, które mają i wady i zalety,  nie są ani super intelektualistami, ani super bogaczami a ich pozycja zawodowa nie jest wyjątkowa.  I to im całkowicie wystarcza do szczęścia. Owszem, mają swoje problemy i gorsze dni, potrafią się zirytować czy zachowywać nie do końca zrozumiale, ale to są wyjątki. Oni są po prostu normalni i cieszą się życiem takim, jakie ono jest, bez wygórowanych ambicji . Bohaterowie zdecydowanej większości skandynawskich kryminałów umiejętności cieszenia się życiem nie posiadają.

   W powieściach Jungsedt nie zauważyłam specjalnej głębi , czy innych ukrytych przesłań. Ale nie zawsze musi się czytać czy oglądać rzeczy wielkie. Zwykła, dobra rozrywka, ze zwyczajnymi, zadowolonymi  ludźmi w rolach głównych też jest potrzebna.

4/6   

   

         

czwartek, 11 czerwca 2015

Hakan Nesser „Jaskółka, kot, róża, śmierć”



         Od dłuższego już czasu usiłuję znaleźć jakąś nową serię kryminałów z przyciągającym uwagę prywatnym detektywem czy policjantem. Teraz dałam szansę Nesserowi. Hakan Nesser jest pisarzem  szwedzkim,  znanym głównie z serii książek o komisarzu Van Veeterenie, a kilka dni temu otrzymał za całokształt twórczości nagrodę Wielkiego Kalibru , czyli nagrody za najlepszą powieść kryminalną roku.

       „Jaskółka, kot, róża, śmierć” jest   dziewiątym tomem z serii o komisarzu Van Veeternie. Nie czytałam wcześniej żadnego innego tomu z tej serii, nie czytałam w ogóle niczego, napisanego przez Hakana Nessera. Oryginalnym pomysłem było umieszczenie akcji w bliżej nieokreślonym miejscu , w fikcyjnej miejscowości Maardam. W Szwecji wydana została w 2001r. , ale jeżeli nie wiedziałabym o  tym , byłabym pewna, że dotyczy to wcześniejszego okresu, nie przypominam sobie, aby ktoś z bohaterów książki używał telefonu komórkowego czy komputera. Komisarz w tym tomie jest już emerytem i oddaje się swojej pasji, tj. książkom, prowadzi bowiem antykwariat . Mimo, że odszedł na emeryturę,  został wciągnięty w prowadzenie śledztwa zmierzającego do ujęcia seryjnego dusiciela. Zabójca atakował młode kobiety i aż do pewnego momentu nie zostawiał śladów. Wiadomo o nim było tylko tyle, że lubi dobrą literaturę. Miejscowi policjanci nie do końca dawali sobie radę z tym problemem i stąd też pojawiła się konieczność wciągnięcia w sprawę komisarza. W tym tomie ma on około 60 lat, mieszka z partnerką mniej więcej w swoim wieku. Wiadomo, że miał syna, który nie żyje. Żyje natomiast  wnuk, jeszcze niemowlę. Ulrikę , swa partnerkę, poznał w bardzo dojrzałym wieku.

   Sposób napisania książki też działa na jej korzyść, w niektórych momentach akcja toczyła się wolno, w niektórych ostro przyśpieszała. Były i takie, że zdenerwowana musiałam sprawdzić „skacząc” po kilku kartkach, jak skończy się określone wydarzenie, czy ofiara zostanie uduszona, czy uda się jej umknąć.  

      Podobało mi się to, że sporo mówi się w tym tomie o książkach, skoro literaturą fascynuje się i komisarz i morderca, nie mogło być inaczej. Z tego też względu postać komisarza jest ciekawsza, niż innych policjantów z jego otoczenia. O jego życiu osobistym wiadomo właściwie tylko tyle, co już napisałam, nie wiadomo, jak to się stało, z jego syn nie żyje, co stało się z matką tego syna, od kiedy jest z Ulriką.  Sam komisarz staje się postacią pierwszoplanową dopiero pod koniec książki .   Sam fakt, że ktoś tak bardzo fascynuje się książkami,  sprawił, że polubiłam Van Veeterna . Znajomość pewnych książek sprawiła, że trafił na trop mordercy. Otóż morderca ten poznając kobiety, które stawały się potem jego ofiarami, przedstawiał się imieniem i nazwiskiem bohatera powieści, w jednym przypadku postacią z powieści był dusiciel . Kobiety nie znały książek , żadna się nie zorientowała, w jakim jest niebezpieczeństwie . Prawdę powiedziawszy, ja też nie znałam ani jednej z książek, o których jest mowa w powieści Nessera. A poza jednym wyjątkiem mowa jest o klasyce. Myślę, że Van Veetern może postacią , która zaciekawi jeszcze bardziej, gdy pozna się go bliżej.

        Natrafienie na serię powieści kryminalnych, w której występuje ciekawy bohater, detektyw czy policjant, nie jest wcale takie łatwe. To chyba trochę tak, jak z zaprzyjaźnianiem się. Trzeba trafić na kogoś, do kogo się poczuje sympatię i z kim ma się trochę wspólnego. Jest to kwestia bardzo indywidualna.  Usytuowanie akcji powieści też ma swoje znaczenie.  Na pierwszym miejscu zawsze chyba będzie u mnie Sherlock Holmes, panna Marple i detektyw Poirot. Ale świat się na nich nie zakończył.    

        Nie mogę się oprzeć urokowi powieści Donny Leon, chociaż komisarz Brunetii nie jest postacią szczególnie oryginalną, a autorka za często jak dla mnie porusza tematy polityki. Ale Brunetti mieszka w Wenecji i wszystkie zabójstwa rozgrywają się właśnie tam. I razem z nim można poznać wszystkie uroki i  bolączki zamieszkiwania w tym mieście, można niemal poczuć smaki i zapachy włoskich potraw. I dlatego sięgam po książki Leon.

    Niezmiernie urokliwy jest też dla mnie Fandorin z powieści retro Akunina. To postać nieco mało realna, bardziej bajkowa: szalenie inteligentny, wysportowany, błyskotliwy , z poczuciem humoru. Każdy tom dzieje się w innym środowisku, np. jeden wśród przestępców moskiewskich, innych wśród ludzi teatru, jeszcze inny w Baku, wśród ludzi, zarabiających na wydobyciu nafty.    Podobały mi się tez niezmiernie tomy z siostrą Pelagią, ale było ich zaledwie trzy. Swój osobliwy urok ma też znany chyba każdemu Wallander z powieści Mankella. Oryginalności nie można też odmówić Nastii Kamieńskiej z powieści Aleksandry Maryninej. Usytuowanie akcji w Rosji, głównie w Moskwie , też powoduje, że zainteresowanie wzrasta.  

      Ale są też i tacy detektywi, którzy mnie irytują lub nudzą. Jest nią chociażby  Annika, dziennikarka z serii powieści Lisy Marklund, która kojarzy mi się z płaczliwością i nie odpowiada mi jej  typ charakteru .  Harry Hole z powieści Jo Nesbo jest niewątpliwie postacią ciekawą, zmaga się z alkoholizmem, poszukuje drugiej połówki. Przeszkadza mi jednak zbyt duża dawka przemocy w książkach Nesbo, opisy są drastyczne, szczegółowe, nie dla mnie.  Nie do końca wiem dlaczego, ale nie spodobała mi się Camilla Lackberg . Nie znoszę celebrytów i wątpię, abym mogła polubić coś , co napisała ta autorka . Jej książki wydają mi się puste. Ale może to uprzedzenie. Nie przekonałam się do naszego rodzimego Eberharda Mocka z powieści Krajewskiego. Książki Krajewskiego są tak ponure, że nie mam ochoty, mimo niemal entuzjastycznych recenzji,  ich czytać.

           Chętnie przeczytałabym też cos jeszcze Mari Jungstedt, wysłuchałam z ogromnym zainteresowaniem jednego z audiobooków, z jej cyklu kryminałów, rozgrywających się na Gotlandii. Miejsce akcji – wyspa , której centrum otoczone jest murem, ma taki urok, jak i Wenecja. Chętnie też sięgnę po coś jeszcze, napisanego przez Martę Guzowską, usytuowanie wydarzeń wśród archeologów na wykopaliskach,  było oryginalnym pomysłem. Fakt, że zrobiła to już znacznie wcześniej Agata Christie,  nie ma znaczenia, bo realia pracy archeologów teraz są  inne, niż kilkadziesiąt lat temu.  Na szczęście wśród książek tego typu można wybierać i przebierać. Można zaczynać czytać nowe serie, licząc, że będzie to jakaś rewelacja. Można też uzupełniać braki, poprzez czytanie pozycji z tej serii, którą już się zaczęło. Van Veeter nie jest złym pomysłem.

5/6

  

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Liza Marklund „Studio Sex”




   Od pewnego czasu poszukuję ciekawego cyklu kryminalnego z takim głównym bohaterem, do którego miałabym ochotę wracać. Próbowałam z Nesbo, ale wygląda na to , że po dwóch pierwszych tomach z komisarzem  Harrym Hole`m po trzeci nie sięgnę. Alkoholowe wyczyny Harrego i ich szczegółowe opisy są dla mnie odrażające , a nasilenie przemocy w różnych makabrycznych wydaniach jest również nie do przyjęcia.  Szukam więc dalej.  Ciekawą postacią wydał mi się inspektor Jury z powieści Marthy Grimes : inteligentny, oryginalny, nieco staroświecki, a do tego kawaler w średnim wieku, co daje nadzieję na ciekawe epizody z życia osobistego. Niestety, większość cyklu nie została przetłumaczona na j. polski. Ale szukam dalej . Przyjemnie czytało mi się powieści donny Leon z komisarzem Brunettim, ale u niego nic się nie działo , a on sam poza tym, że był sympatyczny niczym szczególnym się nie wyróżniał. Ale ostatecznie jest chyba jakiś interesujący detektyw poza Sherlockiem Holmesem, panną Marple czy Herculesem Poirot? Czas przecież nie zatrzymał się w miejscu. Rachunek prawdopodobieństwa wskazywałby na to, że gdzieś taki bohater na mnie czeka . Taki czyli inteligentny, interesujący na tyle, abym chciała czytać kolejne tomy z jego udziałem nie tylko z ciekawości co do zagadki zabójstwa. Ale rzadko kiedy jakaś książka zachęca mnie, abym  sięgnęła po kolejne tomy z serii. Tym razem uznałam, że może pani redaktor Annika, stworzona przez Lizę Marklund wyda się mi postacią barwną.

    „Studio sex” chociaż napisane w trakcie trwania cyklu, jest pierwszą chronologicznie powieścią z Anniką. Annika zaczyna staż w jednej z popołudniówek i zostaje skierowana do poprowadzenia dziennikarskiego śledztwa w sprawie zabójstwa młodej kobiety. Kobieta ta przed zabójstwem została zgwałcona , a znaleziono ją na cmentarzu. Wszystkie poszlaki wskazują na jej chłopaka, zbijającego kasę w sex biznesie. Annika musi walczyć o stałe zatrudnienie, stażystów jest kilku, a etat tylko jeden. Jest w trudnej sytuacji, bo  wyprowadziła się od swojego chłopaka i zamieszkała sama w wielkim mieście. Nie mogę powiedzieć, aby jakoś specjalnie mnie te wydarzenia wciągnęły. Wszystko ciągnęło się potwornie… Annika z histeryczną osobowością wprowadza niepokój i nerwowość. Nie przepadam za dziennikarzami, a szczególnie za tzw. dziennikarzami śledczymi, tak więc jej zawód też mojej sympatii nie budził.  I z pewnością nie sięgnę po żaden inny tom z cyklu.

      Ale jest jednak co nieco ciekawego w tej książce. Liza Marklund była dziennikarką i warte uwagi są jej obserwacje tego środowiska. Jej rywal w walce o staż w redakcji wszedł w układ z grupą pseudoterrorystyczną , płacił im w zamian za cynk, kiedy i gdzie będzie rozróba. Jeszcze przed rozpoczęciem wydarzeń był już na miejscu. Annika martwi się, czy nie zostanie aby zwolniona, ale przecież jest członkiem związków zawodowych, jak mogliby ją w tej sytuacji zwolnić? Po coś przecież do tych związków się zapisała.  Przeszła totalne rozczarowanie , gdy przedstawiciel związków zagłosował p-ko niej. Annika musiała zrozumieć, że ostatnią sprawą, jaka interesuje związkowców, są interesy pracownicze w sytuacji, gdy związek nic na tym nie zyskuje.  Szczególnie ciekawe było dla mnie, gdy Annika bez trudu uzyskała dostęp do wszystkich informacji, dotyczących jednego z ministrów, łącznie z tym, że uzyskała kserokopie jego rachunków służbowych. Robiła to bez żadnych podstępów, w oparciu o obowiązująca ustawę ( odpowiednik naszej ustawy o dostępie do informacji publicznej)  i to w sytuacji, gdy nie była  dziennikarką .   To oczywiście tylko kilka przykładów ze światka dziennikarskiego.  

   Dałabym 4/6, ale jest w tej książce do niczego niepotrzebna  scena znęcania się nad zwierzęciem.  

3/6

wtorek, 5 listopada 2013

Asa Larsson „Krew, którą nasiąkła”

Krew, którą nasiąkła - Åsa Larsson
  
        Będę dosyć bezwzględna dla tej książki, ale napiszę bez ogródek, co o niej myślę.  Dla mnie poza jednym aspektem, o którym później, ta książka to jedna wielka pomyłka.  Główna bohaterka to niejaka Rebeka , adwokat, zatrudniona w dużej kancelarii w wielkim mieście. Parę lat wcześniej w obronie własnej zabiła kilka osób, w tym dwóch pastorów, stało się to w okolicy Kiruny, miejscowości, z której pochodzi.  „Krew” zaczyna nieco później od tych wydarzeń, tj.  od morderstwa pani pastor w małej miejscowości w okolicy Kiruny. Ofiara została zamordowana dosyć brutalnie i powieszona w miejscowym kościele. Pani pastor, jak się okazało dosyć szybko, była mężatką, ale nie tylko,  była ona  lesbijką , permanentnie zdradzającą męża i mającą namiętny romans z jedną z wiernych. Nie przeszkadzało jej to w żadnym stopniu pełnić posługi duszpasterskiej i nie miała z tego powodu żadnych dylematów moralnych, w ogóle nie był to dla niej jakikolwiek problem.  Oprócz tego pani pastor była feministką , domagającą się różnych parytetów dla kobiet. Stworzyła też coś w rodzaju ruchu parafialnego, kobiecego oczywiście, w ramach którego zrzeszyła masę kobiet, wobec których  mężowie stosowali przemoc. Bliska jej sercu była też ekologia i ochrona wilka . Miała ona liczne grono wrogów i właściwie każdy z nich mógł być podejrzany o zbrodnię.  Sprawa zabójstwa pani pastor znalazła się w zainteresowaniu Rebeki, gdyż zatrudniająca ją kancelaria wpadła na pomysł zaproponowania jednej z parafii usługi kompleksowej obsługi prawnej. Rebeka w ten sposób więc znalazła się w pobliżu miejsca akcji. Sprawę zaś prowadzi miejscowa pani policjantka. Jednym z wrogów pani pastor jest inny duchowny, Stefan .  Są oni w totalnym konflikcie, praktycznie o wszystko.  Wkrótce potem pada drugi trup. Wszystko to napisane  jest w dość nudny sposób i  podczas czytania nie miałam żadnego problemu z oderwaniem się od tekstu w dowolnym momencie pod byle pretekstem.

                                Nie mogłam nic na to poradzić, ale czytając tą powieść, cały czas skupiałam się nie tyle na zagadce zabójstwa, ale na tym, co  było najbardziej dla mnie egzotyczne, czyli na osobie zamordowanej pastor, jej posłudze i relacji z wiernymi.  Wiem, że miałam tu pisać o książce , a nie o kwestiach religii, ale nie mogę od tego uciec. Być może jestem staroświecka, ale  opisy z książki dotyczące tamtejszego duchowieństwa, były dla mnie szokujące.  Nie wiem w ogóle, czemu miały służyć. Poza zamordowaną , która przedstawiana jest w zdecydowanie pozytywnym świetle, inni duchowni  są postaciami skrajnie antypatycznymi, na granicy psychopatii,  a niektórzy  chyba już poza tą granicą. Wygląda na to, że Asa Larsson ma chyba fobię kościelną.

          Na odrębną uwagę zasługuje  opowieść o wilczycy, Żółtonogiej , właściwa akcja książki jest  przeplatana tą opowieścią . Wilczyca  osiedliła się w pobliżu Kiruny, a którą pani pastor  się zaopiekowała, finansując jej monitoring i zarazem ochronę przed myśliwymi. Opowieść o Żółtonogiej jest piękna, ale  okrutna, a nawet wręcz brutalna, pokazane jest życie w stadzie wilków, prawa, jakie tym życiem rządzą. Kłania się tu teoria Darwina.  Czytałam te fragmenty chyba z większym jeszcze zainteresowaniem, niż opowieść o zabójstwie. Bardziej byłam przejęta losem Żółtonogiej i kibicowaniem, aby nic złego się jej nie stało, niż czymkolwiek innym. Żadna z postaci ludzkich nie wzbudziła we mnie  ani sympatii ani empatii i nie byłam w stanie przejąć się czyimkolwiek losem, bardziej, niż losem zwierzęcia.  Można oczywiście snuć analogie pomiędzy życiem pani pastor, a wilczycą, ale to mniej mnie interesowało. Opowieść o wilczycy to jedyna rzecz, zasługująca w tej książce na uwagę .

                Zastanowiła mnie inna jeszcze kwestia. Wszyscy niemal bohaterowie „Krwi” mają jakieś spore problemy ze sobą, z rodziną, nie ma tu pogodnych i zadowolonych z życia osób. Jest to taka dziwna zależność. W Skandynawii, gdzie poziom życia jest bardzo wysoki, bardzo często w książkach bohaterowie są nieszczęśliwi i samotni, a atmosfera jest ponura . A najpogodniejszy kryminał, jaki przeczytałam w tym roku, był autorstwa Rosjanina, Borysa Akunina  . „Świat jest teatrem” to jedna wielka afirmacja życia.

                 

środa, 4 września 2013

Henning Mankell „Niespokojny człowiek”


Niespokojny człowiek

Niespodziewanie to ta właśnie książka okazała się jedną z najlepszych , jakie przeczytałam w tym roku. Zdecydowanie jest to najciekawsza  cześć Wallandera, jest to dokonały przykład na to, że kryminał dawno temu przestał już być literaturą klasy C i bez problemu może być klasą B , czy nawet A, tak jak w tym przypadku. Jest to refleksyjna opowieść  o przemijaniu i robieniu  bilansu życia, a także o starzeniu się, lub może ładniej, o wchodzeniu w smugę cienia.
Ale od początku. W książce snute są równolegle dwie opowieści: jedna to kryminalno – szpiegowska historia teściów córki Wallandera, a druga to właśnie wyjątkowo tym razem rozbudowany  wątek samego komisarza Wallandera. Nasz bohater przez swoja córkę poznaje jej teściów, emerytowanego oficera szwedzkiej marynarki wojennej Hakana von Enke i  jego żonę. Wojskowy obchodzi 75 –te urodziny , ale mentalnie żyje jeszcze w trakcie zimnej wojny, bo stale wspomina pewne wydarzenie z czasów, gdy był jeszcze czynnym oficerem , a związane z rosyjską łodzią podwodną, jest to coś w rodzaju obsesji. I właściwie nic więcej nie można ujawnić, aby nie zepsuć komuś przyjemności czytania.  Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy oficer znika, a jakiś czas później znika także jego żona.  Wallander mimo że  jest na urlopie,  przez wzgląd na swoją córkę i zięcia, zajmuje się tą sprawą . Im więcej rzeczy się dowiaduje, tym bardziej sytuacja się komplikuje. Musi on wchodzić niejako w życie Hakana i jego żony i też dokonuje  oceny ich osiągnięć czy niepowodzeń, próbując rozwikłać  zagadkę zaginięcia musi sięgać do wydarzeń z głębokiej przeszłości. I im bardziej ich poznaje, tym więcej pojawia się pytań, czy rzeczywiście byli dobrym małżeństwem, dobrymi rodzicami,  co tak naprawdę o nich wiadomo. Wątek ten był dla mnie szalenie zajmujący nie tylko  z powodu nietypowej zagadki, ale głównie przez tą psychologię, przyglądaniu się z boku całemu cudzemu życiu, wchodzeniu w najskrytsze tajemnice małżonków ,  porównywaniu tego, co ukryte,  z tym, co było widoczne przez wszystkich na zewnątrz.

Wallander z kolei tym razem stał się postacią pierwszoplanową pod każdym względem. Już na samym początku książki zaczyna mieć problemy z pamięcią i ze zdrowiem. Można powiedzieć, że „się sypie”, co dziwne nie jest, dobija przecież do 60-tki.  Może to tempo „sypania się” jest trochę za szybkie , ale nie dbał on przecież o to zdrowie nigdy . Powoli myśli też o swojej przyszłości, a w  kontekście życia zawodowego, realną przyszłością w jego przypadku, jako policjanta, może być tylko  emerytura.  Mając pełną świadomość, że pewien rozdział w jego życiu się kończy, do tego jeszcze wnikając w życie von Enkego i jego żony , snuje  refleksje na temat swojego dorobku życiowego, swoich zwycięstw i porażek, marzeń spełnionych i niespełnionych. Sprzyjają temu jeszcze zbiegi okoliczności,  niespodziewana wizyta byłej żony i wizyta innej kobiety, która była miłością jego życia, dają początek refleksjom, czy te związki faktycznie musiały skończyć się fiaskiem, czy on miał szansę i ją zaprzepaścił,  czy może były to tylko incydenty bez szans na powodzenie ? Może samotność była jego przeznaczeniem , a może jednak wyborem?  Refleksje te , w większości bolesne, są na wskroś prawdziwe, bo Wallander snuje je sam przed sobą, nie udaje i nie nagina rzeczywistości do swoich wizji. Mankell nie pomija chyba żadnego aspektu życia Wallandera , nad każdym się pochyla i zamyka swój cykl w wielkim stylu.

Mankell jest mniej więcej rówieśnikiem Wallandera, o ile można mówić jako o rówieśnikach, o żywym człowieku i o postaci fikcyjnej. I to się czuje , że przeżycia starszego człowieka – fikcyjnego bohatera - nie wyszły spod pióra 20-to, czy 30-to latka i nie są jego bzdurnymi wymysłami.   Podczas przerw w lekturze myślałam nie tylko o Wallanderze , ale i o swoim dorobku życiowym, chociaż do 60-tki jest mi  daleko. Książka niewątpliwie pomaga w pewnej autorefleksji i zmuszeniu się do myślenia o sobie. A co do Wallandera i jego życia, to patrząc z boku rzeczywiście też analizowałam, co mu wyszło w życiu, a co nie. Najbardziej rzucająca się w oczy była dla mnie jego samotność i to bynajmniej nie w sensie braku żony czy parterki, on w ogóle miał przy sobie bardzo, ale to bardzo mało naprawdę bliskich osób, czy to z rodziny czy przyjaciół 
  I kolejna rzecz , czyli pustka, poza pracą Wallander nie ma nic, żadnej pasji i żadnej alternatywy dla braku pracy  . Zaskakujące dla mnie było też to, że w jego życiu nie było w ogóle Boga, nie spodziewałam się, że zacznie na starość chodzić do kościoła, ale Boga, chociażby w kontekście pytania o Niego,  nie ma  nawet w  najgłębszych refleksjach , nawet wówczas, gdy zwierza się córce, że boi się śmierci. Ani on, ani ona, nie wspominają nawet o Bogu .Chyba jest to ateizm w najczystszej postaci, dla mnie dosyć szokujący. Zaskakująca była dla mnie też jego refleksja o polityce, w swych rozważaniach nie ograniczył się tylko do swego „Ja”, popatrzył też trochę szerzej na siebie, jako przedstawiciela pokolenia zimnej wojny i zastanowił się nad dorobkiem całego tego pokolenia. I przypomniał mu się jego ojciec, gdy zrobił mu kiedyś awanturę za to, że nie poszedł na wybory. Wallander doszedł do wniosku, że ojciec miał wówczas całkowita rację, bo  przecież każdy nawet w minimalnym stopniu ma wpływ na kształt świata, na to, co po nas zostanie, chociażby przez udział w wyborach. I po tej konkluzji żałował nawet, że tą polityką nie interesował się bardziej.
      Wszystkie te rozważania autorstwa Mankella są też moim zdaniem typowo męskie, może się mylę, ale to mężczyźni emeryturę i pierwsze oznaki starzenia się odbierają jako niemal koniec świata, a właściwie jako śmierć. Kobiety snują plany na ten czas i wiedzą, że różne niedomagania organizmu i choroby , są w pewnym wieku nieodłączną częścią życia.  Może się mylę, ale takie mam obserwacje, patrząc na różnych członków mojej rodziny i na znajomych z pracy. Ale to już trochę za daleko odbiega od tematu książki.  

Bałam się, że  „Niespokojny człowiek” może być dołujący, zaczęłam go czytać tuż przed wyjazdem na urlop i nawet pomyślałam, że wrócę do niego  dopiero po powrocie. Na wyjazd chciałam wziąć książki lekkie, a jak się okazało, ta , kryjąca się pod płaszczykiem kryminału,  była lekka jedynie z pozoru .  Ale pozostawienie jej okazało się  niemożliwe, bardzo szybko wsiąkłam w akcję i książkę tą musiałam ze sobą zabrać  .I wbrew pozorom nie była wcale  dołująca.
6/6