środa, 24 lutego 2021

Olga Tokarczuk "Anna Inn w grobowcach świata"

 

Anna In w grobowcach świata

       Ta mini książka kompletnie do mnie nie przemówiła. Męczyłam się dość mocno podczas czytania i zastanawiałam się nawet, czy nie zakończyć lektury w środku, czy nawet i na początku. O ile po przeczytaniu eseju O. Tokarczuk o "Lalce" Prusa pt. "Lalka i perła" byłam zachwycona, pisałam o nim tutaj, o tyle w przypadku "Anny Inn" jest dokładnie odwrotnie. 

     Opowieść o Annie odebrałam jako nawiązanie do różnych mitów, a nawet i religii w kontekście pojmowania śmierci i prób przezwyciężenia jej. Występują tu zarówno postacie zwykłych ludzi, jak przyjaciółka Anny, ale i osoby przypominające częściowo bogów i boginie z mitologii, częściowo są to jakby quasi bogowie z mitologii uwspółcześnieni. Część wydarzeń rozgrywa się w obrzydliwym podziemiu, krainie śmierci, a część w świecie przypominającym pogranicze rzeczywistości i obrazu science fiction, z mnóstwem wieżowców i wind. 

   Z racji nawiązania do mitów całość jest przewidywalna. Czytanie jest męczące. Niczego nadzwyczajnego tutaj nie zauważyłam.  
2/6 

sobota, 20 lutego 2021

Alice Lungen "Tragedia na Przełęczy Diatłowa" - audiobook, czyta Marcin Popczyński

 


    Aby wyjaśnić, co wydarzyło się w 1959r. na Przełęczy Diatłowa, konieczne byłoby uzyskanie informacji o tajemnicach wojskowych, o tym czy wówczas gdy wydarzyła się tragedia, w bezpośrednim sąsiedztwie przełęczy jednostki wojskowe prowadziły jakiekolwiek eksperymenty z bronią, szczególnie z rakietami. Świadkowie widzieli dziwne błyski, które mogą wskazywać na testowanie rakiet, albo na bliżej nieokreśloną ich awarię. Konieczne byłoby też ustalenie, ilu  uczestników wyjazdu miało związki z rosyjskimi służbami specjalnymi, w tym czy mieli może zlecone jakieś zadania szczególne do wypełnienia podczas tego wyjazdu. Na taką hipotezę wskazuje to, że studenci studiowali na newralgicznych dla radzieckiego państwa socjalistycznego kierunkach, część z nich nawet pracowała już w zakładach również kluczowych dla radzieckiej obronności, np. zajmujących się produkcją broni. A był rok 1959.  Szczególnie podejrzany w tym zakresie był najstarszy uczestnik wyprawy, którego nikt wcześniej nie znał i nie do końca wiadome jest, skąd się tam wziął. Uzyskanie takich danych z rosyjskiego wojska czy z rosyjskich służb nawet ponad 60 lat po tragedii nie jest możliwe. I pewnie nigdy możliwe nie będzie. To, co zaszło na przełęczy najprawdopodobniej nigdy nie zostanie całkowicie wyjaśnione i to bez względu na to, ilu dziennikarzy będzie zajmować się tym tematem i niezależnie od tego, jak starannie będą traktować swoją pracę.   


    Książka nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia. Może i autorka spędziła 7 lat na badaniu kulisów dramatu, ale widać, że jej wiedza o tamtej epoce nie jest zbyt wielka. I jest to spory mankament. W 1959r. trwała zimna wojna, szalało KGB. Akta sprawy z nieznanych powodów przez 50 lat były utajnione. Gdy je odtajniono, okazało się, że liczą zaledwie 2 tomy i że nic specjalnego tam nie ma. Alice Lungen tłumaczy rzeczy oczywiste, np. że wszystko trzeba było uzgadniać z partią, a pewnych nie rozumie. Przykładowo opisując tego najstarszego uczestnika wyprawy, Zołotariowa, rozważa, czy aby nie omamił Diatłowa, skoro uzyskał jego zgodę na udział w ekspedycji. W tamtych czasach żadna wyprawa, a już szczególnie składająca się z takich uczestników, nie mogłaby obejść się bez kogoś w rodzaju szpiega. I to jest wariant, który każdemu przychodzi do głowy. Zołotariowowi poświęcony jest jeden rozdział, ale to stanowczo za mało. Nie ma głębszego rozwinięcia wątku, czy Zołotariow mógł mieć związek z dramatem, a  jeżeli tak, to jaki. 

    Po wysłuchaniu audiobooka czułam spory niedosyt. O dramacie na przełęczy powstało kilka książek, w tym napisanych przez Rosjan, a jedna z nich zgłębia właśnie te wątki najbardziej prawdopodobne, związane z wojskiem i służbami. Nie są niestety przetłumaczone na j. polski. 
4/6

niedziela, 14 lutego 2021

Jakub Szamałek "Gdziekolwiek spojrzysz"

 

Jakub Szamałek - Gdziekolwiek spojrzysz

   Mam nadzieję, że ten ostatni tom trylogii nie będzie tomem ostatnim i że trylogia stanie się większym cyklem. Autor ma wyjątkową zdolność do przekazania w lekkiej i przystępnej formie kryminału sporej dawki wiedzy o tym, jak bronić się przed hakerami, jak chronić swoje dane, jak może być wykorzystany internet do znajdowania informacji o innych osobach itp. itd.  Zawsze to, o czym pisze J. Szamałek wydaje mi się przerażające i fascynujące zarazem. Tak samo było i ze sztuczną inteligencją, opisaną w tym tomie. Zawsze wyobrażałam sobie, że sztuczna inteligencja to komputer, który zaczyna żyć jakby własnym życiem, niezależnym od zaprogramowania, zaczyna samodzielnie myśleć, wymyka się kontroli człowieka, który go stworzył, może nawet stanowić dla niego zagrożenie. Na szczęście czegoś takiego jeszcze  nie ma. Ale to co jest i tak przeraża. 

    Intryga kryminalna nie jest tutaj tak dynamiczna, jak w pierwszym czy drugim tomie. Jest spokojniej. Drugiego czy trzeciego dna, albo szczególnej głębi nie zauważyłam, ale ta książka na szczęście nie udaje powieści filozoficznej czy psychologicznej. Dla mnie jest świetną rozrywką i cyberkryminałem i w tej dziedzinie nie ma konkurencji. 
5/6

środa, 10 lutego 2021

Wojciech Młynarski "Od oddechu do oddechu"

 




   Książka to zbiór wierszy Wojciecha Młynarskiego, pisanych przez całe życie, znanych głównie jako słowa piosenek. Jestem zauroczona tym zbiorem, a zanim do mnie trafił, moja wiedza o Młynarskim i o jego twórczości była wyjątkowo nikła. Część tych tekstów zna każdy, nie każdy tylko ma świadomość, kto jest autorem. Są tu teksty i poważne i humorystyczne, i lekkie, i nostalgiczne, po prostu na każdą okazję i do każdego nastroju. Mówienie, że "Każdy znajdzie tu coś dla siebie" to frazes, ale w tym przypadku to jednocześnie prawda. W wielu przypadkach miałam wrażenie, jakby autor napisał coś idealnie dla mnie. Każdy z pewnością będzie czuł to samo, czy radość, czy zadumę, czy nostalgię, tylko każdemu co innego będzie się przypominać, za czym innym każdy będzie tęsknić. 

    U  mnie wyglądało to tak. 
    Mam wieczny problem z hałaśliwymi sąsiadami, a przez ściany w moim bloku słychać wszystko. I natrafiłam na "Ściany między ludźmi"

"Ściany między ludźmi
ściany coraz cieńsze, 
słychać przez nie kłótnie,
słychać przez nie wiersze". 

  W dalszej części wiersza autor podchodzi już do problemu symbolicznie i głębiej. 
    Pisałam na tym blogu wielokrotnie o jednym z moich ulubionych pisarzy  E. M. Remarque`u. No i co się okazuje? W zbiorze jest wiersz "Bohaterowie Remarque`a.

"Kiedy kłopotów, zmartwień, trosk
zwykła przebierze się miarka,
przychodzą dzielić ze mną swój los
bohaterowie Remarque`a.
Szlifuję z nimi paryski bruk
w jakiś poranek ponury,
na triumfalny, świetlisty łuk
zamieniam Pałac Kultury".

    Na głębszego doła czy nawet na lekko obniżony nastrój idealne jest "W zielone gramy"

"Przez kolejne grudnie, maje,
człowiek goni jak szalony,
a za nami pozostaje
sto okazji przegapionych,
ktoś wytyka nam co chwilę, 
w mróz czy w upał, w zimie, w lecie
szans niedostrzeżonych tyle -
i ktoś rację ma, lecz przecież ... 
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy, 
jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany".

  Gdy ma się dosyć wszechobecnego cwaniactwa, można poczytać "Błędnego rycerza", bo

"Nieprawda, że 
Ostatni błędny rycerz zasnął
Że jego duch 
U Elizejskich stoi bram. 
On żyje wciąż 
Za zbroję ma uczciwość własną"
... i
"Obcy mu spokój święty
I snu cieplutki koc
Drogę mu ognik błędny 
Wskazuje w noc" 

    I gdy czasem można zwątpić w to, co się robi, w to, czy ma to sens, gdy właśnie nie wiadomo, co dalej, warto sięgnąć po "Róbmy swoje." 

"Róbmy swoje,
pewne jest to jedno, że 
róbmy swoje,
póki jeszcze ciut się chce".

  Na nastrój nostalgiczny, gdy pomyśli się o dzieciństwie, idealne będzie "Miasteczko pana Andersena." 

"Na kartkę blask od świecy padł -
o zmroku przypływała wena - -
i oto stał się cały świat
miasteczkiem pana Andersena.
I będą grali tam i tu
I losu dociekali swego
Mężczyźni w zimnym, białym dniu
porwani przez Królową Śniegu". 

    Można sobie przypomnieć innych znanych poetów i pieśniarzy, np. Okudżawę w "Majstrze Bułacie", który wg W. Młynarskiego

"słowem - nutą sięgał duszy dna"

Młynarski jego śmierć opisał tak: 

 " zgasł ten uśmiech, co rozumiał wszystko, 
zgasło serce, co kochało nas". 

   Zawsze w poezji W. Młynarskiego jest miejsce na nadzieję, szczególnie np. w "Kocham jutro".

"Kocham jutro, 
Z jego każdą obietnicą, 
Z jego wielką tajemnicą. 
Kocham jutro"
   6/6
     

niedziela, 7 lutego 2021

Roman Konik "W obronie Świętej Inkwizycji" - audiobook, czyta Mateusz Grydlik


    Inkwizycja budzi jednoznaczne skojarzenia. Utożsamiana jest z samym złem, głównie z fanatycznymi, sadystycznymi inkwizytorami, z walką z samodzielnym myśleniem i ze skazywaniem na śmierć i paleniem na stosie ludzi, którzy głosili poglądy niezgodne z nauczaniem kościelnym. Roman Konik, doktor habilitowany,  filozof, podjął próbę odmitologizowania Inkwizycji. Książka jest szalenie ciekawa, w pewnym stopniu nawet i przekonująca, aczkolwiek daleko jej jednak do obiektywizmu. 

  W bardzo dużym skrócie odnosząc się do najbardziej rozpowszechnionych stereotypów można stwierdzić, że stosy palone były nie tylko przez Inkwizycję, w bardzo dużej mierze robiła to również władza świecka. Ta ostatnia zdecydowanie częściej niż kościelna. Autor zwraca uwagę na fakt, że często porównujemy Inkwizycję do obecnej sytuacji na świecie, do zakazu tortur, do konieczności respektowania praw człowieka, do wolności sumienia i wyznania. To czy te wartości obecnie rzeczywiście są respektowane, to zupełnie inna historia. Wszystko jednak co odbiega od wspomnianych  standardów, kojarzone jest źle. Konieczne jest jednak, aby tą Inkwizycję postrzegać w realiach epoki. Tortury stosowane były w średniowieczu powszechnie i nie tylko przez Inkwizycję, ale i przez sądy świeckie. Nie było czegoś takiego, jak prawa człowieka, nie było żadnej wolności sumienia i wyznania. Każda cywilizacja była ściśle związana ze swoją religią, a jakiekolwiek ataki na Kościół, czy nawet krytyka tej instytucji była równoznaczna z atakiem również i na państwo. Innowiercy utożsamiani byli ze stwarzającymi poważne zagrożenie wrogami, z Turkami, Tatarami itp., stąd też obawiano się ludzi, którzy kwestionowali istniejący porządek rzeczy wewnątrz państw.  Wyroki śmierci wcale nie były wydawane przez Inkwizycję często, orzekane były również i inne kary, w tym kanoniczne, np. odmówienie psalmów pokutnych. Inkwizytorami zostawali najbardziej światli ludzie Kościoła, Dominikanie i Franciszkanie, którzy musieli podejmować dialog z tzw. heretykami. Oczywiście działanie Inkwizycji wyglądało nieco różnie w zależności od miejsca i czasu, proces inkwizycyjny zmieniał się. Jest omówienie słynnych procesów inkwizycyjnych np. p-ko Galileuszowi, Giordano Bruno, są sylwetki słynnych inkwizytorów np. znanego z "Imienia Róży" Bernardo Gui.  Książka jest wyjątkowo ciekawa i każdy znajdzie tu wiele przykładów, które utkwią mu w pamięci. 

     Roman Konik nie kryje, że jest stronniczy. Inkwizycja  w jego opisach jawi się jako instytucja godna podziwu. Spędziłam trochę czasu na szukaniu w internecie informacji o Inkwizycji. Wygląda na to, że to co pisze autor, jest prawdą, ale niecałą. Inkwizycja zajmowała się też kwestiami, o których w książce nie ma mowy, np. konfiskatą majątku heretyków. Brakowało mi usystematyzowania zagadnień, np. reguły procesu inkwizycyjnego powinny być w jednym rozdziale, powinno być czytelne porównanie do procesu świeckiego, tymczasem jest to trochę rozrzucone po całości. Wielką jednak zasługą autora jest to, że pokazuje Inkwizycję od innej zupełnie strony, na co mało kto jest w stanie się odważyć. 

   Brak jest chyba dzieła, które obiektywnie opowiedziałoby o Inkwizycji. Zobaczyłam, że o Inkwizycji pisał bp Grzegorz Ryś. Jego książka, wznawiana obecnie  jest dość krótka, ma zaledwie 184 strony, autor nie jest ani prawnikiem, ani historykiem, książki pisze z częstotliwością zbliżającą się do Remigiusza Mroza i wątpię, aby mógł potraktować ten temat kompleksowo. 

    Na uwagę zasługuje też obszerny cytat z ojca Bocheńskiego, umieszczony na końcu książki, jest to fragment wywiadu, w którym zakonnik ten, niekwestionowany autorytet wypowiada się o Inkwizycji w bardzo zrównoważony sposób, starając się zburzyć nieprawdziwe mity. 
    Mateusz Grydlik jako czytający prezentuje się nie za szczególnie. Wczuwa się bardzo w obronę Inkwizycji, czyta emocjonalnie. W kilku miejscach sądząc po intonacji głosu miałam wrażenie, że powie ostatecznie, że dobrze, że kogoś spalono na stosie.
5/6
  
   
   

niedziela, 31 stycznia 2021

Rebecca Makkai "Wierzyliśmy jak nikt"

 


Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai | okładka

     Dzięki książkom można opuścić "bańkę", w której się przebywa, swoje środowisko i zobaczyć więcej. Można nawet skonfrontować swoje zapatrywania z rzeczywistością, a gdy nie jest to możliwe, to z czymś, co tą rzeczywistość przybliża. Często gdy mamy swoje, ugruntowane na pewne kwestie poglądy, nie mamy ochoty na to, aby spotkać się z kimś, kto uważa inaczej i spokojnie porozmawiać. Nie musimy naszych poglądów zmieniać, ale warto wyjść poza swój zaścianek, chociażby po to, aby zobaczyć, jak jest gdzieś indziej. Warto chociaż raz na jakiś czas wyjść poza styl myślenia, który nazywać można zaściankowym czy prowincjonalnym albo jednostronnym czy nawet i fanatycznym.  Zawsze będziemy wtedy mądrzejsi. 

     Rebecca Makkai zabiera nas w podróż do Chicago  lat osiemdziesiątych, gdy wybuchła epidemia AIDS, śmiertelność wśród zakażonych wynosiła wówczas  100%. Książka ta została napisana jeszcze przed pojawieniem się covida, jest więc dopracowana. W wywiadzie z pisarką czytałam, że sporo czytała o tamtych czasach w  tym właśnie środowisku, chciała żeby realia odtworzone były wiernie. Bohaterami w przeważającej większości są młodzi geje, już sam ten fakt jest wyzwaniem, do tej pory chyba nie czytałam książki o gejach, na pewno nie w rolach głównych bohaterów. Wszyscy niemal bohaterowie żyli pod prąd społecznym oczekiwaniom, rodziny biologiczne w większości się od nich odcięły. Stworzyli więc społeczność, która stała się dla nich jakby rodziną, tyle że bez więzów krwi. Ta quasi rodzina nie była idealna, podobnie jak każda inna, ale w trudnych chwilach, właśnie chociażby  podczas choroby, zawsze znajdował się ktoś, na kogo można było liczyć. Pomimo tego, że epidemia zataczała coraz szersze kręgi, powieść na szczęście nie koncentruje się tylko na chorobie, pokazane jest zwyczajne życie tych ludzi, ich radości i smutki, życie osobiste, ale i praca.  

       Jest też wątek, rozgrywający się niemal współcześnie, jego bohaterką jest Fiona, kobieta tuż po pięćdziesiątce, ona i starszy od niej fotograf łączą łączą fabułę sprzed kilkudziesięciu lat i współczesną.   

    Powieść czyta się bardzo dobrze, lektura wciąga. Czytałam kiedyś, że cechą wybitnej literatury jest to, że chcemy ją czytać po raz kolejny. Chociaż wiemy, co się stanie, chcemy przeczytać po raz drugi, a nawet i trzeci. Takie miałam wrażenie podczas czytania, że kiedyś chętnie sięgnę po tą książkę po raz kolejny. Brakowało mi jedynie pogłębionej psychologii, przykładowo Remarque gdy pisał o straconych pokoleniach wojennych w psychikę  tych ludzi się wgłębiał. 
5/6


niedziela, 24 stycznia 2021

Jędrzej Pasierski "Roztopy" - audiobook, czyta Janusz Zadura

 


Audiobook Roztopy  - autor Jędrzej Pasierski   - czyta Janusz Zadura

    Zauważyłam już dawno temu, że najlepsze książki piszą osoby, które nie są umiejscowione w jednej tzw. "bańce", tzn. nie takie które obracają się tylko w jednym środowisku. Ci którzy mają szerszy punkt widzenia często mają w życiorysie takie elementy, które są nietypowe dla określonej społeczności, czymś się wyróżniają, np. mieszkali w innym kraju; wyznają inną religię lub są religijni w środowisku zlaicyzowanym; są innej narodowości; albo przeżyli jakąś traumę, albo zmagają się z jakimś poważnym problemem swoim lub  w rodzinie itp. itd. Ludzie tacy są z reguły wrażliwsi, lepiej rozumieją innych i to, co się dzieje dookoła. Czytając czyjś życiorys często już po takiej lekturze można się zorientować, czy opisywany autor będzie widział głębiej i dalej, niż inni.   

   J. Pasierski robi na mnie wrażenie człowieka bezproblemowego i na dodatek wyłącznie z jednej "bańki" i taka dokładnie jest jego książka, przewidywalna od początku do końca w każdym aspekcie. Nina Warwiłow, policjantka jako "oświecona warszawka" jedzie rozwiązywać zagadkę zaginięcia swojej przyjaciółki do "ciemnych wsioków" w Beskid Niski. Jak się okazuje i co można było z góry przewidzieć, w ciągu tygodnia rozwiązuje wszystkie zagadki, jakie dla miejscowej społeczności pozostawały nierozwiązane nawet i kilkadziesiąt lat. Robi to bez problemu, każdy z kim rozmawia, zdradza jej wszystkie możliwe sekrety. Warwiłow rozgryza każdego, nie wiadomo tylko jak. A. Christie pisała w każdym tomie, jak obserwuje ludzi panna Marple czy Herkules Poirot, na co zwracają uwagę i jak wyciągają wnioski, przez co całość była logiczna. 

     Pasierski edukuje czytelnika w sposób mocno prostaczy i być może taki właśnie był cel tej książki. Chociaż Warwiłow jest takim super mózgiem, nie ma pojęcia, czym była Akcja Wisła, kim są Łemkowie, nic nie wie o tym, że w czasie I wojny linia frontu przebiegała przez ziemię gorlicką. Muszą jej to tłumaczyć miejscowi, a robią to sposób skrajnie nienaturalny, wygłaszane są takie mini mini wykłady ze słownictwem, którego w mowie potocznej się nie używa, np. nie mówią Ukraińcy czy UPA, ale Ukraińska Powstańcza Armia. Całe szczęście, że Twardoch nie tłumaczył łopatologicznie w "Królestwie" co to było getto i na czym polegała Wielka Akcja Likwidacyjna, a R. Ćwirlej w swoim cyklu retro nie dawał wykładów, co to było np. powstanie wielkopolskie. 

     Nienaturalne słownictwo występuje w całej książce, na siłę używane są żeńskie końcówki tam, gdzie w mowie potocznej ich się nie używa, np. Warwiłow spotyka się z Łemkinią. Wioska też jest dziwna, nikt nie chodzi do kościoła ani co cerkwi. Życie osobiste zdecydowanej większości bohaterów nie należy do udanego, w przeciwieństwie oczywiście do Warwiłow, myślącej często o swojej "rodzinie patchworkowej". 

    Opisy charakterów są bardzo słabe, nie znalazłam ani jednej głębszej obserwacji psychologicznej. W zdecydowanej większości książka mnie męczyła i nudziła. Na prawie 11 godzin audiobooka może z godzinę byłam naprawdę zainteresowana treścią, a było to na samym początku. Zadura sposobem czytania podnosi poziom całości i powoduje, że mimo nudnej treści, da się słuchać. 
3/6

sobota, 16 stycznia 2021

Lilian Jackson Braun "Kot który lubił sery"

 

     W tomie tym, tak jak i w poprzednich, jest zagadka kryminalna, jest też po prostu delektowanie się zwyczajnym życiem, nazywanym niekiedy "szarym". Jak zwykle Qwill pisze felietony, tym razem zaczyna od felietonu o "zwykłych ludziach", którzy są przeciwieństwem celebrytów, walczą z trudnościami i robią coś pożytecznego dla świata. 

     Ale tematem głównym jest Festiwal Wielka Eksplozja Smaków, który rozgrywa się w Moose County. I dzięki temu książka w dużej mierze jest o jedzeniu, potrawach, gotowaniu itp. kwestiach. Qwill tym razem nie czyta Dickensa ani klasyki, tylko "Na tropie dzikich szparagów". Przeprowadza wywiad z 95- latkiem o tym, co jadano w dawnych czasach i podczas Wielkiego Kryzysu. W jego gazecie jest ankieta dla czytelników o ulubionych daniach. Jest konkurs na najlepsze paszteciki. Są nawet opisy znanych gatunków serów, jak wyglądają i jak smakują, takie 2 strony jakby wyjęte z książki kucharskiej. No i jest porada, jak rozróżniać sery, czyli najlepiej kupić kilka rodzajów jednocześnie i próbować. 

    Ten tom jest wyjątkowo oryginalny, czyta się go wyśmienicie, no i jest to doskonały bodziec, aby zająć się kuchnią. Kupiłam właśnie 2 książki kulinarne i przejrzałam te, które leżą już od dłuższego czasu na półce. Moja ulubiona seria z kotami zawsze inspiruje.    

    Natrafiłam niedawno na wzmiankę w internecie o tym, że na poziom zadowolenia z życia i zarazem poziom optymizmu wpływa również to, co jemy. Czy nam to smakuje, czy jedzenie tych potraw sprawia nam przyjemność. I coś w tym jest. Narody, które generalnie uchodzą za zadowolone z życia, lubią gotowanie i jedzenie, np. Włosi czy Francuzi. 

   W tym tomie jest też moja ulubiona bohaterka, Amanda. Jak zwykle jest ostra i sarkastyczna. Mówi Qwillowi podczas festiwalu, że tylko ona i koty mówią tutaj to, co myślą. 

5/6

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Mari Jungstedt "druga twarz" - cykl z inspektorem Andersem Knutasem tom 13

 


Druga twarz - Mari Jungstedt | okładka

   Jednym z największych uroków cyklu jest Gotlandia, gdzie rozgrywają się niemal wszystkie wydarzenia. Wyspa ta nie jest tak popularna, jak inne, nazwijmy to wyspy w ciepłych krajach. Jest inna, zimna, wietrzna, mało przyjazna, z zachowaną zabudową średniowieczną. Dla mnie jest porywająca. W każdym tomie czegoś o niej i życiu na niej można się dowiedzieć. Autorka w poprzednich tomach pisała m. in. o śladach Wikingów, o dawnych kultach religijnych, o hucznych i corocznych obchodach Midsommer, czyli naszej Nocy Świętojańskiej. W tym tomie też można bliżej przyjrzeć się właśnie obchodom Midsommer. Zawsze gdy sięgam po którąś z książek cyklu nachodzi mnie myśl, aby kiedyś na urlop pojechać właśnie na Gotlandię. 

    O żadnej głębi psychologicznej nie ma tutaj mowy, ale dwójka głównych bohaterów mimo to ciekawi. Jungstedt przyjęła w większości tomów konstrukcję taką, że gdy w życiu prywatnym Andersa Knutasa, policjanta,  wszystko jest w porządku, to  dzieje się coś u dziennikarza Johana Berga. No i odwrotnie, gdy u Johana jest ok, to można spodziewać się niespodzianek u Andersa. W tym tomie najbardziej zaskoczona byłam właśnie kwestiami prywatnymi u jednego z tych głównych bohaterów i to ten wątek był dla mnie najbardziej wciągający. Mężczyzna, który wiele lat był żonaty, potem porzucony, ale udało mu się wejść w nowy związek, spotkał się z byłą żoną. I do tej byłej żony zaczęło go ciągnąć i to do tego stopnia, że obecny związek stanął pod znakiem zapytania.   

    Tytuł tego tomu mówi wiele, bo Jungstedt przedstawia tutaj ludzi, którzy żyją niczym dr Jekyll i Mr Hyde z powieści R. L. Stevensona. Na samym początku zostaje zamordowany "przykładny mąż i ojciec", w rzeczywistości miłośnik bardzo nietypowego seksu, który umówił się na spędzenie nocy z przygodnie poznaną kobietą. Oczywiście po ofierze nikt nie spodziewał się takich zamiłowań, na prowincjonalnej Gotlandii takie rzeczy przecież się nie zdarzają. Osoba zabójcy wywoła później jeszcze większy szok. 

   Jungstedt potrafi wciągać, ale w tym tomie ta umiejętność wyjątkowo nie dała o sobie znać. W "Drugiej twarzy" nie ma niestety drugiego dna, prawd psychologicznych czy jakiejkolwiek innej głębi. Jest to tylko czysta rozrywka, z której niczego innego nie da się wydusić. Ale jest idealna, gdy ktoś jest zmęczony i nie ma nastroju i chęci na wielki intelektualny wysiłek. Gdy ktoś jeszcze lubi klimaty takie, jak na Gotlandii, nie będzie zawiedziony. 
4/6    
    
     

niedziela, 3 stycznia 2021

Juliusz Verne "Dzieci kapitana Granta" - audiobook, czyta Ireneusz Załóg


 Twórczość Juliusza Verne`a zawsze będzie nieśmiertelna. Gdy od kilku lat przypominam sobie to, co tego pisarza czytałam w dzieciństwie, utwierdzam się w tym przekonaniu. Ku swojemu zaskoczeniu odsłuchując niedawno "Trzeci klucz" Jo Nesbo, natrafiłam na fragment, jak Harry Hole w prezencie daje synowi swojej partnerki całe wydanie dzieł Juliusza Verne. Wynika więc z tego niezbicie, że Nesbo również jest wielbicielem Verne`a. 

     Mimo upływu już około 150 lat od kiedy Verne tworzył, jego książki określane jako futurystyczne nadal budzą zainteresowanie. Dlaczego tak jest? Na przykładzie "Dzieci kapitana Granta" widać już na samym początku, że jest to książka, w której pokazane są takie ponadczasowe wartości jak przyjaźń, bezinteresowność, wdzięczność, wytrwałość, odwaga, determinacja w dążeniu do celu, nadzieja, sprawiedliwość itp. Jest też nawet i miłość do zwierzęcia, gdy trwała powódź, a nurt wody porwał konia, jego opiekun znajdujący się na względnie bezpiecznym miejscu, uznał, że nie zostawi konia samego i  się rzucił za nim, aby płynąć wraz z nim. Dla miłości do zwierzęcia zaryzykował życie. Jest i miłość do ojczyzny, zaginiony Grant był Szkotem, który marzył o pełnej niepodległości Szkocji i na swoją wyprawę wyruszył w poszukiwaniu ziemi, gdzie Szkoci mogliby stworzyć kawałek Szkocji. Są też stale aktualne dylematy moralne, np. jak się ma przebaczenie do sprawiedliwości? Czy można komuś przebaczyć bez kary? Czy będzie to sprawiedliwość? Czy w ogóle można tak zrobić, biorąc pod uwagę możliwość tego, że sprawca ponownie może zrobić komuś innemu straszną krzywdę, a nawet zbrodnię? Kostiumy z różnych epok się zmieniają, ale to, za czym wszyscy tęsknią i co cenią, a także to, nad czym się zastanawiają, pozostaje niezmienne. Chociaż w tej książce nie ma żadnych futurystycznych, jak na tamtą epokę wynalazków, typu łódź podwodna czy pojazd kosmiczny, ale jest umysł ludzki, który zawsze będzie dążył do przekraczania wszelkich barier, i to też jest niezmienne. 

    W tym przypadku lord Glenarvan usłyszawszy o zaginięciu tytułowego kapitana Granta i jego statku, zdecydował, że z własnych pieniędzy i bezinteresownie zorganizuje wyprawę poszukiwawczą. Wiadomo było jedynie, że kapitan o ile żyje, może znajdować się w miejscu przez które przebiega określony równolężnik, czyli gdzieś w Ameryce Południowej, być może w Australii, potem jeszcze okazuje się, że może nawet i na terenie Nowej Zelandii. Lord z żoną i dziećmi kapitana Granta oraz z załogą, wyruszyli jachtem lorda, Duncanem, na poszukiwania. Z dzisiejszego punktu widzenia w podróżowaniu po tych terenach nie ma niczego nadzwyczajnego, ale 150 lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Rejony te były bardzo mało znane, spośród Europejczyków tylko wyjątkowo nieliczna garstka osób tam była, przekazy były bardzo, ale to bardzo skąpe. Pomysł takiej wyprawy wymagał więc niemałej odwagi i całe przedsięwzięcie można określić jako przysłowiowe porywanie się z motyką na słońce. Jest to oczywiście wizja mocno idealistyczna, ale powieści Verne`a stały się ponadczasowe nie ze względu na psychologię.  

    Powieść ta jest mniej futurystyczna niż inne, a bardziej podróżnicza, określiłabym ją jako powieść drogi ze sporymi elementami kryminału. W miarę czytania książka zyskuje coraz bardziej. Sam początek jest nieco żmudny, bo opisy jak wygląda Ameryka Południowa, nie mogą obecnie być porywające, szczególnie że teraz wiemy o tym zdecydowanie więcej. Można też konfrontować wiedzę J. Verne o tamtych terenach i jego wizje w tym zakresie z tym, jak to faktycznie wyglądało. Nie każdemu mogą wydać się interesujące informacje o historii tamtych ziem, australijskich oczywiście również, np. o ich odkrywcach. Mnie się to podobało, przykładowo nie miałam pojęcia o czymś takim, jak australijska gorączka złota, do tej pory określenie to kojarzyło mi się  z Ameryką Północną i m. in. z Jackiem Londonem. Powszechnie znane jest hasło "Jak zdobywano Dziki Zachód", mowa jest oczywiście również o Ameryce Północnej. A Australię też przecież trzeba było zdobywać, o czym mało kto wie.  W wersji audiobookowej trudne byłoby opuszczenie tych fragmentów historycznych, ale w wydaniu papierowym czy ebookowym nie ma z tym żadnego problemu i jeżeli ktoś fragmenty te uznałby za zbyt nużące, spokojnie może bez żadnej straty dla bieżących wydarzeń, przejść dalej. 

   Po pewnym czasie, gdy wyprawa będzie już w Australii, pojawią się nowi bohaterowie, dla ścisłości czarne charaktery i zrobi się zdecydowanie ciekawiej. Trzecia część jest najlepsza, akcja pędzi, na nudę nie ma miejsca. To w trzeciej części pojawi się właśnie najwięcej wspomnianych już dylematów moralnych. W samej końcówce pojawiają się też elementy, które powrócą w "Tajemniczej wyspie". Aż nie chciało mi się rozstawać z Vernem, ogarnęła mnie nostalgia i miałam ochotę po raz kolejny sięgnąć po dalsze tomy trylogii: "20 000 mil podmorskiej żeglugi" i "Tajemniczą wyspę". Ostatecznie nie sięgnęłam, bo pozycje te przypomniałam sobie zaledwie parę lat temu i pisałam nawet o nich w blogu, tutaj i tutaj, a czekają przecież równie pociągające stosiki nowych książek. 

   Czytający książkę Ireneusz Załóg znany jest głównie z dubbingu, ale jako lektor się sprawdził. Nie można mu niczego zarzucić. Nie jest Krzysztofem Gosztyłą, ale nie jest źle.  

5/6


sobota, 2 stycznia 2021

Lucy Maud Montgomery "Emilka szuka swojej gwiazdy"


okładka

   Jak zwykle daje o sobie znać bożonarodzeniowa nostalgia za dzieciństwem. Rok temu sięgnęłam po pierwszy tom Emilki, pisałam o nim tutaj. Tegoroczne spotkanie z nastoletnią Emilką ze szkoły średniej nie przypomina w niczym spotkania z dzieckiem. Dziewczyna częściowo z racji dotychczasowych doświadczeń życiowych, a częściowo dzięki wiedzy i pielęgnowaniu zmysłu obserwacji była znacznie mądrzejsza, niż wielu ludzi dorosłych. Jej dawny nauczyciel nawet dziwił się, skąd ona wie o pewnych rzeczach, a bynajmniej nie miał na myśli sfery seksu. 

   Emilka miała wrodzony zmysł obserwacji ludzkich charakterów i jeszcze nad nim pracowała. Ponieważ jej wielką pasją było pisanie, na potrzeby swojej twórczości studiowała ludzkie charaktery, pisała nawet szkice charakterologiczne. Nad postawami ludzkimi, charakterami, zastanawiała się bardzo często, np. podczas nudnych kazań w kościele. Odnosiła wrażenie, że patrząc na ludzi "w chwilach napięcia potrafi wślizgnąć się w ich dusze i odczytać ukryte pobudki i namiętności, które stanowią, być może, tajemnicę nawet dla owych ludzi". Potrafiła dostrzec w człowieku jego "najistotniejsze cechy".

   Raz na jakiś czas Emilka dostrzegała, czy może raczej odczuwała promyk. To jest chyba najtrudniejsza kwestia do opisania tutaj. Bywało to coś w rodzaju nagłego olśnienia, np. pięknem przyrody, uczuciem doskonałości, zespolenia ze światem, czymś jakby stanięciem na ułamek sekundy oko w oko z nieskończonością. Wszystkie sprawy przyziemne, różne troski, nawet urazy do innych ludzi, przestawały mieć wówczas znaczenie. Być może Emilka potrafiła odczuć ten promyk, bo nie żyła w wiecznym pędzie i w poczuciu braku czasu na cokolwiek, bo po prostu miała w sobie radość życia, a nie zniechęcenie. 

    Ciekawe bardzo było właśnie spojrzenie Emilki na życie. Była w stanie dostrzec piękno w otaczającej ją rzeczywistości, w drzewach czy chmurach. Interesował ją otaczający świat i zwykli ludzie, sąsiedzi czy nauczyciele. Ale nie była tak prosta i jednoznaczna do oceny, jak Ania z Zielonego Wzgórza tej samej autorki. Gdy opisywała w swoim pamiętniku minione właśnie Boże Narodzenie, które spędziła u wuja, narzekała, że ani chwili nie mogła być sama, że przez cały czas czuła się jak kot, którego ktoś trzyma na kolanach wbrew jego woli i mocno, choć łagodnie głaszcze. Poznała wówczas miłą kuzynkę, Jen, z którą "na zawsze pozostanie w pół przyjaźni, nic więcej. Nie mówimy tym samym językiem". Emilka interesowała się historią, ale najbardziej tymi jej aspektami, o których nie było mowy w podręcznikach. Przykładowo zastanawiała się nad tym, o czym myślała Jane Seymour, trzecia żona Henryka VIII, gdy leżała bezsennie, czy myślała o swoich poprzedniczkach, czy była zadowolona z tego, co się z nimi stało, czy może myślała tylko o strojach?  

    W tym tomie Emilka na okres trzech lat zamieszkała u ciotki Ruth, w Księżycowym Nowiu, gdzie mieszkała dotąd, nie było szkoły średniej. Ciotka była osobą antypatyczną i szalenie apodyktyczną. Nie było więc lekko, ale Emilka miała przy sobie najlepszą przyjaciółkę Ilzę i innych przyjaciół, Perry`ego i Teda. Perypetie szkolne i wszystko to, co działo się dookoła, ma niezaprzeczalny urok. No i do tego wszystkiego dochodzi pisanie Emilki. To właśnie na tym etapie życia zaczęła już wysyłać do gazet swoje wiersze i szkice.  

   Książkę czyta się świetnie, nie odczuwałam w ogóle tego, że została napisana 100 lat temu, z pewnością jest to też zasługa tłumaczenia. A czytając książkę teraz, jeszcze bardziej delektowałam się lekturą, niż wówczas, gdy czytałam ją po raz pierwszy.

 5/6