Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2026

Marcin Faliński, Rafał Barnaś „Rewolta AI”

 


    Wiązałam z książką spore nadzieje, a tu przyszło spore rozczarowanie. Niby sporo jest fragmentów o sztucznej inteligencji, ale są to albo banalne informacje, znane każdemu, kto opanował obsługę chata GPT w stopniu podstawowym, albo nudne, niestrawne wypowiedzi, przypominające wykłady, których nikt nie jest w stanie słuchać. Niczego szczególnego się w tym zakresie nie dowiedziałam.

    Sylwetki głównych postaci są totalnie niewiarygodne i to pod każdym względem. Akcja wciąga średnio, jest niestety przewidywalna. Specjalistka od AI jest łatwowierna jak dziecko, a zapracowana do tego stopnia, że przekracza to ludzkie możliwości, nie znam nikogo, kto byłby w stanie tak długi czas tak harować. Jest niemal osaczona przez rosyjskich agentów, podobnie jej mąż, a nawet i ojciec, nie jest jednak w stanie żadnego z nich dostrzec. Aż dziwne, że wywiad reflektował na tak łatwowierną osobę. Czyta się tak sobie.

        Temat cybernetyki i sztucznej inteligencji w powieści skojarzył mi się ze świetną trylogią Jakuba Szamałka „Ukryta sieć”, o której pisałam już tutaj. „Rewolta AI” nie wytrzymuje porównania.

        Nie byłam w stanie znaleźć tu żadnej wartości dodanej, czegoś co wyniosłabym po lekturze, co zapamiętałabym na dłużej. Zygmunt Kałużyński powiedział kiedyś, że jeżeli w filmie jest chociaż jedna scena warta obejrzenia, czy która zmusiła do zastanowienia, to czas poświęcony na obejrzenie filmu nie był czasem straconym. W tej książce nie za bardzo widzę taką scenę, czy postać, która zmusiłaby do jakiejkolwiek refleksji. Być może Marcin Faliński, były agent wywiadu, ma wiedzę z tego zakresu, ale naprawdę nie każdy ma zdolności pisarskie.

2/10

wtorek, 7 lipca 2026

Marta Kisiel „Dożywocie” – audiobook, czyta Hanna Chojnacka

 

        Literatura humorystyczna, seriale komediowe, spektakle czy filmy tego typu, mają do siebie to, że jednych śmieszą bardzo, innych mniej, niektórych wcale. Często jest tak, że komedia, która podoba się osobie X, nie podoba się osobie Y, i odwrotnie, inna komedia, która spodoba się Y, może X się nie spodobać. Jedni lubią morze, drudzy góry i to chyba działa na tej zasadzie. Największym walorem książek Marty Kisiel jest właśnie humor. Dawno temu przeczytałam jej „Nomen omen” i z perspektywy czasu oceniam go nie najgorzej. „Dożywocie” też nie jest najgorsze. Z godziny na godzinę słuchania można coraz bardziej przyzwyczaić się do tego typu narracji i się w nią wciągnąć, aczkolwiek na początku wszystko brzmi dość dziwacznie. Z uwagi na specyfikę, każdy jeśli tylko ma ochotę, powinien sam spróbować poczytać czy posłuchać bez gwarancji, czy mu się spodoba.

Książka napisana jest w bardzo, ale to bardzo prostym stylu. Młody chłopak, Konrad Romańczuk, odziedziczył stary dom, w którym, jak się okazało już w późniejszym terminie, mieszkała grupa istot z innego wymiaru, anioł, duch samobójcy, utopce, później driada itp. Te zabawne sytuacje są głównie z ich udziałem. Te postacie są też jednocześnie symbolami zachowań, jakie prezentują różne osoby w każdym społeczeństwie .

Jak dla mnie najbardziej udany był duch samobójcy, który zabił się z miłości, czyli panicz Szczęsny. Romańczuk i inni, plus różne zbiegi okoliczności, pokazują mu absurd takiego posunięcia. Pławienie się w nieszczęściu, wieczne rozpamiętywanie nieszczęśliwej miłości, idealizowanie obiektu uczuć, jest wyśmiane na wszelkie możliwe sposoby, ale kulturalnie i właśnie z humorem. A jednym z najskuteczniejszych sposobów na „wyleczenie” jest pojawienie się nowego obiekt uczuć. Utopiec, który według mitologii słowiańskiej, jest czymś bezwzględnie złym, tutaj dał się oswoić i stał się całkiem fajnym domownikiem.

Dla poprawy humoru i rozluźnienia książka jest w sam raz.

7/10  

czwartek, 2 lipca 2026

Ewa Woydyłło „W zgodzie ze sobą”

 

            Jak dla mnie ta książka, jest zbiorem odrębnych tekstów, dość luźno powiązanych ze sobą. Jeden rozdział, czyli kilka stron, dla mnie był wyjątkowo humorystyczny, autorka omawiała tam cechy osoby dojrzałej i zdrowej psychicznie. Przez całe swoje życie nigdy nie spotkałam kogoś, kto miałby wszystkie te cechy. Woydyłło też podkreśla, że każdy człowiek ma potencjał zmiany, to nie jest tak, że czegoś się nie da się w kimś zmienić, bo taki jest. „Psychologia pomaga w przemianie kryzysów w szanse, a problemów w zadania”.

    Zmienić mogą się nawet neurotycy. „Prawdziwy neurotyk przedziera się przez życie zalękniony, przestraszony, a nawet przerażony. Boi się ryzyka, wszystkiego, co nieznane i niepewne, boi się niebezpieczeństw i wszędzie ich wypatruje. Boi się bólu, choroby, a przede wszystkim tego, że mu coś się stanie, że nie wytrzyma”.

        Jeden z najciekawszych rozdziałów był o odporności psychicznej, przez E. Woydyłło zatytułowany dość dziwnie „Sprężystość emocjonalna”. Mam kolegę, który jest wyjątkowo odporny psychicznie, w pracy dostaje zawsze najcięższe zadania, niejednokrotnie takie, że ktoś inny na jego miejscu załamałby się. Jest zadowolony z życia, jest biegaczem, ultramaratończykiem. Przypuszczałam, że ta siła psychiczna może wynikać m. in. z uprawiania sportu. Gdy go pytałam, skąd się to bierze, powiedział mi, że nie wie. Z książki wynika, że ta cecha nie jest wrodzona, że można ją sobie wyrobić. „Nie pochodzi z zewnątrz. Wytwarzamy ją sami, a jej niezwykłość polega na tym, że wyzwalamy ją w sobie w obliczu wyzwań, trudności i przeszkód”. Czyli gdy chcemy być odporni psychicznie, nie powinniśmy uciekać od wyzwań, tylko wręcz przeciwnie, powinniśmy je podejmować. Jeśli ktoś ucieka od wyzwań, będzie słaby. I to się doskonale sprawdza w przypadku tego mojego kolegi, to chyba rzeczywiście jest klucz do jego odporności psychicznej.

            Ciekawym zagadnieniem są cierpiętnicy, znam jedną taką osobę. Każdy chyba zna kogoś takiego. Są to osoby nieszczęśliwe, wiecznie niezadowolone, z masą pretensji do świata, uważające się za szczególnie pokrzywdzone przez los, pomimo tego, że wiele innych osób spotkało to samo, co i tego cierpiętnika. Zdaniem autorki w wielu wypadkach, nie we wszystkich oczywiście, jest to prostu wybór tej osoby i żadne perswazje otoczenia niczego tu nie zmienią.

            Naprawdę godne polecenia.

8/10

środa, 24 czerwca 2026

Artur Oppman „Legendy warszawskie” – audiobook, czyta Wojciech Adamczyk

 

        Oppman pseudonim „Or-Ot” był poetą, legionistą, miłośnikiem Warszawy. Do jego czasów legendy związane z Warszawą były przekazywane tylko ustnie, jak w pradawnych czasach. On je zebrał, teraz są już narodowym dziedzictwem. Jest tu legenda o Syrence, o złotej kaczce, o Bazyliszku i in. mniej znane. Audiobook jest naprawdę króciutki. Każdy coś słyszał i o Syrence i o Bazyliszku, a naprawdę warto posłuchać całej historii. Można się dowiedzieć, gdzie konkretnie według legendy żył Bazyliszek, gdzie było jezioro ze złota kaczką. Bazyliszek „żył” niedaleko Rynku Starego Miasta Warszawy, w piwnicach jednej z kamienic przy Krzywym Kole, stosunkowo blisko restauracji „Bazyliszek”.

         Słuchając, mimochodem można też dowiedzieć się co nieco o historii. Przykładowo gdy Warszawa nie była stolicą, rządził nią książę, który rezydował na zamku w Czersku. Tam właśnie miejscowy rybak chciał zawieźć złapaną Syrenę.

        Można też sobie uzmysłowić, jakie wartości były ważne dla społeczności dawno temu, są one uniwersalne. A więc była to odwaga, prawdomówność, pracowitość, szczodrość, spryt, umiejętność podejmowania ryzyka i podobne. Ten spryt mnie dosyć zastanowił, bez niego nie można byłoby zabić Bazyliszka. To nie jest tak, że umiemy tylko walczyć o stracone sprawy i ginąć. Kiedy trzeba, potrafimy też być przebiegli, dobrze że każdy kto słucha legendy o Bazyliszku, szczególnie dziecko, to zrozumie. Właśnie takie były pozytywne postacie z legend. Byli też i źli bohaterowie, ale ich spotykała zasłużona kara.

8/10



niedziela, 21 czerwca 2026

Leszek Herman „Bursztynowa” – audiobook, czyta Mikołaj Krawczyk

 

        Wielkim atutem Leszka Hermana jest to, że potrafi pisać szalenie wciągająco. W tym przypadku z treścią, w szczególności tą wartościową treścią, było już gorzej. Znaczną część książki zajmują opisy współczesnych, absurdalnych perypetii Anglika Carleya i jego znajomych, zaś wątki historyczne, związane z Pomorzem Zachodnim, stanowią mniejszość. A że słucham książek Hermana głównie dla tych aspektów historycznych i relaksacyjnych, to było to mocno męczące.

        Wątek historyczny rozgrywa się na wyspie Uznam w XVII wieku, kiedy rządzili tam książęta pomorscy, Gryfici i Bogusław XIV, ostatni z rodu. Trwała wojna 30 – letnia, panowała skrajna bieda. Tereny Pomorza Zachodniego stale grabiły i niszczyły różne wojska, głównie wojska cesarza, realnym zagrożeniem byli też Szwedzi. Ludzie bardziej wykształceni spodziewali się, że Szwedzi mogą zająć te ziemie, co rzeczywiście później nastąpiło. Opisy nędzy i głodu są mocno sugestywne, tak samo jak i opisy szukania przez ludność winnych zaistniałej sytuacji. Tymi „winnymi” okazywały się młode dziewczyny, na które rzucano podejrzenia o czary, niejednokrotnie potem były wytaczane im procesy, a potem często palono je na stosie. Dość ciekawie ukazane są przesłanki, jakimi kierowała się ludność, rzucając podejrzenia o czary na tą, a nie inną osobę. Niezbyt dobrze postrzegane były piękne, młode dziewczyny, zazdrość i zawiść starszych kobiet robiły tu swoje. Gdy któraś dziewczyna żyła nieco odbiegająco od standardu, proces o czary stawał się mocno prawdopodobny. Gdy któraś odrzuciła zaloty niechcianego przez nią mężczyzny, ten z zemsty też mógł jej mocno zaszkodzić.

        Jeśli ktoś chciałby przeczytać tą książkę ze względu na wątki historyczne, to chyba sensowniej byłoby, gdyby poczytał coś chociażby w internecie, nie ma potrzeby, aby tracić kilkanaście godzin.

6/10  

środa, 27 maja 2026

Grzegorz Piątek „Łazienki Królewskie. Przewodnik po historii i architekturze”

 

        W wielu miejscach tekst jest wręcz fascynujący. Grzegorz Piątek nie ograniczył się na szczęście tylko do suchego opisu Łazienek, wywody składające się z samych dat i faktów są ciężkie do czytania i trudno przyswajalne. Jest to trochę truizm, ale naprawdę warto poszerzać wiedzę nawet o tych miejscach, o których niby to dużo wiemy. W Łazienkach byłam naprawdę wiele razy, wydawało mi się, że w każdym zakamarku, a tu się okazało, że na ich terenie jest budynek, którego nigdy nie widziałam, o którym nic nie wiedziałam, a mianowicie Świątynia Egipska.

    Sporo jest ciekawostek. Łazienki przez jakiś czas stanowiły własność rosyjskich carów, w Belwederze, tuż przy Łazienkach, na stałe mieszkał namiestnik cara. Pomijając wszystkie inne oczywiste i nie wymagające komentarza bulwersujące aspekty rozbiorów Polski i ich zbrodnicze skutki, Łazienkom paradoksalnie, ten carski patronat wyszedł na dobre. Były wyjątkowo zadbane, ani o dewastacjach ani o np. podziale parku na mniejsze parcele i ich odsprzedaży nie było mowy. Podobnie było za okupacji niemieckiej podczas II wojny, również brzmi to obrazoburczo, ale taka jest prawda. Najgorszy moment dla parku nastąpił z chwilą wycofania się Niemców i wkroczenia Rosjan. Warszawiacy zaczęli wycinać drzewa, bo potrzebowali opału. Żołnierze dla zabawy wrzucali granaty do stawu. Zniszczona została ¼ wiekowego drzewostanu.

Innym paradoksem jest chociażby słynny pomnik Chopina, pod którym odbywają się latem koncerty chopinowskie. Postawiony został w 1926r. w tym samym miejscu, co stoi teraz, naprzeciwko głównego wejścia. 100 lat temu wzbudził powszechną krytykę, nie podobał się i nie można było przewidzieć, że stanie się jednym z najsłynniejszych pomników w Polsce i symbolem polskości.

Godny zapamiętania jest też gigantyczny wkład intelektualny i finansowy i olbrzymie zaangażowanie naszego ostatniego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Szalenie dbał o Łazienki, to dzięki niemu w ogóle one istnieją. Gdyby nie on, nie miałyby takiego kształtu, nie byłoby w nich tylu tak pięknych budowli czy rzeźb. Będąc już w Rosji po abdykacji, pytał w listach o Łazienki, czy są już liście na drzewach, wydawał dyspozycje co dalszych upiększeń. Chciał być w nich pochowany.

W książce jest oczywiście dużo więcej różnego rodzaju ciekawostek.

8/10

piątek, 22 maja 2026

Maryla Szymiczkowa „Seans w Domu Egipskim” tom III cyklu z profesorową Szczupaczyńską

 

        Im więc książek z cyklu z profesorową Szczupaczyńską czytam, tym bardziej mi się ten cykl podoba. Ma tylko jedną wadę, książki te czyta się je wolniej niż zwykłe kryminały czy thillery. Poza tym natomiast wszystko jest super.

W tym przypadku jest mocne nawiązanie do Agaty Christie, bowiem doszło do zgonu jednej osoby w trakcie sensu spirytystycznego, a seans odbywał się w stosunkowo wąskim gronie, sprawcą musiał być ktoś z uczestników seansu. Nie ma przemocy, jest za to psychologia, bo profesorowa Szczupaczyńska obserwuje ludzi, analizuje ich zachowania i szuka w ten sposób sprawcy.

        Fenomenalnie odtworzone są realia epoki, robione to jest w taki sposób, że zawsze można odnieść pewne rozważania do współczesności. W tym przypadku Szymiczkowa poznaje nowych twórców kultury, np. Przybyszewskiego czy Wyspiańskiego. Na Wyspiańskiego ówczesne krakowskie salony patrzyły z politowaniem, nikomu jego malarstwo się nie podobało, a poza tym zdaniem salonowych bywalców wielcy malarze już byli kiedyś, a nie teraz, a Wyspiański według nich nawet nie mógł się do nich porównywać. Bardzo znany stał się w tamtym czasie obraz Muncha „Krzyk”, który też nikomu się nie podobał. Powszechne było narzekanie na sztukę współczesną, czyli tą z przełomu wieku XIX i XX.

        Obserwacje psychologiczne profesorowej też są bardzo ciekawe. Zastanawiała się np. nad relacją nastoletniej dziewczynki z macochą. W tym przypadku nie było nic przypominającego bajki o złej macosze i gnębionej pasierbicy. Dziewczynka okazała się równie koszmarna pod względem zachowania, manipulacji itp., jak i macocha. Inny frapujący układ to przyjaźń dwóch naukowców, z których jeden w imię przyjaźni trochę poświęcił karierę naukową, rezygnując z lukratywnej propozycji wyjazdu za granicę i godził się na rolę tego nieco gorszego. Czy w ogóle można mówić o przyjaźni w takim przypadku, gdy jeden jest postrzegany niesłusznie jako ten lepszy, mądrzejszy, a drugi również niesłusznie jako gorszy?

8/10

piątek, 27 marca 2026

Szczepan Twardoch „Zimne wybrzeża” – audiobook, czyta Grzegorz Małecki

 

        Spodziewałam się, że będzie to powieść psychologiczna, w której wydarzenia rozgrywają się w klaustrofobicznej stacji polarnej. Faktycznie jest to powieść psychologiczna, szpiegowska, historyczna, a stacja polarna jest tutaj jednie w tle. Chociaż czuć to rękę mistrza w stylu pisania i wiedzy, ale jednak „Zimne wybrzeża” nie wytrzymują porównania z powieściami późniejszymi, które podczas słuchania wręcz pochłaniały. „Zimne wybrzeża” są trudne w odbiorze, wymagają większego skupienia, niektóre fragmenty są szalenie ciekawe, ale sporo jest też i takich, które są mocno nużące.

Twardoch jest mistrzem opisywania ludzi i sytuacji niejednoznacznych, tutaj nie eksploatuje tematów historycznie najpopularniejszych. Nawiązuje do chociażby Brygady Świętokrzyskiej i do sytuacji, kiedy to część Rosjan chcąc walczyć w czasie wojny z komunizmem, podejmowała współpracę z Niemcami. Trudno to nazwać kolaboracją, bo nie traktowali ZSRR jako swojej ojczyzny, nienawidzili go. Twardoch pokazuje też Rosjan. Jeden z ENWDzistów w pracy, jeszcze w okresie przedwojennym budzi prawdziwą grozę bezwzględnością, tępotą, dyspozycyjnością i gorliwością, ale równie niebezpieczny jest pozornie rubaszny i przyjacielski radziecki aparatczyk z lat tuż po wojnie, ukrywający swoje związku z partią i służbami.

Nie można też pominąć kwestii psychologicznych. Tajemniczy John Smith jest szpiegiem, co wiadomo od samego początku, szpiegiem z bardzo bogatym życiorysem. Spędził nawet jakiś czas w celi śmierci. Zastanawia się w pewnym momencie, kiedy w życiu tak naprawdę czuł się wolny, paradoksalnie było to w czasie gdy walczył i gdy czekał na wykonanie wyroku śmierci w celi śmierci. Jego tożsamość jest tutaj prawdziwą zagadką i to chyba jest głównym tematem powieści w sensie i dosłownym i przenośnym. Dosłownym, bo czytelnik nie wie, z kim ma do czynienia, nie wie, jak naprawdę ten człowiek się nazywa, dla kogo pracuje, co robił w czasie wojny itp. A w sensie przenośnym, bo chociaż John Smith zna swój życiorys, to do końca nie wie, kim jest w środku. Chyba nie utożsamia się z żadnym narodem, są wątpliwości, jakie wartości reprezentuje. Chcąc przetrwać, musiał być elastyczny i zmieniać swoje zasady, ta jego tożsamość ewoluowała też w miarę tego, jak rozgrywała się sytuacja na wojnie. Wątek ten nie jest jednak pogłębiony, budzi niedosyt.

Świetnie za to pokazana jest Arktyka

8/10

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Aneta Prymaka - Oniszk "Kamienie musiały polecieć" - audiobook, czyta Katarzyna Nowak

 

     Zasadniczą kwestią, jaka nasuwa się w trakcie odsłuchiwania audiobooka, to całkowity brak obiektywizmu, czemu towarzyszy też zwyczajna nuda, szczególnie gdy mowa jest o dziejach pradziadków, czy zwyczajnym życiu innych członków rodziny, a w szczególności przy wychwalaniu ich cnót i nadzwyczajnej mądrości. Napisane jest to językiem, który momentami budzi zdumienie, bo często jest to język komunistycznej propagandy PRL-u. Partyzanci permanentnie nazywani są bandami z lasu. Wbił mi się w pamięć zwrot autorki: „AK-owcy i inni reakcjoniści”, co nie różni się zbytnio od hasła propagandowego rodem ze stalinizmu: „AK –Zapluty karzeł reakcji” .

        Historia Podlasia w latach 40 - tych ubiegłego wieku ukazana jest w kolorach zbliżonych do czarno – białych, uczciwi gospodarze kontra ucieleśnienie samego zła, czyli uzbrojone "bandy" z lasu. Rolnicy ciężko pracowali, nie mieli nic na sumieniu, a co jakiś czas z lasu wyłaniali się przedstawiciele tych "band" i rabowali rolników, dochodziło do pobić, a niekiedy i zabójstw. Zabijani byli niewinni ludzie. Istniała oczywiście możliwość zwrócenia się o pomoc do "stojących na straży" prawa milicji lub SB, co niektórzy robili. Autorka ubolewa także nad tym, że "bandy" na cmentarzach mają swoje pomniki. O tym, że "bandy" nie zajmowały się tylko rabunkami i zabijaniem niewinnych ludzi, jest wspomniane w paru zdaniach, tak bardzo ogólnikowych, że bardziej już się nie da.

    Ten skrajny subiektywizm budzi wątpliwości co do wiarygodności wszystkich pozostałych opisów w książce. Nie ulega wątpliwości, że historia Podlasia w opisywanym okresie była szalenie skomplikowana i zasługuje na rzetelny opis.

    Odczytanie książki też pozostawia sporo do życzenia. Lektorka czyta w sposób sztuczny, w jaki nie mówi się w normalnym życiu.

2/10

piątek, 16 stycznia 2026

Sławomir Gortych "Schronisko które zostało zapomniane"

 

        Rzadko kiedy podoba mi się to, co większości osób, w przypadku Gortycha jest odwrotnie, jest on swoistego rodzaju fenomenem. W konkursach na najlepsze książki, organizowane przez różne gremia, tak jakby nie istniał. Za to wygrywa te konkursy, w których głosują czytelnicy. Pisze, o czym już wspominałam przy okazji wcześniejszych jego książek, szalenie wciągająco. Cały czas trzyma poziom, a jego powieści są coraz lepsze. No i niezmiennie zaraża fascynacją Karkonoszami. Za każdym razem wynajduje jakieś frapujące wydarzenie historyczne, które rozegrało się w okolicach Karpacza czy Szklarskiej Poręby, opisuje je i jednocześnie konstruuje wątek współczesny, kryminalny, a wątki te przeplatają się. W tle musi być tytułowe schronisko.

        Owszem, są minusy, ale nie mają one większego znaczenia. Styl pisania Gortycha nie dorównuje oczywiście tuzom literatury, w ogóle nie można tego porównywać. Nie ma tutaj głębi psychologicznej. Ale jest to rozrywka na naprawdę świetnym poziomie + dawka nieznanej na ogół historii + dawka wiedzy o Karkonoszach.

        Tym razem Gortych opisuje nie tylko schronisko pod Łabskim Szczytem, które istniało zaledwie rok, ale i inny fascynujący budynek, ekskluzywny hotel Sanssouci, w PRL funkcjonował pod inną nazwą, teraz jest remontowany pod pierwotnym szyldem. Ponieważ przed wojną opisywane ziemie należały do Niemiec, w czasie wojny Niemcy urządzili w tym hotelu ambasadę Japonii. W Berlinie było niebezpiecznie, bo trwały naloty, a Japonia była strategicznym sojusznikiem Niemiec. Ambasador Japonii występuje w książce, są cytowane jego autentyczne depesze. W hotelu odbyła się też potężna, międzynarodowa konferencja na temat propagandy antyżydowskiej, co również jest opisane. Możemy też zobaczyć polskich robotników przymusowych, pracujących w hotelu. A co do zbrodni, będącej osnową powieści, to grubo po wojnie w hotelu znaleziono zwłoki.

9/10 

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Zdzisław Józef Kijas OFM Conv "Przetrwać burzę. Życie wiarą w czasach kryzysu"

 

        Autor, franciszkanin, prof. dr hab., napisał skromną objętościowo i arcybogatą w treść książkę właściwie dla każdego. Burza czy kryzys odnoszą się bowiem do różnych kwestii osobistych, np. wyzwań, problemów, życiowych zmian, a także do tego, co dzieje się już niezależnie od nas, a ma na nas wpływ, np. wojna na Ukrainie, zmiany klimatyczne itp. itd. Autor opisuje, jakie wskazówki w tego typu sytuacjach można znaleźć w Piśmie Świętym. Odnosi się tylko do jednego fragmentu biblijnego, do opisu burzy na jeziorze, którą uciszył Chrystus, gdy wraz z uczniami znajdował się w łodzi na na środku jeziora. Z.J. Kijas cytuje opisy tego zdarzenia z trzech Ewangelii, a potem wyjaśnia symbolikę i odnosi tekst do tego wszystkiego, z czym borykamy się współcześnie. Jestem pod głębokim wrażeniem, jak wiele treści z tego krótkiego ewangelicznego tekstu można wyczytać. Do tego całość napisana jest bardzo przystępnym językiem, czyta się świetnie.

        Tekst nie przypomina w niczym tekstów o chrześcijanach, co mają nadstawiać drugi policzek, być cisi i pokorni itp. Tutaj chrześcijanie muszą wykazać się siłą, pomyślunkiem, zaufaniem do Boga, bo jeśli burza ich pokona, zginą. Jezioro z opowieści to Jezioro Genezaret, nazywane Jeziorem Tyberiadzkim lub Morzem Galilejskim, czyli ogromny wodny przestwór. Ci uczniowie Chrystusa, którzy byli z nim łodzi, to byli doświadczeni rybacy, jeżeli powiedzieli Chrystusowi, „Panie, giniemy”, to sytuacja musiała być bardzo poważna i sami z pewnością utonęliby. W książce refleksje mają charakter psychologiczny i religijny.

        „Życie nie stoi w miejscu” to pierwszy rozdział. Gdy Chrystus wsiada do łodzi, nadchodzi zmierzch, czyli następuje zmiana, która z reguły budzi niepokój. Nie każdy lubi zmiany, a one są nieuchronne, zarówno na lepsze jak i na gorsze.

        Przeprawmy się na drugą stronę” to rozdział drugi. Stanie w miejscu jest pułapką, przeprawianie się na drugi brzeg ukazane jest w opowieści jako symbol trudności, podejmowanych wyzwań, a nawet wymuszonych np. przez okoliczności zewnętrzne zmian. „Wiara nie chroni wierzącego od trudnych doświadczeń, cierpienia, wojny, prześladowań. Wiara daje jedynie narzędzia, by te trudności rozwiązywać. Wiara uczy, że chociaż niewygodna, burza ma w sobie coś pozytywnego. Rozwija duchowo albo intelektualnie człowieka, wybudza z letargu…”. „Czas spokojny usypia czujność”. Konieczne jest znalezienie celu życia i realizowanie go, czyli przeprawa na drugi brzeg.

        „Nagle zerwał się gwałtowny wicher”, czyli trzeci rozdział, to refleksje o życiu w czasie burzy, gdy wszystko się wali, trudności są spiętrzone i wydają się nie do pokonania.

        „On spał zaś w tyle łodzi na węzgłowiu” i „Zbudzili Go, bo bo się bali” - to już rozdziały nie tyle psychologiczne, ale stricte religijne refleksje o tym, jak w trakcie tych trudności odnajdywać w nich sens i odnajdywać Boga. Bóg nie zabierze od nas problemu, ale da nam siłę, z pomocą której można będzie ten problem rozwiązać. „Osoba oddana kontemplacji jest w stanie dostrzec w każdym niemal konflikcie, trudnej sytuacji, w czasie kryzysu, który nawiedza ją lub osoby bliskie, obecność a zarazem bliskość Boga”. „W życiu wierzącego wszystko zdaje się przemawiać, przekazywać jakieś prawdy.” „Wszystko, co dzieje się w łodzi naszego życia wydarza się po coś, z jakiegoś powodu, ma konkretną misję, coś komunikuje, czegoś uczy, oświeca, w czymś pomaga lub odwodzi”.

        Pozostałe jeszcze rozdziały „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?” i „Kimże on jest właściwie, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?” to już domknięcie całości, burza została uciszona, kryzys zażegnany, jakie z tego płyną wnioski.

10/10

niedziela, 14 grudnia 2025

Edmund Niziurski "Niewiarygodne przygody Marka Piegusa" - audiobook, czyta Leszek Teleszyński

 

        Książka mocno wciąga, napisana jest z humorem, ale dawno temu, gdy byłam oczywiście młodsza, serialowa ekranizacja podobała mi się bardziej. Jest sporo książek dla dzieci lub młodzieży, które czytałam również jako osoba dorosła i nadal mi się podobały, np. „Tajemniczy ogród”, „Opowieści z Narnii”, „Muminki”, „Wakacje z duchami” i in., z Markiem Piegusem jest jakoś inaczej.

       Cały czas nie mogłam przestać myśleć o tym, że cała akcja to absurd, że te wydarzenia nigdy nie mogłyby się wydarzyć. Pomysł z grupą hiper mądrych młodych nastolatków harcerzy, odważniejszych, mądrzejszych i sprytniejszych od najbardziej cwanych przestępców warszawskich, też nie jest dla mnie przekonujący. Raziło mnie też to, że wśród bohaterów nie ma ani żadnej dziewczynki ani żadnej kobiety. Jest, owszem, matka Marka Piegusa, ale to postać trzeciego planu, która nie odgrywa żadnej istotnej roli. To zupełnie nienaturalna sytuacja.

            Zainteresowała mnie za to obyczajowość opisanych czasów, książka pierwszy raz została wydana w 1965r. W mieszkaniu Marka i jego rodziców mieszkają również obcy ludzie. Warszawiacy myją się w miejskiej łaźni, gdzie chodzą przeciętnie raz na tydzień.

        Żadnych bezpośrednich politycznych aluzji tu nie ma. Ale jakby się ktoś uparł, mógłby dopatrywać się podobieństwa opisywanych harcerzy do harcerzy z Szarych Szeregów. Nieudolność MO też jest, ale w zawoalowanej formie, gdyby nie harcerze, porwany Marek i dorosły prywatny detektyw, nie mieliby szansy na przeżycie.

7/10

czwartek, 11 grudnia 2025

Ida Żmiejewska "Ciemna gwiazda. Sprawy Szustra"

 

        Idzie Żmiejewskiej świetnie wychodzi pisanie kryminałów retro, „Warszawianka” to jeden z moich ulubionych cykli, a „Sprawy Szustra” są jej kontynuacją, głównym bohaterem jest tylko ktoś inny.

    Powieść szalenie wciąga, czyta się błyskawicznie. Jest klimatyczna, wydarzenia rozgrywają się w ciągu kilku dni, od wigilii 1894r. do sylwestra tego samego roku. Co oczywiste, w tamtym czasie była prawdziwa zima ze śniegiem i mrozem. Oddana jest obyczajowość epoki. Widzimy bardzo mocno zubożałą arystokrację z gigantycznym ego i rosnących w siłę i bogactwo przemysłowców i handlowców. Sytuacja kobiet jest koszmarna, pobicie córki traktowane jest jako sprawa domowa. Autorka drobiazgowo pokazuje ówczesną Warszawę, przykładowo ślub zubożałej arystokratki odbywa się w najbardziej reprezentacyjnym ówczesnym kościele sióstr Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu. Ponadczasowe cytaty z „Moralności pani Dulskiej” na początku każdego rozdziału dodają lekkości i humoru. Są też spore zaskoczenia.

        Unikalne jest pokazanie środowiska polsko – rosyjskiego, małżeństw mieszanych. Taki mariaż polsko - katolicko – rosyjsko – prawosławny był oczywiście bardzo źle widziany zarówno przez Polaków jak i przez Rosjan. Polkę spotykał ostracyzm społeczny. Rosjanin nie miał większych szans na karierę, jeden z bohaterów, rosyjski policjant wiedział, że może w każdej chwili zostać odesłany w głąb Rosji do jakiejś dziury. Tytułowy Szuster pochodził z rodziny wieloetnicznej i w nim jak w soczewce widać trudność takiego położenia. 

        Osobiście uważam istnienie takich szczęśliwych małżeństw polsko -rosyjskich za mało realne z uwagi na trudności zewnętrzne, infamię, świadomość zbrodni, dokonywanych na Polakach przez rosyjski reżim, wywózek na Sybir itp. Ale gdy potraktuje się „Sprawy Szustra” z lekkim dystansem, to można się świetnie bawić.

7/10

wtorek, 25 listopada 2025

Gustaw Herling - Grudziński "Sześć medalionów i srebrna szkatułka"

 

        Herling – Grudziński miał niepowtarzalny styl pisania, już po kilku pierwszych zdaniach wiadomo, że ma się do czynienia z prawdziwym pisarzem, a nie z osobą jedynie piszącą książki. Olbrzymie doświadczenie życiowe, w tym pobyt w łagrze, walka w II wojnie jako żołnierz, doświadczenie konspiratora, emigracja, a oprócz tego oczytanie, zainteresowanie sztuką i tym wszystkim, co dzieje się na świecie, spowodowało, że miał o czym pisać. Połączona z tym wszystkim przenikliwość doprowadziła do tego, że jego refleksje są naprawdę warte uwagi.

        „Sześć medalionów i srebrna szkatułka” to zbiór 6 całkowicie odrębnych esejów i jedno opowiadanie. W esejach pisarz opowiada o włoskich miastach: Sienie i Parmie, i o malarzach: Caravaggiu, Vermeerze, Rembrandtcie i Riberze. Genialne opowiadanie jest z kolei o tytułowej srebrnej szkatułce i stanowi trochę wspomnień, przywołania wydarzeń historycznych sprzed wieków i elementów nierzeczywistych. Opowieści o miastach nie zrobiły na mnie większego wrażenia, ale pozostałe teksty mnie wręcz poraziły.

        Na każdego z malarzy Herling – Grudziński patrzy z unikalnej strony. Nie był krytykiem sztuki, nie musiał się obawiać, co ludzie powiedzą, ani czy jego spostrzeżenia są zgodne z ogólnie przyjętym kanonem itp. Pisał, co myślał, przez to zaś te teksty są unikalne. Nie opowiada tylko o malarzach, to jest swoistego rodzaju mieszanka, to refleksje o życiorysie konkretnego artysty, o jego twórczości, a do tego wszystkiego dochodzą różnorakie refleksje o życiu, ludzkich charakterach, relacjach międzyludzkich, a nawet i pewne wizje, np. jak mogła wyglądać śmierć Rembrandta. Są też cytaty z dzieł innych autorów, piszących o tych malarzach.

        Przykładowo Vermeer jest dla Herlinga – Grudzińskiego malarzem mediumicznym, maluje czas zatrzymany, rzeczywistość przypominającą wieczność. Podstawowym elementem jego sztuki jest tajemnica. Ribera z kolei w każdym człowieku był w stanie zobaczyć coś unikalnego, „oko malarza trafiało w sedno, widziało warz pospolitą, zwykłą, i jednocześnie niepowtarzalną”.

        Generalnie nie przepadam za opowiadaniami, nie można się za bardzo w nie wczuć, szybko się kończą i pozostawiają niedosyt. W tym przypadku wciągnęłam się w „Srebrną szkatułkę” niesamowicie i od kilku dni nie mogę przestać o niej myśleć. W osłupienie wprawiło mnie wprowadzenie przez pisarza elementów nadprzyrodzonych. W jednym przypadku hipotetycznie dane zdarzenie mogło się przydarzyć, ale prawdopodobieństwo że tak się stanie, było mniejsze niż znikome. W drugim przypadku zaś pisarz pojechał na miejsce zbrodni sprzed wieków, o której sporo wiedział i rozmyślał, a nawet posiadał przedmiot, należący kiedyś do zamordowanej osoby. Oparł się o mur zamku i „jak w halucynacji” słyszał, jak dokonała się ta zbrodnia. Każdy czytelnik oceni sam, czy jest tylko czyta fikcja, czy niekoniecznie.

        Sam autor napisał ”Od bardzo dawna występuję przy byle sposobności przeciw antynomii dziwność – naturalność ( prawdopodobieństwo) . Kto uważnie śledzi rzeczywistość, kto ćwiczy się w dostrzeganiu pozornej „dziwności” wielu jej objawów, ten wie, jak dajemy się ograniczać i pętać w spojrzeniu na „naturalne lub prawdopodobne” zdarzenia, szukając w nich wyłącznie tego, co przemawia do naszego poczucia realistycznej trzeźwości. Nie ma podziału na rzeczy „dziwne” i „naturalne”. Jest – jeżeli się tego koniecznie chce – podział na rzeczy „niezwykłe” i „zwykłe”, „trudno uchwytne” i „pospolite”.

10/10



piątek, 14 listopada 2025

Jakub Małecki "Korowód" - audiobook, czyta Filip Kosior

 

         Korowód” to książka pełna pytań bez odpowiedzi. Pod tym kątem przypomina nieco „Dorę Bruner” Patrica Modiano, o której dopiero co pisałam tutaj. Dlaczego czyjaś postać mimo braku kontaktu z nią, zaczyna nagle wkraczać w nasze życie? Może to być postać osoby nieżyjącej. Pod pojęciem wkraczać Małecki nie rozumie pojawienia się ducha, czy nawet samego głosu. Po prostu taka osoba pojawia się przed czyimiś oczami i nie chce tego kogoś opuścić. Przykładowo podróżnik płynący statkiem po Bałtyku zobaczył nagle krajobraz tego morza sprzed kilku wieków, zamarzniętego, a na jego tafli uciekającą postać i pogoń za nią. Przy tej postaci nagle pojawił się Cień. Podróżnik nie wiedział ani dlaczego coś takiego zobaczył, ani czy taka sytuacja naprawdę kiedyś się wydarzyła. Opisał to w liście do ukochanej, listy te w pewnym zakresie zachowały się w formie książkowej. Ta opisana sytuacja z pościgiem na Bałtyku zafrapowała kobietę, żyjącą znacznie później. Ta kobieta też kiedyś zobaczyła koło siebie taki Cień, jak przy uciekającym mężczyźnie. Czytelnik wie o samego początku, że ucieczka sprzed kilkuset lat miała miejsce, bo jej opis jest na samym początku „Korowodu”.

        Co to wszystko ma znaczyć? Co z tego ma wynikać? Dlaczego ktoś dowiaduje się o określonej sytuacji z przeszłości i potem przeżywa też coś zbliżonego, zagrożenie życia? Kim jest Cień? Jakub Małecki nie odpowiada na te pytania, na nie nie ma odpowiedzi. Tak samo jak i Patric Modiano nie wiedział, dlaczego ktoś żyjący współcześnie zaczyna nagle interesować się losem nikomu nieznanej dziewczyny, która zaginęła w czasie wojny i ku swojemu zaskoczeniu zauważa wiele zbieżności pomiędzy życiem jej a swoim.

        Niewiele ciekawych wątków znalazłam z kolei w opisach dzieciństwa bohatera ostatniej opowieści z książki, spotkania z kolegami, podwórka z PRL, bójki itp. historie. Czekałam, aż te wątki się skończą.

        Olbrzymim minusem „Korowodu” jest to, że Małecki pod koniec książki opisuje dokładnie Cień, bo Cień zaczyna towarzyszyć jemu samemu już od czasów dzieciństwa. Opisy Cienia są kuriozalne, np. wyciąga ręce, żeby chronić chłopaka przed upadkiem, czy wchodzi przez usta cały w jego ciało, bierze udział w bójce itp. Tego rodzaju opisy przypominają literaturę klasy B i psują książkę. Modiano wybrał niedopowiedzenia. I dostał Nobla.

7/10

sobota, 8 listopada 2025

Leszek Herman „Galeon” – audiobook, czyta Maciej Motylski

 


        Spośród dwóch książek Leszka Hermana, jakie znam, ta jest zdecydowanie najsłabsza. We wcześniej przeczytanych, tj. w „Sedinum, wiadomość z podziemi” i w „Latarni umarłych”, były liczne retrospekcje i nawiązania do przeszłości, a konkretnie do historii Pomorza Zachodniego. Fragmenty o przeszłości były nawet ciekawsze od tego, co działo się w książkach w teraźniejszości.

        W „Galeonie” jest z kolei minimalna liczba nawiązań do przeszłości, a zarówno tytuł jak i okładka, sugerujące opowieść o statku, wprowadzają czytelnika w błąd. Statek potraktowany jest skrajnie marginalnie, niemal cała akcja rozgrywa się współcześnie, wspomniane jest tylko o katastrofalnym, zimowym sztormie sprzed 100 lat, który spustoszył Szczecin. Akcja „Galeonu” jest w większości po prostu nudna.

        Jedynymi plusami, jakie zauważyłam, są opisy pracy dziennikarzy z lokalnego dziennika, wydawanego w wersji papierowej i internetowej. Jest pokazane, jak m.in. jak zdobywają informacje. Zdarza się, że ktoś dzwoni i chce sprzedać ciekawe newsy za odpowiednią sumę, najpierw oczywiście chce dostać pieniądze. Dziennikarzom pozostaje pytanie, czy kupować przysłowiowego kota w worku i płacić nie wiadomo za co, czy zrezygnować i liczyć się z tym, że opowieść kupi konkurencyjna gazeta. Albo np. informator wskazuje jako miejsce spotkania odludne zaułki i porę, gdy jest ciemno. Ciekawostką dla mnie był fakt, że część tekstów pisana jest na zamówienie np. deweloperów i publikowana jest nie jako reklama, tylko jako niby zwyczajny tekst. Gazeta dostaje za to pieniądze, a gdyby się na to nie zgodziła, mogłoby to zagrozić jej bytowi, na dłuższą metę bez tego rodzaju dochodów, przestałaby istnieć.

        Mimo tych małych plusików, rezygnując z czytania „Galeonu”, niewiele się straci. Ale i tak niezależnie od tego dam Hermanowi kolejną szansę.

4/10




środa, 22 października 2025

Andrzej Sapkowski "Narrenturm"- audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła i zespół aktorów

 

    Książka miejscami jest porywająca i fascynująca, gdzie indziej zaś denerwująca i nużąca. Fenomenalnie pokazane są wojny husyckie, a w szczególności rola Inkwizycji, a także motywy z miejscowymi legendami i opisy miejsc, w których wydarzenia się rozgrywają. Przykładowo położone w Kotlinie Kłodzkiej miasteczko Bardo kojarzy się obecnie z turystyką, w czasie wojen zaś przeżywało oblężenie i zostało zniszczone. Psychologia z kolei jest płyciutka. Reynevan z Bielawy stale jest zakochany i pod wpływem uczucia zachowuje się tak, jakby był niespełna rozumu, będąc ścigany, popełnia takie błędy, jakich uniknąłby rozgarnięty nastolatek. Ma inne cechy pozytywne, ale fragmenty z udziałem jego głupkowatego zachowania są trudne do słuchania. Jego przygody przypominają książkę dla dzieci.

    Sapkowski nie skupia się jednak przygodach naiwnego Reinevana, pokazuje całą epokę. Wśród opisów jednym z ciekawszych jest opis Inkwizycji. Kojarzy się ona jednoznacznie źle, ze stosami i torturami, co jest obrazem wybiórczym, pisałam o Inkwizycji tutaj po wysłuchaniu audiobooka „W obronie Świętej Inkwizycji”. Sapkowski słusznie nie przedstawia inkwizytora jako tępego psychopaty, tylko jako wykształconego, światłego człowieka. W tamtych czasach tortury i palenie na stosie były normą, środki te stosowała zarówno władza kościelna i świecka. Inkwizytor z „Narrenturm” nie ogranicza się tylko do palenia ludzi na stosie. Inkwizycja pozyskiwała sobie szpiegów, niektórzy ludzie dostawali bowiem propozycję współpracy w zamian za uniknięcie tortur. 

    Sapkowski świetnie pokazał ponadczasowość pewnych zjawisk, jak chociażby właśnie pozyskiwanie współpracowników przez różne służby, później poszukiwanie podejrzewanych o współpracę, nawet gdyby do faktycznej współpracy nie doszło, dylematy ludzi, którzy dostali taką propozycję. Porażające są opisy nienawiści, jaką zaczęli do siebie pałać ludzie, przez lata będący sąsiadami, z powodu różnego podejścia do wiary w czasie wojen husyckich dochodziło do takich scen, jak w czasie Ludobójstwa na Wołyniu. Opisywane wydarzenia rozgrywały się 600 lat temu, ale biorąc pod uwagę olbrzymie i to od lat, zlaicyzowanie Czechów, nie ulega wątpliwości, skutki tych wydarzeń, oraz innych, następczych, trwają do dzisiaj.

    Mimo tych plusów nie jestem pewna, czy będę chciała słuchać dalszego ciągu przygód Reynevana.

7/10

czwartek, 16 października 2025

Ewa Woydyłło „Żal po stracie. Sztuka akceptacji”

 

    Ewa Woydyłło bardzo szeroko traktuje słowo żal, może to być żałoba, ale również może to być każda inna strata, jak np. strata pracy, zdrada i utrata zaufania, choroba czyli utrata zdrowia itp. Autorka jest bardzo doświadczoną psychoterapeutką, sporo też przeszła w życiu. Książka ma w zamierzeniu pomóc przetrwać ten trudny czas po stracie, pomimo tego, że każdy inaczej przeżywa trudne momenty, a straty są bardzo różne. Woydyłło pisze bardzo przystępnie, czyta się naprawdę bez problemu. Znaczna część tej pozycji jest uniwersalna, dotyczy straty każdego rodzaju straty, ale jest też parę rozdziałów szczególnych, np. dotyczących utrwalonej żałoby, z której ktoś mimo upływu czasu, nie może wyjść.

    Autorka wielokrotnie podkreśla, że najgorsze jest to, gdy ktoś zasklepi się w żalu po swojej stracie do tego stopnia, że przestaje normalnie funkcjonować i nie może z tego wyjść. Pisze ona, że „wyznaje wiarę w ludzkiego ducha, dzięki któremu można (i trzeba) sobie poradzić ze wszystkim”. Sygnalizuje, że w dziejach świata ludzkość też radziła sobie w różnymi trudnymi sytuacjami, niekiedy podobnymi do obecnych, niekiedy znacznie trudniejszymi. Jej zdaniem konieczne jest w życiu przygotowanie się na wszystko, co może się zdarzyć. Większość osób jest zaskoczona, gdy dotyka je coś złego, uważają, że to jest niesprawiedliwe, a jednocześnie nie zauważają, że złe rzeczy dotykają również inne osoby. Pod zwrotem „przygotowanie się na wszystko, co może się przydarzyć”, rozumie ona przyjęcie do wiadomości, że coś może się stać, a nie podejmowanie konkretnych działań, bo nie zawsze są one możliwe. Tam gdzie jest to możliwe, można oczywiście konkretne działania podjąć, np. robiąc zdrowotne badania profilaktyczne. Trzeba akceptować życie takie, jakim ono jest, a nie oczekiwać, że wszystko będzie tak, jak chcemy. „Doznanie utraty wpisane jest w doczesny los człowieka”.

    Wbrew pozorom, przeżycie różnych trudnych sytuacji często uodparnia i przygotowuje na kolejne potencjalne ciosy. Zdaniem autorki, z ciosami Losu może nie poradzić sobie ktoś słaby, wydelikacony, wcześniej złamany, nieodporny, strachliwy. Ale „Gdy Los natrafi na kogoś mocnego, zaprawionego w życiowych zmaganiach, na osobę dojrzałą nie tylko głową, ale i muskułami, taka sobie poradzi”. Umiejętności radzenia sobie w trudnych, a nawet traumatycznych okolicznościach, można nauczyć się w każdym wieku. „Przetrwanie ciężkich doświadczeń bilansuje się większą mocą, odpornością, jeszcze trwalszym przetrwaniem”. A celem istnienia według przywołanego przez autorkę Wilhelma von Humboldta jest „wydestylowanie jak najszerszego życiowego doświadczenia w mądrość”.

Uniwersalna porada na przeżycie trudnych chwil jest taka, że warto zająć się innymi osobami, nie tylko sobą i rozmyślaniami, jak jest ciężko. Wówczas postawa żałoby nie utrwala się, człowiek odrywa od niej myśli. W późniejszym okresie, jeżeli jest taka potrzeba, mimo straty warto i trzeba nadać nadać życiu sens.

    Tytułowa utrata może też być związana z tym, że ktoś zrobił nam coś złego, straciliśmy więc do kogoś zaufanie, mogliśmy na skutek tego np. rozstać się z partnerem. Ważne jest tutaj przebaczenie, dla naszego dobra. Utkwienie w rozpamiętywaniu krzywdy przypomina tkwienie w wiecznej żałobie i uniemożliwia dalsze, satysfakcjonujące życie.

    Zdaniem autorki człowiek może nauczyć się pogody ducha nawet w żałobie. „Może stać się spokojniejszy, bardziej odporny, mniej podatny na użalanie się nad sobą i swoimi stratami”.

9/10





poniedziałek, 13 października 2025

Tomasz Duszyński „Grzesznik ze Strehlen”

 

      Jako miłośniczka kryminałów retro nie mogłam sobie odmówić przeczytania książki, która zajęła 3 miejsce w tym roku na Festiwal Kryminału Retro w Gostyniu „Kryminalny Magiel”. Znaczną część powieści czytało mi się ciężko, ale od końcówki, mniej więcej 1/3 czy nawet ¼, bardzo trudno było mi się oderwać. Najsilniejszym uczuciem, jakie towarzyszyło mi podczas czytania, szczególnie pod koniec, był niepokój, odraza, a nawet pewien bunt przeciwko epatowaniu okrucieństwem, a jednocześnie fascynacja opisywanymi terenami, czyli Kotliną Kłodzką i to zarówno pod względem przyrody, jak i zabytków. „Wisienką na torcie” jest opis unikalnej w światowej skali Twierdzy Kłodzko. Jeśli ktoś lubi czytanie pod kocykiem z kawką czy czekoladkami, to nawet wtedy nie będzie mu miło. „Grzesznik” nie jest jednocześnie powieścią płytką, ma głębię, aczkolwiek nie jest ona jakaś porażająca.

    Grzesznik” jest dołujący, gorszy nastrój po lekturze jest niemal gwarantowany. W opisywanych przez Duszyńskiego miejscach panuje bieda, szerzy się pijaństwo, liczba osób z różnymi dewiacjami, w tym psychopatów, przewyższa średnią statystyczną. Za dewiacje najprawdopodobniej, przynajmniej w pewnym stopniu, odpowiada niedawno skończona Wielka Wojna, czyli I wojna światowa, tak sugeruje jeden z bohaterów. Mimo końca wojny mało kto jest szczęśliwy.

    W książce pojawia się dylemat, ile można czy ile też powinno się poświecić dla uratowania bliskiej osoby. Czy jest jakaś granica, której nie powinno się w tym zakresie przekroczyć? Czy życie kogoś najbliższego faktycznie jest wartością nadrzędną, przy której nic innego się nie liczy? Wisława Szymborska pisała, że tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono. Tutaj właśnie bohaterowie Duszyńskiego postawieni są w takich sytuacjach, że po podjęciu określonych decyzji orientują się, że chyba sami siebie nie znali.

7/10

     

środa, 8 października 2025

Joe Alex (Maciej Słomczyński) „Gdzie przykazań brak dziesięciu” – audiobook, czyta Tomasz Bielawiec

 

    Słomczyński opisuje wspaniałą, arystokratyczną, angielską rezydencję, należącą do emerytowanego generała, któremu ktoś grozi zabójstwem. Konwencja powieści nawiązuje do Agaty Christie, gdy dochodzi do zabójstwa, liczba podejrzanych jest ograniczona, nie ma przemocy.

    Jak na kryminał brakuje tu trochę dynamiki, powieści Christie były nieco krótsze, tutaj są pewne sceny są nieco zbyt długie i nużące, takie kontemplacyjne. Kwestia kto zabił, nie jest jakoś szczególnie frapująca. Rekompensatą są nawiązania do sztuki, w tym Dalekiego Wschodu. Ponadto jeden z bohaterów pracował nad pomnikiem lotników, poległych w czasie wojny. Są rozmowy na temat tego, co mogli myśleć lotnicy, którzy wiedzieli, że ich samolot jest już zestrzelony, czy się załamywali, czy walczyli do końca, nie poddawali się, licząc na to, że może jednak uda im się przeżyć. Bez względu na to, czy ktoś jest lotnikiem, czy nie, jedni ludzie zawsze walczą, inni się załamują pod wpływem byle czego, o tym też jest mowa. No i brana jest pod uwagę kwestia wartości, którym lotnicy byli wierni, narażając życie. Pozostaje pytanie, nad którym opisywane postacie się zastanawiają, jak to jest z tymi wartościami w ich gronie.

    Pod względem psychologicznym bohaterowie są dosyć ciekawi, warta obserwacji jest dziwna para: ojciec z dorosłą córką, traktowaną jak dziecko, wymagające stałej opieki i rozkazywania. Autor rozważa też w kontekście przyczyn zabójstwa, co takiego dla kogoś może być ważniejsze, niż ludzkie życie. W tym przypadku nie wszystkie standardowe i częste przyczyny zabójstwa, wchodzą w rachubę. Z racji wieku ofiary zawiedziona miłość odpada.

    Czytelnicy którzy nie potrzebują wyjątkowo wartkiej akcji, powinni być zadowoleni. Mnie Joe Alex się podoba.

7/10