środa, 24 sierpnia 2016

Carla Montero „Szmaragdowa tablica” – audiobook, czyta Joanna Jeżewska

obrazek


Strasznie długi jest ten audiobook i strasznie nierówny. Podczas słuchania targały mną raz po raz sprzeczne odczucia. Z jednej strony  wciągał w inny świat, głównie gdy mowa była o dziełach sztuki, handlu nimi czy fałszowaniu ich, a w innych miejscach irytował niedorzecznie prowadzoną akcją lub indolencją autorki.  Jazda samochodem z nim wydawała mi się mimo wszystko jednak zawsze krótsza, bez względu na odległość i przyjemniejsza. To trochę tak, jak z różnymi durnymi serialami, gdy już ktoś się wciągnie, to ciężko jest zrezygnować i przestać oglądać.  

       Wydarzenia rozgrywają się w dwóch płaszczyznach czasowych. Współcześnie Ana, młoda Hiszpanka, historyk sztuki, kustosz w muzeum , otrzymała od narzeczonego Konrada propozycję, aby odnalazła obraz „Alchemik” Giorgonego, malarza wczesnego renesansu. Szukając go natrafiła na ślad rodziny Bauerów, do których niegdyś on należał, trop urywał się w czasie drugiej wojny. I część wydarzeń to właśnie te, które rozgrywają się podczas wojny, a główną ich bohaterką jest z kolei Sara, młoda Żydówka. Zarówno we współczesności, jak i wątku wojennym obie kobiety przeżywają romanse, szczególnie absurdalny jest romans Sary, zakochała się w oficerze SS, który przyczynił się do zabicia jej ojca. Na marginesie dodać trzeba, że nie istnieje dzieło „Alchemik” autorstwa Giorgonego, jest to wytwór wyobraźni autorki, ale to akurat nie jest wielkim problemem, w tym przypadku Montero zgrabnie z tego wybrnęła.  W książce jest to obraz, który widzieli tylko nieliczni.

      Szczególnie ciekawe wątki to właśnie te związane ze sztuką, bo autorka opisała zafascynowanie sztuką Niemców, głównie tych najwyżej postawionych, łącznie z Hitlerem i autentyczną obsesję na punkcie poszukiwań czegoś nadprzyrodzonego, co może zapewnić panowanie nad światem. Sam Giorgone był malarzem tajemniczym, jego obrazy można odczytywać na różne sposoby. Ana specjalizowała się właśnie w Giorgonem.

    Irytujące delikatnie mówiąc były dla mnie wątki , związane z wojną. Wiedza autorki jest porażająco niska, momentami żenująca, wydaje mi się, że żaden polski pisarz nie napisałby podobnych bzdur. W  niektórych fragmentach  miałam ochotę dać sobie spokój ze słuchaniem. Żaden Polak nie wymyśliłby chyba historii o Żydówce zakochanej w trakcie wojny w oficerze SS, który był „dobrym Niemcem” i z narażeniem życia własnego i swojej rodziny ratował Żydówkę. A jakby było jeszcze mało, to do pomysłu ocalenia Sary przekonywał samego Himmlera. Himmler zaś nie mając nic lepszego do roboty godził się na taką rozmowę i rozważał problem, czy Sara powinna być stracona, czy nie.  Szczytem idiotyzmu było wymyślenie stowarzyszenia, w skład którego wchodziło dwóch byłych niemieckich oficerów, ocalona Żydówka i Lew Trocki.  Przykłady nonsensów można mnożyć. Wiadomo, że Hiszpanów nie dotknęła druga wojna, byli wówczas świeżo po swojej wojnie domowej, ale żeby pisać takie bzdury, to już przesada.  To, co wymieniłam, to tylko przykłady tych bzdur. Jest ich dużo więcej.

    Nasunęły mi się od razu porównania z romansem wszechczasów, czyli z „Jeźdźcem miedzianym”, o którym pisałam tutaj. W porównaniu do „Szmaragdowej tablicy” „Jeździec” wydaje mi się teraz wręcz arcydziełem. W tamtym przypadku autorka miała wiedzę o realiach życia w Leningradzie w czasie wojny, można było sporo się nauczyć. I wciągał zdecydowanie bardziej.

    Interpretacja książki w wykonaniu Joanny Jeżowskiej jak to się mówi - może być. Nic nadzwyczajnego, ale mogło być gorzej. I nie mogę na zakończenie nie podnieść jeszcze jednej kwestii, zakończenie jest niebywale rozwlekłe, ciągnie się kilka godzin, miałam już dosyć.

3/6

niedziela, 14 sierpnia 2016

Lilian Jackson Braun - „Kot, który jadał wełnę”

Okładka książki Kot, który jadał wełnę           

Pisałam już kilkakrotnie o książkach Lilian Jackson Braun, a właściwie o jej serii o Qwillu i jego dwóch wspaniałych kotach. O całym cyklu i o pierwszym tomie pt. „Kot, który czytał wspak” pisałam tutaj i tutaj. Ostatnio w wolnej chwili zaczęłam znowu do całości wracać. Książki te nadal są dla  mnie fascynujące, ciepłe, pogodne a do tego zawsze jest, jak to w kryminałach bywa, morderstwo w tle.    

               W tomie drugim Qwill nadal jest dziennikarzem w tej samej miejscowości, co poprzednio. Zaledwie jednak dowiedział się czegoś o sztuce, redaktor naczelny zlecił mu, aby zaczął zajmować się wnętrzarstwem. O tym temacie, podobnie jak wcześniej o sztuce, Qwill nie miał pojęcia. Tego typu zmiany również powodują, że cały cykl tak bardzo mi się podoba. Qwill nie zajmuje się niczym wyjątkowym, ale tym, co jest w zasięgu ręki każdego człowieka.  Każdy gdzieś mieszka i nie chodzi o to, aby po lekturze książki, każdy stał się fanem magazynów wnętrzarskich. Ale zwrócenie chociażby odrobiny uwagi na tego typu sprawy z pewnością może podnieść komfort życia.  To samo właściwie odnosi się do tomu pierwszego. Nie każdy interesuje się sztuką, Qwill też po epizodzie „krytyka sztuki” również nie stał się fascynatem malarstwa. Ale zainteresował się nim i jego życie stało się jeszcze barwniejsze, okazało się , że na wyciągniecie ręki są różne fascynujące rzeczy. Odnośnie wnętrzarstwa, przykładowo jeden z jego znajomych, dekorator wnętrz, zaprezentował mu ciekawe spojrzenie na sposób urządzenia domów. Dla mnie było to dość nowatorskie, bo nigdy do tych spraw nie przywiązywałam wagi i zabrzmiało to jak abstrakcja, aczkolwiek bardzo intrygująca abstrakcja. Mianowicie zakomunikował mu , że pokaże mu „wystrój, w którym jest wyobraźnia i śmiałość, mniej konwencjonalnej gustowności, a więcej ducha”. Już samo takie podejście potrafi zaintrygować. Chociaż Qwill starał się, pisanie o tej tematyce sprawiało mu początkowo problemy, zbierał więc porady, np. aby nie pisał o draperiach – zasłonki. Ja z pewnością na zasłonki mówię zasłonki. W tym tomie nasz bohater, nadal nie mający własnego mieszkania, zamieszkał chwilowo w nowoczesnym apartamentowcu.

       W pierwszym tomie Qwill stał się raptownie opiekunem syjamczyka – Koko. W drugim tomie opisane jest, jak to kocurek zaczął stwarzać problemy, nie jadł, niszczył rożne przedmioty itp. Qwill jako początkujący opiekun miał spory problem, dopiero w nowej roli się odnajdywał. Kociarze domyślają się, co to oznacza. Kotek cierpiał z powodu samotności, Qwill często i długo przebywał poza domem. Qwillowi doradzono, aby znalazł drugiego kotka i problem się rozwiąże. Drugi kotek, a właściwie koteczka Yum Yum pojawiła się dopiero pod koniec książki i faktycznie problemy z Koko wówczas ustały. Od tego właśnie tomu przez cały cykl dziennikarz występować będzie w towarzystwie dwóch syjamczyków.  Szybko chwycił kociego bakcyla, w tym tomie zwierzył się Koko, mówiąc, że w obecnych czasach wszyscy musimy być konformistami, a jedyne niezależne istoty, jakie pozostały, to koty.

   W tym tomie występuje również, znany z tomu pierwszego kolega Qwilla, jego szef, Arch Ricker, kolega ze szkolnej ławki. On również występować będzie przez cały cykl.

      A co do historii kryminalnej z tego tomu, to zaczęło się od tego, że Qwill napisał artykuł o wspaniałej rezydencji, której właściciel kolekcjonował kamienie szlachetne, oprócz artykułu opublikowano też zdjęcia. Błyskawicznie doszło do kradzieży kolekcji, a żona właściciela zmarła w dość niejasnych okolicznościach.

               W tych to właśnie okolicznościach Qwill zaczął stawać na nogi po różnych życiowych zawirowaniach. Alkoholizm, bezrobocie, rozwód zaczęły coraz bardziej się oddalać. Zaczął coraz rzadziej myśleć, jak to świetnie było niegdyś być dziennikarzem śledczym. Pisanie o sztuce czy potem o wnętrzarstwie zaczęło go coraz bardziej wciągać. Wciągał się też coraz  bardziej w nowy dla niego, koci świat. Odnowił przyjaźń z Archem Rickerem. Nawiązał z innymi, nowo poznanymi osobami, np. z fotografem z gazety. Nie biadolił, że kiedyś tak świetnie mu się powodziło, zaczął się cieszyć tym, co miał tu i teraz. Jako dziennikarz, rozmawiający z ludźmi, nie mógł być egocentrykiem, koncentrował się na rozmówcy, a nie na sobie. Ciekawe są fragmenty, jak to robił, że ludzie szybko mu się zwierzali ze swoich problemów. No i nadal czytał książki.

5/6

  

niedziela, 7 sierpnia 2016

Piotr Zychowicz – „Żydzi”

Okładka książki Żydzi. Opowieści niepoprawne politycznie           

 
W dalszym ciągu skrupulatnie czytam Zychowicza i nadal jestem jego fanką. Pisałam już o „Obłędzie 44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując powstanie warszawskie” , Pakcie Ribbentrop – Beck” i o „Opcji niemieckiej”. Wspólny mianownik, jaki łączy te książki to głównie pisanie o rzeczach mało znanych  lub w ogóle nie znanych i szalenie kontrowersyjnych . Tak samo sytuacja wygląda z „Żydami”. Różnica polega na tym, że „Żydzi” są książką , na którą składa się zbiór tekstów historycznych, pisanych dla czasopism, w większości opublikowanych w ostatnich latach, jak również wywiady głównie z historykami różnych narodowości, również poprzednio już publikowanymi. Tym razem reklama mówi prawdę, rzeczywiście to ta książka Zychowicza jest najbardziej kontrowersyjna. Jest jeszcze bardziej kontrowersyjna, niż „Obłęd” , nie każdy interesuje się powstaniem warszawskim, a o Żydach każdy ma coś do powiedzenia, mniej lub bardziej sensownego. Nie jest to książka dla tych, którzy uważają, że w historii narodu żydowskiego nie ma żadnych białych plam, że zawsze wszystko było sprawiedliwie i świetnie. Ale nie jest to też książka dla antysemitów, przeczytawszy niektóre teksty będą srodze zawiedzeni. I wreszcie - książka wbrew pozorom nie jest tylko i wyłącznie o Żydach, traktuje ona o różnych kwestiach i postaciach, które mają lub miały związek z Żydami. Dotyczy i historii i współczesności. No i nie ulega wątpliwości, że całość jest dla miłośników historii, którzy mają o niej jakie takie pojęcie, autor nie tłumaczy chociażby,  co wydarzyło się 17 września.

        Teksty są zgrupowane w cztery rozdziały. Pierwszy to rozmowy z żydowskimi historykami o Żydach. Rozmówcy z racji od dawna głoszonych poglądów są wyjątkowo kontrowersyjni. Potem są już rozmowy o Żydach, ale nie z Żydami. Kolejny rozdział to „Komuniści, syjoniści, kolaboranci”. I rozdział czwarty dotyczy „Żydów a 17 września”. Część podjętych tematów jest szeroko omawiana i dyskutowana od dawna na łamach mediów , np. kwestia tego, na jaką skalę Polacy w czasie wojny  Żydom pomagali, a na jaką ich mordowali lub denuncjowali czy okradali. Ale są tematy mniej znane lub naświetlane zupełne inaczej, niż gdzie indziej.  A o niektórych tematach z kolei prawie w ogóle się nie mówi, bo już samo zainicjowanie go jest źle widziane i temu, kto nad nim się pochyla, przypinana jest łatka antysemity. Dotyczy to chociażby kwestii Żydów komunistów. A z kolei o 17-tym  września i odnoszeniu tej kwestii do postaw Żydów wobec wkraczającej czerwonej armii  nie mówi się w ogóle , mało kogo to w ogóle interesuje.

               A oto garść przykładów. W jednym z rozdziałów historyk amerykański żydowskiego pochodzenia profesor Finkelstein stwierdza, że Żydzi amerykańscy wymusili na mediach i na amerykańskich uczelniach taki punkt widzenia, w myśl którego tylko Żydzi mogą być pokazywani jako  naród, który ucierpiał w czasie wojny, przedstawiciele innych narodowości zaś mogą być ukazywani jedynie jako zabójcy lub denuncjatorzy. Gdy ktoś prezentuje inny pogląd nie zrobi kariery.

               Jeden z rozdziałów dotyczy Piusa XII, papieża z czasów wojny, powszechnie uważanego za antysemitę, który swoją rzekomą biernością wobec niemieckich zbrodni przyczynił się do śmierci wielu Żydów. Okazuje się, że było zupełnie odwrotnie, przytoczone są dane, z których wynika, że ocalił on olbrzymie rzesze Żydów. I całe szczęście, że jako głowa Kościoła nie zajął oficjalnego stanowiska w sprawie eksterminacji ludności żydowskiej, gdyby tak zrobił, błyskawicznie przestałby być papieżem i jakakolwiek pomoc byłaby już wówczas niemożliwa. Co zaskakujące, bezpośrednio po wojnie odbierał on wyrazy wdzięczności również od Żydów. A dlaczego w powszechnym odczuciu jest on odbierany jako antysemita i niemal poplecznik morderców? Według Zychowicza i materiałów, na które się powołuje, Pius XII „zawdzięcza” to specjalnej operacji propagandowej, zrealizowanej przez KGB, dla której była to jedna z form walki z Kościołem. 

       Inne kwestie to chociażby sprawa statku pasażerskiego St Louis, który przed wojną regularnie kursował pomiędzy Niemcami a USA. W maju 1939r.  na jego pokład wsiadło prawie 1000 Żydów, którzy mieli legalne wizy i uciekali przed zbliżającą się zagładą. Zamierzali oni wysiąść na Kubie. Okazało się, że Kuba zmieniła przepisy i anulowała wszystkie zezwolenia na  pobyt. Kapitan statku z Kuby popłynął więc na Florydę, ale  amerykańska straż przybrzeżna zatrzymała statek. Roosvelt chciał jak najdłużej być prezydentem, a społeczeństwo amerykańskie było wyjątkowo nieprzychylne przyjmowaniu Żydów, nikt nie zdecydował się na zmianę restrykcyjnych przepisów. Statek odprawiono więc z USA i musiał zawrócić do Europy, przywódcy państw europejskich okazali się w tym konkretnym przypadku mniej cyniczni od Roosvelta i kilku  z nich zgodziło się przyjąć Żydów. Tylko co z tego? Przeważająca większość tych Żydów zginęła  po wybuchu wojny. To skrajny przykład obłudy, o którym mało słychać.   

     Najciekawsze i najmniej znane kwestie znaleźć można w rozdziałach o komunistach, syjonistach i kolaborantach oraz o 17-tym września. Problem 17-ego września sprowadza się, generalizując,  do tego, że armia czerwona witana była przez Żydów entuzjastycznie, a co gorsze denuncjowali oni często Polaków. Szkoda, że w przeciwieństwie do tematyki obozów zagłady, getta itp. kwestii, o tym właśnie problemie nie ma żadnych merytorycznych dyskusji. Dobór rozmówców w wywiadach, przedrukowanych w „Żydach” jest taki, iż na łamach książki w pewnym zakresie można przeczytać  coś w rodzaju dwugłosu.

              Książki Zychowicza mają to do siebie, że czyta się je rewelacyjnie. Co z tego, że istnieją  prace naukowe historyków z tytułami naukowymi, skoro z uwagi na hermetyczny język i styl pisania, poza innymi pracownikami naukowymi mało kto je czyta. Jak już pisałam przy okazji innych książek tego autora, Zychowicz może drażnić, można się z nim zgadzać lub nie zgadzać, ale nikt podczas czytania nie nudzi się. Chociaż autor jest historykiem z zawodu, jego książki nie są pracami naukowymi. Dzięki temu może robić więcej, niż zawodowy historyk. Historyk z tytułem naukowym nie rozważa alternatywnych wersji historii, nie ocenia politycznych posunięć w kategoriach moralnych, niestety rzadko kiedy skupia się na tematach kontrowersyjnych, bezpieczniej dla niego jest konformistycznie zajmować się tematyką, która nie wzbudza wielkich emocji, dzięki temu nikomu się narazi.  Zychowicz zaś nie ukrywa swojego subiektywnego punktu widzenia, rozważa historie alternatywne. I dzięki temu go czytam.

6/6   

    

wtorek, 2 sierpnia 2016

Hakan Nesser „Karambol”

Okładka książki Karambol           


        Latem, szczególnie w upały, czytam więcej książek luźniejszych, niż zwykle. „Karambol”, kryminał z cyklu z komisarzem Van Veeterenem był lekturą wyjątkowo udaną. Od dawna nie czytałam tak bardzo wciągającej książki. Zajęło mi to dwa popołudnia, a gdy zaczęłam, wszystko inne musiało zejść na drugi plan, zburzyłam cały harmonogram różnych spraw, które miałam do załatwienia. Pod względem wciągania w lekturę ten tom był porównywalny chyba tylko z Lee Child`em. Zapomniałam o wszystkich innych sprawach i przez jakiś czas żyłam w świecie Nessera. Autor wymyślił nie tylko oryginalną akcję, ale i w równie oryginalny sposób o niej opowiedział. Nie doszukałam się w tej książce ani drugiego, ani trzeciego dna, ani nadzwyczajnych rozważań psychologicznych, ale jest to bez wątpienia rzecz bardzo dobrze napisana i dająca do myślenia.  

    Wydarzenia rozpoczynają się fragmentem, który opisuje, co robi „Mężczyzna, który wkrótce miał zabić” i co dzieje się „Chłopakiem, który wkrótce miał umrzeć”. Mężczyzna wsiadł do samochodu, będąc nietrzeźwym w fatalną pogodę, nocą i potrącił tego chłopaka. Znamy więc przebieg zdarzenia, wiemy mniej więcej, kim był zabity, nie wiadomo natomiast, kim jest kierowca, który zabił. Wkrótce potem zabójca zabił ponownie kolejną osobę, tym razem z zimną krwią. Dlaczego tak się stało, chętni przeczytają. Autor opisuje oczywiście poczynania ekipy śledczej, a czytelnik wie, czy ekipa ta zmierza w prawidłowym kierunku, komu z ekipy najlepiej idzie dedukcja.  

            A co do zabójcy to normalny człowiek, jakby się wydawało, w przeciągu kilku tygodni przeistoczył się w potwora.  Sam tak powiedział o sobie w końcowej scenie – „Jeszcze dwa miesiące temu byłem normalnym człowiekiem”. A może potwór w nim drzemał i czekał na okazję, aby się obudzić? Pierwsze wydarzenie w pewnym stopniu było przypadkowe, ale potem degrengolada moralna zabójcy postępowała w zastraszającym tempie. Czy z każdym innym by tak było? Pewnie nie. Ale czy na pewno? Jest się nad czym zastanowić. Jeden z bohaterów książki przypomniał teorię kul bilardowych . Każdy, tak jak i kule toczy się po gładkiej, równej powierzchni . „Prędkość i kierunek są ustalone, ale nie sposób przewidzieć, co stanie się, gdy się zderzymy i potoczymy w innym kierunku”.

      „Karambol” jest zdecydowanie lepszy od tomu „Jaskółka. Kot. Róża. Śmierć” tego samego autora. Tą drugą książkę czytałam jakiś czas temu i teraz nie byłabym w stanie jej opowiedzieć, zlała mi się w pamięci z innymi kryminałami. „Karambol” jest na tyle oryginalny, że nie sposób go pomylić z czymkolwiek innym. Sądzę, że nawet za parę lat będę w stanie go opowiedzieć. I to wciąganie czytelnika jest tak niepowtarzalne, że już za samo to warto „Karambol” przeczytać.

5/6

     

    

     

   

środa, 27 lipca 2016

Ian Rankin – „Święci Biblii Cienia”

      Jestem w trakcie poszukiwań kolejnego cyklu książkowego z detektywem czy policjantem w roli głównej. Został mi zaledwie jeden nieprzeczytany tom z Zygą autorstwa M. Wrońskiego i nie chcę się czuć jak sierotka pozbawiona ulubionej lektury i bez jakiegokolwiek zamiennika. Iana Ranikna nie czytałam dotychczas nic. Jak się okazuje, był to błąd, jest to pisarstwo zdecydowanie warte poznania.
       „Świeci Biblii Cienia” to jedna z chyba kilkunastu lub może nawet i dwudziestu powieści, rozgrywających się w Edynburgu  z policjantem Johnem Rebusem w roli głównej. Ten  konkretny tom odbierałam jako opowieść o przemijaniu i powolnym godzeniu się ( lub i nie godzeniu się) z upływem czasu i związanymi z tym zmianami w każdej dziedzinie życia.  Rebus powrócił z zawodowej emerytury. I jakby się ocknął z długiego snu. Świat dookoła wygląda zupełnie inaczej. Prawie wszyscy korzystają z komputera i internetu , on ma z tym problem. Jego pokolenie już jest jakby na wylocie. Jego szefową została znacznie młodsza od niego koleżanka. Sposób pracy w policji i metody są zupełnie inne, niż kilkadziesiąt lat wcześniej. Z ramienia półświatka miastem „rządzi” smarkacz, który dawniej mógłby być co najwyżej chłopcem na posyłki. Przykłady tych zmian można mnożyć. Rebus spotkał się dawnymi kolegami i raptem zorientował się, że tak naprawdę do końca ich nie znał. Każdy z nich coś przed nim urywał. Co ważne - Rebus jest samotnym mężczyzną, którego opuściła żona, a z dorosłym dzieckiem nie utrzymuje żadnego kontaktu, nie wiadomo, kim ono jest, gdzie mieszka itp. Wygląda na to, że niemal wszystko poszło u niego nie tak, jak z pewnością wcześniej by chciał.
     W tym tomie Rebus prowadzi śledztwo  w sprawie wypadku drogowego, który wydaje mu się podejrzany. Pozornie wszystko jest ok, ale dręczy go pytanie, dlaczego dziewczyna, będąca ostrożnym kierowcą, brawurową jazdą doprowadziła do wypadku. Równolegle do tego konieczne jest cofnięcie się do przeszłości, mniej więcej około 30 lat wstecz. Nasz bohater wówczas dopiero zaczynał swą karierę. W czasach współczesnych wyszło na jaw, że jego koledzy, policjanci, właśnie mniej więcej 30 lat wcześniej nagminnie łamali prawo, a niewykluczone że również dokonali zabójstwa.  Szefowa Prokuratury wpadła na pomysł, aby ponownie przeprowadzić jedno ze śledztw, to właśnie które rozpoczęło się 30 lat wcześniej. I właśnie w ramach tego nowego śledztwa zbadane będzie, jak mocno koledzy Rebusa naginali prawo i czy byli zabójcami. Podejrzenia takie są dla  Rebusa szokujące, nigdy czegoś takiego pod uwagę nie brał. No i ma dylemat, czy solidaryzować się bez względu na wszystko z kolegami, z którymi już sporo czasu nie ma kontaktu, ale z którymi sporo go łączyło, czy pomagać w nowym śledztwie, w trakcie którego prawda ma wyjść na jaw.
     Wielkim plusem powieści jest psychologia. „Święci Biblii Cienia” są powieścią refleksyjną, gorzką momentami, ale dającą bardzo dużo do myślenia. John Rebus jest postacią intrygującą. Jest niepokorny, kariery nie zrobił, ale jest błyskotliwy, uczciwy, lojalny, fascynuje się muzyką. W sylwetce Rebusa można się oglądać niczym w zwierciadle.  Każdy chyba, poza może nastolatkami czy 20 – to latkami ma róże doświadczenia z upływającym czasem. Nasz bohater jest samotny, nie ma rodziny ani jakichkolwiek przyjaciół, ma znajomych , którzy raczej nie zasługują na miano przyjaciół. Ale jest sobą, nikomu nie musi się podlizywać. I nie jest to postać kryształowa, ma na sumieniu różne grzeszki. Czy samotność mu przeszkadza, trochę pewnie tak, ale nie aż tak bardzo. Dlaczego tak się stało? Czy popełnił jakiś błąd? Każdy czytelnik może sam się zastanowić nad ta kwestią. Główny bohater to jeden z większych atutów książki. Jest i odpychający i przyciągający, nietuzinkowy. Nie podąża za modnymi trendami, nie podróżuje, Edynburg mu wystarcza. Wśród bohaterów charakterologicznie nikt nie jest czarno – biały.
       Nie będę na siłę wymyślać minusów powieści. Dla mnie jest nieco za gorzka. Ale jest dla Rebusa światełko w tunelu, poznaje kobietę, patologa sądowego, która mu się spodobała. Nie wiadomo, czy ten wątek rozwinie się w dalszych tomach pozytywnie, czy nie, ale szansa jest. Jest i szansa na przyjaźń.  Problem miałam jedynie z tym, że powieść mnie nie wciągała. Ale faktem jest, że czytałam ją na wyjeździe, będąc w towarzystwie, które permanentnie zajęte było różnorakimi dyskusjami. Obawiam się, że brak możliwości skupienia się nie działał na korzyść lektury, tym bardziej, że z reguły czytam  w takich warunkach, że nikt mi nie przeszkadza. Bardzo poważnie biorę pod uwagę to, że po zakończeniu czytania M. Wrońskiego, sięgnę po Iana Ranikna. U Camilli Lackberg przeszkadzało mi ostatnio strasznie, że jej bohaterowie są tacy jednoznaczni i przewidywalni, u Rankina tego problemu nie ma.
5/6

niedziela, 24 lipca 2016

Agata Tuszyńska „Oskarżona Wiera Gran” – audiobook, czyta Anna Polony


Obraz znaleziony dla: Oskarżona Wiera Gran Książka
    








 
             Zaczęło się od książki Al. Domańskiej – „Grzybowska 6/10. Lament”, o której pisałam tutaj gdzie autorka ustalając, co wcześniej mieściło się w bloku , w którym mieszka jej matka, natrafiła na  historię Jurka, który jako dziecko mieszkał w getcie warszawskim. Temat getta okazał się dla mnie wbrew wszystkiemu mało znany. I poszło jednym ciągiem, zainteresowałam się historią mało znanej śpiewaczki , Wiery Gran, która w tym samym czasie co Jurek, również mieszkała w getcie.

             Temat Wiery Gran zapowiadał się  wyjątkowo ciekawie. W okresie powojennym pojawiły się bardzo głośne pogłoski o tym, jakoby kolaborowała ona z gestapo i dzięki temu przeżyła getto. Plotki te spowodowały, że jej kariera zakończyła się przedwcześnie, grożono bojkotem koncertów lub prowokacjami,  koncerty więc odwoływano. I pieśniarka ostatecznie pod koniec życia zapadła na manię prześladowczą , cały czas wydawało się jej, że ktoś ją śledzi, konkretnie tym kimś miały być osoby, które opowiadały o jej kolaboracji z gestapo. Gran do końca życia zaprzeczała , jakoby była kolaborantką. Agata Tuszyńska miała , jak wynikało z recenzji jej książki, podjąć próbę ustalenia, jak to było naprawdę. Historia zapowiadała się szalenie ciekawie,  a do tego jeszcze książkę czytała Anna Polony, wydawało mi się że audiobook będzie  rewelacją. Rewelację się nie okazał, jak to często bywa, gdy spodziewamy się czegoś wspaniałego, przy wielkich oczekiwaniach, zamiast wielkiej rewelacji,  nadchodzi wielka klapa. Okazało się , że Agata Tuszyńska słowo „bezstronność” zna chyba tylko ze słownika, a Annę Polony momentami bardzo ciężko było słuchać. Ale po kolei.

          Gdyby nie wojna, Wiera Gran prawdopodobnie miałaby szansę na zrobienie międzynarodowej kariery jako śpiewaczka.  Gdy kariera zaczynała rozkwitać, wybuchła wojna , a wkrótce potem nasza bohaterka znalazła się w getcie, gdzie ……… nadal żyła ze śpiewania. Śpiewała w ekskluzywnej kawiarni, gdzie serwowano szampana i przeróżne smakołyki, a na publiczność w dużej mierze składali się żydowscy policjanci no i żołnierze niemieccy z różnych formacji. To są fakty którym nikt, nawet  A. Tuszyńska nie zaprzecza. Dookoła umierali ludzie, znaczna część z głodu. Wierze powodziło się znakomicie, na brak gotówki nie narzekała, ostatecznie po 1,5 roku udało się jej wydostać z getta. Po wojnie już twierdziła, że była bardzo empatyczna i przejmowała się losem innych, szczególnie losem dzieci żydowskich, dla których ufundowała w getcie przytułek, coś w rodzaju domu dziecka i  szpitala w jednym. Problem polega na tym, że nikt o żadnym przytułku, ufundowanym przez nią, nigdy  nie słyszał. Udokumentowane jest jedynie to, że Wiera uczestniczyła charytatywnie w paru koncertach. Całe dalsze życie Wiery, głównie na emigracji, sprowadzało się wyłącznie do prób powrotu do śpiewania, walce z pogłoskami o współpracy z gestapo i właściwie to wszystko, tak jakby czas dla niej stanął w miejscu i jakby nic innego nie było warte uwagi. Jej małżeństwo się rozpadło, a przyjaciół nie miała. Mimo tego, że była bogata, uznała że ani jeden człowiek nie jest warty tego, aby coś po niej odziedziczyć.

       Książka jest świetnym punktem wyjścia do frapujących rozważań psychologicznych. Wiera  jest przykładem życia niespełnionego i koszmarnego, co częściowo wynikało ze zrządzenia losu, a częściowo było to na własne życzenie. Pobyt w getcie i wywóz całej rodziny do gazu z pewnością dla prawie każdego człowieka, o ile by to przeżył,  byłyby niewyobrażalnym koszmarem. Tyle tylko, że Wierze w getcie naprawdę powodziło się znakomicie, a jedyną osobą, z którą była związana uczuciowo, była matka. Sama Wiera tak twierdziła.  Po wojnie teoretycznie miała szansę na w miarę normalne życie, takie życie wiódł przecież chociażby i Edelman i Szpilman. Wybrała, jak wybrała. Moim skromnym zdaniem, gdyby nie była tak bardzo skoncentrowana na sobie, miałaby szansę , aby nie żyć tylko przeszłością.  Ale jest to właśnie przypadek osoby, która o nikim , poza sobą, nie była w stanie myśleć. Szczegóły są oczywiście w książce, aczkolwiek trzeba uważnie ją czytać, czy słuchać, aby je wyłowić.    

               Poza losami samej Wiery w książce jest sporo ciekawych faktów, o których nie miałam pojęcia. Zaskoczeniem było dla mnie chociażby to, że Niemcy ogłaszali otwarte konkursy na sztuki teatralne o Żydach. W sztuce takiej należało wyśmiewać się z Żydów i przedstawiać ich w skrajnie negatywnych barwach.  Szokiem dla mnie było to, że na taki konkurs napływało sporo scenariuszy autorstwa Żydów i nie tylko. Jeszcze większym szokiem był fakt, że sporo aktorów zgłaszało chęć, aby w takiej sztuce zagrać, znaczna ich część  to byli właśnie Żydzi.  Tuszyńska całą sprawę skomentowała w ten sposób, że wszystkie te zachowania i literatów i aktorów, były czymś najnormalniejszym na świecie.    

           Dające sporo do myślenia są i inne kwestie, chociażby znajomość Gran i Szpilmana. Jak wynika z książki, w czasie pobytu w getcie Szpilman akompaniował jej na pianinie, gdy ona śpiewała. A później, gdy napisał „Pianistę”, nie wspomniał w niej o Wierze ani słowa.  Z czego to wynika? Historia jest zagadkowa, a ponieważ i Szpilman i Gran nie żyją, prawdopodobieństwo, że ktoś ustali przyczyny tego milczenia, jest znikome.  Tuszyńska snuje swoje domysły, oczywiście stawiające Szpilmana w niekorzystnym świetle. W internecie znalazłam informację, że rodzina Szpilmana pozwała w związku z tymi insynuacjami Tuszyńską do sądu.

            Dla mnie nie do przyjęcia był sposób przedstawiania wydarzeń przez Tuszyńską i skrajny subiektywizm na korzyść Wiery Gran. Nie jest to nawet ukrywane. Funkcjonowanie Wiery w getcie, śpiewy dla żołnierzy niemieckich i po śmierci rodziny, brak troski o kogokolwiek innego poza sobą, przedstawiane jest jako coś całkowicie naturalnego. Nawet takie są komentarze pisarki. Właściwie wszystko, co robiła śpiewaczka, spotyka się z aprobatą Tuszyńskiej. Każdy ma świadomość, że życie w tamtych czasach  było przerażające i trudno wybory, dokonywane w tamtych czasach oceniać z perspektywy życia we względnym luksusie kilkadziesiąt lat później. Ale gdyby Gran pomogła chociaż jednemu biednemu dziecku, jej sytuacja materialna i tak byłaby luksusowa. Tuszyńskiej ten problem nie zastanawia. Co więcej autorka wpadła już w coś w rodzaju obsesji na punkcie Wiery Gran. Gdy opisywała ostatnie miesiące jej życia w czymś w rodzaju domu opieki we Francji, wspomniała, że Gran wymagała opieki i pomocy we wszystkim. Gdy pielęgniarka się nią zajmowała, Gran ją zwyzywała wulgarnymi słowami. I do tego jest komentarz Tuszyńskiej o Gran - „Zawsze miała klasę”.  W podobnym tonie komentowała niechęć Gran do tego, by z kimkolwiek się zaprzyjaźnić, nawet w tym domu opieki. Tuszyńska zaangażowała się w pisanie tej biografii tak bardzo, że niemal cały czas pisząc o swojej bohaterce, używa jej imienia. Niby to drobiazg, ale już świadczy o podejściu Tuszyńskiej do opisywanej osoby i już samo to zasuwa wątpliwości co do obiektywizmu.

         Annę Polony czyta bardzo ekspresyjnie, jak na mój gust za bardzo. Podnosi głos, zawodzi, jęczy. I co najważniejsze - czyta dokładnie zgodnie z intencjami Tuszyńskiej. Przykładowo fragmenty, które są skrajnie subiektywne i kontrowersyjne, odczytuje tonem, który nie znosi sprzeciwu, kategorycznie. Przyjęcie takiego stylu przy czytaniu zamiast zmuszać słuchacza do myślenia i wyrabiania sobie własnych poglądów, prawdopodobnie miało czytelnikowi wmówić, które opinie są słuszne, a które nie.  Przykładowo fragment mniej więcej taki „czy czymś nagannym było, że Wiera zaśpiewała na prywatnym koncercie za pieniądze w domu oficera ss”,  można odczytać dwojako.  Pytająco, z namysłem, aby słuchacz choć przez chwilę mógł rozważyć tą kwestię. I można to zrobić tak, jak to zostało zrobione, wrzeszcząc agresywnie tak, jakby sama wątpliwość w tym zakresie była czymś absolutnie nienormalnym.

       Gdyby nie ten skrajny subiektywizm, książkę z pewnością oceniłabym wyżej.

4/6

poniedziałek, 11 lipca 2016

Camilla Lackberg „Pogromca lwów”

Okładka książki Pogromca lwów          

          „Pogromca lwów” jest dla mnie szalenie pozytywnym zaskoczeniem. Nie przepadałam za Camillą Lackberg, i nadal nie mogę się przekonać do celebrytki, która  uczyła się pisania książek na kursie. Przeczytałam kilka lat temu „Księżniczkę z lodu” autorstwa właśnie Lackberg. Pamiętam, że pozbawiona była jakiejkolwiek głębi, owszem, było to miejscami ciekawe, ale nic ponadto. Było to coś w stylu „przeczytać” i „zapomnieć”. Jedynie , co wydało mi się nawet fascynujące, to Fjaallbacka, czyli rodzinna miejscowość Camilli, małe , urokliwe, nadmorskie miasteczko. Widziałam gdzieś w gazecie zdjęcia z Fjallbacki, a że mam słabość do nadmorskich miasteczek, to mnie uwiodło. Po „Pogromcę lwów” sięgnęłam trochę przypadkowo, wychodząc z założenia, że będzie to lekkie, łatwe i przyjemne.  Jest to rzeczywiście lektura z jednej strony lekka, ale z drugiej  jednak z głębią i mimo wszystko dająca do myślenia.

      Wydarzenia rozgrywają się w kilku miejscach i w kilku różnych czasach. Współcześnie zaczęły ginąć młode dziewczyny, nastolatki z okolic nadmorskiego miasteczka. Jedna z nich znalazła się, ale zginęła pod kołami samochodu, a jak się okazało, na ciele miała ślady licznych obrażeń, które nie pochodziły z wypadku. Patrik, miejscowy policjant prowadzi w tej sprawie śledztwo. Sprawą jest też zainteresowana Erika, jego żona, pisarka. Erika pisze książkę o z zbrodni sprzed wielu lat, kiedy to żona zabiła męża, a śledztwo wykazało, że oboje małżonkowie znęcali się wcześniej nad córeczką. Morderczyni siedzi w więzieniu , a Erika ja odwiedza, licząc na to, że tamta powie jej coś ciekawego.

   W powieści przewija się sporo wątków, różnych mieszkańców Fjallbacki i okolic, początkowo trudno jest domyślić się, jakie mogą być pomiędzy nimi powiązania. Mam zwyczaj podczas czytania kryminałów, że raz na jakiś czas zastanawiam się, kto może być zabójcą lub mieć jakikolwiek związek ze zbrodnią. W tym przypadku dość trafnie podejrzewałam jedną osobę, ale jak się okazało, zagadka była dość zawiła, konieczne było cofanie się wstecz do zupełnie innych wydarzeń. W sprawę zamieszanych było więcej osób i zakończenie było dla mnie ostatecznie wielkim zaskoczeniem. Wyjaśnienie, co konkretnie łączyło różne osoby było dość szokujące.

    W „Pogromcy lwów” przewija się stale motyw zła, prawdziwego zła. Lackberg stawia nawet tezę, że ktoś może być zły bez przyczyny, że nie ma potrzeby analizowania dzieciństwa czy innych traumatycznych przeżyć. Ktoś może być zły po prostu dlatego, że się taki urodził i nic już na to nie można poradzić. Osobiście nie jestem pewna, czy coś takiego jest możliwe, według mnie musi być jakiś defekt genetyczny, albo neurologiczny lub coś podobnego. Ale to kwestia dyskusyjna, autorka nie drąży tego wątku jeszcze głębiej i nie bawi się w lekarza, chociaż może trochę szkoda.

          Ku mojemu zaskoczeniu w tekście jest sporo spostrzeżeń natury chociażby psychologicznej, wartych zastanowienia. Chociażby, że „zło jest obok dobra, wśród ludzi, którzy zakładają sobie klapki na oczy, albo zamykają je, aby nie widzieć tego, co mają przed nosem”, i że „z klapkami na oczach życie jest znacznie łatwiejsze”.  Kolega Patrika, Martin, z kolei jest w żałobie po śmierci żony, fragmenty o nim są naprawdę  warte uwagi. Zaskoczyło mnie też  jeszcze inne spostrzeżenie Eriki, czyli w pewnym sensie alter ego autorki, gdy zamyśliła się nad tym, że jest pisarką i nie chodzi do pracy. Nie myślała wcale o tym, że chciałaby chodzić do pracy i mieć kolegów, świetnie czuła się we własnym towarzystwie. Byłam zaskoczona , że Lackberg jest zdolna do takich refleksji. Ciekawe były też fragmenty o siostrze Eriki , Annie, która dawniej była pełna życia, wesoła, a potem ciosy, które na nią spadły, odebrały jej radość życia. W odniesieniu jeszcze do innej osoby, zastanawiąjące było, jak mogła dopuścić do pewnych wydarzeń. Jak mogło się stać, że to co, nienormalne, powoli stawało się normalne. I w tym dziwnym funkcjonowaniu w takich warunkach, ludzie zmieniali się tak, że potem sami siebie nie mogli poznać. Jak widać, nawet w kraju dobrobytu, gdzie niemal nie było wojen, na pewno nie  takich, jak w centrum Europy, można obserwując uważnie otoczenie, mądrzeć nawet i bez ekstremalnych warunków. Inna z bohaterek przeżyła śmierć ojca w wypadku. Od tego czasu widziała, śe coś może toczyć się normalnie, a potem w jednym momencie zmienić.

     Nie mogę się przekonać do Lackberg w dalszym ciągu. Cały czas odstrasza mnie jej życiorys, np. małżonkowie – zwycięzca programu telewizyjnego , albo kolejny – model. Chociaż przy lekturze książek nie powinno to mieć znaczenia. Jak dla mnie Eryka czy  Patric są mimo wszystko zbyt prości  charakterologicznie. Może za bardzo przyzwyczaiłam się do różnych detektywów, skomplikowanych popaprańców. Ale tamci są ciekawsi, sięgając po książkę zastanawiam się, co im się przydarzy, a tu  u Eriki czy Patrika  nic się nie wydarzy.   Mimo całej mojej niechęci , czy nawet i uprzedzenia do Lackberg, musze stwierdzić, że jej książka jest zdecydowanie lepsza, głębsza i ciekawsza niż „Czytanie z kości” Szamałka, który dostał Nagrodę Wielkiego Kalibru.

5/6

piątek, 8 lipca 2016

Marcin Wroński „Haiti”

Okładka książki Haiti           

  
Kończę właśnie swój ulubiony cykl z komisarzem Zygą Maciejewskim. Ponieważ nie czytałam poszczególnych książek w kolejności, po przeczytaniu „Haiti” został mi tylko jeden nieprzeczytany tom – „Portret wisielca”. Nie wiem, kiedy pisarz napisze kolejny tom, z jednej strony chciałabym, aby nastąpiło to szybko, z drugiej zaś wiem, że dobra powieść wymaga trochę czasu, szczególnie gdy trzeba wgłębiać się w historię określonego okresu, czy historię miasta. Pisałam już wielokrotnie o tym cyklu. Jest mroczny, bez happy endów, ale z przebłyskami humoru, z reguły toczy się w dwudziestoleciu międzywojennym, niekiedy w czasie wojny lub tuż po jej zakończeniu, czasem w kilku płaszczyznach czasowych i prawie zawsze w Lublinie lub najbliższej okolicy. Jest to idealna rzeczy dla miłośników powieści kryminalnych i dla fascynatów historii.

        Z cyklem powieściowym jest trochę tak, jak z serialem, im więcej się go czyta, tym bardziej wciąga. Tak jak i w serialu, jedne tomy podobają się bardziej, inne mniej, ale co do zasady tolerancja do tych ciut słabszych jest większa, niż w przypadku pojedynczych, odrębnych  książek. W przypadku „Haiti” jest to jeden z najlepszych tomów. Podczas czytania cyklu zwraca się większą uwagę na bohaterów drugiego planu. W tym tomie np. rozwiązana jest zagadka , dlaczego inny policjant, Witek Fałniewicz, nigdy się nie ożenił. W wątku uczuciowym Zygi obserwujemy, jakie mogą być konsekwencje,  gdy kobieta wyjeżdża na samotne wakacje.

           Tytułowa Haiti to piękna klacz wyścigowa, w stajni której odnaleziono  martwego mężczyznę z odciskiem kopyta na głowie. Sekcja zwłok wykazała, że zmarł od uduszenia, gdyż ktoś wepchnął mu do gardła medalion z portretem nieznanego mężczyzny z XVIII wieku. Ślad podkowy na twarzy , jak się później okazało, nie należał do Haiti. A tożsamości zamordowanego mężczyzny nikt nie znał. Te wydarzenia rozgrywają się w 1938r., w Lublinie oczywiście. Ale jest drugi wątek, z roku 1951. W tym drugim wątku Zyga , bez cienia wątpliwości alkoholik , pracuje jako stróż i pilnuje właśnie m. in. Haiti. Jest też trzecia płaszczyzna czasowa, rok 1920. Do tej ostatniej bohaterowie muszą często wracać myślami. W tym właśnie roku w czasie wojny polsko – bolszewickiej wydarzyło się coś, co doprowadziło do zabójstwa w stajni Haiti 18 lat później.

   Jak to zwykle u Wrońskiego bywa, nic nie jest czarno – białe, nawet legioniści i żołnierze walczący z Sowietami nie byli ideałami. W wielu wypadkach byli bohaterami, ale zdolni byli też i do innych rzeczy. Zyga będzie musiał więc ustalać, co wydarzyło się w 1920 roku i za wiele więcej nie można powiedzieć.

       W tym tomie historia odgrywa kolosalną rolę. W każdym tomie cyklu Zyga rozwiązuje zagadkę w innym środowisku, raz np. wśród ziemiaństwa, innym razem wśród biedoty żydowskiej i in. Środowisko, z jakim styka się Zyga w tej właśnie powieści, to byli wojskowi, dla których historia dawnych lat cały czas żyje. Jeden z epizodów tamtej wojny, w czasie którego jego dowódca zachował się podle, wspomina także i Zyga. Witek Fałniewicz zaś nie może w 1938r. pojąć , dlaczego zaczęły nagle do niego w snach wracać koszmary wojenne . Teoretycznie przecież wraz z upływem czasu koszmarne wspomnienia  powinny blednąć lub zanikać, a nie wracać ze zwielokrotnioną siłą. Jak się okazuje, nie wszystkie regułki i teorie psychologiczne się sprawdzają.

     Opowiedziana historia jest bardzo indywidualna, nie ma tu żadnych afer gospodarczych, jest zabójca i jest ofiara. Lubię takie kameralne opowieści, na dodatek z historią w tle, dla mnie jest to więc plus.

       Zauważyłam, że w cyklu o Zydze najlepsze są najbardziej mroczne opowieści. Ta do takich należy. Demaskuje bohaterskie mity, a to co się dzieje w 1951 r. z Zygą i nie tylko, może być koszmarnym symbolem tamtych lat.  Wroński pochyla się tez nad losem zwierzęcia. Do tej pory brakowało mi trochę w jego książkach psa czy kota, taki książkowy zwierzak uwrażliwia czytelników na losy innych zwierząt. Teraz pojawił się koń i to rekompensuje tamte braki.

          Kupię szybko „Portret wisielca” i z pewnością będę wracać do Zygi, kiedyś przeczytam wszystkie powieści z Zygą drugi raz. Czekać będę też na dalsze tomy. Ale zaczynam też szukać innego cyklu, z innym bohaterem. Do tej pory jakoś poza Wrońskim, żaden autor kryminałów nie zachęcił mnie, abym przeczytała wszystkie tomy, jakie napisał. Nie liczę trylogii „Millenium” Larssona , to jak dla mnie za mało na cykl.

6/6

wtorek, 28 czerwca 2016

Marek Rybarczyk „Tajemnice Windsorów”

    


Idealna książka na lato, na upał, czyta się lekko.  Tematyka pozornie jest błaha, wyglądać to może początkowo na ploteczki z życia rodziny królewskiej. Ale to bardzo mylne wrażenie, pod pozorem lekkiej opowieści, nawet plotkarskiej, autor niekiedy niezauważalnie dla czytelnika podejmuje poważniejsze watki, np. sens istnienia monarchii . Marek Rybarczyk zna się na rzeczy, jest dziennikarzem, wieloletnim  korespondentem piszącym właśnie z Wielkiej Brytanii. Całość podzielona jest na rozdziały, ułożone nie do końca chronologicznie, sporo jest o okresie jeszcze sprzed II wojny , najwięcej jednak o czasach współczesnych, począwszy od panującej królowej Elżbiety, a skończywszy na Wiliamie i Kate.   Generalnie autor stawia tezę, że rodzina królewska jest szalenie obłudna w tym sensie , że udają świętoszków, niezłomnych, kryształowo uczciwych itp., a w rzeczywistości są jeszcze gorsi od zwykłych obywateli, w zmanierowaniu nikt im nie dorówna. Poza całą masą skandali, która już wyszła na jaw, jest jeszcze szalenie dużo takich, które udało się zatuszować, a które na szerszym tle on przedstawia.   

       Odnosząc się do przykładów, aby zobrazować podejście do tematu. Za życia księżnej Diany jeden z radioamatorów przypadkowo wykrył w eterze rozmowę pomiędzy Karolem a jego kochanką Kamillą Parker – Bowles. Rozmowa ta była kompromitująca dla księcia, mocno erotyczna. Wydaje się, że to zwykła ciekawostka, rodem ze współczesnego pudelka. Ale autor odkrywa drugie i trzecie dno tego wydarzenia. Rozmowa odbyła się rok przed jej „odkryciem”. Jak to jest możliwe, aby ktoś ją „odnalazł” w eterze post factum i to po takim czasie? Rybarczyk stawia hipotezę, że służby brytyjskie nagrywały  wszystkie rozmowy różnych członków rodziny królewskiej, a potem działając na czyjeś polecenie, puściły to w wybranym momencie w eter w taki sposób, aby ktoś to „przypadkowo odkrył”. Czyje to mogło być polecenie? Rozważa nawet królową, bo wiadomym jest, że uważa ona, iż Karol  nie nadaje się na króla. A im bardziej będzie on skomplikowany , tym większa szansa, że może po niej ster władzy przejmie ulubiony wnuk Wiliam. Ale gdyby nawet pominąć kwestię, dlaczego ktoś tą rozmowę umieścił w eterze, pozostaje pytanie, czy Karol, opowiadając takie kompromitujące bzdury przez telefon, jest odpowiedzialny i nadaje się na króla?
  
  Omówiona jest też afera z Edwardem VIII i Wallis Simpson, kiedy to  „z miłości do tej kobiety” Edward zrzekł się tronu. Jest to bzdura. Edward VIII był wyjątkowo mało inteligentny, sympatyzował z faszyzmem, krążyły nawet teorie, że był niemieckim szpiegiem . Z pewnością mógł być manipulowany przez  Niemców. Premier już od dawna miał problem z Edwardem, a najsensowniejszym wyjściem było , aby zgodził się na abdykację.  Jak to zrobiono, że wyraził na to zgodę, można poczytać.

      Książkę czyta się lekko głównie z powodu stylu, w jakim została napisana, sporo jest też zdjęć, szczególnie z czasów Karola i Diany, Kate i Wiliama. O dzieciach tej ostatniej pary właściwie nic nie ma, w trakcie pisania książki Kate dopiero spodziewała się dziecka.  Dobrym pomysłem były drzewa genealogiczne na tylnych stronach okładek. Jedno dotyczy czasów wcześniejszych,  zaczyna się od królowej Wiktorii, a na samej górze jest m. in. Elisabeth Bowes-Lyon, czyli matka obecnej królowej. Drugie drzewo od tej ostatniej się zaczyna . Sporo tematów jest znanych chociażby z mediów czy z filmów, np.  „Królowa” o Elżbiecie II, „Jak zostać królem” o dziadkach Elżbiety , szczególnie o jąkającym się Jerzym VI, „Diana”, „Jej wysokość Pani Brown” o królowej Wiktorii. Rybarczyk o tych filmach nie wspomina, ale trudno w trakcie czytania o nich sobie nie przypomnieć.  Każda historia w książce jest jednak potraktowana głębiej. W filmach nie ma za bardzo takich możliwości.
  
Autor nie ukrywa swoich sympatii, moim zdaniem raczej zgadza się co do oceny osób z królową, budzi to emocje, bo czytelnik swoje sympatie może lokować inaczej. Moje wątpliwości wzbudziła bardzo negatywna ocena właśnie Karola, bynajmniej nie z tego powodu , że zdradzał Dianę.   Autor jego tez uważa za niezrównoważonego, śmieszne i dziwaczne wydaje mu się np. to, że interesuje się on alternatywnymi metodami leczenia nawet przy bardzo ciężkich chorobach. Ja z kolei takie zainteresowania oceniałabym na plus. Ale dzięki tym emocjom lektura nie jest nudna.

4/6

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Jakub Szamałek „Czytanie z kości”

  Okładka książki Czytanie z kości           


Sięgnęłam po „Czytanie z kości” z powodu nagrody, jaką ta powieść dostała.  W tym miesiącu Jakub Szamałek za „Czytanie z kości” otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru, czyli najważniejszą i najbardziej prestiżową zarazem nagrodę dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej roku . Do nagród podchodzę z dystansem, ale w przypadku Wielkiego Kalibru rzeczywiście nagradzane są pozycje wartościowe, mój ulubiony Marcin Wroński też ja otrzymał i to trzykrotnie , tzn. w jednym przypadku była to nagroda od jury, a w dwóch od czytelników.  Jeżeli ktoś w dalszym ciągu uważa, że kryminały to powieści klasy B czy C, powinien w końcu przeczytać coś nagrodzonego Wielkim Kalibrem, a prawdopodobnie potem zmieni zdanie.

               Książka napisana jest sprawnie, nudzić się w trakcie czytania nie można, można za to oderwać się od rzeczywistości. Wydarzenia toczą się w dwóch płaszczyznach czasowych, w starożytności i współcześnie.  Część starożytna rozgrywa się nieopodal Rzymu, w krainie Etrusków, zaś współczesna wśród archeologów. Czytając można sporo dowiedzieć się o starożytności i o archeologii.  Autor jest z wykształcenia właśnie archeologiem, ukończył Uniwersytet w Oxfordzie, doktoryzował się w Cambridge. Poza historią i archeologią jest jeszcze troszkę dających do myślenia spostrzeżeń psychologicznych. Nie jest możliwe, aby podczas czytania, czy już po przeczytaniu, nie pomyśleć chociaż chwilę o mechanizmach, rządzących dziejami, o tym, czy istnieje coś takiego, jak przeznaczenie. I można się troszkę nawet i pośmiać, humoru nie brakuje.      

      Wątek starożytny rozgrywa się w 421 r. p. n. e., kiedy to  Leochares otrzymał zlecenie ustalenia i odnalezienia zabójcy króla Etrusków. W chwili gdy zlecenie dostawał w jego życiu działo się bardzo źle. Z żoną nie rozmawiał normalnie od paru lat, stracił warsztat złotniczy i nie miał z czego żyć. Zlecenie dał mu osobiście syn zamordowanego króla. Leochares wyruszył z nim w podróż do miejsca zbrodni, gdzie zaczął węszyć i szukać.  Król dwa dni przed zabójstwem odbył tajemniczą podróż, a oficjalnie udawał, że był na polowaniu. Tropów było sporo.

     Część współczesna z kolei  rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, gdzie kilku archeologów bada zagadkę tajemniczego szkieletu. Szkielet, a także sposób pochówku są nietypowe. Człowiek po którym został ten szkielet, musiał wieść ciekawe życie , imał się wielu zajęć, nie ulega wątpliwości, że został zabity. Archeolodzy , a szczególnie Inga Szczęsny, usiłują ustalić wszystko, co tylko jest możliwe.  Ustalili, czym ten mężczyzna się zajmował, ile lat miał w chwili śmierci, jak zginął, na co chorował itd. Mimo takich możliwości pewne rzeczy są nie do ustalenia, snują wiec domysły co tych kwestii, których zbadać nie można.

       „Czytanie z kości” to gigantyczna dawka wiedzy o starożytnych Etruskach. Osobiście nie za wiele o nich wiedziałam, najpierw kojarzyłam jedynie, że  Klaudiusz z „Ja Klaudiusz” R. Graves`a pisał ich historię. Frances Mayes autorka „Pod słońcem Toskanii” gdy tylko zamieszkała we Włoszech,w Cortonie,  odnajdowała ślady po Etruskach , co m. in. opisała w swojej książce. Szamałek powiedział o nich znacznie więcej, najbardziej zadziwiający był ich fatalizm i wiara w rozmaite znaki, ubierali się kolorowo, z naszego punktu widzenia byli takimi trochę dziwakami. O Etruskach nie sposób mówić bez odwołania się do starożytnego Rzymu. Etruskowie przegapili moment, kiedy to , jak mówili wioska położona na 7 wzgórzach rozrosła się i zaczęła stanowić dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo. Ciekawie prowadzony jest wątek , nazwijmy to mechanizmu, jakim rządzi się historia. Etruskowie gdy już zdali sobie sprawę z powagi sytuacji, tzn. że Rzym ich pokona i wchłonie, rozważali różne warianty   zachowania: dogadanie się z wrogiem i próbę wynegocjowania najlepszych warunków pokojowych lub straceńczą walkę.  Nawet w tamtych czasach wiadomo było, że wygrać nie mogą, wobec potęgi Rzymu byli niczym. To świetny, historyczny przykład upadku państwa, któremu w pewnym momencie nie można było już zapobiec. Chociaż państwo to chyba niezbyt adekwatne określenie. Mówi się często w kontekście takich upadków o imperium Majów czy Azteków, o Etruskach się nie wspomina. A dylematy, czy lepsze jest w sytuacji beznadziejnej podjęcie próby dogadania się, czy  pozbawiona sensu walka , są aktualne i w czasach współczesnych, właściwie zawsze w pewnych momentach problem ten powraca.

    Książka nie jest absolutnie powieścią psychologiczną, ale są tam warte uwagi spostrzeżenia. Leochares chociażby w pewnym momencie mógł już zakończyć misję i wrócić do domu. Nie za bardzo miał na to ochotę. Wolał dalej szukać zabójcy, mimo, że dostał sowitą zapłatę i że groziła mu śmierć. Sam nie do końca uświadamiał sobie, dlaczego tak się dzieje. Co nie do końca był jasne dla niego, widoczne było jak na dłoni dla jego towarzysza, syna zabitego. Leochares u siebie w tym momencie życia wegetował jako biedak, z którym nikt się nie liczył. U Etrusków był kimś, robił coś pożytecznego, mimo niebezpieczeństw czuł, że żyje. Wolał życie z sensem i z dreszczem emocji, ryzykiem,  a także z perspektywą bliskiej śmierci , niż jałową wegetację przy boku żony, z którą, poza synem, nic właściwie go nie łączyło. 

          Nie czytałam kryminałów, jakie rozgrywałyby się w starożytności, pomysł Szamałka na umieszczenie akcji w tamtym czasie jest więc przysłowiowym strzałem w dziesiątkę.  Narracja w starożytności i współcześnie też jest ciekawym pomysłem. Mimo wszystkich zalet książki jakoś nie mogłam do tych Etrusków zapałać sympatią. Autor wspomniał, że uchodzili oni za bardzo okrutną nację. Przykłady tych okrucieństw są również i w powieści. Wiem, że tak było i że bez niektórych scen opis życia w tamtych czasach byłby niepełny, ale parę opisów, pełnych przemocy i okrucieństwa  było naprawdę strasznych.   Osobiście starożytność nigdy mnie nie pociągała, wolałam historie bliższe nam czasem, nawet i średniowieczne. Mimo wszystkich zalet, prawdopodobnie z powodu braku zamiłowania do epoki, w której toczą się wydarzenia, nie zapałałam chęcią czytania innych pozycji Szamałka. Jedna wystarczy, aby poznać coś nowego i przekonać się, że wolę kryminały retro w innej scenerii, np.  jak u Wrońskiego czy Akunina i to tamte czytam z większym przekonaniem. Ale to naprawdę kwestia wyjątkowo indywidualna.

4/6

sobota, 18 czerwca 2016

Tadeusz Dołęga – Mostowicz „Znachor” – audiobook, czyta Jan Nowicki


                                   Jan Nowicki czyta Znachora - Tadeusz Dołęga-Mostowicz            

                    
Tadeusz Dołęga – Mostowicz był fenomenem pod względem liczby czytelników. Pisząc , zarabiał olbrzymie pieniądze. Zaintrygowało mnie, na czym polega ten fenomen. Czy te książki są rzeczywiście ponadczasowe?  „Kariera Nikodema Dyzmy” rzeczywiście jest rewelacyjna. Spodobał mi się też życiorys pisarza. Nie szedł z prądem i wbrew powszechnym zachwytom nad Piłsudskim, był w totalnej opozycji wobec piłsudczyków . Miał z tego powodu spore problemy.

      Mimo najszczerszych chęci do „Znachora” nie mogę podejść na poważnie. Dla mnie jest to  coś w rodzaju prototypu harlequina, ale absolutnie nie żałuje, że poznałam tą książkę. Na samym początku profesor Wilczur, znany i ceniony chirurg dowiedział się, że opuściła go żona. Załamany w knajpie zaczął pić i szybko stał się ofiara napadu . Uderzono go w głowę , obrabowano, ocknął się z głęboką amnezją, bez dokumentów i bez pieniędzy. Teoretycznie taki bieg wydarzeń jest możliwy  , sam pisarz doświadczył czegoś takiego, tyle że obeszło się bez amnezji. Wilczur zaczął błąkać się po całym kraju, najmował się głównie na wsiach jako parobek, co trwało lat 20. Nie do końca jest wyjaśnione, dlaczego nikt go nie szukał . Żona zamieszkała w głuszy leśnej z leśniczym, o niczym nie wiedziała, ale  miał przecież znajomych, były przecież wtedy media: gazety, radio, można było umieszczać ogłoszenia. Ale początek jest bardzo ckliwy. Wilczur zatrzymał się u pewnego młynarza, początkowo jako parobek, szybko jednak uzmysłowił sobie, że potrafi leczyć. Nie wiedział,  skąd ta umiejętność. Wyleczył syna gospodarza, który nie chodził wskutek źle nastawionych kości nóg po złamaniu . Wilczur wykonał operację i stał się znanym i cenionym  w okolicy znachorem. W tym czasie poznał sprzedawczynię z pobliskiego miasteczka, którą bardzo polubił, a nawet pokochał ojcowska miłością. Nie wiedział, ze w istocie była to jego córka, która po śmierci matki tak zarabiała na życie.

     Ten moment był już wyjątkowo niedorzeczny. Niedorzeczne jest też i to, że przez 20 lat Wilczur nie zapomniał swojego kunsztu lekarskiego.  Ale o dziwo, powieść jest napisana w taki sposób, że ją się wręcz chłonie mimo różnych niedorzeczności. To naprawdę wielki talent literacki, potrafić tak pisać. Nie wiem, jak to się stało, ale chłonęłam właśnie opisy różnych zabiegów lekarskich, jakich dokonywał Wilczur, mimo, iż wiedziałam, że jest to niemożliwe, nie miał on żadnych sensownych narzędzi chirurgicznych, w izbie, gdzie leczył, panował bród. Nikt się niczym nigdy jednak nie zaraził i nasz znachor każdemu potrafił pomóc.   

       Dołęga – Mostowicz umiejętnie zadbał, aby odbiorcami tej powieści mogli być przedstawiciele wszystkich warstw społecznych. Na początku czytelnik poznaje Wilczura jako przedstawiciela zamożnej inteligencji, potem jest chłopstwo, jak młynarz i pacjenci znachora.  Córka Wilczura, Marysia to jakby zubożałe mieszczaństwo. Jest wszystko, ale akcja się komplikuje. Marysia zakochała się w młodym Czeńskim, synu lokalnego ziemianina, właściciela majątku w Ludwikowie. Ona była bez majątku, uczciwa, szczera, on zaś nie wiadomo było do końca, czy na pewno ja kochał. Młodzi w tajemnicy przed wszystkimi się zaręczyli.  Wątek romansowy jest pełen napięcia. Matka chłopaka w ogóle nie chciała słyszeć o czymś takim, jak małżeństwo z dziewczyną  bez majątku i bez rodziny. Aby nie było nudno, narzeczeni mieli poważny wypadek, gdy jechali motocyklem.  Trafili do naszego znachora. Marysia była bliska śmierci , lokalny lekarz uznał, że nic już jej nie pomoże.  Ale znachor podjął się trepanacji czaszki.

       Gdy to opisuję i gdy tego słuchałam, miałam świadomość, że jest to absurdalne. Ale nadal słuchałam. Niektóre sceny były przesłodzone, jak lukier, inne z kolei łzawo kiczowate. Dotarłam do końca. Nie wiem, czy bardziej dzięki tekstowi, czy lektorowi. Nowicki czyta fenomenalnie. Potęguje napięcie. Ale nie zmienia to faktu, że książka jest idiotyczna. Wydaje mi się, że może to być jedyna książka tego tupu w dorobku pisarza. Gdy poczytałam o jego twórczości, odniosłam wrażenie, że pozostałe pozycje są zdecydowanie poważniejsze i wartościowe, a autor krytycznie opisuje rzeczywistość wokół siebie.  Ale gdy ktoś chciałby się oderwać się od rzeczywistości, ten audiobook , czy książka będą idealnym rozwiązaniem.

3/6