Jakiś
czas temu przeczytałam niemal wszystkie, no prawie wszystkie, książki Kapuścińskiego.
Pozachwycałam się nimi i odłożyłam na
półkę. Przypominałam sobie o nich w trakcie przeprowadzek, a parę tygodni temu
przypadkowo natknęłam się na audiobooka.
Od dawien dawna lubię co jakiś czas wracać do starych lektur, wspominałam już o
tym. O powracaniu do starych lektur pisze m. in. i Kapuściński w „Podróżach z
Herodotem”. I zgadzam się z nim
całkowicie. Gdy sięgamy po określoną książkę kolejny raz, nie jesteśmy już tą
osobą, która czytała tą książkę wcześniej, mamy inne doświadczenia osobiste,
zawodowe, dodatkowe książki czy filmy za sobą, w tym czasie zmienił się też
świat. I książka już też nie jest ta sama, odkrywamy w niej coś nowego, na co
wcześniej nie zwróciliśmy uwagi, albo co wydało się nam nieważne. „Dzieje”
Herodota były dla Kapuścińskiego jedną z ważniejszych książek, zabierał ją ze
sobą w podróże przez kilkadziesiąt lat. A
ja z kolei w „Podróżach z Herodotem”, odkryłam sporo nowych kwestii, a z kolei pod
ich wpływem nasunęło mi się całkiem sporo refleksji, które wcześniej mi się nie
nasuwały.
niedziela, 4 września 2016
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Javier Marias „Tak się złe zaczyna”
Kilkakrotnie
już to pisałam, a po lekturze kolejnych książek Mariasa tylko się w tej tezie
utwierdzam. Javier Marias to zdecydowanie mój ulubiony współczesny pisarz. Od
paru lat już, podobnie jak i wiele innych osób,
kibicuję mu w tym, aby dostał literackiego Nobla. W moich prywatnych rankingach najlepszych
książek roku zawsze jest w czołówce. Wszystko u niego idealnie współgra, treść
i forma. O głębi rozważań psychologicznych pisałam już kilkakrotnie przy okazji
innych książek, tutaj - "Twoja twarz jutro", tutaj - "Serce tak białe", tutaj-"Zakochania" i tutaj - "Jutro w czas bitwy o mnie myśl". Nikt chyba tak, jak on nie potrafi opisać
człowieka, tego co robi, co ukrywa, jakie są jego motywy. Nie wspomniałam nigdy
jeszcze o języku. Język u Mariasa jest
piękny. Panuje teraz niejako moda na grafomanię. Pisać każdy może , podobnie jak i chociażby
malować. Tylko że gdy nie ma się talentu literackiego, może to być i lekkie i
fajne i przyjemne, takie rzeczy zresztą też czytuję, ale ta pisanina pozbawiona
jest wówczas wartości literackich. Wystarczy przeczytać parę akapitów Mariasa i
wiadomo już, co to znaczy – mieć talent.
środa, 24 sierpnia 2016
Carla Montero „Szmaragdowa tablica” – audiobook, czyta Joanna Jeżewska
Strasznie
długi jest ten audiobook i strasznie nierówny. Podczas słuchania targały mną
raz po raz sprzeczne odczucia. Z jednej strony
wciągał w inny świat, głównie gdy mowa była o dziełach sztuki, handlu
nimi czy fałszowaniu ich, a w innych miejscach irytował niedorzecznie
prowadzoną akcją lub indolencją autorki.
Jazda samochodem z nim wydawała mi się mimo wszystko jednak zawsze
krótsza, bez względu na odległość i przyjemniejsza. To trochę tak, jak z
różnymi durnymi serialami, gdy już ktoś się wciągnie, to ciężko jest zrezygnować
i przestać oglądać.
Wydarzenia
rozgrywają się w dwóch płaszczyznach czasowych. Współcześnie Ana, młoda
Hiszpanka, historyk sztuki, kustosz w muzeum , otrzymała od narzeczonego
Konrada propozycję, aby odnalazła obraz „Alchemik” Giorgonego, malarza
wczesnego renesansu. Szukając go natrafiła na ślad rodziny Bauerów, do których
niegdyś on należał, trop urywał się w czasie drugiej wojny. I część wydarzeń to
właśnie te, które rozgrywają się podczas wojny, a główną ich bohaterką jest z
kolei Sara, młoda Żydówka. Zarówno we współczesności, jak i wątku wojennym obie
kobiety przeżywają romanse, szczególnie absurdalny jest romans Sary, zakochała
się w oficerze SS, który przyczynił się do zabicia jej ojca. Na marginesie
dodać trzeba, że nie istnieje dzieło „Alchemik” autorstwa Giorgonego, jest to wytwór
wyobraźni autorki, ale to akurat nie jest wielkim problemem, w tym przypadku
Montero zgrabnie z tego wybrnęła. W książce
jest to obraz, który widzieli tylko nieliczni.
Szczególnie ciekawe wątki to właśnie te związane ze sztuką, bo autorka
opisała zafascynowanie sztuką Niemców, głównie tych najwyżej postawionych,
łącznie z Hitlerem i autentyczną obsesję na punkcie poszukiwań czegoś
nadprzyrodzonego, co może zapewnić panowanie nad światem. Sam Giorgone był malarzem
tajemniczym, jego obrazy można odczytywać na różne sposoby. Ana specjalizowała
się właśnie w Giorgonem.
Irytujące delikatnie mówiąc były dla mnie wątki
, związane z wojną. Wiedza autorki jest porażająco niska, momentami żenująca,
wydaje mi się, że żaden polski pisarz nie napisałby podobnych bzdur. W niektórych fragmentach miałam ochotę dać sobie spokój ze słuchaniem.
Żaden Polak nie wymyśliłby chyba historii o Żydówce zakochanej w trakcie wojny
w oficerze SS, który był „dobrym Niemcem” i z narażeniem życia własnego i
swojej rodziny ratował Żydówkę. A jakby było jeszcze mało, to do pomysłu
ocalenia Sary przekonywał samego Himmlera. Himmler zaś nie mając nic lepszego
do roboty godził się na taką rozmowę i rozważał problem, czy Sara powinna być stracona,
czy nie. Szczytem idiotyzmu było
wymyślenie stowarzyszenia, w skład którego wchodziło dwóch byłych niemieckich
oficerów, ocalona Żydówka i Lew Trocki.
Przykłady nonsensów można mnożyć. Wiadomo, że Hiszpanów nie dotknęła
druga wojna, byli wówczas świeżo po swojej wojnie domowej, ale żeby pisać takie
bzdury, to już przesada. To, co
wymieniłam, to tylko przykłady tych bzdur. Jest ich dużo więcej.
Nasunęły mi się od razu porównania z
romansem wszechczasów, czyli z „Jeźdźcem miedzianym”, o którym pisałam tutaj. W
porównaniu do „Szmaragdowej tablicy” „Jeździec” wydaje mi się teraz wręcz
arcydziełem. W tamtym przypadku autorka miała wiedzę o realiach życia w
Leningradzie w czasie wojny, można było sporo się nauczyć. I wciągał
zdecydowanie bardziej.
Interpretacja książki w wykonaniu Joanny
Jeżowskiej jak to się mówi - może być. Nic nadzwyczajnego, ale mogło być
gorzej. I nie mogę na zakończenie nie podnieść jeszcze jednej kwestii, zakończenie
jest niebywale rozwlekłe, ciągnie się kilka godzin, miałam już dosyć.
3/6
niedziela, 14 sierpnia 2016
Lilian Jackson Braun - „Kot, który jadał wełnę”
Pisałam
już kilkakrotnie o książkach Lilian Jackson Braun, a właściwie o jej serii o
Qwillu i jego dwóch wspaniałych kotach. O całym cyklu i o pierwszym tomie pt. „Kot,
który czytał wspak” pisałam tutaj i tutaj. Ostatnio w wolnej chwili zaczęłam
znowu do całości wracać. Książki te nadal są dla mnie fascynujące, ciepłe, pogodne a do tego zawsze
jest, jak to w kryminałach bywa, morderstwo w tle.
W tomie drugim Qwill nadal jest dziennikarzem
w tej samej miejscowości, co poprzednio. Zaledwie jednak dowiedział się czegoś
o sztuce, redaktor naczelny zlecił mu, aby zaczął zajmować się wnętrzarstwem. O
tym temacie, podobnie jak wcześniej o sztuce, Qwill nie miał pojęcia. Tego typu
zmiany również powodują, że cały cykl tak bardzo mi się podoba. Qwill nie
zajmuje się niczym wyjątkowym, ale tym, co jest w zasięgu ręki każdego
człowieka. Każdy gdzieś mieszka i nie
chodzi o to, aby po lekturze książki, każdy stał się fanem magazynów
wnętrzarskich. Ale zwrócenie chociażby odrobiny uwagi na tego typu sprawy z
pewnością może podnieść komfort życia. To
samo właściwie odnosi się do tomu pierwszego. Nie każdy interesuje się sztuką, Qwill
też po epizodzie „krytyka sztuki” również nie stał się fascynatem malarstwa.
Ale zainteresował się nim i jego życie stało się jeszcze barwniejsze, okazało
się , że na wyciągniecie ręki są różne fascynujące rzeczy. Odnośnie
wnętrzarstwa, przykładowo jeden z jego znajomych, dekorator wnętrz,
zaprezentował mu ciekawe spojrzenie na sposób urządzenia domów. Dla mnie było
to dość nowatorskie, bo nigdy do tych spraw nie przywiązywałam wagi i
zabrzmiało to jak abstrakcja, aczkolwiek bardzo intrygująca abstrakcja.
Mianowicie zakomunikował mu , że pokaże mu „wystrój, w którym jest wyobraźnia i
śmiałość, mniej konwencjonalnej gustowności, a więcej ducha”. Już samo takie podejście
potrafi zaintrygować. Chociaż Qwill starał się, pisanie o tej tematyce
sprawiało mu początkowo problemy, zbierał więc porady, np. aby nie pisał o
draperiach – zasłonki. Ja z pewnością na zasłonki mówię zasłonki. W tym tomie
nasz bohater, nadal nie mający własnego mieszkania, zamieszkał chwilowo w
nowoczesnym apartamentowcu.
W pierwszym
tomie Qwill stał się raptownie opiekunem syjamczyka – Koko. W drugim tomie opisane
jest, jak to kocurek zaczął stwarzać problemy, nie jadł, niszczył rożne
przedmioty itp. Qwill jako początkujący opiekun miał spory problem, dopiero w
nowej roli się odnajdywał. Kociarze domyślają się, co to oznacza. Kotek
cierpiał z powodu samotności, Qwill często i długo przebywał poza domem. Qwillowi
doradzono, aby znalazł drugiego kotka i problem się rozwiąże. Drugi kotek, a właściwie
koteczka Yum Yum pojawiła się dopiero pod koniec książki i faktycznie problemy
z Koko wówczas ustały. Od tego właśnie tomu przez cały cykl dziennikarz
występować będzie w towarzystwie dwóch syjamczyków. Szybko chwycił kociego bakcyla, w tym tomie zwierzył
się Koko, mówiąc, że w obecnych czasach wszyscy musimy być konformistami, a
jedyne niezależne istoty, jakie pozostały, to koty.
W tym tomie występuje również, znany z tomu
pierwszego kolega Qwilla, jego szef, Arch Ricker, kolega ze szkolnej ławki. On również
występować będzie przez cały cykl.
A co do historii kryminalnej z tego tomu,
to zaczęło się od tego, że Qwill napisał artykuł o wspaniałej rezydencji,
której właściciel kolekcjonował kamienie szlachetne, oprócz artykułu opublikowano
też zdjęcia. Błyskawicznie doszło do kradzieży kolekcji, a żona właściciela
zmarła w dość niejasnych okolicznościach.
W tych to właśnie okolicznościach
Qwill zaczął stawać na nogi po różnych życiowych zawirowaniach. Alkoholizm,
bezrobocie, rozwód zaczęły coraz bardziej się oddalać. Zaczął coraz rzadziej myśleć,
jak to świetnie było niegdyś być dziennikarzem śledczym. Pisanie o sztuce czy
potem o wnętrzarstwie zaczęło go coraz bardziej wciągać. Wciągał się też coraz bardziej w nowy dla niego, koci świat. Odnowił
przyjaźń z Archem Rickerem. Nawiązał z innymi, nowo poznanymi osobami, np. z
fotografem z gazety. Nie biadolił, że kiedyś tak świetnie mu się powodziło,
zaczął się cieszyć tym, co miał tu i teraz. Jako dziennikarz, rozmawiający z
ludźmi, nie mógł być egocentrykiem, koncentrował się na rozmówcy, a nie na
sobie. Ciekawe są fragmenty, jak to robił, że ludzie szybko mu się zwierzali ze
swoich problemów. No i nadal czytał książki.
5/6
niedziela, 7 sierpnia 2016
Piotr Zychowicz – „Żydzi”
W
dalszym ciągu skrupulatnie czytam Zychowicza i nadal jestem jego fanką. Pisałam
już o „Obłędzie 44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując powstanie warszawskie” , „Pakcie Ribbentrop – Beck” i o „Opcji niemieckiej”.
Wspólny mianownik, jaki łączy te książki to głównie pisanie o rzeczach mało
znanych lub w ogóle nie znanych i
szalenie kontrowersyjnych . Tak samo sytuacja wygląda z „Żydami”. Różnica
polega na tym, że „Żydzi” są książką , na którą składa się zbiór tekstów
historycznych, pisanych dla czasopism, w większości opublikowanych w ostatnich
latach, jak również wywiady głównie z historykami różnych narodowości, również
poprzednio już publikowanymi. Tym razem reklama mówi prawdę, rzeczywiście to ta
książka Zychowicza jest najbardziej kontrowersyjna. Jest jeszcze bardziej
kontrowersyjna, niż „Obłęd” , nie każdy interesuje się powstaniem warszawskim,
a o Żydach każdy ma coś do powiedzenia, mniej lub bardziej sensownego. Nie jest
to książka dla tych, którzy uważają, że w historii narodu żydowskiego nie ma
żadnych białych plam, że zawsze wszystko było sprawiedliwie i świetnie. Ale nie
jest to też książka dla antysemitów, przeczytawszy niektóre teksty będą srodze
zawiedzeni. I wreszcie - książka wbrew pozorom nie jest tylko i wyłącznie o
Żydach, traktuje ona o różnych kwestiach i postaciach, które mają lub miały
związek z Żydami. Dotyczy i historii i współczesności. No i nie ulega
wątpliwości, że całość jest dla miłośników historii, którzy mają o niej jakie
takie pojęcie, autor nie tłumaczy chociażby,
co wydarzyło się 17 września.
Teksty są zgrupowane w cztery rozdziały.
Pierwszy to rozmowy z żydowskimi historykami o Żydach. Rozmówcy z racji od
dawna głoszonych poglądów są wyjątkowo kontrowersyjni. Potem są już rozmowy o
Żydach, ale nie z Żydami. Kolejny rozdział to „Komuniści, syjoniści,
kolaboranci”. I rozdział czwarty dotyczy „Żydów a 17 września”. Część podjętych
tematów jest szeroko omawiana i dyskutowana od dawna na łamach mediów , np.
kwestia tego, na jaką skalę Polacy w czasie wojny Żydom pomagali, a na jaką ich mordowali lub
denuncjowali czy okradali. Ale są tematy mniej znane lub naświetlane zupełne
inaczej, niż gdzie indziej. A o niektórych
tematach z kolei prawie w ogóle się nie mówi, bo już samo zainicjowanie go jest
źle widziane i temu, kto nad nim się pochyla, przypinana jest łatka antysemity.
Dotyczy to chociażby kwestii Żydów komunistów. A z kolei o 17-tym września i odnoszeniu tej kwestii do postaw
Żydów wobec wkraczającej czerwonej armii
nie mówi się w ogóle , mało kogo to w ogóle interesuje.
A oto garść przykładów. W jednym z rozdziałów
historyk amerykański żydowskiego pochodzenia profesor Finkelstein stwierdza, że
Żydzi amerykańscy wymusili na mediach i na amerykańskich uczelniach taki punkt
widzenia, w myśl którego tylko Żydzi mogą być pokazywani jako naród, który ucierpiał w czasie wojny, przedstawiciele
innych narodowości zaś mogą być ukazywani jedynie jako zabójcy lub denuncjatorzy.
Gdy ktoś prezentuje inny pogląd nie zrobi kariery.
Jeden z rozdziałów dotyczy Piusa XII, papieża
z czasów wojny, powszechnie uważanego za antysemitę, który swoją rzekomą biernością
wobec niemieckich zbrodni przyczynił się do śmierci wielu Żydów. Okazuje się,
że było zupełnie odwrotnie, przytoczone są dane, z których wynika, że ocalił on
olbrzymie rzesze Żydów. I całe szczęście, że jako głowa Kościoła nie zajął oficjalnego
stanowiska w sprawie eksterminacji ludności żydowskiej, gdyby tak zrobił,
błyskawicznie przestałby być papieżem i jakakolwiek pomoc byłaby już wówczas
niemożliwa. Co zaskakujące, bezpośrednio po wojnie odbierał on wyrazy
wdzięczności również od Żydów. A dlaczego w powszechnym odczuciu jest on
odbierany jako antysemita i niemal poplecznik morderców? Według Zychowicza i
materiałów, na które się powołuje, Pius XII „zawdzięcza” to specjalnej operacji
propagandowej, zrealizowanej przez KGB, dla której była to jedna z form walki z
Kościołem.
Inne kwestie to chociażby sprawa statku pasażerskiego
St Louis, który przed wojną regularnie kursował pomiędzy Niemcami a USA. W maju
1939r. na jego pokład wsiadło prawie 1000
Żydów, którzy mieli legalne wizy i uciekali przed zbliżającą się zagładą.
Zamierzali oni wysiąść na Kubie. Okazało się, że Kuba zmieniła przepisy i
anulowała wszystkie zezwolenia na pobyt.
Kapitan statku z Kuby popłynął więc na Florydę, ale amerykańska straż przybrzeżna zatrzymała
statek. Roosvelt chciał jak najdłużej być prezydentem, a społeczeństwo
amerykańskie było wyjątkowo nieprzychylne przyjmowaniu Żydów, nikt nie
zdecydował się na zmianę restrykcyjnych przepisów. Statek odprawiono więc z USA
i musiał zawrócić do Europy, przywódcy państw europejskich okazali się w tym
konkretnym przypadku mniej cyniczni od Roosvelta i kilku z nich zgodziło się przyjąć Żydów. Tylko co z
tego? Przeważająca większość tych Żydów zginęła po wybuchu wojny. To skrajny przykład obłudy, o
którym mało słychać.
Najciekawsze i najmniej znane kwestie
znaleźć można w rozdziałach o komunistach, syjonistach i kolaborantach oraz o
17-tym września. Problem 17-ego września sprowadza się, generalizując, do tego, że armia czerwona witana była przez
Żydów entuzjastycznie, a co gorsze denuncjowali oni często Polaków. Szkoda, że
w przeciwieństwie do tematyki obozów zagłady, getta itp. kwestii, o tym właśnie
problemie nie ma żadnych merytorycznych dyskusji. Dobór rozmówców w wywiadach,
przedrukowanych w „Żydach” jest taki, iż na łamach książki w pewnym zakresie można
przeczytać coś w rodzaju dwugłosu.
Książki Zychowicza mają to do siebie,
że czyta się je rewelacyjnie. Co z tego, że istnieją prace naukowe historyków z tytułami naukowymi,
skoro z uwagi na hermetyczny język i styl pisania, poza innymi pracownikami
naukowymi mało kto je czyta. Jak już pisałam przy okazji innych książek tego
autora, Zychowicz może drażnić, można się z nim zgadzać lub nie zgadzać, ale
nikt podczas czytania nie nudzi się. Chociaż autor jest historykiem z zawodu,
jego książki nie są pracami naukowymi. Dzięki temu może robić więcej, niż zawodowy
historyk. Historyk z tytułem naukowym nie rozważa alternatywnych wersji
historii, nie ocenia politycznych posunięć w kategoriach moralnych, niestety
rzadko kiedy skupia się na tematach kontrowersyjnych, bezpieczniej dla niego jest
konformistycznie zajmować się tematyką, która nie wzbudza wielkich emocji,
dzięki temu nikomu się narazi. Zychowicz
zaś nie ukrywa swojego subiektywnego punktu widzenia, rozważa historie
alternatywne. I dzięki temu go czytam.
6/6
wtorek, 2 sierpnia 2016
Hakan Nesser „Karambol”
Latem, szczególnie w upały, czytam więcej książek
luźniejszych, niż zwykle. „Karambol”, kryminał z cyklu z komisarzem Van
Veeterenem był lekturą wyjątkowo udaną. Od dawna nie czytałam tak bardzo wciągającej
książki. Zajęło mi to dwa popołudnia, a gdy zaczęłam, wszystko inne musiało
zejść na drugi plan, zburzyłam cały harmonogram różnych spraw, które miałam do
załatwienia. Pod względem wciągania w lekturę ten tom był porównywalny chyba
tylko z Lee Child`em. Zapomniałam o wszystkich innych sprawach i przez jakiś
czas żyłam w świecie Nessera. Autor wymyślił nie tylko oryginalną akcję, ale i w
równie oryginalny sposób o niej opowiedział. Nie doszukałam się w tej książce
ani drugiego, ani trzeciego dna, ani nadzwyczajnych rozważań psychologicznych,
ale jest to bez wątpienia rzecz bardzo dobrze napisana i dająca do myślenia.
Wydarzenia rozpoczynają się fragmentem,
który opisuje, co robi „Mężczyzna, który wkrótce miał zabić” i co dzieje się „Chłopakiem,
który wkrótce miał umrzeć”. Mężczyzna wsiadł do samochodu, będąc nietrzeźwym w
fatalną pogodę, nocą i potrącił tego chłopaka. Znamy więc przebieg zdarzenia,
wiemy mniej więcej, kim był zabity, nie wiadomo natomiast, kim jest kierowca,
który zabił. Wkrótce potem zabójca zabił ponownie kolejną osobę, tym razem z
zimną krwią. Dlaczego tak się stało, chętni przeczytają. Autor opisuje
oczywiście poczynania ekipy śledczej, a czytelnik wie, czy ekipa ta zmierza w
prawidłowym kierunku, komu z ekipy najlepiej idzie dedukcja.
A
co do zabójcy to normalny człowiek, jakby się wydawało, w przeciągu kilku
tygodni przeistoczył się w potwora. Sam
tak powiedział o sobie w końcowej scenie – „Jeszcze dwa miesiące temu byłem normalnym
człowiekiem”. A może potwór w nim drzemał i czekał na okazję, aby się obudzić? Pierwsze
wydarzenie w pewnym stopniu było przypadkowe, ale potem degrengolada moralna zabójcy
postępowała w zastraszającym tempie. Czy z każdym innym by tak było? Pewnie
nie. Ale czy na pewno? Jest się nad czym zastanowić. Jeden z bohaterów książki
przypomniał teorię kul bilardowych . Każdy, tak jak i kule toczy się po
gładkiej, równej powierzchni . „Prędkość i kierunek są ustalone, ale nie sposób
przewidzieć, co stanie się, gdy się zderzymy i potoczymy w innym kierunku”.
„Karambol” jest zdecydowanie lepszy od
tomu „Jaskółka. Kot. Róża. Śmierć” tego samego autora. Tą drugą książkę
czytałam jakiś czas temu i teraz nie byłabym w stanie jej opowiedzieć, zlała mi
się w pamięci z innymi kryminałami. „Karambol” jest na tyle oryginalny, że nie
sposób go pomylić z czymkolwiek innym. Sądzę, że nawet za parę lat będę w stanie
go opowiedzieć. I to wciąganie czytelnika jest tak niepowtarzalne, że już za
samo to warto „Karambol” przeczytać.
5/6
środa, 27 lipca 2016
Ian Rankin – „Święci Biblii Cienia”
Jestem w trakcie poszukiwań kolejnego cyklu książkowego z detektywem czy policjantem w roli głównej. Został mi zaledwie jeden nieprzeczytany tom z Zygą autorstwa M. Wrońskiego i nie chcę się czuć jak sierotka pozbawiona ulubionej lektury i bez jakiegokolwiek zamiennika. Iana Ranikna nie czytałam dotychczas nic. Jak się okazuje, był to błąd, jest to pisarstwo zdecydowanie warte poznania.
„Świeci Biblii Cienia” to jedna z chyba kilkunastu lub może nawet i dwudziestu powieści, rozgrywających się w Edynburgu z policjantem Johnem Rebusem w roli głównej. Ten konkretny tom odbierałam jako opowieść o przemijaniu i powolnym godzeniu się ( lub i nie godzeniu się) z upływem czasu i związanymi z tym zmianami w każdej dziedzinie życia. Rebus powrócił z zawodowej emerytury. I jakby się ocknął z długiego snu. Świat dookoła wygląda zupełnie inaczej. Prawie wszyscy korzystają z komputera i internetu , on ma z tym problem. Jego pokolenie już jest jakby na wylocie. Jego szefową została znacznie młodsza od niego koleżanka. Sposób pracy w policji i metody są zupełnie inne, niż kilkadziesiąt lat wcześniej. Z ramienia półświatka miastem „rządzi” smarkacz, który dawniej mógłby być co najwyżej chłopcem na posyłki. Przykłady tych zmian można mnożyć. Rebus spotkał się dawnymi kolegami i raptem zorientował się, że tak naprawdę do końca ich nie znał. Każdy z nich coś przed nim urywał. Co ważne - Rebus jest samotnym mężczyzną, którego opuściła żona, a z dorosłym dzieckiem nie utrzymuje żadnego kontaktu, nie wiadomo, kim ono jest, gdzie mieszka itp. Wygląda na to, że niemal wszystko poszło u niego nie tak, jak z pewnością wcześniej by chciał.
W tym tomie Rebus prowadzi śledztwo w sprawie wypadku drogowego, który wydaje mu się podejrzany. Pozornie wszystko jest ok, ale dręczy go pytanie, dlaczego dziewczyna, będąca ostrożnym kierowcą, brawurową jazdą doprowadziła do wypadku. Równolegle do tego konieczne jest cofnięcie się do przeszłości, mniej więcej około 30 lat wstecz. Nasz bohater wówczas dopiero zaczynał swą karierę. W czasach współczesnych wyszło na jaw, że jego koledzy, policjanci, właśnie mniej więcej 30 lat wcześniej nagminnie łamali prawo, a niewykluczone że również dokonali zabójstwa. Szefowa Prokuratury wpadła na pomysł, aby ponownie przeprowadzić jedno ze śledztw, to właśnie które rozpoczęło się 30 lat wcześniej. I właśnie w ramach tego nowego śledztwa zbadane będzie, jak mocno koledzy Rebusa naginali prawo i czy byli zabójcami. Podejrzenia takie są dla Rebusa szokujące, nigdy czegoś takiego pod uwagę nie brał. No i ma dylemat, czy solidaryzować się bez względu na wszystko z kolegami, z którymi już sporo czasu nie ma kontaktu, ale z którymi sporo go łączyło, czy pomagać w nowym śledztwie, w trakcie którego prawda ma wyjść na jaw.
Wielkim plusem powieści jest psychologia. „Święci Biblii Cienia” są powieścią refleksyjną, gorzką momentami, ale dającą bardzo dużo do myślenia. John Rebus jest postacią intrygującą. Jest niepokorny, kariery nie zrobił, ale jest błyskotliwy, uczciwy, lojalny, fascynuje się muzyką. W sylwetce Rebusa można się oglądać niczym w zwierciadle. Każdy chyba, poza może nastolatkami czy 20 – to latkami ma róże doświadczenia z upływającym czasem. Nasz bohater jest samotny, nie ma rodziny ani jakichkolwiek przyjaciół, ma znajomych , którzy raczej nie zasługują na miano przyjaciół. Ale jest sobą, nikomu nie musi się podlizywać. I nie jest to postać kryształowa, ma na sumieniu różne grzeszki. Czy samotność mu przeszkadza, trochę pewnie tak, ale nie aż tak bardzo. Dlaczego tak się stało? Czy popełnił jakiś błąd? Każdy czytelnik może sam się zastanowić nad ta kwestią. Główny bohater to jeden z większych atutów książki. Jest i odpychający i przyciągający, nietuzinkowy. Nie podąża za modnymi trendami, nie podróżuje, Edynburg mu wystarcza. Wśród bohaterów charakterologicznie nikt nie jest czarno – biały.
Nie będę na siłę wymyślać minusów powieści. Dla mnie jest nieco za gorzka. Ale jest dla Rebusa światełko w tunelu, poznaje kobietę, patologa sądowego, która mu się spodobała. Nie wiadomo, czy ten wątek rozwinie się w dalszych tomach pozytywnie, czy nie, ale szansa jest. Jest i szansa na przyjaźń. Problem miałam jedynie z tym, że powieść mnie nie wciągała. Ale faktem jest, że czytałam ją na wyjeździe, będąc w towarzystwie, które permanentnie zajęte było różnorakimi dyskusjami. Obawiam się, że brak możliwości skupienia się nie działał na korzyść lektury, tym bardziej, że z reguły czytam w takich warunkach, że nikt mi nie przeszkadza. Bardzo poważnie biorę pod uwagę to, że po zakończeniu czytania M. Wrońskiego, sięgnę po Iana Ranikna. U Camilli Lackberg przeszkadzało mi ostatnio strasznie, że jej bohaterowie są tacy jednoznaczni i przewidywalni, u Rankina tego problemu nie ma.
5/6
„Świeci Biblii Cienia” to jedna z chyba kilkunastu lub może nawet i dwudziestu powieści, rozgrywających się w Edynburgu z policjantem Johnem Rebusem w roli głównej. Ten konkretny tom odbierałam jako opowieść o przemijaniu i powolnym godzeniu się ( lub i nie godzeniu się) z upływem czasu i związanymi z tym zmianami w każdej dziedzinie życia. Rebus powrócił z zawodowej emerytury. I jakby się ocknął z długiego snu. Świat dookoła wygląda zupełnie inaczej. Prawie wszyscy korzystają z komputera i internetu , on ma z tym problem. Jego pokolenie już jest jakby na wylocie. Jego szefową została znacznie młodsza od niego koleżanka. Sposób pracy w policji i metody są zupełnie inne, niż kilkadziesiąt lat wcześniej. Z ramienia półświatka miastem „rządzi” smarkacz, który dawniej mógłby być co najwyżej chłopcem na posyłki. Przykłady tych zmian można mnożyć. Rebus spotkał się dawnymi kolegami i raptem zorientował się, że tak naprawdę do końca ich nie znał. Każdy z nich coś przed nim urywał. Co ważne - Rebus jest samotnym mężczyzną, którego opuściła żona, a z dorosłym dzieckiem nie utrzymuje żadnego kontaktu, nie wiadomo, kim ono jest, gdzie mieszka itp. Wygląda na to, że niemal wszystko poszło u niego nie tak, jak z pewnością wcześniej by chciał.
W tym tomie Rebus prowadzi śledztwo w sprawie wypadku drogowego, który wydaje mu się podejrzany. Pozornie wszystko jest ok, ale dręczy go pytanie, dlaczego dziewczyna, będąca ostrożnym kierowcą, brawurową jazdą doprowadziła do wypadku. Równolegle do tego konieczne jest cofnięcie się do przeszłości, mniej więcej około 30 lat wstecz. Nasz bohater wówczas dopiero zaczynał swą karierę. W czasach współczesnych wyszło na jaw, że jego koledzy, policjanci, właśnie mniej więcej 30 lat wcześniej nagminnie łamali prawo, a niewykluczone że również dokonali zabójstwa. Szefowa Prokuratury wpadła na pomysł, aby ponownie przeprowadzić jedno ze śledztw, to właśnie które rozpoczęło się 30 lat wcześniej. I właśnie w ramach tego nowego śledztwa zbadane będzie, jak mocno koledzy Rebusa naginali prawo i czy byli zabójcami. Podejrzenia takie są dla Rebusa szokujące, nigdy czegoś takiego pod uwagę nie brał. No i ma dylemat, czy solidaryzować się bez względu na wszystko z kolegami, z którymi już sporo czasu nie ma kontaktu, ale z którymi sporo go łączyło, czy pomagać w nowym śledztwie, w trakcie którego prawda ma wyjść na jaw.
Wielkim plusem powieści jest psychologia. „Święci Biblii Cienia” są powieścią refleksyjną, gorzką momentami, ale dającą bardzo dużo do myślenia. John Rebus jest postacią intrygującą. Jest niepokorny, kariery nie zrobił, ale jest błyskotliwy, uczciwy, lojalny, fascynuje się muzyką. W sylwetce Rebusa można się oglądać niczym w zwierciadle. Każdy chyba, poza może nastolatkami czy 20 – to latkami ma róże doświadczenia z upływającym czasem. Nasz bohater jest samotny, nie ma rodziny ani jakichkolwiek przyjaciół, ma znajomych , którzy raczej nie zasługują na miano przyjaciół. Ale jest sobą, nikomu nie musi się podlizywać. I nie jest to postać kryształowa, ma na sumieniu różne grzeszki. Czy samotność mu przeszkadza, trochę pewnie tak, ale nie aż tak bardzo. Dlaczego tak się stało? Czy popełnił jakiś błąd? Każdy czytelnik może sam się zastanowić nad ta kwestią. Główny bohater to jeden z większych atutów książki. Jest i odpychający i przyciągający, nietuzinkowy. Nie podąża za modnymi trendami, nie podróżuje, Edynburg mu wystarcza. Wśród bohaterów charakterologicznie nikt nie jest czarno – biały.
Nie będę na siłę wymyślać minusów powieści. Dla mnie jest nieco za gorzka. Ale jest dla Rebusa światełko w tunelu, poznaje kobietę, patologa sądowego, która mu się spodobała. Nie wiadomo, czy ten wątek rozwinie się w dalszych tomach pozytywnie, czy nie, ale szansa jest. Jest i szansa na przyjaźń. Problem miałam jedynie z tym, że powieść mnie nie wciągała. Ale faktem jest, że czytałam ją na wyjeździe, będąc w towarzystwie, które permanentnie zajęte było różnorakimi dyskusjami. Obawiam się, że brak możliwości skupienia się nie działał na korzyść lektury, tym bardziej, że z reguły czytam w takich warunkach, że nikt mi nie przeszkadza. Bardzo poważnie biorę pod uwagę to, że po zakończeniu czytania M. Wrońskiego, sięgnę po Iana Ranikna. U Camilli Lackberg przeszkadzało mi ostatnio strasznie, że jej bohaterowie są tacy jednoznaczni i przewidywalni, u Rankina tego problemu nie ma.
5/6
niedziela, 24 lipca 2016
Agata Tuszyńska „Oskarżona Wiera Gran” – audiobook, czyta Anna Polony
Temat Wiery Gran zapowiadał
się wyjątkowo ciekawie. W okresie
powojennym pojawiły się bardzo głośne pogłoski o tym, jakoby kolaborowała ona z
gestapo i dzięki temu przeżyła getto. Plotki te spowodowały, że jej kariera
zakończyła się przedwcześnie, grożono bojkotem koncertów lub prowokacjami, koncerty więc odwoływano. I pieśniarka
ostatecznie pod koniec życia zapadła na manię prześladowczą , cały czas
wydawało się jej, że ktoś ją śledzi, konkretnie tym kimś miały być osoby, które
opowiadały o jej kolaboracji z gestapo. Gran do końca życia zaprzeczała ,
jakoby była kolaborantką. Agata Tuszyńska miała , jak wynikało z recenzji jej
książki, podjąć próbę ustalenia, jak to było naprawdę. Historia zapowiadała się
szalenie ciekawie, a do tego jeszcze
książkę czytała Anna Polony, wydawało mi się że audiobook będzie rewelacją. Rewelację się nie okazał, jak to
często bywa, gdy spodziewamy się czegoś wspaniałego, przy wielkich
oczekiwaniach, zamiast wielkiej rewelacji,
nadchodzi wielka klapa. Okazało się , że Agata Tuszyńska słowo
„bezstronność” zna chyba tylko ze słownika, a Annę Polony momentami bardzo
ciężko było słuchać. Ale po kolei.
Gdyby nie wojna, Wiera Gran
prawdopodobnie miałaby szansę na zrobienie międzynarodowej kariery jako
śpiewaczka. Gdy kariera zaczynała
rozkwitać, wybuchła wojna , a wkrótce potem nasza bohaterka znalazła się w
getcie, gdzie ……… nadal żyła ze śpiewania. Śpiewała w ekskluzywnej kawiarni,
gdzie serwowano szampana i przeróżne smakołyki, a na publiczność w dużej mierze
składali się żydowscy policjanci no i żołnierze niemieccy z różnych formacji.
To są fakty którym nikt, nawet A.
Tuszyńska nie zaprzecza. Dookoła umierali ludzie, znaczna część z głodu. Wierze
powodziło się znakomicie, na brak gotówki nie narzekała, ostatecznie po 1,5
roku udało się jej wydostać z getta. Po wojnie już twierdziła, że była bardzo
empatyczna i przejmowała się losem innych, szczególnie losem dzieci żydowskich,
dla których ufundowała w getcie przytułek, coś w rodzaju domu dziecka i szpitala w jednym. Problem polega na tym, że
nikt o żadnym przytułku, ufundowanym przez nią, nigdy nie słyszał. Udokumentowane jest jedynie to,
że Wiera uczestniczyła charytatywnie w paru koncertach. Całe dalsze życie
Wiery, głównie na emigracji, sprowadzało się wyłącznie do prób powrotu do
śpiewania, walce z pogłoskami o współpracy z gestapo i właściwie to wszystko,
tak jakby czas dla niej stanął w miejscu i jakby nic innego nie było warte
uwagi. Jej małżeństwo się rozpadło, a przyjaciół nie miała. Mimo tego, że była
bogata, uznała że ani jeden człowiek nie jest warty tego, aby coś po niej
odziedziczyć.
Książka jest świetnym punktem wyjścia do
frapujących rozważań psychologicznych. Wiera
jest przykładem życia niespełnionego i koszmarnego, co częściowo
wynikało ze zrządzenia losu, a częściowo było to na własne życzenie. Pobyt w
getcie i wywóz całej rodziny do gazu z pewnością dla prawie każdego człowieka, o
ile by to przeżył, byłyby
niewyobrażalnym koszmarem. Tyle tylko, że Wierze w getcie naprawdę powodziło
się znakomicie, a jedyną osobą, z którą była związana uczuciowo, była matka.
Sama Wiera tak twierdziła. Po wojnie
teoretycznie miała szansę na w miarę normalne życie, takie życie wiódł przecież
chociażby i Edelman i Szpilman. Wybrała, jak wybrała. Moim skromnym zdaniem,
gdyby nie była tak bardzo skoncentrowana na sobie, miałaby szansę , aby nie żyć
tylko przeszłością. Ale jest to właśnie
przypadek osoby, która o nikim , poza sobą, nie była w stanie myśleć. Szczegóły
są oczywiście w książce, aczkolwiek trzeba uważnie ją czytać, czy słuchać, aby
je wyłowić.
Poza losami samej Wiery w
książce jest sporo ciekawych faktów, o których nie miałam pojęcia. Zaskoczeniem
było dla mnie chociażby to, że Niemcy ogłaszali otwarte konkursy na sztuki
teatralne o Żydach. W sztuce takiej należało wyśmiewać się z Żydów i
przedstawiać ich w skrajnie negatywnych barwach. Szokiem dla mnie było to, że na taki konkurs
napływało sporo scenariuszy autorstwa Żydów i nie tylko. Jeszcze większym
szokiem był fakt, że sporo aktorów zgłaszało chęć, aby w takiej sztuce zagrać,
znaczna ich część to byli właśnie Żydzi. Tuszyńska całą sprawę skomentowała w ten
sposób, że wszystkie te zachowania i literatów i aktorów, były czymś
najnormalniejszym na świecie.
Dające sporo do myślenia są i inne
kwestie, chociażby znajomość Gran i Szpilmana. Jak wynika z książki, w czasie
pobytu w getcie Szpilman akompaniował jej na pianinie, gdy ona śpiewała. A
później, gdy napisał „Pianistę”, nie wspomniał w niej o Wierze ani słowa. Z czego to wynika? Historia jest zagadkowa, a
ponieważ i Szpilman i Gran nie żyją, prawdopodobieństwo, że ktoś ustali
przyczyny tego milczenia, jest znikome.
Tuszyńska snuje swoje domysły, oczywiście stawiające Szpilmana w
niekorzystnym świetle. W internecie znalazłam informację, że rodzina Szpilmana
pozwała w związku z tymi insynuacjami Tuszyńską do sądu.
Dla mnie nie do przyjęcia był
sposób przedstawiania wydarzeń przez Tuszyńską i skrajny subiektywizm na
korzyść Wiery Gran. Nie jest to nawet ukrywane. Funkcjonowanie Wiery w getcie,
śpiewy dla żołnierzy niemieckich i po śmierci rodziny, brak troski o
kogokolwiek innego poza sobą, przedstawiane jest jako coś całkowicie
naturalnego. Nawet takie są komentarze pisarki. Właściwie wszystko, co robiła
śpiewaczka, spotyka się z aprobatą Tuszyńskiej. Każdy ma świadomość, że życie w
tamtych czasach było przerażające i
trudno wybory, dokonywane w tamtych czasach oceniać z perspektywy życia we
względnym luksusie kilkadziesiąt lat później. Ale gdyby Gran pomogła chociaż
jednemu biednemu dziecku, jej sytuacja materialna i tak byłaby luksusowa.
Tuszyńskiej ten problem nie zastanawia. Co więcej autorka wpadła już w coś w
rodzaju obsesji na punkcie Wiery Gran. Gdy opisywała ostatnie miesiące jej
życia w czymś w rodzaju domu opieki we Francji, wspomniała, że Gran wymagała
opieki i pomocy we wszystkim. Gdy pielęgniarka się nią zajmowała, Gran ją zwyzywała
wulgarnymi słowami. I do tego jest komentarz Tuszyńskiej o Gran - „Zawsze miała
klasę”. W podobnym tonie komentowała
niechęć Gran do tego, by z kimkolwiek się zaprzyjaźnić, nawet w tym domu
opieki. Tuszyńska zaangażowała się w pisanie tej biografii tak bardzo, że
niemal cały czas pisząc o swojej bohaterce, używa jej imienia. Niby to
drobiazg, ale już świadczy o podejściu Tuszyńskiej do opisywanej osoby i już
samo to zasuwa wątpliwości co do obiektywizmu.
Annę Polony czyta bardzo ekspresyjnie,
jak na mój gust za bardzo. Podnosi głos, zawodzi, jęczy. I co najważniejsze -
czyta dokładnie zgodnie z intencjami Tuszyńskiej. Przykładowo fragmenty, które
są skrajnie subiektywne i kontrowersyjne, odczytuje tonem, który nie znosi
sprzeciwu, kategorycznie. Przyjęcie takiego stylu przy czytaniu zamiast zmuszać
słuchacza do myślenia i wyrabiania sobie własnych poglądów, prawdopodobnie
miało czytelnikowi wmówić, które opinie są słuszne, a które nie. Przykładowo fragment mniej więcej taki „czy
czymś nagannym było, że Wiera zaśpiewała na prywatnym koncercie za pieniądze w
domu oficera ss”, można odczytać
dwojako. Pytająco, z namysłem, aby
słuchacz choć przez chwilę mógł rozważyć tą kwestię. I można to zrobić tak, jak
to zostało zrobione, wrzeszcząc agresywnie tak, jakby sama wątpliwość w tym
zakresie była czymś absolutnie nienormalnym.
Gdyby nie ten skrajny subiektywizm,
książkę z pewnością oceniłabym wyżej.
4/6
poniedziałek, 11 lipca 2016
Camilla Lackberg „Pogromca lwów”
„Pogromca lwów” jest dla mnie szalenie pozytywnym
zaskoczeniem. Nie przepadałam za Camillą Lackberg, i nadal nie mogę się przekonać
do celebrytki, która uczyła się pisania książek
na kursie. Przeczytałam kilka lat temu „Księżniczkę z lodu” autorstwa właśnie
Lackberg. Pamiętam, że pozbawiona była jakiejkolwiek głębi, owszem, było to
miejscami ciekawe, ale nic ponadto. Było to coś w stylu „przeczytać” i „zapomnieć”.
Jedynie , co wydało mi się nawet fascynujące, to Fjaallbacka, czyli rodzinna
miejscowość Camilli, małe , urokliwe, nadmorskie miasteczko. Widziałam gdzieś w
gazecie zdjęcia z Fjallbacki, a że mam słabość do nadmorskich miasteczek, to mnie
uwiodło. Po „Pogromcę lwów” sięgnęłam trochę przypadkowo, wychodząc z założenia,
że będzie to lekkie, łatwe i przyjemne. Jest
to rzeczywiście lektura z jednej strony lekka, ale z drugiej jednak z głębią i mimo wszystko dająca do
myślenia.
Wydarzenia rozgrywają się w kilku
miejscach i w kilku różnych czasach. Współcześnie zaczęły ginąć młode dziewczyny,
nastolatki z okolic nadmorskiego miasteczka. Jedna z nich znalazła się, ale
zginęła pod kołami samochodu, a jak się okazało, na ciele miała ślady licznych
obrażeń, które nie pochodziły z wypadku. Patrik, miejscowy policjant prowadzi w
tej sprawie śledztwo. Sprawą jest też zainteresowana Erika, jego żona, pisarka.
Erika pisze książkę o z zbrodni sprzed wielu lat, kiedy to żona zabiła męża, a
śledztwo wykazało, że oboje małżonkowie znęcali się wcześniej nad córeczką. Morderczyni
siedzi w więzieniu , a Erika ja odwiedza, licząc na to, że tamta powie jej coś
ciekawego.
W powieści przewija się sporo wątków,
różnych mieszkańców Fjallbacki i okolic, początkowo trudno jest domyślić się, jakie
mogą być pomiędzy nimi powiązania. Mam zwyczaj podczas czytania kryminałów, że raz
na jakiś czas zastanawiam się, kto może być zabójcą lub mieć jakikolwiek
związek ze zbrodnią. W tym przypadku dość trafnie podejrzewałam jedną osobę,
ale jak się okazało, zagadka była dość zawiła, konieczne było cofanie się wstecz
do zupełnie innych wydarzeń. W sprawę zamieszanych było więcej osób i zakończenie
było dla mnie ostatecznie wielkim zaskoczeniem. Wyjaśnienie, co konkretnie
łączyło różne osoby było dość szokujące.
W „Pogromcy lwów” przewija się stale motyw
zła, prawdziwego zła. Lackberg stawia nawet tezę, że ktoś może być zły bez
przyczyny, że nie ma potrzeby analizowania dzieciństwa czy innych
traumatycznych przeżyć. Ktoś może być zły po prostu dlatego, że się taki
urodził i nic już na to nie można poradzić. Osobiście nie jestem pewna, czy coś
takiego jest możliwe, według mnie musi być jakiś defekt genetyczny, albo
neurologiczny lub coś podobnego. Ale to kwestia dyskusyjna, autorka nie drąży
tego wątku jeszcze głębiej i nie bawi się w lekarza, chociaż może trochę szkoda.
Ku mojemu zaskoczeniu w tekście jest
sporo spostrzeżeń natury chociażby psychologicznej, wartych zastanowienia. Chociażby,
że „zło jest obok dobra, wśród ludzi, którzy zakładają sobie klapki na oczy,
albo zamykają je, aby nie widzieć tego, co mają przed nosem”, i że „z klapkami
na oczach życie jest znacznie łatwiejsze”. Kolega Patrika, Martin, z kolei jest w żałobie
po śmierci żony, fragmenty o nim są naprawdę warte uwagi. Zaskoczyło mnie też jeszcze inne spostrzeżenie Eriki, czyli w
pewnym sensie alter ego autorki, gdy zamyśliła się nad tym, że jest pisarką i
nie chodzi do pracy. Nie myślała wcale o tym, że chciałaby chodzić do pracy i
mieć kolegów, świetnie czuła się we własnym towarzystwie. Byłam zaskoczona , że
Lackberg jest zdolna do takich refleksji. Ciekawe były też fragmenty o siostrze
Eriki , Annie, która dawniej była pełna życia, wesoła, a potem ciosy, które na
nią spadły, odebrały jej radość życia. W odniesieniu jeszcze do innej osoby,
zastanawiąjące było, jak mogła dopuścić do pewnych wydarzeń. Jak mogło się stać,
że to co, nienormalne, powoli stawało się normalne. I w tym dziwnym
funkcjonowaniu w takich warunkach, ludzie zmieniali się tak, że potem sami siebie
nie mogli poznać. Jak widać, nawet w kraju dobrobytu, gdzie niemal nie było
wojen, na pewno nie takich, jak w
centrum Europy, można obserwując uważnie otoczenie, mądrzeć nawet i bez
ekstremalnych warunków. Inna z bohaterek przeżyła śmierć ojca w wypadku. Od tego
czasu widziała, śe coś może toczyć się normalnie, a potem w jednym momencie
zmienić.
Nie mogę się przekonać do Lackberg w
dalszym ciągu. Cały czas odstrasza mnie jej życiorys, np. małżonkowie – zwycięzca
programu telewizyjnego , albo kolejny – model. Chociaż przy lekturze książek nie
powinno to mieć znaczenia. Jak dla mnie Eryka czy Patric są mimo wszystko zbyt prości charakterologicznie. Może za bardzo
przyzwyczaiłam się do różnych detektywów, skomplikowanych popaprańców. Ale tamci
są ciekawsi, sięgając po książkę zastanawiam się, co im się przydarzy, a tu u Eriki czy Patrika nic się nie wydarzy. Mimo całej mojej niechęci , czy nawet i
uprzedzenia do Lackberg, musze stwierdzić, że jej książka jest zdecydowanie
lepsza, głębsza i ciekawsza niż „Czytanie z kości” Szamałka, który dostał
Nagrodę Wielkiego Kalibru.
5/6
piątek, 8 lipca 2016
Marcin Wroński „Haiti”
Kończę
właśnie swój ulubiony cykl z komisarzem Zygą Maciejewskim. Ponieważ nie czytałam
poszczególnych książek w kolejności, po przeczytaniu „Haiti” został mi tylko
jeden nieprzeczytany tom – „Portret wisielca”. Nie wiem, kiedy pisarz napisze
kolejny tom, z jednej strony chciałabym, aby nastąpiło to szybko, z drugiej zaś
wiem, że dobra powieść wymaga trochę czasu, szczególnie gdy trzeba wgłębiać się
w historię określonego okresu, czy historię miasta. Pisałam już wielokrotnie o
tym cyklu. Jest mroczny, bez happy endów, ale z przebłyskami humoru, z reguły
toczy się w dwudziestoleciu międzywojennym, niekiedy w czasie wojny lub tuż po
jej zakończeniu, czasem w kilku płaszczyznach czasowych i prawie zawsze w
Lublinie lub najbliższej okolicy. Jest to idealna rzeczy dla miłośników
powieści kryminalnych i dla fascynatów historii.
Z
cyklem powieściowym jest trochę tak, jak z serialem, im więcej się go czyta,
tym bardziej wciąga. Tak jak i w serialu, jedne tomy podobają się bardziej,
inne mniej, ale co do zasady tolerancja do tych ciut słabszych jest większa, niż
w przypadku pojedynczych, odrębnych książek.
W przypadku „Haiti” jest to jeden z najlepszych tomów. Podczas czytania cyklu zwraca
się większą uwagę na bohaterów drugiego planu. W tym tomie np. rozwiązana jest
zagadka , dlaczego inny policjant, Witek Fałniewicz, nigdy się nie ożenił. W wątku
uczuciowym Zygi obserwujemy, jakie mogą być konsekwencje, gdy kobieta wyjeżdża na samotne wakacje.
Tytułowa Haiti to piękna klacz wyścigowa,
w stajni której odnaleziono martwego mężczyznę
z odciskiem kopyta na głowie. Sekcja zwłok wykazała, że zmarł od uduszenia,
gdyż ktoś wepchnął mu do gardła medalion z portretem nieznanego mężczyzny z
XVIII wieku. Ślad podkowy na twarzy , jak się później okazało, nie należał do Haiti.
A tożsamości zamordowanego mężczyzny nikt nie znał. Te wydarzenia rozgrywają się
w 1938r., w Lublinie oczywiście. Ale jest drugi wątek, z roku 1951. W tym
drugim wątku Zyga , bez cienia wątpliwości alkoholik , pracuje jako stróż i
pilnuje właśnie m. in. Haiti. Jest też trzecia płaszczyzna czasowa, rok 1920.
Do tej ostatniej bohaterowie muszą często wracać myślami. W tym właśnie roku w
czasie wojny polsko – bolszewickiej wydarzyło się coś, co doprowadziło do
zabójstwa w stajni Haiti 18 lat później.
Jak to zwykle u Wrońskiego bywa, nic nie
jest czarno – białe, nawet legioniści i żołnierze walczący z Sowietami nie byli
ideałami. W wielu wypadkach byli bohaterami, ale zdolni byli też i do innych
rzeczy. Zyga będzie musiał więc ustalać, co wydarzyło się w 1920 roku i za
wiele więcej nie można powiedzieć.
W tym tomie historia odgrywa kolosalną
rolę. W każdym tomie cyklu Zyga rozwiązuje zagadkę w innym środowisku, raz np. wśród
ziemiaństwa, innym razem wśród biedoty żydowskiej i in. Środowisko, z jakim
styka się Zyga w tej właśnie powieści, to byli wojskowi, dla których historia dawnych
lat cały czas żyje. Jeden z epizodów tamtej wojny, w czasie którego jego
dowódca zachował się podle, wspomina także i Zyga. Witek Fałniewicz zaś nie
może w 1938r. pojąć , dlaczego zaczęły nagle do niego w snach wracać koszmary
wojenne . Teoretycznie przecież wraz z upływem czasu koszmarne wspomnienia powinny blednąć lub zanikać, a nie wracać ze
zwielokrotnioną siłą. Jak się okazuje, nie wszystkie regułki i teorie
psychologiczne się sprawdzają.
Opowiedziana
historia jest bardzo indywidualna, nie ma tu żadnych afer gospodarczych, jest zabójca
i jest ofiara. Lubię takie kameralne opowieści, na dodatek z historią w tle, dla
mnie jest to więc plus.
Zauważyłam, że w cyklu o Zydze najlepsze
są najbardziej mroczne opowieści. Ta do takich należy. Demaskuje bohaterskie
mity, a to co się dzieje w 1951 r. z Zygą i nie tylko, może być koszmarnym symbolem
tamtych lat. Wroński pochyla się tez nad
losem zwierzęcia. Do tej pory brakowało mi trochę w jego książkach psa czy kota,
taki książkowy zwierzak uwrażliwia czytelników na losy innych zwierząt. Teraz
pojawił się koń i to rekompensuje tamte braki.
Kupię szybko „Portret wisielca” i z pewnością
będę wracać do Zygi, kiedyś przeczytam wszystkie powieści z Zygą drugi raz.
Czekać będę też na dalsze tomy. Ale zaczynam też szukać innego cyklu, z innym
bohaterem. Do tej pory jakoś poza Wrońskim, żaden autor kryminałów nie zachęcił
mnie, abym przeczytała wszystkie tomy, jakie napisał. Nie liczę trylogii „Millenium”
Larssona , to jak dla mnie za mało na cykl.
6/6
wtorek, 28 czerwca 2016
Marek Rybarczyk „Tajemnice Windsorów”
Idealna książka na lato, na upał, czyta się lekko. Tematyka pozornie jest błaha, wyglądać to może początkowo na ploteczki z życia rodziny królewskiej. Ale to bardzo mylne wrażenie, pod pozorem lekkiej opowieści, nawet plotkarskiej, autor niekiedy niezauważalnie dla czytelnika podejmuje poważniejsze watki, np. sens istnienia monarchii . Marek Rybarczyk zna się na rzeczy, jest dziennikarzem, wieloletnim korespondentem piszącym właśnie z Wielkiej Brytanii. Całość podzielona jest na rozdziały, ułożone nie do końca chronologicznie, sporo jest o okresie jeszcze sprzed II wojny , najwięcej jednak o czasach współczesnych, począwszy od panującej królowej Elżbiety, a skończywszy na Wiliamie i Kate. Generalnie autor stawia tezę, że rodzina królewska jest szalenie obłudna w tym sensie , że udają świętoszków, niezłomnych, kryształowo uczciwych itp., a w rzeczywistości są jeszcze gorsi od zwykłych obywateli, w zmanierowaniu nikt im nie dorówna. Poza całą masą skandali, która już wyszła na jaw, jest jeszcze szalenie dużo takich, które udało się zatuszować, a które na szerszym tle on przedstawia.
Odnosząc się do przykładów, aby zobrazować podejście do tematu. Za życia księżnej Diany jeden z radioamatorów przypadkowo wykrył w eterze rozmowę pomiędzy Karolem a jego kochanką Kamillą Parker – Bowles. Rozmowa ta była kompromitująca dla księcia, mocno erotyczna. Wydaje się, że to zwykła ciekawostka, rodem ze współczesnego pudelka. Ale autor odkrywa drugie i trzecie dno tego wydarzenia. Rozmowa odbyła się rok przed jej „odkryciem”. Jak to jest możliwe, aby ktoś ją „odnalazł” w eterze post factum i to po takim czasie? Rybarczyk stawia hipotezę, że służby brytyjskie nagrywały wszystkie rozmowy różnych członków rodziny królewskiej, a potem działając na czyjeś polecenie, puściły to w wybranym momencie w eter w taki sposób, aby ktoś to „przypadkowo odkrył”. Czyje to mogło być polecenie? Rozważa nawet królową, bo wiadomym jest, że uważa ona, iż Karol nie nadaje się na króla. A im bardziej będzie on skomplikowany , tym większa szansa, że może po niej ster władzy przejmie ulubiony wnuk Wiliam. Ale gdyby nawet pominąć kwestię, dlaczego ktoś tą rozmowę umieścił w eterze, pozostaje pytanie, czy Karol, opowiadając takie kompromitujące bzdury przez telefon, jest odpowiedzialny i nadaje się na króla?
Omówiona jest też afera z Edwardem VIII i Wallis Simpson, kiedy to „z miłości do tej kobiety” Edward zrzekł się tronu. Jest to bzdura. Edward VIII był wyjątkowo mało inteligentny, sympatyzował z faszyzmem, krążyły nawet teorie, że był niemieckim szpiegiem . Z pewnością mógł być manipulowany przez Niemców. Premier już od dawna miał problem z Edwardem, a najsensowniejszym wyjściem było , aby zgodził się na abdykację. Jak to zrobiono, że wyraził na to zgodę, można poczytać.
Książkę czyta się lekko głównie z powodu stylu, w jakim została napisana, sporo jest też zdjęć, szczególnie z czasów Karola i Diany, Kate i Wiliama. O dzieciach tej ostatniej pary właściwie nic nie ma, w trakcie pisania książki Kate dopiero spodziewała się dziecka. Dobrym pomysłem były drzewa genealogiczne na tylnych stronach okładek. Jedno dotyczy czasów wcześniejszych, zaczyna się od królowej Wiktorii, a na samej górze jest m. in. Elisabeth Bowes-Lyon, czyli matka obecnej królowej. Drugie drzewo od tej ostatniej się zaczyna . Sporo tematów jest znanych chociażby z mediów czy z filmów, np. „Królowa” o Elżbiecie II, „Jak zostać królem” o dziadkach Elżbiety , szczególnie o jąkającym się Jerzym VI, „Diana”, „Jej wysokość Pani Brown” o królowej Wiktorii. Rybarczyk o tych filmach nie wspomina, ale trudno w trakcie czytania o nich sobie nie przypomnieć. Każda historia w książce jest jednak potraktowana głębiej. W filmach nie ma za bardzo takich możliwości.
Autor nie ukrywa swoich sympatii, moim zdaniem raczej zgadza się co do oceny osób z królową, budzi to emocje, bo czytelnik swoje sympatie może lokować inaczej. Moje wątpliwości wzbudziła bardzo negatywna ocena właśnie Karola, bynajmniej nie z tego powodu , że zdradzał Dianę. Autor jego tez uważa za niezrównoważonego, śmieszne i dziwaczne wydaje mu się np. to, że interesuje się on alternatywnymi metodami leczenia nawet przy bardzo ciężkich chorobach. Ja z kolei takie zainteresowania oceniałabym na plus. Ale dzięki tym emocjom lektura nie jest nudna.
4/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)