czwartek, 9 października 2014

Łukasz Orbitowski „Szczęśliwa ziemia”


Sine Qua Non  2014

 

     Miała być współczesna Polska  z prowincją w roli głównej i bohaterami, którzy kiedyś podjęli decyzję o opuszczeniu rodzinnego Rykusmyku i wyruszeniu w świat, każdy w innym kierunku. Do tego jeszcze miały dojść elementy fantasy. Mam zbliżone do czwórki bohaterów doświadczenia, od czasów zapoznania się z Tolkienem lubię fantasy , pomyślałam więc, że ze to w sam raz na mnie.  Autor był mi absolutnie nieznany, ale zdobył sporo nagród, czemu więc miałabym go nie poznać ?

    Z kartki na kartkę narastało jednak we mnie totalne rozczarowanie i coraz większa irytacja.  Totalnie nie czuję klimatu „Szczęśliwej ziemii”.  Nie jestem zwolenniczką podziału literatury na kobiecą i męską, ale ten przypadek jest absolutnie wyjątkowy. To jest literatura typowo męska. Widoczna wyraźnie fascynacja autora chodzeniem na siłownię jest dla mnie niezrozumiała, podobnie jak i opisy np., tego, że ktoś na siłowni wziął do podnoszenia zbyt ciężkie ciężary, co w tym może być ciekawego? Ustalanie, kto z obecnych na siłowni używa dopalaczy i różnych innych świństw,  jest dla mnie stratą czasu. Używany tam slang jest nie do przyjęcia, przypomina mowę przysłowiowych  półgłupków. Totalnie niezrozumiała jest dla mnie kolejna fascynacja Orbitowskiego, jeszcze większa od poprzedniej, a mianowicie fascynacja światem przestępczym . Pisze o nim z olbrzymią estymą i do tego jeszcze używa grypsery, która może być dla wielu czytelników niezrozumiała.  Mam znajomych prawników i nie miałam z tym problemu, ale inni mogą mieć.  Wszystkie opisy Rykusmyku, Warszawy czy Krakowa pisane są z prawdziwą odrazą i są odrażające.  Nie wiem, jak można patrzeć na świat tak, aby spostrzegać wyłącznie samą ohydę.  Opisy rzeczywistości skandynawskiej są zupełnie w innym tonie. 

    Czwórka bohaterów : Szymek, Bartek, Karol i Staszek mieszkają od urodzenia w Rykusmyku. Miejscowość jest obrzydliwa z wyglądu i mieszkają w niej sami złodzieje  , gwałciciele i chorzy psychicznie. Normalni uciekają przy pierwszej możliwej okazji. W miasteczku są ruiny starego zamku, a pod zamkiem, o czym nie wszyscy wiedzą, mieszka od wielu wieków straszny , ogromny byk , który po stoczeniu drobiazgowo opisywanych walk ze śmiałkami , którzy tam zeszli, część śmiałków uśmierca, a cześć z nich może wypowiedzieć życzenie, które spełniane jest na opak. Nasza dzielna czwórka również odwiedziła byka, byk jest zresztą na okładce .

     Z racji urodzenia w Rykusmyku nad każdym mieszkańcem ciąży fatum. Szymek słyszy stale straszny skrzek, a jest to głos byka, który nie pozwala mu   normalnie żyć i przez to również nie mógł opuścić Rykusmyku. Ożenił się więc z jedyną kobietą, która potrafi go zrozumieć,  a która również słyszy skrzek.  Po jakimś czasie Tekli zaczyna sama tańczyć noga, co również ma związek z bykiem.

     Bartek wyjechał zagranicę i jego problemy są inne. Związał się z Mayą, która była chora na depresję i potem w ogóle postradała zmysły. Chcąc uciec od niej wrócił więc do Rykusmyku , aby zmierzyć się z bykiem. Było to trudne, po tuż przed wyjazdem w niewytłumaczalny sposób oślepł.

    Nie chcę zdradzać całej fabuły i opisywać wszystkich  historii, ale o super bohaterze muszę napisać. Jest nim przestępca Wilczur, który kiedyś opuścił Rykusmyku, ale potem powrócił. On jako jedyny cenił Szymka.

    Cała te historia nie nadawał się do czytania. Może jest w niej ukryty sens, ale nie wiem , jaki.  Z całą pewnością nie ma tam realnych opisów polskiej rzeczywistości , jest za to jakaś prześmiewcza karykatura. Nie ma portretów  psychologicznych bohaterów , są za to dokładne opisy wyglądu byka oraz opisy tego, jak byk się porusza. Bywam na prowincji i widzę, że mieszkają tam normalni ludzie, a nie plejada pomyleńców i nieudaczników .  Nie jestem przeciwnikiem krytykowania różnych rzeczy, można krytykować i prowincję, tak chociażby zrobiła to J. Bator w „Ciemno, prawie noc”. Ona wypunktowała jednak , co jej się tam nie podoba. I są to argumenty poważne, a Orbitowskiemu nie podoba się nic i to nie za bardzo wiadomo dlaczego. Może ktoś będzie miał ochotę na doszukiwanie się sensu w tej książce, ja go nie widzę.  
    Większość czytelników jest odmiennego zdania , niż ja, ale nic na to nie poradzę, że jej totalnie nie czuję. Klimat tej książki jest mi tak bardzo obcy, że nie mam ochoty więcej o niej pisać i się nią zajmować.

2/6  

piątek, 3 października 2014

Francis Scott Fitzgerald „Wielki Gatsby” – audiobook, czyta Marcin Dorociński

Wielki Gatsby - czyta Marcin Dorociński (Audiobook) - 0

   
“Wielki Gatsby” był mi  doskonale  znany, tyle tylko, że znany z filmów, a nie z książkowego pierwowzoru. Audiobook z M. Dorocińskim wydawał mi się świetnym pomysłem. Dorocińskiego lubię już od najwcześniejszych jego filmów i jeszcze się nie rozczarowałam, był i  świetnym policjantem  i SB- kiem i AK-owcem. Jako lektor czytający książkę też jest świetny, książki słuchałam tak, jakby czytała się sama w doskonały sposób, bez głupkowatego zmanierowania, zidiocenia, wrzasków itp.

   Nie widzę sensu w opisywaniu tego, o czym jest „Wielki Gatsby”, jest to chyba pozycja znana niemal każdemu. Podczas słuchania naszły mnie jednak refleksje trochę wykraczające poza treść „Gatsbiego”. Niby wszystko było w porządku, portret klasy zdegenerowanych bogaczy, pozbawionych jakichkolwiek zasad, jest bez zarzutu. Portretom psychologicznym głównych bohaterów, w tym Gasbiego czy Daisy też nie można niczego zarzucić. Nie można przecież wymagać od pisarza, aby opisywał głębię psychologiczną bohaterów, którzy jakiejkolwiek  głębi są pozbawieni. Nie można się go czepiać , że opisuje ludzi zupełnie bezrefleksyjnych, skoro  dokładnie tacy oni byli.

   Wszystko to jest jasne i oczywiste. Problem polega chyba na tym, że są moim zdaniem ciekawsze tematy do opisywania. W powieści wszyscy niemal , poza ojcem Jay`a,  są młodzi , piękni, zdrowi i bogaci, a ich ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu jest imprezowanie i picie. Nie ma tego, co nazywane jest powszechnie prawdziwym życiem, nie ma chorób czy  biedy . Wszystko jest sztuczne, nie ma ani prawdziwej miłości, ani prawdziwej przyjaźni.  I nie ma jakiejkolwiek złożoności czy sprzeczności w charakterach tych ludzi. Wszystko jest proste , jak to mówią, jak budowa cepa. Realne problemy pojawiają się dopiero pod sam koniec. Trudno w moim odczuciu nazwać realnym problemem zauroczenie Jay`a osobą Daisy, była to tylko niespełniona zachcianka bogacza.  Gdyby zaczęli ze sobą żyć, urok prysnąłby tak szybko, jak mydlana bańka.

     Tego rodzaju literatura jest dla mnie – mówiąc wprost - pozbawiona głębi, wszystko jest jasne i proste. Gdybym odsłuchała czy przeczytała książkę po raz drugi, nie za wiele nowego mogłabym odkryć. Odnoszę wrażenie, że problem jest bardziej złożony i dotyczy nie tylko Fitzgeralda, ale w ogóle całej literatury amerykańskiej. Literatura ta nie wytrzymuje konkurencji np. z literaturą rosyjską, która jest szalenie złożona. Amerykanie żyli i żyją we względnym dobrobycie, poza wojną secesyjną na swoim terenie nie mieli żadnych wojen i te problemy, z którymi od wieków borykają się Europejczycy, jak wojny, czy bieda,  są im obce. Nie mogą być ani empatyczni wobec innych narodów ani nie mogą być zbyt refleksyjni. Trzeba się stosować do zasady - keep smiling. Nie znam szczegółowo życiorysu Fitzgeralda, ale z pobieżnego sprawdzenia wynika, że w większości spędził życie na imprezowaniu . Można byłoby dosadnie powiedzieć, że i Scottowi i jego Zeldzie z dobrobytu przewróciło się w głowach. Doskonale to było pokazane u W. Allena w „O północy w Paryżu” .

    Fitzgerald niby wiedział, że środowisko, w którym się obraca i które opisuje, jest fałszywe, ale nie przeszkadzało mu to  w dalszym siedzeniu wśród tych ludzi dniami i  nocami. Pokazywanie czytelnikom, że bogacze są odstraszający pod każdym względem, jest w tej sytuacji mało przekonujące.  

    „Wielki Gatsby” ma swój urok, ale zdecydowanie wolę i literaturę głębszą i zarazem podejmującą bardziej złożone tematy .

4/6

poniedziałek, 29 września 2014

Nicholas Sparks „Dla Ciebie wszystko” – audiobook , czyta Maria Seweryn

Dla ciebie wszystko


   Audiobook to absolutnie skrajnie kiczowata książka świetnie przeczytana przez Marię Seweryn. Dość nietypowe zestawienie. Sama treść jest tak idiotyczna, że nabrałam przekonania, że na koniec roku , obok najlepszych książek roku, będę  też wskazywać najgorsze książki roku , coś w rodzaju anty Oskarów filmowych, czyli Malinek. Nie mam żadnych wątpliwości, że w tej kategorii „Dla Ciebie wszystko” wygra. Rok jeszcze nie minął, ale poprzeczka idiotyzmu została ustawiona tak wysoko, że jest mała szansa, aby inny tytuł odebrał Sparksowi palmę pierwszeństwa. Co ja mówię, nie ma takiej szansy. Z pewnością jest to najgorszy tytuł, z jakim zetknęłam się, od kiedy prowadzę tego bloga.  Nie miałam świadomości, że coś tak idiotycznego można napisać.

     Pisałam już tutaj o romansach. Z reguły w trakcie upałów biorę jakiś romans do ręki, aby zapomnieć o gorącu i trochę , jak to mówi mój kolega, się odmóżdżyć. Tym razem upału nie było, ale miałam do pokonania bardzo długą i nie do końca znaną   trasę samochodem.  Uznałam, że lekki audiobook będzie w tej sytuacji idealny. Liczyłam na niezbyt absorbującą , ale ciekawą opowieść, nie wymagającą zbytniego zaangażowania intelektualnego.

    Nie będę opisywać całej akcji chronologicznie, ograniczę się tylko – hasłowo niemal tylko – do wskazania głównych wątków, jakie w tym dziele występują.

  Wątek ducha mężczyzny – pojawia się jednemu z bohaterów, gdy ten jest w poważnych tarapatach, np. zagraża mu śmierć . Robi wrażenie bardzo realnego, do tego stopnia, ze można rozpoznać rysy twarzy i nasz bohater w pewnym momencie orientuje się , kim ten duch był za życia. Jest widzialny tylko dla jednej osoby. Zawsze ma taką minę, jak tuż przed śmiercią.

  Wątek ducha kobiety     widzi i słyszy ją tylko mąż. Duch ten nie pojawił się od razu po śmierci kobiety, ale dopiero wtedy, gdy  wdowiec zasadził w ulubionym miejscu kobiety kwiaty. Im bardziej one rosły, tym duch był bardziej widoczny. Duch lubi też ulubioną piosenkę małżonków, gdy ją słyszy, też robi się bardziej widoczny,  a poza  tym sam też śpiewa.

    Główny dylemat i zarazem główny wątek całego utworu – czy zostać  z mężem, czy też go porzucić dla kochanka.  Rozwój wydarzeń spowoduje, że wyboru nie będzie .  Jeden z mężczyzn straci życie.

  Konflikt córki z matką , wątek bardzo „oryginalny” – matka jest niezadowolona, że  córka przyjeżdża do niej beż męża, ktoś przecież może to zobaczyć , prawi więc dorosłej córce kazania .

   Opisane wątki przeplatają się ze sobą i tworzą  „Dla Ciebie wszystko”. Wysłuchałam całości tylko dlatego, że nie miałam nic innego w danym momencie. Nie wiem poza tym dlaczego, ale niektóre fragmenty napisane były na tyle interesująco, że ciekawa byłam, co będzie dalej. Dotyczy to nielicznych niestety fragmentów, sporo zaś z nich nudziło potwornie. Przyzwyczaiłam się do audiobooków w samochodzie tak bardzo, że jeżdżę bez nich tylko wtedy, gdy jadę z kimś. Nie mogłam więc zaprzestać słuchać, przyzwyczajenie to w końcu druga natura.   Przypomniało mi się też zdanie z niedawno odsłuchanego I tomu „ W poszukiwaniu straconego czasu”. Babka narratora mawiała, że złe książki są porównywalne do złego jedzenia,  jedno i drugie szkodzi, złe książki szkodzą duchowi, a złe jedzenie, np. słodycze szkodzą zębom.  Gdy potrzebowałam lżejszej lektury,  sięgałam po kryminały, tak też powinno zostać.
    M. Seweryn czytała zaś tak, jakby czytała coś naprawdę wartościowego. Tam gdzie trzeba, zwalniała, gdzie trzeba, stwarzała napięcie, kiedy indziej w ogóle nie miałam świadomości, że jest jakiś czytający. Co do zasady wolę , gdy czyta mężczyzna, ale w tym wypadku nie mogę narzekać.

 2/6

   

czwartek, 18 września 2014

Georges Perec „Kondotier”

Okładka książki Kondotier  

 
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2014

 

   Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że jest to wyjątkowa książka. Z pewnością  nie jest przeznaczona dla osób, które lubią lekturę wyłącznie łatwą. Ci którzy nie czytają wcale,  lub bardzo mało, lepiej też niech po nią nie sięgają.  Mimo małej objętości – zaledwie 140 stron i to wraz ze współczesnym wstępem – „Kondotiera” czyta się ciężko, a nawet bardzo ciężko. Mnie zajęło to 4 wieczory. Na książkę składają się refleksje głównego bohatera i jest jeszcze jego rozmowa z przyjacielem. Ale czytanie w tym przypadku przypominało mi chodzenie po górach, czyli jest ciężko, bardzo ciężko, ale dość szybko pojawiają się piękne widoki, trud jest wynagradzany, warto iść dalej. I ostatecznie, po zdobyciu szczytu jest się niemal w siódmym niebie. Rzadko kiedy jednak czytało mi się coś aż tak ciężko. Ale jestem absolutnie przekonana, że było warto. Jest to bowiem książka o trudzie bycia sobą, o życiu zgodnie z naszymi autentycznymi potrzebami i o potrzebie realizowania się wyłącznie na swój sposób, a nie pod dyktando innych.

       Pierwsza warstwa książki, ta najbardziej powierzchowna opowiada o osobie fikcyjnej , o genialnym fałszerzu obrazów, Gaspardzie Wincklerze. Był w stanie skopiować wszystko, działał na zlecenie osób, które dysponowały gigantycznymi pieniędzmi , nie musiał oszczędzać na niczym, mógł sobie pozwolić na długotrwałe studia nad oryginałami dzieł , na podróże po świecie do muzeów i w ogóle na wystawne życie. Ale natrafił w końcu na obraz, który go pokonał. Był to właśnie „Kondotier” pędzla Antonella de Messiny. Obraz ten widnieje na okładce książki, co było rewelacyjnym pomysłem, bo trudno mi wyobrazić sobie, że czytam książkę i nie widzę obrazu w każdej chwili, w której mm na to ochotę.  Zmagania właśnie z „Kondotierem” doprowadziły Gasparda do wniosku, że ma dość bycia wyłącznie epigonem, że nie chce już tylko naśladować genialnych twórców.

         Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że utwór zaczyna się od sceny zabójstwa, Gaspard zabija bowiem swojego pryncypała, zleceniodawcę wielu fałszerstw -  Maderę. Jest to wiadome już od pierwszego akapitu . Ale wszelkie analogie z kryminałami są całkowicie chybione, nie pojawi się ani żaden policjant, ani detektyw , Pereca nie interesuje zbytnio to, czy Gaspard będzie złapany , czy ktoś go  będzie ścigał. On skupia się na czym innym.  Dlaczego mimo kilkunastu lat pracy w fachu fałszerza, Gaspard skończył ten etap życia właśnie wtedy i dlaczego tak gwałtownie? Zadecydował o tym fakt, że kopiował właśnie „Kondotiera.” Co takiego było w „Kondotierze” Messiny, że przez niego nasz bohater znalazł się na skraju szaleństwa ? Dlaczego skopiował ponad 100 obrazów, wcale nie łatwiejszych i żaden z nich , aż do sięgnięcia „Kondotiera”,  nie skłonił go nawet do minimalnej chociażby autorefleksji nad sobą?  Właśnie o tym m. in. opowiada książka.  Ale niech nikt nie oczekuje również żadnych magicznych wydarzeń, nie dzieje się nic w stylu „Portretu Doriana Greya”,  wszystko jest realistyczne aż do bólu. Obraz nie ma żadnego ukrytego znaczenia, – tak jak chociażby w rewelacyjnej „Szachownicy Flamandziej” A. Pereza-Reverte - inny autentyczny obraz, „Partia szachów” Petera van Huysa, okazuje się  kluczem do zagadki zabójstwa sprzed wieków.  W książce najpierw sam Gaspard  zastanawia się nad tym wszystkim, potem rozmawia i o zabójstwie i o zmaganiach z „Kondotierem” i o swoim życiu z przyjacielem.  I jest to chyba pierwsza szczera i głęboka rozmowa, jaką kiedykolwiek z kimś przeprowadził.

       Jeżeli ktoś interesuje się  sztuką, dzieło Pereca  będzie dla niego jeszcze bardziej ciekawe, bo sporo jest w nim  mowy o artystach malarzach, o słynnych obrazach, a nawet i o kopiowaniu .

     Zmagania Wincklera z obrazem Antonella to oczywiście tylko pretekst do ukazania czegoś ważniejszego. To pretekst do uzmysłowienia , że  wartość ma jedynie życie w zgodzie z samym sobą, że świadome czy nieświadome naśladownictwo kogokolwiek czy czegokolwiek zawsze jest i będzie fiaskiem.  Brzmi to banalnie, ale problem banalny nie jest. Ile jest ludzi żyjących pod prąd, inaczej niż inni? Dlaczego tak bardzo jesteśmy zunifikowani? Wystarczy tylko się rozejrzeć, większość ludzi żyje bardzo podobnie , chociażby na urlop wyjeżdża w sezonie do ciepłych krajów, sterczy godzinami w korkach, wyruszając na weekend majowy, czyta wyłącznie bestsellery, chodzi do kina tylko na hity, głosuje na tą partię, co najbliższe otoczenie itp. itd. Bardzo mało jest indywidualistów.  Niekiedy kopiowanie innych jest celowe, czasem kopiujemy bez zastanowienia. Nie mówię tu czerpaniu z innych tego, co wartościowe i co jest tego godne . Czasem nawet małe odstępstwo od ogólnie przyjętych zwyczajów ściąga lawinę pytań,  np. moja koleżanka permanentnie jest pytana o to, dlaczego nie kupi sobie samochodu. Gdy logicznie tłumaczy, że nie ma takiej potrzeby, że sobie bez niego dobrze radzi , a pieniądze, które musiałyby być przeznaczone na utrzymanie samochodu i na benzynę, przeznacza na co innego, wszyscy patrzą na nią, jak na ufo . W bardzo ciekawej przedmowie Claude Burgelin pisze, że „Kondotier” Pereca jest o wyzwoleniu , zgadzam się z tym całkowicie.  Każdy czytelnik oczywiście może inaczej rozumieć , od czego to wyzwolenie było. Można oczywiście odbierać „Kondotiera” jako symbol wyzwalania się spod rzeczywistej przemocy i od całej masy innych rzeczy.  

    Ciekawostka jest fakt, że „Kondotier” powstał w 1960r. i nikt go nie chciał wydać, opublikowany został 30 lat po śmierci autora. Szerzej o tym również jest w przedmowie.

   Jedyna wada tej książki to właśnie ta ciężkość stylu.

5/6   

 

wtorek, 16 września 2014

Lucy Maud Montgomery „Ania z Zielonego Wzgórza” – audiobook, czyta Jolanta Fraszyńska


Obraz znaleziony dla: Ania z Zielonego Wzgórza
 
   Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć,  jak koszmarne wykonanie może popsuć świetną książkę, niech posłucha chociaż jednego fragmentu „Ani” w wykonaniu  Fraszyńskiej. Pisk i jazgot, raz na jakiś czas płaczliwość Fraszyńskiej spowodowały, że słuchanie książki było z godziny na godzinę coraz trudniejsze.  Do tego trudno było mi zaakceptować Anię jako egzaltowaną idiotkę. „Trudno zaakceptować” to mało powiedziane, było to wręcz niewykonalne.  Dotrwałam do końca tylko z czystej sympatii do L. M. Montgomery. Być może to wykonanie mogłoby spodobać się dzieciom, aczkolwiek wątpię, co do dorosłych wydaje mi się to niemożliwe.

    Lubiłam w dzieciństwie „Anię z Zielonego Wzgórza”, i to tak bardzo, że przeczytałam wszystkie tomy Ani, a niektóre z nich nawet dwukrotnie. „Ania z Szumiących Topoli”  pozostała moim ulubionym tomem i sięgnęłam nawet po nią, gdy byłam już dorosła. Nie da się ukryć, że pierwszy tom „Ani” jest przeznaczony dla dzieci. Ale – jak to bywa w przypadku dobrej literatury dziecięcej - i dorosły poza czystą przyjemnością , może również z tej książki coś dla siebie wycisnąć.  Wyobraźnia, snucie marzeń, przyjaźń, szczerość, lojalność – czyż może to nie być pociągające? Myślę, że „Ania” przeczytana z pewnym dystansem do tekstu i z lekkim przymrużeniem oka na pewne kwestie byłaby ciekawą lekturą dla osoby dorosłej.   Pod pojęciem dystansu do teksu mam na myśli to, że lektor nie ma potrzeby wczuwać się w ten tekst do tego stopnia, aby piszczeć, jazgotać i zachowywać się nie jak dorosły człowiek, tylko jak mała i głupiutka dziewczynka.  No chyba, że jest to wykonanie dla dzieci . Seria, w ramach której ten audiobook został wydany, z cała pewnością nie jest serią dziecięcą.

   Fraszyńska zachowywała się, jakby rozum jej odjęło :  krzyczała, jazgotała, a przy tym wszystkim głos jej przy niektórych partiach zamieniał się w totalny pisk.   Ale jeszcze gorsza była płaczliwość. W książce, szczególnie pod koniec tomu, są fragmenty, kiedy to Maryla popłakuje sobie i rozpacza, że Ania dorasta i że nie jest już małą dziewczynką. Fraszyńska też mało co się nie rozpłakała.  Powód do płaczu był rzeczywiście „poważny”. O ile w czasach L. M. Montgomery dorastanie dziecka oznaczało dla rodzica, a szczególnie dla niepracującej matki schyłek życia i brak zajęcia, o tyle w czasach obecnych jest zupełnie inaczej . Właśnie po usamodzielnieniu się dzieci, rodzice mają możliwość zaczęcia kolejnego etapu , no chyba że ktoś jest zanudzony i z tak wąskimi horyzontami, że nie wyobraża sobie innego zajęcia, jak zajmowanie się dziećmi.  Ale w przypadku braku wnuków, teraz może zostać chociażby wolontariuszem w domu dziecka . Po co więc ta egzaltacja, ten patos ?

    Moją ulubioną książką dzieciństwa jest „Tajemniczy ogród”, ale czyż można mówić, że jest to wyłącznie pozycja dla dzieci? Agnieszka Holland nakręciła tak wspaniały film , który przeznaczony jest właśnie dla dorosłych. Tak zinterpretowała tekst i tak go przedstawiła, że dziecko obejrzy film z przyjemnością. Ale dorosły zrozumie więcej, przesłanie jest czytelne: to,  czy nasze życie   będzie przypominało tajemniczy ogród,  zależy tylko od nas.  

   Reżyser kręcący film ma oczywiście większe możliwości, niż lektor, czytający książkę. Ale lektor tych możliwości też ma bardzo dużo. Całe szczęście, że Maciej Stuhr podczas czytania „20 000 mil podmorskiej żeglugi” zrobił to tak, że nie musiałam rozważać, czy jest to książka dla dzieci, dla młodzieży czy dla dorosłych, przyjemność słuchania pochłonęła mnie wtedy całkowicie.  

    Jedyny pozytyw po odsłuchaniu tego audiobooka, to możliwość przypomnienia sobie książki. I tylko z tego powodu nie żałuję, że ostatecznie go odsłuchałam.

2/6

niedziela, 14 września 2014

Pierre Lemaitre „Ofiara”



   

 
 
 
Warszawskie Wydawnictwo Literackie  Muza S.A. , 2014
     Recenzje i krytyków i internautów były znakomite, książka miała być rewelacyjna, z świetną i zaskakującą fabułą, a oprócz tego miało być w niej sporo przemyśleń na różne tematy, o przypadku, przeznaczeniu , o zachowaniu ludzi w sytuacjach granicznych. Zapowiadało się na rarytas, nie było więc czego rozważać, „Ofiarę” kupić musiałam. Nazwisko – Lemaitre - również miało dla mnie coś z magii, autor kryminałów na niebotycznie wysokim poziomie , laureat wielu nagród, a w tym nagrody Gancourtów. Jak mogło się stać, że ja, miłośniczka kryminałów, do tej pory nie czytałam żadnego jego dzieła? Nie wiem. Ale właśnie dlatego, że go nie znałam , a tylko słyszałam same dobre rzeczy , „Ofiarę”  musiałam kupić  . Dlaczego więc skończyło się to klapą ? Może te oczekiwania były za wielkie? Może gdybym nie wiedziała nic o autorze, nie rozczarowałabym się. Może jest jeszcze za wcześnie na pisanie o „Ofierze” ? Może na parę dni to rozczarowanie nie  byłoby już tak bolesne i mogłabym pisać obiektywniej? Nie wiem, ale skończyłam  lekturę  2 dni temu , zaczęłam już kolejną książkę, nastał więc czas na Lemaitre.  

      Fabuła zapowiadała się dość intrygująco. Intryga rzeczywiście od pewnego momentu, blisko końca, niestety, jest dość zaskakująca, do tego stopnia, że nie za wiele można o niej powiedzieć, nie zdradzając licznych niespodzianek.  Partnerka głównego bohatera – inspektora Verhoevena , będąc przypadkowym świadkiem napadu na jubilera, świadkiem który widział sprawców bez kominiarek , została brutalnie pobita i ledwo uszła z życiem.  Śledztwo wbrew obowiązującym regułom i na skutek nie ujawnienia związku z ofiarą, przejął właśnie Verhoeven. Jego cechy charakterystyczne to bardzo niski wzrost, olbrzymi talent do rysunków. Wiele więcej powiedzieć nie można.

    Dlaczego tak bardzo ta książka mnie rozczarowała? Poza zaskakującym obrotem akcji i zakończeniem, rozczarowało mnie prawie wszystko.  Tempo rozgrywających się wydarzeń jest porażające, czasu na zatrzymanie i refleksję nie ma.   Większość detektywów w powieściach kryminalnych wyróżnia się głównie cechami intelektu lub osobowością, niekiedy wiele można powiedzieć o kimś, patrząc na postać nawet przez pryzmat nałogu, np. od kiedy nałóg trwa, jak do niego doszło , czy ktoś z tym walczy itp. W tym przypadku najbardziej charakterystyczną cechą inspektora jest wzrost karła. I potem długo nie ma nic, dopiero potem dowiadujemy się, że ma wielki talent do rysunku. Wiemy też, że jego żona została kilka lat wcześniej zamordowana, a on sam po tym fakcie leczył się na depresję. Inspektor ma kotkę, ale też nie za wiele z tego wynika, bo nie można w żaden sposób zorientować się, jaki wpływ , o ile w ogóle taki jest, ma ta kotka na jego życie. 

   Przebieg wydarzeń był dla mnie absolutnie wydumany i możliwy do zrealizowania tylko w teorii. Nigdy nie słyszałam , aby ludzie zachowywali się w ten sposób, jak bohaterowie książki. Nie czytałam o tym w gazetach, nie oglądałam w telewizji, ani w internecie. Piękno tkwi w prostocie, nic dodać , nic ująć.  O ile mogę uwierzyć w to, że ktoś zabija , tak jak np. u Agaty Chrisie, z chęci zysku, lub z zemsty, albo przez przypadek , o tyle taka mieszanka motywów, jak jest w książce, jest dla mnie absurdalna. Nie wspomnę o sposobie wykonania. Bohaterowie są dla mnie niewiarygodni psychologicznie i nieprzekonywujący i to we wszystkim, co robią . Inspektor przedstawiony jest jako totalny naiwniak, a zawód policjanta wiąże się zdecydowanie bardziej z podejrzliwością, niż z naiwnością.

    Raz na jakiś czas zdarzają się komentarze autora, które dla mnie w większości brzmią dość kiczowato.   Chociażby pierwsze zdanie książki „Za przełomowe uważa się takie wydarzenie, które wywraca do góry nogami twoje życie”.  Nie wiem, co w tym odkrywczego.  I nie wiem,  czym się tu zachwycać. Gdyby w taki sposób zaczął debiutancką książkę np. przysłowiowy Jan Malinowski z Koziej Wólki, wydawca uznałby to za grafomanię. Są w książce bardzo ograniczonym zakresie dywagacje o przeczuciach, przypadku, przeznaczeniu.  Nasz inspektor, jak się okazuje , nie przeczuwał tego, co go spotka. Tylko że żadne przeczucia nie byłyby tutaj do niczego potrzebne, a wystarczyłaby odrobina zdrowego rozsądku i chwila zastanowienia.

   Tempo akcji przypominało mi pozycje Dana Browna, które z natury swej były niedorzeczne. Tylko u Browna nikt nie udawał, że jego książki mają jakikolwiek związek z realizmem i że są czymś więcej, niż zwykłą rozrywką.  Zawrotne tempo nie dawało miejsca na głębszą refleksję ze strony narratora. Nie ma tu tak genialnych opisów charakterów, jak u A. Christie. Nie ma głębszych autorefleksji, jak np. u H. Mankella np. w „Niespokojnym człowieku”. Czy „Powrocie nauczyciela tańca”. A gdybym słuchała swoich przeczuć, to nie kupiłabym „Ofiary”, informacja o tym, że wydarzenia rozgrywają się przez zaledwie parę dni, od razu skojarzyła mi się właśnie z D. Brawnem.

      Z „Ofiary” nie dowiedziałam się niczego ani o Paryżu, ani o Francuzach. Nie dowiedziałam się niczego o naturze człowieka.  A na dodatek przez dość długi czas książka mnie nie ciekawiła, była przynudnawa. Męczyły mnie też drastyczne opisy przemocy, w tym nawet tortur, które wcale konieczne nie były.  Wielu autorów kryminałów – mężczyzn, lubuje się w takich opisach .  Wyraźnie widać tu różnicę w stylu pisania kobiet i mężczyzn.  

   Atutem „Ofiary” jest element zaskoczenia czytelnika. Ale całe szczęście, że nie przeczytałam opisów książki na okładce. Wydawca zrobił czytelnikom wspaniały „prezent”, ujawniając coś, co ujawnione być nie powinno.  Są też pewne zdania, już nie grafomańskie, które  zasługują na uwagę, np. o przełomowych momentach w życiu : „to pewnie w takich właśnie momentach ujawniają się ludzie niezwykli, tacy, którzy w złych okolicznościach potrafią podejmować dobre decyzje”.  Zdań takich jednak zbyt wiele nie ma. Według mnie jednak, tego, czym zachwycają się recenzenci, w tej książce zwyczajnie nie ma.

3/6

wtorek, 9 września 2014

Marcel Proust „W poszukiwaniu straconego czasu” cz. 1 " W stronę Swanna" audiobook, czyta Michał Breitenwald













Obraz znaleziony dla: W stronę Swanna
     To był mój pierwszy kontakt z Proustem. Pierwsza godzina słuchania upłynęła pod znakiem zdziwienia i przerażenia , jak takie nudziarstwo może być uznane za arcydzieło. Nie tylko byłam zdumiona, ale miałam też problem ze słuchaniem, prowadząc samochód muszę przecież bardziej niż na audiobooku koncentrować się na jeździe.   Sporo tekstu najwyraźniej mi umykało. Ale po mniej więcej godzinie, może dwóch, poczułam, że gdy wejdzie się już w rytm i przyzwyczai do sposobu narracji, zaczyna się wychwytywać masę ciekawych rzeczy. A po paru godzinach słuchania wiedziałam, że to jest to, czyli że natrafiłam na coś wyjątkowego i idealnego dla mnie.  Owszem, w tekście praktycznie nie ma akcji, jest masa wspomnień i różnych dygresji oraz rozważań o charakterach ludzkich, miłości, zakochaniu, uwiedzeniu, o sztuce, muzyce, literaturze, architekturze, o wychowaniu   i całej masie innych rzeczy. Michał Breitenwald czyta świetnie, wyraźnie, bez jakiejkolwiek maniery,  nie stylizuje się ani na małego głupiutkiego chłopczyka, ani na wszechwiedzącego, zrzędliwego mężczyznę w średnim wieku.  Ale nie jest to powieść, nadająca się do słuchania w samochodzie podczas prowadzenia tego samochodu. Dla ścisłości dodam, że  ja z pewnością nie byłam w stanie pogodzić  tych dwóch rzeczy . Wypadku na szczęście nie spowodowałam, ale słuchanie książki odbywało się ze szkodą dla tekstu.  W wielu momentach miałam ochotę jeszcze raz powrócić do  określonej myśli, co było  niemożliwe. Wiem też, że część rzeczy mi umykała. A Proust wymaga dużej uwagi.  Odsłuchanie pierwszej części było idealne , aby się cyklem Prousta zauroczyć, ale kolejne tomy będę jednak czytać,  a nie słuchać.  Może nieco inaczej byłoby, gdybym miała lepszy odtwarzacz, ten w samochodzie działa w ten sposób, że cofnąć płytę  mogę , ale tylko o cały rozdział. Czasem wydaje mi się, że w dobie komputerów, telewizorów, smartfonów jesteśmy wzrokowcami, ale tylko z pewnego nawyknienia.  Jeżeli częściej słuchalibyśmy – czegokolwiek z uwagą , np. radia, audiobook z Proustem nie byłby niczym trudnym.  

    „W stronę Swanna” składa się z trzech części, pierwsza to wspomnienia narratora z dzieciństwa, druga to historia miłości Swanna do Odetty, a trzecia, bardzo krótka to ogólne refleksje, w tym o nazwach miejscowości. Wspomnienia są ciężkie w odbiorze, dotyczą wydarzeń z dzieciństwa narratora i jest tam cała masa różnych myśli , które można byłoby podkreślać w książce i rozważać, tak jak napisałam, są o wszystkim. Narrator jest szalenie refleksyjną osobą  , wspomina rodziców, babkę, ciotkę, swoją pierwszą , dziecięcą miłość – Gilbertę Swann, jej ojca – znajomego rodziców, ciotkę, służącą Franciszkę i inne osoby. W czasie tego wspominania snuje masę refleksji.  Przykładowo przy Franciszce zastanowiło go, dlaczego Franciszka jest tak bardzo bezduszna wobec osób z najbliższego otoczenia, a tak bardzo uczuciowa, gdy mowa jest o osobach, będących daleko. Wobec tych, których nie widziała,  zawsze  skora była do pomocy i do  współczucia.  Szczególna estymą nasz bohater darzył babkę. Babka uważała, że dzieci już od małego powinny czytywać książki dla dorosłych i że nie powinno się pod żadnym pozorem czytywać literatury , nazwijmy to klasy B, porównywała to do jedzenia bezwartościowego jedzenia . Kiedyś kupiła swojemu wnukowi książki dla dorosłych , ale jego matka sprzeciwiła się takiemu prezentowi. Kupiła mu więc dzieła „lekkie” autorstwa J. Sand. Uważała, ze dziecko powinno się edukować na każdym kroku. Gdy chciała powiedzieć mu, jak wygląda Wenecja , nie kupiła mu obrazków z Wenecji, tylko reprodukcję Turnera z widokiem Wenecji.

   Część druga zapowiadała się banalnie, refleksji jest tam mniej, faktów więcej i jest to chyba najbardziej trafny obraz uwiedzenia mężczyzny przez kobietę. Nie znam drugiego tak sugestywnego literackiego opisu, a w tym przypadku mężczyzna – Swann, nie był Odettą w ogóle zainteresowany, co więcej, nie podobała mu się.  On był człowiekiem wykształconym, erudytą, myślicielem, wielbicielem malarstwa i muzyki, a do tego był szalenie bogaty. Odetta z kolei to prostaczka,  z wstrętnym charakterem i do tego prostytutka, która Swanna nigdy nie kochała . Jak taka kobieta mogła uwieść tak bardzo skutecznie takiego mężczyznę? Wydawałoby się, że to niemożliwe, ale po przeczytaniu, a właściwie odsłuchaniu Prousta,   mam świadomość , że jest to możliwe.

    Trzecia część jest głównie o języku , nazwach miejscowości, ale naprawdę jest bardzo krótka.  Przypomniał mi się w trakcie odsłuchiwania Tolkien z jego zamiłowaniem do piękna języka i z gigantyczną wrażliwością na wszystkie kwestie, z językiem związane.  

   Książka dla mnie ma w sobie coś z magii. Tak samo jak i narrator, w dzieciństwie z rodzicami jeździłam do rodziny , do innej miejscowości. Tak samo kocham  muzykę, różnica polega na tym, że się na niej nie znam. Nie jadałam słynnych magdalenek, ale za to moja babcia robiła inne wypieki  . Gdy czytałam fragmenty, jak to nasz narrator dzięki wspomnieniu smaku ciasteczka potrafił odbyć coś na kształt podróży w czasie i przenieść się do dzieciństwa, czułam niemal smak orzechowego tortu babci.  Tego tortu poza nią nikt nie piekł, ale wydaje mi się, że przepis powinna mieć zapisany.  Ku swojemu absolutnemu zaskoczeniu, nabrałam chęci na to, aby ten tort upiec ! W czasach Prousta ludzie delektowali się jedzeniem, nie kupowali gotowych produktów, a to co my robimy teraz,  było by nie do przyjęcia.

        Z cała pewnością Proust nie jest dla osób, lubiących czytać wyłącznie książki akcji. Jest to książka , którą smakuje się powoli i do której można wracać . Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale za to jest to miłość trwała.   Rzadko kiedy w jednym dziele jest taka głębia i tyle myśli wartych rozważenia.  W literaturze współczesnej zdarza się to bardzo rzadko.  A tak poza tym, to jestem zdziwiona,  ostatnio tzn. w tym roku, tak często natrafiałam na tak dobre książki: Proust,  „Broad Peak. Niebo i piekło” B. Dobrocha i P. Wilczyńskiego, „Twoja twarz jutro. Trucizna, cień i pożegnanie” J. Mariasa, „Okruchy wartości” abp. J. Życińskiego, książki Piotra Zychowicza.  Każda jest w innym rodzaju, ale jak do tej pory były to najlepsze pozycje 2014r. No i jeszcze „Dziwne losy Jane Eyre”, niby dobrze znane, a które tak naprawdę zrozumiałam dopiero teraz.  Staranniejszy dobór książek bardzo się opłaca.
      6/6

niedziela, 31 sierpnia 2014

Bartek Dobroch i Przemysław Wilczyński „Broad Peak . Niebo i Piekło”



Wydawnictwo Poznańskie 2014

 
    Jest to absolutnie niezwykła książka, bardzo rzadko można trafić na coś tak ekscytującego. Czytelnik nie musi się być ani himalaistą,  ani alpinistą,  ani  nawet taternikiem,  nie musi nawet chodzić po górach, aby się nią zauroczyć. Zdobywanie Broad Peaku to tylko jeden z aspektów tej książki, a większość rozdziałów dotyczy kwestii psychologicznych . „Broad Peak. Niebo i Piekło”  czytałam niemal jednym tchem, nawet nie przypuszczałam, że tak może być, nie jest to przecież beletrystyka, a poza tym wiadomo,  jak skończyło się całe przedsięwzięcie.  Przed przeczytaniem książki moja wiedza ograniczała się do tego, że zimą ubiegłego roku pod Broad Peak wyruszyła wyprawa złożona z 4 osób, z czego jednym był Maciej Berbeka, zasłużony himalaista, przewodnik i ratownik górski.  Towarzyszyło mu 3 innych, młodych i nieznanych wspinaczy . Wyprawa zakończyła zdobyciem szczytu, ale  dwie osoby zginęły, w tym właśnie Berbeka. Po powrocie do kraju sytuacja wywołała olbrzymie kontrowersje,  powstał  raport , w którym winą za śmierć dwóch osób obarczono tych, co przeżyli. Raport wywołał oczywiście olbrzymie kontrowersje. Wydawało mi się więc, że wiem bardzo dużo, niemal wszystko. Ale mimo tego czytałam  z olbrzymim zaciekawieniem i dowiedziałam się całej masy nowych rzeczy.  To co wiedziałam wcześniej, było tylko lekkim zerknięciem na samą tylko powierzchnię wydarzeń, bez sięgnięcia do głębi. Określenie jednoznaczne tej książki byłoby trudne, dla mnie jest to głównie rzecz o postawach ludzi w sytuacjach ekstremalnych i o zachowaniu ludzi, którzy przyglądają się wyprawie i  również wydobywa to z nich przeróżne cechy, bo jedni próbują zrozumieć, inni tłumaczą, jeszcze inni chcą zabłysnąć i pokazać, jak to wspaniale zachowaliby się oni, gdyby to oni byli na górze, inni jeszcze namawiają niemal do linczu osób, które uznali za winnych. Autorzy na szczęście wstrzymują się od komentarza, podają fakty, rozmawiają z wieloma osobami, dodają cytaty z wypowiedzi różnych sław z gazet.

    Książkę czyta się wyjątkowo lekko  , autorzy ciekawie rozwiązali kwestię kompozycji, całość nie jest pisana chronologicznie, jak to ma miejsce z reguły w takich wypadkach, tylko rozdziały mają charakter tematyczny, np. są rozdziały o uczestnikach wyprawy,  każdy ma swój obszerny(poza Arturem Małkiem), o historii polskiego alpinizmu, o wprawie z 2013r.  i o krytycznym dniu i nocy, o raporcie Polskiego Związku Alpinizmu. Jest też trochę zdjęć,  szkoda tylko, że nie kolorowych, domyślić się można , że chodziło finanse.  Gigantyczny plus dałabym za wnikliwość w podejściu do tematu, nie wiem, jak  sobie z tym poradził Jacek Hugo – Bader, bo jego książki nie czytałam. Całość podana jest w tak interesujący sposób, że wczułam się w spory na temat tego, co się stało do tego stopnia, że czułam się, jakbym kibicowała jakieś drużynie sportowej, lub gdyby to chodziło mnie lub kogoś bliskiego.

   Każdy czytelnik zawsze zwraca uwagę na co innego. Ja napiszę o tym, co mnie w tej książce zafascynowało najbardziej. Szalenie ciekawe były portrety psychologiczne osób.  Do tej pory wydawało mi się, że ciekawe mogą być portrety zakopiańczyków, związanych z Tatrami,  ze swojego okresu fascynacji Tatrami został mi dla nich podziw. Tym razem zaintrygowały mnie osoby tej młodszej części ekipy. Nazwisko Adama Bieleckiego nie mówiło mi nic. To on przeżył i to on został przez niektóre osoby obarczony odpowiedzialnością za to, co się stało. Wydaje się człowiekiem szalenie ciekawym, gdy był młody to przez 3 lata niemal nie wychodził z domu i czytał w tym czasie książki. Jest to niesamowity indywidualista z niespotykanym instynktem, jak zachowywać się w górach, zachowuje się tak, jakby miał szósty zmysł i wyczuwał wszelkie niebezpieczeństwa instynktownie. 

   Szalenie ciekawe i rzucające nowe, inne spojrzenie na  środowisko naszych wspinaczy daje opowieść o  ataku na Broad Peak z 1988r. W wyprawie tej brał udział  m. in. Maciej Berbeka, zakończyła się ona obwieszczeniem sukcesu, z którego wynikało, że  Berbeka zdobył szczyt. W istocie zaś Berbeka w stanie skrajnego wyczerpania był mylnie przekonany, że szczyt zdobył, a w rzeczywitości zdobył jedynie przedwierzchołek tzw. Rocky Summit . Po opisie podanym przez Berbekę, L. Cichy i K. Wielicki zorientowali się bez wątpliwości, że opis „szczytu”, na którym miały być kamienie, podany przez Berbekę,  jest właśnie opisem przedwierzchołka .  Świadomość tego faktu ma również kierownik wyprawy – Zawada. Ale doszli oni do wniosku  , że skoro Berbeka ledwo żyje, nie ma sensu mu tego mówić, że zrobi się to później. Ale „sukces” Berbeki został już odtrąbiony , podany do publicznej wiadomości, odnotowany w mediach. Ostatecznie więc nasza wyprawa niczego nie zdementowała.  Czy zaś Berbeka rzeczywiście w późniejszym czasie nie zorientował się, że szczytu nie zdobył? Czy nie czytał o jego topografii? Oficjalnie nie. Cała sprawa wyszła na jaw dopiero gdy ujawnił ją znacznie później inny uczestnik wyprawy, Aleksander Lwow w książce „Zwyciężyć znaczy przeżyć”.  Nie chcę deprecjonować wspinaczy, ale ta historia doskonale opisuje środowisko, które przez dziesięciolecia uchodziło za wzór wszelkich cnót i nie mające żadnych wad. Podobnie zresztą jest   z każdym takim środowiskiem czy grupą „bez wad”, z wierzchu idealnie , a od środka aż kipi od zwykłych ludzkich emocji i przywar, które ma każdy .

    Inny przykład, który utkwił mi w pamięci na długo. Po powrocie do kraju  A. Bieleckiego i A. Małka, już  po tragedii na Broad Peaku z 2013r., niektórzy wspinacze zaczęli w nich „rzucać kamieniami” i obwiniać o to, co się stało. Argumenty, że ktoś też był wycieńczony i nie byłby w stanie wracać w kierunku szczytu i udzielać pomocy , nie wydawały się dla części tych, których tam nie było, przekonywujące. Twierdzili, że takie przypadki nie miały dotąd miejsca.   Gdy tymczasem sięgnie się do historii szeregu wypraw, okazuje się , że historie takie, jak w 2013r., zdarzały się wielokrotnie. Okazało się także, że komisja Polskiego Związku Alpinizmu w raporcie z 2013r. przeanalizowała jedynie zachowanie tych członków wyprawy, którzy przeżyli. Uznała, że o błędach pozostałych, pisać nie można.

    Szalenie ciekawe są np. próby udzielenia odpowiedzi na pytanie, czy są granice narażania się przy  udzielaniu pomocy. W książce sporo jest argumentów za i przeciw, formułowanych przez różne osoby.  Każdy musi udzielić sobie sam odpowiedzi na tego rodzaju pytania, jak dla mnie takie granice powinny być , a mnożenie ofiar nie jest normalne.

    Nie do uwierzenia wydawały mi się informacje o  doborze uczestników  wyprawy i o znikomym doświadczeniu części z nich. Wiem oczywiście już, ze tak właśnie było, ale informacje te były szokujące.    

   Na szczególną uwagę zasługuje zamieszczony przedruk wywiadu z „Tygodnika Powszechnego”, jaki przeprowadził jeden z autorów książki , Przemysław Wilczyński ze swoim ojcem, byłym  alpinistą, Ludwikiem Wilczyńskim.  W tym wywiadzie jest chyba kwintesencja pytań, jakie nurtują ludzi  w kwestiach wspinaczki. Odpowiedzi są arcyciekawe i wyjątkowo mądre. Na pytanie o rodzinę alpinisty i o to, czy jak funkcjonuje taka rodzina z ojcem, którego nigdy nie ma , pada odpowiedź , gdzie alpinista jest porównywany z muzykiem rockowym, którego tez nie ma często w domu, ale który postanawia skończyć z nieobecnością i z koncertami. „Wraca do domu, tylko że jest już zredukowany, wykastrowany”. A alpinista daje rodzinie siebie szczęśliwego.

   Książka jest absolutnie wyjątkowa, jedna z lepszych, jakie czytałam w tym roku.  

6/6 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Liza Marklund „Studio Sex”




   Od pewnego czasu poszukuję ciekawego cyklu kryminalnego z takim głównym bohaterem, do którego miałabym ochotę wracać. Próbowałam z Nesbo, ale wygląda na to , że po dwóch pierwszych tomach z komisarzem  Harrym Hole`m po trzeci nie sięgnę. Alkoholowe wyczyny Harrego i ich szczegółowe opisy są dla mnie odrażające , a nasilenie przemocy w różnych makabrycznych wydaniach jest również nie do przyjęcia.  Szukam więc dalej.  Ciekawą postacią wydał mi się inspektor Jury z powieści Marthy Grimes : inteligentny, oryginalny, nieco staroświecki, a do tego kawaler w średnim wieku, co daje nadzieję na ciekawe epizody z życia osobistego. Niestety, większość cyklu nie została przetłumaczona na j. polski. Ale szukam dalej . Przyjemnie czytało mi się powieści donny Leon z komisarzem Brunettim, ale u niego nic się nie działo , a on sam poza tym, że był sympatyczny niczym szczególnym się nie wyróżniał. Ale ostatecznie jest chyba jakiś interesujący detektyw poza Sherlockiem Holmesem, panną Marple czy Herculesem Poirot? Czas przecież nie zatrzymał się w miejscu. Rachunek prawdopodobieństwa wskazywałby na to, że gdzieś taki bohater na mnie czeka . Taki czyli inteligentny, interesujący na tyle, abym chciała czytać kolejne tomy z jego udziałem nie tylko z ciekawości co do zagadki zabójstwa. Ale rzadko kiedy jakaś książka zachęca mnie, abym  sięgnęła po kolejne tomy z serii. Tym razem uznałam, że może pani redaktor Annika, stworzona przez Lizę Marklund wyda się mi postacią barwną.

    „Studio sex” chociaż napisane w trakcie trwania cyklu, jest pierwszą chronologicznie powieścią z Anniką. Annika zaczyna staż w jednej z popołudniówek i zostaje skierowana do poprowadzenia dziennikarskiego śledztwa w sprawie zabójstwa młodej kobiety. Kobieta ta przed zabójstwem została zgwałcona , a znaleziono ją na cmentarzu. Wszystkie poszlaki wskazują na jej chłopaka, zbijającego kasę w sex biznesie. Annika musi walczyć o stałe zatrudnienie, stażystów jest kilku, a etat tylko jeden. Jest w trudnej sytuacji, bo  wyprowadziła się od swojego chłopaka i zamieszkała sama w wielkim mieście. Nie mogę powiedzieć, aby jakoś specjalnie mnie te wydarzenia wciągnęły. Wszystko ciągnęło się potwornie… Annika z histeryczną osobowością wprowadza niepokój i nerwowość. Nie przepadam za dziennikarzami, a szczególnie za tzw. dziennikarzami śledczymi, tak więc jej zawód też mojej sympatii nie budził.  I z pewnością nie sięgnę po żaden inny tom z cyklu.

      Ale jest jednak co nieco ciekawego w tej książce. Liza Marklund była dziennikarką i warte uwagi są jej obserwacje tego środowiska. Jej rywal w walce o staż w redakcji wszedł w układ z grupą pseudoterrorystyczną , płacił im w zamian za cynk, kiedy i gdzie będzie rozróba. Jeszcze przed rozpoczęciem wydarzeń był już na miejscu. Annika martwi się, czy nie zostanie aby zwolniona, ale przecież jest członkiem związków zawodowych, jak mogliby ją w tej sytuacji zwolnić? Po coś przecież do tych związków się zapisała.  Przeszła totalne rozczarowanie , gdy przedstawiciel związków zagłosował p-ko niej. Annika musiała zrozumieć, że ostatnią sprawą, jaka interesuje związkowców, są interesy pracownicze w sytuacji, gdy związek nic na tym nie zyskuje.  Szczególnie ciekawe było dla mnie, gdy Annika bez trudu uzyskała dostęp do wszystkich informacji, dotyczących jednego z ministrów, łącznie z tym, że uzyskała kserokopie jego rachunków służbowych. Robiła to bez żadnych podstępów, w oparciu o obowiązująca ustawę ( odpowiednik naszej ustawy o dostępie do informacji publicznej)  i to w sytuacji, gdy nie była  dziennikarką .   To oczywiście tylko kilka przykładów ze światka dziennikarskiego.  

   Dałabym 4/6, ale jest w tej książce do niczego niepotrzebna  scena znęcania się nad zwierzęciem.  

3/6

sobota, 16 sierpnia 2014

Wacław Radziwinowicz „Soczi. Igrzyska Putina”



  
Wydawnictwo Agora 2014 ,  wydanie I

 

        Lekka, ciekawa  , choć mało odkrywcza lektura na jedno popołudnie.  Byłam zachwycona pozycją Radziwnowicza  „Gogol w czasach Googla” i gdy zorientowałam się, że wydał on kolejną książkę wiedziałam , że ją kupię.  Gdy zorientowałam się zaś , że to książka o olimpiadzie, trochę się zawahałam, nie interesuję się przecież w ogóle  sportem . Ostatecznie jednak przeważyło to, że moim zdaniem, jeżeli ktoś pisze ciekawie, to ze wszystkiego potrafi zrobić temat. Co więcej, jeżeli ktoś potrafi pisać tak naprawdę , to niemal wszystko, o czym pisze staje się ciekawe.  Klasyczny dla mnie przykład, to Jerzy Pilch, który dobrych kilka lat temu pisząc felietony w Polityce, często wtrącał tam informacje o piłce nożnej, piłkę tą nawet tam opiewał.    Chociaż piłka nożna interesowała mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg, czytałam wszystkie felietony  Pilcha z niebywałą uwagą i ku mojemu zaskoczeniu , ten temat, niegdyś tak nudny, zaczął mnie tak naprawdę interesować. Kiedyś z kolei przeczytałam informacje o książkach biografiach . Okazało się, że dla sprzedaży kwestia, o kim jest książka, ma drugorzędne znaczenie. Tak naprawdę liczy się to, kto tą książkę napisał. Niektórzy autorzy, o kimkolwiek napiszą, osiągają taki efekt,  ich książki sprzedają się, niczym gorące bułeczki.  

             Tak więc kupiłam „Soczi. Igrzyska Putina”, kupiłam kilka miesięcy po olimpiadzie, a przeczytałam w jeden wieczór. Jest to malutka książeczka, niewielkiego formatu, mająca wraz z kilkoma zdjęciami zaledwie 168 stron. Czyta się ją łatwo, napisana jest niezwykle prosto i bardzo czytelnie,  podzielona jest na  tematyczne rozdziały, np. o historii rejonu Soczi, o zrujnowaniu przyrody itp. Żadne z tych zagadnień nie eksploatowane przez Radziwnowicza  nadmiernie, co daje efekt z jednej stron lekkości, a z drugiej pewnej powierzchowności.  Mimo braku zainteresowania zarówno olimpiadą, jak i sportem, w trakcie trwania igrzysk nawet niechcący pewne informacje z mediów wpadały mi  w ucho.  Część z nich znalazłam potem w książce.  Jeżeli ktoś oglądał uroczystości otwarcia czy zamknięcia olimpiady , czytał uważnie  w tamtym czasie media i nie koncentrował się wówczas wyłącznie na wiadomościach stricte sportowych,  to newsów w tej książce znajdzie niewiele.  

        Co najważniejsze jednak dla mnie, to  książka ta właściwie jest o wszystkim, ale na szczęście nie jest o sporcie.  Poczytać można o historii, polityce, kwestiach ekologicznych, a najwięcej o sprawach społecznych.    Niektóre z tych rozdziałów wręcz pochłaniałam. Przykładowo, na skutek wyrębu lasu i kontynuowania gigantycznych robót, wzgórza z okolic miejsca olimpiady zaczęły osiadać, hałdy ziemi zaczęły się zsuwać.  W efekcie domy wielu okolicznych mieszkańców  zaczęły się  przekrzywiać, podłoga zamiast pozioma, stawała się ukośna. Na realną pomoc państwa, jak się można domyślać, mieszkańcy nie mieli co liczyć.  Dość interesujące były dla mnie przyczyny zatrudnienia i zaangażowania w zabezpieczenie  olimpiady Kozaków . Ich rola miała być nie do końca określona, bowiem z jednej strony nie mieli oni uprawnień policji, ale za to nie obowiązywały ich żadne ograniczenia, które nawet  teoretycznie wiążą policji ręce. Jeżeli więc zaistniałaby potrzeba użycia przemocy, Kozacy mieli być idealni , zrobiliby robotę, nie obciążałoby to bezpośrednio Rosjan.  Przykłady różnych ciekawych faktów można mnożyć, ale nie o to tylko   przecież chodzi.

    Biorąc pod uwagę wydawnictwo - Agorę – można było się domyślić, że książka będzie miała charakter tzw. politycznie poprawnej. I tak właśnie jest. Jest sporo informacji o tym, jak wiele krzywd wobec ludności tubylczej w przeszłości dopuścili się Rosjanie, jest mowa o ludobójstwie. Jest mowa o tym, że na Kaukazie cały czas wrze i stale toczą się walki  . I chwała Radzwinowiczowi za to, że o tym pisze. Szkoda tylko, że nie ma nic o terroryzmie  właśnie ze strony przedstawicieli różnych kaukazkich nacji. Przypadki aktów terroryzmu z ich  strony są przecież powszechnie znane, wystarczy wspomnieć chociażby maraton bostoński z 2013r. Radziwnowicz zabezpieczenia przed atakami terrorystycznymi   opisuje jako przesadzone i właściwie zbędne, nie pisze tego wprost, ale ja tak te opisy odebrałam.  I to dla mnie był najsłabszy aspekt książki.  

    4/6

 

czwartek, 14 sierpnia 2014

Agata Christie „Morderstwo na plebanii” audiobook, czyta Artur Dziurman




  
Tym razem jestem usatysfakcjonowana nie w 100%, ale  w bardzo dużej mierze. Po ostatniej lekturze Agathy Christie , mniej udanej, mało znane „Morderstwo na plebanii” okazało się strzałem w dziesiątkę. Tym razem zabójcę tropi panna Marple i to właśnie w tej książce pojawia się ona po raz pierwszy.  Ofiarą już na początku książki staje się antypatyczny pułkownik Protheroe, którego ktoś zastrzelił w najmniej spodziewanym miejscu, bowiem na plebani. Pułkownik był zakałą wioski St. Mary Mead , był skrajnie nieżyczliwy,  wymądrzał się, chciał wszystkimi rządzić. Generalnie nikt go nie znosił, a co za tym idzie, każdy niemal mógł chcieć go zabić .  Bardzo szybko  na policję zgłosił się artysta malarz, przyjezdny, tymczasowo zamieszkujący w St. Mary Mead i oświadczył, że to on jest zabójcą. Na policję zgłosiła się też żona zabitego – właściwie wdowa - i również oświadczyła, że to ona jest zabójcą. Okoliczności zbrodni wskazują zaś na to, że ani malarz, ani żona nie mogli popełnić zbrodni. W wiosce chodziły plotki, że malarz miał romans z córką pułkownika.

     Panna Marple analizując charaktery ludzkie zaczęła szukać różnych wariantów. I najciekawsze, jak zwykle,  są właśnie jej uwagi o ludzkich charakterach.   Tym razem bierze ona pod uwagę banalną z pozoru rzecz, że są ludzie z  natury źli. I to jest kluczem do znalezienia sprawcy.  Są to na szczęście tylko jednostki, ale zapominać o tym nie można.  Brzmi to grafomańsko i niezbyt odkrywczo, ale ostatnio słyszałam w telewizji wypowiedź autostopowiczki, która nie bierze w ogóle pod uwagę wariantu, że niekiedy jazda autostopem może być niebezpieczna.  Uważa ona, ze jeżeli ona jest wobec ludzi życzliwa, to i inni będą wobec niej życzliwi.  Co do zasady może i tak jest, ale nie można zapominać, że od każdej zasady są wyjątki.

     Zapadła mi też  w pamięć scena  z udziałem pastora , jego dużo młodszej żony  i pewnego młodzieńca.  Pastor w pewnym momencie zorientował się, że młodzi doskonale się rozumieją i poczuł się stary i samotny, a właściwie niemal zdradzony. Uzmysłowił sobie, że taka jest natura, że młodość ciągnie do młodości. Agatha Christie po raz drugi wyszła za mąż za znacznie młodszego mężczyznę. Podczas słuchania tego fragmentu wydawało mi się, że odczucia takie, jak miał pastor,  nie były jej obce.

      Interpretacja Artura Dziurmana jest ciekawa, ale i zaskakująca. Dla mnie panna Marple jest uosobieniem ciekawej osobowości, z doskonałymi manierami , inteligencją i wnikliwością. Nie za bardzo rozumiem dlaczego , ale mężczyźni nie lubią panny Marple, ani w wersji filmowej, ani książkowej . Mężczyźni w ogóle nie przepadają za Agathą Christie. Odnoszę wrażenie, że  Artur Dziurman nie odbiega od tego wzorca. On nie znosi panny Marple. Jej partie czytał koszmarnym, skrzeczącym  głosem i zrobił z niej wścibską, wiejską plotkarę.  Gdy zaś którakolwiek  z innych postaci wyraziła się o pannie Marple źle, czytał te opinie z olbrzymią satysfakcją , znacznie głośniej, niż inne kwestie. Miałam wrażenie, ze utożsamiał się   z tymi wypowiedziami. Kiedy z kolei ktoś inny mówił o pannie Marple dobrze, Dziurman czytał te kwestie z nutą złośliwości i z przekąsem. Tak jakby mrugał okiem i dawał do zrozumienia : niech sobie tak mówi, a my i tak wiemy, jak jest naprawdę . Nie mogę pojąć, dlaczego ta postać wzbudza taką awersję.  Ale Dziurmanowi nie udało się obrzydzić mi panny Marple i z pewnością za jakiś czas znowu sięgnę po kolejną powieść z nią w roli głównej. A tak na marginesie to równouprawnienie równouprawnieniem, ale są pewne książki, które podobają się głównie kobietom, i takie które podobają się głównie mężczyznom.  Mówiąc o książkach, które podobają się głównie kobietom, nie mam na myśli bynajmniej tylko romansów.  Każdy z pewnością mógłby wymienić masę przykładów. Mężczyźni nie znoszą  np. „Wichrowych Wzgórz”, „Dziwnych losów Jane Eyre. ” Generalnie, interpretacja taka była nietypowa , ale za to ciekawa i mnie w odbiorze książki nie przeszkadzała.  

5/6