poniedziałek, 9 października 2017

Paweł Jasienica „Polska Piastów” – audiobook, czyta Zbigniew Wróbel

Audiobook Polska Piastów  - autor Paweł Jasienica   - czyta Zbigniew Wróbel


       Ta rewelacyjna książka jest historią epoki Piastów, opowiedzianą z dużą, nieukrywaną dozą subiektywizmu. Z reguły w historycznych opracowaniach naukowych subiektywizm jest czymś , czego powinno się unikać. Książka Jasienicy nie jest, na szczęście , opracowaniem historycznym. A przez to, że autor stale ocenia róże piastowskie decyzje, nie ma żadnych problemów z jej odbiorem. Słucha się rewelacyjnie. Jest to doskonała lektura i dla miłośników historii i dla tych, którzy się nią specjalnie nie interesują. Szczególnie polecałabym ją tym, którzy za historią nie przepadają i nie za bardzo pojmują, po co w ogóle w szkole uczy się historii, przecież dawne wojny niby to nie mają żadnego znaczenia dla obecnych dziejów. Sposób napisania tej pozycji udowadnia tezę wręcz przeciwną, że gdyby ludzie mądrze uczyli się historii, mniej byłoby nietrafnych decyzji politycznych.

        Sposób napisania wygląda tak, że autor omawia określone wydarzenia, potem te ważniejsze komentuje i stara się przekonać czytelnika, dlaczego określone posunięcia polityczne uważa za dobre, inne za złe. Co znamienne, ma stale na względzie ogólne tło, czyli decyzje władców ocenia z uwzględnieniem  uwarunkowań zewnętrznych, akcentuje, jaka w danym momencie była sytuacja międzynarodowa, czy sprzyjająca, czy nie. Inaczej patrzy się na określoną politykę wewnętrzną, gdy ma się świadomość, że na zachodzie powstaje Marchia Brandenburska, od południa zagrażają Tatarzy, od wschodu Litwini, a od północnego wschodu Krzyżacy.

      Autor zrywa też z pewnymi, utartymi już stereotypami. Przykładowo staje w obronie Mieszka II, uchodzącego za nieudacznika, porównywanego permanentnie i to na niekorzyść, z ojcem Bolesławem Chrobrym. Uświadamia, jak wyglądała sytuacja zagraniczna i jak wiele w tym zakresie się zmieniło w krótkim czasie.  I finalnie stwierdza, że biorąc całokształt pod uwagę, wcale nie było to najgorszy władca. Podobnie jest i z Litwinami, których przywykliśmy już uważać za jagiellońskich sojuszników . Za Piastów następował stopniowy wzrost znaczenia Litwy i Litwa od czasów Mendoga zaczynała stanowić dla nas coraz większe, realne zagrożenie, które wyrażało się nie tylko w wojnie podjazdowej.  Mówiąc Piastach trzeba pamiętać o Litwie jako wrogu Polski.

        Wielokrotnie autor wyszczególnia, jakimi cechami odznaczała się polityka władców wielkich, za których uważał właśnie Chrobrego, Łokietka i Kazimierza Wielkiego, tego ostatniego już szczególnie. Nie zamierzam tutaj streszczać całego wywodu, zainteresowani mogą sięgnąć po tą pozycję, zasygnalizuję tylko i to wybiórczo parę kwestii. Kazimierz Wielki za priorytet uznał odbudowę państwa po rozbiciu dzielnicowym. Chciał odzyskać utracone wówczas ziemie, ale był realistą  i zdawał sobie sprawę z tego, że ze słabym jeszcze wojskiem wiele się nie zwojuje. Jako pragmatyk podpisał w 1343r. mało korzystny pokój kaliski z Krzyżakami, na mocy którego zrzekł się m. in. Pomorza Gdańskiego. Uznał, że w tym czasie Zakon był potęgą i wojna z nim była niemożliwa do wygrania, a więc  wojnę musi odwlec w czasie jak najdłużej się da. Ładowanie pieniędzy w wojnę, stratę ludzi uznał za niemożliwe do przyjęcia. Zaoszczędzone na wojnie pieniądze inwestował  m. in. w budowę zamków warownych , wiedział przecież, że wojna z tym czy innym wrogiem prędzej czy później wybuchnie. Inwestował też w naukę, zafundował słynny Uniwersytet, nazwany później Jagiellońskim. Ciekawe, co sądziłby o decyzji z 1939r., aby nie oddawać Niemcom Wolnego Miasta Gdańska i nie godzić się na eksterytorialną autostradę , i aby w konsekwencji bić się „o honor” i stracić 6 mln. ludzi…

     Kazimierz Wielki szukał też sprzymierzeńców i to wśród europejskich potęg, skłócanie się pod byle pretekstem z sąsiadami nie wchodziło w rachubę, nie szukał też sojuszników w państwach, pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia.   Postawił m. in. na dobre kontakty z papieżem , co uzyskał płacąc regularnie świętopietrze, o czym inni władcy w tym czasie regularnie zapominali. Było to więc pewną formą przekupstwa, ale skuteczną, liczył się cel.  Gdy już papieża przekupił , to zabiegał przy pomocy dyplomatów o jego oficjalne, przychylne stanowisko dla rozstrzygnięć, dotyczących przynależności terytorialnej  do naszego państwa określonych ziem. Papież wiedział, że przyznając rację Polsce będzie  miał większe zyski ze świętopietrza.

   Przykłady różnych ciekawych rozważań można mnożyć. Lektor niczego nie psuje, nie popisuje się, czyta w spokojnym tempie.

6/6

piątek, 6 października 2017

John le Carre „Zdrajca w naszym typie”

Okładka książki Zdrajca w naszym typie
 
   
Mistrz powieści szpiegowsko – psychologicznej tym razem opowiedział  historię ze służbami specjalnymi w roli głównej i procederem prania brudnych pieniędzy w tle.  Zaczęło się od tego, że para Anglików w wieku około 30 lat: Gail i Perry wyjechała na urlop na Karaiby. Spotkali tam szalenie bogatego, bezwzględnego Rosjanina, który dorobił się majątku na różnych przestępstwach, szczególnie właśnie na praniu brudnych pieniędzy. Dima czując się mocno zagrożony ze strony swoich kolegów po fachu, złożył Anglikowi ofertę, aby przekazał on właściwym służbom, że na określonych warunkach chce on podjąć z nimi współpracę.
           Le Carre opisuje działania wywiadu od środka, bez bondowskich fajerwerków, skupia się na mrówczej pracy, niekiedy zza biurka, potem w terenie. Co dla niego charakterystyczne, stawia na psychologię, widzimy różne postacie w trakcie codziennych zajęć, narrator koncentruje się na ich systemie wartości, motywach, dylematach, ambicjach, wcześniejszych sukcesach czy porażkach.
       Początkowo przez większość książki dynamika akcji jest niewielka, ale sytuacja bohaterów się zmienia, wydarzenia nabierają tempa. Centrala ma problem z podjęciem decyzji, co zrobić z ofertą Rosjanina. Wokół niego zaś zaczyna robić się coraz niebezpieczniej, zagrożony jest oczywiście nie tylko on, ale i cała jego rodzina. Zagrożenie zaś stanowią nie tylko zwykli bandyci, ale i tzw. „białe kołnierzyki”, ludzie wykształceni, ustosunkowani, na wysokich stanowiskach, którzy również czerpią zyski z pralni pieniędzy. I trudno spodziewać się z ich strony bierności, gdy ktoś zechce zlikwidować źródła ich dochodu. Z biegiem wydarzeń można zobaczyć naszych bohaterów w sytuacjach naprawdę nietypowych, sytuacjach wielkiego zagrożenia.
      Obraz służb, jaki wyłania się z kart powieści daleki jest od idealizmu, najlepiej zwykłemu człowiekowi byłoby trzymać się od nich jak najdalej. Jednostki traktowane są wyłącznie przedmiotowo.
     Gdyby jednak nie te jednostki (niektóre oczywiście)  w machinie służb specjalnych , wydźwięk książki byłby skrajnie pesymistyczny.  Ale główni bohaterowie suma summarum są taką iskierką nadziei w oceanie konformizmu, tchórzostwa i wyrachowania. Nie są idealni i nie są  idealistami, nie wszystkie decyzje , podejmowane przez nich, lub w pewien sposób na nich wymuszone, były etyczne, wszyscy mają sumieniu różne grzeszki, większe i mniejsze i zawiedli zaufanie niejednej osoby. Ale też nie są oni wyłącznie cynikami i nie jest im łatwo żyć z pełną świadomością własnego unurzania w różne brudy i przy jednoczesnym zrozumieniu złożoności całej tej sytuacji. Płacą za to i to słono, chociażby samotnością. Motywy ich działania początkowo wydają się  być wypadkową troski o własny, szeroko pojęty interes, ale też i o dobro ogółu, raz ze wskazaniem na jedno, a raz na drugie. W kluczowych momentach okazuje się jednak, że zaczyna zdecydowanie przeważać to drugie, narażają się oni coraz bardziej,  działają już nie na granicy prawa, ale wręcz je łamiąc w imię wyższych celów. I mają pełną świadomość, że może nie być żadnej nagrody, czy chociażby nawet i satysfakcji, a w razie fiaska operacji, o ile przeżyją,  czekać ich będą same problemy, łącznie z obarczeniem winą za niepowodzenie lub w ogóle za podjęcie ryzyka. Jest to smutne i realistyczne aż do bólu. Ale to właśnie dzięki takim osobom, jakie opisuje le Carre, z reguły nieznanym ogółowi, dzięki ich zaangażowaniu i poświęceniu  dokonywane są rzeczy wielkie. Czasem coś nie wychodzi, zresztą nie wiem, czy czasem, może często.  Tym bardziej można podziwiać ich postawę.
        Czytuję le Carre`a głównie z uwagi na jego wnikliwość psychologiczną, ale też i za znajomość prawdziwego życia, postrzegającego osoby i sytuacje bez cienia naiwności. No a zupełnie już niezależnie od wszystkiego, to jest on jednym z absolutnie nielicznych pisarzy, tworzących powieści szpiegowskie, którzy tak naprawdę wiedzą , o czym piszą, bo sami  przecież byli kiedyś szpiegami.
         Ta niewątpliwie spora liczba atutów książki jest przyćmiona, niestety, co do większej części opisywanych wydarzeń przez  nużący sposób narracji. Nie wiem, czy efekt taki był celowym zabiegiem ze strony autora, może chciał on uzmysłowić czytelnikom, jak nudna niekiedy potrafi być praca agenta wywiadu i dostosował do wykonywanych przez bohaterów czynności narrację. W każdym bądź  razie  książkę czyta się ciężko. Ale za to ostatnie kilkadziesiąt stron nagradza i to z nawiązką tych, którzy dotarli aż tak daleko. Akcja rusza, a zaskoczenie goni zaskoczenie. Zakończenie zaś to prawdziwy majstersztyk pod każdym względem, warto dla niego trochę się pomęczyć.  
5/6
 
   

wtorek, 26 września 2017

Peter Wohleeben „Duchowe życie zwierząt” – audiobook, czyta Stanisław Biczysko

 
 
Jestem miłośniczką i opiekunką zwierząt, większą część mojego życia mieszkają ze mną m. in. zwierzęta. Mam spore doświadczenie w postępowaniu ze zwierzętami, oglądam programy ich dotyczące w telewizji, czytam publikacje na tego rodzaju tematy w internecie  czy w gazetach, książki też. Ale z „Duchowego życia zwierząt” nie dowiedziałam się niczego nowego.

czwartek, 21 września 2017

Stanley Middleton „Wakacje”

 
         
„Wakacje” są książką, którą się smakuje, z każdą niemal kartą fascynacja ta u mnie narastała. Początkowo byłam nieco rozczarowana, nie mogłam pojąć, jak ta pozycja mogła kiedyś dostać Bookera, ale dość szybko przestałam mieć jakiekolwiek wątpliwości. Gdy skończyłam czytać, pojawiła się nawet pewna pustka, dlaczego już jest koniec.

środa, 13 września 2017

Jo Nesbo „Pierwszy śnieg”

Okładka książki Pierwszy śnieg



Jak to się mówi – do trzech razy sztuka, to moje trzecie podejście do Nesbo, ale było warto. Audiobooki: ”Człowiek Nietoperz” i „”Karaluchy” nie podobały mi się,  może Nesbo lepiej się czyta , niż słucha, może to przez to, że tamte książki były pierwszymi tomami z serii i pisarz dopiero się rozkręcał. Z reguły mam problem z czytaniem różnych bestsellerów, bo obawiam się, że to taki owczy trend czytelniczy, krótkotrwała moda, po przejściu której nikt o danej pozycji nie będzie pamiętał.  W tym przypadku już się nie dziwię, że Nesbo ma swoich wyznawców.

niedziela, 10 września 2017

Marcel Proust „Nie ma Albertyny” – część VI „W poszukiwaniu straconego czasu”




To kolejny wpis w ramach nadrabiania zaległości w opisywaniu przeczytanych i odsłuchiwanych pozycji. Tak jak i w poprzednich tomach (o tomie piątym pt. „Uwięziona” pisałam tutaj), Proust snuje refleksje o życiu i zgłębia naturę ludzką. Punktem wyjścia do rozważań są konkretne wydarzenia z jego życia i rodzinnego i towarzyskiego; zawodowego nie miał, bo nie musiał. Rozgrywające się wypadki są nierozłącznie związane ze wspomnianymi refleksjami, wszystko tworzy spójną całość. W tym tomie narrator jest już dojrzalszy nie tylko z racji wieku, ale głównie z tego powodu, że spotkały go wydarzenia dla niego traumatyczne, a oprócz tego odnalazł swoje prawdziwe powołanie, tj. pisanie. No i niezależnie od tego nie mogło braknąć rozmyślań nad sztuką, literaturą czy muzyką. Istnieje zawsze spora grupa ludzi, którzy nie mają żadnych potrzeb kulturalnych, Proust jest jej całkowitym przeciwieństwem.   

      Powieść zaczyna się dokładnie w momencie, gdy kończy się tom poprzedni. Otóż miłość jego życia, Albertyna, porzuciła go. Jeszcze w „Uwięzionej” brał pod uwagę, czy nie lepiej dla niego byłoby, gdyby rozstał się z Albertyną. Chociaż pojęcie „toksyczny związek” wówczas nie istniało, miał on świadomość, że układ, istniejący miedzy nimi, wyniszczał go. Ale gdy został porzucony, doznał traumy i dopiero wówczas sam sobie uświadomił, że bez Albertyny nie wyobraża sobie życia.  Musiał jednak z  traumą tą się zmierzyć. Nie zdradzając szczegółów, dość szybko okazało się, że związek z Albertyną nie będzie mógł zostać odbudowany i że będzie musiał radzić sobie bez niej. Marcela opanowała wówczas obsesja na punkcie tej kobiety. Jego życie przez jakiś czas sprowadzało się do rozważań o niej, do analizowania różnych szczegółów z jej życia, do przypominania sobie wielu wydarzeń. I na tym właśnie tle snute są początkowe refleksje.

       Zasadnicza kwestia to taka, czy tak naprawdę on znał Albertynę i czy w ogóle można kogoś dogłębnie poznać. Przy pomocy osób trzecich dotarł do tych, którzy mogli co nieco wiedzieć na temat tego, czy Albertyna go zdradzała. Jedna osoba potwierdziła to z całą stanowczością, potem druga, później zaś pojawiły się wątpliwości. Jak sam stwierdził, było tak, jakby istniało kilka Albertyn, jakby jedną osobę można było postrzegać w różny sposób w zależności od tego z jakiego punktu widzenia się na nią patrzy. Oczywiście jest to dużo bardziej zgłębione, ja jedynie sygnalizuję. Autor opisuje stratę, życie bez swojej ukochanej, a potem powolne wychodzenie z mroku. Ostatecznie z tej depresji wydobył się częściowo wskutek upływu czasu, a częściowo dzięki innej kobiecie, którą okazała się panna Forcheville, czyli jego dawna znajoma, Gilberta, córka Swanna, przez około 10 lat niewidziana i z którą nie miał żadnego kontaktu.  

             Rozważania mogą być idealne nie tylko dla osób, którym z różnych przyczyn rozpadły się związki, ale i dla wszystkich, którym ktoś bliski z różnych przyczyn wypadł z życia.  W trakcie refleksji autor jednak przeskakuje z tematu na temat, potem wraca. Nigdy więc nie można powiedzieć, że w określonej części książki zawarł rozmyślania tylko na jeden jedyny temat.  Przykładowo wychodząc z od straty Albertyny w pewnym momencie rozważał już ogólnie kwestię przyzwyczajenia. I doszedł do konkluzji, że przyzwyczajenie „to otępiająca siła, co przez całe życie ukrywa przed nami cały świat i wśród ciemnej nocy, nie zmieniając ich etykiet , podsuwa nam zamiast najniebezpieczniejszych i najbardziej upajających trucizn życia substancje całkiem nieszkodliwe i niesprawiające przyjemności.”  

         Stale odnosi się też do sztuki, rozmyślał m. in. o malarstwie i o portretach, a w ramach tego także o kwestii podobieństwa i niepodobieństwa malowanego obiektu do oryginału. Doszedł do wniosku, że gdy z kochankiem sprzymierzy się artysta malarz w jednej osobie, to  „klucz tajemnicy zostaje ujawniony.  Widzimy wreszcie wargi, których pospólstwo nigdy nie dostrzegło u tej kobiety, widzimy jej nos, nikomu nieznany, ruchy, których się nie podejrzewało. Obraz powiada : To co kochałem, co mi kazało cierpieć, to, co bez przerwy widziałem – oglądacie na tym płótnie”.

     Drugie koszmarne wydarzenie w życiu Marcela to koniec przyjaźni z Robertem Saint – Loup. Robert był dla niego kimś tak bliskim, jak rodzina, znowu więc strasznie to przeżył. Do tej traumy doszły jeszcze inne „drobiazgi”, jak chociażby fakt, że na skutek fatalnych posunięć finansowych narratora, jego spory majątek skurczył się do około 1/5 tego, co było wcześniej, znaczna część z tego poszła na Albertynę. Ten problem kazał się stosunkowo najmniej absorbujący, widocznie ta 1/5 to i tak było sporo.

        I jest w tym tomie jeszcze jedno wydarzenie, przełomowe w życiu narratora. Po raz pierwszy opublikował on artykuł na łamach prasy. Chociaż nie był do końca usatysfakcjonowany tym, co napisał, wtedy właśnie poczuł, że pisanie jest jego prawdziwym powołaniem. Opisując te kwestie , mimo wszystko, tzn. mimo całego krytycyzmu nie mógł ukryć,  że tworzenie za pomocą słowa jest tym,  co dodało mu skrzydeł. Dość ciekawie ocenił swój debiut literacki, pisząc tego bloga znam doskonale opisane uczucia : „Po napisaniu artykułu jego zdania wyglądały tak bezbarwnie, gdym je porównywał z moją myślą, były do tego stopnia pogmatwane i matowe w zestawieniu z moją harmonijną i przejrzystą wizją, tak pełne luk, których nie potrafiłem wypełnić, że lektura sprawiała mi ból, potęgowała uczucie bezsilności i nieuleczalnego braku talentu”. Inne osoby , znane z poprzednich tomów są tylko w tle, jest matka, jest Franciszka i in.  Kwestie pisania znajdą zaś swoje honorowe miejsce w ostatnim tomie cyklu „Czas odnaleziony”.

    W tym tomie Proust opisuje także pobyt w Wenecji, do której w końcu się udał, a o której to podróży marzył już od małego dziecka. W czasie pobytu tam skupił się głównie na zwiedzaniu i opisał swoje doznania w trakcie oglądania zabytków czy arcydzieł malarstwa, a także nawet podczas zwykłego rejsu gondolą po mieście. Ale nie tylko, mowa jest też o różnych osobach i sytuacjach, z nimi związanych. Przykładowo opisał dość humorystycznie, bo i humoru w całym cyklu nie brakuje,  jak można całe życie żyć w jakimś urojeniu i nie zwracać uwagi na to, że czas płynie i wszystko się zmienia.  Właśnie w Wenecji spotkał panią de Villeparisis, znaną mu już wiekową  arystokratkę wraz ze swoim dawnym kochankiem. Spotkał również niejaką panią Sazerat, która była bardzo poruszona wieścią, że w tej samej restauracji jest pani  de Villeparisis. Pani Sazerat  powiedziała Marcelowi, że jej ojciec był w tej kobiecie zakochany , że ona „pociesza się, że kochał  najpiękniejszą  kobietę swych czasów”, ona sama zaś nigdy jej nie widziała. Marcel wskazał jej panią de  Villeparisis, ale pani Sazerat  wzrokiem „szukała dalej, w pogoni za znienawidzoną, uwielbianą wizją, która od tak dawna zamieszkiwała jej wyobraźnię”. Gdy w końcu wskazał jej ponownie odparła, że „tam siedzi tylko jakaś mała grubaska o czerwonej twarzy, coś okropnego”.    

         Gdyby ktoś chciał zgłębić wszystkie złote myśli  z tego tomu, musiałby poświęcić wiele dni, ja swoim zwyczajem  zaznaczałam je w książce, cały tom w znacznej części jest pobazgrany , z różnymi podkreśleniami, wykrzyknikami itp. Każdy oczywiście w zależności od swojej sytuacji życiowej i od nastroju inne myśli uznałby za najbardziej trafne. W tym właśnie m. in. tkwi potęga tej literatury. 

6/6


                         

 

piątek, 8 września 2017

Michael Crichton, Richard Preston „Micro” – audiobook, czyta Wiktor Zborowski

Okładka książki Micro           


Nie ulega wątpliwości, że jest to jeden z bzdurniejszych audiobooków, jakich słuchałam ostatnimi czasy. Nastawiłam się na coś lekkiego, wciągającego, przy czym zapomina się o otaczającej rzeczywistości.  Crichton – jeden z najlepiej zarabiających pisarzy, autor chociażby „Jurrasic Parku” dawał, wydawałoby się , gwarancję na coś ciekawego.

     Miałam problem z wciągnięciem się w tekst, wydawał mi się zupełnie nieprawdopodobny i idiotyczny. Zamiast wgłębić się w inny powieściowy świat, zastanawiałam się, czy zrezygnować z audiobooka już teraz, czy  za np. godzinę. Przygody grupy naukowców w prywatnym, tajnym ośrodku, zajmującym się badaniami naukowymi, potem w dżungli, pomniejszonymi do rozmiarów liliputów, wydawały mi się absurdalne. Ośrodek zajmował się badaniami nad wynalazkami w skali micro, np. mini robotami. Gdy stało się jasne, że grupa może zagrozić ośrodkowi, naukowcy zostali zmniejszeni, a następnie mieli zostać zgładzeni. Z tym drugim było trudniej, bo zaczęli się wymykać pościgowi.

    Może jest to lektura dla nastolatków, ale nie jestem pewna. Może jakiś genialny reżyser potrafiłby zrobić z tego emocjonujący film, dobry i dla dorosłych. Moja koleżanka ma swoje ulubione określenie, że z pewnych rzeczy człowiek wyrasta. Osobiście się z tym nie zgadzam.  Lubię raz na jakiś czas wracać do ulubionych książek czasów dzieciństwa, odbieram je oczywiście na zupełnie innym poziomie, niż wtedy, ale czytanie ich dalej jest dla mnie przyjemnością. Z tego się nie wyrasta. Ale  „Micro” chyba po prostu nie jest lekturą dla mnie i pewnie nigdy nią nie było.

     Słuchanie audiobooka miało jedynie akcenty humorystyczne. Z racji tego, że nie potrafiłam się wciągnąć w słuchanie, mimowolnie się wyłączałam, co zdarza mi się niezmiernie rzadko i myślałam o czymś innym. Gdy znowu skupiałam się na tekście, słyszałam np. opis, jak to jeden z naukowców, pomniejszony oczywiście, znalazł się w szklanym pojemniku z wężem, który chciał go zaatakować i zjeść. Następował potem opis, z założenia chyba pełen napięcia, uników i podstępu, zastosowanego przez badacza. Dla mnie wyrwane z kontekstu było to niedorzeczne i śmieszne.  Albo inny pewnie też mrożący krew w żyłach opis , jak to zmniejszeni naukowcy zostali umieszczeni w papierowej torbie, niesionej przez kobietę, która bała się, żeby ich nie zgnieść.

     Słuchanie „Micro” była to czyta strata czasu. Nawet jak się dość starannie dobiera lektury, zawsze może nastąpić wpadka, to chyba największa w tym roku.  Ale co dziwne, znam kilka filmów, nakręconych na podstawie powieści Crichtona, były świetne, ostatnio oglądałam np. „Linię czasu”, oglądało się  rewelacyjnie.  

1/6

środa, 6 września 2017

Anna Kamińska „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz.” – audiobook, czyta Danuta Stenka


Wanda
    I tekst i wykonanie całkowicie rozczarowujące. Autorka nagromadziła całą masę faktów, w znacznej części do niczego niepotrzebną, brakuje natomiast tego, co najważniejsze, co powinno zająć największą część książkę, czyli fascynacji górami. Góry w tej książce występują jako jeden z wielu elementów biografii, bez zgłębienia, dlaczego Wanda zaczęła chodzić po górach, dlaczego były one dla niej ważniejsze, niż wszystko inne. Właśnie przez ten pryzmat moim zdaniem powinno się pisać książkę o niej. To jest właśnie ten element, które odróżnia Wandę od innych osób.
     Stenka czyta nienaturalnie, to nie pierwszy audiobook w jej wykonaniu, z jakim miałam okazję się zapoznać. Ludzie nie rozmawiają w taki sposób, jak ona czyta. Zawsze słuchając jej czytania, czuję zgrzyt. Więcej już po audiobooki ze  Stenką w roli głównej nie sięgnę.

poniedziałek, 4 września 2017

Ian Rankin „Miecz i tarcza”

Okładka książki Miecz i tarcza         

  



Ostatnio w związku z różnymi wydarzeniami, w tym również urlopowymi wyjazdem, nie pisałam dużo. Nie oznacza to, że nie czytałam w tym czasie. Czytałam i słuchałam audiobooków, nie mogło być inaczej. Nie miałam tylko kiedy o tym pisać. Teraz więc przystępuję do nadrabiania zaległości .
     Seria Rankina z inspektorem Rebusem zasługuje zdaniem wielu czytelników na uwagę. Trudny charakter Rebusa, a właściwie nieprzeciętna osobowość, a do tego mało popularny na tle zalewu kryminałów skandynawskich Edynburg jako kolejny quasi bohater książek, powinny czynić cykl frapującym.
      Zachwytów aż tak bardzo nie podzielam, a już z pewnością nie przy tej właśnie książce.  Ale spotkałam się z tezą , że pisarz powoli się rozkręcał i dopiero po napisaniu kilku książek z tej serii zaczął osiągać prawdziwe mistrzostwo. Biorąc pod uwagę , że cykl z Rebusem zaczął  pisać w 1987r. , pisze do dziś, czyli już 30 lat, to „Miecz i tarcza” z 1994r. niewątpliwie pochodzą z początków twórczości. Może więc warto dać mu jeszcze jedną szansę. Czytałam już jego znacznie późniejszą książkę „Świeci Biblii Cienia”, o której pisałam tutaj, a która podobała mi się zdecydowanie bardziej. Rebus jest w „Mieczu i tarczy” w dojrzałym wieku, fascynuje się muzyką, zdecydowanie ponadprzeciętny  intelekt też już jest opisany. Tym razem żyje w związku, ale widać, że nie jest to dla niego łatwe, jakoś nie lubi iść na kompromisy. Jak zwykle zraża do siebie ludzi mówieniem prosto z mostu i tym, że nie jest miły.  Potrafi łamać różnego rodzaju normy, które obowiązują w policji, permanentnie naraża się niesubordynacją przełożonym. Nie jest konformistą. Patrząc z kolei z punktu widzenia innych bohaterów książki, to kontakty z Rebusem dla nikogo nie były łatwe. Portret psychologiczny Rebusa jest i intrygujący i zachęcający do lektury. W tej właśnie powieści Rebus jest najmocniejszym atutem i to nie ulega najmniejszej wątpliwości.
    Naszła mnie refleksja, że w gronie książkowych  detektywów czy policjantów w moim prywatnym rankingu Rebus ma już swoje miejsce. Jedno z czołowych miejsc ma w nim oczywiście Zyga M. Wrońskiego i gdybym mogła spotkać któregokolwiek z tych bohaterów w rzeczywistości, to chyba postawiłabym na Zygę.  Zaintrygował mnie też Van Veetern z powieści Nakana Nessera, wyjątkowo doświadczony życiowo i jednocześnie bibliofil, o którym pisałam przy okazji znakomitych powieści „Jaskółka, kot, róża, śmierć”, o której pisałam tutaj  i „Karambolu”, o którym pisałam tutaj.  No i nie ulega najmniejszych wątpliwości, że chciałabym spotkać pannę Marple czy Herkulesa Poirot, no i Sherlocka Holmesa oczywiście.
              Widziałam ostatnio w księgarni kolejny tom z cyklu z Rebusem z informacją, że może to być już zarazem tom ostatni. Jest to na szczęście  tylko chwyt wydawniczy, czytałam w ubiegłym miesiącu wywiad z Rankinem, który powiedział wprost, że wcale nie zamierza z tego cyklu rezygnować, że lubi pisać i o Rebusie i o innych policjantach i o Edynburgu. Z racji tego, że zgodnie z angielskim prawem w policji można pracować tylko do 60-tego roku życia, gdy  książkowy Rebus osiągnął ten wiek, pisarz zrobił z niego emeryta po to, aby wszystko było zgodne z realiami. Ale aby nasz bohater mógł nadal pracować, wymyślił dla niego  nieco inną rolę, niż czynnego zawodowo policjanta.

sobota, 19 sierpnia 2017

Igor Newerly „Zostało z uczty bogów” – audiobook, czyta Jan Peszek

Zostało z uczty bogów - Igor Newerly
  • Zostało z uczty bogów
  •    
 „Zostało z uczty bogów” Newerlego w wykonaniu J. Peszka to jeden z gorszych audiobooków, jakich kiedykolwiek słuchałam i to bynajmniej nie powodu Newerlego. Do wysłuchania skłoniła mnie informacja, przeczytana chyba z rok temu, a może i nawet więcej o tym, że tą książką interesował się Jan Paweł II i że ją czytał. Uznałam, że widocznie coś może w niej być ciekawego. A miała to być opowieść autobiograficzna, rozgrywająca się na początku naszego stulecia w Polsce, Rosji i ZSRR, napisana przez człowieka , który dał się zafascynować komunizmem. Spodziewałam się wiec  refleksji nad źródłami tej fascynacji, nad przyczynami odejścia od niej itp. Nie znam twórczości Newerlego i brałam również pod uwagę to, że być może tak w gruncie rzeczy w głębi ducha cały czas był on komunistą , książka teoretycznie mogłaby więc być wówczas opowieścią człowieka, który jest przykładem udanego prania mózgu. Ale z lektury niczego się nie dowiedziałam.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Lilian Jackson Braun „Kot który zszedł pod podłogę” – tom 9 cyklu


  
„Kot który zszedł pod podłogę” opowiada o wakacyjnym urlopie Qwilla, idealnie więc zbiegły się z tematyką powieści tegoroczne upały. Qwill wyjechał na miesiąc do pobliskiej wioski, gdzie jego przyszywana ciotka miała drewniany domek letniskowy nad jeziorem w Moose County. Koty oczywiście wziął ze sobą. Nasz bohater nie miał w sobie żyłki podróżnika , ale tak niewielka odległość nie stała się przeszkodą. W tomie tym poza próbami odpoczynku Qwill zetknął się z całą masą dziwnych zjawisk, nazwałabym je paranormalnymi, uczestniczył , podchodząc do tego z właściwym sobie sceptycyzmem w seansie wywoływania duchów, poznał medium, zobaczył też, czym kończy się lekceważenie towarzyszących człowiekowi przeczuć, a także jak mogą ułożyć się sprawy, gdy owych przeczuć się nie lekceważy. Pojawi się też opowieść o paranormalnych zdolnościach kotki Dyńki, o tzw. kocim szóstym zmyśle.  Qwill poznał też na własnej skórze siłę prawdziwego żywiołu, albowiem nad Moose County pojawiło się nieoczekiwanie tornado, przez które mało co nie stracił życia. Trochę czasu spędził poszukując robotników, którzy zrobiliby remont domku, a gdy już ich znalazł, to przeżył prawdziwe piekło. Każdy kto zatrudniał kiedykolwiek tzw. fachowców, zrozumie, jak bywa to koszmarne. No i oczywiście jak na kryminał przystało, nie zabrakło zbrodni. Można też obserwować, jak rozwija się historia damsko – męska, aczkolwiek wybranka jego serca, z którą żyje w dość luźnym związku, Polly, była w czasie jego wakacji na swoim własnym wyjeździe, zupełnie gdzie indziej.  

      W tomie tym oczywiście nie brakło mojej ulubionej bohaterki, projektantki Amandy, która przybyła jako juror na wakacyjna paradę. Narzeczeństwo Amandy, tak naprawdę istniejące tylko w głowie jej „narzeczonego” , rozpadło się. Narzeczony zaś podsumował to, iż Amanda jest „najbardziej zrzędliwą, zadufaną w sobie, upartą, nieprzewidywalną kobietą, jaką kiedykolwiek spotkał”.  W czasie parady Amanda wzbudzała jak zwykle szok, mówiąc to, co myśli, narzekała, że musiała stracić czas na dojazd, na turystów, na sam pomysł głupiej parady itp.  Zawsze najbardziej humorystyczne scenki  z całej tej serii, to te z Amandą, no i te z kotami oczywiście.