sobota, 11 kwietnia 2020

Olga Tokarczuk "Lalka i perła"


     Zastanawiałam się, czy jest tu sens pisania o "Lalce i perle", nie jest to przecież odrębna powieść, tylko esej o "Lalce" B. Prusa. Rozważania O. Tokarczuk są jednak tak wnikliwe, a spojrzenie na powieść z XIX wieku tak unikalne, że szkoda byłoby to dzieło pominąć. Sięgnęłam właśnie po ten esej, gdy zaczęłam miesiąc temu słuchać "Laki" jako audiobooka i bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że nieco inaczej patrzę już na "Lalkę". O swoich refleksjach o samej powieści napiszę po odsłuchaniu całości. 


      Jestem pod gigantycznym wrażeniem rozważań O. Tokarczuk. Ostatnio panuje moda na czytanie reportaży, a wielu czytelników uważa, że tylko z literatury faktu można się czegoś ciekawego dowiedzieć, powieść zaś kojarzy im się z czymś gorszym, z wymyśloną historią bez wartości. O. Tokarczuk już w przemówieniu noblowskim ujęła się za powieścią, a w tym fenomenalnym eseju pokazuje, jak wiele właśnie z powieści można się dowiedzieć, nie wspominając już o samej przyjemności czytania. 

     Przeważająca większość czytelników, w tym również i ja w czasach szkolnych, kojarzy "Lalkę" z historią obsesyjnej miłości Wokulskiego do Izabeli. Noblistka zaś pisząc o tym dziele najmocniej skupia się na tym, co jest irracjonalne, niewytłumaczalne, symboliczne, a wbrew pozorom właśnie takich elementów jest w "Lalce" naprawdę sporo, a także na tym co ma związek z wewnętrznym rozwojem człowieka i wypełnianiem przez niego własnej misji. Zasygnalizuję tutaj te myśli, które wydały mi się najbardziej godne zastanowienia. Mogą one zabrzmieć banalnie, będą wyrwane z kontekstu, esej jest zwięzły, a przepisywanie go jest przecież pozbawione sensu.  

     "Lalka" zdaniem O. Tokarczuk jest dziełem wybitnym. Po czym zaś rozpoznać można dzieło wybitne? Robi ono na czytelniku wrażenie przybliżania się do jakiejś tajemnicy, wywołuje oszołomienie, zadziwienie, niepokój. Każdy doświadcza tych odczuć na swój własny sposób. Postacie są tak skonstruowane, że można się z nimi identyfikować, każdy z kim innym. Autor zaś jest kimś wtórnym, dzieło bowiem robi wrażenie, jakby pochodziło skądś wyżej, może przerastać autora, tak jakby autor opisywał coś, co już istniało gdzieś wcześniej, jakby po prostu było mu podyktowane przez siłę wyższą. 

    "Lalka" opowiada historię przemiany, jest nie o miłości do Izabeli, bo to jest tylko pewna forma, ale o podróży wewnętrznej człowieka. Wokulski wybija się ponad masę i staję się coraz większym indywidualistą, wyróżnia się od zbiorowości. Czuje się jako Obcy w tym świecie. Jest to "Obcość, która daje możliwość pozostawania w dialogu z bóstwem. Obcość, która dzięki bolesnemu dystansowi do świata pozwala widzieć więcej i szerzej". "Obcość, dzięki której Obcy jest poruszany i motywowany z góry".  

     Jest pełen sprzeczności. Robi się coraz bardziej empatyczny i wobec innych ludzi, zwierząt, a nawet i roślin. Na początku drogi, a jednocześnie tej swojej przemiany interesował się właściwie tylko swoim rozwojem intelektualnym, potem Izabelą i zdobyciem majątku dla niej, a potem dopiero zaś pojawiło się zainteresowanie i współczucie dla innych. Autorka cytuje te fragmenty "Lalki",  w których Wokulski słyszy jakby głos, dla niej jest to głos Boga i to z nim bohater toczy dialog. 

     Zwraca też uwagę, że dla rozwoju wewnętrznego Wokulskiego kluczowe były podróże, jedna prowadziła na Powiśle, gdzie spotkał się z ludzką nędzą i tam po raz pierwszy doznał totalnego współczucia dla wszystkiego, co go otaczało. Konsekwencją tego było potem pomaganie innym, począwszy od furmana Wysockiego. A druga podróż wiodła do Paryża, gdzie z kolei zetknął się z profesorem Geistem i zainteresował się badaniami naukowymi, ale też szalenie dużo myślał, coś wspominał, zaczął mieć przeczucia, pojawiły się zachwyty, "w racjonalnym nastawieniu Wokulskiego pojawiła się szczelina". Chociaż żaden fragment książki nie mówi wprost, aby Wokulski był religijny, O. Tokarczuk zauważa, że "prowadzi go instynkt religijny, silna potrzeba transcendencji, która wyróżnia go od "wydrążonych ludzi" jego czasów". 

       To co zasygnalizowałam to tylko wierzchołek góry lodowej, rozważań autorki, żeby w pełni doświadczyć tego, o czym ona pisze, warto sięgnąć po tą malutką książeczkę.  Na końcu eseju O. Tokarczuk zamieszcza "Hymn o perle" Miłosza, to właśnie do tej perły nawiązuje tytuł eseju.  
6/6

niedziela, 5 kwietnia 2020

Peter Zuckerman , Amanda Padoan "Pochowani w niebie. Niezwykła historia Szerpów i największej tragedii na K2"


   Parę tygodni temu przeczytałam "Bez powrotu. życie i smierć na K2" o tragicznych wyprawach na K2 w 2008r., a z racji tego że książka  pozostawiła we mnie spory niedosyt, znalazłam inną pozycję o tym dramacie. "Pochowani w niebie" pokazują, jak można pozornie  znany już temat przedstawić tak, że wydarzenia postrzega się już zupełnie inaczej. Do tej pory podczas opisywania wypraw całkowicie pomijani byli Szerpowie, można było co najwyżej znaleźć wzmianki, że w ogóle byli, ewentualnie że coś robili źle, albo że któryś z nich zginął. A gdy już zginął, media nie podawały nawet nazwiska, tak że rodziny mogły jeszcze przez wiele dni nie wiedzieć, czy czyjś mąż, ojciec, czy brat przeżył. Autorzy "Poległych w niebie" właśnie Szerpów uczynili głównymi bohaterami. I całość wygląda zupełnie inaczej. Punkt widzenia Szerpów na wyprawę nie zawsze jest mile widziany przez pozostałych, ale to Szerpowie najlepiej widzą butę i chamstwo niektórych wspinaczy. To właśnie Szerpowie dostrzegają nadal silnie występujący u białych rasizm i wiążące się z nim poczucie wyższości, nawet wtedy gdy uczestnicy wyprawy nie mają tego świadomości. 

    Autorzy opisują chociażby sytuację, gdy jeden z Szerpów już podczas wspinaczki bardzo poważnie zachorował, a był na tyle wysoko, że nie był w stanie samodzielnie zejść. Żaden z członków kilku wypraw nie wyraził chęci, aby pomóc, a wtedy jeszcze warunki były dobre, wszyscy byli w znakomitej formie, tyle tylko że szykowali się powoli do ataku szczytowego i konieczność udzielania pomocy mogła postawić pod znakiem zapytania wejście na szczyt. Co gorzej, gdy jeden z Szerpów zdecydował się na pójście na ratunek to nie tylko ostatecznie nikt do niego nie dołączył, ale ten ratujący przez 2 godziny chodził po bazie,  chcąc pożyczyć sprzęt do wspinaczki, nikt nawet tego nie chciał zrobić.  Autorzy dali pod rozwagę pytanie, czy ta sytuacja wyglądałaby tak samo, gdyby pomocy potrzebował np. Amerykanin  czy Norweg. Gdy wyprawa już się zakończyła, to do tej konkretnej sytuacji mało kto wracał, nie było roztrząsania, dlaczego nikt nie chciał pomóc. 

    Na K2 w 2008r. rozegrały się czyny niewyobrażalnie bohaterskie, ale miały też miejsce zwykłe świństwa. Przyjęty punkt widzenia pozwala na wgląd w motywy, jakimi kierowali się bohaterowie. Jeden z nich np. pomógł, bez cienia wątpliwości narażając się na śmierć, bo nakaz taki wypływał z wyznawanej przez niego z religii, w tym przypadku z islamu. Wiadomo, jak u nas postrzega się islam. Książka w wielu miejscach łamie utarte schematy myślenia.

   W porównaniu do "Bez powrotu", "Pochowani w niebie" są zdecydowanie lepiej napisani, dużo bardziej wciągają, jedynie za obszerne są fragmenty początkowe o Szerpach, ich pochodzeniu, sytuacji w regionie itp. Są zdjęcia, czarno -białe, ale lepsze takie, niż żadne, są mapki i szkice, a na nich naniesione bazy. Autorzy wykazali się też większą odwagą przy pisaniu. W "Drodze bez powrotu" autor bał się kategorycznych wniosków przy opisie sytuacji, które budzą kontrowersje z uwagi na sprzeczne wersje uczestników. Tutaj P. Zuckerman i A. Padoan również przytaczają źródła, ale zajmują stanowisko, analizując zapewne wcześniej te różne wersje. Przykładowo ledwo żywy wspinacz dowlókł się do obozu i próbował dostać nocleg we względnie, jak na tamte warunki, komfortowym namiocie z dwoma osobami. Po usłyszeniu "wynocha", co skazywało go na śmierć,  zajrzał do drugiego namiotu, gdzie było trzech mężczyzn, ale przyjęto go, chociaż wiadomo było, że wszyscy noc spędzą na siedząco, na położenie się miejsca już nie było. Autorzy nie bali się wprowadzić tego "wynocha" do książki. 

   Co więcej pokazane są też losy uczestników i ich rodzin po wyprawie. I nie ogranicza się to standardowych wzmianek rodzin tych, co zginęli, typu "to był wspaniały człowiek", czy "bardzo nam go brakuje" itp. Pokazane jest, jak trudne może być życie kogoś, kto przeżył, jakie wątpliwości ludzie ci mogą mieć i jak odnosi się do nich otoczenie, sugerując, że może czegoś zaniedbali, nie pomogli. Jeden z bohaterów np. się rozpił i zaczął przypominać menela. Jest też wzmianka o tym, jak to Koreańczycy, najbardziej butna wyprawa pod kierownictwem niebywale aroganckiego człowieka, odlatywała z bazy pod K2 śmigłowcami. Gdyby odeszli stamtąd tak, jak inni, a pieniądze na te śmigłowce przekazali rodzinom zmarłych, dzieci tych, co zginęli byłyby ustawione finansowo do końca życia.
5/6

   

piątek, 27 marca 2020

Agata Christie "Dom zbrodni"


     Królowa Kryminału pokazuje, jak bardzo mylnie możemy oceniać nawet tych ludzi, których w naszym mniemaniu najlepiej znamy, czyli nawet i członków własnej rodziny. Pozornie oczywiste wydaje się, że skoro mieszka się z kimś przez wiele lat, to wszystko jest już o tej osobie wiadome. Sama autorka wspominała, że to właśnie ta powieść jest jedną z jej ulubionych i że przez lata "chodziła za nią". A. Christie, będąca wyśmienitym psychologiem, aczkolwiek bez formalnego wykształcenia w tym kierunku, niewątpliwie miała świadomość, jak bardzo powierzchownie patrzymy na swoich bliskich i jak bardzo mylimy się, uważając, że wiemy, do czego są oni zdolni.
    W "Domu zbrodni" nie ma ani panny Marple ani Herkulesa Poirot`a. Śledztwo prowadzi policja przy wydatnym udziale dorosłego syna jednego z policjantów, zakochanego we wnuczce ofiary. A zamordowany został we własnym domu milioner Arystydes Leonides, będący w zaawansowanym już wieku i mieszkający z całą, niemałą rodziną w jednym domu. Pierwsze podejrzenie padło na młodą wdowę, a cała rodzina jak jeden mąż stanęła przeciwko niej. Przypisanie morderstwa właśnie wdowie byłoby dla wszystkich idealnym rozwiązaniem, uniknęłoby się dzięki temu wnikania pod powierzchnię tej rzekomo idealnej rodziny.
        Autorka pod tą powierzchnię jednak wnika, ale robi to tak, jakby otwierało się rosyjskie matrioszki, czyli drewniane lalki, włożone jedna do drugiej tak, że nigdy nie jest wiadomo, ile ich jest jeszcze w środku. Opisując postać najpierw przytacza opinię o niej innych osób i pierwsze, powierzchowne wrażenie, jakie ten ktoś robi na obcym. Przy drugim spotkaniu patrzy już wnikliwiej, dostrzega to, co dla innych dostrzegalne nie jest. Przykładowo wspomniana wdowa uchodziła za antypatyczną, sprytną cwaniarę, która zakręciła się przy bogatym dziadku  w wiadomym celu. Po rozmowie z nią okazało się, że jest autentycznie załamana, bezradna i samotna w domu, w którym wszyscy jej nienawidzili, a do tego narażona na pomówienia i inne akty wrogości. Gdy autorka ponownie się nią zajmuje na jaw wychodzi romans, prawdodobieństwo, iż jednak to ona jest zabójczynią, wzrasta więc. Ale jeszcze kolejne spojrzenia na kobietę pzowalają  dostrzec, że raczej dobrze czuła się w roli i żony i kochanki innego mężczyzny, było to romantyczne, dramatyczne, a do zabójstwa nie byłaby zdolna. Jak było naprawdę, nie zdradzę.
      Oczywiście ten sam manewr wnikania w czyjś charakter zastosowany został w odniesieniu do wszystkich bohaterów książki. Co więcej, Christie wzięła też pod uwagę, że do czasu zabójstwa poszczególni członkowie rodziny byli zależni od nestora rodu, nie mieli tak naprawdę kiedy sie usamodzielnić. Zabójca zabijając, mógł więc wykazać się cechami, których do tej pory nie ujawniał, do czasu zabójstwa wszytsko przecież toczyło się standardowo. 
  
    Christie pochylając się nad poszczególnymi postaciami do tego stopnia łamie schematy, że typując prawdopodobnego zabójcę, bierze pod uwagę, ze matka mogłaby zabić swoje dziecko. Tym razem nie dotyczy to milionera, tylko jego wnuczki, która prowadziła swoje własne śledztwo. Dziewczynka została potężnie uderzona w głowę. Autorka pisze, że "co rusz jakaś matka czuje nagłą niechęć do któregoś ze swoich  dzieci. Tylko do jednego, resztę może bardzo kochać. W każdym wypadku jest powód: jakieś skojarzenie, związek, ale trudno go wykryć. Kiedy jednak coś takiego istnieje, nichęć jest bardzo silna i nie podlega kontroli rozumu." Przypomniało mi się, że istniały podejrzenia, że dorosła córka Agaty Christie miała romans ze swoim ojczymem, drugim mężem autroki.  Wspominał o prawdopodobieństwie czegoś takiego Jared Cade w bardzo solidnej biografii pt. "Agatha Christie i jedenaście zaginionych dni", o której pisałam tutaj.
    Nie uważam "Domu zbrodni" za najlepszą książkę Christie, mimo masy zalet w innych powieściach narracja jest wnikliwsza, a tutaj jednak widać, że "Dom" pisany był w szalonym tempie. Brakuje tych detektywów, którzy są już znakami firmowymi autorki. Ale z cała pewnością warto.
4/6
  

czwartek, 26 marca 2020

Antoni Czechow „32 omdlenia” (czyli „Niedźwiedź”, „Oświadczyny” i „Historia zakulisowa”) – spektakl teatralny – „Teatr Polonia” Warszawa

Ilustracja

   
    To już ostatnie z zaległych przedstawień, oby szybko można było znowu chodzić do teatru. Tym razem również nie czytałam tekstu, ale gdyby komuś zależało, to mógłby poszukać i z pewnością znalazłby. Trzy krótkie sztuki, nazwane przez Czechowa  żartami, zebrane razem stanowią spektakl. Ostatnio chodziłam na sztuki współczesne, przerywnik w postaci klasyki sprzed ponad 100 lat pokazał, że mimo zupełnie innej formy i odmiennego stylu, śmieszy nas to samo co naszych pradziadów. 


     Trzy żarty to odrębne utwory sceniczne, grają w nich natomiast ci sami aktorzy. Pozornie wydaje się, że to zupełnie coś innego, niż komediowe sztuki współczesne. Poza innymi kostiumami aktorzy mówią innym językiem, bardziej wyszukanym, nie ma ogranych elementów z pomyłkami co do osoby i brania jej za kogoś innego. Nie ma jakichkolwiek wulgaryzmów czy scen w negliżu, chociażby minimalnym. Tempo jest wolniejsze, a komizm wynika z dialogów między postaciami. Bohaterowie są zdecydowanie mniej bezpośredni, niż współcześni. Ale poza tym, to się nie różnią od nas.


    W miarę oglądania okazuje się, że po wyeliminowaniu tej otoczki chodzi dokładnie o to samo, co i współcześnie, ludzie się zakochują w sobie, uwodzą, udają, toczą różne gierki. W „Niedźwiedziu” do wdowy przyjeżdża po zwrot długu nieznany jej wierzyciel jej męża. Początkowo on jest nieco arogancki, aczkolwiek w porównaniu do obecnego chamstwa, to pełna kultura. On chce odzyskać  dług, a ona udając obolałą i niekontaktującą ze światem  wdowę, chce go spławić. Dość szybko uświadamiają sobie, że ten pozorny przeciwnik im się podoba. Widzimy więc, jak kobiety uwodziły mężczyzn w XIX wieku, a wnioski płyną z tego takie, że gdyby spotkały się jakimś cudem dwie kobiety, jedna żyjąca obecnie, a druga ponad 100 lat temu, i miałyby uwieść mężczyznę, to walka między nimi byłaby wyrównana. I vice versa,  wierzyciel też zaczął się starać, aby zaimponować wdowie i aby ją zaintrygować swoją osobą, stosował różne techniki, raz był miły, potem uszczypliwy, prowokował, aż w końcu powoli zaczął się odsłaniać.  


   Podobnie jest i w dwóch pozostałych żartach, to znaczy dotyczą one innych sytuacji, ale wszystkie są zabawne, nawet nie wiedziałam, że Czechow może taki być. Gra aktorów, a gra K. Janda, J. Stuhr, St. Brejdygant jest wyśmienita i z pewnością najlepiej byłoby spektakl obejrzeć, ale w razie braku możliwości, albo dla przypomnienia, warto i poczytać.

5/6  

  


poniedziałek, 23 marca 2020

Graham Bowley „Bez powrotu. Życie i śmierć na K2”



 

   K2 jest najtrudniejszym na  kuli ziemskiej szczytem do zdobycia. G. Bowley dziennikarz, który nigdy się nie wspinał, opowiada o tragedii z 2008r., kiedy to na „Górze Mordercy” zginęło w tym samym dniu 11 osób, pochodzących z kilku różnych wypraw. I niestety, ale ta opowieść nieszczególnie mu się udała, z całą pewnością pod względem sposobu napisania nie wytrzymuje porównania z innymi książkami o górach. 


    Książkę czyta się źle i nie ma żadnego problemu, aby się od niej oderwać i to w dowolnym momencie. Dynamika wydarzeń ciągle się rwie. Autor opisał zarówno dzieje kilku tragicznych wypraw właśnie z 2008r., ale i historię zdobywania góry, co do zasady było pomysłem trafnym. Szkoda jednak, że wydarzeń wcześniejszych nie opisał w odrębnym rozdziale, tylko wpadł na idiotyczny pomysł przeplatania do pewnego momentu opowieści z 2008r. właśnie z dziejami innych wypraw. Opisując wydarzenia z 2008r. też bezustannie mieszał przebieg dramatu z informacjami o wspinaczach, ich rodzinach, doświadczeniu itp., a do tego opowiadał wszystko chronologicznie, czyli po opisaniu tego, co działo się z kimś o określonej godzinie opowiadał potem o tym, co robiły inne osoby w tym samym czasie, potem wracał znowu do tej osoby o której pisał wcześniej itp. Z racji tego, że osób uczestniczących w zdobywania szczytu było naprawdę dużo ciężko było się zorientować, co się naprawdę dzieje. Taki styl pisania byłby pewnie dobry, gdyby pisany był urzędowy dokument, a nie książka. Poza suchą relacją jest bardzo mało refleksji na temat tego, co się stało, czy chociażby nad ludzkimi postawami.  


      Idealnie z problemem opisania wydarzeń z udziałem wielu osób poradził sobie Jon Krakauer we „Wszystko za Everest.” Krakauer jest dziennikarzem i był uczestnikiem opisywanej wyprawy, a od jego książki nie sposób było się oderwać, pisałam o niej tutaj. On najpierw opisał wydarzenia  ze swojego punktu widzenia, a potem opowiadał, co działo się z tym czasie z innymi osobami. Informacje o wspinaczach zawarł we wcześniejszych rozdziałach, a nie w tym, których opisywał atak szczytowy.  

   „Broad Peak. Niebo i piekło” B. Dobrocha i P. Wilczyńskiego dotyczy z kolei wyprawy 4 osób, jest wręcz genialny, zawiera i refleksje i opisy wydarzenia, i szereg informacji o bohaterach i wiele informacji o kontrowersjach, a nawet wręcz burzy, jakie pojawiły się po tragedii. O książce pisałam tutaj i od niej też nie mogłam się oderwać. 

    Lektura nie jest całkiem pozbawiona sensu, są miejsca, kiedy robi wrażenie, przykładowo opisy wspinaczy, którzy podejmowali dramatyczne decyzje o niesieniu pomocy, narażając się przy tym na ryzyko śmierci. Godne jest też uwagi to, że autor już po zebraniu relacji pojechał pod K2 chcąc zobaczyć górę, której poświęcił tyle czasu, a dalej nie wiedział, po co ludzie na nią wchodzą, ryzykując życie. Napisał prosto: „K2 był niewiarygodnie piękny i piękno to wykraczało poza wszystko, co mogłem sobie wyobrazić.” Nie jest to oczywiście odpowiedź, bo jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Piękno kojarzy się z dobrem i prawdą, a wszystkie 3 razem z kolei z transcendencją. Może ci ludzie szukają transcendencji…

    Efekt lektury jest u mnie taki, że chciałabym przeczytać jeszcze inną książkę na temat tego, co się stało na K2, ta pozostawiła totalny niedosyt. 

4/6

piątek, 20 marca 2020

Tom Hillenbrand „Diabelski owoc. Kryminał kulinarny”




    Powieść nie świadczy co prawda o szczególnym kunszcie pisarskim autora, ale zdecydowanie czyta się ją lekko, a z uwagi na oryginalność tematu – świat restauratorów z wysokich półek,  nie można jej zapomnieć czy pomylić z jakąkolwiek inną pozycją. Oprócz tego jeszcze rzecz dzieje się głównie w Lichtensteinie i niespodziewanie to malutkie państewko jawi się jako miejsce z wieloma atrakcjami i godne zobaczenia. 

   Świat restauracji każdy zna głównie z różnych wizyt, podczas których chcemy, aby serwowane potrawy były smaczne, a życie i problemy restauratorów czy kucharzy raczej nikogo szczególnie nie obchodzą. Jak się okazuje, mało znany świat za kuchennymi drzwiami może nawet zafascynować. Hillenbrand dziennikarz i kucharz zarazem, opisuje szalenie ostrą rywalizację pomiędzy poszczególnymi restauratorami i walkę o zdobycie gwiazdki Michelina, w powieści nazwanej gwiazdką Gabina. Gdy ktoś startuje w tym wyścigu, pracuje po 16 godzin na dobę w większości stojąc, przechodząc od gorących pieców do zamrażarek i chłodni, niejednokrotnie kalecząc się podczas krojenia i parząc się przy próbowaniu potraw czy przy przestawianiu garnków. W godzinach szczytu klientów jest tak dużo, że zamówienia spływają niemal non stop, a każda wpadka może drogo kosztować, wśród klientów może być chociażby krytyk kulinarny, mający wpływ na przyznawanie gwiazdek. Dochodzi jeszcze do tego rywalizacja z koncernami spożywczymi, serwującymi śmieciowe jedzenie, przyprawione chemikaliami tak, że niejednokrotnie smakuje lepiej niż najbardziej wyszukane potrawy. Z racji tego, że mało kto może wytrzymać tak wielką presję, wielu szefów kuchni się narkotyzuje. Gdy któryś kucharz i właściciel restauracji zarazem z kolei chce normalnie żyć i nie zależy mu na różnych gwiazdkach, gotuje to, co uważa za zdrowe, pyszne i godne propagowania, to uchodzi z kolei za nieudacznika. 

     Różnych ciekawostek tego typu jest w książce sporo i jest to zarazem jej największy atut. Ciężko było mi odrywać się od lektury właśnie z tego powodu, sama akcja nie wydawała mi się już aż tak frapująca, ale w tego typu książce trudno jest rozdzielić wydarzenia kryminalne od różnych newsów o świecie restauratorów. 

     Wszystko zaczyna się od tego, że do restauracji głównego bohatera, niejakiego Xaviera przybywa incognito krytyk kulinarny i podczas przerwy w posiłku pada martwy. Prowadzony jest też wątek dziwnego człowieka, który przemierza puszczę w jednym z egzotycznych krajów i odbywa spotkanie z wodzem plemienia, który ma dla niego przygotowany nieznany dotąd owoc.  Jak się okazuje restauratorzy z najwyższych półek stale poszukują nowych smaków, a cena nie gra roli.

     Całość naprawdę jest godna polecenia – typu lektura lekka, łatwa i przyjemna, a dzięki niej można zapomnieć o otaczającej rzeczywistości, z koronawirusem łącznie.  

4/6.    

środa, 18 marca 2020

Ray Conney „Przedstawienie świąteczne w szpitalu św. Andrzeja” – spektakl teatralny – Och Teatr

 
Obraz znaleziony dla: Ray Cooney

     Udało mi się na szczęście na krótko przed zamknięciem teatrów obejrzeć 2 sztuki, obie świetne. „Przedstawienie świąteczne” jest lekką komedią współczesną, a Ray Conney najbardziej znany jest jako autor kultowego już „Mayday.” „Przedstawienie świąteczne” jest super zabawne, idealne na oderwanie się od rzeczywistości. Podobnie jak i w większości współczesnych komedii teatralnych szereg gagów związanych jest z pomyłkami co do osoby, czyli np. kochanka brana jest za żonę lub odwrotnie, wchodzę też w rachubę różne inne warianty pomyłek. Wydawać by się mogło, że chwyty te są już tak znane i ograne, że w żaden sposób nikogo śmieszyć już nie mogą, ale o dziwo śmieszą i to mocno. Nie wiem, jak to się dzieje, z pewnością jest to zasługa i samego tekstu, jak i reżyserii Krystyny Jandy, no i gry aktorów.  


      Miejsce akcji jest jak na komedię absolutne nietypowe, bowiem rzecz dzieje się w tytułowym szpitalu, a na dodatek w pokoju lekarzy. Szpital chyba nikomu nie kojarzy się z niczym miłym, ale w tym przypadku dzieją się w nim jedynie rzeczy śmieszne, a lekarze zajmują się wszystkim, za wyjątkiem leczenia pacjentów. Jednego z lekarzy odwiedza dawna kochanka, była pielęgniarka i wyznaje, że wychowuje od 18 lat jego dziecko. Sprawy się oczywiście mocno komplikują, bo na miejscu jest też żona. 


    Mimo tych ogranych gagów jest jednak element zaskoczenia. Kilka osób nieoczekiwanie zostaje wziętych zupełnie za kogoś innego, albo za osobe o zupelnie inncyh przymiotach i raptem okazuje się, że ta nowa sytuacja nie jest wcale dla nich taka zła. Z reguły ludzie boją się nowości i wolą tkwić w rutynie, żywiąc przekonanie, że wszystko inne jest lub może być gorsze. Ale gdy w tych nowych sytuacjach raptem się już znaleźli i patrzą na wszystko z innej perspektywy, a pierwszy szok mają za sobą, wszystko jest możliwe.

4/6

sobota, 7 marca 2020

Jakub Szamałek "Kimkolwiek jesteś"


   Świat wirtualny z jednej strony fascynuje, z drugiej zaś przeraża, bo wiadomo z grubsza, jak wiele złego można w tym świecie zdziałać. Jak to dobrze, że w końcu pojawił się ktoś, kto zna się na tym, jak mało kto, i jeszcze potrafi pisać. Jakub Szamałek pisze na szczęście powieści, a nie podręczniki. Książka jest rewelacyjna, godna polecenia absolutnie każdemu, wciąga zarówno sama intryga kryminalna, jak też i masa elementów odnoszących się do cyberprzestrzeni, a nawet i obserwacje psychologiczne czy socjologiczne. Całość napisana jest niezwykle przystępnie, proporcje pomiędzy intrygą kryminalną a dawkowaniem wiedzy cybernetycznej są idealne. Spora część wydarzeń ma związek z mediami społecznościowymi, pozornie więc może się wydawać, że nic nowego na ten temat nie można już powiedzieć, większość ludzi przecież funkcjonuje na facebooku, twitterze, czy innych podobnych serwisach. Jak się okazuje, nic bardziej mylnego, można dowiedzieć się naprawdę wiele, a wiedza ta momentami jest przerażająca. Poza intrygą kryminalną jest też sporo political fiction, i to najwyższym poziomie, typu "House of Cards".   

    Autor prowadzi równolegle 3 wątki. Jeden to dziennikarskie śledztwo Julity, znanej z pierwszego tomu, ale jak ktoś nie czytał tomu pierwszego, to nie ma problemu, może zacząć od drugiego. W tym przypadku określenie "dziennikarskie śledztwo" nie oznacza wymyślenia pseudoafery, to jest rzeczywiście fachowa robota, wymagająca olbrzymiej wiedzy o internecie, trop trzeba bowiem namierzać właśnie przez internet. Otóż została zabita i to na oczach widzów, internautów, dziewczyna pracująca w sex telefonie i jeszcze przed kamerą. Julita wie jedynie, że dziewczyna ta miała coś bardzo ważnego, czego poszukiwał zabójca.

    Drugi wątek, to kampania wyborcza, ale dotycząca szefa partii , która jest zaledwie na granicy wejścia do sejmu. Szefowa tej kampanii wraz z politykiem zadecydowali, że zdecydowana większość funduszy, około 90 %, zainwestowana zostanie na działania w internecie, głównie w mediach społecznościowych, a miało to polegać oczywiście na manipulacji internautami. Metody, jakie miały być stosowane, są opisane, ku jednak zaskoczeniu prowadzącej tą kampanię, polityk zdecydował się zaangażować firmę zewnętrzną, która ma jeszcze inny pomysł na wygraną, też oczywiście korzystając z manipulacji internautami na portalach społecznościowych. 

    No i jest jeszcze młody Białorusin, który podjął pracę w Warszawie na portalu społecznościowym jako ekspert od bezpieczeństwa. Awansował na to stanowisko, gdy wykrył sporą liczbę fejkowych kont z identyczną zawartością, a wszystko  wskazywało na to, że założyli je Rosjanie. 

     Wszystkie wątki są rewelacyjne, od książki nie można się oderwać. 

5/6
    
    

poniedziałek, 2 marca 2020

Lee Child "Czas przeszły" - audiobook, czyta Tomasz Sobczak

  
       O książkach z Jackiem Reacherem pisałam już wielokrotnie, chociażby tutajSeria z Reacherem jest wyśmienita, gdy czytelnik chce się oderwać od rzeczywistości i odpocząć, a ten tom jest niewątpliwie jednym z lepszych. Tak jak po Joannę Chmielewską warto jest sięgnąć, gdy chce się poprawić humor, tak Lee Child jest wręcz idealny do tego, aby nabrać energii, siły wewnętrznej i woli walki z wszelkimi przeciwnościami. No bo jak może być inaczej, skoro główny bohater właśnie taki jest? Jack Reacher jest już chyba mitem współczesnych czasów, nigdy się nie poddaje, nie jest bierny, jeśli zachodzi potrzeba, aby stanąć po stronie kogoś, komu dzieje się krzywda, robi to. Jest i inteligentny i wyśmienicie wysportowany, a to w rzeczywistości nie jest częste. 
 
     W tym tomie Lee Child wprowadził nastrój grozy, którego nie powstydziłby się sam Stephan King, z tą różnicą, że u Childa nie ma duchów czy innych zjawisk nadprzyrodzonych. Reacher zainteresował się historią swojej rodziny, zorientował się, że przejeżdża blisko misateczka Laconia, skąd pochodził jego ojciec i zdecydował, że znajdzie rodzinny dom, pogada z sąsiadami, może ktoś będzie pamiętał dziadka. O ile ojca znał doskonale, to z dziadkami nigdy nie miał żadnego kontaktu i to na dziadkach, a właściwie śladach po dziadku zależało mu najbardziej. Okazało się, że ustalenie czegokolwiek w tym zakresie jest znacznie bardziej skomplikowane, niż wydawało się to na początku.

    Ale to nie te kwestie są tutaj najważniejsze. Najbardziej przykuwa uwagę drugi wątek, a mianowicie pary młodych Kanadyjczyków, którzy jadąc z Kanady na Florydę, zatrzymali się w pobliżu Laconii w przypadkowym motelu. Początkowo wydawali się, a szczególnie chłopak, mało inteligentni, niezbyt zorganizowani, jechali zdezelowanym samochodem, któremu świeciły się wszystkie alarmowe lampki, a na dodatek zaczynało brakować benzyny. Przydrożna strzałka do motelu wydawała się wręcz błogosławieństwem. Szybko okazało sie, że w motelu coś jest nie tak, tyle tylko że nie wiadomo było dokładnie co. Dziewczyna była nieco bardziej spostrzegawcza i przede wszystkim miała większą intuicję, tak więc to ona jako pierwsza zaczęła się niepokoić, to ona wychwyciła różne kłamstewka właścicieli. Para dość szybko zorientowała się, że właściciele nie chcą ich wypuścić z motelu, przyczyny tego były, do pewnego momentu, zupełnie nieznane. Lee Child nie powiela tu schematu z "Misery" S. Kinga, akcja idzie w zupełnie innym kierunku.

      Gdy zbliża się już kulminacja wydarzeń, a Kanadyjczykom zagraża bezpośrednie niebezpieczeństwo, odzywają się w nich pierwotne siły, pierwotny instynkt, taki który mobilizował nawet i ludzi z epoki kamienia łupanego. Patty i Shorty przeistaczają się w wojowników. Jak zauważył autor, było tak, jakby w pewnym momencie Patty w ułamkach sekundy przeczytała zakurzoną instrukcję obsługi sprzed tysiącleci, instrukcję, wskazującą, co robić w tej konkretnej chwili zagrożenia. W tym przypadku potrzebna była i inteligencja i sprawność fizyczna.

     Tym razem wykonanie audiobooka jest bez zastrzeżeń, książkę się wręcz chłonie.
5/6


  

sobota, 29 lutego 2020

Andrea Camilleri "Wycieczka do Tindari" - cykl z komisarzem Montalbano tom 5


    Niepostrzeżenie cykl kryminałów z komisarzem Montalbano stał się jednym z moich ulubionych. Nie czytałam wszystkiego po kolei, ale kolejność w tym przypadku nie ma większego znaczenia. W tej serii jest wszystko, co kojarzy się z radością życia: humor, książki, czytane przez komisarza, dobre jedzenie, dobre wino, morze, słońce, a do tego dobro wygrywa. Dobro wygrywa nie zawsze w 100%, bo są przecież ofiary, jak to w kryminałach być musi, ale jednak ostatecznie triumfuje sprawiedliwość. Nie zawsze jest to sprawiedliwość w stylu posadzenia kogoś na ławie oskarżonych, bywa ona niekiedy specyficzna, ale jest. Bywają też i smutne momenty, ale dzięki temu ksiażki są prawdziwe, a bez tego seria byłaby kiczowata. Trudno wyobrazić sobie Sycylię bez mafii, tutaj też często chociażby w tle mafia się pojawia, co nie oznacza, aby książki opowiadały o porachunkach mafijnych.  

     Głównym atutem serii jest oczywiście komisarz Montalbano. Zaszufladkować się go nie da. Polubić jak najbardziej można. Jest inteligentny i wrażliwy, ma domieszkę neurotyka i samotnika, ale generalnie potrafi cieszyć się życiem. Z jednej strony jest zaangażowany w pracę i czerpie z niej satysfakcję, z drugiej dopadają go niekiedy chwile frustracji, gdy porówna się do znajomych, którzy zrobili kariery i nie narzekają na brak pieniędzy. W tym właśnie tomie zastanawia się nad swoim pokoleniem, które w 1968r. zaangazowane było w ruch hipisów, w bunt przeciwko porządkowi świata. Doszedł do wniosku, że poza dwoma osobami, które pozostały wierne ideałom młodości, reszta stała się "radykalanie dyspozycyjna", a znajomi przeskakują z lewicy na prawicę, i znowu na lewicę, i znowu na prawicę". "Nie udało im sie zmienić społeczeństwa, wobec czego sami się zmienili. Może zresztą w ogóle nie musieli się zmieniać". Montalbano ma lekki problem z upływającym czasem, ciężko mu pogodzić się faktem, że kończy 50 lat. Młodsi czytelnicy nie muszą się zrażać, bo kryzys wieku może dopaść nawet w okolicach 30 -tki. 

      Montalbano uwielbia dobre jedzenie i dobre wino, w tym tomie obok kilku innych bardziej wyszukanych potraw pojawia się znowu "danie ubogie", czyli kartofle z cebulą, długo gotowane, rozgniecione widelcem na papkę, obficie przyprawione czosnkiem, mocnym octem, świeżo mielonym pieprzem i solą. Jak zwykle mieszka sam, ale pozostaje w związku na odległość z Livią i rzeczywiście potrzebuje, aczkolwiek nie za często, szeroko pojętej bliskości z nią. Ale kocha też i samotne spacery i rozmyślania nad brzegiem morza, albo obok drzewka oliwnego. Zawsze lubi dobrą literaturę i coś czyta, niekiedy są to znane klasyki, tak jak tutaj "Lord Jim" i "Ja, robot" Asimova, kiedy indziej nieznane  u nas kryminały. W tym tomie przeżywał lekkie załamanie, bo jeden z policjantów, pracujących z nim, chciał zmienić miejsce pracy. Poczytał to za zdradę i doszedł do wniosku, że od tego czasu nic już nie będzie takie samo.   

    A co do samej zagadki kryminalnej, to szybko pojawia się jeden trup, młody człowiek, który wypadł lub został wypchnięty z okna, a oprócz tego ginie bez śladu małżeństwo starszych ludzi. Zanim te wątki się połączą, kwestia staruszków wybija się na pierwszy plan. Jest to wątek dość gorzki, ludzie ci byli totalnie samotni, z nikim nie utrzymywali kontaktów, a relacje z synem były głównie telefoniczne. Zdziwaczeli też i stali się skrajnie antypatyczni. To oni właśnie oni udali się do sanktuarium Czarnej Madonny w Tindari, w drodze zaś oglądali pokazy garnków itp. akcesoriów. Dla odmiany inni staruszkowie z tej samej wycieczki okazali się roześmiani i zdziecinniali. Pamiętać trzeba, że ten niewesoły portret starszego pokolenia nakreślił Camilleri, który w chwili pisania sam był w mocno zaawansowanym wieku. Gorzkie aspekty starości zręcznie pomieszał z humorem i wyraźnie dał do zrozumienia, że takie życie odludków staruszkowie wiodą na swoje własne życzenie.
6/6
  

środa, 26 lutego 2020

Seymour Blicker "Nie książka zdobi człowieka" - spektakl teatralny - Teatr Kwadrat