środa, 21 czerwca 2023

Wirginia Woolf – „ Do latarni morskiej” – audiobook, czyta Irena Lipczyńska

 


Klasyki literatury nie da się całej przeczytać, no chyba że ktoś zajmuje się tym zawodowo. A w klasyce jest faktycznie wiele arcydzieł, które są w stanie zauroczyć czytelnika po latach. Raz na jakiś czas sięgam więc do tej klasyki w nadziei, że odkryję dla siebie coś nieznanego. Sięgając po klasykę ma się szansę, że natrafi się na dzieło, o którym pisała Olga Tokarczuk, dzieło które ociera się o Wielką Tajemnicę, które przedstawia świat w taki sposób, w jaki jeszcze na niego nie patrzyliśmy. To jednocześnie powinno być dzieło, po przeczytaniu którego jesteśmy już innymi ludźmi, a w trakcie czytania byliśmy w czymś w rodzaju transu, zafascynowani i porażeni, niczym w jakimś innym wymiarze. 

       „Do latarni morskiej” z pewnością nie jest czymś takim. Nie zauważyłam tu głębi psychologicznej czy jakiejkolwiek innej. Niestety tekst nieco nudzi, a przy audiobooku bardzo łatwo jest oderwać od niego uwagę. Czytająca Irena Lipczyńska z pewnością tu nie pomaga, wręcz usypia i potęguje nudę. Znaczna część książki to opis jednego popołudnia w nadmorskiej angielskiej miejscowości, odbywa się wówczas spotkanie towarzyskie u rodziny Ramseyów. Nie dzieje się nic spektakularnego, zaś powieść od innych odróżnia to, że opisywane są myśli uczestników spotkania. Przykładowo jeden z gości psychicznie czuje się fatalnie, drażnią go pozostali ludzie, postrzega ich jako prostaków i marzy o tym, aby być już u siebie w domu. W oczach gospodyni z kolei to on budzi politowanie, bo mieszka sam i jej się wydaje, że zrobiła mu wielkie dobrodziejstwo, zapraszając go na przyjęcie. Dalsza część książki rozgrywa się po latach od opisanego przyjęcia. 

      Ale nie ma tu niczego odkrywczego, przy odrobinie zastanowienia i empatii w takich sytuacjach w dużej mierze można się domyślić, jak poszczególni ludzie się czują. Z pewnością można sięgnąć głębiej, tak jak potrafił to robić w swoich genialnych psychologicznych powieściach Javier Marias. Wirginia Woolf nie była w stanie sięgnąć głęboko. 

6/10




sobota, 10 czerwca 2023

Olga Tokarczuk "Dom dzienny dom nocny"

 

     Miałam niestety spory problem, aby przebrnąć przez tą książkę. Tak jak napisałam przy okazji zbioru krótkich tekstów O. Tokarczuk "Czuły narrator", jej krótkie teksty są świetne, z powieściami jest gorzej.  Fenomenalny jest esej Tokarczuk "Lalka i perła", o któym pisałam tutaj - o "Lalce" Prusa. "Dom dzienny dom nocny" mnie nie wciągnął,  a niektóre jego fragmenty wydawały mi się wręcz absurdalne i niedorzeczne. Po prostu coś zupełnie nie dla mnie. Literatura kojarzy mi się oczywiście m. in.  z różnymi ulubionymi zajęciami i rzeczami, np. jeden lubi góry, drugi morze, jeden takie potrawy, drugi inne. Nie każda książka jest dla każdego.  Nie jestem do końca pewna, z czego to wynika, to temat do głębszego namysłu. Może z braku jakiegokolwiek podobieństwa do któregokolwiek z bohaterów? Z innego sposobu patrzenia na świat? 

    Generalnie jest to opowieść narratorki o zamieszkiwaniu w Kotlinie Kłodzkiej, na ziemiach poniemieckich, część jest o niej, część o jej sąsiadce Marcie, jest to opowieść jedynie częściowo realistyczna. Sporo jest też o innych osobach i nie tylko w czasie współczesnym. Przewija się też motyw różnych snów. Poszczególne wątki bezpośrednio się ze sobą nie łączą, łączą jedynie abstrakcyjnie, podobieństwem ludzkich losów bez względu na czas opowieści np. marzeniami czy ostatecznym niespełnieniem. Niestety przeważająca większość tych wątków nie trafiła mi do przekonania. Przykładowo młodej kobiecie przyśnił się głos, który mówił, że ją kocha i że jest Amosem. Ona uznała, że to głos prawdziwego mężczyzny i zdecydowała, że musi go zidentyfikować i znaleźć. Przy pomocy książki telefonicznej znalazła kogoś, kto jej zdaniem był tym głosem ze snu, pojechała do niego. Niestety część opisywanych postaci była totalnie pusta, bezrefleksyjna, niepotrafiąca odnaleźć sensu w życiu, np. bezdzietne małżeństwo, gdzie dla każdego z małżonków ulgą w egzystencjalnej pustce był przygodny seks z dziwną postacią, nie wiadomo czy w ogólne realną.  

    Nieco ciekawsze są wątki ludności niemieckiej w czasie, gdy ludność ta po wojnie był wysiedlana do Niemiec. Wątek mnicha, piszącego historię mniszki, znanej z legendy sprzed wieków, Kummernis, kobiety z brodą i twarzą Chrystusa, był dla mnie najcięższy do przebrnięcia. 

4/10


czwartek, 8 czerwca 2023

Elżbieta Cherezińska „Odrodzone królestwo” – audiobook, czyta Filip Kosior

 

„Odrodzonym królestwem” cykl o ostatnich Piastach, głównie o Łokietku, został zamknięty, czego bardzo żałuję. Liczyłam na to, że autorka napisze kolejny tom, chociażby o początkach panowania Kazimierza Wielkiego. Ale jej zamysł jest mocno czytelny, chciała opisać szalenie trudne i niebezpieczne momenty w naszej średniowiecznej historii za panowania Piastów, kiedy to byt naszego niepodległego państwa zawisł na przysłowiowym włosku. Groził nam rozbiór, Krzyżacy zjednoczyli się z Janem Luksemburskim, zawarli pakt, jak podzielą nasze ziemie i uderzyli z dwóch stron. Cykl Cherezińska zakończyła śmiercią Łokietka, kiedy to niebezpieczeństwo w dużej mierze było już zażegnane. Autorka opisuje nie tylko te chwile, z których możemy być dumni, o ile można być dumnym z czegoś na co nie miało się jakiegokolwiek wpływu.  Pisze też o kartach haniebnych, jak królobójstwo Przemysła II, fakt mało znany, a u Cherezińskiej wraca we wszystkich tomach jak echo.  Cykl jest wspaniały i bez cienia wątpliwości kiedyś do niego wrócę.  

    Wspominałam już przy okazji wcześniejszych tomów, że postać Łokietka jest wyjątkowo godna uwagi, zarówno ze względów historycznych, jak i psychologicznych. Gdy podejmował pierwsze próby zjednoczenia naszych ziem, byliśmy nie tylko w rozsypce po rozbiciu dzielnicowym, kandydatów do tronu, nie było mało, a nie każdy chcąc ten tron zdobyć, myślał o interesie państwa czy poddanych. Byliśmy otoczeni praktycznie samymi wrogami z każdej strony. Łokietek przy pomocy światłych ludzi opanował tą sytuację tak, że Kazimierz mógł je umacniać, najgorsze było już za nami. Łokietek to przykład postaci, która całe życie napotyka na porażające trudności, ma jak to w jego rodowym zawołaniu  - Pod wiatr. I walczy z tym, raz zwycięża, raz przegrywa, ale nigdy się nie poddaje i ostatecznie odnosi zwycięstwo. Kazimierz Wielki niewątpliwie ma olbrzymie zasługi dla państwa, ale gdyby nie jego poprzednik na tronie i jego polityka, Kazimierz nie miałby tak łatwo.

    Wspaniałe jest też to, że Cherezińska wydobyła z mroków zapomnienia nie tylko Łokietka, ale właśnie te wspomniane chwile dziejowe. Przed przeczytaniem cyklu nie miałam pojęcia, że nasza sytuacja w tamtym czasie była tak ekstremalnie trudna. Do zbiorowej już świadomości przeszło, że jedne z najtrudniejszych chwil opisał Sienkiewicz w Trylogii „Ku pokrzepieniu serc”.  Okres panowania Łokietka z reguły zapamiętany jest jako zjednoczenie ziem. A przecież pod koniec jego panowania doszło do jednych z najważniejszych bitew naszego oręża, pod Płowcami w 1331 roku. O wysiłkach dyplomatycznych pisałam już wielokrotnie. W tym tomie pokazana jest też mało spotykana umiejętność Łokietka, która przydałaby się każdemu w każdych czasach, a mianowicie sztuka kompromisu. Osłabił on Krzyżaków bardzo mocno, ale ich ostatecznie nie pokonał w takim stopniu, aby przestali stanowić zagrożenie. Krzyżacy chcieli pokoju, ale nie mogli zgodzić się na to, aby z wojny z Polską wyjść tylko jako przegrani bez żadnej zdobyczy terytorialnej. Byliby wówczas skompromitowani na arenie międzynarodowej, a wewnętrzna frakcja krzyżackich radykałów nigdy nie zaakceptowałaby takiego rozwiązania.  Pokój czy rozejm w takich warunkach byłby tylko chwilowy. Łokietek stanął przed dylematem, czy zgodzić się utratę części terytorium i nie mieć wojny, mógłby wówczas zacząć umacniać państwo zniszczone po wojnach, czy też zastosować taktykę, że nie oddamy ani piędzi ziemi. Zdecydował się na kompromis i dzięki temu na 80 lat zapanował pokój. 

    Każdy znajdzie tu postać lub postacie, które staną się jego ulubionymi bohaterami i każdemu czytelnikowi będzie ciężko rozstać się z nimi.   

10/10          














wtorek, 30 maja 2023

Olga Tokarczuk „Czuły narrator”

 


    O ile moje doświadczenia z powieściami naszej noblistki są różne, o tyle nie mam żadnych wątpliwości co do jej esejów, wykładów i temu podobnych krótkich form. Są wyśmienite. Pisałam już o rewelacyjnej „Lalce i perle”, zbiór esejów i wykładów z tomu „Czuły narrator” jest naprawdę zachwycający, porażający i dający mnóstwo do myślenia, a poza tym czyta się go bardzo dobrze. 

     Całość jest bardzo głęboka, wszystkie teksty dotyczą literatury, a głównie powieści, ogólnie, jako o sposobie opowiadania o świecie, a w dwóch wykładach łódzkich jest szerzej mowa już o konkretnych powieściach: „Księgach Jakubowych” i o „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Na jednym z najprostszych poziomów zbioru mowa jest o ulubionych książkach autorki w różnych okresach życia i o ulubionych bohaterach literackich, wspomniany jest m. in. Juliusz Verne z dzieciństwa, potem Prus, Mann i jego „Czarodziejska góra”, Bruno Szchultz, Cotzee i masa innych. Dlaczego fascynują nas bohaterowi literaccy? „Bohater literacki jest zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych, czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się Każdym i Wszędzie. Kiedy czytelnik śledzi czyjś historię, może utożsamiać się z losem opisywanej postaci i rozważać jej historię, jak swoją.” Ponadto „Traktujemy postaci literackie jak bliskich nam i całkiem realnych ludzi. Przywiązujemy się do nich, porównujemy do nich; niektóre z nich potrafią zmienić nasze życie”. Porównywanie swoich ulubionych książek i swoich ulubionych bohaterów literackich do wskazań Tokarczuk, jest świetną zabawą. Ponadto autorka zastanawia się też nad tym, czy bohaterowie powieści aby na pewno są wymyśleni, może są po prostu skądś wydobyci…

       Są wymienione kryteria, które zdaniem autorki, winna spełniać ta powieść, która jest powieścią wielką, ponadczasową. Oczywiście kryteria te są dyskusyjne. Otóż powieść powinna mieć „element ekscentryczności”, co polega na tym, że „Powinna niczym lampa zawsze podświetlać to, co wyraziste i jasne, pod innym kątem, tak by znane w jej świetle okazało się nagle zupełnie nieznane, oczywiste – nieoczywiste, oswojone – dzikie, a bezpieczne – podejrzane.” Ważnym elementem jest też tajemnica i pewna doza irracjonalności, autor nie może przemawiać tylko z pozycji „szkiełka i oka”. W niektórych powieściach doza irracjonalności i tajemnicy jest wielka, np. w „Mistrzu i Małgorzacie”, a w innych niemal niewidoczna, autorka zauważyła ją i w „Lalce” i w „Czarodziejskiej Górze”. Generalnie Tokarczuk opiewa powieść jako coś absolutnie wyjątkowego, to w powieści można przekazać właściwie wszystkie prawdy o człowieku, wszystkie uczucia, obawy, lęki, radości itp. „Literatura wyprowadza nas poza siebie samych i pozwala uczestniczyć w doświadczeniu, które inaczej nie byłoby nam dane.”  

   Najbardziej zaś zastanawiające są rozważania na temat tego, kim jest narrator. Powieściopisarz, nie każdy oczywiście i nie zawsze, przekazuje często takie prawdy i taką wiedzę, którą nie wiadomo skąd uzyskał. Bywa tak, jakby rzeczywiście nieznany ktoś lub coś, podpowiadało pisarzowi pewne fragmenty. Pamiętam jak w „Listach” Tolkien opisywał, jak pisząc o pobycie hobbitów w karczmie „Pod Rozbrykanym Kucykiem” nagle zobaczył Obieżyświata, a takiej postaci wcale nie przewidywał. Musiał w tej sytuacji wprowadzić go do akcji. Olga Tokarczuk opisuje to tak: „A może pochodzi z zewnątrz, jest głosem innych bytów, z którym opowiadacz czy opowiadaczka wchodzi w mediumiczne koneksje? (W taki właśnie sposób swój warsztat opisywała niedawno Hilary Mantel, mówiąc o pisaniu głośnej książki „W komnatach Wolf Hall).”  Autorka wspomniała w tym kontekście”,  też swój „Dom dzienny, dom nocny”. „Narratorka jest zbyt mała, zbyt krucha, żeby objąć wszystkie zakresy opowieści. Historie nieustannie wymykają się poza jej horyzont poznawczy, podróżują w czasie, tworzą koincydencje i związki. To z pewnością nie jest perspektywa rzeczywistej osoby. Ma się raczej wrażenie, że ta naszkicowana kilkoma kreskami narratorka ulega przejęciu przez głos potężniejszy, dużo bardziej rozległy i uniwersalny.” Co charakterystyczne, takie wrażenie, że niekiedy zamiast narratora mówi ktoś większy, czy coś większego, faktycznie mam przy czytaniu naprawdę dobrej literatury. Pisał o tym Miłosz w „Sekretarzach”, o których Tokarczuk również wspomniała:

„Sługa ja tylko jestem niewidzialnej rzeczy, 

Która jest dyktowana mnie i kilku innym.

Sekretarze nawzajem nieznani, po ziemi chodzimy

Niewiele rozumiejąc. Zaczynając w połowie zdania.

Urywając inne przed kropką. A jaka złoży się całość

Nie nam dochodzić, bo nikt z nas jej nie odczyta.”

   10/10 

               

       


środa, 24 maja 2023

Agata Christie „Śmierć na Nilu”

 


     Jest to jedna z lepszych powieści Agaty Christie. Jest ściśle określone grono osób, które mogły popełnić zbrodnię, tym razem nie takie małe. Wydarzenia rozgrywają się na statku, ale takiej klasy, że przypomina słynny pociąg opisany przez autorkę nieco wcześniej w „Morderstwie w Orient Expressie”. Wśród podróżujących wyróżnia się młode małżeństwo, Linnet i Simon, oraz Jacqueline, była narzeczona Simona, która udała się w rejs za młodą parą po to, aby albo zrobić im na złość, albo zrobić coś jeszcze gorszego. Jacqueline jest owładnięta jednocześnie i poczuciem krzywdy i chęci zemsty, nic innego jej nie interesuje. Hercules Poirot określił to jako stan zbratania się z szatanem, bo ktoś żywiący tak mocno takie uczucia i pielęgnujący je, powoli traci nad sobą kontrolę. Każda kolejna scena z Jacqueline tą tezę potwierdza, obsesja się powiększa i właściwie dla każdego uczestnika rejsu widoczne, jest, że tragedia wisi na włosku. Znam takie osoby, jak Jacqueline, tylko że w ich przypadku w pewną paranoję wpędziło ich zwolnienie z pracy po to, aby móc zatrudnić na ich miejsce kogoś zdecydowanie głupszego i mniej kompetentnego, ale za to z rodziny lub po znajomości. Uczucia takiej osoby są dokładnie takie, jak opisała autorka. Powoli wszystko inne przestaje dla takich ludzi istnieć. Hercules Poirot zasugerował dziewczynie, aby zamknęła ten rozdział życia i skupiła się na czymś innym, bo potem może by za późno, bo sprawy wymkną się spod jej kontroli. Opis takiego nienormalnego stanu ducha, jakieś niepoczytalności, w którą człowiek jest w stanie sam się wpędzić, jest największym atutem tego dzieła. Oczywiście pamiętać należy, że autorką powieści jest Królowa Kryminału i nic nie będzie u niej takie proste, jak może się to wydawać na pierwszy rzut oka.  

   Inną ciekawą perspektywą obserwacji wydarzeń jest spojrzenie Detektywa Wszechczasów, który obserwując rozwój wypadków stwierdza, że cieszy się, że nie jest już młody. To przecież głównie w młodości ludzie są targani szalonymi emocjami, to wówczas popełniają najpoważniejsze błędy życiowe, takie których skutki  wloką się potem przez całe życie. A główni bohaterowie rzeczywiście są bardzo młodzi, Linnet nie ma jeszcze skończonych 21 lat. 

   Wydarzenia wciągają, czyta się naprawdę dobrze, zakończenie jak zwykle u Christie zaskakuje. No i chyba jest to jedyna książka Agaty Christie, której akcja rozgrywa się na statku. Kojarzę trzy jej powieści z wydarzeniami, umiejscowionymi w pociągu, wspomniane już wyżej „Morderstwo w Orient Expressie”, „Zagadka Błękitnego Expresu” i „4.50 z Paddington”, z tym że w tej ostatniej większa część akcji rozgrywa się w pałacyku. Jest też „Śmierć w chmurach”, gdzie do zabójstwa dochodzi w samolocie. „Śmierć na Nilu” jest jedną z oryginalniejszych powieści „Królowej Kryminału”. 

8/10     


sobota, 20 maja 2023

Adam Podlewski „Zakon Świętego Brutusa. Opowieść spiskowa o dawnej Warszawie” – audiobook, czyta Miłogost Reczek

 


    U Podlewskiego wreszcie znalazłam to, co w kryminałach trudno jest znaleźć, czyli psychologię, głębię charakterów ludzkich, niejednoznaczne sylwetki, pogmatwane motywy postepowania ludzkiego. Nikt nie może być oceniony prosto i jednoznacznie. Nie jest to oczywiście głębia taka, jak w wielkich powieściach psychologicznych, kryminały są czymś innym, ale naprawdę można być usatysfakcjonowanym. W porównaniu do książek A.W. Sawickiego, których niedawno słuchałam, a które też są kryminałami retro, umiejscowionymi w Warszawie w podobnym okresie, czyli na początku XIX wieku, „Zakon Świętego Brutusa” jest pod tym względem głębszy, z tego jednak powodu nieco trudniej się go słucha, wymaga większej uwagi. Miłogosta Reczka słuchałam już nie raz, jest ok.  

    Wydarzenia rozgrywają się w 1830r., w listopadzie, krótko przed wybuchem Powstania Listopadowego, epilog książki, to już jest powstanie. Można przyjrzeć się tzw. polskim elitom. Mało kto był zaangażowany w działalność niepodległościową, ludzie dbali o swoje status quo, mieli świadomość, że w tym momencie dziejowym szanse na sukces walki zbrojnej są znikome. Zdawali też sobie sprawę z tego, że coś "wisi w powietrzu”, że może dojść do wybuchu powstania. Skrycie deklarowali oczywiście patriotyzm, ale poza tym normalnie żyli. Na niektórych salonach bywał Wielki Książę Konstanty, znajomość z nim czy z jego żoną w niektórych kręgach była nobilitacją towarzyską. Jedna z bohaterek, gdy bliski jej mężczyzna został aresztowany za podejrzenie udziału w spisku przeciwko carowi, przemyciła mu do więzienia truciznę. Uznała, że dla nich obojga lepiej byłoby, gdyby on popełnił samobójstwo, jej pozycja towarzyska na tym tylko  zyskałaby. Ewentualny wyjazd ze skazanym na Sybir nie wchodził dla niej w rachubę. Pokazane jest też, jak w trakcie procesu przeciwko domniemanym spiskowcom wszyscy oni chcieli się ratować i zaprzeczali swojej roli, nie mając jednocześnie nic przeciwko temu, aby wśród nich znalazł się kozioł ofiarny. Znajduje się również i denuncjator. Nawet gdy wybuchło powstanie, motywy udziału w nim były różne, nie każdy, kto walczył, był krystalicznego charakteru i paradoksalnie, nie każdy walczył z pobudek patriotycznych. A. Podlewski wydobył złożoność sytuacji.   

   Świetnie pokazana jest Warszawa tamtego okresu, są też znane postacie, jak np. Juliusz Słowacki, Joachim Lelewel. Co do akcji zaś, to w Warszawie pojawia się przybyły z katorgi dawny więzień, uczestnik spisku p-ko Moskalom, który postanawia się zemścić za zdradę. Na ludzi pada blady strach.

7/10 

czwartek, 11 maja 2023

Dominique Loreau „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu”

 

   Totalny bełkot na temat życia, z pseudomądrościami, powtarzanymi sloganami, typu: nie wiesz kim jesteś, nie wiesz, kim jesteś i  z małą domieszką porad na temat tego, jak pozbywać się zbędnych rzeczy. Te uwagi o pozbywaniu się rzeczy można sprowadzić do jednego – najlepiej pozbyć się niemal wszystkiego, dotyczy to również książek. Gdyby to skondensować, mógłby wyjść artykuł i byłoby to zdecydowanie sensowniejsze. Cała książka i jej czytanie to strata czasu i pieniędzy. 

       Co gorsze, co do minimalizmu w praktyce, to w większości są to prozaiczne porady, powtarzanie w kółko tego, co i tak jest wiadome bez czytania książki.  Zaprezentowane są bardzo radyklane postulaty, najlepiej więc ograniczyć do minimum wszelkie zakupy, pozbyć się zbędnych mebli, z kuchni zbędnych sprzętów AGD. Zbędny oznacza po prostu coś, bez czego da się żyć. Odnośnie urządzeń AGD autorka kwituje, że nasze babcie żyły bez wielu sprzętów i się dało, trzeba więc do tego wrócić. Czyli inaczej mówiąc, stosując się do porad z książki, należałoby całe dnie spędzać na porządkach i gotowaniu i prawie wszystko w kuchni robić ręcznie. Na urlop nie ma sensu przeładowywać walizki, trzeba też oczyścić przestrzeń wirtualną, nie powinno się np. mieć dwóch kont bankowych, nie powinno się mieć żadnych pamiątek. Trzeba dbać o to, by nie kupować za dużo jedzenia, bo potem się je wyrzuca do śmieci. Naprawdę, nie ma tu niczego odkrywczego.  

    2/10


sobota, 6 maja 2023

Sławek Gortych „Schronisko, które przetrwało”

 

    Majówka upłynęła mi pod znakiem książek Sł. Gortycha. Przeczytanie dwóch części, jedna po drugiej, daje efekt, jakby się było na sudeckich szlakach. Gdy skończyłam, żałowałam, że nie ma jeszcze części trzeciej. Formuła książki jest taka sama jak i tomu pierwszego, jest teraźniejszość i nawiązania do przeszłości, kilka małych podrozdziałów rozgrywa się w czasie wojny lub krótko po. Tak jak i w pierwszej części, odczuwa się fascynację autora ziemią sudecką i ta fascynacja się udziela. Znowu czułam tęsknotę za tamtymi szlakami. To szalenie emocjonalna książka, w czasie czytania przypominały mi się też inne miejsca, które mnie zafascynowały, chociaż w ogóle nie było o nich mowy. Ta książka po porostu wydobywa z czytelnika potrzebę ponownego zobaczenia ulubionych miejsc. A w Sudety i na tzw. Ziemie Odzyskane wręcz pcha. Wielu autorów ma swoje ukochane miejsca, ale mało kto potrafi pisać tak, aby ta fascynacja się udzielała.  

    W tym tomie tytułowym schroniskiem, które ocalało, jest Odrodzenie. Wątki historyczne zajmują najmniej miejsca, ale są mocno frapujące. W czasie wojny a nawet jeszcze parę lat przed jej wybuchem, schronisko to było zaanektowane dla potrzeb Hitlerjugend, tam odbywały się ich obozy szkoleniowe. Trzech członków tej organizacji przewija się w tej książce, są to bardzo nietypowi bohaterowie. Z racji tego, że nie wszyscy Niemcy po wojnie zostali od razu wysiedleni, wspomniani hitlerowcy mając poparcie w miejscowej ludności, zajmowali się przez jakiś czas m. in. sabotażem.    

    Z wydarzeń współczesnych rewelacyjne, aczkolwiek krótkie, są opisy wędrówek po szlakach, krajobrazów, schronisk itp. Z dawnych wędrówek pamiętam całe połacie zniszczonych przez kwaśne deszcze drzew, robiło to upiorne wrażenie. Też jest to opisane i autorowi też udzielił się ten sam nastrój, czułam się tak, jakbym znowu tam była.  

    Tym razem wydarzenia współczesne pędzą. W tomie poprzednim, z akcją nieco bardziej statyczną, fascynował mnie nastrój grozy, tutaj z kolei są pościgi, jest porwanie, jest rozbudowana historia miłosna. Ta część jest najmniej ciekawa, aczkolwiek mimo to czyta się ją dobrze. Wątki współczesne są niestety dość przewidywalne, charaktery postaci ledwo zarysowane, też bardzo prościutkie. Ale wędrówki po górach i fascynacja nimi rekompensują te mankamenty. 

8/10



środa, 3 maja 2023

Sławek Gortych „Schronisko, które przestało istnieć”

 

    Tegoroczna majówkowa lektura okazała się fascynująca do tego stopnia, że natychmiast w jej trakcie kupiłam drugą część cyklu. Podczas czytania można sobie przypomnieć własne wędrówki po Sudetach, schroniska, szczyty i inne miejsca, które opisane są właśnie w książce. Można też poczuć zew gór, wzywający, aby tam po raz kolejny pojechać. I jest to bardzo silny zew. Rzadko kiedy w trakcie czytania książki czuję tak wielką tęsknotę za określnym miejscem. Autor kocha góry, to widać i potrafi do tego pisać tak, że tekst wciąga i nie można się od niego oderwać. 

     Kryminałów jest tak dużo, że wydaje się, iż wszystkie pomysły są już wyczerpane, że chyba nie da się już wymyśleć czegoś nowego. W tym przypadku się udało. Mamy tu i teraźniejszość i przeszłość i do tego jeszcze ponadczasowe sudeckie legendy o Duchu Gór. Za tą wielką fascynację górami i za pokazanie jej w taki sposób, że udziela się czytelnikowi, za te wielkie emocje towarzyszące czytaniu, jestem w stanie wybaczyć autorowi różne drobne niedociągnięcia, są one niemal niezauważalne. Osobiście zachód Polski znam bardzo słabo i w niewielu miejscach tam byłam. Dobitnie uświadomiłam to sobie podczas czytania. Ale poczułam, że chcę te ziemie poznać. Skutek tej lektury będzie długofalowy.   

       Może coś przeoczyłam, ale nie przypominam sobie do tej pory żadnego kryminału z akcją osadzoną w Sudetach, a w znacznej części w górskich schroniskach i do tego jeszcze z retrospekcjami do mrocznego czasu wojny i okresu powojennego. Te retrospekcje stanowią około 10% książki, może nieco więcej, ale też są jednym z najciekawszych aspektów. Wspomniane są m. in. wysiedlenia ludności niemieckiej, dosyć brutalne, kradzieże dzieł sztuki, powojenna już działalność niemieckiej partyzantki, spodziewającej się tego, że Niemcy szybko tam wrócą. Powojenne Ziemie Odzyskane ukazane są jako Dziki Zachód, gdzie po wojnie panowało totalne bezprawie i było niebezpiecznie niemal tak, jak w trakcie wojny. Wszystkie te wydarzenia tylko pozornie minęły, ich skutki są odczuwalne cały czas. Są też pokazane postacie historyczne, np. noblista Hauptman i jego budzące wiele kontrowersji, bliskie kontakty z niemieckimi nazistami. 

     Wydarzenia współczesne z kolei, tzn. z 2004r., rozgrywają się głównie w sudeckich schroniskach, na sudeckich szczytach i graniach. Nastrój jest niesamowity, bo akcja toczy się w listopadzie, często jest ciemno, deszczowo, wieje silny wiatr. Maksymilian Rajczakowski samotnie udał się do nieczynnego sudeckiego schroniska, krótko wcześniej wykupionego przez jego wujka. Wujek zginął w tajemniczym wypadku, spadł w przepaść. Wszystko wskazuje na to, że coś grozi Maksymilianowi. 

9/10 







sobota, 29 kwietnia 2023

Elżbieta Cherezińska „Wojenna korona” – audiobook, czyta Filip Kosior

 

     Wszystkie tomy z tej serii to właściwie jedna całość, wracam do Łokietka i innych postaci jak do starych znajomych. Seria ta mnie zafascynowała, a poziom poszczególnych tomów jest naprawdę wyrównany. Cherezińska pisze w sposób fascynujący, mnie to wciąga totalnie, losy poszczególnych bohaterów przeplatają się z losami całego państwa. U jednych jest w danym momencie świetnie, u innych źle, potem się to odmienia, potem znowu na odwrót. Jest jak w życiu. W jednym rozdziale mowa jest o najważniejszych dla bytu państwa sprawach, w innych rozgrywa się historia miłosna itp. Jednych rozdziałów słucha się w napięciu, innych na luzie. Jest to idealnie skomponowane. Jest to jeden z najlepszych cyklów historycznych, jakie kiedykolwiek czytałam. 

    Tutaj wydarzenia rozgrywają się już po koronacji Łokietka, sytuacja międzynarodowa dla królestwa nie jest dobra. Tak jak i w poprzednim tomie mamy problemy niemal z wszystkimi sąsiadami, z Litwą, Krzyżakami, Brandenburgią, Czechami, tylko z Węgrami jest ok, co wynika z tego, że Elżbieta, królowa Czech, jest córką Łokietka. Autorka nie przedstawia nas ani jako potęgi, ani jako beznadziei, a to że w tak fatalnej sytuacji międzynarodowej udało się nam wywalczyć koronację, a potem tą niepodległość utrzymać, świadczy o tym, że król i jego doradcy to były naprawdę wybitne umysły. Ale łatwo nie było. Talent był potrzebny nie tylko na polu walki, ale przede wszystkim w dyplomacji i w prawie. Walka z nieprzyjaciółmi toczyła się na wszystkich polach. Pokazywane są oficjalne działania dyplomatyczne i ruchy zakulisowe, mające zdecydowanie większe znaczenie. 

      W poprzednich tomach można było przeczytać, jak Łokietek popełniał błędy i jak wytrawni, polityczni gracze z zagranicy, błędy te bezwzględnie wykorzystywali. Teraz gdy Łokietek zdobył już niezbędne doświadczenie, również i on nauczył się rozgrywać wrogów. Cherezińska nie pokazuje  naszego narodu ani jako tylko nieudaczników, ani jako tylko wspaniałych zwycięzców. Pokazuje i blaski i cienie naszych dziejów.   

     Jednym z bardziej fascynujących elementów tego tomu są kulisy polityki krzyżackiej. Pokazani są oni nie tylko jako wrogowie Polski, ale też jako ludzie bardzo wykształceni, myślący, przebiegli, zorganizowani i pracowici, od których mogliśmy się wiele uczyć. Popełniali też oczywiście błędy i o tym też jest mowa. Jednym z priorytetów Krzyżaków w tamtym czasie było to, żeby Litwa się nie ochrzciła i żeby mogli w majestacie prawa stale na nią napadać. Oficjalnie oczywiście niby to bardzo chcieli chrztu Litwy, ale faktycznie robili wszystko, aby do tego nie doszło i aby na zewnątrz obraz był taki, że to wina Litwy. Litwa chciała przyjąć chrzest z rąk wysłanników papieża, Krzyżacy mieli swoich szpiegów na dworze ich Litewskiego Wielkiego Księcia, szpiedzy ci mieszali w otoczeniu władcy jak tylko mogli, aby do chrztu nie doszło. Robili to skutecznie. 

      Ale poza tym są oczywiście wszystkie inne elementy, jak w poprzednich tomach.  

10/10       


wtorek, 25 kwietnia 2023

Lilian Jackson Braun „Kot, którego nurtował strumień”

 


    Jest to świetny tom, jeden z lepszych z serii. Qwill będący domatorem, tym razem wyjechał wypocząć do małego miasteczka nieopodal swojego miejsca zamieszkania. Od otaczającej go na co dzień rzeczywistości się więc za bardzo nie oderwał, ale odrywać się nie chciał, bo tą rzeczywistość codzienną wręcz kochał. Miał więc kontakty i z przyjaciółmi i z redaktorem naczelnym gazety, z którą współpracował.

   Wypoczynek odbywał się w wiosce, otoczonej lasami, a przepływał przez nią tytułowy strumień. W czasie tego urlopu rozmawiał z właścicielami pensjonatu, czy budynki mogą mieć złą aurę i czy mogą niejako nasiąkać osobowością wcześniejszych właścicieli. W pensjonacie, w którym zatrzymał się Qwill, podobno co takiego miało miejsce, bo właścicielom ciągle co się nie udawało.  

    Qwill wymyślił też wśród wczasowiczów zabawę, aby znaleźć sobie wiersz urodzinowy, czyli taki ulubiony, który najbardziej do nas przemawia i aby w urodziny go sobie przypominać. On sam powiedział, że chyba wybrałby wiersz Kiplinga „List do syna”, czyli „Jeżeli zdołasz zachować spokój…” Jest to oczywiście świetny asumpt do zastanowienia się nad  swoim  ulubionym wierszem, koncepcja zrobienia z niego wiersza urodzinowego też jest pomysłem godnym uwagi. U mnie byłoby to kilka wierszy, a byliby to chyba „Sekretarze” Miłosza i kilka wierszy Szymborskiej: „Przypadek”, „Seans”, „Miłość od pierwszego wejrzenia”.

    Jest też kontemplacja obrazu. Qwill zobaczył obraz, przedstawiający morze i ludzi na plaży. Pozornie banalny obrazek zauroczył naszego bohatera. Obraz nie przedstawiał żadnej wartości materialnej, ale dla Qwilla idealnie uosabiał wypoczynek i sielską atmosferę. Na tej właśnie zasadzie ludzie zakochują się w pewnych obrazach, coś ich w tych obrazach orzeka i czyjekolwiek inne zdanie nie ma tu już żadnego znaczenia.   

   Co charakterystyczne, na urlop Qwill wyjechał be swojej partnerki, Polly, która wcześniej pojechała gdzieś indziej i wysyłała Qwillowi widokówki, informujące o znajomości z innym mężczyzną. Qwill zamiast rozmyślać o ich związku skoncentrował się na czymś innym, w tym na szukaniu zabójcy, który zabił dwie osoby, czytał książki, chodził do restauracji i prowadził życie towarzyskie. Uzmysłowił sobie nawet, że niekiedy zjedzenie naprawdę dobrego posiłku może być sposobem na chandrę. Przypomniał tez sobie historię miasteczka, w którym mieszkał na co dzień i postać przyjaciółki matki, Fanny, po której odziedziczył spadek. Fanny zajęła się biznesem w wieku 60+ i stała się milionerką. A wszystko to stało się na wspomnianym wyjeździe. 

9/10