Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Nobla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Nobla. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 czerwca 2025

Patric Modiano „Żebyś nie zgubił się w dzielnicy”

 

        Książeczka jest naprawdę krótka, akcja znikoma, autor skupia się na wewnętrznych przeżyciach narratora, jego refleksjach, są też liczne retrospekcje. Czytałam wcześniej „Zagubioną dzielnicę” Modiano, pisałam o niej tutaj, byłam nią zachwycona. Tym razem życie narratora, paryżanina, zostało zakłócone przez nieznanego mu mężczyznę, który zakomunikował mu, że znalazł jego notes z telefonami. To wydarzenie i kontakt ze znalazcą i jego młodą partnerką, dały asumpt do rozmyślań o czasach dzieciństwa, kiedy to opiekowała się nim pewna kobieta, przypominająca partnerkę znalazcy.

        Narrator nie żył na szczęście w czasach wojny, w dzieciństwie nie spotkał się z pedofilem, nikt się nad nim nie znęcał. Ale miały miejsce wydarzenia dla dziecka bardzo ważne, częściowo traumatyczne, które później wyparł z pamięci. Spotkałam się z teoriami psychologów, że trudne wydarzenia z dzieciństwa powinno się przepracować. Mam wątpliwości, czy to ma sens. Ale w tym przypadku te minione sytuacje ciążyły na narratorze, to nie było tak, że coś minęło i powrót do tego nie miał sensu. Miał sny, które prześladowały go całe życie i coś mu przypominały. Wpadł nawet na pomysł, aby kupić dom, w którym kiedyś mieszkał, wówczas „będzie szukał sekretnych schodów i ukrytych drzwi. W końcu znajdzie to, co stracił i o czym nigdy nikomu nie mógł powiedzieć”. Właściwie to stracił cząstkę siebie.

        Tytuł książki jest nakazem opiekunki z dzieciństwa, która bała się, aby chłopak po prostu się nie zgubił. Przestrzeganie tego nakazu nie było trudne, ale za to w późniejszym czasie pogubił się w życiu. Nie jest to wprost powiedziane, ale raczej nie był ani spełniony ani szczęśliwy. I te zepchnięte do podświadomości wydarzenia prawdopodobnie mogły tu odegrać swoją rolę. Czy faktycznie odegrały i rzeczywiście nie był on szczęśliwy? Modiano mnoży pytania, odpowiedzi nie daje.

    Zagubiona dzielnica” była bardziej uniwersalna, nie odwoływała się ani do dzieciństwa ani do traumatycznych wydarzeń, a też dawała sporo do myślenia. Zdecydowanie jednak warto.

7/10

piątek, 7 lutego 2025

Jon Fosse „Białość”

 

        Jon Fosse jest sporym wyjątkiem wśród noblistów. Ostatnimi czasy Literacki Nobel przyznawany był pisarzom o światopoglądzie lewicowym, którzy z religią nie mieli wiele wspólnego, a już z pewnością nie z katolicyzmem. Fosse, Norweg, jest katolikiem i w swej twórczości skupia się na treściach egzystencjalnych, w tym dotyczących Boga. Czytałam, że w częściowo zlaicyzowanym, a częściowo protestanckim społeczeństwie norweskim, w szczególności wśród osób bogatych i wykształconych, katolicyzm teraz powoli, powoli zyskuje zainteresowanie.  Znaczna część tych osób zjeździła już kawał świata, mogą kupić sobie co tylko chcą, próbowali różnych nowych trendów, a katolicyzm zaczynają postrzegać jako coś trwałego i ponadczasowego w zmiennym świecie. Komitet Noblowski określił twórczość Fosse jako „dającą wyraz niewysłowionemu”. Lektura „Białości” to zmierzenie się z prozą naprawdę unikalną. 

        „Białość” to miniaturowe opowiadanie. Opisywane wydarzenie jest tylko pretekstem do rozważań, jakie można snuć po jego przeczytaniu. Narrator jedzie zimą i nocą samochodem przez las, a gdy dalsza jazda jest już niemożliwa, wychodzi w ten las, na zimno i śnieg i idzie przed siebie, nie za bardzo wiadomo po co. Spotyka dziwną Białą, Świetlistą Postać, od której bije ciepło i jeszcze trzy inne osoby. Nie są to materialne postacie. 

         W opowiadaniu nie jest powiedziane wprost, kim jest Świetlista Postać. Można się więc nad tym zastanawiać, aczkolwiek jednoznaczne skojarzenia nasuwają się same. Opis tej postaci nie ma sobie absolutnie nic z grafomanii. Rozważania co do tożsamości nieznanej narratorowi osoby są trudniejsze. Można myśleć także o tym, co symbolizuje bezcelowa jazda samochodem, potem błąkanie się po ciemnym lesie. Właściwie każdy fragment tej miniaturki można analizować i rozmyślać nad nim. 

8/10





poniedziałek, 29 czerwca 2020

Kazuo Ishiguro "Nokturny"


                Początkowo miałam spory problem z "Nokturnami". Opowiadania czyta się wyjątkowo dobrze, napisane są bardzo przystępnym językiem, nie są do tego obszerne. "Albatros" wydał książkę tak, jak się obecnie często  robi, czcionka jest duża, odstępy pomiędzy wierszami spore. I pierwsza moja refleksja po przeczytaniu była taka, że te opowiadania są tak strasznie proste, że nie widzę tu żadnej głębi, a sens ich jest jasny i oczywisty, otóż wielu ludziom w pogoni za sukcesem przewraca się w głowach i zachowują się irracjonalnie. Uznałam, że cóż mnie obchodzą pseudo problemy znanych i wielkich artystów czy chociażby celebrytów, że prawdziwe życie toczy się gdzieś indziej. Ale jednocześnie po tej pierwszej, odruchowej refleksji zaczęłam się mocniej zastanawiać nad tekstem. Czy możliwe jest, aby ktoś, kto napisał arcydzieło w postaci "Okruchów dnia", o których pisałam tutaj, kto dostał Nobla, był w stanie napisać banalnego gniota. Teoretycznie wszystko jest możliwe, ale przecież "Nokturny" powstały aż 20 lat po "Okruchach dnia", pisarz z racji wieku był jeszcze mądrzejszy, no i musiał mieć znacznie bardziej wyrobiony warsztat.  Zaczęłam więc zastanawiać się głębiej. I dopiero wtedy, gdy zasiadłam z kubkiem kawy i zaczęłam myśleć o książce,  zaskoczyłam, o co tak naprawdę w niej chodzi. Paradoks tkwi w tym, że całość jest naprawdę bardzo prosta. 


    Gdy przestanie się patrzeć na bohaterów w takiej dosłownej postaci, jak ich stworzył Ishiguro, gdy poszuka się ich odpowiedników w najbliższym otoczeniu, wszystko zaczyna mieć sens. Motywem przewodnim opowiadań jest bezwzględna pogoń za sukcesem, za karierą i konsekwencje takiej decyzji. Dla bohaterów najważniejsza jest właśnie kariera, stali się jej niewolnikami, pozbawionymi często radości życia. Nie będę spojlerować, bo to co wspomnę o poszczególnych opowiadaniach jest zasygnalizowane przez autora już na samym początku każdego z nich, na kilku pierwszych kartkach. 

    Generalnie Ishiguro opisuje ludzi, którzy mogliby być szczęśliwi, gdyby potrafili się zatrzymać, gdyby nie opętała ich żądza jeszcze większego sukcesu niż ten, który już odnieśli.  W "Uwodzicielskim głosie " przedstawia małżeństwo, które za próbę osiągnięcia czegoś więcej, jest w stanie zapłacić porażającą cenę, powiedziane jest oczywiście jaką. Ten przyszły sukces jest oczywiście przyszły i niepewny. Wygląda to tak, jakby zwariowali, jakby pogoń za karierą stała się przymusem, czymś w rodzaju nałogu i wciągnęła jak np. narkotyki czy alkohol. Presja otoczenia, nawet niewypowiedziana, też robi swoje. Jeżeli wszyscy niemal w najbliższym otoczeniu zachowują się w określony sposób, to niektórym trudno iść pod prąd. Nie zastanawiają się już nawet nad tym, czy droga, którą idą, jest właściwa, jak narkoman czy alkoholik idą dalej. 

    W "Come rain or come shine" z kolei oglądamy małżeństwo, którego sukces nie jest spektakularny, bo sprowadza się w zasadzie jedynie do całkiem niezłych zarobków i niezłej pozycji materialnej, do zamieszkiwania w świetnie urządzonym domu w tzw. dobrym miejscu. Małżonkowie zwariowali już do tego stopnia, on nawet bardziej niż ona, że każdego, kto za tym sukcesem nie goni i go nie osiąga, traktują jako godnego politowania nieudacznika.  Nawet przez ułamek sekundy nie zastanawiają się nawet nad tym, czy zwykły nauczyciel, który niczego w sensie materialnym się nie dorobił, może być szczęśliwy, wykonując swój zawód. Oczywiste jest przecież dla nich, że szczęśliwy być nie może. Wygląda to w przenośni już tak, jakby mieli przeprogramowane mózgi, jakby zamknęli się już w czymś w rodzaju szklanej bańki i nie znali już niemal nikogo, kto nie podzielałby ich poglądów na karierę.  

     W "Malvern Hills" z kolei również oglądamy małżeństwo. Kobieta nie jest w stanie zadowolić się "byle czym", nic nigdy się jej nie podoba, jest wiecznie niezadowolona i ma wieczne pretensje niemal do każdego. Spotkanie jej z reguły jest dla drugiej osoby skrajnie niemiłe. Zżera ją frustracja, mogła przecież osiągnąć więcej, nie zrobiła kariery. A że ma kochającego człowieka u boku i wykonuje zawód, który kocha, to nie ma znaczenia. 

   "Nokturn" z kolei mówi o młodym chłopaku, który uległ szalenie mocnej presji otoczenia i również zdecydował się na absurdalne i ryzykowne posunięcie po to, aby zwiększyć szanse na osiągnięcie sukcesu. W tym przypadku nie miał koło siebie ani jednej normalnej osoby, która odwiodłaby go od koszmarnego pomysłu. 

   W przypadku z kolei bohatera "Wiolonczelistów" cena, jaką zapłacił za karierę okazała się naprawdę wysoka, chociaż on może nawet nie mieć tego świadomości. 

    Pozornie może się wydawać, że opisane przypadki są wynaturzeniem i czymś wyjątkowym. Jestem absolutnie przekonana, że wcale nie. Opisane postawy są naprawdę bardzo, ale to bardzo częste. Wystarczy się rozejrzeć dookoła. Pęd za karierą, która nie zawsze przecież musi być czymś złym, często przybiera tak karykaturalną postać, że ludzie podporządkowują temu celowi dosłownie wszystko.  

   Przypomniała mi się fenomenalna "Kurtyna" Agaty Christie, pisałam o niej tutaj. Christie sportretowała tam wielu emerytów, którzy są skrajnie nieszczęśliwi i sfrustrowani, bo nie zrobili  takiej kariery, jaką chcieli i nie osiągnęli wszystkiego, czego chcieli. I nie mogą się przez to cieszyć się życiem i tym, co mają. 
5/6
   

wtorek, 21 sierpnia 2018

Orhan Pamuk „Stambuł. Wspomnienia i miasto”

Okładka książki Stambuł. Wspomnienia i miasto


Jest to książka dziwna, na wskroś oryginalna, trochę wspomnienia , trochę rozmyślania o historii, sztuce, literaturze, a wszystko to w ścisłym powiązaniu z miastem, które pisarz kocha od urodzenia i w którym mieszka całe życie. Jest to miłość dojrzała, bo ma jednocześni świadomość upadku i nędzy obecnego Stambułu.  Czytając ją nie sposób nie myśleć o miastach, z którymi czytelnik jest czy też był uczuciowo związany. Pamuk stwierdza i słusznie zresztą, iż miasto, w którym się mieszka, ma głęboki wpływ na człowieka, że mieszkaniec przesiąka atmosferą, klimatem tego, czy miasto i było i jest. Gdyby ktoś urodził się i mieszkał w innym mieście, niż to ma miejsce w rzeczywistości, byłby innym człowiekiem.

      Mówiąc miasto,  ma na myśli ulice, budynki, skwery, klimat, dźwięki, zapachy, literaturę, jaka w nim powstała i jaka powstała o nim, wydarzenia, które kiedyś się na jego terenie rozegrały i które rozgrywają się obecnie , ludzi , którzy w nimi żyli, nawet choćby i przejazdem i tych, którzy żyją obecnie. W przypadku Stambułu częścią jego integralną jest Bosfor, statki, promy, mewy, katastrofy, które się na jego wodach rozegrały, a nawet i te, które zaistnieją w przyszłości. To przechadzki z rodzicami nad Bosfor, potem wypady z kolegami, spotkania z pierwszą miłością. To wspomnienia, które nierozerwalnie związane są z konkretna ulicą, czy dzielnicą, muzeum, czy jakimkolwiek innym miejscem Stambułu.

     Każde miasto z racji usytuowania mierzy się z innymi problemami. W Stambule spotyka się Wschód z Zachodem, Azja z Europą, nowoczesność z tradycją. Żyjąc na skrzyżowaniu kultur zyskuje się szerokość spojrzenia. Patrzy się na zjawiska, mając świadomość, że wszystko staje się względne w zależności od perspektywy patrzenia. Przykładowo dla Europejczyka rok 1453 to „upadek Konstantynopola”, a dla Azjaty i nawet dla Turka data ta nie ma nic wspólnego z żadnym upadkiem, tylko ze wspaniałym  zwycięstwem ich niegdysiejszego imperium.  

      Pamuk snuje swoją opowieść bez wyznaczania sobie jakichkolwiek ograniczeń, czasowych czy innych, mało jest ścisłych dat, podkreśla natomiast mocno subiektywność swojego spojrzenia. Dla niego jako dziecka gdy Bosforem płynął w okresie zimnej wojny szpiegowski okręt radziecki, trząsł się w sensie dosłownym cały dom i całe miasto. On to odebrał właśnie tak i nawet jako dorosły nie widzi potrzeby , aby weryfikować to z odczuciami innych osób, które pamiętają ten okręt. Każdy ma bowiem swoją własną historię ukochanego miasta i wszelkie próby zobiektywizowania wydarzeń nie mają żadnego sensu. On czuł, że dom się trzęsie, może nawet się rozpaść i tego doznania nikt mu nie odbierze, podobnie jak i strachu przed tym okrętem. Na jednej z kart powieści pada też porównanie do malarstwa. Dobre są jedynie te obrazy, gdzie malarz przedstawił malowane miejsca subiektywnie, a niekoniecznie zgodnie z realiami. Bo to było właśnie jego, jedyne w swoim rodzaju spojrzenie.

      W ten właśnie sposób napisana jest cała książka. To unikalne spojrzenie na mieszkańców coraz bardziej podupadającego miasta, ogarniętych wieczną melancholią, którzy nawet mimowolnie patrząc na wspaniałe zabytki, wracają myślami do dawnej potęgi. Ale wbrew pozorom nie jest to tylko opowieść o Stambule, Noblista napisał swoje dzieło tak, że każdy chyba czytając je, snuje jednocześnie swoją własną historię swojego miejsca na ziemii.

5/6

poniedziałek, 12 marca 2018

Kazuo Ishiguro "Okruchy dnia" - audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła

Okruchy dnia Kazuo Ishiguro - audiobook mp3

    "Okruchy dnia" znane są  jako film z Anthonym Hopkinsem i Emmą Thompson, gdyby nie tegoroczna Nagroda Nobla dla Kazuo Ishiguro, to pewnie nie zainteresowałbym się książką. Japończyk otrzymał Nobla za całokształt twórczości, ale za tą właśnie powieść nagrodzono go wcześniej Bookerem. Film uzyskał 8 nominacji do Oscara. Okazuje się, że w tym przypadku zaistniała rzadka sytuacja, kiedy to i film i książka są równie znakomite, wyśmienity jest też audiobook w wykonaniu niezrównanego Krzysztofa Gosztyły. W przypadku Gosztyły, to każda książka, czytana przez niego zyskuje. Powieść z pozoru bardzo powściągliwa i elegancka,  jest przerażającą opowieścią o świecie niemal bez uczuć i o obrachunku z życiem.  


    Narracja książki jest nieśpieszna, narratorem zaś jest główny bohater, kamerdyner Stevens, który po ponad 30 latach pracy wyjechał na mini urlop do Kornwalii, aby odwiedzić dawną znajomą i miłość swojego życia, pannę Kenton. Stevens przez lat ponad 30 pracował o jednego z bogatszych i bardziej wpływowych lordów angielskich, Derlingtona, miało to miejsce w połowie XX wieku. Był kamerdynerem doskonałym. Tak doskonałym, że aż przerażającym. Zachowywał się jak świetnie zaprogramowany robot, którego celem jest być idealnym służącym. Życie osobiste Stevensa nie istniało. Czasu wolnego właściwie nie miał. Podczas słuchania książki cały czas przypominał mi się grający go Anthony Hopkins. Jako Stevens był równie przerażający jak i jako Hanibal Lecter w "Milczeniu owiec". 


    Na samym początku powieści Stevens otrzymał pełen rozpaczy list od dawnej gospodyni,  właśnie dawnej panny Kenton,  w którym żaliła się na pustkę w życiu i zwierzała się, że jej małżeństwo się rozpadło. Wydarzenia rozgrywają się w przeciągu kilku dni, kiedy to kamerdyner był we wspomnianej podróży do panny Kenton. Jest natomiast cała masa retrospekcji, które umożliwiają zorientowanie się, co robili wcześniej nasi bohaterowie.   Panna Kenton nigdy nie powiedziała Stevensowi, że żywi do niego jakiekolwiek uczucie, kilka razy dała to jednak mocno do zrozumienia. Co do niego miałam wątpliwość, czy w ogóle jest i był zdolny do jakiegokolwiek uczucia i to wobec kogokolwiek. Ale zagadka jest rozwiązana, był zakochany w pannie Kenton. Stevens nigdy nie zastanawiał się nad sobą i swoimi doznaniami, wydaje się, że owa podróż to chyba pierwszy moment, kiedy to zrobił rozrachunek z życiem. 


     Nie tylko miłość do panny Kenton okazała się zmarnowana. Poświęcenie się służbie lordowi Derlingtonowi  było pomyłką. Stevens uważał, że służący mają swój udział w wielkich wydarzeniach, w których uczestniczą ich pracodawcy, przez służbę na ich rzecz właśnie. Chciał, aby służyć więc dobrej sprawie, np. na rzecz pokoju na świecie,  tymczasem Derlington mocno sympatyzował z nazistami i był antysemitą. W czasie podróży powracały do kamerdynera wydarzenia sprzed lat, które mogłoby się wydawać, już dawno przeminęły. Tymczasem one wbrew wszelkim pozorom, nie dawały mu spokoju, tak chociażby wyglądała sprawa z wyrzuceniem ze służby dwóch pokojówek tylko i wyłącznie z tego powodu, że były Żydówkami. O ile pannie  Kenton było trudno po tym fakcie normalnie funkcjonować, rozważała odejście ze służby, o tyle Stevens ani jednym słówkiem, czy gestem nie pokazał, że uważa to na niesprawiedliwe. Gdy jego ojciec umierał, Stevens spokojnie obsługiwał odbywające się u lorda spotkanie. Generalnie ten rozrachunek z życiem nie wygląda pokrzepiająco. 


     Wielka historia gdzieś w tle dodaje smaczku powieści. Lord Darlington przyjmował u siebie Ribbentropa, premiera angielskiego, również mocno pronazistowskiego i dążącego do sojuszu z Hitlerem lorda Halifaxa i inne znane osobistości. Jak bowiem mawiał, najważniejsze decyzje polityczne nie zapadają na różnych konferencjach i oficjalnych spotkaniach. Ustalenia odbywają się wcześniej, na spotkaniach nieoficjalnych. Obecnie mało się mówi o tej karcie w dziejach Anglii, ale Hitler przed wojną miał tam mocnych zwolenników i nie brakowało wiele, aby to oni sprawowali rządy. 


     Japoński pisarz jest wyjątkowo powściągliwy w opisach, wszak przemawia ustami Stevensa.  Mało kto z postaci z powieści mówi, co myśli, prawie nikt nie okazuje się ani zadowolenia, ani gniewu, ani smutku, niczego. Koszmar. Zastanawiające jest, jak można doprowadzić się do takiego stanu. Ale myślę, że chyba metodą małych kroczków. Zaczyna się lekceważyć i nie zwracać uwagi na jedno odczucie, potem drugie, trzecie, a potem niepostrzeżenie jest się już takim quasi Stevensem. Tacy ludzie są przecież wokół nas, a i każdy z nas chyba ma w sobie coś ze Stevensa.  Mimo, że od odsłuchania audiobooka minęło już kilka dni, cały czas on we mnie jest i nie mogę go zapomnieć. 

    Powieść przypomina mi też  trochę i film Martina Scorsese i książkę Edith Warthon "Wiek niewinności", też o obrachunku z życiem, o związaniu konwenansami, złych wyborach i braku odwagi, aby zaryzykować. O powieści pisałam tutaj. I przypomina mi się też świetny komediowy serial "Pan wzywał, milordzie", w którym kamerdyner jest człowiekiem z krwi i kości, wobec pracodawcy jest uprzejmy, za jego plecami go obgaduje i okrada. 

6/6  



piątek, 17 lipca 2015

Patrick Modiano „Zagubiona dzielnica”




Jest cała masa pisarzy, zarówno klasyków, jak i  współczesnych, szczególnie tych współczesnych, których nie znam. Nie ma możliwości przeczytania wszystkiego tego, co nas interesuje.  Każdy chyba ma problem, jakie kryterium wyboru książki przyjąć. Kryterium może być informacja o treści książki, znany nam autor czy polecenie kogoś godnego zaufania. Do nagród podchodzę sceptycznie. Ale czasem jednak i na nagrody patrzę. Najmniejsze zaufanie mam do naszej  Nike, zdarzyło mi się rozczarować nią gigantycznie, teraz już nawet nie za bardzo zwracam na nią uwagę.  Ale inaczej już jest np. z Nagrodą Pulitzera czy Bookera albo National Book Award czy francuską Nagrodą Goncourtów . Czasem, gdy nie jestem pewna , co kupić, tego rodzaju nagroda bywa w pewnym stopniu wskazówką.  Kiedyś w księgarni wpadły mi w ręce „Kroniki portowe” Annie Proulx . Informacja , o czym jest książka,  wydała się bardzo ciekawa, a fakt, że została nagrodzona Nagrodą Pulitzera i National Book Award spowodował, że bez dalszego zastanawiania ją kupiłam . I był to strzał w dziesiątkę. Tak się jakoś stało, że nabrałam ochoty na poznanie tych znanych i cenionych pisarzy, o których niewiele wiem. Patrick Modiano jest Noblistą z 2014r. , a wcześniej zdobył Nagrodę Goncourtów. Tematy, o których pisze, wydały mi się ciekawe. Czemu więc nie spróbować ?

                 „Zapomniana dzielnica” jest bardziej opowiadaniem, niż powieścią. Czyta się ją lekko, nadaje się nawet na lato, kiedy to nie zawsze mam ochotę na lektury poważne. Myślę, że ta pozycja zainteresuje każdego, kto bywał w  miejscach  , z którymi łączy go wieź emocjonalna, w których np. spędzał dzieciństwo , albo które odwiedzał.     Poza narratorem bohaterem tego dzieła jest też Paryż. To ostatnie chyba najbardziej zaważyło na tym, że zdecydowałam się właśnie na tą, a nie na inna książkę Modiano , z Paryżem też mnie co nieco łączy i dawno w nim nie byłam. Otóż narrator, Ambrose Guise , Anglik , lat 39 , poczytny pisarz, przyjechał do Paryża na spotkanie z wydawcą. Przy okazji miał ochotę na odwiedzenie miasta, w którym nie był od 20 lat. Dla tych, którzy lubią książki, gdzie coś się  dzieje, to ważna informacja , bo Ambrose włóczy się potem po Paryżu,  a nawet i spotyka się z nie widzianą od 20 lat znajomą. I w sensie akcji nic więcej się nie dzieje. Książka jednak jest wyjątkowo bogata w różne refleksje , a  czytelnik ma potem sporo do myślenia. Ja o „Zagubionej dzielnicy” myślę już od dobrych kilku dni. To jest tak, jakby lektura uruchamiała jakieś przemyślenia, do których nie wiadomo, czy w ogóle doszłoby, gdyby nie ona.

      Ambrose wędruje ulicami Paryża i cały czas coś mu się przypomina, głównie ludzie z którymi przyjaźnił się 20 lat temu, no i kobieta, w której był zakochany. Spacer po mieście przypomina zaś wędrówkę przez upiorną krainę , niby to miasto zna, ale ono już jest inne. Brakuje ludzi, o których ciągle myśli, odnosi wrażenie, jakby mieli oni skądś się wydobyć.  Nie potrafię tego opisać tak, jak Modiano. Ale mam parę takich miast, z którymi cos mnie łączy. Czytając Modiano miałam wrażenie, jakby ktoś opisał moje własne uczucia, gdy jestem w tych miastach.  

     Ale i tak najważniejsze są nasuwające się refleksje. Pisząc nie tak dawno temu o  „Zakochaniach”  Mariasa  zacytowałam zdanie z powieści , zdanie o książkach: „To, co się stało nie jest najważniejsze. To tylko powieść, a wydarzenia powieściowe nie są istotne, po ich przeczytaniu natychmiast się o nich zapomina.  Najciekawsze są możliwości, idee, do których nas pobudzają, które w nas zasiewają, poprzez swe fikcyjne przypadki, bo te pozostają w nas bardziej wyraziste niż rzeczywiste wydarzenia i  bardziej się nad nimi rozwodzimy”.

          Modiano powoduje, że zastanawiamy się nad wieloma rzeczami. Dlaczego chcemy wracać się w te miejsca, z którymi nas coś łączyło? Czy jest to czysty sentymentalizm, czy może potrzeba zakończenia niezałatwionych spraw, a może potrzeba zastanowienia się nad czymś, co gdzieś w nas tkwi, a nie poświęciliśmy temu żadnej refleksji? Może tęsknimy do ludzi, z którymi spędzaliśmy tam miłe chwile. Może teraz czegoś brakuje nam w naszych więzach rodzinnych lub towarzyskich.  A może jest odwrotnie, może te powroty to tęsknota  za wolnością, której później jest za mało. A może porównujemy nasz obecne życie z tym, co było dawno i dochodzimy do wniosku,  że wtedy było lepiej, a potem wszystko potoczyło się inaczej, niż powinno.   Może warto zastanowić się nad tym, dlaczego wtedy było lepiej i czy nie dałoby się polepszyć tego, co jest teraz. A może powrót jest potrzebny do tego, aby uzmysłowić sobie, że to właśnie teraz jest w porządku, że to dawniej żyliśmy mrzonkami i ułudą.  Każdy przypadek jest inny. Wędrówka w przeszłość to  zawsze też pewna konfrontacja z dawnymi marzeniami, czy coś udało się nam osiągnąć, jeśli nie, to ciekawe dlaczego.  Może tamte marzenia nie do końca były nasze, teraz mamy inne i nie ma nad czym rozpaczać.  Czasem mamy problem z tym, aby odgrodzić to,  co umarło, od teraźniejszości, o czym  pisał właśnie w „Zakochaniach” Marias . Nie chodzi o zapomnienie, byłoby to idiotyzmem, chodzi o zaprzestanie wiecznego rozpamiętywania , żałowania itp. Taki wyjazd w przeszłość do Paryża lub jakiejkolwiek innej miejscowości może pozwolić zamknąć pewien rozdział w życiu.  Zamknięcie nie powinno  jednak być przedwczesne . Ambrose Guise podczas pobytu w Paryżu uzmysłowił sobie sporo rzeczy , lepiej zaczął rozumieć siebie. Zapomnienie o tym co było,   lub zapomnienie o mądrym przemyśleniu tego, co było,  kojarzy mi się z uratą cząstki siebie. Nie powinniśmy nosić w sobie żadnych zagubionych dzielnic. W miastach zagubione, zapuszczone i zapomniane  dzielnice opanowywane są przed różnych degeneratów, strach jest tam chodzić.  To, co się tam dzieje , stopniowo zaczyna  zagrażać  całemu miastu. Tak jest i z nami.

   Książka jest dosyć gorzka, ale nie jest dołująca. Mimo braku realnej akcji czytało mi się ją dobrze, nie odczuwałam się nudy w jakiejkolwiek postaci. Czułam jedynie niedosyt, bo była ona tak krótka. Nie wszystkie wydarzenia z przeszłości Ambrose`a się wyjaśniły.

       Zastanawiam się też nad własną wędrówką w przeszłość i podróż do miejsca, w którym dawno nie byłam.

5/6

 





















  
    
 
 
 
 

niedziela, 11 sierpnia 2013

Alice Munro „Taniec szczęśliwych cieni”

Taniec szczęśliwych cieni - Alice Munro

Kupiłam tą książkę bez wielkiego przekonania, ale w tradycyjnej księgarni,  tak jakby książka sama o to poprosiła.  Wiem, że rzadko kiedy opowiadania przypadają mi do gustu, ale Alice Munro wielu czytelnikom się podoba, pomyślałam więc,  czemu nie? I powoli oczekiwałam oczarowania, porównywalnego co najmniej z tym oczarowaniem, kiedy to jeszcze w liceum  czytałam opowiadania  Londona czy Maupassanta. Okazało się, że to nie do końca będzie tak, a już na pewno nie ze wszystkimi opowiadaniami z tego zbioru .

    Na zbiór składa się  15  opowiadań, zaś książka była debiutem. Znaczna część opowiadań pisana jest z punktu widzenia dziecka , Munro opisuje w tym przypadku wydarzenie z dzieciństwa i to właśnie te opowiadania najmniej mi się podobały .  Jedno jest skrajnie makabryczne, mówi o oblanym wrzątkiem dziecku, które potem umarło.  W wielu z nich odstraszały mnie sceny złego traktowania zwierząt, np. zabijania koni, łapania w sidła piżmoszczurów   , tłumaczenia małej dziewczynce, jak one się topią i jak potem obdziera się je  ze skóry , trzymania lisów w różnych hodowlach itp.  Wiem, że takie jest życie  i że takie sytuacje mają miejsce, ale jestem na te sprawy szczególnie wrażliwa  i czyta mi się takie opisy ciężko.   Bałam się, że sceny z końmi zaczną mi się śnić i że efektem lektury będzie koszmar senny. Jedno z opowiadań w ogóle wydało mi się niedorzeczne, w małym miasteczku pojawił się hipnotyzer  i za zgodą babki dziewczynki podjął próbę zahipnotyzowania tej babki. Babka w czasie tej próby zmarła. 

     Nie po wszystkich jednak opowiadaniach czułam rozczarowanie. Było kilka, dla  których jednak warto było kupić tą książkę, mam na myśli głównie opowiadanie tytułowe „Taniec szczęśliwych cieni” oraz  „Pokój utrechcki”, „Dzięki za przejażdżkę” i „Czas umierania”.  I są to opowiadania tej klasy co „Uczta Babette” Karen Blixen. Akcja wszystkich tych opowiadań rozgrywa się w zwykły dzień , który pozornie niczym się nie wyróżnia od innych.  Są to zwyczajne dni i normalne zajęcia. Wygląda to tak, jakby A. Munro niczym psychoanalityk lub roentgen była w stanie przejrzeć najbardziej skrywane  sekrety różnych osób, stanowiące klucz do ich zrozumienia . Munro   wie, które wydarzenia z życia były najbardziej kluczowe dla danego człowieka i zaważyły na całości. Wie, kto, co i od kiedy  ukrywa , nawet przed sobą. Rozumie, dlaczego ktoś dokonuje takich lub innych wyborów. Wie, kto dlaczego i o co ma do kogoś żal a kto inny z kolei i dlaczego żyje w poczuciu winy, chociaż prawie nikt go o to nie  podejrzewa. Wie, jakie ludzie mają marzenia, wie, że niemal każdy odczuwa  poczucie samotności.   I właśnie w opowiadaniach wskazuje te klucze do czyjegoś wnętrza, czyli opisuje , co takiego się wydarzyło, po czym ktoś będzie już trochę innym człowiekiem.  Niestety, większość historii nie jest wesoła i nie kończy się happy endem, ludzie walczą, starają się, ale rzadko kiedy  osiągają prawdziwe szczęście, widzą i doświadczają tego,  że za dużo jest zła czy nieszczęść. Jest tak jak w życiu, a nie w filmie.

       W „Tańcu szczęśliwych cieni” dziewczynka obserwuje swoją dawną nauczycielkę gry na fortepianie. Nauczycielka – panna Marshalles to starsza kobieta , trochę dziwaczka, samotna, mieszkająca z siostrą, słynie z wydawanych co roku w czerwcu przyjęć, połączonych z pokazami dziecięcej gry na fortepianie.  Z racji tego, że kobieta jest bardzo zaawansowana wiekiem i jej pozycja towarzyska jest już żadna, ku jej rozpaczy  coraz mniej ludzi przychodzi na przyjęcia, a ci , co ją znają mówią na nią często „biedna panna Marshalles”.  I właśnie podczas jednego z tych przyjęć wydarza się coś, co zmienia obraz sytuacji i po tym wydarzeniu w rodzinie dziewczynki o nauczycielce  nikt już nie powie  „biedna panna Marshalles”. Zebrani byli świadkami sytuacji, które stanowiła klucz do zrozumienia zachowania nauczycielki  . Znali ją niemal całe życie i nie  mieli pojęcia, dlaczego żyje ona właśnie w taki sposób.

     W innym opowiadaniu  - „Pokój utrechcki”     z kolei  również  poznajemy kobietę, która ma swoją tajemnicę , a na dodatek żyje w poczuciu winy. Poza 2 krewnymi nikt nie domyśla się jej sekretu.        W „Pokoju utrechckim” młoda kobieta – Maddy - uparcie tkwi w  miasteczku Jubilee  , mimo, że nie ma tam żadnych perspektyw. Nie ma ona tam żadnych zobowiązań, a matka, którą się opiekowała, zmarła jakiś czas wcześniej.   Sekret odkrywa jej siostra, która po wiele latach do miasteczka powraca. Maddy ukrywa coś, chyba nawet i przed sobą samą, nie jest to pojedyncze wydarzenie, ale pewna sekwencja wydarzeń, trwająca troszkę dłużej.

   W „Dzięki za przejażdżkę” główny bohater ze swoim kuzynem, będąc chwilowo w małym uzdrowisku nadmorskim,  postanawiają poderwać dziewczyny. Ma to być podryw na jedną noc, lub nawet tylko na kilka godzin . Nasz narrator ma pewne skrupuły, czy aby nowo poznana Lois, ma świadomość, że jest to jednorazowa przygoda , a nie wielka miłość,  wie, że dziewczyna jest bardzo młoda, ma lat 17 , a do tego musi już pracować.  A on chce tylko seksu i nic więcej.  

   „Czas umierania” opowiada o małym Beeny`m, który pozostawiony został na parę godzin pod opieką starszej siostry, Patrycji. Został wówczas przez nią niechcący oblany wrzątkiem , być może sam się nim oblał, nie jest to do końca powiedziane. Wszystko wskazuje na to, że Patrycja szybko otrząsnęła się po tym wypadku.

     Pani Alice ma też talent do zakończeń, są autentyczną niespodzianką,  może również nie we wszystkich wypadkach, ale w tych opowiadaniach , które spodobały mi się szczególnie, na pewno.    A tak w ogóle warto do tych opowiadań wrócić , zastanowić się i zerknąć ponownie chociażby na zakończenie.  Czasem dopiero przy ponownym zerknięciu i zastanowieniu, byłam w stanie wszystko zrozumieć.  Czytałam je powoli, po jednym, góra 2 lub 3 na dzień i chyba jednak sięgnę po kolejny zbiór.