Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 stycznia 2023

Witold Jurasz „Demony Rosji”

 

Demony Rosji - Witold Jurasz


    









     Książka jest naprawdę świetna, nie wymaga przygotowania, typu jakaś szczególna wiedza o historii czy o Rosji. Napisana jest w stylu gawędziarskim, czyta się ją rewelacyjnie, niczym pasjonujący kryminał. Autor  ma dar i opowiadania i obserwacji, czasem bywa przecież tak, że ktoś gdzieś jest i nie zauważa wielu fascynujących rzeczy. Spektrum tematów, jakie zostały podjęte, też jest spore, bo autor pisze o obyczajach Rosjan, o ich mentalności, o podejściu do historii, o tym jak się żyje w Moskwie, a także o tym jak funkcjonuje się w ambasadzie polskiej, ocenia też naszą politykę wschodnią, ale to już na samym końcu. Olbrzymim plusem jest też to, że końcówka książki, w której mowa jest o relacjach  polsko – rosyjskich, nie jest napisana z punktu widzenia jednej bańki, PiS-owskiej czy Platformerskiej. W. Jurasz widzi i plusy i minusy polityki zagranicznej, jaką prowadziły oba ugrupowania. Gigantycznym atutem jest też to, że nie jest on politycznie poprawny, gdy zauważa pewne zjawiska, po prostu opisuje je, bez względu na to, czy wypada tak mówić , czy nie, i bez względu na to, jak to zostanie przyjęte. Książka nie jest też wywodem kogoś oderwanego od rzeczywistości, wręcz przeciwnie, autor nie zamknął się w ambasadzie. Do tej pory nie miałam żadnego kontaktu z twórczością W. Jurasza, nie słuchałam podcastów, nie czytałam żadnych jego artykułów, teraz z pewnością poszperam w internecie, aby coś jeszcze zaleźć.  Nie ulega żadnych wątpliwości, że wiedza czytelnika o Rosji po lekturze jest zwielokrotniona, no chyba że ktoś jest naprawdę wielkim znawcą tematu.   

     Przykłady różnych ciekawostek można mnożyć, w książce są dziesiątki opisów. Rozwarstwienie  na Rosjan hiper bogatych i na biedaków jest znane, ale nie miałam pojęcia, że biedacy są traktowani i postrzegani jako coś gorszego niemal wszędzie,  określani bywają jako bydło. Nie ma jakichkolwiek rozliczeń z historią, na cmentarzach w alejach zasłużonych leżą np. masowi mordercy z gułagów, Stalin postrzegany jest jako osoba pozytywna. Porażający jest rasizm, w aplikacji za pomocą której można zamówić taksówkę, jest opcja zaznaczenia, że nie chce się, aby kierowca był innej rasy, niż biała. Nie budzi to niczyjego zdziwienia i nikt nie protestuje. Równie porażająca jest homofobia. I nie ma się co łudzić, że istnieją Rosjanie, którzy nie są nacjonalistami, autor kogoś takiego nie spotkał. Aborcja traktowana jest jak zabieg kosmetyczny, można ją zrobić „od ręki”, nawet bez zapisów, na usg natomiast trzeba się zapisać. Gdy autor wraz z żoną w ciąży byli u lekarki, ta ich poinformowała, że jeżeli dziecko miałoby mieć zespół downa, to ona nie będzie prowadzić takiej ciąży, bo to nie ma sensu. 

      Nawet przeróżni rosyjscy dysydenci, uważani za zwolenników demokracji, nie mają na myśli normalnej demokracji, takiej jaka istnieje na Zachodzie. Do Rosjan, niestety, przemawia siła i buta, w niektórych sytuacjach gdy rozmawia się z Rosjaninem uprzejmie, niczego się nie załatwi. Przykładowo autor kiedyś znalazł się na komisariacie policji w związku z podejrzeniem, że brał udział w nielegalnym zgromadzeniu. Gdy próbował uprzejmie coś policjantom wytłumaczyć, nikt go nie słuchał, gdy zaś w końcu wrzasnął i przeklął, od razu został wysłuchany. Podobnych opisów jest więcej. 

    W. Jurasz rozprawia się też z mitem tego, jak to Zachód został zaskoczony atakiem Rosji na Ukrainę. Opisuje wiele rosyjskich działań, które ewidentnie  świadczyły o narastającej agresji i imperialnych zakusach, a które były lekceważone i nie wyciągano z nich wniosków. Wymienił np. wojnę rosyjsko - gruzińską, zabójstwo Litwinienki na terenie Wielkiej Brytanii, dokonane w sposób zagrażający życiu i zdrowiu wielu ludzi i masę innych. Przypomniał też cały czas prowadzone na świecie liczne działania służb rosyjskich, w tym działania w internecie, jak chociażby wykreowanie i popieranie ruchów anty szczepionkowych. 

       Wspomniał też epizod z początku swojej pracy w ambasadzie, kiedy to napisał szyfrogram z analizą w jakim kierunku zmierza Rosja. Jego szef podarł ten szyfrogram i powiedział mu, że Rosja zawsze zmierza w tym samym kierunku, trzeba tylko nie dać się  zaskoczyć. 

9/10

niedziela, 5 kwietnia 2020

Peter Zuckerman , Amanda Padoan "Pochowani w niebie. Niezwykła historia Szerpów i największej tragedii na K2"


   Parę tygodni temu przeczytałam "Bez powrotu. życie i smierć na K2" o tragicznych wyprawach na K2 w 2008r., a z racji tego że książka  pozostawiła we mnie spory niedosyt, znalazłam inną pozycję o tym dramacie. "Pochowani w niebie" pokazują, jak można pozornie  znany już temat przedstawić tak, że wydarzenia postrzega się już zupełnie inaczej. Do tej pory podczas opisywania wypraw całkowicie pomijani byli Szerpowie, można było co najwyżej znaleźć wzmianki, że w ogóle byli, ewentualnie że coś robili źle, albo że któryś z nich zginął. A gdy już zginął, media nie podawały nawet nazwiska, tak że rodziny mogły jeszcze przez wiele dni nie wiedzieć, czy czyjś mąż, ojciec, czy brat przeżył. Autorzy "Poległych w niebie" właśnie Szerpów uczynili głównymi bohaterami. I całość wygląda zupełnie inaczej. Punkt widzenia Szerpów na wyprawę nie zawsze jest mile widziany przez pozostałych, ale to Szerpowie najlepiej widzą butę i chamstwo niektórych wspinaczy. To właśnie Szerpowie dostrzegają nadal silnie występujący u białych rasizm i wiążące się z nim poczucie wyższości, nawet wtedy gdy uczestnicy wyprawy nie mają tego świadomości. 

    Autorzy opisują chociażby sytuację, gdy jeden z Szerpów już podczas wspinaczki bardzo poważnie zachorował, a był na tyle wysoko, że nie był w stanie samodzielnie zejść. Żaden z członków kilku wypraw nie wyraził chęci, aby pomóc, a wtedy jeszcze warunki były dobre, wszyscy byli w znakomitej formie, tyle tylko że szykowali się powoli do ataku szczytowego i konieczność udzielania pomocy mogła postawić pod znakiem zapytania wejście na szczyt. Co gorzej, gdy jeden z Szerpów zdecydował się na pójście na ratunek to nie tylko ostatecznie nikt do niego nie dołączył, ale ten ratujący przez 2 godziny chodził po bazie,  chcąc pożyczyć sprzęt do wspinaczki, nikt nawet tego nie chciał zrobić.  Autorzy dali pod rozwagę pytanie, czy ta sytuacja wyglądałaby tak samo, gdyby pomocy potrzebował np. Amerykanin  czy Norweg. Gdy wyprawa już się zakończyła, to do tej konkretnej sytuacji mało kto wracał, nie było roztrząsania, dlaczego nikt nie chciał pomóc. 

    Na K2 w 2008r. rozegrały się czyny niewyobrażalnie bohaterskie, ale miały też miejsce zwykłe świństwa. Przyjęty punkt widzenia pozwala na wgląd w motywy, jakimi kierowali się bohaterowie. Jeden z nich np. pomógł, bez cienia wątpliwości narażając się na śmierć, bo nakaz taki wypływał z wyznawanej przez niego z religii, w tym przypadku z islamu. Wiadomo, jak u nas postrzega się islam. Książka w wielu miejscach łamie utarte schematy myślenia.

   W porównaniu do "Bez powrotu", "Pochowani w niebie" są zdecydowanie lepiej napisani, dużo bardziej wciągają, jedynie za obszerne są fragmenty początkowe o Szerpach, ich pochodzeniu, sytuacji w regionie itp. Są zdjęcia, czarno -białe, ale lepsze takie, niż żadne, są mapki i szkice, a na nich naniesione bazy. Autorzy wykazali się też większą odwagą przy pisaniu. W "Drodze bez powrotu" autor bał się kategorycznych wniosków przy opisie sytuacji, które budzą kontrowersje z uwagi na sprzeczne wersje uczestników. Tutaj P. Zuckerman i A. Padoan również przytaczają źródła, ale zajmują stanowisko, analizując zapewne wcześniej te różne wersje. Przykładowo ledwo żywy wspinacz dowlókł się do obozu i próbował dostać nocleg we względnie, jak na tamte warunki, komfortowym namiocie z dwoma osobami. Po usłyszeniu "wynocha", co skazywało go na śmierć,  zajrzał do drugiego namiotu, gdzie było trzech mężczyzn, ale przyjęto go, chociaż wiadomo było, że wszyscy noc spędzą na siedząco, na położenie się miejsca już nie było. Autorzy nie bali się wprowadzić tego "wynocha" do książki. 

   Co więcej pokazane są też losy uczestników i ich rodzin po wyprawie. I nie ogranicza się to standardowych wzmianek rodzin tych, co zginęli, typu "to był wspaniały człowiek", czy "bardzo nam go brakuje" itp. Pokazane jest, jak trudne może być życie kogoś, kto przeżył, jakie wątpliwości ludzie ci mogą mieć i jak odnosi się do nich otoczenie, sugerując, że może czegoś zaniedbali, nie pomogli. Jeden z bohaterów np. się rozpił i zaczął przypominać menela. Jest też wzmianka o tym, jak to Koreańczycy, najbardziej butna wyprawa pod kierownictwem niebywale aroganckiego człowieka, odlatywała z bazy pod K2 śmigłowcami. Gdyby odeszli stamtąd tak, jak inni, a pieniądze na te śmigłowce przekazali rodzinom zmarłych, dzieci tych, co zginęli byłyby ustawione finansowo do końca życia.
5/6

   

niedziela, 7 czerwca 2015

Felicitas D. Goodman „Egzorcyzmy Anneliese Michel . Opętanie w Klingenberg w świetle nauki”.





        Wydarzenia opisane w tej książce były również przedstawione w znanym filmie „Egorcyzmy Emily Rose” i znane są głównie z tego filmu . Jest to historia, określana jako opętanie, a dotyczy  młodej dziewczyny, przypadek jest autentyczny, miał miejsce prawie 40 lat temu.  Dwaj duchowni katoliccy stosowali wobec niej,  za jej zgodą i zgodą jej rodziny , egzorcyzmy. Gdy dziewczyna zmarła,  była skrajnie wycieńczona, pobita, a za przyczynę zgonu uznano zagłodzenie. Prawomocnym wyrokiem Sądu rodzice i wspomniani dwaj duchowni zostali uznani za winnych przyczynienia się do jej śmierci. Wyrok wzbudził olbrzymie kontrowersje. Budzi je do dziś.
          Autorka jest profesorem lingwistyki i antropologii na Uniwersytecie w Ohio. Zajmowała się naukowo m. in. szamanizmem, opętaniem,  doświadczeniami religijnymi , jest też założycielką   Instytutu do Badań nad Doświadczeniami Religijnymi w Meksyku. Opisała ona historię życia Anneliese  Michel, szczególnie zaś uwzględniła w swej pracy towarzyszące życiu Anneliese dziwne zdarzenia, które potraktowane były przez samą dziewczynę właśnie jako opętanie. Pisząc próbowała dociec, co faktycznie było przyczyną jej śmierci i czym były budzące tak wielkie zainteresowanie dziwne zjawiska. Autorka przeprowadziła rozmowy z żyjącymi świadkami wydarzeń, udostępniono jej zapiski zmarłej, odsłuchała też kasety , na których zarejestrowano przebieg egzorcyzmów. Kasety poddała też naukowej analizie. Obszerne cytaty z zapisów z kaset , zapisków dziewczyny , różnorakich pism czy listów są w książce. Nieprzypadkowo książka ma również podtytuł „Opętanie w Klingenberg w świetle nauki”. Co ciekawe, egzorcyzmy odprawiane były za zgoda biskupa, ale oficjalnie, ani podczas procesu, ani później,  kościół nie potwierdził  stanowiska, że Anneliese była opętana .
      W „Egzorcyzmach  Anneliese  Michel” poza tekstem autorki  jest też sporo szalenie ciekawych dodatków. Wprowadzenie do wydania polskiego napisał jezuita ks. dr Aleksander Posacki, egzorcysta, autor książek o egzorcyzmach, magii i okultyzmie . O ile tekst prof. Goodman przedstawia punkt widzenia naukowca, to wprowadzenie ks. Posackiego jest  oceną opisywanych wydarzeń z punktu widzenia księdza egzorcysty . Jest  to także to mini wykład na temat tego, czym jest opętanie w świetle nauki Kościoła Katolickiego, czym się różni od choroby psychicznej  i na czym polegają egzorcyzmy.  Są też dwa pisemne stanowiska jednego z duchownych, dokonującego opisanego w książce obrzędu egzorcyzmu,  w których wypowiada się na temat wydarzeń. Co do meritum nie różnią się one, ale pierwsze stanowisko sporządzone było 10 lat po wydarzeniach, drugie zaś zostało sporządzone po upływie dłuższej perspektywy czasowej , po 30 latach od daty wydarzeń.  W książce są też zdjęcia zarówno Anneliese, jak też i członków jej rodziny. Wczesne zdjęcia dziewczyny są zupełnie standardowe, za to te z późniejszego okresu są straszne . 
                 Okazuje się, że pani profesor, mimo że nie jest  osobą duchowną i nie jest katoliczką,  uważa, iż Anneliese faktycznie była opętana. Co ciekawe, wspomina ona podobne przypadki  w innych częściach świata i innych kulturach.   Całość jest wyjątkowo ciekawa i napisana tak, że czyta się ją bez problemów, nie ma nudy, dłużyzn czy czegoś podobnego. Film „Egzorcyzmy Emily Rose” był bardzo dobry, z książki można się jednak dowiedzie więcej. 

 5/6

piątek, 27 lutego 2015

Ruth Hoffmann „Dzieci Stasi”


   
        Dowiedziałam się o tej książce ze swojej ulubionej audycji radiowej - „Poczytalni” w TOK FM, słuchanej jej  nie bezpośrednio, tylko z archiwum z internetu.  W pierwszych momentach poczułam rozczarowanie, no bo dlaczego tym razem dyskusja ma toczyć się o czymś takim? Stasi może być tematem interesującym, ale jakieś dzieci?  W miarę gdy podczas słuchania dowiadywałam się o książce coraz więcej, moje zainteresowanie rosło. Zaraz po zakończeniu audycji książkę tą zamówiłam. A zaraz po zamówieniu przeczytałam ją i to mimo tego, że w planach miałam przeczytanie czegoś zupełnie innego. Trwało to wszystko zaledwie kilka dni. I było warto.

     Książka jest niebywale interesująca i wbrew pozorom mówi o czymś, o czym dotychczas się nie mówiło.  Większość jej rozdziałów jest o dzieciach byłych oficerów Stasi, są to ich wspomnienia z okresu dzieciństwa, młodości, a kończą się – co ciekawe - nie na upadku Muru Berlińskiego, ale na czasach współczesnych.  Historie tych ludzi mają charakter bardzo osobisty , koncentrują się na ich odczuciach i przemyśleniach , są również wątki szpiegowskie , ale niejako  w tle.  Absolutnie unikalne jest to, że  cześć tych „dzieci” ma ojców bardzo znanych opinii publicznej. Dla mnie jest to po prostu książka psychologiczna.

     Wszystkie historie są arcyciekawe. Do tego jeszcze autorka dodała mini rozdziały o charakterze wyłącznie faktograficznym, gdzie podaje dane , w tym statystyki, i inne konkretne informacje.  Dla tych osób, które pamiętają PRL,  książka będzie i tak sporym zaskoczeniem. Stopień inwigilacji społeczeństwa w RFN był zdecydowanie wyższy , niż u nas. Jest to trudne do wyobrażenia. Jak podaje autorka, powołując się na konkretny materiał źródłowy, w NRD na jednego pracownika Stasi przypadało 180 obywateli. W ZSRR na jednego pracownika takiego samego aparatu przypadało 595 obywateli, w Czechosłowacji 867, a w Polsce 1574 osób. Są to dane dotyczące wyłącznie pracowników służb, do tego dochodzi jeszcze gęsta siec współpracowników. O jakiejkolwiek wolności,  a nawet o jej namiastkach nie było tam mowy.

      Trudno mi w tej chwili wybrać historie najciekawsze. W „Poczytalnych” wspomniano np. historię dziewczyny, która została zauważona na ulicy z „elementem” podejrzanym o wrogie nastawienie do ustroju, czyli ze swoim chłopakiem. Stasi zaciągnęło ją do samochodu, odwiozło do domu i poinformowało ojca o tym, co się stało. Ojciec – major Stasi – pobił ja do nieprzytomności, złamał jej rękę i żebra.

       Do każdego czytelnika najbardziej  przemówi inna historia. To kwestia indywidualna. Dla mnie szokująca była  historia kobiety  , której ojciec – szpieg i pracownik Stasi – uciekł na Zachód , przeszedł tam na „druga stronę” i na stałe związał się z kochanką z RFN. Córka i żona, które zostawił w NRD przestały dla niego istnieć, a istniała możliwość, aby  cała rodzina została na zachód przerzucona. Mężczyzna ten  wydał nawet książkę o swoim życiu, ku zaskoczeniu jego córki,  w książce o niej też nic nie ma . Wiedział, że córka i żona po jego ucieczce przeżyją piekło, ale nie miało to dla niego jakiegokolwiek znaczenia.

     Przykładów mechanicznego traktowania rodzin jest tam zdecydowanie więcej. Jest chociażby historia dwóch chłopaków, którzy mieszkali z rodzicami na Zachodzie, w RFN-ie, jednego dnia ojciec wywiózł ich wszystkich do NRD i zakomunikował im, że teraz tam będą mieszkać, nikogo nie spytał wcześniej o zdanie. To, że synowie mieli swoje życie, znajomych , nie miało znaczenia.  Co na ten temat myśli zona, również nie miało znaczenia. Okazało się, że  był w Stasi. Życie jego rodziny z dnia na dzień stało się koszmarem . Synowie przyzwyczajeni do życia na wolności, nie byli w stanie przyzwyczaić się do życia w państwie komunistycznym. Nie mogli z nikim porozmawiać o tym, co myślą, nie mogli słuchać tej muzyki, którą lubią , nie mogli spotykać się z tym, z kim chcą itd.

      Prowadzenie podwójnego życie był dla oficerów regułą. Często rodzina tak naprawdę nie wiedziała, czym ojciec się zajmuje, niekiedy nie wiedzieli nawet, że ma on jakikolwiek związek ze służbami specjalnymi. W większości wypadków w domu nie było żadnego wychowywania, tylko coś w rodzaju tresury. Bicie i to nie byle jakie, tylko naprawdę koszmarne,  było na porządku dziennym. Dzieci żyjąc w niewyobrażalnym stresie często moczyły się w nocy, za co były odpowiednio karane. Wymagano od nich, aby niemal na rozkaz bawiły się , na rozkaz uczyły i aby zawsze były grzeczne. Ojcowie w większości przypominali pozbawione uczuć cyborgi. Często dzieci , przynajmniej te, które opisane są w książce, nie podzielały poglądów ojców na temat ustroju, część z nich z uwagi na „wrogą postawę wobec ustroju ” i pod byle pretekstem była osadzana w więzieniu. Ojcowie  często wówczas wyrzekali się syna czy córki, zrywali z nim kontakty i opisywali to w stosownym raporcie, a w przypadku podjęcia przez dziecko próby nawiązania kontaktu, sporządzali kolejny raport. Nie zawsze się tak działo, ale na tyle często, że R. Hoffmann mogła sięgnąć do takich raportów.

    Szokujące są także losy tych dawnych dzieci już po zjednoczeniu Niemiec. W wielu przypadkach życie z takimi ojcami i w takich warunkach spowodowało, że dzieci te nie potrafiły pozbyć się strasznych problemów. Leczą się np. u psychiatrów, niekiedy bezskutecznie.

    Książka robi niesamowite wrażenie. Jest bardzo dobrze udokumentowana, autorka powołuje się na masę dokumentów, w tym   znaczna ich cześć pochodzi Instytutu Gaucka, czyli odpowiednika naszego IPN. Część dzieci , obecnie 40-to czy 50-cio latków , występuje pod własnym imieniem i nazwiskiem, pozostali anonimowo.   Całość czyta się bardzo szybko , chłonie się ją niemal, mimo, że nie jest to powieść, tylko  reportaż i częściowo dokument. Świetnym pomysłem było, aby historie poszczególnych osób opisane zostały przez dziennikarkę, a nie przez samych bohaterów, dzięki temu uniknęło się dłużyzn , sam tekst napisany jest wyjątkowo sprawnie . Przede wszystkim autorka musiała dokonać podczas spisywania  tych opowieści selekcji i efekt  jest taki, że bohater miał możliwość wygadania się,  a do druku trafiły historie odnoszące się do najważniejszych  aspektów ich życia.

    U nas nic podobnego dotychczas się nie ukazało. Nie kojarzę książki o dzieciach byłych oficerów SB. Być może nie mają one ochoty na publiczne wynurzenia, a może ich dzieciństwo i młodość nie były aż tak przerażające, jak  to opisane jest w książce. Zastanowiło mnie, dlaczego to właśnie w NRD ten aparat tajnych służb był tak wyjątkowo sprawny, przyszło mi najpierw na myśl, że może to kwestia tego, że NRD była granicą bloku wschodniego, dalej zaczynał się Zachód. Ale opisy powszechnego donosicielstwa są porażające  i wydaje się to gorsze, niż było u nas. Zastanawia mnie, czy nie jest o aby wina tej szeroko znanej niemieckiej „porządności”, ich fabryki nie produkują przecież bubli, wszystko jest robione tak, jak powinno. W ruchu drogowym jazda taka, jak u nas, byłaby nie do pomyślenia. Może więc gdy od obywateli wymagano donosicielstwa , obywatele zabrali się do tego dokładnie, porządnie i tak jak należy, tak jak do wszystkiego, co robią.  Hipoteza ta jest bardzo niepoprawna politycznie, ale coś w tym jest.

6/6

niedziela, 31 sierpnia 2014

Bartek Dobroch i Przemysław Wilczyński „Broad Peak . Niebo i Piekło”



Wydawnictwo Poznańskie 2014

 
    Jest to absolutnie niezwykła książka, bardzo rzadko można trafić na coś tak ekscytującego. Czytelnik nie musi się być ani himalaistą,  ani alpinistą,  ani  nawet taternikiem,  nie musi nawet chodzić po górach, aby się nią zauroczyć. Zdobywanie Broad Peaku to tylko jeden z aspektów tej książki, a większość rozdziałów dotyczy kwestii psychologicznych . „Broad Peak. Niebo i Piekło”  czytałam niemal jednym tchem, nawet nie przypuszczałam, że tak może być, nie jest to przecież beletrystyka, a poza tym wiadomo,  jak skończyło się całe przedsięwzięcie.  Przed przeczytaniem książki moja wiedza ograniczała się do tego, że zimą ubiegłego roku pod Broad Peak wyruszyła wyprawa złożona z 4 osób, z czego jednym był Maciej Berbeka, zasłużony himalaista, przewodnik i ratownik górski.  Towarzyszyło mu 3 innych, młodych i nieznanych wspinaczy . Wyprawa zakończyła zdobyciem szczytu, ale  dwie osoby zginęły, w tym właśnie Berbeka. Po powrocie do kraju sytuacja wywołała olbrzymie kontrowersje,  powstał  raport , w którym winą za śmierć dwóch osób obarczono tych, co przeżyli. Raport wywołał oczywiście olbrzymie kontrowersje. Wydawało mi się więc, że wiem bardzo dużo, niemal wszystko. Ale mimo tego czytałam  z olbrzymim zaciekawieniem i dowiedziałam się całej masy nowych rzeczy.  To co wiedziałam wcześniej, było tylko lekkim zerknięciem na samą tylko powierzchnię wydarzeń, bez sięgnięcia do głębi. Określenie jednoznaczne tej książki byłoby trudne, dla mnie jest to głównie rzecz o postawach ludzi w sytuacjach ekstremalnych i o zachowaniu ludzi, którzy przyglądają się wyprawie i  również wydobywa to z nich przeróżne cechy, bo jedni próbują zrozumieć, inni tłumaczą, jeszcze inni chcą zabłysnąć i pokazać, jak to wspaniale zachowaliby się oni, gdyby to oni byli na górze, inni jeszcze namawiają niemal do linczu osób, które uznali za winnych. Autorzy na szczęście wstrzymują się od komentarza, podają fakty, rozmawiają z wieloma osobami, dodają cytaty z wypowiedzi różnych sław z gazet.

    Książkę czyta się wyjątkowo lekko  , autorzy ciekawie rozwiązali kwestię kompozycji, całość nie jest pisana chronologicznie, jak to ma miejsce z reguły w takich wypadkach, tylko rozdziały mają charakter tematyczny, np. są rozdziały o uczestnikach wyprawy,  każdy ma swój obszerny(poza Arturem Małkiem), o historii polskiego alpinizmu, o wprawie z 2013r.  i o krytycznym dniu i nocy, o raporcie Polskiego Związku Alpinizmu. Jest też trochę zdjęć,  szkoda tylko, że nie kolorowych, domyślić się można , że chodziło finanse.  Gigantyczny plus dałabym za wnikliwość w podejściu do tematu, nie wiem, jak  sobie z tym poradził Jacek Hugo – Bader, bo jego książki nie czytałam. Całość podana jest w tak interesujący sposób, że wczułam się w spory na temat tego, co się stało do tego stopnia, że czułam się, jakbym kibicowała jakieś drużynie sportowej, lub gdyby to chodziło mnie lub kogoś bliskiego.

   Każdy czytelnik zawsze zwraca uwagę na co innego. Ja napiszę o tym, co mnie w tej książce zafascynowało najbardziej. Szalenie ciekawe były portrety psychologiczne osób.  Do tej pory wydawało mi się, że ciekawe mogą być portrety zakopiańczyków, związanych z Tatrami,  ze swojego okresu fascynacji Tatrami został mi dla nich podziw. Tym razem zaintrygowały mnie osoby tej młodszej części ekipy. Nazwisko Adama Bieleckiego nie mówiło mi nic. To on przeżył i to on został przez niektóre osoby obarczony odpowiedzialnością za to, co się stało. Wydaje się człowiekiem szalenie ciekawym, gdy był młody to przez 3 lata niemal nie wychodził z domu i czytał w tym czasie książki. Jest to niesamowity indywidualista z niespotykanym instynktem, jak zachowywać się w górach, zachowuje się tak, jakby miał szósty zmysł i wyczuwał wszelkie niebezpieczeństwa instynktownie. 

   Szalenie ciekawe i rzucające nowe, inne spojrzenie na  środowisko naszych wspinaczy daje opowieść o  ataku na Broad Peak z 1988r. W wyprawie tej brał udział  m. in. Maciej Berbeka, zakończyła się ona obwieszczeniem sukcesu, z którego wynikało, że  Berbeka zdobył szczyt. W istocie zaś Berbeka w stanie skrajnego wyczerpania był mylnie przekonany, że szczyt zdobył, a w rzeczywitości zdobył jedynie przedwierzchołek tzw. Rocky Summit . Po opisie podanym przez Berbekę, L. Cichy i K. Wielicki zorientowali się bez wątpliwości, że opis „szczytu”, na którym miały być kamienie, podany przez Berbekę,  jest właśnie opisem przedwierzchołka .  Świadomość tego faktu ma również kierownik wyprawy – Zawada. Ale doszli oni do wniosku  , że skoro Berbeka ledwo żyje, nie ma sensu mu tego mówić, że zrobi się to później. Ale „sukces” Berbeki został już odtrąbiony , podany do publicznej wiadomości, odnotowany w mediach. Ostatecznie więc nasza wyprawa niczego nie zdementowała.  Czy zaś Berbeka rzeczywiście w późniejszym czasie nie zorientował się, że szczytu nie zdobył? Czy nie czytał o jego topografii? Oficjalnie nie. Cała sprawa wyszła na jaw dopiero gdy ujawnił ją znacznie później inny uczestnik wyprawy, Aleksander Lwow w książce „Zwyciężyć znaczy przeżyć”.  Nie chcę deprecjonować wspinaczy, ale ta historia doskonale opisuje środowisko, które przez dziesięciolecia uchodziło za wzór wszelkich cnót i nie mające żadnych wad. Podobnie zresztą jest   z każdym takim środowiskiem czy grupą „bez wad”, z wierzchu idealnie , a od środka aż kipi od zwykłych ludzkich emocji i przywar, które ma każdy .

    Inny przykład, który utkwił mi w pamięci na długo. Po powrocie do kraju  A. Bieleckiego i A. Małka, już  po tragedii na Broad Peaku z 2013r., niektórzy wspinacze zaczęli w nich „rzucać kamieniami” i obwiniać o to, co się stało. Argumenty, że ktoś też był wycieńczony i nie byłby w stanie wracać w kierunku szczytu i udzielać pomocy , nie wydawały się dla części tych, których tam nie było, przekonywujące. Twierdzili, że takie przypadki nie miały dotąd miejsca.   Gdy tymczasem sięgnie się do historii szeregu wypraw, okazuje się , że historie takie, jak w 2013r., zdarzały się wielokrotnie. Okazało się także, że komisja Polskiego Związku Alpinizmu w raporcie z 2013r. przeanalizowała jedynie zachowanie tych członków wyprawy, którzy przeżyli. Uznała, że o błędach pozostałych, pisać nie można.

    Szalenie ciekawe są np. próby udzielenia odpowiedzi na pytanie, czy są granice narażania się przy  udzielaniu pomocy. W książce sporo jest argumentów za i przeciw, formułowanych przez różne osoby.  Każdy musi udzielić sobie sam odpowiedzi na tego rodzaju pytania, jak dla mnie takie granice powinny być , a mnożenie ofiar nie jest normalne.

    Nie do uwierzenia wydawały mi się informacje o  doborze uczestników  wyprawy i o znikomym doświadczeniu części z nich. Wiem oczywiście już, ze tak właśnie było, ale informacje te były szokujące.    

   Na szczególną uwagę zasługuje zamieszczony przedruk wywiadu z „Tygodnika Powszechnego”, jaki przeprowadził jeden z autorów książki , Przemysław Wilczyński ze swoim ojcem, byłym  alpinistą, Ludwikiem Wilczyńskim.  W tym wywiadzie jest chyba kwintesencja pytań, jakie nurtują ludzi  w kwestiach wspinaczki. Odpowiedzi są arcyciekawe i wyjątkowo mądre. Na pytanie o rodzinę alpinisty i o to, czy jak funkcjonuje taka rodzina z ojcem, którego nigdy nie ma , pada odpowiedź , gdzie alpinista jest porównywany z muzykiem rockowym, którego tez nie ma często w domu, ale który postanawia skończyć z nieobecnością i z koncertami. „Wraca do domu, tylko że jest już zredukowany, wykastrowany”. A alpinista daje rodzinie siebie szczęśliwego.

   Książka jest absolutnie wyjątkowa, jedna z lepszych, jakie czytałam w tym roku.  

6/6 

sobota, 16 sierpnia 2014

Wacław Radziwinowicz „Soczi. Igrzyska Putina”



  
Wydawnictwo Agora 2014 ,  wydanie I

 

        Lekka, ciekawa  , choć mało odkrywcza lektura na jedno popołudnie.  Byłam zachwycona pozycją Radziwnowicza  „Gogol w czasach Googla” i gdy zorientowałam się, że wydał on kolejną książkę wiedziałam , że ją kupię.  Gdy zorientowałam się zaś , że to książka o olimpiadzie, trochę się zawahałam, nie interesuję się przecież w ogóle  sportem . Ostatecznie jednak przeważyło to, że moim zdaniem, jeżeli ktoś pisze ciekawie, to ze wszystkiego potrafi zrobić temat. Co więcej, jeżeli ktoś potrafi pisać tak naprawdę , to niemal wszystko, o czym pisze staje się ciekawe.  Klasyczny dla mnie przykład, to Jerzy Pilch, który dobrych kilka lat temu pisząc felietony w Polityce, często wtrącał tam informacje o piłce nożnej, piłkę tą nawet tam opiewał.    Chociaż piłka nożna interesowała mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg, czytałam wszystkie felietony  Pilcha z niebywałą uwagą i ku mojemu zaskoczeniu , ten temat, niegdyś tak nudny, zaczął mnie tak naprawdę interesować. Kiedyś z kolei przeczytałam informacje o książkach biografiach . Okazało się, że dla sprzedaży kwestia, o kim jest książka, ma drugorzędne znaczenie. Tak naprawdę liczy się to, kto tą książkę napisał. Niektórzy autorzy, o kimkolwiek napiszą, osiągają taki efekt,  ich książki sprzedają się, niczym gorące bułeczki.  

             Tak więc kupiłam „Soczi. Igrzyska Putina”, kupiłam kilka miesięcy po olimpiadzie, a przeczytałam w jeden wieczór. Jest to malutka książeczka, niewielkiego formatu, mająca wraz z kilkoma zdjęciami zaledwie 168 stron. Czyta się ją łatwo, napisana jest niezwykle prosto i bardzo czytelnie,  podzielona jest na  tematyczne rozdziały, np. o historii rejonu Soczi, o zrujnowaniu przyrody itp. Żadne z tych zagadnień nie eksploatowane przez Radziwnowicza  nadmiernie, co daje efekt z jednej stron lekkości, a z drugiej pewnej powierzchowności.  Mimo braku zainteresowania zarówno olimpiadą, jak i sportem, w trakcie trwania igrzysk nawet niechcący pewne informacje z mediów wpadały mi  w ucho.  Część z nich znalazłam potem w książce.  Jeżeli ktoś oglądał uroczystości otwarcia czy zamknięcia olimpiady , czytał uważnie  w tamtym czasie media i nie koncentrował się wówczas wyłącznie na wiadomościach stricte sportowych,  to newsów w tej książce znajdzie niewiele.  

        Co najważniejsze jednak dla mnie, to  książka ta właściwie jest o wszystkim, ale na szczęście nie jest o sporcie.  Poczytać można o historii, polityce, kwestiach ekologicznych, a najwięcej o sprawach społecznych.    Niektóre z tych rozdziałów wręcz pochłaniałam. Przykładowo, na skutek wyrębu lasu i kontynuowania gigantycznych robót, wzgórza z okolic miejsca olimpiady zaczęły osiadać, hałdy ziemi zaczęły się zsuwać.  W efekcie domy wielu okolicznych mieszkańców  zaczęły się  przekrzywiać, podłoga zamiast pozioma, stawała się ukośna. Na realną pomoc państwa, jak się można domyślać, mieszkańcy nie mieli co liczyć.  Dość interesujące były dla mnie przyczyny zatrudnienia i zaangażowania w zabezpieczenie  olimpiady Kozaków . Ich rola miała być nie do końca określona, bowiem z jednej strony nie mieli oni uprawnień policji, ale za to nie obowiązywały ich żadne ograniczenia, które nawet  teoretycznie wiążą policji ręce. Jeżeli więc zaistniałaby potrzeba użycia przemocy, Kozacy mieli być idealni , zrobiliby robotę, nie obciążałoby to bezpośrednio Rosjan.  Przykłady różnych ciekawych faktów można mnożyć, ale nie o to tylko   przecież chodzi.

    Biorąc pod uwagę wydawnictwo - Agorę – można było się domyślić, że książka będzie miała charakter tzw. politycznie poprawnej. I tak właśnie jest. Jest sporo informacji o tym, jak wiele krzywd wobec ludności tubylczej w przeszłości dopuścili się Rosjanie, jest mowa o ludobójstwie. Jest mowa o tym, że na Kaukazie cały czas wrze i stale toczą się walki  . I chwała Radzwinowiczowi za to, że o tym pisze. Szkoda tylko, że nie ma nic o terroryzmie  właśnie ze strony przedstawicieli różnych kaukazkich nacji. Przypadki aktów terroryzmu z ich  strony są przecież powszechnie znane, wystarczy wspomnieć chociażby maraton bostoński z 2013r. Radziwnowicz zabezpieczenia przed atakami terrorystycznymi   opisuje jako przesadzone i właściwie zbędne, nie pisze tego wprost, ale ja tak te opisy odebrałam.  I to dla mnie był najsłabszy aspekt książki.  

    4/6

 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

„Kret w Watykanie” A. Kublik, W. Czuchnowski




      Książka to wywiad – rzeka z Tomaszem Turowskim,  byłym pracownikiem wywiadu, działającym  jako tzw. „nielegał” w zakonie Jezuitów . Konkretnie  w 1975r. został klerykiem jezuickim i przez wiele lat – do 1986r. funkcjonował w tym zakonie, nie przyjął jednak święceń kapłańskich. W mediach po  upublicznieniu tych spraw  podawano, że miał za  zadanie szpiegowanie struktur Watykanu, w tym głównie Ojca Świętego. Zdaniem Turowskiego z kolei jego zadaniem było przeniknięcie struktur zakonu po to, aby  docelowo dotrzeć do  oficerów NATO i właśnie w strukturze NATO prowadzić działalność wywiadowczą. Jezuici –  wg Turowskiego - są kapelanami włoskim służb specjalnych , a ponieważ we Włoszech stacjonowały w tamtym czasie m.  in. wojska amerykańskie ,  sporo było m. in. z tego powodu w Watykanie i służb specjalnych i Jezuitów.  Władze zakonne w 1983r. przeniosły Turowskiego do siedziby zakonu  pod Paryżem.   Kolejnym etapem misji szpiegowskiej T. Turowskiego po powrocie do kraju była już działalność w dyplomacji, a z kolei po skończeniu 60 lat funkcjonowanie jako współpracownik wywiadu. Ostatecznie IPN zakwestionował  jego oświadczenie lustracyjne, sprawa trafiła do mediów, finalnie po przeprowadzeniu procesu lustracyjnego Sąd orzekł, że Turowski nie jest kłamcą lustracyjnym.        

     Książka jest ciekawa, w rozmowie sporo jest o Watykanie i o Jezuitach w ogóle, o polityce , no i o działalności szpiegowskiej .  Słyszałam już sporo o Jezuitach , w tym głównie o tym, że są doskonale wykształceni i że to zakon, który olbrzymią wagę przykłada do kwestii intelektu. Turowski potwierdza te informacje. Największą wadą książki jest oczywiście to, że możliwości zweryfikowania tego, co Turowski mówi, są znikome.  Na okładce widnieje więc jakby podtytuł   - „Prawda Turowskiego” . Ale myślę, że mimo tego, warto było zająć się tym tematem.  

        Dla mnie najbardziej zadziwiające było to, że plon pracy T. Turowskiego był szalenie nikły, w początkowym okresie czasu zajmował się on głównie wtapianiem się  w środowisko i dbaniem o to, aby nie zostać zdekonspirowanym. Potem jego kontakty z krajem z tego samego powodu były również bardzo oszczędne i ograniczały się do bardzo znikomych ilościowo raportów.      Przynajmniej tak to wygląda zdaniem Turowskiego. Dla mnie ciekawą zabawą były próby odpowiedzi na pytanie, kiedy jest on szczery, a kiedy niekoniecznie. Najciekawsze byłyby chyba te tematy, które są tylko zasygnalizowane. Przykładowo, Jan Paweł II najprawdopodobniej uzyskał informacje o tym, kim tak naprawdę był Turowski, przeprowadził z nim nawet na ten temat rozmowę.  Ciekawy byłby też wątek przemiany osobistej Turowskiego, który nie zdecydował się na przyjęcie święceń kapłańskich  - o ile w ogóle taka przemiana miała miejsce i nie zdecydowały o tym fakcie inne czynniki.   

środa, 27 listopada 2013

Isabelle Smadja „Władca pierścieni albo kuszenie zła”


Tolkien in the 1940s
         Jako fanka „Władcy pierścieni” kupiłam kiedyś  „Władcę  pierścieni albo kuszenie zła”, swoim zwyczajem położyłam książkę na półce. No i nadszedł właśnie na nią czas.  Kupując ja spodziewałam się ciekawego spojrzenia na „Władcę pierścieni” i liczyłam na to, że może dowiem się o czymś, na co do tej pory nie zwróciłam uwagi . Niestety, książka jest kolejnym rozczarowaniem i to totalnym.  Miałam wrażenie, że autorka, mimo bogatej bibliografii i licznych przypisów,  nie ma zielonego pojęcia o czym pisze. 
    Smadja sporo pisze o symbolach, mitach, odwołuje się do różnych innych dzieł literackich i do różnych prądów filozoficznych. Ale konkluzje, do jakich dochodzi w wyniku tych analiz, są porażająco idiotyczne.  Nie będę ich porządkować, napiszę w kolejności takiej, jaka zapamiętałam, czyli od najbardziej  idiotycznych pomysłów. „Tolkien zafascynowany jest destrukcją  , śmiercią i podbojem”, a jego dzieło „uprawomacnia to zafascynowanie” . „Władca” jest pochwałą nierówności społecznych, rasizmu i homoseksualizmu. Autor zaś występuje przeciwko równouprawnieniu płci i przeciwko postępowi.    Golum to nie morderca, który zabił z chciwości, tylko symbol człowieka ludu, który jest ciemiężony przez inne warstwy społeczne itd. itp.  Autorka porównuje przy tym „Władcę” z innymi wielkimi dziełami  , np. „Odyseją”, z mitami in. Wszystkie porównania wypadają oczywiście na niekorzyść „Władcy” .  Autorka nie ma pojęcia o podstawach chrześcijaństwa, nie widzi żadnych analogii.

      Nie podobało mi się w tej książce nic i nawet szkoda mi czasu na to, aby polemizować z jej tezami. Usiłowałam znaleźć autorkę w googlach i zorientować się, kto to jest. W wydaniu Bellony z 2004r. nie ma o niej zbyt wiele , tyle tylko, że to "francuska autorka młodego pokolenia" , "doktor estetyki i filozofii".  Znalazłam w goglach co nieco , ale trudno było ustalić, czy informacje dotyczą właśnie tej autorki.  Z pewnością książka po raz pierwszy została wydana w j. francuskim. Może to zazdrość Francuzów , że Tolkien był Anglikiem?

      Ostatnimi czasy modne zrobiły się różne idiotyczne interpretacje różnych dzieł. Są one pisane w podobny deseń. Czytałam jakiś czas temu o interpretacji „Kamieni na szaniec” w wykonaniu nieznanej mi kobiety.  Z tego co zapamiętałam, to chyba miała jakiś tytuł naukowy. Doszła do wniosku , że „Kamienie na szaniec” to książka o homoseksualistach .  Coś takiego jak przyjaźń pomiędzy osobami tej samej płci nie istnieje, a jeżeli ktoś robi wobec innej osoby coś szlachetnego, to może wynikać wyłącznie z faktu, że chce się z tym kimś przespać.  To są już opary absurdu.

   Gdy odnalazłam tą książkę na półce, nie byłam pewna, dlaczego nie zaczęłam jej czytać od razu. Teraz zaś w trakcie lektury zauważyłam oznaki, że te parę lat temu, zaczęłam jednak ją czytać, na początkowych stronach postawiałam pytajniki i podkreślałam różne dziwne rzeczy. I najwyraźniej nie miałam ochoty na  czytanie do końca. Teraz się zawzięłam i dotrwałam do końca, książka gruba nie jest, tyle tylko, że czytać jej nie było warto.

   Zabiorę się w najbliższym czasie za „Listy Tolkiena”, które czekają na swoją kolejkę. Chciałam być bliżej bohaterów „Władcy” , ale się nie udało. Dzięki „Listom” na pewno się uda.