niedziela, 9 marca 2014

Marta Grimes „Pod zawianym kaczorem”





    Ostatnio mam tak dużo pracy, że nie jestem potem w stanie w wolnym czasie czytać książek, wymagających dużej uwagi. Wpadłam więc w ciąg czytania kryminałów. I tak może być jeszcze z miesiąc, powinnam dopiero wtedy wyjść na prostą.  Co do zasady -  kryminały powinny wciągnąć i  spowodować oderwanie się myślami od pracy , no i dać pewien rodzaj odpoczynku . W moim wypadku się to sprawdza. Gdy jestem z kolei wypoczęta , wolę poważniejsze lektury. Chociaż  teraz gatunki     na tyle pomieszały się , że niektóre kryminały są dosyć poważne i też uwagi wymagają.
 

   „Pod zawianym kaczorem” nie był moim pierwszym kontaktem z Martą Grimes. Parę lat temu w cyklu Polityki „Lato z kryminałem”  wydano właśnie Martę Grimes, w kolejnym roku również,  i tak ta znajomość trwa.  Mam też sentyment do tej autorki, zaczęła pisać w wieku 50 lat, tzn. wtedy właśnie wydano jej pierwszą książkę. U nas często ludzie zajmują wtedy tylko dziećmi czy wnukami i lekarzami.  W całym cyklu szalenie intrygujące są  postacie głównych bohaterów : inspektora Richarda Jury, jego przyjaciela  - detektywa   amatora , arystokraty Melrose’a  Planta, ciotki tego ostatniego Agaty Ardry . Na szczęście nikt z nich nie ma traumatycznych wspomnień z dzieciństwa lub innych makabrycznych przeżyć  znanych  z kryminałów skandynawskich i czytelnik nie musi być nimi epatowany, nikt nie jest alkoholikiem i nie ma depresji.  Każdy z tych bohaterów  jest ciekawym,  wyjątkowo inteligentnym oryginałem . Panowie  są w średnim wieku i są wolni, żaden z nich jednak nie urządza polowań na kobiety , tak jak robiła to wobec facetów  Bridget Jones .  Oryginalnym elementem cyklu są postacie dzieci, często gdy się pojawia dziecko, nie ma nic wspólnego z infantylizmem,  jest niebywale bystre , nie nudzi się , nie potrzebuje stałego zabawiania , ma swój charakterek.  

     „Pod zawianym kaczorem” rozgrywa się   w Stratfordzie, rodzinnym mieście Wiliama Szekspira, gdzie na wycieczkę przyjechała grupa Amerykanów.  Dość szybko zostaje zamordowana właśnie Amerykanka. „Pod zawianym kaczorem” nawiązuje do sztuk Szekspira, z uwagi na miejsce akcji nie mogłoby być inaczej. Co nieco można sobie przypomnieć,  trochę też można się nauczyć. Ale  jest powieścią nieśpieszną, bardziej do smakowania i delektowania się angielskim humorem czy dialogami, niż do wciągnięcia się w  akcję do tego stopnia, aby zapomnieć o całym świecie.   

niedziela, 2 marca 2014

Marta Guzowska „Ofiara Polikseny ”



   Sięgnęłam po „Ofiarę Polikseny” dość mocno zmęczona , chociaż nie mam przekonania do polskich współczesnych kryminałów.  Gdy kupuję jakiś zagraniczny , wiem, że gdzieś już się sprawdził, ludzie go czytali . A kryminał polski jest zawsze większym ryzykiem.  Książka Guzowskiej zdobyła jednak Nagrodę  Wielkiego  Kalibru na najlepszą powieść kryminalną i sensacyjną 2013r.   i to zdecydowało, że jednak ją kupiłam .

     Morderstwa rozgrywają się w czasach nam współczesnych  w Turcji , bohaterami książki  są polscy archeolodzy, pracujący na wykopaliskach. Pierwszy trup , a właściwie szkielet jest starożytny, ale druga ofiara jest jak najbardziej współczesna. Grono bohaterów jest stosunkowo niewielkie, ktoś z nich musi być mordercą. Pomysł niewątpliwie był oryginalny  . Pozornie przypominał Agatę Christie, która jako żona archeologa również  tematykę archeologiczną znała nieźle.  U Christie np. w „Morderstwie w Mezopotamii” prace archeologów były jednak na drugim czy trzecim planie , a gdy była o nich mowa, to otaczał je nimb wyjątkowo ciekawej tajemnicy  .  U Guzowskiej nie ma żadnego romantyzmu , tylko brutalna rzeczywistość. Czytając poznaje się środowisko archeologów, reguły rządzące tym światkiem, bolączki  , blaski tego zawodu i cienie.  Jest to spora dawka wiedzy i na dodatek wiarygodnej, bo autorka jest archeologiem i od kilkunastu lat bierze udział w różnych pracach archeologicznych za granicą. Znaczna część tych opisów była dla mnie zaskakująca.  Szczególnie brutalne były te fragmenty, z których wynikało, jak brutalne walki się toczą w tych kręgach : o granty, o kierownictwo itp. Opisy samej zaś pracy są wyjątkowo odstraszające, toczy się mozolna dłubanina w ziemi po kilkanaście godzin dziennie w przerażającym upale , a potem następuje powrót do czegoś w rodzaju hotelu , gdzie są problemy z ciepłą wodą , a o klimatyzacji nikt już nawet nie marzy.

      Przybliżenie środowiska archeologicznego jest największym atutem tej pozycji. Inne wypadają trochę słabiej. Sylwetki głównych bohaterów są ledwo zarysowane i nie zaciekawiają. Charakterystyka osób   sprowadza się głównie do spraw damsko – męskich, kto, kiedy i w kim był lub jest zakochany  . Co nieco można dowiedzieć się też o współczesnej Turcji, na szczęście nie ma żadnej nachalnej dydaktyki.

    A sprawa najważniejsza dla kryminału, czyli intryga, zabójstwo itp… Najsłabiej wypada kwestia mordercy. Rzadko , a nawet bardzo rzadko zdarza mi się zgadnąć, kto nim jest . W tym przypadku od samego początku wytypowałam właściwą osobę. Osoba ta już na samym początku bardzo wyróżniała się z grona wszystkich bohaterów książki, była szalenie charakterystyczna.  Motywy zbrodni też pozostawiają dużo do życzenia pod względem wiarygodności. Sam intryga zaś co do teorii była nietuzinkowa, czyta się nieźle, książka jednak nie porywa. Nie przeżyłam niestety takiego uczucia, że „nie mogę się oderwać od czytania”. W akcję się wciągnęłam, pomogła mi nawet w pewnym stopniu oderwać się od codzienności,  ale są książki , w które podczas czytania wciągałam się bardziej.      Generalnie nie jest jednak źle . Nie wiem, czy dałabym „Ofierze Polikseny” nagrodę Wielkiego Kalibru, za mało czytuję polskich kryminałów. Jeżeli jednak ta książka faktycznie na ta nagrodę zasłużyła, to świadczy to chyba tylko o braku wyrównanej konkurencji.     

 

 


  

środa, 26 lutego 2014

Charlotte Bronte „Dziwne losy Jane Eyre” audiobook, czyta Magdalena Cielecka


   Dziwne losy Jane Eyre. czyta Magdalena Cielecka (Audiobook) - 0
      Audiobook nie był moim pierwszym kontaktem z „Dziwnymi losami”, ta książka od zawsze kojarzyła mi się z nimbem tajemniczości   i czymś wyjątkowo ciekawym.  Pamiętam, że jako dziecko próbowałam ją czytać, ściągając z półki rodziców, ale zakończyło się to fiaskiem. Oglądałam jednak z pewnością którąś z ekranizacji, bo od dawna kojarzyłam już treść książki. Kiedy przeczytałam ją po raz pierwszy, dokładnie prawie 20 lat temu, przeżyłam rozczarowanie.   Nie tak dawno znowu obejrzałam kolejną wersję filmową, tym razem z Mią Wasikowską w roli Jane i tak jakby znowu pewne zauroczenie tamtym klimatem powróciło. I teraz w końcu kolejny już raz zmierzyłam się z ta powieścią . Jestem nią mocno zauroczona.

    Pierwszy raz, gdy czytałam „Dziwne losy” skupiona byłam tylko na akcji. Nie przypominam sobie innych wrażeń. Teraz zaś, gdy akcja jest mi doskonale znana, zwracałam uwagę na inne aspekty. Ciśnie mi się cała moc wrażeń i refleksji. Nie wiem, od czego zacząć, zacznę od tego, co najbardziej pcha mi się pod pióro. . Tym razem najciekawsze dla mnie okazało się wgłębianie się w ponadczasowe charaktery ludzkie.  Było to wręcz fascynujące

    Wyjątkowo warta uwagi wydała mi się postać Jane.  Gdyby była żywą osobą, chciałabym się z nią zaprzyjaźnić. Jest to jedna z bardziej interesujących bohaterek literackich. Jane – z pozoru szara myszka, była bardzo opanowana, racjonalna, refleksyjna , uczciwa i  w rzeczywistości miała bardzo silny charakter. Jak na tamte czasy, gdzie kobiety miały mało do powiedzenia, a kobiety biedne, brzydkie  i nisko urodzone traktowane były jak powietrze, Jane była wyjątkowo silną osobą. Jej stosunek do życia był godny pozazdroszczenia. Jej dzieciństwo i wczesna młodość w zakładzie opiekuńczym były horrorem . Ale o dziwo, nie załamało jej to, tylko wzmocniło ją . Nigdy nie rozpamiętywała potem wszystkiego zła, jakie ją wówczas spotkało, nie biadoliła, dlaczego przytrafiło się to właśnie jej , a nie komuś innemu.    Wycisnęła ze swojego tamtejszego położenia wszystko, co tylko się dało ,wykształcenie , znajomość różnego rodzaju prac domowych, plus to, co zyskała dzięki przyjaciółce Helenie .   I poszła dalej.  Nie obraziła się ani na Pana Boga , ani na ludzi. Nie rozpamiętywała tego okresu życia nadmiernie, ale nie wymazywała go z pamięci na siłę. Wbrew   wszystkiemu czerpała z tego doświadczenia pod każdym względem.  Kiedy trzeba było, podejmowała ryzyko, np. gdy została guwernantką, gdy opuściła Rochestera. Jej stosunek do przyszłości też był ciekawy. Mimo, że była bez oszczędności, bez rodziny, mogła zachorować, stracić pracę itp., nie zamartwiała się. Snuła plany, oceniała ryzyko i przystępowała do realizacji. I kolejna rzecz , która jest szalenie rzadka, to jej sposób myślenia . Myślała wartościami, gdy zastanawiała się nad czymś, to nie analizowała tylko tego, co będzie dla niej lepsze, gdzie więcej zyska materialnie, ale brała pod uwagę w pierwszym rzędzie  to, czy określone zachowanie jest moralne i zgodne z Boskimi przykazaniami . To takie proste, a tak mało osób tak robi. Nie koncentrowała się tylko na sobie, owszem rozważała swoje położenie, ale skupiała się bardziej na malowaniu – w sensie dosłownym – i na analizowaniu charakterów i zachowania innych osób. Widziała pewne sytuacje i wyciągała wnioski na przyszłość, aby nie być potem zaskoczoną czyimś zachowaniem.  Często postacie kobiece z literatury starszej niż XX wiek , wydają mi się papierowe. Często opisy tych osób są sztampą, każda kobieta rozmyśla tylko o zamążpójściu, w tym przypadku tak nie jest.  Nie wiem, jak to się stało, że wcześniej  przy pierwszym czytaniu, nie dostrzegłam wszystkich atutów tej postaci.

        Cielecka świetnie czyta „Dziwne losy” , a szczególnie te partie, gdzie były rozmyślania Jane i gdy Jane uczestniczyła w rozmowach. Była stanowcza, ale nie arogancka.   Jest to interpretacja spokojna i rzeczowa, bez krzyków, szlochów, śmiechów. 

     Główna siła książki tkwi według mnie w bogactwie psychologii. Jedne z najciekawszych partii, to rozmowy  Jane z Rochesterem. Gdybym była reżyserem i filmowałabym „Dziwne losy”, to nie skróciłabym chyba nic z żadnej rozmowy. Jane była prawdomówna, miała ciekawe przemyślenia i waliła prosto z mostu to, co myślała. W świecie konwencjonalnych rozmów o niczym lub rozmów zakłamanych, gdzie każdy rozmówca nosi maskę na twarzy, takie rozmowy, jak Jane i Rochestera, są absolutnym wyjątkiem .

     Wyjątkowo dobrze słuchało mi się też tych fragmentów, gdy Jane snuła swoje rozmyślania, a szczególnie gdy dotyczyły one charakterystyk innych osób. Są to bardzo głębokie i arcyciekawe analizy. Są one tym ciekawsze, im bardziej skomplikowana jest dana postać.  Kiedy Jane myślała o innych kobietach, często były to aroganckie, puste lale i o tego typu osobach nie było za wiele myślenia.

      Drugi wyjątkowo ciekawy bohater wyłonił się dopiero pod koniec powieści. Mam na myśli kuzyna Jane, czyli St. Johna Riversa, duchownego, przygotowującego się do roli misjonarza na Dalekim Wschodzie. Wydawałoby się, że jest to człowiek niemal bez wad. Ale Jane rewelacyjnie go prześwietliła. Jest to typ charakteru trudny do oceny, taki, że oceniając go łatwo można się pomylić. Właśnie przy tak skomplikowanych charakterach mam problem z oceną . St John jest niemal kryształowy, miłosierny, uczciwy, inteligentny. Nie waha się , gdy dostaje wezwanie do potrzebującego, chociaż wie, że droga jest daleka, będzie musiał iść nocą i  pieszo. To on zadecydował, że trzeba zaopiekować się Jane, gdy była niemal żebraczką, bez grosza przy duszy i bez domu. Nie miał pojęcia, kim ona jest i bez względu na ryzyko, dał jej schronienie. W wielu przypadkach tego typu poczucie wdzięczności powoduje, że wobec takich osób stajemy się bezkrytyczni.  Jane była wdzięczna i to nie ulega najmniejszych wątpliwości. Ale szybko też uzmysłowiła sobie, że mimo tylu zalet kuzyna i mimo jego wyjątkowo prawego charakteru on ją może zniszczyć , szczególnie, gdy ona przyjmie jego oświadczyny. St. John był wielkim człowiekiem idealnym do nadzwyczajnych czynów , do wypełniania szczególnie trudnej misji   , jak właśnie praca misyjna  z dala od kraju. Niestety, na co dzień, podczas zwykłych, szarych dni, kontakty z nim były już trudniejsze. Uwidaczniały się wówczas takie cechy , jak apodyktyczność, wysokie wymagania wobec innych, żądanie od niech tego, do czego oni sami nie byli przekonani lub nie mieli siły. Brakowało mu czegoś tak prostego, jak umiejętność cieszenia się zwykłymi, prostymi rzeczami.   I stąd też St. John namawiał Jane, aby wyjechała z nim na misje jako jego żona. Wytłumaczenia, że nie ma ona predyspozycji do tak trudnego zadania, nie było dla niego przekonywujące. Dla niego ważne były tylko rzeczy wielkie. Jane mimo rozterek i mimo długu wdzięczności była jednak w stanie mu odmówić.

      Inne wspaniałe portrety psychologiczne to chociażby portret wujenki, pani Reed. Mógł on być tak trafny tylko dlatego, że Jane mimo całego zła, jakie wujenka jej wyrządziła, potrafiła popatrzyć na nią obiektywnie. Rzadko stać nas na coś takiego.  Co ciekawe, Jane odkryła, że wujenka jej nienawidziła od samego początku i bez jakiegoś szczególnego powodu. Nie wpadła z tego powodu w kompleksy i nie szukała winy w sobie, przyjęła ten fakt do wiadomości. Mogłabym wymieniać tych postaci więcej. Kiedyś do „Dziwnych losów Jane Eyre” ponownie powrócę, ciekawe, co wtedy nowego  odkryję

środa, 12 lutego 2014

Mariusz Urbanek "Broniewski. Miłosć, wódka, polityka.



      Od dawien dawna lubiłam Broniewskiego. Właściwie to więcej niż lubiłam. To w końcu  jest jeden z moich ulubionych poetów i to bynajmniej wcale nie z powodu wierszy rewolucyjnych czy opiewających miniony ustrój . Jego wiersze  liryczne, o miłości, poezji, przyrodzie  i tego typu kwestiach,  są bez konkurencji. Zawsze ubolewałam, że jest on tak mało znany od tej dobrej strony. Obawiałam się nawet , że w związku z przemianami ustrojowymi może zostać już utożsamiony wyłącznie z opiewaniem PRL-u i w związku z tym może w ogóle przestać być czytywany .

        Gdy dowiedziałam się, że Mariusz Urbanek napisał w czasach nam współczesnych biografię Broniewskiego , wpadłam niemal w euforię , książkę zakupiłam  i jeszcze przed przeczytaniem wątpiłam , czy będę w stanie znaleźć w niej wady. To jest tak trochę jak z obiektywnym spojrzeniem na osoby najbliższe, jest to szalenie trudne ,  a czasem wręcz niemożliwe. Zawsze tych najbliższych widzi się w lepszym świetle , niż widzą ich pozostałe osoby. A  książka dotyczy właśnie mojego Broniewskiego i tak długo trzeba było na nią czekać.  Dzieło M. Urbanka to przecież  pewna forma ocalania poety od zapomnienia , pokazywania jego prawdziwego oblicza i zrywania z patrzeniem na Broniewskiego tylko przez pryzmat piewcy socjalizmu .  

     Przy biografiach zawsze nasuwają mi się 2 aspekty, sposób jej napisania i refleksje na temat bohatera. Wbrew pozorom, te 2 elementy wcale nie musza współgrać. Przeczytałam kiedyś, że biografie Andrew Mortona zawsze sprzedają się jak ciepłe bułeczki, bez względu na to, o kim on pisze. Nie czytałam żadnej jego biografii, ale wydaje się to logiczne. A z kolei wiele biografii osób , które miały ciekawe życie, nie sprzedaje się.

  W przypadku biografii Broniewskiego główną jej  zasługą jest pokazanie Broniewskiego w obiektywnym świetle, i jako legionisty,  i jako uczestnika wojny polsko – bolszewickiej  , i jako żołnierza Armii Andersa, i jako autora „Słowa o Stalinie” i innych tego typu wierszy i jako chociażby człowieka, którego wyczynów władza ludowa na tyle się obawiała, że musiała zamknąć go przymusowo w zakładzie psychiatrycznym.  Do tej pory o życiu Broniewskiego nie wiedziałam wiele i muszę przyznać, że niektóre fakty był dla mnie zaskoczeniem. Wydawało mi się, że kto jak kto, ale on z pewnością nie miał kłopotów z cenzurą. Byłam w totalnym błędzie, bo właśnie Broniewski zawsze miał masę kłopotów z cenzurą i zawsze na skutek tego pokrzywdzeni byli czytelnicy. W okresie XX-lecia międzywojennego nie mógł krytykować istniejącego  porządku i miał problemy z  drukowaniem wierszy rewolucyjnych czy tych komunizmie. Gdy znalazł się w trakcie wojny pod okupacją rosyjską nie mógł z kolei z nostalgią wspominać przedwojennej Polski  i krytykować Niemców, był to przecież sojusznik Stalina. Gdy zaciągnął się do armii Andersa i napisał fraszkę krytyczną o gen. Michale Karaszewiczu – Tokarzewskim, generał obraził się i ostatecznie skończyło się to tym, że Broniewski musiał opuścić wojsko. Potem z kolei gdy nastał pokój nie mógł drukować wierszy o tym, że ziemie wschodnie, Nowogródek, Wilno, powinny być nasze. Mimo sympatii Broniewskiego do socjalizmu nie był on wobec tego, co się działo bezkrytyczny, ale takich wierszy też pisać nie mógł.

     I co ciekawe, w żadnym niemal środowisku nie uchodził on za swojego i zawsze mu wypominano, że cos napisał lub że czegoś nie napisał, że coś zrobił lub że nie zrobił. 

     Dopiero po lekturze tej książki uświadomiłam sobie, że jest sporo takich wierszy Broniewskiego , których nie znam i których nie było w tych zbiorach, które czytałam. Teraz dopiero, gdy minęło 25 lat od zmiany ustroju , nastał czas, że można na Broniewskiego popatrzyć z dystansem i poczytać jego wiersze z wszystkich okresów życia.    Oczywiście są i wiersze liryczne, o których już pisałam    , które są ponadczasowe i piękne zawsze. Zamówię z pewnością teraz najnowszy wybór wierszy, właśnie w wyborze Mariusza Urbanka   i z ciekawością sprawdzę, jak wygląda takie kompendium.

     Zaś co do samej książki, to  mogłaby być napisana ciekawiej, momentami czytało się ją ciężko.  Zdecydowanie nie podobał mi się zabieg odstąpienia od chronologii i opisywania oddzielnie różnych aspektów życia, np. jeden rozdział to zaangażowanie polityczne w XX-leciu międzywojennym, doprowadzony jest od do wybuchu wojny, inny to życie uczuciowe, jeszcze inny to udział w armii Andersa, a kolejny to zauroczenie kobietą, która wyszła potem za mąż za Gustawa Herlinga – Grudzińskiego.    Jestem absolutnie przekonana, że różnych sfer życia nie da się od siebie oddzielić, one przecież oddziałują na siebie wzajemnie . Żona może przecież mieć wpływ na życie polityczne męża itp.

       Z pewnością na dobre książce wyszłoby, gdyby pewne wydarzenia , mające duży wpływ na późniejsze życie poety, były bardziej pogłębione. M. Urbanek często jakby prześlizgiwał się tylko po powierzchni zdarzeń , nie dociekał przyczyn . Sądzę, że najważniejszym elementem życia Broniewskiego było zafascynowanie komunizmem. Ale w książce na próżno byłoby szukać fragmentów,   jak to się stało , w pewnym momencie czytania  zorientowałam się, że to już się stało, ze Broniewski właściwie już jest komunistą. I w tym momencie musiałam cofać do przeczytanych już rozdziałów, zastanawiać nad własną rękę. A to przecież autor powinien wskazywać pewne hipotezy, co, jak dlaczego. Nie zwalnia to oczywiście od myślenia i własnego analizowania pewnych tez.

     Czułam totalny niedosyt fragmentami o córce , Ance, największej miłości Broniewskiego.  Anka zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach, śmierć równie dobrze mogła być skutkiem wypadku, jak też i samobójstwa. Przebiegowi tego wydarzenia poświęconych jest zaledwie parę zdań. Przypuszczam, że autor chciał    uciec od sensacji, ale jeżeli wydarzenie  nie tylko było sensacyjne, ale i niesamowicie ważne dla poety, to nie powinno się do tego uciekać. Broniewski mówił, że 98% okoliczności wskazuje na wypadek, ale samobójstwa nie wykluczał.  Życie ze świadomością, że najbliższa osoba mogła popełnić samobójstwo, musi być koszmarem, ale w książce tego typu refleksji nie ma.  Wspomniane jest tylko mimochodem, że Anka będąc już mężatką i matką, zakochała się w Bohdanie Czeszce i że to mogło być powodem tego domniemanego samobójstwa. Broniewski odgrażał się z tego powodu  Czeszce, tamten musiał nawet uciec przed Broniewskim do Moskwy.    Ale też nie ma rozwinięcia tego tematu.    

    Myślę, że ta powierzchowność wynika z postawienia przez autora na ilość w pisaniu biografii, a nie na jakość. Jedna z najlepszych polskich autorek biografii , Agata Tuszyńska, jedną książkę pisze kilka lat, tu mamy przypadek odwrotny, w kilka lat -  kilka biografii.

   Ale generalnie plusy górują nad minusami . Nasunęło mi się jeszcze parę refleksji natury ogólnej. Zauważyłam, czytając biografie i obserwując ludzi, że ludzie głęboko wierzący mają chyba w życiu łatwiej. Mówię o osobach naprawdę głęboko wierzących.  Oni prędzej znajdują sens we wszystkim i wbrew pozorom nie załamują się przeciwnościami losu . Pomaga też posiadanie autentycznie  bliskich osób, niekoniecznie musi być to rodzina.  Broniewski nie był wierzący, może też i przez to było mu trudniej…  Najbliższe osoby szybko umierały. Ale pozostawił po sobie wspaniałą poezję.  

 

sobota, 8 lutego 2014

Hilary Mantel „Na szafocie”


 
    Nie mogłam oderwać się od czytania. Ostatnio rzadko zdarza mi się, aby całkowicie zatopić się w powieści i zapominać o całym świecie. Tym razem się udało! Wreszcie.

    „Na szafocie” to druga cześć  opowieści o Tomaszu Cromwellu, snuta jest ona na tle wydarzeń, poprzedzających ścięcie   Anny Boleyn.  Cromwell coraz bardziej rośnie w siłę, Henryk VIII – wydaje się – nie potrafi się już bez niego obejść, a żadne kluczowe wydarzenie w państwie bez udziału Cromwella nie może się odbyć. Henryk VIII  coraz częściej myśli o pozbyciu się Anny, uważa, że szanse na urodzenie następcy tronu przez nią,  są żadne. Zdążył ponadto już zakochać się w damie dworu Joannie Seymour. Ażeby król mógł poślubić Joannę zaaranżowanych zostało kilka procesów , zarówno p-ko Annie, jak i p-ko kilku dworzanom . Dworzan i Annę oskarżono o utrzymywanie kontaktów cielesnych, czyli w tym przypadku o zdradę. W tle zaś rozgrywają się wydarzenia , związane z postępującym rozłamem    Kościoła z papiestwem, dochodzi do    ścięcia Tomasza Morusa i biskupa Fishera.  Daleko w tle jest jeszcze pierwsza żona Henryka, Katarzyna Aragońska, która schorowana powoli kończy żywot .

      Jak już pisałam przy okazji pierwszego tomu tego cyklu, czyli „W komnatach Wolf Hall” , autorka dociera do głębi wydarzeń, ich przyczyn i skutków, a nie tylko do sensacyjnej, skandalicznej i powszechnie znanej  powierzchni. Szalenie ciekawa jest warstwa psychologiczna . Wszyscy bohaterowie żyją w czasach przełomu , frakcje na dworze zmieniają się, jak w kalejdoskopie i z byle przyczyny, lub nawet bez przyczyny można ze szczytów spaść na sam dół. Ludność też lekko nie ma, każdy musi podjąć decyzję, czy zostaje przy starej wierze, czy składa przysięgę na wierność królowi i ma nową, inną nieco wiarę. Są to idealne warunki do poznania charakterów ludzkich. Sam Cromwell mówi, że przy okazji procesu p-ko Annie więcej dowiedział się o naturze ludzkiej, niż przez całe życie.  Tragiczno  – humorystyczne zabarwienie miały dla mnie sceny przemalowywania przez ludzi na domostwach herbów królewskich - K. Aragońskiej na herby A. Boelyn, a potem szybko na jeszcze inne – Seymorów . Nie można przy tym wszystkim zapomnieć o szerzącym się donosicielstwie. 

     Postawy ludzkie, zmiany poglądów  jak chorągiewki na wietrze , poza czystym koniunkturalizmem , miały też  poważniejsze przyczyny, lęk przed egzekucją i śmiercią, przed pozostawieniem rodziny, w tym dzieci  bez środków do życia, obawa o ich losy. Przypominało mi to oczywiście trochę naszą najnowszą historię . Katarzyna początkowo miała masę „przyjaciół”, potem gdy została wygnana , zdecydowana większość bała się utrzymywać z nią jakikolwiek kontakt. Część ochoczo zaczęła służyć Annie Boleyn i od Katarzyny zdecydowanie się odcięła. Po zwietrzeniu zaś nowej koniunktury i nabraniu pewności , że Anna  już długo ukochaną królową nie będzie, prawie wszystkie dwórki zaczęły na nią masowo donosić . Im bliżej ktoś z Anną był związany, tym bardziej się od niej odcinał i wypierał tej minionej bliskości. Charakter Anny i jej poczynania na dworze to kolejna, fascynująca opowieść.    Z jednej strony była wybitna inteligencja Anny, jej zmiłowanie do nauki, ksiąg, kultury , a z drugiej destrukcja i destrukcyjny wpływ na króla, czyli chociażby podżeganie do radykalizmu i egzekucji niewygodnych dla niej osób. Kiedyś czytałam wywiad z kobietą, historykiem, która fascynuje się i specjalizuje w historii brytyjskiej. Nie pamiętam jej nazwiska, ale pamiętam za to doskonale, że powiedziała, iż Anna Boleyn była jedną z najbardziej inteligentnych władczyń w historii Wielkiej Brytanii i że jej wkład w rozwój kultury był olbrzymi.   

    Fascynujące na tym tle jest też obserwowanie Tomasza Cromwella. Wie on doskonale, ze król nie ma żadnych skrupułów, że jest w stanie wydać wyrok śmieci na każdego, bez względu na pochodzenie i pozycję tej osoby. Wie, że król pozbywał się wszystkich najbliższych doradców i obchodził się z nimi  okrutnie.  I mimo tej wiedzy nie przychodzi mu do głowy, że z nim też stanie się podobnie.  A przecież zdaniem niektórych był jednym z najwybitniejszych umysłów Europy tamtych czasów. 

   W książce jest sporo takich fascynujących wątków. W tym tomie często też pojawia się najsłynniejszy malarz tamtych czasów – Hans Holbein.  I możemy obserwować , jak powstają jego dzieła i jak portretował on różne osobistości, które ich cechy charakteru eksponował na portretach  .

     „Na szafocie” jest wyśmienicie napisane. Podziw też budzi dawka wiedzy historycznej  , jaką serwuje autorka. Po raz kolejny żałowałam, że nie ma jeszcze gotowej trzeciej części cyklu .  

    

poniedziałek, 3 lutego 2014

Jo Nesbo „Karaluchy” - audiobook , czyta wielu aktorów




     Zacznę od czegoś, co może wydać się herezją dla miłośników Jo Nesbo. „Karaluchy” nie spodobały mi się . Nie spodobały mi się do tego stopnia, że najprawdopodobniej już po Nesbo nie sięgnę. Jedyne  co ratuje tą pozycję, to wykonanie, które jest absolutnie mistrzowskie. Książkę czyta cała masa aktorów, w tym m. in. B. Linda, B. Szyc, I. Kuna i in. Do tego jest jeszcze rewelacyjna muzyka i autentyczne ponoć odgłosy Bangkoku. Nie potrafię natomiast powiedzieć, co ludzie widzą w samej  książce. I nie wiem, dlaczego Nesbo ma takie niesamowite wzięcie u czytelników. Gdyby nie mistrzowskie wykonanie audiobooka, zrezygnowałabym z dalszego słuchania po kilku rozdziałach. Nie rozumiem fenomenu popularności Nesbo. Nie wiem, czy to tylko  kwestia dobrej promocji jego książek i owczego pędu czytelników.   Może  jest coś w tych powieściach, czego ja nie widzę. Nie wiem tylko, co to miałoby być.  To, że ludzie bywają chciwi ,  źli i zdolni do wszystkiego , nie jest zbyt odkrywcze.

        Wydarzenia rozpoczynają się od znalezienia zwłok ambasadora norweskiego z nożem w plecach  w domu publicznym w Bangkoku.   Na miejsce zostaje wysłany, jako przedstawiciel policji norweskiej,  główny bohater cyklu, czyli Harry Hole.  Nic w tej książce nie jest normalne. Harry jest alkoholikiem, kilka lat wcześniej jadąc samochodem,  spowodował wypadek, w którym zginął jego przyjaciel. Ale to nie jest jedyny jego problem. Jego dwie byłe dziewczyny nie żyją, a ostatnia – Birgitta została zamordowana.  Jego siostra urodziła się z kolei z zespołem Downa i ostatnio została zgwałcona, a napastnik obciął jej sutki. Już same te elementy wywołały moją irytację i niesmak , bo mam wrażenie, że Nesbo zachowuje się tak, jakby uczestniczył w rankingu   różnego rodzaju okropieństw. Cóż, ja nie znam nikogo, kogo spotkałyby takie lub chociażby podobne  koszmary.   Z jednej strony powieści Nesbo uchodzą za realistyczne,  ale z drugiej to wszystko co się dzieje w jego książkach, jest tak mało realne, jak trafienie 6 w totolotka. 

          Akcja książki skonstruowana jest w taki sposób, że opisywane są stale różne wynaturzenia, z którymi na szczęście mało kto z czytelników kiedykolwiek miał kontakt . Szczególny nacisk jest położony na elementy sadystyczne, których jest sporo.  Ograniczę się tu do zasygnalizowania tylko małych migawek tego sadyzmu. Bohaterowie szczegółowo opisują, w jaki sposób potrafi zabijać tajlandzka mafia. Odbywa się to w rzece i polega z grubsza  na tym, że używany jest samochód i  śruba i dochodzi do oskalpowania ofiary. Chętni mogą uszczegółowić ten opis w książce. Dosyć spory jest opis, jak jednemu z bohaterów obcinana jest na żywca ręka , odbywa się to przy pomocy maczety.  Samo obcięcie trwa moment, ale przygotowanie jest dłuższe i całkiem spory jest potem opis tego, co dzieje się z człowiekiem, któremu tą rękę obcięto. Opisy są na tyle szczegółowe, że  można zorientować się nie tylko , jak wygląda odcięta ręka, ale i jak czuje się potem, minuta po minucie,  ofiara. Harry też kilkakrotnie cudem unika śmierci. Jeden raz napastnik przykuwa go do dna basenu kajdankami. Harry dość długo się dusi, charczy , rzęzi i krzyczy a potem bełkocze coś.  W innym miejscu z kolei z detalami mamy opis , jak inny napastnik przebija mu na wylot rękę nożem. Ale taki opis musi zostać podbity zaraz następnym. Mimo więc tej przebitej ręki Harry łapie drugą ręką za leżącą nieopodal wiertarkę i z olbrzymim hukiem wwierca się w gardło mężczyzny, który przebił mu rękę.  Zabitych podczas całej książki jest więcej niż jedna osoba. Niektóre ciała były przenoszone  i przechowywane w domowych zamrażarkach. Konieczne więc było badanie krwi, a wynik wykazał zarówno krew ludzką , jak i wieprzowinę.  Szybko okazuje się, że zamordowany ambasador zainteresowany był mocno pornografią dziecięcą, szczególnie zdjęciami z chłopcami. Autorowi nie wystarcza zasygnalizowanie tego faktu, musimy poznać bliżej szczegóły jednego ze zdjęć,   na którym mówiąc w skrócie,  jest penis w stanie wzwodu i buzia kilkuletniego chłopczyka. Inny bohater „Karaluchów” zwierza się w pewnym momencie Haremu, że ma problem, bo nie może powstrzymać się od oglądania zdjęć porno z dziećmi . No i jak się można domyślić, do dzieci bardzo go ciągnie. Szczegóły tego problemu chętni również mogą sobie poczytać.    Innym jeszcze razem Harry razem z kolegą muszą przeskoczyć szybko przez mur, co udaje im się, ale kolega opisuje znany mu przypadek, gdy jakiś chłopiec też przeskakiwał przez mur , zahaczył o coś i został w ten sposób wykastrowany. Możemy przy okazji dowiedzieć się, jak bardzo wówczas krzyczał. Oprócz tego mamy też przemoc w wersji light, czyli opisy zwykłych pobić, ze wskazaniami, jak się ktoś poczuł po pierwszym kopniaku, a jak po drugim, kiedy zwymiotował, ile to trwało  itp. 

     Momentami od tych opisów robiło mi się niedobrze. Jeżeli kogoś interesują np. doznania pedofila, który powstrzymuje się od kontaktów z dziećmi, to niech sięga po tą książkę.  Ja nie za bardzo widzę  atuty tej pozycji . To , czego brakuje w „Karaluchcach” , to z pewnością zwykli ludzie, tacy jak koledzy czy koleżanki z pracy czy różni krewni ze swoimi zwykłymi problemami.  Gdy w wielu kryminałach mamy często jednego zabójcę, czyli osobę wynaturzoną, a reszta to tzw. zwykli ludzie, to tutaj proporcje są odwrotne. Chociaż też nie jestem pewna, zwykłych ludzi tutaj brak , chyba że weźmiemy pod uwagę różne epizodyczne scenki. 

                Co najgorsze, w natłoku tych różnych koszmarów, nie zainteresowało mnie zbyt mocno, kto kogo i dlaczego zabił.   Akcja jest mocno zagmatwana , a poszczególne wątki są mocno poplątane. 

        W ostatnim poście pisałam, że czytałam ostatnio  Agatę Christie. Tam było to co lubię, akcja, intryga, psychologia , czyli tam było wszystko to, czego nie ma u Nesbo. 

sobota, 1 lutego 2014

Agata Christie „4.50 z Paddington”


 


Agata Christie jest dla mnie od wielu już lat prawdziwą królową kryminału.  Uwielbiam jej książki, są świetne zarówno gdy ma się dobry humor, jak też i wtedy gdy ma się przysłowiowego doła. Wszystkie jej powieści są świetne, a „4.50 z Paddington”jest chyba jedną z lepszych.

    Historia zaczyna się w momencie, gdy Elspeth McGillicuddy - przyjaciółka panny Marple,  jadąc pociągiem, zobaczyła morderstwo. Pociąg zwolnił na pewnym odcinku trasy i mijał inny pociąg. Gdy oba pociągi w wolnym tempie, na zakręcie przejeżdżały obok siebie,  starsza pani zobaczyła, że mężczyzna  w drugim pociągu dusi kobietę.   Po przyjeździe na miejsce powiedziała o wszystkim policji. Jak się można domyślać, policja przeszukała pociąg i rejon torów, a gdy nie znalazła zwłok, uznała sprawę za pomyłkę. Panna Marple znała jednak swą przyjaciółkę dość dobrze i   miała świadomość, że historia o zabójstwie nie może być urojeniem. Przyjrzała się sprawie i doszła do wniosku, że zabójstwo była drobiazgowo zaplanowane,  a zwłoki musiały być wyrzucone z pociągu właśnie w okolicach zakrętu. W tamtym miejscu teren przy torach wchodzi w skład posiadłości   należącej do bardzo bogatej rodziny Crackenthorpe. Wysnuła więc wniosek, że morderstwo zostało dokonane właśnie przez kogoś, kto na terenie tamtej posesji mieszka lub chociażby bardzo dobrze ją zna. Uznała, że sprawa ta powinna być zbadana przez jej znajomą, niejaką Lucy Eyelesbarrow. Lucy zatrudniała się jako gospodyni domowa na krótki czas  do różnych domów, a w tamtym czasie z racji okresu bożonarodzeniowego, rodzina Crackanthorpe właśnie takiej gospodyni poszukiwała.

    Z chwilą przybycia Lucy do Crackenthorpów  zaczyna się właściwa akcja. Lucy jest wyjątkową osobą, szalenie pracowitą, piękną, elokwentną, odważną itp. Rodzina bogaczy jest z kolei nieco ekscentryczna. Na stałe na miejscu mieszka senior rodu z córką Emmą. Na święta przyjechali tam zaś trzej bracia Emmy : Cedryk Harold I Alfred oraz małżonek ich siostry - Bryan z synem i jego kolegą. Agata Christie jest rewelacyjnym obserwatorem charakterów. Każdy z bohaterów jest ciekawą postacią, a co najważniejsze po bliższym poznaniu okazują się oni nieco innymi osobami, niż początkowo mogło się to wydawać. Niemal każdy zaś kryje przed światem różne tajemnice. Wkrótce Lucy  odnajduje zwłoki młodej kobiety, ukryte w sarkofagu, a niedługo potem jeden z braci ginie otruty. Im dłużej Lucy przebywa z tą rodziną, tym bardziej poznaje  jej członków. Jak to u Christie bywa, każdy jest podejrzany, i każdy z mężczyzn może być potencjalnym mordercą. Im więcej sekretów rodzinnych wychodzi na jaw, tym bardziej zagadka wydaje się być skomplikowana. 

    Czytując Agatę Christie,  mam zwyczaj porównywania charakterów poszczególnych bohaterów do rzeczywistych postaci osób, które znam.  Po pierwszych scenach z nowym bohaterem  zastanawiam się, kogo mi on przypomina . I potem w miarę jak akcja posuwa się do przodu, porównuję tego bohatera książki z realną postacią. Niekiedy pierwsze wskazanie, że dany bohater to jakby moja ciotka czy koleżanka,  okazuje się nietrafne, wówczas , szukam innej rzeczywistej postaci. Jest to dla mnie świetna zabawa.  Znajomość psychologii powieściopisarki była ta tyle znamienita , że jej bohaterowie nie są papierowi  , tylko realni do szpiku kości. Starszy pan Crackenthorp przykładowo okazuje się apodyktycznym tyranem, którego synowie nie znoszą i czekają, aby szybko umarł.  Inny syn, Harold, nadęty finansista, to z kolei bankrut robiący dobra minę do złej gry. Cała niemal rodzina jest zgodna w jednej tylko kwestii, że pewne rzeczy nie mogą oglądać światła dziennego  i powinny zostać tylko do ich wiadomości.

    Agata Christie nie emanuje przemocą. Zbrodnia zarówno w tej książce, jak i w innych jest popełniana jest  szybko i sprawnie. Mimo że polała się krew, całość utrzymana jest w pogodnej tonacji.   I właśnie za to Christie lubię.  Na przebieg wydarzeń patrzymy okiem rzeczowej i rzetelnej zarazem Lucy, bez histerii. Okazuje się oczywiście na samym końcu, kto zabijał, no i w związku z tym jego druga połowa , jego /jej parter  zostanie sam/ sama. Panna Marple stwierdza, że ta osoba szybko to przeboleje, wyruszy gdzieś w podróż, z pewnością w czasie tej podróży pozna kogoś innego, lepszego od poprzednika. Nie ma więc tragizowania, czy rozdzierania ran . Lucy oczywiście ma domu pełnym mężczyzn spore wzięcie, incydent ten kończy się więc niespodziewanie zakochaniem się.

    W każdej książce Christie zawiera sporo psychologii, ale   zarazem każda powieść ma jakby oddzielną myśl przewodnią. W „Zatrutym piórze” bohaterką jest kobieta, która według brata w każdym środowisku znajduje sobie mężczyznę, którego uwodzi   i z którym flirtuje.  Możemy oglądać i przebieg i efekt takich zabiegów. W innej powieści z kolei przewija się motyw starszej kobiety, która zmarła i nie zdążyła napisać testamentu,  co spowodowało masę perturbacji . Kilka razy pada tam stwierdzenie, że nie wiadomo dlaczego  , niektórzy  ludzie uważają, że są nieśmiertelni . W „4.50 z Paddington”  najbardziej zapadł mi w pamięć obraz operatywnej Lucy, która planuje sobie zadania i je realizuje, łącznie z przeszukiwaniem grobowca.

     Jakkolwiek na to nie patrzyć,   czytanie „4.50” to świetna zabawa. W tym samym niemal czasie, gdy czytałam ta książkę, w samochodzie odsłuchiwałam „Karaluchy” Nesbo. Porównania nasuwały się bezwiednie.  O „Karaluchach” napiszę oczywiście oddzielnie, ale teraz zasygnalizuję , że u Christie jest opisywana codzienność i właściwie normalność. Ludzie którzy popełniają zbrodnie, funkcjonują podobnie jak my wszyscy , na pierwszy czy nawet i drugi rzut oka nie wyróżniają się z tła zamiłowaniem do zbrodni.  Są do niej zdolni w pewnych szczególnych okolicznościach. A ulubionym motywem zabójców  jest z reguły chciwość, aczkolwiek często idzie ona w parze z innymi czynnikami i też nie zawsze.

    Czytałam jakiś czas temu „Autobiografię” A.Chrisite i jej autorka spodobała mi się jako człowiek. Gdyby żyła obecnie w moim otoczeniu, z pewnością chciałabym się  z nią zaprzyjaźnić. Była energiczna, myśląca i optymistycznie nastawiona do życia. I to podejście widoczne jest w książkach. W wielu kryminałach , szczególnie skandynawskich, spotykamy bohaterów z masą problemów, z depresją, alkoholizmem, traumami z dzieciństwa itp. U Christie ludzie też mają swoje tajemnice, ale one są zupełnie innego rodzaju. Nie przypominam sobie u niej problemu pedofilii, alkoholizm przybiera elegancką formę, itd. I to właśnie ją wyróżnia.

     Oglądałam też film „4.50 z Paddington” z Geraldine Mc Ewan, atmosferę książki odtworzono świetnie. A braci Crackanthorpe grali sami przystojni , chociaż mało znani aktorzy. Ten film też miał w sobie to „coś”.

  

niedziela, 26 stycznia 2014

Hilary Mantel „W komnatach Wolf Hall”



         Wspaniała książka! Dawno nie czytałam czegoś tak świetnego. Wszystkie nagrody, jakie dostała autorka, w tym Man Booker Prize , są absolutnie zasłużone.  Nie będę książki  streszczać, wspomnę, że jest to  historia Tomasza Cromwella, skupiająca się na okresie  , kiedy to król   Henryk  VIII znudził się już pierwszą żoną Katarzyną Aragońską i zakochał się w Annie Boleyn , czyli z  przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XVI wieku.  De facto akcja zaczyna się w 1500r. , ale do następnych lat przechodzi bardzo szybko, o dzieciństwo  Cromwella zaledwie zahacza. Akcja obejmuje poznanie się Anny i Henryka, koronację Anny , narodziny Elżbiety i kończy się wówczas, gdy są już pierwsze bardzo delikatne symptomy  zainteresowania się króla inną kobietą, Jane Seymour. Miałam problem, aby od tej książki się oderwać. Wydarzenia opowiadane są przez narratora, który obserwuje życie Tomasza Cromwella . Na całe szczęście nie jest to opowieść w stylu harlequina. Oczywiście nie ma możliwości, aby pominąć  historię małżeństw Henryka VIII, ale jest w tej powieści coś, co sprawia, że i jako źródło historyczne , i jako opowieść o władzy , i o miłości czy nienawiści , stawiam ją szalenie wysoko .

       Wahałam się trochę, zanim „W komnatach Wolf Hall”  kupiłam. Wydawało mi się, że historia  Henryka VIII jest  mi dość dobrze znana i obawiałam się, że niczego nowego się z tej książki nie dowiem, tym bardziej, że  w ubiegłym roku obejrzałam na dvd  całą „Dynastię Tudorów” . Okazało się, że dowiedziałam się z niej bardzo dużo. Oprócz tego  tamte czasy po tej lekturze w końcu zrozumiałam .

     Cóż więc jest w niej takiego, co powoduje, że jest według mnie wyjątkowa?  Z pewnością  punkt widzenia, czyli oglądamy wydarzenia widziane jakby przez Cromwella, który uchodzi obecnie  za skrajnie czarny charakter i niemal uosobienie zła. Hilary Mantel nie stara się go ani wybielać , ani tłumaczyć, ale starała się  go zrozumieć i przeniknąć zarówno motywy, jakimi  się kierował, jak i cele, do jakich dążył. Z reguły wszystkie filmy i książki dotyczące tamtego  okresu opowiadają o wszystkim z punktu widzenia tego, co dzieje się na dworze królewskim . Tu jest inaczej, Tomasz Cromwell bowiem na dwór nie trafił tak szybko. Kolejną rzeczą jest niesamowita umiejętność pisania Hilary Mantel. Opisuje ona wszystko tak, że nie można się nudzić. Doskonale wie, kiedy  np. fragment np. o reformach w kościele należy zacząć i kiedy trzeba już go przerwać, tak aby czytelnik z jednej strony zyskał rozeznanie, na czym to polegało, a z drugiej aby się nie znużył. Wątki trudniejsze, np. o walkach o wpływ na władzę  różnych możnowładców umiejętnie przeplata z luźniejszymi aspektami, np. osobistych relacjach pomiędzy królem a Katarzyną Aragońską, o ich zdrowiu itp. Inny aspekt książki to właśnie wszechstronność w spojrzeniu na epokę, opisane są wszystkie chyba ważniejsze sprawy z tamtego okresu czasu, począwszy od wybuchu zarazy, poprzez upadek kariery kardynała Wolsey’a – Lorda Kanclerza , konflikt króla z Tomaszem Morusem , kulisy walki o wprowadzenie ustawy o sukcesji po rozłam z papiestwem.

     Podczas czytania nie mogłam oprzeć się bezustannemu niemal powracaniu ( myślą )  do serialu - „Dynastii Tudorów”  . Dynastia zrobiła na mnie spore wrażenie i uważam ją za jeden z najlepszych seriali historycznych .   Właśnie ten serial z książką Hilary Mantel doskonale się uzupełniają. Pokazują co prawda te same wydarzenie , ale  już nie wszystkie, niektóre są tylko w książce, inne tylko w filmie. Wydaje mi się, że książka jest głębsza. Oto garść przykładów. W filmie Cromwell to skrajny koniunkturalista o przeciętnej wiedzy i inteligencji . W książce pokazany zaś jest jako mąż stanu, a jego decyzje nie tyle wynikają z koniunkturalizmu, co chociażby z wcześniejszego krytycznego nastawienia do papiestwa    i przychylnego patrzenia na reformację. Morus w filmie to męczennik za wiarę, niemal bez skazy, pokazano , jak palił ludzi na stosie, ale kontekst był taki, że robił to , gdyż takie były realia epoki. Mantel zaś wprowadziła inne elementy jego charakteru, takie, których w filmie nie było, jak pęd  do władzy, brak minimalnej chociażby tolerancji, okrucieństwo i fanatyzm religijny w najgorszym tego słowa znaczeniu. Każdy czytelnik i widz może  po obejrzeniu filmu i przeczytaniu książki zastanowić się, który obraz poszczególnych postaci jest pełniejszy i bliższy prawdy.  Różnice pomiędzy filmem i książką można oczywiście mnożyć i opowiadać o tym można byłoby w nieskończoność.

      Wpływ serialu na mój odbiór książki z kolei był taki, że nie potrafiłam sobie wyobrazić poszczególnych postaci , ich wyglądu, ubioru,  inaczej, jak właśnie pokazani byli na ekranie. Tak samo wygląd zamków i pałaców – widzę je poprzez obraz serialu.  

   Teraz z kolei czytam druga część całej historii , czyli powieść „Na szafocie” i już na samym początku widzę, że jest tak samo rewelacyjna, jak i cześć I. Szkoda, że ostatni tom ukaże się najprawdopodobniej  dopiero w 2015r.   

 

środa, 22 stycznia 2014

Zbigniew Nienacki „Pan Samochodzik i księga strachów” audiobook , czyta Wojciech Malajkat

Pan Samochodzik i Księga strachów - Zbigniew Nienacki
      
       Uwielbiam  raz na jakiś czas wracać do książek dzieciństwa. Chyba jest to pewna forma sentymentalizmu, ale podoba mi się to.  „Pana Samochodzika i księgi strachów” jako dziecko nie czytałam , ale klimat  opowieści o panu Smochodziku znam dobrze, czytałam inne książki Nienackiego, a poza tym kojarzę też filmy, np. Pan Samochodzik  i  templariusze  . Pamiętam dobrze klimat podekscytowania i przygody, gdy za te książki się brałam i gdy oglądałam filmy. Była to prawdziwa przygoda.
       Z tym większą więc ciekawością sięgnęłam po audiobooka. Efekt był również ciekawy. Książka spodobała mi się, a poza tym nawet mnie zaskoczyła. Pan Samochodzik tym razem wraz z podopiecznymi poszukuje pamiętnika niemieckiego oficera z czasów wojny. Historia zaczyna się blisko granicy niemieckiej, w Jasieniu.  Tak bardzo pamiętałam o tym, że słucham książki dla dzieci, że nawet nie przyszło mi do głowy, iż coś może mnie zaskoczyć. Co do zasady, zakończenie było przewidywalne tylko w dość małym stopniu. Wydarzenia okazały się bardziej skomplikowane , niż się spodziewałam. Zaskoczyli mnie główni bohaterowie, bo również nie rozszyfrowałam, kto jest kim. Ta książka może być dobra zabawą  również dla dorosłych, jako luźniejsza rozrywka. Dla mnie szczególnie interesujące były elementy historii Polski, a konkretnie historii, związanej z ziemiami zachodnimi, o których opowiada harcerzom  pan Tomasz, np. o bitwie pod Cedynią .

        Atutem okazał się dla mnie  świetnie odtworzony klimat lat PRL-u, szczególnie dla tych, którzy pamiętają tamten czas. Dla tych co nie pamiętają, pod tym względem może to być lekcja historii pozbawiona dydaktyzmu. Możemy obserwować tamten czas przez pryzmat wakacyjnych wczasowiczów. Nad jeziorem w szczycie sezonu brakuje kajaków, granicy z Niemcami przekroczyć nie można, potrzebny jest paszport i nie tylko. Jeżeli już ktoś ten paszport uzyska, musi ustawić się do kolejki samochodów . Ludzie wypoczywają śpiąc w namiotach,  myją się w jeziorze, a czas spędzają przy ognisku  . Z racji tego, że nie było wówczas głośnych historii z pedofilami w roli głównej, rodzice nie boją się zostawiać dzieci pod opieką pana Tomasza, lub nawet i bez opieki . Nie ma komputerów, ani telefonów komórkowych, telewizji nikt nie ogląda. Żywe są za to różne historie z czasów wojny, a antagonizmy polsko-niemieckie są tak ostre, jak wieki wcześniej, jakiekolwiek zbliżenie z Niemcami wydaje się nie wchodzić w ogóle w rachubę i nikt  nawet   o czymś takim nie myśli i tego nie przewiduje . Za to jest tradycyjny podział ról damsko-męskich, gdy towarzystwo jest z daleka od stołówki , kobiety zajmują się  posiłkami, a mężczyźni wznieceniem ogniska. Nikt również nie przypuszcza, że za 47 lat ( pierwsze wydanie to 1967r. ) nie będzie takie oczywiste to, czy to mężczyźni mają zajmować się posiłkami, czy kobiety. Samochody prowadza tylko mężczyźni, ale jest pewna jaskółka postępującego feminizmu : ciotka Hilda jeździ na motorze. Pan Samochodzik musi ją co prawda pouczać, że motor ma popsuty tłumik itp., ale Hilda nie jest kobietą posłuszną.  Pan  Samochodzik jako bohater pozytywny ma związki z milicją, ale jest to tylko zasygnalizowane,  mi jakoś nie rzucało się w oczy.

    Malajkat jako pan Tomasz wypada całkiem dobrze. Nie jest to może rewelacja, ale nie czułam , słuchając go, żadnego dyskomfortu.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Mikołaj Gogol „Martwe dusze” audiobook , czyta Andrzej Szczepkowski i Piotr Olędzki


                                          Martwe dusze. (Audiobook) - 0


     „Martwe dusze” zawsze był dla mnie  jednym  z najbardziej fascynujących tytułów, mam na myśli sam tytuł sensu stricto, bo treść książki poznałam dopiero teraz . Gdy tylko ten tytuł słyszałam , zastanawiało mnie, co to dokładnie oznacza, czym są te martwe dusze. Potem gdzieś usłyszałam, że bohater książki skupuje martwych chłopów, tzn. staje się ich właścicielem, z papierów zaś wynika, że oni żyją i że wchodzą oni w skład jego majątku.

    Książka mimo tego, że napisano ją 200 lat temu, jest wyjątkowo zabawna i chyba określiłabym ją trochę jako satyrę , a trochę jako powieść psychologiczną. Cziczikow, skupujący tych chłopów,  to oszust  i krętacz. Wyłania się na rosyjskiej prowincji , podlizuje do co bardziej zacnych obywateli i skupuje tych nieżyjących chłopów. I cały czas mamy zagadkę, do czego są mu oni potrzebni. Obraz społeczności  małego miasteczka pokazany jest rewelacyjnie , do tego stopnia, że mogłam spokojnie robić  analogie, że np. wszystko dzieje się w miejscach, gdzie pracujemy, wszędzie są przypadki lizusostwa, próby wejścia do towarzystwa osób, sprawujących funkcje kierownicze, nawet gdyby wśród tych osób były totalne kanalie i idioci. Tak samo było 200 lat temu i pewnie będzie i za 200 lat  a Gogol to opisuje i kpi . Nie trzeba się specjalnie wysilać, aby sobie przypomnieć różne postacie, znane  z mediów, też większych i mniejszych oszustów, które  też w podobny sposób zaskarbiały sobie względy pseudoelit, pokazywani byli w różnych brukowcach jako celebryci, a potem  okazywało się, że są to tylko zwykli przestępcy, którzy byli skazywani przez sądy.

     Gdy przybywa nieznany nikomu Cziczikow wszyscy najpierw są ostrożni, zastanawiają się, kto to, czy jest bogaty, czy nie, czy ma może znajomości gdzieś wyżej. Kiedy okazuje się, że kupuje on chłopów, roznosi się wieść, że jest zamożny, prawdopodobnie z różnymi koneksjami, wszyscy uznają , że warto więc mieć z nim dobre kontakty. Cziczikow do tego bardzo się „szanuje”, zabiega o kontakty tylko z „elitą” miasteczka. Ta „elita” to oczywiście wysoko urodzone osoby, sprawujące różne urzędy i majętne. Wobec  innych Cziczikow przyjmuje ton protekcjonalny, a gdy trzeba,  potrafi nawet krzyknąć i być opryskliwy. A jeżeli nie ma do kogoś interesu, to go w ogóle nie zauważa. Spoufala się więc z tą „elitą”, a „elita” z nim, mało kto z tej „śmietanki towarzyskiej” do pewnego momentu zastanawia się, czy nie jest to aby oszust, który robi ich w balona.  Gdyby trochę wnikliwiej się mu przyjrzeć, oczywiste byłoby, że nie jest to ani człowiek błyskotliwy, ani dobrego charakteru i właściwie nic sobą nie reprezentuje. No ale skoro ma różnego rodzaju koneksje, nikt się nie wgłębia w takie szczegóły, no bo po co. Nie wspomnę już o tym, jak traktuje on ludzi całkowicie zależnych od siebie, np. swojego woźnicę. Szczególnie zabawne jest, gdy w towarzystwie Cziczikow uznany jest za dobrą partię na wydaniu, głównie ze względu „zamożność” i różne panie zaczynają być dla niego szczególnie miłe.

       Momentami Cziczikow przypominał mi trochę naszego Nikodema Dyzmę, szczególnie w ostatnim rozdziale, w którym pokazana jest historia Cziczikowa .  W „Martwych duszach” akcja jest jednak znacznie bardziej ograniczona czasowo, nasz bohater przybywa na prowincję na 2 tygodnie i nie ma ambicji, aby się tam osiedlić i robić karierę. Ma inne plany.  Cziczikow nie zachodzi jednak tak wysoko, jak Dyzma.  Wydarzenie nie są jednak monotonne i w pewnym momencie sytuacja się komplikuje. Wśród miejscowych zaczynają się obawy, czy rzeczywiście nie jest to oszust i Cziczikow podejmuje decyzję, że musi jak najszybciej opuścić miasteczko.  Sytuacje, gdy ta pseudoelita w mgnieniu oka odwraca się od Cziczikowa, są szczególnie komiczne, tym bardziej, że właściwie nic się nie zmieniło , od początku mieli do czynienia z oszustem i gdyby tylko chcieli, mogliby go błyskawicznie przejrzeć.  Wszystko wyjaśnia się w ostatnim rozdziale, czyli kim właściwie jest Cziczikow, po co kupował martwe dusze, dlaczego itp.

    „Martwe dusze” są idealną książką jako audiobook. Słuchanie nie jest meczące, nie trzeba się wysilać, aby się nie pogubić  w wydarzeniach. Wykonanie jest super, nic dodać, nic ująć.

      Jakiś czas temu oglądałam w teatrze „Rewizora” Gogola i byłam i zachwycona i totalnie rozbawiona. Gogol jest naprawdę świetny, w obecnych czasach byłby świetnym satyrykiem, mógłby pewnie z powodzeniem stworzyć  kabaret.
      Najciekawszy rozdział, który szczególnie zasługuje na uwagę, to rozdział ostatni. Narrator podejmuje tutaj bezpośredni dialog z widzem i tłumaczy mu , lekko mrużąc oko, że każdy oburza się patrząc  na zachowanie Cziczikowa, ale warto byłoby trochę zastanowić się nad sobą samym  

środa, 8 stycznia 2014

Marek Hłasko „Piękni, dwudziestoletni”, audiobook , czyta Borys Szyc

Piękni dwudziestoletni - Audiobook (Książka audio MP3) do pobrania w całości w archiwum ZIP


      „Piękni  dwudziestoletni” to książka kultowa, którą , jak to się mówi, „powinno się znać” . Zgadzam się z tym, że powinno się, bo jest dzieło jest fascynujące, tylko,  ja „Pięknych” nie znałam . Owszem, słyszałam o nich  wiele, ale nic poza tym.  Audiobooka odsłuchałam  pod koniec  grudnia podczas wyjazdów świątecznych , ale nie miałam kiedy go opisać, niech  więc będzie tak, że jest to pierwszy mój audiobook Nowego Roku.   Będąc jeszcze w liceum, a może na początku studiów przeczytałam sporo tego, co napisał Hłasko, „Pięknych dwudziestoletnich” z pewnością musiałam ominąć,  niczego podczas słuchania sobie nie przypominałam. Kiedy się przymierzałam do jej słuchania, miałam wrażenie, że spotkam się z legendą, wiele się spodziewałam, na szczęście się nie zawiodłam.

          Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, „Piękni” niesamowicie wciągają. Słuchałam już różnych audiobooków, część z nich odsłuchałam  zanim jeszcze zaczęłam   pisać  tego bloga. Zauważyłam, że  do słuchania w samochodzie najlepsze są powieści, nic innego się do tej pory nie sprawdzało.  Wszystkich innych  pozycji słuchało mi się ciężko,  trudniej było mi się skupić, miałam  też problemy, gdy chciałam czegoś odsłuchać ponownie. Miałam wątpliwość, czy „Piękni dwudziestoletni” jako audiobook do samochodu , są to przecież wspomnienia,  to dobry pomysł, okazuje się, że owszem, jest to wyjątek od zasady – do samochodu tylko powieści. Słuchałam tej książki z większym chyba zainteresowaniem, niż niejednego kryminału, co było  tym bardziej zaskakujące, że w obecnych czasach o wszystkim można mówić, nie ma tzw. białych plam i „Piękni” nie noszą posmaku owocu zakazanego. Tak wiec nie tylko słuchałam tej książki z szalonym zainteresowaniem, ale i nie mogę o niej zapomnieć, plącze mi się po głowie. A na dodatek zmieniła chyba trochę moje podejście do pewnych spraw. I to właśnie chyba nazywa się talent pisarski. 

       łasko pisze tak, jakby opowiadał coś komuś w knajpie, no i jest to fascynujące. Nie ma tam niczego wydumanego,  pisze o tym, co zna , co widział , słyszał i co go interesuje. A widział i słyszał niejedno, wykonywał kilkanaście zawodów, był i pracownikiem fizycznym i dziennikarzem, mieszkał i w lesie i we Wrocławiu i  Warszawie i na emigracji. Był szalenie oczytany. Byłby wyjątkowo ciekawym rozmówcą. „Piękni” nie są  reportażem, nie można więc wymagać  od nich drobiazgowości czy obiektywizmu . Przekaz jest szalenie subiektywny, co trzeba mieć na względzie szczególnie wówczas, gdy Hłasko pisze o różnych ludziach.   Opowieść ułożona jest chronologicznie, zaczyna się od czasu, gdy nasz narrator pracował jako kierowca, potem zaś są wspomnienia z czasów, gdy został korespondentem  „Po prostu”  no i wszystko kończy się na emigracji. Hłasko pisze o sobie i swoich znajomych, w tym o postaciach, które przeszły już do historii, np. o pisarzach tamtego okresu, wtrąca często różne anegdoty. Nie wybiela się przy tym, wspomina o incydencie współpracy z bezpieką, o alkoholizmie. Wszystko to robi na luzie i z poczuciem humoru. Wspomina oczywiście i swoją twórczość. To , o czym dawniej  pisać nie było można, o warunkach życia, o polityce , teraz jest już na tyle znane, że wrażenia już nie robi , a przynajmniej na mnie nie zrobiło . Nie interesowałam się szczególnie Hłaską, nie czytałam jego życiorysu, nie wiem więc, na ile prawda miesza się tu z konfabulacją czy zmyśleniem. Wiem, że efekt robi wrażenie.    

      Każdy oczywiście inaczej odbiera tego typu lekturę i z pewnością każdy na coś innego zwraca uwagę, każdy co innego zapamięta. Mnie utkwiło w pamięci szczególnie zdanie o twórczości Hłaski. Stwierdził on, że nic nie poradzi na to, że  interesował go jeden temat : kobieta, mężczyzna, miłość  i ich klęska. Niby proste, ale cały czas można o tym pisać. Spojrzenie na te sprawy zaprawione jest sporą dawką goryczy, no ale on tak to widział. I chyba miał sporo racji.

    Ciekawe były też jego spostrzeżenia na temat literatury, jego zdaniem jedną z cech, po której można rozróżnić dobra literaturę od złej, jest to, czy w książce jest mowa o pieniądzach. U Dostojewskiego np. bohaterowie cały czas liczą kopiejki, a w literaturze debilnej tylko płacą, a pieniądze biorą nie wiadomo skąd.  Do Dostojewskiego jest znacznie więcej nawiązań, sporo jest mowy o filmach.  Ciekawe są też rozważania o życiu w tamtej Polsce i na Zachodzie. Hłasko zastanawiał się, dlaczego ludzie z  Zachodu  nie interesowali się tym, jak tu jest, a jeżeli już wiedzieli, to  się tym nie przejmowali . Stwierdził, że „doświadczenie jest nieprzekazywalne” .     Z zainteresowaniem słuchałam też fragmentów, gdzie mowa była o „Po prostu”, tez legendzie tamtych czasów. Nie mam pojęcia, jak to pismo wyglądało . Hłasko strasznie zjechał naczelnego tego pisma, niejakiego Lasotę. Podkreślał dobitnie, że naczelny był niesamowitym tchórzem , ćwierćinteligentem i że pismo było tak dobre wyłącznie za sprawą z-cy redaktora naczelnego, redaktor Bratkowskiej.    W internecie znalazłam publikację , w której Lasota ustosunkował się do tych spostrzeżeń Hłaski, chyba dosyć starą, na pewno nie z obecnego okresu. Zrobił to z klasą, stwierdził, że przykro mu z tego powodu, ale że to jest zdanie Hłaski, z którym on się zgadza, a następnie zachwycał się talentem literackim  Hłaski. Jak było naprawdę? Nie mam pojęcia.

     Tym razem nie mogę narzekać na wykonanie audiobooka. Borys Szyc , za którym nie przepadam, jako czytający tą książkę  jest idealny. Czyta z lekką ironią, ale i z dystansem, jak ktoś, kto mówi o czymś, co było dawno, ale co było mu bliskie, nie wpada na szczęście w martyrologiczny ton. Jest oczywiście i mieszanka dystansu i zaangażowania. Wszystko zależy od fragmentu.