środa, 29 lipca 2026

Lucy Maud Montgomery „Anne z Avonlea” tłumaczyła Anna Bańkowska

 

            Burza sprzed kilku lat związana z nowym tłumaczeniem cyklu o Ani z Zielonego Wzgórza już ucichła. Zainteresowani musieli przyjąć do wiadomości, że mamy teraz również Anię z Zielonych Szczytów, bohaterowie maja oryginalne imiona, np. zamiast Maryli jest Marilla itp. Anna Bańkowska zrobiła kawał dobrej roboty. Czyta się lekko, te oryginalne imiona i nazwy według mnie lepiej oddają ducha książki. Styl tłumaczenia też jest inny, 100 lat temu inaczej się mówiło. Dla mnie nowe przekłady są jak np. lekka przeróbka klasycznego ubrania albo nowe dodatki do tego klasycznego stroju, np. współczesna biżuteria, buty, torebka itp. Podziwiam tłumaczkę Annę Bańkowską, która ma już 86 lat, a tłumaczenia całego cyklu dokonała w wieku 80 plus.

.      Książki o Ani są jak jakaś autoterapia, z Anią chce się przebywać, widzi się wówczas świat w wyjątkowo jasnych barwach. Jak pomyślała Maryla/Marilla, Ania miała „dar patrzenia na życie przez jakiś odmieniający je – a może odsłaniający? – filtr”. Czytelnicy też mogą z tej obecności korzystać.

           W tym tomie Anią stała się współzałożycielką Towarzystwa Miłośników Avonlea, doprowadziła do ponownego spotkania pary dojrzałych mocno już ludzi, kiedyś zakochanych w sobie, którzy przez jakąś totalną głupotę zerwali ze sobą. Fragmenty o Chatce Ech i pani Lavendar, o uczniu Ani z olbrzymią wyobraźnią, mają w sobie olbrzymi urok.

        Ewidentnie przeszkadza mi natomiast podejście do zwierząt i Lucy Maud Montgomery i bohaterów jej książek. W tym tomie Ania przez pomyłkę zamiast swoją krowę, sprzedała krowę sąsiada. Dla autorki było to zabawne, ale świadczy to po prostu o traktowaniu zwierząt jak przedmioty, trudno sobie wyobrazić, aby normalny opiekun kota czy psa nie odróżnił swojego pupila od innego. Sąsiad Ani miał papugę i właściwie tylko on ja traktował jak żywą, czującą istotę, otoczenie traktowało to jako dziwactwo, z Anią włącznie. Cóż, w tamtych czasach tak właśnie traktowano zwierzęta, a Lucy Maud Montgomery w tym aspekcie nie różniła się zbytnio od jej współczesnych.

8/10

niedziela, 26 lipca 2026

Jane Austen „Rozważna i romantyczna”

 

To jedna z moich ulubionych książek, mojej ulubionej pisarki, pisałam już o niej wcześniej tutaj. Każdy czytelnik znajdzie tu postacie i sytuacje, które w jakimś tam stopniu będą mu przypominać jego własne, część z przeszłości, cześć aktualnych. Mowa jest i o pozytywnych i o negatywnych aspektach życia. Początkowo są problemy materialne, jest zła passa, nieszczęśliwa miłość, wszystko idzie nie tak. Oczywiście nie byłaby to Jane Austen, gdyby ta zła passa w pewnym momencie się nie kończyła. W większości spotykamy osoby, które są mieszanką cech dobrych i złych.

Spośród charakterów widzimy np. Willougby`ego, robiącego wrażenie człowieka z gruntu złego. Pisarka, fenomenalne znawczyni natury ludzkiej, zastanowiła się nad tym, dlaczego jego charakter jest taki wypaczony, gdy był młodszy, nie był tak zdegenerowany. Przyczyny zdgenerowania upatruje w nieróbstwie, nazywanym przez nią próżniactwem i gnuśnością. Willoughby nie musiał pracować, co nie byłby takie dziwne w jego klasie społecznej, ale nie miał też żadnych obowiązków, ani rodzinnych, ani wynikających z posiadanego majątku. Nic nie musiał i wszystko było mu wolno, zaczął więc prowadzić hulaszczy tryb życia, nastąpiła degeneracja charakteru i osoby. Zrobił się bezwzględny, skrajnie egoistyczny i chciwy. Nieróbstwo wypaczyło charakter.

Z ciekawszym postaci można zaobserwować też Lucy, bezwzględną intrygantkę, która umiejętnie sączonym pochlebstwem była w stanie uzyskać niemal wszystko, czego chciała. Porażające jest to, jak ludzie byli żądni wszelkich komplementów, nawet fałszywych, mimo pewnego poziomu intelektualnego w odniesieniu do siebie nie byli w stanie zauważyć tego fałszu.

Wszechobecny jest egoizm. Jedna z głównych postaci, Marianna, niewątpliwie kochała swoją matkę i siostrę. Ale gdy sama się nieszczęśliwie zakochała, dostała takiej histerii i odstawiała takie numery, że mogła tą matkę wpędzić do grobu, a siostrę doprowadzić do totalnego rozstroju nerwowego. Mimo tej miłości do rodziny, Marianna, czując się nieszczęśliwa, w najmniejszym nawet stopniu nie pomyślała o tych bliskich osobach. Zabrała im sporo zdrowia i pewnie skróciła nieco życie. Niektórzy mówią, że z rodzinką najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu, ten aspekt zachowania Marianny świetnie to ilustruje.

Zaskakująca jest mocno, chyba najbardziej ze wszystkiego, bezrefleksyjność i bezmyślność opisywanych postaci. Uczestnicząc w różnych sytuacjach nie są w stanie zorientować się w intencjach innych osób, nie potrafią przewidzieć pewnych posunięć. Reagują na bieżąco, ale nie poświęcają ani chwili wolnego czasu na to, aby przemyśleć różne wydarzenia, aby próbować rozszyfrować charakter znajomych. Gdy ktoś coś zrobi, często są zaskoczeni, gdyby jednak pomyśleli dłużej i głębiej o tej osobie, przypomnieliby sobie różne jej posunięcia, połączyliby pewne fakty i wyciągnęliby wnioski, zaskoczenia raczej nie byłoby. To co było dla nich zaskakujące, mogło być przewidywalne. Refleksyjna jest jedynie Eleonora. Czytając o jej przemyśleniach, można prześledzić, jak postrzega ona ludzi, na co zwraca uwagę. Mimo bardzo młodego wieku wykazuje niezwykłą dojrzałość.

10/10

środa, 22 lipca 2026

Marcin Faliński, Rafał Barnaś „Rewolta AI”

 


    Wiązałam z książką spore nadzieje, a tu przyszło spore rozczarowanie. Niby sporo jest fragmentów o sztucznej inteligencji, ale są to albo banalne informacje, znane każdemu, kto opanował obsługę chata GPT w stopniu podstawowym, albo nudne, niestrawne wypowiedzi, przypominające wykłady, których nikt nie jest w stanie słuchać. Niczego szczególnego się w tym zakresie nie dowiedziałam.

    Sylwetki głównych postaci są totalnie niewiarygodne i to pod każdym względem. Akcja wciąga średnio, jest niestety przewidywalna. Specjalistka od AI jest łatwowierna jak dziecko, a zapracowana do tego stopnia, że przekracza to ludzkie możliwości, nie znam nikogo, kto byłby w stanie tak długi czas tak harować. Jest niemal osaczona przez rosyjskich agentów, podobnie jej mąż, a nawet i ojciec, nie jest jednak w stanie żadnego z nich dostrzec. Aż dziwne, że wywiad reflektował na tak łatwowierną osobę. Czyta się tak sobie.

        Temat cybernetyki i sztucznej inteligencji w powieści skojarzył mi się ze świetną trylogią Jakuba Szamałka „Ukryta sieć”, o której pisałam już tutaj. „Rewolta AI” nie wytrzymuje porównania.

        Nie byłam w stanie znaleźć tu żadnej wartości dodanej, czegoś co wyniosłabym po lekturze, co zapamiętałabym na dłużej. Zygmunt Kałużyński powiedział kiedyś, że jeżeli w filmie jest chociaż jedna scena warta obejrzenia, czy która zmusiła do zastanowienia, to czas poświęcony na obejrzenie filmu nie był czasem straconym. W tej książce nie za bardzo widzę taką scenę, czy postać, która zmusiłaby do jakiejkolwiek refleksji. Być może Marcin Faliński, były agent wywiadu, ma wiedzę z tego zakresu, ale naprawdę nie każdy ma zdolności pisarskie.

2/10

środa, 15 lipca 2026

Mario Puzo „Ojciec chrzestny” – audiobook, superprodukcja, czyta zespół aktorów

 

        Sposób odczytania i muzyka są świetne. Nie jest to muzyka Nino Roty z filmu, ale naprawdę jest super. Mario Puzo nie pisał banalnych, prostych powieści, książka napisana jest tak, że mimo iż pewne fragmenty pamiętałam z filmu, tekst i tak mnie wciągał.

        „Ojciec chrzestny” mimo iż jest świetnie napisany, nie będzie moją ulubioną książką. Nie ma tu ani jednego pozytywnego bohatera, opisywany świat budzi odrazę, jest pełen przemocy, korupcji, obsesji seksu. Jest to świat nieprawdziwy. Co do poszczególnych sylwetek osób, to nie mogę zarzucić Mario Puzo fałszu czy banału. Istnieją tacy ludzie, jakich opisał, ale świat nie składa się tylko z ludzi złych.

        Don Corleone wzbudzał moją szczególną antypatię, był mordercą oszustem, a uczucia wykazywał jedynie w odniesieniu do najbliższej rodziny. Zlecał zabójstwa nie tylko ludzi, kazał zabić też przepięknego, młodego konia. W wielu filmach czy serialach mafiosi wykreowani przez twórców na miłych, niemal nieszkodliwych facetów, potrafią wzbudzić u widza ciepłe uczucia, np. Tony Soprano, w tym przypadku tak nie było.

    Można za to niewątpliwie podziwiać intelekt dona Corleone, intelektu tego używał głównie do tego, aby jak najwięcej zarobić, oszukać, skorumpować jak najwięcej osób i umocnić swoja władzę. Nie ulegał emocjom, każdy jego ruch był starannie wyreżyserowany i przemyślany, nawet w sytuacjach nagłych kierowanie się rozumem było już dla niego odruchem. Ważny był też fałsz, nie mógł nikomu zdradzać się z planami. Miał ustalone priorytety i ich się trzymał. Nie bez znaczenia był tutaj fakt, że zaczynając wszystko od zera, musiał wykazać się olbrzymim sprytem i determinacją, nie był dzieckiem, któremu rodzice wszystko załatwiali i kupowali, co chciał.

7/10



wtorek, 7 lipca 2026

Marta Kisiel „Dożywocie” – audiobook, czyta Hanna Chojnacka

 

        Literatura humorystyczna, seriale komediowe, spektakle czy filmy tego typu, mają do siebie to, że jednych śmieszą bardzo, innych mniej, niektórych wcale. Często jest tak, że komedia, która podoba się osobie X, nie podoba się osobie Y, i odwrotnie, inna komedia, która spodoba się Y, może X się nie spodobać. Jedni lubią morze, drudzy góry i to chyba działa na tej zasadzie. Największym walorem książek Marty Kisiel jest właśnie humor. Dawno temu przeczytałam jej „Nomen omen” i z perspektywy czasu oceniam go nie najgorzej. „Dożywocie” też nie jest najgorsze. Z godziny na godzinę słuchania można coraz bardziej przyzwyczaić się do tego typu narracji i się w nią wciągnąć, aczkolwiek na początku wszystko brzmi dość dziwacznie. Z uwagi na specyfikę, każdy jeśli tylko ma ochotę, powinien sam spróbować poczytać czy posłuchać bez gwarancji, czy mu się spodoba.

Książka napisana jest w bardzo, ale to bardzo prostym stylu. Młody chłopak, Konrad Romańczuk, odziedziczył stary dom, w którym, jak się okazało już w późniejszym terminie, mieszkała grupa istot z innego wymiaru, anioł, duch samobójcy, utopce, później driada itp. Te zabawne sytuacje są głównie z ich udziałem. Te postacie są też jednocześnie symbolami zachowań, jakie prezentują różne osoby w każdym społeczeństwie .

Jak dla mnie najbardziej udany był duch samobójcy, który zabił się z miłości, czyli panicz Szczęsny. Romańczuk i inni, plus różne zbiegi okoliczności, pokazują mu absurd takiego posunięcia. Pławienie się w nieszczęściu, wieczne rozpamiętywanie nieszczęśliwej miłości, idealizowanie obiektu uczuć, jest wyśmiane na wszelkie możliwe sposoby, ale kulturalnie i właśnie z humorem. A jednym z najskuteczniejszych sposobów na „wyleczenie” jest pojawienie się nowego obiekt uczuć. Utopiec, który według mitologii słowiańskiej, jest czymś bezwzględnie złym, tutaj dał się oswoić i stał się całkiem fajnym domownikiem.

Dla poprawy humoru i rozluźnienia książka jest w sam raz.

7/10  

czwartek, 2 lipca 2026

Ewa Woydyłło „W zgodzie ze sobą”

 

            Jak dla mnie ta książka, jest zbiorem odrębnych tekstów, dość luźno powiązanych ze sobą. Jeden rozdział, czyli kilka stron, dla mnie był wyjątkowo humorystyczny, autorka omawiała tam cechy osoby dojrzałej i zdrowej psychicznie. Przez całe swoje życie nigdy nie spotkałam kogoś, kto miałby wszystkie te cechy. Woydyłło też podkreśla, że każdy człowiek ma potencjał zmiany, to nie jest tak, że czegoś się nie da się w kimś zmienić, bo taki jest. „Psychologia pomaga w przemianie kryzysów w szanse, a problemów w zadania”.

    Zmienić mogą się nawet neurotycy. „Prawdziwy neurotyk przedziera się przez życie zalękniony, przestraszony, a nawet przerażony. Boi się ryzyka, wszystkiego, co nieznane i niepewne, boi się niebezpieczeństw i wszędzie ich wypatruje. Boi się bólu, choroby, a przede wszystkim tego, że mu coś się stanie, że nie wytrzyma”.

        Jeden z najciekawszych rozdziałów był o odporności psychicznej, przez E. Woydyłło zatytułowany dość dziwnie „Sprężystość emocjonalna”. Mam kolegę, który jest wyjątkowo odporny psychicznie, w pracy dostaje zawsze najcięższe zadania, niejednokrotnie takie, że ktoś inny na jego miejscu załamałby się. Jest zadowolony z życia, jest biegaczem, ultramaratończykiem. Przypuszczałam, że ta siła psychiczna może wynikać m. in. z uprawiania sportu. Gdy go pytałam, skąd się to bierze, powiedział mi, że nie wie. Z książki wynika, że ta cecha nie jest wrodzona, że można ją sobie wyrobić. „Nie pochodzi z zewnątrz. Wytwarzamy ją sami, a jej niezwykłość polega na tym, że wyzwalamy ją w sobie w obliczu wyzwań, trudności i przeszkód”. Czyli gdy chcemy być odporni psychicznie, nie powinniśmy uciekać od wyzwań, tylko wręcz przeciwnie, powinniśmy je podejmować. Jeśli ktoś ucieka od wyzwań, będzie słaby. I to się doskonale sprawdza w przypadku tego mojego kolegi, to chyba rzeczywiście jest klucz do jego odporności psychicznej.

            Ciekawym zagadnieniem są cierpiętnicy, znam jedną taką osobę. Każdy chyba zna kogoś takiego. Są to osoby nieszczęśliwe, wiecznie niezadowolone, z masą pretensji do świata, uważające się za szczególnie pokrzywdzone przez los, pomimo tego, że wiele innych osób spotkało to samo, co i tego cierpiętnika. Zdaniem autorki w wielu wypadkach, nie we wszystkich oczywiście, jest to prostu wybór tej osoby i żadne perswazje otoczenia niczego tu nie zmienią.

            Naprawdę godne polecenia.

8/10