piątek, 27 marca 2026

Szczepan Twardoch „Zimne wybrzeża” – audiobook, czyta Grzegorz Małecki

 

        Spodziewałam się, że będzie to powieść psychologiczna, w której wydarzenia rozgrywają się w klaustrofobicznej stacji polarnej. Faktycznie jest to powieść psychologiczna, szpiegowska, historyczna, a stacja polarna jest tutaj jednie w tle. Chociaż czuć to rękę mistrza w stylu pisania i wiedzy, ale jednak „Zimne wybrzeża” nie wytrzymują porównania z powieściami późniejszymi, które podczas słuchania wręcz pochłaniały. „Zimne wybrzeża” są trudne w odbiorze, wymagają większego skupienia, niektóre fragmenty są szalenie ciekawe, ale sporo jest też i takich, które są mocno nużące.

Twardoch jest mistrzem opisywania ludzi i sytuacji niejednoznacznych, tutaj nie eksploatuje tematów historycznie najpopularniejszych. Nawiązuje do chociażby Brygady Świętokrzyskiej i do sytuacji, kiedy to część Rosjan chcąc walczyć w czasie wojny z komunizmem, podejmowała współpracę z Niemcami. Trudno to nazwać kolaboracją, bo nie traktowali ZSRR jako swojej ojczyzny, nienawidzili go. Twardoch pokazuje też Rosjan. Jeden z ENWDzistów w pracy, jeszcze w okresie przedwojennym budzi prawdziwą grozę bezwzględnością, tępotą, dyspozycyjnością i gorliwością, ale równie niebezpieczny jest pozornie rubaszny i przyjacielski radziecki aparatczyk z lat tuż po wojnie, ukrywający swoje związku z partią i służbami.

Nie można też pominąć kwestii psychologicznych. Tajemniczy John Smith jest szpiegiem, co wiadomo od samego początku, szpiegiem z bardzo bogatym życiorysem. Spędził nawet jakiś czas w celi śmierci. Zastanawia się w pewnym momencie, kiedy w życiu tak naprawdę czuł się wolny, paradoksalnie było to w czasie gdy walczył i gdy czekał na wykonanie wyroku śmierci w celi śmierci. Jego tożsamość jest tutaj prawdziwą zagadką i to chyba jest głównym tematem powieści w sensie i dosłownym i przenośnym. Dosłownym, bo czytelnik nie wie, z kim ma do czynienia, nie wie, jak naprawdę ten człowiek się nazywa, dla kogo pracuje, co robił w czasie wojny itp. A w sensie przenośnym, bo chociaż John Smith zna swój życiorys, to do końca nie wie, kim jest w środku. Chyba nie utożsamia się z żadnym narodem, są wątpliwości, jakie wartości reprezentuje. Chcąc przetrwać, musiał być elastyczny i zmieniać swoje zasady, ta jego tożsamość ewoluowała też w miarę tego, jak rozgrywała się sytuacja na wojnie. Wątek ten nie jest jednak pogłębiony, budzi niedosyt.

Świetnie za to pokazana jest Arktyka

8/10

piątek, 20 marca 2026

Iris Apfel „Przypadkowa ikona. Refleksje geriatrycznej nastolatki”

 

        Iris Apfel przeżyła ponad 100 lat i do końca była aktywna, całe życie realizowała swoje pasje, ubierała się w piękne, aczkolwiek kontrowersyjne, bajecznie kolorowe ubrania. Można się nią zainspirować.

    „Przypadkowa ikona” to zdecydowanie bardziej album, niż książka, jest tam sporo zdjęć Iris, zdjęć jej ubiorów, biżuterii, dodatków. Poza nieznaczną ilością stron z tekstem jest wiele stron całych w jednym kolorze z różnymi myślami autorki, czyta się więc doskonale. Jest to pozycja częściowo o modzie, ale jest tam też cała filozofia życiowa Iris: cieszyć się życiem bez względu na wiek, nie zamartwiać się, mieć pasje i świadomość, że tu i teraz każdemu należą się przyjemności, nie można dbać tylko o dzieci i wnuki, a o siebie nie. I nie można myśleć tylko o przyszłości.

    Najbardziej szokujące i godne naśladowania jest tutaj właśnie podejście do wieku. Iris w niczym nie przypomina zdecydowanej większości emerytów, ubranych w szaro - bure ubrania, rozmawiających jedynie o chorobach i o wnukach i którzy od chwili przejścia na emeryturę fascynują się jedynie oglądaniem telewizji. Oczywistym jest fakt, iż kwestia zdrowia i finansów ma tutaj olbrzymie znaczenie. Ale nawet przy małych środkach finansowych można coś fajnego do ubrania kupić, a na szczęście nie każdy jest aż tak chory, aby musiał leżeć cały czas w łóżku. Iris międzynarodową karierę zrobiła w wieku ponad 80 lat i wówczas cały czas się rozwijała, była wśród ludzi, prowadziła firmę, współorganizowała wystawy swoich ubrań w muzeach.

    Iris nie była tylko pasjonatką mody współczesnej, ona tworzyła trendy. Ale nie tylko. Wraz z mężem prowadzili latami firmę, zajmującą się produkcją dawnych tkanin. Przez 8 kadencji równych prezydentów amerykańskich zajmowała się tez wystrojem Białego Domu..

    Albumik czyta się świetnie, to takie kolorowe, optymistyczne cacuszko.

9/10

środa, 18 marca 2026

Mario Puzo „Sycylijczyk” – audiobook, czyta Robert Jarociński

 

         Sycylijczyk” nie jest tylko książką o mafii, to głębsza powieść również psychologiczna i historyczna. Dla mnie to jest powieść o zdradzie. Turi, o którym pisał Mario Puzo, był dla Sycylii w okresie powojennym kimś w rodzaju Janosika. Zabijał, rabował bogatych, wspomagał biednych, przy okazji budował swój wizerunek, uznał też, że jest kimś w rodzaju boga i że wygra z machiną całego włoskiego państwa, policją, wojskiem, żandarmerią, a nawet z mafią i że niepodzielnie będzie rządził wyspą. Od początku wiadomym było, jak ta historia musiała się skończyć. Zagadką było tylko to, czy Turi zostanie zabity i przez kogo, czy zostanie aresztowany i dokona swojego żywota w zamknięciu.

        Turi został zdradzony. Zdrada jest czymś okropnym, kojarzy się automatycznie z Judaszem. W przypadku Turiego i zdrajcy ich relacja od początku budziła spore wątpliwości. Nie było w niej i nie mogło być żadnej równości. Były jeszcze inne czynniki, niezaspokojone ambicje zdrajcy, chciwość, głęboko ukryte, niemal niedostrzegalne kompleksy i in. Ten zespół czynników, czyniących z tej postaci już od samego początku potencjalnego zdrajcę, był nieoczekiwanie widoczny już na pierwszy rzut oka dla najpotężniejszego człowieka na Sycylii, dla szefa mafijnej rodziny. Ten mafioso, człowiek bez wykształcenia, ale szalenie bystry i inteligentny, prędzej dostrzegł w zdrajcy potencjał zdrady, niż sam zdrajca, Turi lub jakakolwiek inna osoba. Mafioso był wyśmienitym obserwatorem i analitykiem.

        „Sycylijczyk” zgodnie z tytułem, to także powieść o Sycylii w okresie powojennym. Panowała tam straszna bieda i potężna korupcja. Biedacy nie mogli liczyć na pomoc policji czy jakichkolwiek organów państwa. Zgodnie z odwiecznym zwyczajem sycylijskim, mafia jako jedyna „udzielała pomocy”, oczywiście na zasadzie coś za coś.

    Spodziewałam się czegoś lekkiego, a tu nieoczekiwanie „Sycylijczyk” okazał się powieścią głęboką z wieloma wątkami do głębszego przemyślenia.

8/10  

czwartek, 12 marca 2026

Maryla Szymiczkowa „Szaleństwo i śmierć spłyną z gór” tom VI cyklu z profesorową Szczupaczyńską

 

Tom VI cyklu jest jednym z lepszych, rewelacyjnie się go czyta. Cały cykl to kryminały retro, rozgrywające się na przełomie XIX i XX wieku głównie w Krakowie lub okolicy. Tym razem profesorowa udała się do Zakopanego. Najbardziej warte uwagi były właśnie opisy tego miasta, wówczas bardziej wioski, sprzed ponad 100 lat i różne obserwacje psychologiczne.

Zofia Szczupaczyńska porównywana jest do panny Marple z powieści Agaty Christie. We wcześniejszych tomach cyklu, nie wszystkie czytałam, nie do końca zgadzałam się z tym porównaniem, teraz jednak zaprezentowała wielki kunszt psychologiczny. Pokazane jest, jak bacznie obserwuje ludzi, słucha ich i błyskawicznie wyciąga wnioski. Nawet gdy rozmawia z kimś, widzi, co się dzieje dookoła i zapamiętuje, jak w tym samym czasie zachowują się inni ludzie, do tego wychwytuje wszystkie nietypowe elementy. Nie jest skupiona na sobie, tylko na innych osobach. Nie ulega stereotypom, gdy widzi kogoś, np. sprawiającego na pierwszy rzut oka bardzo spokojnego, oddanego pracy, rzetelnego itp., ma świadomość, że to pierwsze wrażenie niekoniecznie jest zgodne z tym, kim naprawdę jest ta osoba. Zofia jest do tego mocno elastyczna w obserwacjach, gotowa jest zmienić wcześniejsze zdanie po zaobserwowaniu nowej sytuacji.

Ponadto czytelnik może się czuć jak przeniesiony w czasie. Przykładowo profesorowa była zachwycona komfortem podróży, bo po uruchomieniu kolei żelaznej z Krakowa do Zakopanego jechało się zaledwie 6 godzin. Poważnie rozważany był absurdalny pomysł uruchomienia kolei na Świnicę. Letnicy mogli zamieszkać m. in. w chatach górali, gdzie najlepsza izba przypominała kurną chatę chłopa pańszczyźnianego. Ukazanych jest wiele historycznych postaci, m. in. St. Witkiewicz, Witkacy, doktor Chramiec, Konopnicka.

W powieść wplecionych jest wiele sytuacji humorystycznych, nie ma przemocy, żadnych drastycznych opisów, to świetna lektura do czytania na luzie.

8/10  

wtorek, 10 marca 2026

ks. Witold Kawecki „Podróże po Włoszech z Artemizją Gentileschi”

 

        Artemizja z pewnością zasługuje na wydobycie z zapomnienia. Książka nie jest tylko albumem z dziełami Artemizji, mowa jest w nim również o wielu innych głównie włoskich malarzach i malarkach, a także o miejscach, gdzie tworzyli, o historii. Autor potrafi wspaniale omawiać dzieła sztuki, wydobywać z nich drugie i trzecie dno, przesłanie, zawsze po przeczytaniu takiego opisu więcej widzę w obrazie, niż wcześniej.

        Ostatnio chyba po raz pierwszy w dziejach zaczyna się patrzyć na dzieła sztuki z punktu widzenia kobiecego. Przez całe wieki malarzami byli głównie mężczyźni. Na czym polegają różnice między kobiecym a męskim punktem widzenia? Przykładowo w albumie można zobaczyć obrazy kilku twórców, w tym Artemizji na temat biblijny Zuzanny i starców. Starcy zobaczywszy piękną, młodą kobietę, samotnie kapiącą się, zaczęli ją molestować i chcieli zgwałcić. Na obrazach namalowanych przez mężczyzn widać, że Zuzanna tych starców uwodzi, prowokuje, chociaż w biblii niczego takiego nie ma, to jest nadinterpretacja malarzy. A w przypadku Artemizji, na jej obrazach, a namalowała kilka na ten temat, nie ulega wątpliwości, że Zuzanna nie tylko nie przejawiała najmniejszej ochoty na kontakty seksualne z napastnikami, ale była też przez nich osaczona. Widać jej przerażenie i załamanie całą sytuacją. Autor, ksiądz i profesor, ma nie tylko głębokie, ale i niestandardowe spojrzenie na sztukę. Wskazuje właśnie tego rodzaju różnice.

    To niestandardowe podejście widać w całym albumie. Przykładowo autor wspomina też o późniejszej malarce, Fridzie Kahlo. Frida nie była osobą religijną, długo żyła w związku z Diego Riverą, malarzem zafascynowanym komunizmem i Leninem. W książce nie ma moralizowania, jest zwykłe, ludzkie zrozumienie różnymi uwarunkowaniami, które doprowadziły do tego, że Frida wybrała taką właśnie drogę życiową, jest też podziw dla jej twórczości.

Osobiście wolałabym, żeby więcej miejsca poświęcone było właśnie twórczości Artemizji, tak jak jedna z wcześniejszych książek tego samego autora dotyczyła niemal tylko Caravaggia. Ale jeśli ktoś oczekuje albumu- przewodnika, będzie usatysfakcjonowany.

9/10