Książka to wywiad – rzeka z
Tomaszem Turowskim, byłym pracownikiem
wywiadu, działającym jako tzw. „nielegał”
w zakonie Jezuitów . Konkretnie w 1975r.
został klerykiem jezuickim i przez wiele lat – do 1986r. funkcjonował w tym
zakonie, nie przyjął jednak święceń kapłańskich. W mediach po upublicznieniu tych spraw podawano, że miał za zadanie szpiegowanie struktur Watykanu, w tym
głównie Ojca Świętego. Zdaniem Turowskiego z kolei jego zadaniem było przeniknięcie
struktur zakonu po to, aby docelowo dotrzeć
do oficerów NATO i właśnie w strukturze NATO
prowadzić działalność wywiadowczą. Jezuici – wg Turowskiego - są kapelanami włoskim służb
specjalnych , a ponieważ we Włoszech stacjonowały w tamtym czasie m. in. wojska amerykańskie , sporo było m. in. z tego powodu w Watykanie i
służb specjalnych i Jezuitów. Władze
zakonne w 1983r. przeniosły Turowskiego do siedziby zakonu pod Paryżem. Kolejnym
etapem misji szpiegowskiej T. Turowskiego po powrocie do kraju była już działalność
w dyplomacji, a z kolei po skończeniu 60 lat funkcjonowanie jako współpracownik
wywiadu. Ostatecznie IPN zakwestionował jego
oświadczenie lustracyjne, sprawa trafiła do mediów, finalnie po przeprowadzeniu
procesu lustracyjnego Sąd orzekł, że Turowski nie jest kłamcą lustracyjnym.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
„Kret w Watykanie” A. Kublik, W. Czuchnowski
piątek, 11 kwietnia 2014
James Ellroy „ Tajemnice Los Angeles”
Na “Tajemnicach L.A.”
zakończyłam ciąg czytania kryminałów i
tzw. lekkich książek . Teraz ewidentnie mam ochotę na coś zupełnie lekkiego.
Ale w tych ciężkich chwilach, przy nawale pracy i marzeniach o odpoczynku lżejsza lektura niesamowicie pomaga. Jest to taki jakby reset dla mózgu. Dziwi mnie
zawsze, gdy niektórzy odżegnują się od lekkiej lektury , czytają tylko rzeczy
określane jako poważne, nie może to być w
żadnym bądź razie beletrystyka. Dla mnie tego rodzaju forma relaksu jest
absolutnie niezbędna.
W tym czasie gdy słuchałam „Królową Margot”
przeczytałam „Tajemnice L.A.”, które znam jako film. Nie znałam dotąd żadnych książek Ellroya , oglądałam jeszcze tylko adaptację jego „Czarnej Dalii”. I w tym przypadku kolejny już raz okazało się,
że jeżeli mam ulubiony film i przeczytam
potem książkę, książka w moim odczuciu filmowi
nie dorówna. Wiem, że Ellroy uchodzi za klasyka kryminału
i jest na tyle oryginalny, że jego powieści nie da się pomylić z innymi. Ale i tak Curtis Hanson nakręcił na podstawie
bardzo dobrej książki absolutnie rewelacyjny film, który widziało zdecydowanie
więcej osób, niż było czytelników powieści. Tym samym przypomniał o Ellroyu i chwała mu za to.
Ad rem – bohaterami powieści są policjanci z Wydziału Zabójstw policji z
Los Angeles w latach 50-tych . W jednym z barów doszło do brutalnego zabójstwa
kilku osób i jest to początek wielu
zagadkowych wydarzeń. Wszyscy praktycznie policjanci nie są aniołami , każdy z
nich ukrywa sporo różnych przewinień, wcale nie banalnych, ukrywają przykładowo
dokonane przez siebie zabójstwa, narkomanię, pobicia i nie tylko. Mają różne
układy w światku przestępczym , niekiedy poza miejsce pracy, od przestępców za
bardzo się nie różnią. Śledztwo prowadzi do ujęcia „sprawców”, ale dość szybko
okazuje się, że to były tylko kozły ofiarne, a prawdziwi zabójcy chodzą po wolności.
Książka jest szalenie brutalna , nie ma
tam śladu naiwności , wszyscy kłamią ,
oszukują , kradną itp. Korupcja to chleb codzienny. Akcja w książce rozciągnięta
jest przez kilka lat , choć wiadomo, kto
ostatecznie stał za masakrą, happy endu nie ma , no może w jednym małym
aspekcie. Akcja jest szalenie zagmatwana
i w niektórych momentach musiałam cofać
się o kilkanaście czy kilkadziesiąt
kartek, aby skojarzyć, kto jest kim i co wcześniej zrobił. To zagmatwanie to
chyba znak charakterystyczny Ellroya, „Czarna Dalia” też ma skomplikowaną
fabułę. Czytanie wymaga koncentracji i myślenia. Styl pisania
jest bardzo specyficzny, ale można się przyzwyczaić.
Nie kojarzę chyba żadnej książki, gdzie
policja pokazana byłaby aż w tak negatywnym świetle, jak właśnie u Ellroya. Nie wszyscy policjanci są oczywiście tyko źli, mają i zdecydowanie
szlachetne odruchy . Obserwowanie charakterów tych postaci było dla mnie jednym
z większych atutów książki. Skrajnym przypadkiem totalnego karierowicza jest Ed
Exley i właśnie jego sylwetka w książce jest jeszcze czarniejsza, niż w filmie.
Karierę zaczął jeszcze podczas wojny,
walczył na Pacyfiku. Udało mu się wymigać od udziału w walkach dopiero wtedy,
gdy niemal po dezercji umiejętnie sfingował,
że zabił kilkunastu Japończyków. Polegało to na tym, że znalazł ich
trupy z rozpłatanymi brzuchami, ewidentnie po samobójstwach . Podpalił ich więc,
aby nic nie zostało i oddał do nich serię z karabinu. Po tym wyczynie został
uznany za bohatera i w glorii chwały wrócił do Stanów. Tam dość szybko doniósł
na kolegów, którzy w Noc Bożego Narodzenia pobili zatrzymanych na komisariacie Meksykanów.
Powiedział kto, kogo bił i wkradł się w łaski prokuratora, który dzięki temu uzyskał skazanie w sądzie. Ed był
doskonałym negocjatorem, zanim zaczął sypać ustalił wprost, co dzięki temu dostanie,
mówię o awansie oczywiście. Ed mimo odrazy, jaką budził, był szalenie
inteligentny. I mimo wszystko koniecznie chciał złapać sprawców masakry w
barze. Do tego wszystkiego umiejętnie wykorzystywał wpływy tatusia, byłego policjanta,
później szalenie bogatego i wpływowego przedsiębiorcy. Z powodu korzystania z
protekcji nie miał żadnych skrupułów, był wręcz zadowolony , że ma takie możliwości. Paradoksalnie jednak, cały czas miał ambicję, aby ścigać przestępców,
w tym też i policjantów, i nie wycofał się
z tego pomysłu nawet wtedy, gdy zorientował się jak bardzo wysoko sięga w
policji korupcja.
Jest też ciekawie i bardzo nietypowo zarysowany wątek miłosny. Nie ma żadnych szaleńczych zakochań się. Nie
ma pięknych , dobrych kobiet. Jest luksusowa prostytutka Lynn, będąca w
doskonałej komitywie z wysoko postawionym , bajecznie bogatym przestępcą, robiącym
interesy w narkotykach, prostytucji, dystrybucji pism porno. Jest córeczka
bogatego tatusia, która nie wie, co robić z pieniędzmi.
Hansom w filmie dokonał rewelacyjnych skrótów, akcję zagęścił na
przestrzeni krótkiego odcinka czasu. Odciął zbyt rozbudowane wątki. Do tego obsadził w głównych rolach
rewelacyjnych aktorów: gra Kevin Spacey, Russel Crowe, Kim Basinger, Danny de Vito, James Cromwell, Guy
Pearce. No i muzyka tez jest wspaniała – Jerryego Goldsmitha. Wspaniałe jest
odtworzenie realiów lat 50-tych. Zakończenie jest częściowo zmienione ,
bardziej hollywoodzkie. Pewnie to dziecinne, ale od zawsze lubiłam happy endy,
jeżeli już nie całkowite, to przynajmniej w pewnym stopniu. W tym przypadku, jak już pisałam, nawet w filmie całkowitego happy endu nie ma, jest za to trochę optymizmu, chociaż w dalszym ciągu nie ma żadnej naiwności. Zakończenie w filmie jest jednym z ciekawszych zakończeń, jakie w ogóle kiedykolwiek widziałam, totalnie niespodziewane i to niespodziewane co każdego bez wyjątku wątku . I jest równie realne, co w książce.
wtorek, 8 kwietnia 2014
Królowa Margot - Aleksander Dumas, audioook , czyta Joanna Lissner
Czy z pewnego typu literatury
można wyrosnąć ? Wydawało mi się, że nie. Więc śmieszy mnie „Różowa pantera” i różne jej wersje, oglądałam
ostatniego Bonda i Indianę Jones. Ale „Królowa” męczyła mnie, była trochę zbyt
dziecinna. Może to wina kolejnej głupkowatej interpretacji, tym razem Joanny
Lissner ? A może wynika to z tego, że jestem fanką filmu „Królowa Margot” w
reżyserii Patrice’a Chereau . Film z
pewnością nie był dziecinny i pierwszy raz obejrzałam go już chyba z 10 lat temu. Film był wybitny, znacznie lepszy
od książki i może przez to książka, przeczytana później, nie mogła mi się spodobać ?
Zastanawiające jest dla mnie, ale
z reguły gdy najpierw oglądam film, a potem czytam książkę, na podstawie której
film nakręcono, bardziej podoba mi się film. Nie potrafiłam sobie wyobrazić sobie Margot
inaczej, jak tylko w osobie Isabelle Adjani, de la Mole to dla mnie Vincet
Perez. I podczas słuchania audiobooka , słyszałam niemal muzykę Gorana Bregovica z
filmu.
No i na sam koniec dodam, że Joanna Lissner czyta żałośnie, sztucznie i
dziecinnie.
niedziela, 30 marca 2014
Borys Akunin vel Anna Borisowa „Pory roku”
Od ponad miesiąca jestem totalnie zarobiona. Po powrocie z
pracy nie mam na nic siły. Lekkie kryminały
są w tej sytuacji ratunkiem. Dzięki nim można oderwać się od rzeczywistości,
zapomnieć o całym świecie. Ale właściwie
powinnam napisać , że dzięki nim powinno się móc oderwać od rzeczywistości.
Wbrew pozorom natrafienie na dobry kryminał , mądry i wciągający, nie jest
wcale łatwe. Sięgnęłam więc tym razem po coś lekkiego, ale innego rodzaju.
poniedziałek, 17 marca 2014
Marek Hłasko „Następny do raju” - audiobook czyta Andrzej Seweryn
Dla mnie „Następny do raju” to jest arcydzieło. Przed wysłuchaniem audiobooka znałam tylko film
Petelskich „Baza ludzi umarłych”. W tym zbiorze dzieł Hłaski, który miałam dawno
temu , „Następnego do raju” nie było. W „Pięknych
dwudziestoletnich” Hłasko strasznie psioczył na Petelskich, że zrobili dno i że
to nie ma żadnego związku z jego twórczością. Zaintrygowało mnie to, bo „Baza” według mnie
była dobrym filmem. Gdy zapoznałam się z
dziełem Hłaski, zrozumiałam , o co chodzi.
Nie wiadomo dla kogo ta sytuacja
jest bardziej destrukcyjna, czy dla tych zwykłych kierowców, bez wykształcenia,
czy dla Zabawy, aktywisty partyjnego, który miał cały zespół pilnować. Gdyby
nie on, cześć ludzi zostawiłaby tą pracę, przeżyliby. W jego przypadku mózg już miał tak przeżarty
partyjną agitką, że poza hasłami „partia”,
czy „zadanie” nic już do niego nie docierało. Nie przemawiało do niego nawet to
, że ludzie ginęli. Ale nie trzeba było czekać długo. Rozziew pomiędzy pięknymi
hasłami , a rzeczywistością był tak duży, że powoli jakieś strzępy świadomości i
tego, co on właściwie robi , zaczęły do niego docierać .
Nie ulega wątpliwości, że Hłasko jako
winnego tej sytuacji, wskazuje ludzi, którzy stali u steru władzy. To przecież ich portrety niszczy pijany Orsaczek. To oni
omamili Zabawę . Tego rodzaju sugestii w filmie Petelskich być nie mogło.
Jest to lektura makabryczna. Też jest
dołująca, ale nie ma w niej ani jednej nuty fałszu, ani jednego zbędnego słowa,
ani jednej zbędnej sytuacji , żadnego dysonansu. Nie czułam ani cienia takiego
zdegustowania, jakie odczuwałam po ostatniej lekturze , czyli po Krajewskim i
jego „W otchłani mroku”.
Audiobook jest czytany przez Andrzeja Seweryna i był to bardzo dobry
wybór. Seweryna właściwie nie słyszałam, chłonęłam za to tekst. Nie drażnił
mnie ton, tak jak w przypadku Blanki Kutyłowskiej i nic mi nie przeszkadzało w
jego czytaniu. To było chyba trochę jak z doskonałą muzyką w filmie. Za
pierwszym razem się jej „nie słyszy”, ale za to głębiej się wszystko przeżywa. Po tylu odsłuchanych audiobokach zdecydowanie stwierdzam,
że im lepszy aktor, tym lepiej się książki słucha
i to bez względu na tekst. I chyba nawet jest to warte aż tak wielkich
kwot, jakie za odczytanie książki ci Wielcy dostają.
niedziela, 16 marca 2014
Stefania Grodzieńska „Już nic nie muszę” audiobook, czyta Blanka Kutyłowska
Nie wiem sama, jak byłam w stanie
odsłuchać całą tą książkę. Nie wiem, co było gorsze, czy teść, czy wykonanie.
Pamiętam, jak kilka lat temu przeczytałam ze Stafanią Grodzieńską wywiad i
mówiła ona, że starość jest całkiem fajnym okresem w życiu, bo już nic się nie
musi, nie musi się nikomu podobać, nie musi robić się tego, na co nie ma się
ochoty itp. Był to interesujący punkt widzenia. I kojarzyłam Grodzieńską też i
z innych wypowiedzi .Postrzegałam ją jako interesująca i oryginalną osobę. Zakupiłam więc plik z „Już nic nie muszę”.
W większości książka ma formę wywiadu, ostatni zaś rozdział to własne
spostrzeżenia autorki. Zdecydowana większość jest totalnie nudna. Są to
wspomnienia z dzieciństwa, o rodzicach, potem o pracy i mężu czy dziecku, jest
też i trochę o znajomych, w tym różnych znanych osobach. Brakuje refleksji i
głębszego spojrzenia , w większości są za to suche opisy różnych wydarzeń . O znanych osobach nie dowiedziałam się zbyt
wiele, bo wszyscy oni byli „świetni i wspaniali”, podobnie jak i rodzice Grodzieńskiej,
mąż i córka. Nie dowiedziałam się, co czytała
i jakie miała przemyślenia na temat tej lektury. O obejrzanych filmach było
wyjątkowo mało, o muzyce też tyle, co nic. O teatrze i różnych sztukach, czy
przemyśleniom na ich temat wbrew pozorom
podobnie – prawie nic nie ma . Zabawnych anegdot jest jak na lekarstwo. Pod koniec za to są opisy nieżyjących znajomych pod kątem głównie tego, kiedy kto
umarł i na ile przed śmiercią tej osoby
się widzieli Właściwie to o autorce z tej
książki nie dowiedziałam się za wiele.
Ten
audiobook to zdecydowanie najgorsza interpretacja, jaka słyszałam. Kutyłowska
czyta skrajnie nienaturalnym tonem, tonem „słodkiej idiotki”, biorąc pod uwagę jej
wiek, jest to ton stylizowany na „starą
słodką idiotkę”. Jest to ton , który niektórzy przybierają, mówiąc do dzieci. Gdy w zdaniu było cos wesołego, głos
robił się sztucznie wesoły, a w kolejnym zdaniu mógł już być sztucznie smutny,
bo tam akurat było coś mniej wesołego. Było to skrajnie sztuczne i nienaturalne,
klasyczny kiepski aktor. Prawdę powiedziawszy, nie miałam okazji oglądać B. Kutyłowskiej w żadnym filmie. Sprawdziłam, że
grywała w serialach podrzędne role. Szczególnie idiotycznie brzmiało, gdy na
początku rozdziałów sama sobie zadawała pytanie, niby jako dziennikarka, udając
młoda osobę, a potem na to pytanie
odpowiadała innym głosem. Można przecież było do odczytania pytań zatrudnić
inna osobę, lub te pytania pominąć.
Cały czas liczyłam na to, że jednak w audiobooku coś ciekawego się znajdzie i aby nie przegapić tego czegoś , wysłuchałam
go do końca. Tyle tylko, że tam nic specjalnego nie znalazłam. Nie było ani
zaciekawienia ani zaskoczenia. Nie dowiedziałam się nawet, czemu Grodzieńska
zawdzięczała tak dobrą kondycję, chyba genom i może jeszcze alkoholowi , bo jak
sama powiedziała pijała go codziennie i to formie czystej wódki , bez względu
na wiek . To ostatnie to chyba faktycznie było jednak jedynym zaskoczeniem.
sobota, 15 marca 2014
Marek Krajewski „W otchłani mroku”
W dalszym ciągu w pracy mam
urwanie głowy, jestem totalnie zmęczona i kolejny raz sięgnęłam po kryminał. Oczekiwałam
rozrywki na poziomie i chwili oddechu od masy zajęć. Liczyłam na to, że oderwę
się od rzeczywistości . Kryminały powinny być idealne do takich celów. W tym
przypadku wyszło dokładnie odwrotnie. Po przeczytaniu byłam jeszcze bardziej
zmęczona i zdenerwowana.
Książka
Krajewskiego opowiada o serii brutalnych gwałtów i zabójstw we Wrocławiu w
1946r. Przedwojenny były policjant, żołnierz AK - 60-letni Popielski
zaangażował się początkowo w rozwiązywanie zagadki, kto z uczniów „podziemnego”
gimnazjum może być donosicielem UB, a gdy jedna z podejrzanych została zgwałcona
i zabita przez nieznanych sprawców, zabrał się za rozwiązywanie i tej drugiej sprawy.
Wszystko wskazuje na to, że sprawcami są
żołnierzem Armii Czerwonej.
„W otchłani mroku” było dla mnie koszmarne.
Tego rodzaju lektura to idealny sposób na to, aby dostać doła. Jest przeraźliwie
przygnębiająca , a na dodatek nudna. Krajewski
nagromadził w niej całą masę różnego rodzaju koszmarów: tortury w sensie
dosłownym , głód, chłód, zabójstwa, gwałty, pobicia, grabieże, donosicielstwo,
choroby, prostytucja w sytuacji, gdy nie ma już innego wyjścia. Jest to opis
piekła. A żeby nie było mało, dochodzą do tego jeszcze osobiste koszmarne przeżycia
Popielskiego z wcześniejszego okresu ,
który raz na jakiś czas powraca do nich myślami . Wiem, że tak w tamtym czasie było
i wierzę, że realia powojennego Wrocławia są odtworzone wiernie pod każdym względem.
Myślę
jednak, że gdyby autor zrezygnował z wątku kryminalnego i napisałby po prostu powieść
historyczną, byłoby lepiej. Intryga stricte kryminalna była dla mnie nie do końca
wiarygodna . Popielski naraża się wszystkim chyba osobom, z którymi ma kontakt,
łącznie z żołnierzami Armii Czerwonej, ale działa dalej, a mimo przeżytej wojny , głodu i starszego wieku kondycję ma niczym
Rambo . Krajewski uniemożliwiał wciągnięcie się w intrygę i zapomnienie o całym
świecie, gdyż wplątał w akcję spór
filozoficzny, którzy wiodą dwaj profesorowie . Raz na jakiś czas musimy więc
śledzić przebieg dyskusji pomiędzy nimi.
Nie znoszę ani filmów, ani książek epatujących
tylko okropieństwem , bez żadnego chociażby promyczka optymizmu. Tutaj
pozytywnych elementów trzeba szukać jak na lekarstwo. Dla mnie jest lektura nie
do przyjęcia. Ciekawe jest motto książki, cytat z F. Nietzsche . „Kto walczy z
potworami, niechaj baczy, by przy tym samemu nie stać się potworem. A jeśli
długo patrzysz w otchłań, to otchłań również wpatruje się w ciebie”. Czytanie
tej książki było dla mnie porównywalne do wpatrywania się w otchłań
okrucieństwa. I faktycznie miałam wrażenie, że ta otchłań mnie wciąga. Popsułam
sobie i tak nienajlepszy nastrój i to cały „zysk” z tej lektury. Może moment na czytanie nie był odpowiedni, nie
wiem. Ale po Krajewskiego nie będę już sięgać.
niedziela, 9 marca 2014
Marta Grimes „Pod zawianym kaczorem”
Ostatnio mam tak dużo pracy, że nie jestem
potem w stanie w wolnym czasie czytać książek, wymagających dużej uwagi. Wpadłam
więc w ciąg czytania kryminałów. I tak może być jeszcze z miesiąc, powinnam dopiero
wtedy wyjść na prostą. Co do zasady - kryminały powinny wciągnąć i spowodować oderwanie się myślami od pracy , no
i dać pewien rodzaj odpoczynku . W moim wypadku się to sprawdza. Gdy jestem z
kolei wypoczęta , wolę poważniejsze lektury. Chociaż teraz gatunki na tyle
pomieszały się , że niektóre kryminały są dosyć poważne i też uwagi wymagają.
„Pod zawianym kaczorem” nie był moim pierwszym kontaktem z Martą Grimes.
Parę lat temu w cyklu Polityki „Lato z kryminałem” wydano właśnie Martę Grimes, w kolejnym roku również,
i tak ta znajomość trwa. Mam też sentyment do tej autorki, zaczęła
pisać w wieku 50 lat, tzn. wtedy właśnie wydano jej pierwszą książkę. U nas
często ludzie zajmują wtedy tylko dziećmi czy wnukami i lekarzami. W całym cyklu szalenie intrygujące są postacie głównych bohaterów : inspektora
Richarda Jury, jego przyjaciela - detektywa
amatora , arystokraty Melrose’a Planta, ciotki tego ostatniego Agaty Ardry . Na
szczęście nikt z nich nie ma traumatycznych wspomnień z dzieciństwa lub innych
makabrycznych przeżyć znanych z kryminałów skandynawskich i czytelnik nie
musi być nimi epatowany, nikt nie jest alkoholikiem i nie ma depresji. Każdy z tych bohaterów jest ciekawym, wyjątkowo inteligentnym oryginałem . Panowie są w średnim wieku i są wolni, żaden z nich jednak
nie urządza polowań na kobiety , tak jak robiła to wobec facetów Bridget Jones . Oryginalnym elementem cyklu są postacie
dzieci, często gdy się pojawia dziecko, nie ma nic wspólnego z infantylizmem, jest niebywale bystre , nie nudzi się , nie potrzebuje
stałego zabawiania , ma swój charakterek.
niedziela, 2 marca 2014
Marta Guzowska „Ofiara Polikseny ”
Sięgnęłam po „Ofiarę Polikseny” dość mocno zmęczona , chociaż nie mam
przekonania do polskich współczesnych kryminałów. Gdy kupuję jakiś zagraniczny , wiem, że
gdzieś już się sprawdził, ludzie go czytali . A kryminał polski jest zawsze większym
ryzykiem. Książka Guzowskiej zdobyła
jednak Nagrodę Wielkiego Kalibru na najlepszą powieść kryminalną i
sensacyjną 2013r. i to zdecydowało, że jednak ją kupiłam .
środa, 26 lutego 2014
Charlotte Bronte „Dziwne losy Jane Eyre” audiobook, czyta Magdalena Cielecka
Audiobook nie był moim pierwszym kontaktem z „Dziwnymi losami”, ta
książka od zawsze kojarzyła mi się z nimbem tajemniczości i czymś wyjątkowo ciekawym. Pamiętam, że jako dziecko próbowałam ją
czytać, ściągając z półki rodziców, ale zakończyło się to fiaskiem. Oglądałam
jednak z pewnością którąś z ekranizacji, bo od dawna kojarzyłam już treść
książki. Kiedy przeczytałam ją po raz pierwszy, dokładnie prawie 20 lat temu,
przeżyłam rozczarowanie. Nie tak dawno
znowu obejrzałam kolejną wersję filmową, tym razem z Mią Wasikowską w roli Jane
i tak jakby znowu pewne zauroczenie tamtym klimatem powróciło. I teraz w końcu
kolejny już raz zmierzyłam się z ta powieścią . Jestem nią mocno zauroczona.
Pierwszy raz, gdy czytałam „Dziwne losy”
skupiona byłam tylko na akcji. Nie przypominam sobie innych wrażeń. Teraz zaś,
gdy akcja jest mi doskonale znana, zwracałam uwagę na inne aspekty. Ciśnie mi
się cała moc wrażeń i refleksji. Nie wiem, od czego zacząć, zacznę od tego, co
najbardziej pcha mi się pod pióro. . Tym razem najciekawsze dla mnie okazało
się wgłębianie się w ponadczasowe charaktery ludzkie. Było to wręcz fascynujące
Wyjątkowo warta uwagi wydała mi się postać
Jane. Gdyby była żywą osobą, chciałabym
się z nią zaprzyjaźnić. Jest to jedna z bardziej interesujących bohaterek
literackich. Jane – z pozoru szara myszka, była bardzo opanowana, racjonalna,
refleksyjna , uczciwa i w rzeczywistości
miała bardzo silny charakter. Jak na tamte czasy, gdzie kobiety miały mało do
powiedzenia, a kobiety biedne, brzydkie
i nisko urodzone traktowane były jak powietrze, Jane była wyjątkowo
silną osobą. Jej stosunek do życia był godny pozazdroszczenia. Jej dzieciństwo
i wczesna młodość w zakładzie opiekuńczym były horrorem . Ale o dziwo, nie
załamało jej to, tylko wzmocniło ją . Nigdy nie rozpamiętywała potem
wszystkiego zła, jakie ją wówczas spotkało, nie biadoliła, dlaczego przytrafiło
się to właśnie jej , a nie komuś innemu.
Wycisnęła ze swojego tamtejszego położenia wszystko, co tylko się dało
,wykształcenie , znajomość różnego rodzaju prac domowych, plus to, co zyskała
dzięki przyjaciółce Helenie . I poszła
dalej. Nie obraziła się ani na Pana Boga
, ani na ludzi. Nie rozpamiętywała tego okresu życia nadmiernie, ale nie
wymazywała go z pamięci na siłę. Wbrew
wszystkiemu czerpała z tego doświadczenia pod każdym względem. Kiedy trzeba było, podejmowała ryzyko, np.
gdy została guwernantką, gdy opuściła Rochestera. Jej stosunek do przyszłości
też był ciekawy. Mimo, że była bez oszczędności, bez rodziny, mogła zachorować,
stracić pracę itp., nie zamartwiała się. Snuła plany, oceniała ryzyko i
przystępowała do realizacji. I kolejna rzecz , która jest szalenie rzadka, to
jej sposób myślenia . Myślała wartościami, gdy zastanawiała się nad czymś, to
nie analizowała tylko tego, co będzie dla niej lepsze, gdzie więcej zyska
materialnie, ale brała pod uwagę w pierwszym rzędzie to, czy określone zachowanie jest moralne i
zgodne z Boskimi przykazaniami . To takie proste, a tak mało osób tak robi. Nie
koncentrowała się tylko na sobie, owszem rozważała swoje położenie, ale
skupiała się bardziej na malowaniu – w sensie dosłownym – i na analizowaniu charakterów
i zachowania innych osób. Widziała pewne sytuacje i wyciągała wnioski na
przyszłość, aby nie być potem zaskoczoną czyimś zachowaniem. Często postacie kobiece z literatury starszej
niż XX wiek , wydają mi się papierowe. Często opisy tych osób są sztampą, każda
kobieta rozmyśla tylko o zamążpójściu, w tym przypadku tak nie jest. Nie wiem, jak to się stało, że wcześniej przy pierwszym czytaniu, nie dostrzegłam
wszystkich atutów tej postaci.
Cielecka świetnie czyta „Dziwne losy” ,
a szczególnie te partie, gdzie były rozmyślania Jane i gdy Jane uczestniczyła w
rozmowach. Była stanowcza, ale nie arogancka.
Jest to interpretacja spokojna i rzeczowa, bez krzyków, szlochów,
śmiechów.
Główna siła książki tkwi według mnie w
bogactwie psychologii. Jedne z najciekawszych partii, to rozmowy Jane z Rochesterem. Gdybym była reżyserem i
filmowałabym „Dziwne losy”, to nie skróciłabym chyba nic z żadnej rozmowy. Jane
była prawdomówna, miała ciekawe przemyślenia i waliła prosto z mostu to, co myślała.
W świecie konwencjonalnych rozmów o niczym lub rozmów zakłamanych, gdzie każdy
rozmówca nosi maskę na twarzy, takie rozmowy, jak Jane i Rochestera, są
absolutnym wyjątkiem .
Wyjątkowo dobrze słuchało mi się też tych
fragmentów, gdy Jane snuła swoje rozmyślania, a szczególnie gdy dotyczyły one
charakterystyk innych osób. Są to bardzo głębokie i arcyciekawe analizy. Są one
tym ciekawsze, im bardziej skomplikowana jest dana postać. Kiedy Jane myślała o innych kobietach, często
były to aroganckie, puste lale i o tego typu osobach nie było za wiele
myślenia.
Drugi wyjątkowo ciekawy bohater wyłonił
się dopiero pod koniec powieści. Mam na myśli kuzyna Jane, czyli St. Johna
Riversa, duchownego, przygotowującego się do roli misjonarza na Dalekim Wschodzie.
Wydawałoby się, że jest to człowiek niemal bez wad. Ale Jane rewelacyjnie go
prześwietliła. Jest to typ charakteru trudny do oceny, taki, że oceniając go
łatwo można się pomylić. Właśnie przy tak skomplikowanych charakterach mam
problem z oceną . St John jest niemal kryształowy, miłosierny, uczciwy,
inteligentny. Nie waha się , gdy dostaje wezwanie do potrzebującego, chociaż
wie, że droga jest daleka, będzie musiał iść nocą i pieszo. To on zadecydował, że trzeba zaopiekować
się Jane, gdy była niemal żebraczką, bez grosza przy duszy i bez domu. Nie miał
pojęcia, kim ona jest i bez względu na ryzyko, dał jej schronienie. W wielu
przypadkach tego typu poczucie wdzięczności powoduje, że wobec takich osób
stajemy się bezkrytyczni. Jane była wdzięczna
i to nie ulega najmniejszych wątpliwości. Ale szybko też uzmysłowiła sobie, że
mimo tylu zalet kuzyna i mimo jego wyjątkowo prawego charakteru on ją może zniszczyć
, szczególnie, gdy ona przyjmie jego oświadczyny. St. John był wielkim
człowiekiem idealnym do nadzwyczajnych czynów , do wypełniania szczególnie
trudnej misji , jak właśnie praca misyjna z dala od kraju. Niestety, na co dzień,
podczas zwykłych, szarych dni, kontakty z nim były już trudniejsze. Uwidaczniały
się wówczas takie cechy , jak apodyktyczność, wysokie wymagania wobec innych,
żądanie od niech tego, do czego oni sami nie byli przekonani lub nie mieli siły.
Brakowało mu czegoś tak prostego, jak umiejętność cieszenia się zwykłymi,
prostymi rzeczami. I stąd też St. John namawiał Jane, aby
wyjechała z nim na misje jako jego żona. Wytłumaczenia, że nie ma ona predyspozycji
do tak trudnego zadania, nie było dla niego przekonywujące. Dla niego ważne
były tylko rzeczy wielkie. Jane mimo rozterek i mimo długu wdzięczności była
jednak w stanie mu odmówić.
środa, 12 lutego 2014
Mariusz Urbanek "Broniewski. Miłosć, wódka, polityka.
Od dawien dawna lubiłam
Broniewskiego. Właściwie to więcej niż lubiłam. To w końcu jest jeden z moich ulubionych poetów i to
bynajmniej wcale nie z powodu wierszy rewolucyjnych czy opiewających miniony
ustrój . Jego wiersze liryczne, o
miłości, poezji, przyrodzie i tego typu
kwestiach, są bez konkurencji. Zawsze
ubolewałam, że jest on tak mało znany od tej dobrej strony. Obawiałam się nawet
, że w związku z przemianami ustrojowymi może zostać już utożsamiony wyłącznie
z opiewaniem PRL-u i w związku z tym może w ogóle przestać być czytywany .
W przypadku biografii Broniewskiego główną jej zasługą jest pokazanie Broniewskiego w
obiektywnym świetle, i jako legionisty,
i jako uczestnika wojny polsko – bolszewickiej , i jako żołnierza Armii Andersa, i jako
autora „Słowa o Stalinie” i innych tego typu wierszy i jako chociażby
człowieka, którego wyczynów władza ludowa na tyle się obawiała, że musiała
zamknąć go przymusowo w zakładzie psychiatrycznym. Do tej pory o życiu Broniewskiego nie
wiedziałam wiele i muszę przyznać, że niektóre fakty był dla mnie zaskoczeniem.
Wydawało mi się, że kto jak kto, ale on z pewnością nie miał kłopotów z
cenzurą. Byłam w totalnym błędzie, bo właśnie Broniewski zawsze miał masę kłopotów
z cenzurą i zawsze na skutek tego pokrzywdzeni byli czytelnicy. W okresie
XX-lecia międzywojennego nie mógł krytykować istniejącego porządku i miał problemy z drukowaniem wierszy rewolucyjnych czy tych
komunizmie. Gdy znalazł się w trakcie wojny pod okupacją rosyjską nie mógł z
kolei z nostalgią wspominać przedwojennej Polski i krytykować Niemców, był to przecież
sojusznik Stalina. Gdy zaciągnął się do armii Andersa i napisał fraszkę
krytyczną o gen. Michale Karaszewiczu – Tokarzewskim, generał obraził się i
ostatecznie skończyło się to tym, że Broniewski musiał opuścić wojsko. Potem z
kolei gdy nastał pokój nie mógł drukować wierszy o tym, że ziemie wschodnie,
Nowogródek, Wilno, powinny być nasze. Mimo sympatii Broniewskiego do socjalizmu
nie był on wobec tego, co się działo bezkrytyczny, ale takich wierszy też pisać
nie mógł.
I co ciekawe, w żadnym niemal środowisku
nie uchodził on za swojego i zawsze mu wypominano, że cos napisał lub że czegoś
nie napisał, że coś zrobił lub że nie zrobił.
Zaś co do samej książki, to mogłaby być napisana ciekawiej, momentami
czytało się ją ciężko. Zdecydowanie nie
podobał mi się zabieg odstąpienia od chronologii i opisywania oddzielnie
różnych aspektów życia, np. jeden rozdział to zaangażowanie polityczne w
XX-leciu międzywojennym, doprowadzony jest od do wybuchu wojny, inny to życie
uczuciowe, jeszcze inny to udział w armii Andersa, a kolejny to zauroczenie
kobietą, która wyszła potem za mąż za Gustawa Herlinga – Grudzińskiego. Jestem absolutnie przekonana, że różnych
sfer życia nie da się od siebie oddzielić, one przecież oddziałują na siebie
wzajemnie . Żona może przecież mieć wpływ na życie polityczne męża itp.
Czułam totalny niedosyt fragmentami o
córce , Ance, największej miłości Broniewskiego. Anka zmarła w niewyjaśnionych
okolicznościach, śmierć równie dobrze mogła być skutkiem wypadku, jak też i
samobójstwa. Przebiegowi tego wydarzenia poświęconych jest zaledwie parę zdań.
Przypuszczam, że autor chciał uciec od
sensacji, ale jeżeli wydarzenie nie
tylko było sensacyjne, ale i niesamowicie ważne dla poety, to nie powinno się
do tego uciekać. Broniewski mówił, że 98% okoliczności wskazuje na wypadek, ale
samobójstwa nie wykluczał. Życie ze
świadomością, że najbliższa osoba mogła popełnić samobójstwo, musi być
koszmarem, ale w książce tego typu refleksji nie ma. Wspomniane jest tylko mimochodem, że Anka
będąc już mężatką i matką, zakochała się w Bohdanie Czeszce i że to mogło być
powodem tego domniemanego samobójstwa. Broniewski odgrażał się z tego
powodu Czeszce, tamten musiał nawet
uciec przed Broniewskim do Moskwy. Ale
też nie ma rozwinięcia tego tematu.
Myślę, że ta powierzchowność wynika z
postawienia przez autora na ilość w pisaniu biografii, a nie na jakość. Jedna z
najlepszych polskich autorek biografii , Agata Tuszyńska, jedną książkę pisze
kilka lat, tu mamy przypadek odwrotny, w kilka lat - kilka biografii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)