czwartek, 29 października 2026

Joe Alex (Maciej Słomczyński) „Piekło jest we mnie”

 

        Jak zwykle lektura Słomczyńskiego jest lekka i przyjemna, dobrze i szybko się czyta, no i najważniejsze, nie jest pusta. Jako erudyta i wyśmienity znawca kultury angielskiej autor zawsze wplata w treść nawiązania do klasyki literatury czy sztuki, co jest taką wisienką na torcie. Nawiązania te wplata umiejętnie, bo odnoszą się one do takiej sytuacji, w jakiej znajdowali się i bohaterowie klasyki i wiele lat później, nawet setki lat później, bohaterowie Słomczyńskiego.

        W tym przypadku Słomczyński nawiązał do Miltona i jego chyba już niemal nieczytywanego „Raju utraconego”, poematu o dobru i złu, nawiązującego m. in. do Księgi Wyjścia z Pisma Świętego. To jest tylko kilka cytatów myśli szatana, ale za to całkowicie aktualnych. Jedni w szatana wierzą, inni nie, ale z reguły kojarzy się on z postacią z jasełek, albo z figurkami z drewna czy postacią z obrazów. U Miltona jest bytem duchowym, ale to, co mówi nie jest oderwane od rzeczywistości, wręcz przeciwnie, jest przerażające, bo wiele osób zachowuje się dokładnie tak, jakby byli samym złem. Szatan mówi:

„Gdziekolwiek zwrócę lot, tam czekać będzie

Gniew nieskończony, nieskończona rozpacz.

Gdziekolwiek zwrócę lot, tam wszędzie piekło

Piekło jest we mnie”.

        Maciej Słomczyński w prostej formie kryminału pokazał m. in. osobę, która po prostu jest złem, całkowicie pozbawioną jakichkolwiek skrupułów, zdolną dosłownie do wszystkiego, nierozróżniającą dobra od zła, jako dobro pojmującą to, co jest dobre dla niej. Osoba ta nie wygląda złowrogo, potrafi nawet być miłą. Ale jest kwintesencją zła, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Widać tylko efekty działania, są takie jak opisał Milton. Gdziekolwiek się pojawi, dzieje się coś złego.

8/10 

piątek, 23 października 2026

Edmund Niziurski „Przygody Bąbla i Syfona” czyta Leszek Teleszyński

 

        Niziurski to już legenda, mimo upływu czasu nadal jest czytany i przez dzieci i przez dorosłych, nagrywane są audiobooki. Książki wcześniej nigdy nie czytałam.

W tym przypadku kompletnie nie rozumiem zachwytów, a co więcej, zauważyłam kilka koszmarnych fragmentów, w których zwierzęciu działa się krzywda, a traktowane to było jako coś normalnego. Mowa jest np. o pracowni biologii, gdzie trzymane były żywe zwierzęta. Trzymanie żywych zwierząt w sali szkolnej jest chorym pomysłem i nikt, kto kocha zwierzęta, nie byłby w stanie spokojnie patrzeć na to, jak tam wegetują i cierpią w różnych klatkach. Nikomu nie wydawało się to okrutne, nikt nie współczuł tym zwierzętom. Nie wiem za bardzo, do czego w ogóle te zwierzęta były potrzebne, a były to m. in. małpa, szczur, wąż, myszy i in.

Oczywiste jest, że prawa zwierząt są kwestią stosunkowo nową, wcześniej była inna obyczajowość, inne przepisy prawne, ale niektórzy ludzie wrażliwi na te kwestie byli zawsze. „Przygody Bąbla i Syfona” zostały wydane po raz pierwszy w 1993r. Gdyby autor w tej książce zaprotestował przeciwko takiemu traktowaniu zwierząt, może miałoby to jakiś wydźwięk. Ale tu jest totalny brak empatii do zwierząt. 

Szczur zaraz po opuszczeniu klatki zaczął uciekać, wyglądało to tak, jakby znalazłszy się w kuchni, wpadł do gara z gotującą się zupą i się żywcem ugotował. Finalnie wyszło na to, że faktycznie szczur jednak nie wpadł do tego gara się nie ugotował, ale wymyślenie czego takiego jest dla mnie nie do przyjęcia. 

5/10

wtorek, 20 października 2026

Ian Rankin „Serce pełne grobów” – audiobook, czyta Janusz Zadura

 

        Najnowszy tom cyklu z Rebusem zapowiadał się intrygująco, faktycznie zaś słuchając, odbierałam go jako nieco męczący. Teoretycznie, streszczając, wszystko niby jest ok. Inspektor Rebus jest już na emeryturze, dopada go przeszłość, bo policja grzebie w starych sprawach i nowe kierownictwo ma zamiar brać się ponownie za te sprawy, w których policjanci łamali prawo. Ponieważ kilkadziesiąt lat wcześniej wszyscy policjanci łamali prawo, każdy z nich, łącznie z Rebusem, musiał liczyć się z tym, że może mieć problemy z powodu tych minionych dawno temu zdarzeń. W praktyce opisane jest to jednak tak, że ciężko jest się skupić, słuchanie nie jest żadną przyjemnością.

        Plusem jest opis jakby zderzenia dwóch światów, przeszłości i przyszłości. Odstęp niby nie jest duży, ale wygląda to tak, jakby była to cała epoka. Współcześnie łamanie prawa przez policjantów nie jest już ani tak nagminne, ani tak drastyczne, są kamery, media społecznościowe, trudno jest coś przykryć. Policjant, który się znęcał nad żoną, ma obecnie olbrzymie problemy. Kobiety kilkadziesiąt lat wcześniej nawet w policji traktowane były mniej więcej tak, jak wieki temu, obmacywanie, głupie uwagi i dowcipy były na porządku dziennym. W czasach młodości Rebusa w policji na wielką skalę panował mobbing, ale nikt tego nigdzie nie zgłaszał, nikt nie ścigał, traktowano to jak normę, bo przecież zawsze tak było.

        Najbardziej frapujący i przerażający zarazem jest opis samego Rebusa, który jest dość świeżym emerytem z problemami zdrowotnymi. Mieszka z psem, z dorosłą córką ma relacje dość luźne, partnerki ani przyjaciół nie ma. I nie jest w stanie funkcjonować bez pracy, włącza się w policyjne śledztwo, mimo że nie ma żadnych uprawnień do tego. Fascynuje go muzyka, ale nie na tyle, aby odpuścił sobie pracę. A zachowuje się na dodatek tak, jakby długo nie zauważał, co się dzieje dookoła, jakby był z zupełnie innej epoki i nagle się obudził i zorientował, że świat się zmienił. Czy każdy emeryt musi się tak zachowywać jak Rebus? Raczej nie, ale nie jednak niewykluczone, że może stać się tak, że to, jak my zachowujemy się współcześnie, za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat będzie uchodziło za coś niewłaściwego, że wszystko szybko się zmieni i że wszyscy będziemy w pewnym stopniu Rebusami.

7/10

wtorek, 13 października 2026

Adrian Sobieszczański „Warszawa śladami Wokulskiego”

 

 „Ja na przykład znam Stare Miasto od dziecka i zawsze wydawało mi się, że jest ono tylko ciasne i brudne. Dopiero gdy pokazano mi jako osobliwość rysunek jednego z domów staromiejskich (i to jeszcze w „Tygodniku Ilustrowanym” z opisem !), nagle spostrzegłem, że Stare Miasto jest piękne. Od tej pory chodzę tam przynajmniej raz na tydzień i nie tylko odkrywam coraz to nowe osobliwości, ale jeszcze dziwię się, żem ich nie zauważył wcześniej” – to słowa starego subiekta Rzeckiego z „Lalki.”

Adrian Sobieszczański w taki sposób opisał Warszawę w swojej książce – albumie, że czytelnik może stać się Rzeckim i może zacząć się zachwycać miastem. Autor jest varsavianistą i świetnie prowadzi spacery- wycieczki po Warszawie. Parę razy byłam na tych spacerach, są przez niego i innych przewodników ogłaszane na facebooku, jest tam program, miejsce zbiórki i każdy może się stawić. Pamiętam szczególnie „Śladami sztyletników z Powstania Styczniowego, czyli Al. Kaida XIX wieku”. Ostatnio chyba zajął się tylko pisaniem, bo nie widziałam informacji o wycieczkach pod jego przewodnictwem.

W książce mowa jest o miejscach, gdzie bywali bohaterowie „Lalki”, są cytaty z powieści, jest sporo zdjęć z epoki, jest to świetnie skomentowane. W przeważającej większości te miejsca istnieją nadal. A. Sobieszczański docieka, o jakich miejscach pisał Prus, w przypadku gdy w powieści nie było to jasno sprecyzowane. Są ciekawostki. Przykładowo wskazał, które konkretnie miejsce wygląda niemal tak samo, jak za czasów Prusa. Jest to Kościół Karmelitów przy Krakowskim Przedmieściu, tam Izabella kwestowała przed Wielkanocą. Co zaskakujące, te dzielnice i miejsca, które w czasach Prusa uchodziły za ekskluzywne, są takie również dziś. Dotyczy to chociażby Mokotowa z Alejami Ujazdowskimi. Ze Starym Miastem było odwrotnie, z racji zainstalowania się pod zaborami władz rosyjskich na zamku królewskim, na Starówce nikt nie chciał mieszkać, stała się dzielnicą biedoty.

Jeśli kogoś Warszawa jakoś szczególnie nie interesuje, i tak może sięgnąć po album, sporo się z niej dowie i o epoce i o „Lalce” Prusa.

9/10

wtorek, 6 października 2026

Evzen Bocek „Arystokratka pod ostrzałem miłości” – tom II

 

        Cykl o arystokratce jest bardzo specyficzny, to czeski humor i trzeba się przyzwyczaić do konwencji. Najlepiej przeczytać każdy tom na jeden raz, to są króciutkie tomiki na 2, 3 godziny czytania każdy. Zaczyna śmieszyć dość szybko i ma się w ten sposób świetne popołudnie. Może oczywiście być tak, że kogoś to nie rozbawi, ale najlepiej się przekonać samemu.

        Narratorka Maria tak jak i w tomach poprzednich opowiada o życiu w odziedziczonym przez jej ojca, czeskim, kilkusetletnim zamku. Spotyka się tam z całą masą problemów, związane są one z rodzicami, pracownikami, turystami, w tym przypadku również z jej dwoma adoratorami. Te problemy dzięki dostrzeganiu w każdej opisywanej sytuacji aspektu komicznego, zamiast spędzać sen z powiek, stają się zabawnymi sytuacjami. Koszmarne wady opisywanych osób stają się komiczne i dzięki temu dużo łatwiej jest je znosić. Dzięki takiemu postrzeganiu rzeczywistości wszystko jest łatwiejsze i ciekawsze.

        W książce nie ma żadnej psychologii, opisów przyrody itp. Jej siła tkwi w unikalnym sposobie patrzenia na świat. Wydobywanie komizmu w otaczającym świecie rodzi dystans i tolerancję do rzeczywistości. Po przeczytaniu to specyficzne podejście do świata nawet się udziela czytelnikowi. Przez klika dni codzienne realia życia, aczkolwiek obiektywnie rzecz biorąc, wcale się nie zmieniły, wydawały mi się mniej denerwujące, a jednocześnie bardziej zabawne. Szkoda tylko, że ten efekt nie okazał się trwały, może powinnam sięgnąć po kolejny tom. 

            Nie da się ukryć, że nie ma tu efektu nowości, każdy kolejny tom jest nieco wtórny, ale jak dla mnie, potrafi bawić. Zamiast psychologii są zabawne portrety społeczeństwa, w tym przypadku reprezentowanego przez turystów, zwiedzających zamek. Turyści są w większości bardzo do siebie podobni, niezmiennie prawie nikogo żaden zamek zbytnio nie interesuje, ale gdy jest weekend, nie chcą siedzieć w domu, wolą robić cokolwiek, nawet zwiedzać zamek. Są też bardzo otwarci na wszelkie plotki o właścicielach zamku, którzy dorobili się już statusu lokalnych celebrytów.

7/10 

poniedziałek, 28 września 2026

Patrycja Bereznowska, Magdalena Ostrowska – Dołęgowska „Ostatni bieg”

 

Nie jestem biegaczką, nie biegam w ogóle, książkę polecił mi kolega, zaznaczając, że jest w niej mowa nie tylko o bieganiu. I rzeczywiście tak właśnie jest. Napisana jest wyjątkowo sprawnie, czyta się ją świetnie, momentami bardzo ciężko jest się oderwać, niektóre biegi opisane są tak, że można poczuć się, jakby oglądało się je na żywo. Specyfika niektórych maratonów jest tak szczególna, że czyta się o nich tak, jakby mowa była o innej planecie. Dotyczy to np. ultramaratonu Badwater, jednego z najtrudniejszych na świecie, odbywającego się w Dolinie Śmierci. Opisane są zarówno zwykłe, lokalne biegi, jak też i te najtrudniejsze. Autorki skupiają się raczej na rzeczowych opisach, refleksje są, ale w mniejszym stopniu. Książka przypomina trochę reportaż, trochę autobiografię.

Najbardziej frapujący jest dla mnie związek pomiędzy wytrwałością, konsekwencją, umiejętnością walki do samego końca i podobnymi cechami, nieodzownymi w sporcie, a użytkowaniem tych cech w zwykłym życiu.

Patrycja Bereznowska miała w życiu bardzo ciężko, pochodziła z ubogiej, niewykształconej rodziny, do wszystkiego doszła sama, spotykała ją masa przeciwności losu, jak np. samobójstwo matki, czy znacznie później już choroba nowotworowa. Dzięki sportowi nie załamała się trwale, tak jak niektóre osoby, wpadające pod wpływem przeciwności losu chociażby w alkoholizm. Patrycja przechodziła czasowe doły psychiczne, ale finalnie nie ugrzęzła na trwałe w depresji. Podniosła się. Pomógł jej w tym sport. 

Nie jest to zbyt odkrywcze, ale sport rzeczywiście daje siłę do walki z wszelkimi przeciwnościami losu. Ciekawa jestem, jaki jest odsetek ludzi w trwałej depresji i w nałogach wśród osób, zajmujących się sportem i wśród pozostałej populacji. Wydaje mi się, że wśród osób ruszających się, tych pogrążonych w depresji i nałogach jest zdecydowanie mniej.

Szkoda, że w przeważającej większości nauczyciele WF-u, nie są w stanie zarazić zamiłowaniem do sportu uczniów. Można byłoby to przecież robić tak, żeby uczniowie poznali różnego rodzaju sporty, biegi, skoki, łyżwy, narty, pływanie, tenis, siatkówkę, koszykówkę itd. Każdy miałby wówczas szansę odkryć coś dla siebie i byłby szczęśliwszy.

7/10

środa, 23 września 2026

Ken Follett „Klucz do Rebeki” – audiobook, czyta Andrzej Ferenc

 

 „Klucz do Rebeki” jest świetną powieścią historyczną i szpiegowską, z elementami romansu, z której poza rozrywką, można się sporo dowiedzieć o tym, co działo się w Egipcie w czasie II wojny i ofensywy Rommla. Tekst jest fenomenalnie odczytany, można niemal przenieść się w czasie. Całość szalenie wciąga. Poza nawiązaniem w tytule do mojej ulubionej powieści „Rebeki” Daphne de Maurier, głębszego związku pomiędzy obiema tymi powieściami nie ma.

Słuchając, czy czytając, obserwować można grę wywiadów w kulminacyjnym momencie wojny. Główne postacie w tej powieści to niemiecki super szpieg i angielski oficer z kontrwywiadu, stacjonujący w Kairze.

Ken Follett opisuje tu sytuację, kiedy to naprawdę wyjątkowo inteligentni ludzie, robią coś szalenie ważnego, mają wiedzę, samozaparcie, motywację itp., zaś dowodzeni są przez osoby niekompetentne. Wywiad niemiecki przekazywał swoim szpiegom fałszywe angielskie funty, co stało się początkiem końca niemieckiego szpiega Alexa Wolffa. Angielski kontrwywiad z kolei nie chciał się wychylać, przełożony angielskiego majora Williama Vandama wolał przegapić prawdziwego niemieckiego szpiega, niż zaryzykować i narazić się na to, że włoży sporo sił i środków na poszukiwanie szpiega tam, gdzie mogło go nie być. Tego rodzaju sytuacja nie jest wcale rzadka, zarówno w czasie wojny i pokoju, tutaj konformizm, serwilizm i głupota osób, zajmujących wyższe stanowiska w hierarchii określonych instytucji, opisane są bardzo rzeczowo i sugestywnie.

Świetnie pokazana jest też mentalność szpiega, tzn. te aspekty, na które nie zawsze zwraca się uwagę. Mam tu na myśli poza inteligencją, wiedzą, sprawnością fizyczną - absolutną bezwzględność. Liczy się tylko zadanie. Tak przynajmniej wyobrażał to sobie Ken Follett.

8/10

poniedziałek, 21 września 2026

Ryszard Ćwirlej „Na trwogę bije dzwon” – audiobook, czyta Adam Cywka

 

        Ryszard Ćwirlej fenomenalnie opisuje czas dwudziestolecia międzywojennego, w tym przypadku również początku wojny. Wydarzenia szalenie wciągają, każdej książki można słuchać bez względu na to, czy ktoś zna poprzednie tomy cyklu, czy nie. Adam Cywka wspaniale sobie poradził z odczytaniem, słuchając, można odnieść wrażenie, jakby raz mówiła np. rzeczywista niemiecka hrabina, albo innym razem dla odmiany miejscowy złodziej.

Opisywana historia jest trochę z pogranicza kryminału i gry wywiadów. Rzecz rozpoczyna się w 1938r. Zawsze czytając, czy słuchając książek Ćwirleja, ma się wrażenie pewnego bardzo bliskiego kontaktu z osobami o takiej mentalności, z którymi w innych okolicznościach spotkać się nie można. Nie chodzi tu tylko o to, że bohaterowie Ćwirleja żyli w innych czasach. Prezentowali oni takie typy osobowości, które są ponadczasowe. Przykładem takim jest brawurowy złodziejaszek, Tolek Grubiński, współpracujący i z polską policją i z polskim wywiadem. Można poznać jego system wartości i inne cechy, stanowiące zadziwiającą mieszankę dobra i zła, odwagi, chytrości, cwaniactwa, swoistego rodzaju lojalności wobec kraju, żony i dzieci.

        Czymś całkowicie unikanym jest opis ludności, zamieszkującej w tamtym czasie Poznań i teren Wielkopolski. To totalna mieszanina polskości i niemieckości. Większość ludzi bez względu na wykształcenie potrafiła porozumieć się i w j. polskim i niemieckim. Zawsze zadziwiała mnie Wielkopolska, tu jest opisany przymus wykształcenia. W okresie zaborów Niemcy traktowali Wielkopolskę jako swój kraj, posyłanie dzieci do szkoły było do pewnego wieku dziecka obowiązkowe. Pożytki z wykształcenia są oczywiste i nie zamierzam się nad tym rozwodzić. Po skończeniu szkoły dzieci miały zdecydowanie większą szanse na normalną pracę, znajomość języka niemieckiego była do tego nieodzowna, Polacy dzięki wykształceniu nie musieli być tylko dołami społecznymi. Skończenie niemieckiej szkoły nie oznaczało wynarodowienia, gdyby tak to działało, nie byłoby udanego powstania wielkopolskiego w 1918-1919r. Kluczowa była tu kwestia wychowania w domu, potem ewentualne małżeństwo.

        Gloryfikowana jest w naszej historii sytuacja dzieci z Wrześni z 1901-1902 r. i ich bunt i ich rodziców przeciwko germanizacji, głównie p-ko nauce religii w j. niemieckim. Ćwirlej o tym nie wspomina, ale skojarzenia same się nasuwają. Jest właśnie druga strona medalu, czyli Polacy po skończeniu niemieckiej szkoły, mający szersze horyzonty intelektualne, szanse na wyższe wykształcenie, na normalną pracę. A po wybuchu II wojny, znajomość j. niemieckiego stała się już niekiedy sprawą życia i śmierci. To dzięki skończeniu niemieckich szkół i perfekcyjnej znajomości j. niemieckiego komisarz Fischer, czyli główna postać cyklu, mógł współpracować z polskim wywiadem i rozpracowywać Niemców. Mógł dzięki temu myśleć o tym, aby w czasie wojny wejść w szeregi wywiadu niemieckiego i zdobywać informacje dla Polski. Pragmatyzm wielu Wielkopolan jest godny podziwu. Gdyby wszyscy prezentowali taka postawę jak rodzice dzieci z Wrześni, byłoby z nami kiepsko.

8/10

niedziela, 20 września 2026

Maryla Szymiczkowa „Rozdarta zasłona” tom II cyklu z profesorową Szczupaczyńską

 

         Miłośnicy kryminałów retro nie powinni być zawiedzeni. Jak zawsze widać olbrzymią dbałość autorów o oddanie realiów epoki. Profesorowa Szczupaczyńska poszukuje tym razem zabójcy swojej służącej, Karolci. Z jednej strony można obserwować tzw. wyższe sfery, czyli środowisko stosunkowo zamożnych elit Krakowa końca XIX wieku, a z drugiej właśnie grupy społeczne z samych nizin, biedotę plus zdemoralizowanych przestępców, sutenerów itp. . Mimo podjęcia poważnego i tragicznego tematu, jest jak zwykle spora dawka humoru, zarówno takiego najprostszego, jak np. prostytutka alkoholiczka, nazwana Mańką Pomidor, jak też i tego wyrafinowanego. W przypadku prostytutki śmieszny jest tylko jej przydomek, bo cała reszta, jej sytuacja, pod każdym względem jest tragiczna.

             Tytułowa „Rozdarta zasłona” to pokazanie innego oblicza społeczeństwa. Kraków nie był tu wyjątkiem. To biedota, ciemnota, prostytucja, przestępczość z jednej strony , a z drugiej dewocja, obłuda, poczucie wyższości, snobizm i totalne zakłamanie. Przedstawiciele uprzywilejowanych warstw nie chccieli słyszeć o tym, co dzieje się w innej dzielnicy, co dzieje się po zmroku itp.

            Autorzy opisali też liczne zmiany społeczne, techniczne, polityczne i wszelkie inne, jakie w tamtym czasie miały miejsce. Z naszego punktu widzenia, to teraz świat się błyskawicznie zmienia, ale krakowianie sprzed ponad 100 lat, też tak uważali. Generalnie widać totalną niechęć do jakichkolwiek zmian. Szczupaczyńska przykładowo cieszy się, że Kraków cały czas korzysta z tramwajów konnych i nie poszedł za przykładem innych miast, gdzie zdecydowano się na nieprzewidywalny i niebezpieczny pomysł tramwajów bez koni.

      Jednym ze wspomnianych zjawisk są próby młodych kobiet uzyskania prawa do studiowania. Kto najbardziej się temu sprzeciwiał? Profesorowie uniwersyteccy. Ich komentarze do tej sytuacji były potwornie żenujące. Utworzono pierwsze żeńskie gimnazjum, stało za tym 3 profesorów, ale uchodzili oni za nieco pomylonych i w środowisku nikt się z nimi nie liczył, realizując ten pomysł skompromitowali się totalnie w oczach ówczesnego świata. Jest też lekarz, Kurkiewicz, który udzielał pomocy medycznej najbiedniejszym kobietom, poddanym wówczas ostracyzmowi społecznemu, prostytutkom. Nie dbał o karierę ani o splendor, żył zgodnie ze swoim powołaniem. Był prekursorem seksuologii i prowadził badania w tym zakresie. Zainteresowanie tematyką seksualności i naukowe podejście do tej kwestii spowodowało, że również i on był postrzegany jako nie do końca normalny i nikt się z nim nie liczył. Żył w biedzie. Dzisiaj uczą się o nim studenci, ale gdy żył, nie miał lekko. Autorzy świetnie pokazali, że przekraczanie mentalne granic swojej epoki dane jest nielicznym i nie zawsze tych ludzi spotyka splendor, często jest odwrotnie.

    Wisienką na torcie są spotkania z osobami, które znane są z historii, np. Ignacy Daszyński czy Tadeusz Boy – Żeleński.

8/10

czwartek, 27 sierpnia 2026

Joe Alex (Maciej Słomczyński) „Zmącony spokój Pani Labiryntu”

 


        To zdecydowanie najlepsza książka Joe Alexa spośród oczywiście tych, które do tej pory przeczytałam. Wydarzenia są mocno intrygujące, ciężko jest się oderwać od czytania. Są też nawiązania do mitologii, archeologii, są różnego rodzaju spostrzeżenia dotyczące ludzkiej natury czy inteligencji. Nie ma tu jednocześnie żadnych długich opisów, te spostrzeżenia to po prostu kilka wyjątkowo celnych zdań na dany temat.

Frapujące są nawet opisy przyrody, a konkretnie wichru, który spotykany jest tylko w określonej części Morza Śródziemnego. Zanim dojdzie do wichury, są pierwsze podmuchy. Pierwszy podmuch atakuje znienacka, gdy ktoś nie zna tego zjawiska, nie zaobserwuje żadnych znaków ostrzegawczych. Ten podmuch jest bardzo krótki, ale tak silny, że może przewrócić dorosłego człowieka. Gdy ktoś stoi w niebezpiecznym miejscu, np. na brzegu klifu, może się to skończyć tragicznie.

    Tym razem Joe Alex wraz z ukochaną Karoliną i grupą jej współpracowników, archeologów, znalazł się na maleńkiej wysepce niedaleko Krety, gdzie miały być prowadzone prace archeologiczne.

        Wszyscy archeolodzy z wyprawy byli ludźmi inteligentnymi, elitą. Ale nawet w tym kręgu autor rozróżnił osoby naprawdę błyskotliwe i ich przeciwieństwo, czyli „solidnych, rzetelnych rzemieślników”. Gdzie przebiega granica pomiędzy mniej i bardziej inteligentnymi? Otóż zobrazowane zostało to na przykładzie współautorów książki o archeologii. Jeden z nich, Robert Gordon, jak nikt inny wiedział wszystko o kulturze minojskiej, był jak encyklopedia. Ale nie był odkrywcą, był tylko „solidnym, rzetelnym rzemieślnikiem”, „kojarzenie spraw pozornie odległych i powtórne, odważne atakowanie problemów, raz już w przeszłości przez kogoś rozwiązanych, przerastało go o głowę”. Była to „drugorzędna, ograniczona, oschła umysłowość, obsypana darami losu”. Wszystko, co w książce o archeologii było nowe i cenne, pochodziło od drugiego współautora, od Johna. John publikując książkę z Robertem, czuł się finalnie okradziony, wynikało z niej że przecież, że odkrywcze tezy są autorstwa ich obu. Robert jako mniej inteligentny nie miał świadomości tej różnicy między nimi.

        Świetnie pokazana jest też różnica charakterów pomiędzy Joe Alexem a jego partnerką Karoliną. Joe w trakcie pobytu na wyspie podjął się kilka razy różnych niebezpiecznych misji. Z uwagi na spore ryzyko Karolina była bardzo zdenerwowana. Joe, który te przedsięwzięcia realizował, był zdenerwowany zdecydowanie mniej, może w ogóle. Ona nie wierzyła lub nie dostrzegała, że „niebezpieczeństwo jest dla niego tym, czym dla innych wypoczynek”.

        Wygląda na to, że książki Joe Alexa lepiej jest czytać, niż słuchać, w trakcie słuchania nie da się wychwycić wszystkich tych smaczków.

8/10

czwartek, 20 sierpnia 2026

Piotr Zychowicz „Ukraińcy”

 

        Jestem wielką fanką książek Zychowicza, w swoich seriach dotyczących różnych narodów, jak np. „Angole”, „Sowieci” skupia się on głównie na faktach. W innych jego książkach jest zdecydowanie więcej rozważań, szalenie interesujących zresztą, w stylu co by było gdyby, jest też sporo ocen określonych posunięć politycznych.

        Relacje z Ukrainą są najbardziej skomplikowanymi naszymi relacjami nie tylko w odniesieniu do naszych sąsiadów, ale w ogóle w odniesieniu do wszystkich innych państw w naszej historii. Rachunek krzywd i przewin każdej ze stron jest szalenie obszerny. Wyliczanie, kto i kiedy bardziej zawinił, nie ma sensu. Zychowicz we wszystkich chyba książkach zwraca uwagę na zasadnicze kwestie w naszych możliwościach geopolitycznych. Nie są to jakieś szczególnie odkrywcze myśli, ale nie każdy chyba ma tego świadomość, szczególnie dzisiaj. Gdy nie było niepodległej Ukrainy możliwe były 3 warianty relacji politycznych z sąsiadami.

  1. My z Niemcami p-ko Rosji

  2. My z Rosją p-ko Niemcom

  3. Rosja z Niemcami p-ko nam.

Od kiedy jest Ukraina, nasza sytuacja jest nieporównywalnie lepsza.

        Możliwości jest już więcej, o tym jakie są dla korzyści z istnienia Ukrainy, osobom zdroworozsądkowo myślącym nie ma sensu tłumaczyć. Oczywiste jest, że Rosja od zawsze była naszym wrogiem i w tej materii nic się nie zmieni, bo imperialna polityka i zbrodniczy charakter leży w DNA tego państwa. Dobre relacje z Ukrainą są dla nas niezmiernie ważne, co oczywiście nie oznacza, że mamy przyjmować wobec Ukrainy służalczą postawę.

        Zychowicz wskazuje, jak olbrzymie szanse dawała i daje nam obecność Ukrainy, dawniej Rusi, i jak nie potrafiliśmy tego wykorzystać i dla dobra naszego i ukraińskiego, a na niekorzyść Moskwy. Klasycznym przykładem jest Ugoda Hadziacka z 1658, dzięki której z Rzeczpospolitej Obojga Narodów, mieliśmy się stać Rzeczpospolitą Trojga Narodów, czyli my + Litwa + Ruś czyli obecna Ukraina. Gdybyśmy potrafili dotrzymać jej postanowień, być może nasze losy w szczególności w aspekcie rozbiorów, potoczyłyby się inaczej.

        W „Ukraińcach” Zychowicz ponadto opisuje kluczowe dla Polski i Ukrainy fragmenty dziejów, część wydarzeń jest szeroko znana, jak np. ludobójstwo na Wołyniu, Wielki Głód na Ukrainie, ale opisuje on mniej znane aspekty. W przypadku wielkiego Głodu zwraca uwagę na np. totalną bierność polskiego rządu, który o tej sytuacji był doskonale poinformowany. Nie nagłośniono tej sprawy, nie podjęto nawet akcji pomocy obywatelom polskim, polskie konsulaty na terenie ZSRR negatywnie rozpoznawały wnioski o wizy, zmieniło się to dopiero już w ostatniej fazie dramatu. Co gorsze, hamowano wszelkie ruchy pomocowe oddolne, inicjowane przez Ukraińców, zamieszkujących na terenie Polski. Wynikało to wszystko z tego, że Polska z ZSRR podpisała w 1932r. Pakt o nieagresji i nie chciała zadrażniać relacji, naiwnie wierząc, że ZSRR dotrzyma postanowień tego paktu, gdy my będziemy cicho siedzieć.

        Jest też opisanych sporo takich wydarzeń, które nie są szeroko znane. Generalnie, u nas są powszechnie znane te dzieje, gdy my byliśmy pokrzywdzeni, gdy było odwrotnie, to jakoś mało się o tym mówi. Są też wskazywane zjawiska, które uwidaczniają potworną zawiłość i złożoność tych polsko – ukraińskich relacji.

Przykładowo działania naszego aparatu państwowego w Dwudziestoleciu Międzywojennym w odniesieniu do Ukraińców są określone jako polonizacja Wołynia. Przypominało to metody stosowane przez Krzyżaków wobec Polaków wieki wcześniej. Jest mowa o tzw. instriebitielnych batalionach, czyli grupach szturmowych NKWD, do których wstąpiła w 1944 r. i 1945r. spora grupa Polaków, do około 30 000, m. in z AK. Dotyczyło to terenów Wołynia, województwa lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego wstąpiło do tych batalionów. Wynikało to z tego, że chcieli walczyć z Upowcami, nie chcieli zostać przez nich zarżnięci.

Podjętych jest też cała masa innych wątków, enumeratywne wymienienie ich wszystkich nie jest możliwe. Myślę, że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie, coś o czym nie wiedział, lub coś, co pamiętał niedokładnie.

9/10



środa, 12 sierpnia 2026

Lilian Jackson Braun „Kot, który lubił Brahmsa”

 

            Pisałam już o tym tomie mojej ulubionej tutaj, gdy czytałam go wcześniej. Wówczas najbardziej rzuciła mi się w oczy postać Fanny, czyli ekscentrycznej staruszki, która była przyjaciółką matki Qwilla. Fanny zapisała na niego cały swój olbrzymi majątek pod warunkiem, że zamieszka przez okres 5 lat w małym miasteczku, tym samym w którym i ona żyła.

        W tym tomie Qwill przyjechał na wakacje do tego właśnie miasteczka. Spośród wszystkich przymiotów Qwilla tutaj widać wyraźnie otwartość na nowości i dużą dozę wyrozumiałości i tolerancji. Nie zrywał znajomości ze starymi znajomymi, ale chętnie poznawał nowych ludzi. Chociaż był zadowolony ze swojego życia i swoich relacji międzyludzkich, zawierał kolejne znajomości i ze starymi i z młodymi osobami, nie pytał nikogo o poglądy polityczne. Gdy ktoś coś zawalił, o czymś zapomniał lub zrobił coś, co według Qwilla nie było tak całkiem w porządku, nie robił z tego problemu, nie skłócał się. Miał świadomość, że ludzie mają i wady i zalety i że on sam też nie jest idealny. Nie przesądzał z góry, czy nowo poznane osoby mu się spodobają i czy te nowe znajomości okażą się trwałe, zdawał się na bieg wydarzeń.

Nie pływał nigdy kajakiem, ale gdy zamieszkał przy wielkim jeziorze, uznał, że spróbuje i tego sportu. Tak samo nie wiedział, czy polubi pływanie kajakiem, ale spróbował, skorzystał z okazji, że nieopodal była woda, że kajaki były dostępne.

Gdy znalazł się pierwszy raz w restauracjach tego miasteczka, nie dziwił się, że menu nie jest zbyt bogate, że obsługa nie jest doskonała itp. Dostosował się do sytuacji, nie robił awantur, nie strzelał focha.

Tak jak w każdym tomie tego cyklu, swoistego rodzaju bohaterką jest też pogoda. Ludzie często pędzą do pracy i z powrotem, nie zwracając większej uwagi na to, co dzieje się za oknem. Lilian Jackson Braun przykładała do tego wagę. W tym tomie Qwill miał okazję zaobserwować niesamowitą mgłę, olbrzymie jezioro „zniknęło”, tak samo wszystkie drzewa. 

Tom kończy się, gdy Qwill dowiaduje się o spadku. 

10/10     

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Susanne Lieder „Agatha Christie. Narodziny Królowej Kryminału” – audiobook, czyta Róża Cieślinska – Dziekiewicz

 

Książka może być dobra tylko i wyłącznie dla kogoś, kto naprawdę nic nie wie o Królowej Kryminału. Jest płyciutka. Susanne Lieder sięgnęła tylko do znanych pozycji o Christie, głównie do „Autobiografii” Agaty Christie i zrobiła taką kompilację. Ta biografia niewiele się różni od „Autobiografii. Przedstawione są powszechnie znane fakty z dzieciństwa i młodości Agaty. Nie ma refleksji nad tym, jak pewne zdarzenia wpłynęły na ukształtowanie się jej charakteru i jej samej jako pisarki. Pierwsze powieści są wspomniane, ale bardzo ogólnie, są raczej zasygnalizowane. Fascynującą biografię Christie napisał Jared Cade – „Agata Christie jedenaście zaginionych dni”, o której pisałam tutaj.

Kardynalnym błędem Susanne Lieder było całkowite pominięcie faktu zaginięcia pisarki w 1926r. na okres 11 dni. Wydarzenie to i ciąg innych wcześniejszych sytuacji Jared Cade uznał za kluczowe dla zrozumienia tej postaci. O zaginięciu powstał też film z Dustinem Hoffmanem i Venessą Redgrave.

Agata najprawdopodobniej nigdy nie pogodziła się z tym, że została porzucona przez męża, „zniknęła” krótko po śmierci matki i rozpadzie swojego małżeństwa. Uwidoczniły się wówczas kompleksy, lęk przed kolejnym porzuceniem. Echa tego wydarzenia widoczne są w twórczości, pisarka opisała sporo zdrad małżeńskich, udanych małżeństw z dłuższym stażem w jej twórczości właściwie nie ma. Wiele bohaterek jej książek jest bardzo przebojowych, towarzyskich, zabawowych, ale to jakby przeciwieństwo jej samej, może chciała po prostu taka być. Tak samo ciężko było jej się pogodzić z koniecznością sprzedaży rodzinnego domu, bohaterowie jej książek często też mierzą się z taką sytuacją, ale są wówczas bardziej racjonalni.

Susanne Lieder poszła po najmniejszej linii oporu, na końcu książki wspomniała, że Christie w „Autobiografii” nic nie wspomniała o tych 11 dniach, ona też więc zrobiła to samo. Musiałby sięgnąć do większej ilości źródeł i to chyba była istota problemu.

5/10

wtorek, 4 sierpnia 2026

Elżbieta Cherezińska „Śmiały. Bolesław II. Tom 1” – audiobook, czyta Filip Kosior

 

        Bolesław Śmiały/Szczodry był inteligentnym, łebskim królem Polski, miał spore osiągnięcia. Doprowadził do swojej koronacji, co nie udało się jego ojcu, przeprowadził uprzedzający atak na Ruś, gdzie zajął Kijów. Wmocnił pozycję Polski na arenie międzynarodowej. Popełnił jednak tak straszny błąd, że stracił koronę i musiał uciekać z kraju. Kojarzony jest obecnie tylko z zabójstwem biskupa Stanisława, o jego dokonaniach mało kto pamięta.

        Cherezińska ukazuje go z pełnią wad i zalet. Z reguły bardzo ciężko jest przewidzieć, jak ktoś się zachowa w przyszłości. Ale gdy wiemy, jak potoczyły się losy Bolesława II, czytając książkę, można już od czasu jego młodości obserwować, które cechy pomogły mu osiągnąć wyżyny, a które doprowadziły do zguby. Jest to rzeczywiście unikalny przykład, jak można tak wiele osiągnąć i tak wiele stracić, a straszliwy upadek zawdzięczać samemu sobie. Nie znam jeszcze drugiej części cyklu, ale wszystko skazuje na to, że te same cechy, które spowodowały, że Bolesław II stał się wielki, doprowadziły go do zguby. Mam na myśli umiejętność podejmowania szybkich decyzji, odwagę graniczącą z brawurą, ryzykanctwo. Ale to tylko przypuszczenie, po lekturze II części będę mogła to rozwinąć.

        Cherezińska zastanawia się także nad tym, nie kwestionując oczywiście mądrości i umiejętności króla, czy osiągnięcia, szczególnie w polityce zewnętrznej, zawdzięcza samemu sobie, czy też może ktoś mu jednak pomagał, doradzał. Ostatnio coraz częściej mówi się o przemilczanej roli kobiet w dziejach. Autorka stawia tezę, że królowi pomagała m. in. siostra, Świętosława, która wyszła za mąż za księcia, późniejszego króla Czech. Nie bez znaczenia był też fakt, że Wielką Księżną Kijowską była ciotka naszego Bolesława, Gertruda. Była ona siostrą jego ojca, Kazimiera Odnowiciela. Oczywiście kwestia, czy Bolesław rzeczywiście był takim dobrym królem, jest dyskusyjna, tak samo dyskusyjna jest teza o znaczącej roli kobiet w ówczesnej polityce.

Poważnym minusem z kolei były dla mnie opisy królewskich porodów. Jest ich kilka, trwają długo, opisane są tak, że nudy nie ma, na pewno nie są jednak potrzebne w tak obszernej formie. Wolałabym, żeby większy nacisk położony był na osobę Bolesława, a nie na porody, bo temat króla niekiedy mocno się rozmywa i tonie w zalewie pobocznych wątków. Jak dla mnie, to za mało jest Polski i za mało Bolesława.

7/10

środa, 29 lipca 2026

Lucy Maud Montgomery „Anne z Avonlea” tłumaczyła Anna Bańkowska

 

            Burza sprzed kilku lat związana z nowym tłumaczeniem cyklu o Ani z Zielonego Wzgórza już ucichła. Zainteresowani musieli przyjąć do wiadomości, że mamy teraz również Anię z Zielonych Szczytów, bohaterowie maja oryginalne imiona, np. zamiast Maryli jest Marilla itp. Anna Bańkowska zrobiła kawał dobrej roboty. Czyta się lekko, te oryginalne imiona i nazwy według mnie lepiej oddają ducha książki. Styl tłumaczenia też jest inny, 100 lat temu inaczej się mówiło. Dla mnie nowe przekłady są jak np. lekka przeróbka klasycznego ubrania albo nowe dodatki do tego klasycznego stroju, np. współczesna biżuteria, buty, torebka itp. Podziwiam tłumaczkę Annę Bańkowską, która ma już 86 lat, a tłumaczenia całego cyklu dokonała w wieku 80 plus.

.      Książki o Ani są jak jakaś autoterapia, z Anią chce się przebywać, widzi się wówczas świat w wyjątkowo jasnych barwach. Jak pomyślała Maryla/Marilla, Ania miała „dar patrzenia na życie przez jakiś odmieniający je – a może odsłaniający? – filtr”. Czytelnicy też mogą z tej obecności korzystać.

           W tym tomie Anią stała się współzałożycielką Towarzystwa Miłośników Avonlea, doprowadziła do ponownego spotkania pary dojrzałych mocno już ludzi, kiedyś zakochanych w sobie, którzy przez jakąś totalną głupotę zerwali ze sobą. Fragmenty o Chatce Ech i pani Lavendar, o uczniu Ani z olbrzymią wyobraźnią, mają w sobie olbrzymi urok.

        Ewidentnie przeszkadza mi natomiast podejście do zwierząt i Lucy Maud Montgomery i bohaterów jej książek. W tym tomie Ania przez pomyłkę zamiast swoją krowę, sprzedała krowę sąsiada. Dla autorki było to zabawne, ale świadczy to po prostu o traktowaniu zwierząt jak przedmioty, trudno sobie wyobrazić, aby normalny opiekun kota czy psa nie odróżnił swojego pupila od innego. Sąsiad Ani miał papugę i właściwie tylko on ja traktował jak żywą, czującą istotę, otoczenie traktowało to jako dziwactwo, z Anią włącznie. Cóż, w tamtych czasach tak właśnie traktowano zwierzęta, a Lucy Maud Montgomery w tym aspekcie nie różniła się zbytnio od jej współczesnych.

8/10

niedziela, 26 lipca 2026

Jane Austen „Rozważna i romantyczna”

 

To jedna z moich ulubionych książek, mojej ulubionej pisarki, pisałam już o niej wcześniej tutaj. Każdy czytelnik znajdzie tu postacie i sytuacje, które w jakimś tam stopniu będą mu przypominać jego własne, część z przeszłości, cześć aktualnych. Mowa jest i o pozytywnych i o negatywnych aspektach życia. Początkowo są problemy materialne, jest zła passa, nieszczęśliwa miłość, wszystko idzie nie tak. Oczywiście nie byłaby to Jane Austen, gdyby ta zła passa w pewnym momencie się nie kończyła. W większości spotykamy osoby, które są mieszanką cech dobrych i złych.

Spośród charakterów widzimy np. Willougby`ego, robiącego wrażenie człowieka z gruntu złego. Pisarka, fenomenalne znawczyni natury ludzkiej, zastanowiła się nad tym, dlaczego jego charakter jest taki wypaczony, gdy był młodszy, nie był tak zdegenerowany. Przyczyny zdgenerowania upatruje w nieróbstwie, nazywanym przez nią próżniactwem i gnuśnością. Willoughby nie musiał pracować, co nie byłby takie dziwne w jego klasie społecznej, ale nie miał też żadnych obowiązków, ani rodzinnych, ani wynikających z posiadanego majątku. Nic nie musiał i wszystko było mu wolno, zaczął więc prowadzić hulaszczy tryb życia, nastąpiła degeneracja charakteru i osoby. Zrobił się bezwzględny, skrajnie egoistyczny i chciwy. Nieróbstwo wypaczyło charakter.

Z ciekawszym postaci można zaobserwować też Lucy, bezwzględną intrygantkę, która umiejętnie sączonym pochlebstwem była w stanie uzyskać niemal wszystko, czego chciała. Porażające jest to, jak ludzie byli żądni wszelkich komplementów, nawet fałszywych, mimo pewnego poziomu intelektualnego w odniesieniu do siebie nie byli w stanie zauważyć tego fałszu.

Wszechobecny jest egoizm. Jedna z głównych postaci, Marianna, niewątpliwie kochała swoją matkę i siostrę. Ale gdy sama się nieszczęśliwie zakochała, dostała takiej histerii i odstawiała takie numery, że mogła tą matkę wpędzić do grobu, a siostrę doprowadzić do totalnego rozstroju nerwowego. Mimo tej miłości do rodziny, Marianna, czując się nieszczęśliwa, w najmniejszym nawet stopniu nie pomyślała o tych bliskich osobach. Zabrała im sporo zdrowia i pewnie skróciła nieco życie. Niektórzy mówią, że z rodzinką najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu, ten aspekt zachowania Marianny świetnie to ilustruje.

Zaskakująca jest mocno, chyba najbardziej ze wszystkiego, bezrefleksyjność i bezmyślność opisywanych postaci. Uczestnicząc w różnych sytuacjach nie są w stanie zorientować się w intencjach innych osób, nie potrafią przewidzieć pewnych posunięć. Reagują na bieżąco, ale nie poświęcają ani chwili wolnego czasu na to, aby przemyśleć różne wydarzenia, aby próbować rozszyfrować charakter znajomych. Gdy ktoś coś zrobi, często są zaskoczeni, gdyby jednak pomyśleli dłużej i głębiej o tej osobie, przypomnieliby sobie różne jej posunięcia, połączyliby pewne fakty i wyciągnęliby wnioski, zaskoczenia raczej nie byłoby. To co było dla nich zaskakujące, mogło być przewidywalne. Refleksyjna jest jedynie Eleonora. Czytając o jej przemyśleniach, można prześledzić, jak postrzega ona ludzi, na co zwraca uwagę. Mimo bardzo młodego wieku wykazuje niezwykłą dojrzałość.

10/10

środa, 22 lipca 2026

Marcin Faliński, Rafał Barnaś „Rewolta AI”

 


    Wiązałam z książką spore nadzieje, a tu przyszło spore rozczarowanie. Niby sporo jest fragmentów o sztucznej inteligencji, ale są to albo banalne informacje, znane każdemu, kto opanował obsługę chata GPT w stopniu podstawowym, albo nudne, niestrawne wypowiedzi, przypominające wykłady, których nikt nie jest w stanie słuchać. Niczego szczególnego się w tym zakresie nie dowiedziałam.

    Sylwetki głównych postaci są totalnie niewiarygodne i to pod każdym względem. Akcja wciąga średnio, jest niestety przewidywalna. Specjalistka od AI jest łatwowierna jak dziecko, a zapracowana do tego stopnia, że przekracza to ludzkie możliwości, nie znam nikogo, kto byłby w stanie tak długi czas tak harować. Jest niemal osaczona przez rosyjskich agentów, podobnie jej mąż, a nawet i ojciec, nie jest jednak w stanie żadnego z nich dostrzec. Aż dziwne, że wywiad reflektował na tak łatwowierną osobę. Czyta się tak sobie.

        Temat cybernetyki i sztucznej inteligencji w powieści skojarzył mi się ze świetną trylogią Jakuba Szamałka „Ukryta sieć”, o której pisałam już tutaj. „Rewolta AI” nie wytrzymuje porównania.

        Nie byłam w stanie znaleźć tu żadnej wartości dodanej, czegoś co wyniosłabym po lekturze, co zapamiętałabym na dłużej. Zygmunt Kałużyński powiedział kiedyś, że jeżeli w filmie jest chociaż jedna scena warta obejrzenia, czy która zmusiła do zastanowienia, to czas poświęcony na obejrzenie filmu nie był czasem straconym. W tej książce nie za bardzo widzę taką scenę, czy postać, która zmusiłaby do jakiejkolwiek refleksji. Być może Marcin Faliński, były agent wywiadu, ma wiedzę z tego zakresu, ale naprawdę nie każdy ma zdolności pisarskie.

2/10

środa, 15 lipca 2026

Mario Puzo „Ojciec chrzestny” – audiobook, superprodukcja, czyta zespół aktorów

 

        Sposób odczytania i muzyka są świetne. Nie jest to muzyka Nino Roty z filmu, ale naprawdę jest super. Mario Puzo nie pisał banalnych, prostych powieści, książka napisana jest tak, że mimo iż pewne fragmenty pamiętałam z filmu, tekst i tak mnie wciągał.

        „Ojciec chrzestny” mimo iż jest świetnie napisany, nie będzie moją ulubioną książką. Nie ma tu ani jednego pozytywnego bohatera, opisywany świat budzi odrazę, jest pełen przemocy, korupcji, obsesji seksu. Jest to świat nieprawdziwy. Co do poszczególnych sylwetek osób, to nie mogę zarzucić Mario Puzo fałszu czy banału. Istnieją tacy ludzie, jakich opisał, ale świat nie składa się tylko z ludzi złych.

        Don Corleone wzbudzał moją szczególną antypatię, był mordercą oszustem, a uczucia wykazywał jedynie w odniesieniu do najbliższej rodziny. Zlecał zabójstwa nie tylko ludzi, kazał zabić też przepięknego, młodego konia. W wielu filmach czy serialach mafiosi wykreowani przez twórców na miłych, niemal nieszkodliwych facetów, potrafią wzbudzić u widza ciepłe uczucia, np. Tony Soprano, w tym przypadku tak nie było.

    Można za to niewątpliwie podziwiać intelekt dona Corleone, intelektu tego używał głównie do tego, aby jak najwięcej zarobić, oszukać, skorumpować jak najwięcej osób i umocnić swoja władzę. Nie ulegał emocjom, każdy jego ruch był starannie wyreżyserowany i przemyślany, nawet w sytuacjach nagłych kierowanie się rozumem było już dla niego odruchem. Ważny był też fałsz, nie mógł nikomu zdradzać się z planami. Miał ustalone priorytety i ich się trzymał. Nie bez znaczenia był tutaj fakt, że zaczynając wszystko od zera, musiał wykazać się olbrzymim sprytem i determinacją, nie był dzieckiem, któremu rodzice wszystko załatwiali i kupowali, co chciał.

7/10



wtorek, 7 lipca 2026

Marta Kisiel „Dożywocie” – audiobook, czyta Hanna Chojnacka

 

        Literatura humorystyczna, seriale komediowe, spektakle czy filmy tego typu, mają do siebie to, że jednych śmieszą bardzo, innych mniej, niektórych wcale. Często jest tak, że komedia, która podoba się osobie X, nie podoba się osobie Y, i odwrotnie, inna komedia, która spodoba się Y, może X się nie spodobać. Jedni lubią morze, drudzy góry i to chyba działa na tej zasadzie. Największym walorem książek Marty Kisiel jest właśnie humor. Dawno temu przeczytałam jej „Nomen omen” i z perspektywy czasu oceniam go nie najgorzej. „Dożywocie” też nie jest najgorsze. Z godziny na godzinę słuchania można coraz bardziej przyzwyczaić się do tego typu narracji i się w nią wciągnąć, aczkolwiek na początku wszystko brzmi dość dziwacznie. Z uwagi na specyfikę, każdy jeśli tylko ma ochotę, powinien sam spróbować poczytać czy posłuchać bez gwarancji, czy mu się spodoba.

Książka napisana jest w bardzo, ale to bardzo prostym stylu. Młody chłopak, Konrad Romańczuk, odziedziczył stary dom, w którym, jak się okazało już w późniejszym terminie, mieszkała grupa istot z innego wymiaru, anioł, duch samobójcy, utopce, później driada itp. Te zabawne sytuacje są głównie z ich udziałem. Te postacie są też jednocześnie symbolami zachowań, jakie prezentują różne osoby w każdym społeczeństwie .

Jak dla mnie najbardziej udany był duch samobójcy, który zabił się z miłości, czyli panicz Szczęsny. Romańczuk i inni, plus różne zbiegi okoliczności, pokazują mu absurd takiego posunięcia. Pławienie się w nieszczęściu, wieczne rozpamiętywanie nieszczęśliwej miłości, idealizowanie obiektu uczuć, jest wyśmiane na wszelkie możliwe sposoby, ale kulturalnie i właśnie z humorem. A jednym z najskuteczniejszych sposobów na „wyleczenie” jest pojawienie się nowego obiekt uczuć. Utopiec, który według mitologii słowiańskiej, jest czymś bezwzględnie złym, tutaj dał się oswoić i stał się całkiem fajnym domownikiem.

Dla poprawy humoru i rozluźnienia książka jest w sam raz.

7/10  

czwartek, 2 lipca 2026

Ewa Woydyłło „W zgodzie ze sobą”

 

            Jak dla mnie ta książka, jest zbiorem odrębnych tekstów, dość luźno powiązanych ze sobą. Jeden rozdział, czyli kilka stron, dla mnie był wyjątkowo humorystyczny, autorka omawiała tam cechy osoby dojrzałej i zdrowej psychicznie. Przez całe swoje życie nigdy nie spotkałam kogoś, kto miałby wszystkie te cechy. Woydyłło też podkreśla, że każdy człowiek ma potencjał zmiany, to nie jest tak, że czegoś się nie da się w kimś zmienić, bo taki jest. „Psychologia pomaga w przemianie kryzysów w szanse, a problemów w zadania”.

    Zmienić mogą się nawet neurotycy. „Prawdziwy neurotyk przedziera się przez życie zalękniony, przestraszony, a nawet przerażony. Boi się ryzyka, wszystkiego, co nieznane i niepewne, boi się niebezpieczeństw i wszędzie ich wypatruje. Boi się bólu, choroby, a przede wszystkim tego, że mu coś się stanie, że nie wytrzyma”.

        Jeden z najciekawszych rozdziałów był o odporności psychicznej, przez E. Woydyłło zatytułowany dość dziwnie „Sprężystość emocjonalna”. Mam kolegę, który jest wyjątkowo odporny psychicznie, w pracy dostaje zawsze najcięższe zadania, niejednokrotnie takie, że ktoś inny na jego miejscu załamałby się. Jest zadowolony z życia, jest biegaczem, ultramaratończykiem. Przypuszczałam, że ta siła psychiczna może wynikać m. in. z uprawiania sportu. Gdy go pytałam, skąd się to bierze, powiedział mi, że nie wie. Z książki wynika, że ta cecha nie jest wrodzona, że można ją sobie wyrobić. „Nie pochodzi z zewnątrz. Wytwarzamy ją sami, a jej niezwykłość polega na tym, że wyzwalamy ją w sobie w obliczu wyzwań, trudności i przeszkód”. Czyli gdy chcemy być odporni psychicznie, nie powinniśmy uciekać od wyzwań, tylko wręcz przeciwnie, powinniśmy je podejmować. Jeśli ktoś ucieka od wyzwań, będzie słaby. I to się doskonale sprawdza w przypadku tego mojego kolegi, to chyba rzeczywiście jest klucz do jego odporności psychicznej.

            Ciekawym zagadnieniem są cierpiętnicy, znam jedną taką osobę. Każdy chyba zna kogoś takiego. Są to osoby nieszczęśliwe, wiecznie niezadowolone, z masą pretensji do świata, uważające się za szczególnie pokrzywdzone przez los, pomimo tego, że wiele innych osób spotkało to samo, co i tego cierpiętnika. Zdaniem autorki w wielu wypadkach, nie we wszystkich oczywiście, jest to prostu wybór tej osoby i żadne perswazje otoczenia niczego tu nie zmienią.

            Naprawdę godne polecenia.

8/10

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Natalie Jenner „Towarzystwo Jane Austen”

 


    Książka jest nieco grafomańska i przewidywalna co do zakończenia, a na dodatek wcale nie czyta się jej lekko, bo mimo prostego języka jest nudnawa. Żaden ze współczesnych wątków mnie nie wciągnął. Ale nie mogę ocenić jej tylko negatywnie. Wartością są liczne nawiązania do Jane Austen i analogie sytuacji, w jakich znajdowali się bohaterowie Austen, a założyciele Towarzystwa Jane Austen z lat 40-tych. Mimo wszystko można jeszcze głębiej zrozumieć twórczość Austen .

        Zaraz po II wojnie mieszkańcy miejscowości, gdzie ostatnie 10 lat życia mieszkała Austen, założyli stowarzyszenie, aby ocalić pamiątki po pisarce. Na uwagę zasługują ich rozmowy o powieściach Austen. Przykładowo wszyscy lubią tylko tych bohaterów, którzy popełniają życiowe błędy, kryją w sobie sprzeczności, zachowują się niekiedy irracjonalnie, czyli są po prostu tacy, jak większość z nas. Ci ułożeni i jednoznaczni nie mają fanów. Ale takich ułożonych postaci, które niczego nie żałują, nie mają wątpliwości, które zawsze wiedzą, czego chcą, u Jane Austen nie ma wiele, ona naprawdę znała życie. Potem dla opisywanych osób problematyczne jest, jak wyjść z tych kłopotów, w które w pewnym stopniu sami się wpakowali, każdy też to zapewne zna z autopsji.

        Mimo upływu wielu lat od śmierci Austen, doskonale widać, że jej twórczość się nie zdezaktualizowała, że jej miłośnicy z lat 40-tych przeżywają podobne problemy, jak i bohaterowie jej książek. Większość tych założycieli przeżywała trudne chwile. Przykładowo jedna z założycielek stowarzyszenia była w żałobie i miała podjąć bardzo ważną decyzję. Bohaterka „Perswazji” będąc w żałobie, odrzuciła oświadczyny jedynego mężczyzny, jakiego kochała. Widać więc, że najlepiej w takim czasie nie podejmować żadnych kluczowych decyzji, o ile tylko jest to możliwe, bo nawet gdy komuś się wydaje, że myśli wówczas racjonalnie, to nie do końca tak jest.

6/10

środa, 24 czerwca 2026

Artur Oppman „Legendy warszawskie” – audiobook, czyta Wojciech Adamczyk

 

        Oppman pseudonim „Or-Ot” był poetą, legionistą, miłośnikiem Warszawy. Do jego czasów legendy związane z Warszawą były przekazywane tylko ustnie, jak w pradawnych czasach. On je zebrał, teraz są już narodowym dziedzictwem. Jest tu legenda o Syrence, o złotej kaczce, o Bazyliszku i in. mniej znane. Audiobook jest naprawdę króciutki. Każdy coś słyszał i o Syrence i o Bazyliszku, a naprawdę warto posłuchać całej historii. Można się dowiedzieć, gdzie konkretnie według legendy żył Bazyliszek, gdzie było jezioro ze złota kaczką. Bazyliszek „żył” niedaleko Rynku Starego Miasta Warszawy, w piwnicach jednej z kamienic przy Krzywym Kole, stosunkowo blisko restauracji „Bazyliszek”.

         Słuchając, mimochodem można też dowiedzieć się co nieco o historii. Przykładowo gdy Warszawa nie była stolicą, rządził nią książę, który rezydował na zamku w Czersku. Tam właśnie miejscowy rybak chciał zawieźć złapaną Syrenę.

        Można też sobie uzmysłowić, jakie wartości były ważne dla społeczności dawno temu, są one uniwersalne. A więc była to odwaga, prawdomówność, pracowitość, szczodrość, spryt, umiejętność podejmowania ryzyka i podobne. Ten spryt mnie dosyć zastanowił, bez niego nie można byłoby zabić Bazyliszka. To nie jest tak, że umiemy tylko walczyć o stracone sprawy i ginąć. Kiedy trzeba, potrafimy też być przebiegli, dobrze że każdy kto słucha legendy o Bazyliszku, szczególnie dziecko, to zrozumie. Właśnie takie były pozytywne postacie z legend. Byli też i źli bohaterowie, ale ich spotykała zasłużona kara.

8/10