sobota, 29 sierpnia 2020
niedziela, 23 sierpnia 2020
Krzysztof Bochus "Martwy błękit"
Drugi tom z Christianem Abellem jest nieco rozczarowujący, może przez to, że spodziewałam się czegoś naprawdę wyjątkowego. Tym razem Abell prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa w Sopocie bogatego kolekcjonera dzieł sztuki, Żyda. Rzecz dzieje się w latach 30-tych ubiegłego wieku.
Rozczarowuje mocno psychologia, postacie są jakby papierowe, płaskie. Odczucia każdego są przewidywalne aż do bólu. Bohaterowie przypominają mi manekiny. Właściwie to psychologii prawie wcale tutaj nie ma. Zauważalna jest natomiast jakaś obsesja autora na tle religijnym, czy raczej antyreligijnym. I w tym i w poprzednim tomie osoby, które albo są duchownymi, albo są wierzące i praktykujące, przedstawiane są jako czarne charaktery, aczkolwiek niekoniecznie mordercy. Z ciekawości zerknęłam w opis wydawcy trzeciego tomu, tam zwłoki są odnalezione w "elbląskim domu modlitwy". Kolejny znak rozpoznawczy to opisy okrucieństwa i przemocy, tak samo było i w pierwszym tomie. Książki nie czyta się wcale lekko, raczej ją przemęczyłam, niż przeczytałam. Nie byłam w stanie się wciągnąć. Skoro jest kolekcjoner dzieł sztuki, można byłoby się spodziewać czegoś ciekawego o malarstwie, chociażby w tle. Co nieco jest, ale też szalenie powierzchownie. Na końcu książki są przypisy, a o "wnikliwości" tekstu z powieści świadczy to, że część tych przypisów powołuje się po prostu na wikipedię.
Obronną ręką natomiast wychodzą właśnie opisy faszyzmu, rodzącej się grozy. Każdy czytelnik zapewne ma w bliższym czy dalszym otoczeniu różne kreatury, np. bezwzględnego karierowicza, agresywnego cwaniaka, leniwego tępaka itp. Można sobie wyobrazić, że wszelkie takie postacie wiążą się z NSDAP i coraz bardziej zyskują na znaczeniu, mają coraz większy wpływ na różne instytucje, propagują też m.in. czy rasizm. W Wolnym Mieście Gdańsku konsekwencją tego były coraz bardziej narastające nastroje antypolskie. Wbrew stereotypom, Polacy stanowili tam wówczas zdecydowaną mniejszość. Aspekt historyczny zdecydowanie ratuje tą książkę.
4/6
czwartek, 20 sierpnia 2020
Rafał Ziemkiewicz "Cham niezbuntowany" - audiobook, czyta Bartosz Głogowski
Długo się zastanawiałam, czy w ogóle
sięgać po tą książkę. Ale uważam, że hermetyczne zamknięcie się w bańce
wyłącznie własnych poglądów i poglądów tych osób, które myślą tak samo lub
bardzo podobnie, nie jest dobre. Skonfrontowanie własnych ocen z innymi z
pewnością nie zaszkodzi, pod warunkiem oczywiście, że druga strona wypowiada
się merytorycznie. Rafał Ziemkiewicz wypowiada się merytorycznie i nie ulega to
żadnych wątpliwości, a książki słucha się naprawdę dobrze. Co bardzo ważne,
większość tekstu wcale nie dotyczy bieżących zagadnień politycznych.
Całość to zbiór rozważań na różne
tematy, przykładowo historia nasza i innych krajów, czy mamy za co przepraszać;
rola i ocena Żydów w naszej historii; ocena współczesnej inteligencji polskiej,
kwestia tolerancji Polaków, czy
rzeczywiście jesteśmy tacy koszmarni pod tym względem. To tylko przykłady, ale
chyba właśnie tym tematom poświęcone jest najwięcej miejsca. Muszę przyznać, że
w bardzo wielu aspektach autorowi nie można odmówić racji. No i
pamiętać też trzeba, że książka ma charakter publicystyczny, nie jest pracą
naukową, trudno wiec mówić o kompletności tego, o czym jest mowa. Skłaniałabym
się raczej ku określeniu, że jest to raczej sygnalizacja pewnych zjawisk i ich
ocena, niż gruntowna analiza, aby zrobić gruntowną analizę ze wszystkimi „za” i
„przeciw”, konieczne byłoby napisanie co najmniej kilku książek.
Najbardziej kontrowersyjne kwestie
dotyczą kwestii Żydów. Ziemkiewicz rzeczywiście podjął próbę oceny tego tematu,
mając świadomość, że jak twierdzi, powiedzenie czegokolwiek negatywnego o
jakimkolwiek Żydzie, naraża mówiącego na zarzut antysemityzmu. Wykazał się tu
sporą odwagą. Przede wszystkim
przypomniał, że przez wieki Polska na tle wydarzeń w innych częściach świata
była wyjątkowo tolerancyjna i stąd też przed wojną liczba Żydów, mieszkających
w naszym kraju była tak duża. Przypomniał, że właśnie przed wojną, a nawet i w
jeszcze wcześniejszych czasach, Żydzi zajmowali się poza handlem m. in.
prowadzeniem karczm, czy bankowością, albo lichwiarstwem. Są źródła wpisane, z
których wynika, że we wsiach Żydzi byli znienawidzeni, wynikało to jego zdaniem
m. in. z tego Żydzi bezwzględnie egzekwowali wszelkie należności, łącznie z
licytacjami majtku dłużnika, z wykorzystywaniem trudnej sytuacji biedoty,
zacytowany jest tu opis dość drastycznej sytuacji. W tym zakresie mam jednak
wątpliwość, co do tego, czy ta niechęć czy nienawiść wynikała z tego, że ktoś
był Żydem, czy z tego, że miał taki a nie innej zajęcie. Oczywiste jest przecież
to, że żaden zawód, który wiąże się np. z odzyskiwaniem długów nigdy nie
cieszył się sympatią, bez względu na narodowość tego, kto zawód ten wykonuje.
Nie słyszałam o tym, aby np. komornicy kiedykolwiek cieszyli się społeczną
sympatią. Brakło mi też zaakcentowania, że nie wszyscy Żydzi byli bogaczami,
była przecież masa żydowskiej biedoty, a z tych z kolei, którzy rzeczywiście
mieli majątek, nie wszyscy byli bezwzględnymi oszustami. Rację ma jednak
Ziemkiewicz ci do tego, że nie toczy się i raczej nie zaistnieje w przyszłości
dialog, czy nawet rzetelne badania naukowe na temat roli Żydów w społeczeństwie
w kontekście chociażby lichwiarstwa, liczby procesów, jakie zostały wytoczone
im lub przeciwko nim o ewentualne oszustwa, wyników tych procesów itp. Tematów
takich się w przestrzeni publicznej nie porusza. A taki niepisany zakaz nie istnieje, gdy mowa
jest o wszelkich innych narodowościach.
Autor w kontekście Żydów nawiązuje też
do Jedwabnego i zwraca uwagę na to, że Polska stanowczo przedwcześnie wzięła na
siebie odpowiedzialność za tą zbrodnię. Powołuje się na źródła, z których
wynika, że w pobliżu miejsca zbrodni znaleziono sporo łusek, co wskazywać może
na to, że jednak Niemcy nie byli tylko biernymi widzami i że może jednak Żydzi,
może nie wszyscy, ale jakaś ich część,
została wcześniej zastrzelona. Zwraca też uwagę na chociażby to, że z
Jedwabnego prawie nikt nie ocalał, ocalało mniej niż bodajże 0,5 % żydowskich
mieszkańców. Przy napaściach chłopstwa, niezorganizowanych lub zorganizowanych
słabo, zawsze liczba ocalonych była dużo wyższa, wielu osobom udawało się
uciec. Zupełnie inna sytuacja w Jedwabnem wskazuje na to, że akcja była w
wysokim stopniu zorganizowana, że nie tylko przeszukano domostwa, ale że
wcześniej w tym samym czasie odcięto i zablokowano wszystkie drogie,
umożliwiające ucieczkę z wioski. Wskazuje to na to, że zbrodnia nie była
spontanicznym zrywem niewykształconego chłopstwa, ale że była wcześniej
zaplanowana i dobrze zorganizowana przez osoby z doświadczeniem w podobnych
działaniach. Wywód w tym zakresie nie zmierza ku temu, aby twierdzić, że Polacy
nie mają z tą zbrodnią nic wspólnego, ale że nie wyczerpano wszelkich możliwości
ustalenia prawdy i że przedwcześnie wyeliminowano i nie zbadano wariantu kierowniczej
roli Niemców. Autor podkreśla, że skoro na prośbę Żydów przerwano ekshumacje,
które mogły sporo wyjaśnić i byłyby
kluczowym dowodem, nie powinno się brać na siebie odpowiedzialności za
zbrodnię. Tutaj właśnie Ziemkiewicz też zwraca uwagę na uleganie presji
żydowskiej w takim stopniu, w jakim nie odbywa się to w stosunku do żadnego
innego państwa i narodu.
Trafny, niestety, w dużej mierze, jest
opis inteligencji polskiej. Ziemkiewicz zwrócił uwagę na fakt, że każdy kraj ze
względu na to, kto w nim rządzi zyskuje pewną specyfikę, przykładowo,
upraszczając mocno, kraje, gdzie rządzą wojskowi, dążą do konfliktów zbrojnych;
tam gdzie rządzą przedsiębiorcy, liczy się zysk, co widać chociażby na
przykładzie Trumpa. U nas rządzi inteligencja, która dzieli ciągle włos na
czworo, gdy zajmuje stanowisko, analizuje kto ma rację i staje po stronie tego
podmiotu. Często dzieje się to kosztem naszego interesu, a inne państwa w
polityce międzynarodowej patrzą się właśnie na to, tzn. na własny interes, często
będący jednocześnie zyskiem materialnym, a nie na rację. Autor szalenie trafnie
zaznacza, że ta inteligencja od dziesięcioleci ma w pogardzie wszelkie inne
zajęcia, w tym szczególnie takie, które dają zysk, jak np. handel i do przedstawicieli takich zawodów odnosi
się z pogardą, co widoczne jest w wielu dziełach literackich czy w
publicystyce. Rozmawianie o dochodach kojarzy się bardzo źle i na salonach nie
jest praktykowane, no chyba że narzeka się na swoją fatalną sytuację
materialną. A bez sprawnej przedsiębiorczości funkcjonowanie państwa na takim
poziomie, aby obywatele żyli na względnym poziomie materialnym, jest
niemożliwe. Inteligencja odnosi się również z pogardą i wyższością w stosunku
do wszystkich tych, którzy maja inne poglądy. Wady inteligencji są na tyle
trafnie ukazane, że nie za bardzo można z nimi polemizować, ale innej
inteligencji u nas nie ma. A rola tej
warstwy w dziejach Polski była generalnie była szalenie pozytywna, bez niej nie
istnielibyśmy jako naród, wystarczy wspomnieć chociażby np. zabory, odzyskanie
niepodległości, okupację. Mimo tych wad sprawdza się więc.
Innych zagadnień też w książce jest sporo, naprawdę
warto więc po nią sięgnąć. Jako audiobook też się sprawdza. Autor czyta tylko
wstęp, ale dalszych częściach Bartosz Głogowski bardzo dobrze radzi sobie w
roli lektora.
5/6
czwartek, 13 sierpnia 2020
Ida Żmiejewska „Warszawianka” – audiobook, czyta Miłogost Reczek

Nasi autorzy kryminałów retro mają poważną konkurentkę, ku mojemu zaskoczeniu nieznana mi w ogóle Ida Żmiejewska napisała naprawdę bardzo dobrą książkę. Mało znane Wydawnictwo Skarpa Warszawska zaryzykowało wydanie książki, a ta dostała się do finału Nagrody Wielkiego Kalibru. Powieść sprawdza się na wszystkich polach. Jest szalenie wciągająca. Realia Warszawy ze schyłku XIX wieku oddane są znakomicie. Pierwszym trupem jest znany warszawski adwokat, mąż i ojciec trojga dzieci. Został zastrzelony z nikomu nieznanego powodu. Do tego dołożony jest bardzo delikatnie, nawet bardzo delikatnie wątek damsko – męski. Trudno mi powiedzieć, który z tych aspektów jest najlepszy, wszystkie są wyśmienite. Miłogost Reczek czytał też świetnie, aż dziwne, że do tej pory nie był jakoś specjalnie eksploatowany jako czytający książki.
Na szczególną uwagę zasługuje właśnie Warszawa i tzw. Kraj Nadwiślański widziane w dużej mierze oczami rosyjskiego policjanta, który dopiero tutaj przybył. Aleksander prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa adwokata. Nie interesował się nigdy historią Polski, został skierowany tutaj do pracy i nie za bardzo może zrozumieć, co się dzieje. Nie wie, dlaczego w teatrze aktorzy nie grają po rosyjsku, nie rozumie, dlaczego w mieście i okolicy jest tak dużo rosyjskiego wojska. Przede wszystkim nie może pojąć, dlaczego miejscowa ludność nienawidzi Rosjan. Gdy poznał starszą córkę zabitego prawnika, Leontynę, zauroczył się nią i z każdym dniem czuł, że pogrąża się coraz bardziej. Dość szybko dowiedział się od znajomej kolegi, Polki, że związek taki nie ma żadnych szans na powodzenie, że Moskale są najgorszymi kandydatami na mężów, a gdyby jakimś cudem doszło do małżeństwa, dziewczyna jest poddana bezwzględnemu ostracyzmowi ze strony całej rodziny i wszystkich znajomych.
Warszawa w „Warszawiance” wygląda zupełnie inaczej, niż u Bolesława Prusa. Tutaj akcent został postawiony właśnie na kwestie, związane z sytuacją polityczną i zaborami. Leontyna ma narzeczonego, którzy wraz z kilkunastoma innymi kolegami, nazywanymi towarzyszami, jest aresztowany za działalność socjalistyczną, siedzi w warszawskiej cytadeli i czeka na proces. A grozi mu albo powieszenie na stokach cytadeli, albo wieloletnie zesłanie na Sybir. Sprawę prowadzą oczywiście Rosjanie i sądzić ją będzie rosyjski sędzia. Większość wydarzeń rozgrywa się w centrum miasta, ale jest pokazana też właśnie cytadela, a nawet i ówczesny dom publiczny.
Książkę czyta się, a właściwie słucha, wyjątkowo lekko, ale pod pozorem tej lekkości autorka ukryła naprawdę poważne problemy. Leontyna gdy uzmysłowiła sobie, że też coś czuje do Aleksandra, przeraziła się. Zaczęła też zastanawiać się nad różnymi wariantami sytuacji. Rozważała np., czy można Aleksandrowi przypisywać odpowiedzialność za zło, którego doświadczali Polacy ze strony Rosji. Pozornie sprawa była jasna, o żadnych jego zbrodniach dziewczyna nic nie wiedziała. Ale był jednak częścią systemu. Nasunęły mi się skojarzenia z naszą ustawą tzw. dezubekizacyjną, obniżała ona świadczenia emerytalne każdemu pracownikowi Służby Bezpieczeństwa, bez względu na to, co ten ktoś tam robił. Nie były to jedyne dylematy. Problemem była kwestia wierności pewnym zasadom. Leontyna ewentualny związek z Moskalem, inaczej nikt Rosjan wówczas nie nazywał, postrzegała w kategoriach zdrady rodziny, przyjaciół, wiary i ojczyzny. Byłaby to też zdrada samej siebie i narzeczonego, Polaka, któremu wcześniej dała słowo. Automatycznie przypominają się antyczne dramaty: jak daleko sięga odpowiedzialność jednostki, czy jednostka może odpowiadać za czyny ogółu; co jest ważniejsze, uczucie czy wierność wartościom itp. Zasługą autorki jest to, że rozważania te są bardzo umiejętnie wplecione w akcję i absolutnie nie przytłaczają.
We wrześniu ma się ukazać druga część "Warszawianki", już na nią czekam.
5/6
niedziela, 9 sierpnia 2020
Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz "1968. Czasy nadchodzą nowe"
Książka
ciekawa jest z kilku względów, pomimo tego że opisane wydarzenia są w
większości i to przeważającej większości, znane z historii, filmów czy książek.
I tak można dowiedzieć się wielu rzeczy,
część można sobie przypomnieć czy uszczegółowić. Ale walorem niezaprzeczalnym
jest co innego, otóż wszystkie te wydarzenia są jakby uczłowieczone,
dziennikarze rozmawiają bowiem z ludźmi, którzy brali w nich bezpośredni
udział. Często w codziennym życiu zastanawiamy się, jak potoczą się określone wypadki,
jak będzie wyglądać rzeczywistość za kilka czy kilkadziesiąt lat. A tutaj
uczestnicy patrząc wstecz już opowiadają, jak oni widzieli to wszystko te 50
lat wcześniej, a jak to widzą dzisiaj, czy np. są zadowoleni z tego, co się
stało, co im dał udział w określonych wypadkach. Wbrew pozorom, jest tu sporo niespodzianek.
Każdy rozdział opowiada o innym wydarzeniu, są to zarówno wydarzenia głośne na skalę światową, np. protesty studentów u nas i za granicą, kampania antysemicka i masowa emigracja Żydów z Polski, jak i lokalne, np. ucieczka z Polski rodziny z dziećmi na kutrze rybackim do Danii. Są wydarzenia polityczne, ale i kulturalne, np. praca nad filmem „Dziecko Rosemary” R. Polańskiego. Są wydarzenia znaczące, o których pamięta się do dziś, ale i mało ważne, ale obrazujące minione czasy, np. konkurs na polską gminę roku. Z racji objętości przekazywane informacje są mocno skondensowane, ale i tak z wielu tekstów sporo się dowiedziałam. Przykładowo do tej pory nie za bardzo rozumiałam, dlaczego Żydzi zgodzili się w 1968r. na wyjazd z Polski, uważałam, że mogli przeczekać nagonkę. W tekście zaś były właśnie głosy Żydów, była mowa o tym, że większość z nich pamiętała wojnę i wyrzucali sobie, dlaczego przed wojną, gdy był jeszcze czas, nie wyjechali z Polski. Tym razem woleli być ostrożniejsi.
Kwestie psychologiczne zasługują na szczególną uwagę. Wspomniane jest, jak chociażby potoczyły się losy rodziny, która uciekła z Polski kutrem rybackim. Dania ich przygarnęła i wielu naszych rodaków im zazdrościło i uważało, że trafili oni do raju. Większość tych, co była na tym kutrze, łącznie z dziećmi, okazała się zadowolona, dzieci jakoś się potem tam urządziły. Ale nie dla wszystkich wydarzenie to okazało się pozytywne. Z kolei inny rozmówca, który był statystą na planie "Dziecka Rosemary", opowiedział, że do dziś pamięta m. in. jak Mia Farrow dała mu w prezencie mały drobiazg, figurkę słonika. Ona już wtedy była znaną aktorką, a on wręcz odwrotnie, nic ich nie łączyło. To idealny przykład, jak naprawdę drobnym gestem można komuś zrobić wielką przyjemność.
Świetnym pomysłem było dołączenie sporej ilości dużych zdjęć, w tym przypadku chociażby dzięki tym zdjęciom lepiej chyba jest przeczytać książkę, niż słuchać audiobooka.
4/6
Każdy rozdział opowiada o innym wydarzeniu, są to zarówno wydarzenia głośne na skalę światową, np. protesty studentów u nas i za granicą, kampania antysemicka i masowa emigracja Żydów z Polski, jak i lokalne, np. ucieczka z Polski rodziny z dziećmi na kutrze rybackim do Danii. Są wydarzenia polityczne, ale i kulturalne, np. praca nad filmem „Dziecko Rosemary” R. Polańskiego. Są wydarzenia znaczące, o których pamięta się do dziś, ale i mało ważne, ale obrazujące minione czasy, np. konkurs na polską gminę roku. Z racji objętości przekazywane informacje są mocno skondensowane, ale i tak z wielu tekstów sporo się dowiedziałam. Przykładowo do tej pory nie za bardzo rozumiałam, dlaczego Żydzi zgodzili się w 1968r. na wyjazd z Polski, uważałam, że mogli przeczekać nagonkę. W tekście zaś były właśnie głosy Żydów, była mowa o tym, że większość z nich pamiętała wojnę i wyrzucali sobie, dlaczego przed wojną, gdy był jeszcze czas, nie wyjechali z Polski. Tym razem woleli być ostrożniejsi.
Kwestie psychologiczne zasługują na szczególną uwagę. Wspomniane jest, jak chociażby potoczyły się losy rodziny, która uciekła z Polski kutrem rybackim. Dania ich przygarnęła i wielu naszych rodaków im zazdrościło i uważało, że trafili oni do raju. Większość tych, co była na tym kutrze, łącznie z dziećmi, okazała się zadowolona, dzieci jakoś się potem tam urządziły. Ale nie dla wszystkich wydarzenie to okazało się pozytywne. Z kolei inny rozmówca, który był statystą na planie "Dziecka Rosemary", opowiedział, że do dziś pamięta m. in. jak Mia Farrow dała mu w prezencie mały drobiazg, figurkę słonika. Ona już wtedy była znaną aktorką, a on wręcz odwrotnie, nic ich nie łączyło. To idealny przykład, jak naprawdę drobnym gestem można komuś zrobić wielką przyjemność.
Świetnym pomysłem było dołączenie sporej ilości dużych zdjęć, w tym przypadku chociażby dzięki tym zdjęciom lepiej chyba jest przeczytać książkę, niż słuchać audiobooka.
4/6
poniedziałek, 3 sierpnia 2020
Agata Christie "Uśpione morderstwo"

„Uśpione morderstwo” jest jedną z zaledwie
14 powieści z panną Marple i jedną z kilku zaledwie, kiedy to morderstwo popełnione
zostało dużo wcześniej, niż toczy się akcja, w tym przypadku jest to 18 lat. Co
więcej nie ma wcale pewności, czy do morderstwa w ogóle doszło, istnieje bowiem
wersja, w myśl której kobieta, która mogła zostać zabita, wyjechała za granicę.
Całość rozpoczyna się zaś zupełnie nietypowo, bo nie wiemy, czy mamy do
czynienia z kryminałem, czy z powieścią o zdolnościach parapsychologicznych. Młoda
dziewczyna, Gwenda, kupiła dom, w którym zaczęła się czuć dziwnie. Wydawało jej się, że
ten dom zna, choć wiadomo było, że nigdy w nim nie mieszkała, kojarzyła np., że
w określonym pomieszczeniu powinna być tapeta w pewien wzór, albo że gdzieś
indziej powinny być schodki. Szybko się okazywało, że gdzieś jest właśnie tapeta,
o której ona myślała, albo że schodki też kiedyś były tam, gdzie jej się wydawało,
że powinny być. Nigdy nie miała zdolności telepatycznych, czy przewidywania
przyszłości czy innych, zaczęła się więc czuć dziwnie. Książka wciąga więc
czytelnika bardzo mocno już na samym początku.
Nie
brakuje oczywiście świetnych spostrzeżeń psychologicznych, powieść ta jest
ostatnią, jaką napisała A. Christie, pisarka zaś zastrzegła, że może zostać
wydana dopiero po jej śmierci. Wiedzę psychologiczną Królowa Kryminału miała
zawsze ogromną, w miarę upływu lat przybywało jej jeszcze doświadczenia
życiowego, a znajomość psychologii się jeszcze bardziej pogłębiała. Tutaj ustami
Jane Marple zdradza, jak wyciąga wnioski psychologiczne, obserwując ludzi. Oczywiście
jest to tylko jeden z sekretów, inne można poznać czytając inne jej książki.
Panna Marple nie koncentruje się na sobie, ale na innych, bardzo uważnie
obserwuje ludzi. Mówi, że nie wierzy już w to, co ludzie mówią. Kłamią oni
bowiem nawet i wtedy, gdy sami o tym nie wiedzą. To, że nie wierzy ona w to, co
ludzie mówią, nie znaczy, że ich nie słucha. Słucha i porównuje, co w opowieści
jest faktem, a co już tylko cudzą opinią czy wyciągniętym przez kogoś
wnioskiem. Pozornie może się to wydawać proste, ale w praktyce jest inaczej.
Przykładowo, określone małżeństwo uchodzi za bardzo dobre i jest na to wiele
dowodów. Można się jednak zastanowić, czy aby na pewno te dowody świadczą o
tym, że małżeństwo jest świetne, że może tak naprawdę sprawa jest znacznie
bardziej skomplikowana. Często ludzie
przypisują innym takie odczucia, jakie mają sami i nie biorą pod uwagę tego, że
ktoś inny inaczej reaguje na pewne okoliczności. Sporo jest tutaj nawiązań do
przeszłości, do tego, jak ktoś się zachowywał 18 lat temu i jak współcześnie,
czy można żyć spokojnie mając na sumieniu morderstwo, czy ludzie się zmieniają,
dlaczego plany i marzenia jednym się spełniły, innym nie, i dlaczego. Autorka
porównuje też czasy sprzed 18 lat i obecne, to znaczy z lat 70-tych. Z racji
tego, że zawsze preferowała krótkie formy i nie znosiła dłużyzn w żadnej
postaci, nie ma w żadnym przypadku jakiejkolwiek rozwlekłości.
Wracając
zaś do Gwendy, to wraz z mężem i panną Marple doszła do wniosku, że rzeczywiście
18 lat wcześniej doszło do morderstwa. Ustaliła, że zamordowana mogła zostać
młoda kobieta, Helen. Sprawcą morderstwa mógł zaś być jeden z trzech zauroczonych
nią mężczyzn. Dotarła do każdego z nich, każdy okazał się inny. Czy po sposobie zachowania można wskazać, który zabił? Czytelnik też może
typować któregoś z nich. Powieść czyta się świetnie.
5/6
wtorek, 28 lipca 2020
Mikołaj Łoziński "Stramer" - audiobook, czyta Piotr Grabowski
"Stramer" jest dobrą powieścią, ale nie odebrałam jej jako rewelacji, tak jak to postrzegało wiele innych osób. Nie jest powieścią idealną, nie tylko dlatego, że opisywana rodzina jakoś nie wzbudziła mojej szczególnej sympatii i chyba z żadną z opisywanych osób nie chciałabym się zaprzyjaźnić, gdybym żyła w tamtych czasach. Przeszkadzało mi to, że przy opisach postaci i ich dziejów tak naprawdę nie wiadomo, co jest prawdą, a co fikcją. Czytałam w jednym z wywiadów z autorem, że pisząc książkę, tylko luźno inspirował się postaciami ze swojej rodziny. Najważniejsze jest jednak to, że nie odkryłam w "Stramerze" niczego szczególnie rewelacyjnego, czego nie było gdzieś indziej. Najwięcej zaś zastrzeżeń mam do wykonania audiobooka.
Świetnie opisane są realia życia w okresie międzywojennym z punktu widzenia Żydów. Coraz bardziej przybierający na sile antysemityzm Stramerowie postrzegali jako zwykły element życia. Tylko czy aby na pewno, czy rzeczywiście nie myśleli o emigracji? Mieli przecież w Ameryce rodzinę. Podczas słuchania odnosi się wrażenie, jakby się mieszkało w tamtych czasach. Ale tło historyczne i wszystkie najdrobniejsze aspekty zwykłego życia w innych czasach są równie dobrze opisane chociażby w kryminałach retro z najwyższej półki, np. u Ćwirleja, Krajewskiego czy Wrońskiego.
Opisy zafascynowania komunizmem też do szczególnie odkrywczych nie należą. Gdy czyta się o biedzie, w jakiej żyli Stramerowie i cała masa innych ludzi, o dyskryminacji Żydów, i o tym że od samego początku dzieci Stramerów miały zawsze "pod górkę", a perspektywy na coś lepszego były znikome, tą fascynację hasłami równości wszystkich ludzi i sprawiedliwości można zrozumieć. Można zrozumieć oczywiście patrząc z punktu widzenia bohaterów i ich stanu wiedzy w tamtym czasie.
Wykonanie audiobooka jest najsłabszym elementem. W dziejach rodziny były momenty i radości i smutku, jak wszędzie. P. Grabowski czytał zaś większość książki tak, jakby wszyscy od zawsze wiedzieli o czekającym ich końcu. Ton głosu, jakim czyta np. jak rodzina odprowadzała jednego z synów na dworzec, skąd miał wyjechać do pobliskiego o 50 km. Krakowa na studia, kojarzył się z pogrzebem, żadnego dystansu. Książka na tym sporo straciła, nie jest to przecież opowieść wyłącznie o Zagładzie.
4/6
Świetnie opisane są realia życia w okresie międzywojennym z punktu widzenia Żydów. Coraz bardziej przybierający na sile antysemityzm Stramerowie postrzegali jako zwykły element życia. Tylko czy aby na pewno, czy rzeczywiście nie myśleli o emigracji? Mieli przecież w Ameryce rodzinę. Podczas słuchania odnosi się wrażenie, jakby się mieszkało w tamtych czasach. Ale tło historyczne i wszystkie najdrobniejsze aspekty zwykłego życia w innych czasach są równie dobrze opisane chociażby w kryminałach retro z najwyższej półki, np. u Ćwirleja, Krajewskiego czy Wrońskiego.
Opisy zafascynowania komunizmem też do szczególnie odkrywczych nie należą. Gdy czyta się o biedzie, w jakiej żyli Stramerowie i cała masa innych ludzi, o dyskryminacji Żydów, i o tym że od samego początku dzieci Stramerów miały zawsze "pod górkę", a perspektywy na coś lepszego były znikome, tą fascynację hasłami równości wszystkich ludzi i sprawiedliwości można zrozumieć. Można zrozumieć oczywiście patrząc z punktu widzenia bohaterów i ich stanu wiedzy w tamtym czasie.
4/6
czwartek, 23 lipca 2020
Riku Onda "Pszczoły i grom w oddali"
"Pszczoły" są drugą pozycją, jaką czytałam, wydaną w "Serii z Żurawiem" Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obie okazały się bardzo udane, seria ma zaś z założenia przybliżać literaturę współczesną różnych krajów, która albo odniosła ogromny sukces, albo zdobyła najważniejsze nagrody literackie. Tom, który przeczytałam parę lat temu - "Życie zaczyna się w piątek", jest autorstwa rumuńskiej pisarki i opowiada o dziennikarzu, który nagle został przeniesiony w czasie do Rumunii sprzed 100 lat, pisałam o nim tutaj. "Pszczoły" okazały się równie wyśmienite, a po serię zacznę sięgać częściej.
Powieść opowiada o fikcyjnym konkursie pianistycznym w Japonii i o kilkorgu uczestnikach tego konkursu. Osoby te są oczywiście ponadprzeciętne pod wieloma względami, każdy z nich ma też różne problemy. Ale książka opowiada przede wszystkim o muzyce. Nie czytałam jeszcze chyba książki, która wzbudzałaby takie emocje z powodu opisów muzyki. Jest to absolutnie niesamowite. Widać, że autorka czuje muzykę. Sporo miejsca zajmują opisy gry uczestników, wymienione są konkretne utwory i gdy uczestnik konkursu gra, następuje opis, co czują w tym czasie słuchacze. Każdy z opisywanych pianistów nieco inaczej interpretuje utwór, co wynika oczywiście zarówno z doświadczeń osobistych, jak i z różnic charakteru. Ludzie słuchając muzyki czuli wieczność, przypominali sobie własne historie, dzieciństwo, miłość, radość, smutek, stały im przed oczami wcześniejsze pokolenia, i te które nastąpią już po nich. W opisach jest coś z magii, są wręcz fenomenalne.
Książka działa na emocje, sama jest jak muzyka. Myślę, że spodoba się każdemu, kto kocha muzykę bez wzglądu na to, jaką konkretnie muzykę lubi. Ale z pewnością zaciekawia muzyką klasyczną.
Sylwetki bohaterów dla mnie miały znaczenie drugorzędne, ale pamiętać trzeba, że jest to powieść i pomiędzy uczestnikami konkursu trwa rywalizacja, a w niektórych przypadkach kwitnie też przyjaźń i nie tylko. Jeden z uczestników ma korzenie japońsko - latynoskie i to uczynił swoim źródłem siły, czerpie z obu tradycji. Dla wielu osób sytuacje takie są jedynie źródłem problemów. Inna pianistka jako cudowne dziecko z powodu traumatycznego wydarzenia wycofała się z gry. Teraz właśnie po kilku latach postanowiła, przy pomocy czuwającego nad nią profesora i przyjaciółki, powrócić. Nie wiadomo tylko, czy się uda, dziewczyna jest dużo dojrzalsza, niż przed laty, ale nie wiadomo, czy podoła zadaniu psychicznie. Jest też najstarszy uczestnik, już mąż i ojciec, który uzmysłowił sobie, że muzyka jest jego prawdziwym powołaniem i że zawodowo chce zajmować się tym, co kocha. Wie jednak, że młodsi pianiści mają nad nim przewagę, zdecydowanie więcej czasu ćwiczyli. No i jest też odkrycie, najmłodszy uczestnik, który jest muzycznym geniuszem.
Dla przykładu zacytuję jeden z takich opisów emocji ludzkich podczas słuchania muzyki. "Można odnieść wrażenie, że Ballada (g-moll, op.23) Chopina zawiera emocje z okresu dzieciństwa, ów smutek zapisany w genach, a odczuwalny w czasie śpiewania dziecięcych piosenek". "Smutek, który każdy nosi w sobie od chwili, gdy urodził się na tym świecie, uczucie, od którego nikt nie ucieknie". "Smutek ukryty na dnie pulsującej rzeki czasu, smutek, którego w codziennej gonitwie nie ma kiedy odczuwać, którego się nie zauważa... Można osiągnąć szczyt szczęścia i wzbudzać powszechną zazdrość, można prowadzić spełnione życie, ale każde szczęście zawsze obarczone jest tym smutkiem ludzkiego istnienia. Nie myśli się o nim, ale jego dostrzeżenie jest druzgocące - pokazuje słabość człowieka. Z tego powodu ucieka się przed nim - przed tym smutkiem, tkwiącym u samych źródeł. Dlatego też Aya musiała śpiewać - o smutku, o ulotności, o szczęściu i nieszczęściu ludzkiego życia, które z perspektywy upływających lat wydaje się trwać ledwie chwilę. Wierzyła, że ludzie przed kilkuset, nawet kilkoma tysiącami laty czuli to samo. Że będą czuli to samo za kilkaset czy kilka tysięcy lat".
Powieść opowiada o fikcyjnym konkursie pianistycznym w Japonii i o kilkorgu uczestnikach tego konkursu. Osoby te są oczywiście ponadprzeciętne pod wieloma względami, każdy z nich ma też różne problemy. Ale książka opowiada przede wszystkim o muzyce. Nie czytałam jeszcze chyba książki, która wzbudzałaby takie emocje z powodu opisów muzyki. Jest to absolutnie niesamowite. Widać, że autorka czuje muzykę. Sporo miejsca zajmują opisy gry uczestników, wymienione są konkretne utwory i gdy uczestnik konkursu gra, następuje opis, co czują w tym czasie słuchacze. Każdy z opisywanych pianistów nieco inaczej interpretuje utwór, co wynika oczywiście zarówno z doświadczeń osobistych, jak i z różnic charakteru. Ludzie słuchając muzyki czuli wieczność, przypominali sobie własne historie, dzieciństwo, miłość, radość, smutek, stały im przed oczami wcześniejsze pokolenia, i te które nastąpią już po nich. W opisach jest coś z magii, są wręcz fenomenalne.
Książka działa na emocje, sama jest jak muzyka. Myślę, że spodoba się każdemu, kto kocha muzykę bez wzglądu na to, jaką konkretnie muzykę lubi. Ale z pewnością zaciekawia muzyką klasyczną.
Sylwetki bohaterów dla mnie miały znaczenie drugorzędne, ale pamiętać trzeba, że jest to powieść i pomiędzy uczestnikami konkursu trwa rywalizacja, a w niektórych przypadkach kwitnie też przyjaźń i nie tylko. Jeden z uczestników ma korzenie japońsko - latynoskie i to uczynił swoim źródłem siły, czerpie z obu tradycji. Dla wielu osób sytuacje takie są jedynie źródłem problemów. Inna pianistka jako cudowne dziecko z powodu traumatycznego wydarzenia wycofała się z gry. Teraz właśnie po kilku latach postanowiła, przy pomocy czuwającego nad nią profesora i przyjaciółki, powrócić. Nie wiadomo tylko, czy się uda, dziewczyna jest dużo dojrzalsza, niż przed laty, ale nie wiadomo, czy podoła zadaniu psychicznie. Jest też najstarszy uczestnik, już mąż i ojciec, który uzmysłowił sobie, że muzyka jest jego prawdziwym powołaniem i że zawodowo chce zajmować się tym, co kocha. Wie jednak, że młodsi pianiści mają nad nim przewagę, zdecydowanie więcej czasu ćwiczyli. No i jest też odkrycie, najmłodszy uczestnik, który jest muzycznym geniuszem.
Dla przykładu zacytuję jeden z takich opisów emocji ludzkich podczas słuchania muzyki. "Można odnieść wrażenie, że Ballada (g-moll, op.23) Chopina zawiera emocje z okresu dzieciństwa, ów smutek zapisany w genach, a odczuwalny w czasie śpiewania dziecięcych piosenek". "Smutek, który każdy nosi w sobie od chwili, gdy urodził się na tym świecie, uczucie, od którego nikt nie ucieknie". "Smutek ukryty na dnie pulsującej rzeki czasu, smutek, którego w codziennej gonitwie nie ma kiedy odczuwać, którego się nie zauważa... Można osiągnąć szczyt szczęścia i wzbudzać powszechną zazdrość, można prowadzić spełnione życie, ale każde szczęście zawsze obarczone jest tym smutkiem ludzkiego istnienia. Nie myśli się o nim, ale jego dostrzeżenie jest druzgocące - pokazuje słabość człowieka. Z tego powodu ucieka się przed nim - przed tym smutkiem, tkwiącym u samych źródeł. Dlatego też Aya musiała śpiewać - o smutku, o ulotności, o szczęściu i nieszczęściu ludzkiego życia, które z perspektywy upływających lat wydaje się trwać ledwie chwilę. Wierzyła, że ludzie przed kilkuset, nawet kilkoma tysiącami laty czuli to samo. Że będą czuli to samo za kilkaset czy kilka tysięcy lat".
6/6
piątek, 17 lipca 2020
Herbert George Wells "Wojna światów" - audiobook, czyta Filip Kosior
„Wojna światów” to już wręcz legenda, należy
do tych pozycji, o których każdy chyba słyszał i każdemu niemal się wydaje, że je zna, a faktycznie mało kto je czytał. Pozornie
to opowieść o najeździe Marsjan na Ziemię, a tak pod płaszczykiem tego science
fiction to odwieczna, ponadczasowa opowieść
o wojnie i przemocy. Marsjanie najeżdżają na ziemię, bo nie mogą już mieszkać
na swojej planecie. A znalazłszy się na Ziemi, zaczynają mordować i niszczyć.
Nikt z nich oczywiście nie pyta o możliwość pomocy ze strony Ziemian, o użyczenie
kawałka lądu, lub o coś podobnego. Marsjanie mordują częściowo z chęci znalezienia pożywienia, a częściowo
dla zabawy, ot tak sobie. Ludzie wpadają w panikę, otoczka cywilizacji znika, prawie
każdy myśli niemal tylko o sobie, tratują się, okradają itp. itd. Gdy pierwszy
szok mija i koszmarna sytuacja zaczyna się nieco stabilizować, ludzie muszą się
zastanowić nad tym, jak dalej żyć. Wydarzenia skupiają sią wokół narratora i jego brata, każdy z nich był w innym miejscu i każdy inaczej musiał sobie radzić. Narrator spotyka się przypadkowo z różnymi osobami, do ciekawszych spotkań należą m. in. te z
żołnierzem i z pastorem. Każda z tych postaci, po nieco bliższym poznaniu zachowuje
się nieco inaczej, a czy wykonywana profesja ma na to wpływ? Chętni mogą
zapoznać się z wizją Wellsa.
Zastanawiałam się nad tym, jaki jest sens czytać tą książkę, skoro wszystko to jest znane. Od śmierci G. H. Wellsa minęło już kilkadziesiąt lat, przetoczyło się w różnych częściach globu wiele innych wojen, wszędzie wszystko toczyło się według schematu, opisanego w książce. Ale oczywiście przeczytać warto, bo jest tam jednak sporo rzeczy do odkrycia.
Zastanawiałam się nad tym, jaki jest sens czytać tą książkę, skoro wszystko to jest znane. Od śmierci G. H. Wellsa minęło już kilkadziesiąt lat, przetoczyło się w różnych częściach globu wiele innych wojen, wszędzie wszystko toczyło się według schematu, opisanego w książce. Ale oczywiście przeczytać warto, bo jest tam jednak sporo rzeczy do odkrycia.
Obrazy najazdu idealne pasują do każdej wojny.
Ludzie byli takimi Marsjanami chociażby mordując Indian, tworząc kolonie, czy najeżdżając
na sąsiednie kraje. Niekiedy z kolei zwyczajni znajomi okazywali inne oblicze, oblicze morderczych Marsjan, napadając na sąsiadów np. na Wołyniu. Obrazy paniki i ucieczki są uniwersalne, zachowania ludzi w skrajnych sytuacjach również. Ludzie są stale Marsjanami wobec zwierząt. Bohaterowie „Wojny światów” byli szaleni
oburzeni, widząc jak Marsjanie łapali ludzi, zamykali ich w klatkach, a potem żywili
się ich krwią. Myśleli, że przecież to tylko oni mogą łapać kogoś do klatek, zabijać
i zjadać, albo nawet zabijać i po prostu wyrzucać. Ludzie są Marsjanami wobec całej naszej ziemskiej przyrody, niszczą drzewa i inne rośliny, niszczą całe ekosystemy.
Ale książka ma jeszcze inne walory, jest w niej co najmniej kilka pięknych scen. W jednej z nich, bardzo krótkiej zresztą, narrator się modli do Boga. Przed tą modlitwą przez czas najazdu o Bogu myślał, ale uzmysłowił sobie, że wypowiadał wówczas tylko jakieś formułki, podobne do zaklęć pogańskich, bez namysłu i głębi. Po tej prawdziwej modlitwie pozornie nic się nie zmieniło, Marsjanie nie zniknęli, zagrożenie trwało, on tkwił nadal w krytycznych warunkach. Ale zyskał siłę i zdolność logicznego myślenia, opuściła go panika i mógł spokojnie pomyśleć i podjąć decyzję, co robić.
Jako audiobook całość sprawdza się naprawdę dobrze, Filip Kosior poradził sobie.
5/6
Ale książka ma jeszcze inne walory, jest w niej co najmniej kilka pięknych scen. W jednej z nich, bardzo krótkiej zresztą, narrator się modli do Boga. Przed tą modlitwą przez czas najazdu o Bogu myślał, ale uzmysłowił sobie, że wypowiadał wówczas tylko jakieś formułki, podobne do zaklęć pogańskich, bez namysłu i głębi. Po tej prawdziwej modlitwie pozornie nic się nie zmieniło, Marsjanie nie zniknęli, zagrożenie trwało, on tkwił nadal w krytycznych warunkach. Ale zyskał siłę i zdolność logicznego myślenia, opuściła go panika i mógł spokojnie pomyśleć i podjąć decyzję, co robić.
Jako audiobook całość sprawdza się naprawdę dobrze, Filip Kosior poradził sobie.
5/6
wtorek, 14 lipca 2020
Sergiusz Piasecki "Bogom nocy równi"

Sergiusz Piasecki był postacią absolutnie wyjątkową i przed przeczytaniem którejkolwiek jego książki warto coś o nim wiedzieć. Przypominają mi się słowa Olgi Tokarczuk z eseju "Lalka i perła" o powieści Prusa. Dotyczyły one Wokulskiego, będącego uosobieniem tych osób, które wyłamują się z wszelkich dostępnych schematów i żyją pod prąd, a do tego czują się obco w otaczającym świecie , a jest to obcość, która "dzięki bolesnemu dystansowi do świata pozwala widzieć więcej i szerzej". "Obcość, dzięki której Obcy jest poruszany i motywowany z góry". O arcyciekawym eseju O. Tokarczuk pisałam tutaj. Obcym był i Piasecki i jego bohater, Roman Zabawa.
A co do Piaseckiego, był synem polskiego szlachcica i białoruskiej chłopki, już od samego początku widać ten wyróżnik z otoczenia. Walczył w wojnie polsko - bolszewickiej, był agentem wywiadu polskiego, przemytnikiem, pił, narkotyzował się. Był też i przestępcą, za napad z bronią przed II wojną został skazany na karę śmierci, ułaskawiono go, aczkolwiek i tak siedział w więzieniu. Podczas II wojny żył na Wileńszczyźnie, współpracował blisko z ZWZ, potem AK i wykonywał wyroki śmierci na skazanych przez podziemne polskie sądy. To on odmówił wykonania wyroku na Józefie Mackiewiczu. Jak się później okazało, zrobił słusznie, bo dowody na Mackiewicza były spreparowane przez Rosjan. Nie tak dawno odsłuchiwałam "Made in Poland", wywiad rzekę ze St. Likiernikiem, który z kolei podczas wojny był żołnierzem AK w Warszawie i który też wykonywał wyroki śmierci. Likiernik na pytanie o te wyroki odpowiedział, że nie zastanawiał się w ogóle, czy były one słuszne, był żołnierzem, a jego zadaniem wyło wykonywać rozkazy. Piasecki był człowiekiem niebywałej odwagi i totalnym indywidualistą. Aczkolwiek nie miał wykształcenia, był mędrcem. Był też niesamowicie empatyczny na krzywdę biednych, nieszczęśliwych, skromnych ludzi, w czym przypomina mi Josepha Rotha i jego twórczość.
Jego książka, po części autobiograficzna, opowiada historię młodego chłopaka, Romana, który w latach 20 - tych służył w polskim wywiadzie, działalność prowadził na pograniczu wschodnim. Dopiero podczas czytania zorientowałam się, że ten tom to dalsza część innej książki, "Piątego etapu", którego nie znam. Można się zorientować w treści, a znajomość wcześniejszego tomu, aczkolwiek byłaby optymalna, nie jest niezbędna. Piasecki pisał i o życiu prywatnym , ale głównie o pracy. Są opisy koszmarnej rzeczywistości radzieckiej, biedy i upodlenia, w jakich żyli tam ludzie. Są fragmenty, jak Roman próbował zwerbować współpracowników do pracy wywiadowczej, jak przechodził nielegalnie przez granicę, jak się narkotyzował, nawet jak korzystał z usług prostytutek. Nic co ludzkie nie było mu obce. Jest też zwykłe, ludzkie współczucie dla osób, które spotykał, a które żyły w koszmarze.
Piasecki miał świetne pióro, książkę się wręcz chłonie, nie ma części nudnych, chociaż akcja nie zawsze pędzi. Czyta się wyśmienicie. U Piaseckiego właściwie nie ma żadnych charakterystyk bohaterów, czytelnik sam musi ich dokonywać na bieżąco, autor daje mu opisy ludzkiego zachowania.
Gdy czyta się, widać wyraźnie całą złożoność rzeczywistości, widać , że nic nie jest proste, nic nie jest tylko czarno - białe, nikt nie jest tylko dobry czy tylko zły. Zbrodniczy jest za to ustrój. Ta książka jest też opowieścią o nonkonformizmie i o odwadze. W tamtych czasach i w warunkach, w jakich on żył Piasecki i jego bohater nie było mowy o materializmie i próbach urządzania się na modłę mieszczańską. Książka jest też o mądrości, która w tym wypadku nie ma nic wspólnego z wykształceniem. Roman i i inni bohaterowie, będący obrazami samego autora i jego ówczesnych przyjaciół przypominają mi też "Obywatela Jones`a" Agnieszki Holland. Tytułowy Jones, postać autentyczna, był dziennikarzem, który w czasach wielkiego głodu na Ukrainie, narażając własne życie wbrew opiniom elity historyków i dziennikarzy całego świata, pojechał na tą Ukrainę i na własne oczy zobaczył piekło. Potem walczył o to, aby ktoś chciał jego tekst wydrukować, a nie było to proste. I tu w odniesieniu do rzeczywistości, opisanej w "Bogom nocy równi" też było podobnie, bo w tamtej Europie (pozycję wydano po raz pierwszy w 1939r.), nadal wiele autorytetów nie wierzyło w to, jak w rzeczywistości wyglądał komunizm w praktyce. "Bogom nocy równi" i inne książki autora, to był krzyk, którym S. Piasecki chciał pokazać światu, jak tam jest. Nienawidził on komunizmu i na swój sposób walczył z nim. Powieść napisał kilkanaście lat po opisywanych wydarzeniach, ale w tamtych realiach radzieckich nie tylko nic się nie zmieniło, ale nawet i pogorszyło.
Ciężko tą książkę porównać do innych. Jest szczera i prawdziwa, w żadnym miejscu nie wyczuwałam żadnego fałszu. Co zaskakujące, Piasecki mimo tego że zobaczył ogrom zła i ludzi totalnie zdeprawowanych i odczłowieczonych, wyrządzających stale to zło, nie zatracił wiary w człowieka. Pisze o tym wyraźnie jego bohater w swoim dzienniku. Uważał, że nawet w najgorszym człowieku tlą się resztki człowieczeństwa. Wymowna jest scena jego spotkania i rozmowy z Katią, siostrą kolegi. Katia była czekistką. Nawet to nie powodowało, aby ją potępił, uznał za niegodną rozmowy czy kontaktu, było mu nawet jej tak po ludzku szkoda. I nie ma tu żadnej sprzeczności, z jednej strony nienawidził komunizmu, ówczesną władzę radziecką i jej przedstawicieli traktował jak wrogów, walczył z nimi, a gdy trzeba było, zabijał. A z drugiej właśnie strony dostrzegał to człowieczeństwo. Można to porównać z wojną, z wrogiem się walczy, ale gdy ma się do czynienia z kimś konkretnym, np. jeńcem, dostrzega się w nim człowieka. Najlepiej tą złożoność potrafi wyjaśnić właśnie książka.
5/6
środa, 8 lipca 2020
Ryszard Ćwirlej "Tam Ci będzie lepiej" audiobook, czyta Mieczysław Hryniewicz tom 1 cyklu z A. Fischerem
"Tam Ci będzie lepiej to kryminał niemal doskonały, ale dla tych osób, które lubią historię. Ćwirlej jest godnym rywalem Marcina Wrońskiego w kategorii kryminał retro. Czytałam "Tylko umarli wiedzą" z tego samego cyklu, ale ten tom jest nawet lepszy.
Wydarzenia rozgrywają się w polskim już Poznaniu i w niemieckiej jeszcze Pile w 1924 roku. Tło historyczne odmalowane jest wręcz fenomenalnie. Jakiś czas temu głośne było hasło "dziadek z Wehrmachtu", z założenia ubliżające i dyskredytujące dziadka, a po części i wnuka. Lektura tej książki pomogłaby wielu osobom, które nie wnikały głębiej w ten temat, zrozumieć ten problem i całą złożoność życia na terenach takich jak Wielkopolska czy Pomorze. Mimo, że Ćwirlej umiejscawia akcję zaraz po I wojnie światowej, ale już wtedy doskonale widać wspomniany problem. Wszyscy niemal mężczyźni, występujący w książce podczas I wojny walczyli w armii pruskiej, chociaż mentalnie byli w większości Polakami, mieli obywatelstwo niemieckie i automatycznie podlegali poborowi. Nikt nawet tutaj niczego w tym zakresie nie rozważał, taka była kolej rzeczy. Gdy tylko pojawiła się okazja, wzięli udział w Powstaniu Wielkopolskim jako Polacy, a niemal zaraz potem w wojnie polsko - bolszewickiej w 1920r. Po zakończeniu I wojny część tych Polaków znalazła się w Polsce, np. w Poznaniu, a część np. na Pomorzu i formalnie byli Niemcami. Ci ostatni siłą rzeczy podczas kolejnej wojny znaleźli się w Wehrmachcie. Przykładowo główny bohater Antoni Fischer, Polak, właśnie podczas I wojny walczył w niemieckiej armii wraz z przyjacielem, Niemcem, bez żadnych polskich korzeni.
Ćwirlej świetnie opisał normalne życie w tamtych czasach, np. barki płynące Wartą, policjanci piszący piórem i atramentem, dorożki i automobile. Porażająca jest bieda i analfabetyzm u znacznej części społeczeństwa, bieda nie raz tak wielka, że ludzie cierpieli głód. Do tego brak zabezpieczenia socjalnego. Komicznie wyglądają też porównania osób, pochodzących z Wielkopolski i tych z Kongresówki. Fischer pracuje razem z oficerem, pochodzącym właśnie z Kongresówki. Jeden z nich jest rzetelny, punktualny, uporządkowany, o jakimkolwiek bałaganie nie ma mowy. U drugiego jest dokładnie odwrotnie.
Co do samej już akcji i głównych wątków, to jest i kryminalny i szpiegowski, ten ostatni jednak nie ma nic wspólnego z opowieściami o Jamesie Bondzie. Otóż i w Poznaniu i w Pile odnaleziono zwłoki prostytutek, które zostały zabite w sposób, który przypominał zabójstwa Kuby Rozpruwacza. A w zbliżonym czasie z kolei w jednostce wojskowej w Poznaniu zaginął oficer, a wraz z nim tajne dokumenty w postaci planu dyslokacji wojska i spisu agentury na pograniczu polsko - rosyjskim. Sprawę prowadzi komisarz Fischer, a wątek prostytutek w bardzo ograniczonym zakresie również jego przyjaciel, Niemiec, Carl. Wątki poprowadzone są bardzo zgrabnie, nie domyśliłam się do końca, kto był mordercą. Co do szpiega, to wątek ten jest bardziej zawiły, szpieg nie działa solo, jest siatka szpiegowska, w tym przypadku należeli do niej Polacy, zwerbowani przez bolszewików.
Gdy czytałam tom "Tylko umarli wiedzą" byłam przekonana, że głównym bohaterem jest Carl. Nie ulega jednak żadnych wątpliwości, że to Antoni Fischer. Walczył wcześniej w armii niemieckiej podczas I wojny, potem właśnie w Powstaniu Wielkopolskim i w wojnie z 1920r. Jest błyskotliwy, inteligentny, zdecydowany i jest sam. Dość mocno rozbudowane są też i inne postacie, np. właśnie Carl, ale nie tylko, bo często występuje poznański złodziej Antek Grubczyński. Charaktery w większości są ciekawe, skomplikowane. W związku z sylwetkami bohaterów jawi się jedna jedyna rysa na tym kryminale niemal doskonałym. Mianowicie w przypadku jednego z bohaterów pojawia się w paru miejscach coś, jak cień harlekina. Wszystko jest realne aż do bólu, a ten harlekin jest sporym zgrzytem. To zaledwie parę sytuacji, ale o te parę za dużo.
Mimo wspomnianego drobiazgu "Tam Ci będzie lepiej " to dla mnie I liga kryminałów retro. Do czasu tej książki niekwestionowanym królem w tym zakresie był dla mnie Marcin Wroński, teraz doszedł Ćwirlej. Poza tymi dwoma osobami, w I lidze widzę jeszcze Marka Krajewskiego. I to wszystko. Bohaterowie Krzysztofa Bochusa są zdecydowanie za prości. Widziałam, że do finału Nagrody Wielkiego Kalibru weszło kilka nieznanych mi kryminałów retro. Może być ciekawie.
5/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)