Dzięki
nowemu tłumaczeniu dzieło sprzed 125 lat czyta się całkiem
dobrze. Są pewne dłużyzny, zdarzają się też i męczące opisy,
ale to już oczywiście wynika z tekstu autora. Na uwagę zasługuje
wyjątkowo udane posłowie Wojciecha Engelkinga.
Pozornie
książka jest realistyczna aż do bólu, bo opisuje życie kilku
pokoleń Buddenbroków w XIX wieku. Byli oni mieszczanami, kupcami.
Akcja zaczyna się, gdy rodzina i jej firma są w rozkwicie, a potem
mimo pozorów jest tylko gorzej. Przyczyny upadku pozornie są
racjonalne, ale robi to wrażenie, jakby do tych zwykłych przyczyn
dołączyło jeszcze coś irracjonalnego. No bo dlaczego wszystko pod
każdym względem zaczyna się naraz sypać? Jak zauważa W.
Engelking, „Buddenbrokowie” to nie tylko historia upadku jednej
rodziny, Buddenbrokowie to przykład, na którym można obejrzeć
upadek całej klasy społecznej, mieszczaństwa XIX -wiecznego, bo w
takim kształcie w jakim było w tym czasie, przestało istnieć. I
raczej nie polegało to na przekształceniu, zmianie sposobu
prowadzenia interesów, zmianie obyczajów, to pewnie było możliwe
w przypadku młodych rodzin, te stare nie potrafiły się zmienić i
dostosować do stale zmieniających się warunków. To jest opowieść
w dużej mierze uniwersalna, bo od początku świata co się rodzi i
coś upada, niszczeje, umiera. Powstają wspaniałe dynastie i
obumierają, tak jak i narody, idee itp.
Olga
Tokarczuk pisała kiedyś w zbiorze „Czuły narrator”, że
naprawdę wielkie dzieła pokazują pewne uniwersalne prawdy, których
czytelnik nie był świadomy przed lekturą, może to być też
pokazanie czegoś w zupełnie innym świetle, przez inny pryzmat. Nie
chodzi tu o fakty np. z reportażu, tylko o uniwersalne ponadczasowe
zjawiska. I kolejny element wielkiej powieści to element
irracjonalności.
W
przypadku „Buddenbroków” właśnie ta irracjonalność jest
najbardziej intrygująca. Pozornie jej nie ma, nie występuje tu
żadne nadprzyrodzone zjawisko, ale ona już jakby tuż pod
powierzchnią. Buddenbrokom nie układa się tak bardzo, że zawodzi
tu matematyczny rachunek prawdopodobieństwa, działa za to prawo
Murphy`ego, czyli jeśli coś złego może się zdarzyć, to właśnie
się zdarza. Tak to wygląda, jakby natura wszystkiemu dawała
początek i koniec, nic nie może bowiem w tym samym kształcie trwać
wiecznie, musi albo obumrzeć, albo stale się zmieniać i
dostosowywać.
Każde
kolejne pokolenie mężczyzn u Buddenbroków było jakby mniej
zdolne, mniej pracowite, mniej mu się chciało i to czegokolwiek. Z
racji tego że byli majętni, nie mieli motywacji, aby pracować, a
ci którzy chcieli pracować, nie mieli umiejętności. Tak to
wyglądało, jakby kolejne pokolenia dostawały od natury coraz
gorszy materiał genetyczny, mimo że małżeństwa nie były
zawierane w obrębie rodziny. Tak właśnie jakby sama natura
zadecydowała, że już czas na ich koniec. Wyjątkiem pod względem
zdolności był tylko młody Hanno, który jednak uzdolniony był w
zupełnie innym kierunku, muzycznym. Ale nie zmienia to postaci
rzeczy, bo wiadomo było już od jego wczesnego dzieciństwa Hanno,
że jeśli przeżyje, to z racji cech charakteru, osobowości i
uzdolnień, nie będzie mógł kontynuować kupieckich tradycji rodu.
Wgłębianie
się w opis upadku Buddenbroków daje sporo do myślenia. Poważnym
minusem był dla mnie pesymizm tej powieści. Buddenbrokom jest źle
i wiadomo, że będzie coraz gorzej. Nie za bardzo wiedzę tu
chociażby iskierkę nadziei. Nie ma. Jest to po prostu dołujące.
9/10