wtorek, 25 lutego 2025

J.K. Rowling „Harry Potter i Czara Ognia” – audiobook, czyta Piotr Fronczewski

 

Mimo że zna się przebieg wydarzeń, akcja wciąga. Piotr Fronczewski czyta rewelacyjnie, audiobook mocno zyskuje na jego osobie. Słuchanie Harrego to naprawdę dobra zabawa. Pierwszy czy drugi tom cyklu z punktu widzenia dorosłego czytelnika jest trochę dziecinny, ale potem jest coraz lepiej.

Jak zawsze Harry zmierzył z Voldemortem, ale wcześniej wziął udział w Turnieju Trójmagicznym, gdzie teoretycznie nie powinno go być, bo nie miał ukończonego wieku wymaganego do startu.

W tym tomie przewija się mocno motyw mierzenia się z wyzwaniami. Gdy zbliżał się dzień zadania w ramach tego turnieju, nasz bohater przeżywał wszystkie takie uczucia, jakie przeżywa każdy, kto musi się z czymś zmierzyć i nie bardzo ma na to ochotę. Przez kilka dni nie można o niczym innym myśleć, tylko o owym zadaniu, życie wydaje się mniej pociągające, wszystko drażni itp. Ale gdy jednak się to wyzwanie podejmie i zrobi to, co trzeba, wszystko wydaje się piękne. Harry nie dezerteruje, czy mu się chce, czy nie, podejmuje walkę. I w tym zakresie książka mocno motywuje, każdy ma przecież różne wyzwania, a to służbowe, a to prywatne, niekoniecznie muszą być one wielkie.

Piękny jest motyw takiej trwałej przyjaźni pomiędzy Harrym, Hermioną i Ronem, nie zawsze wszystko jest idealnie. Są sytuacje, gdy nie do końca się rozumieją, jedno potrafi urazić drugie, przykładowo Ron nie chciał uwierzyć Harremu, że ten nie zgłosił swojej kandydatury do turnieju. Harry posądzony o kłamstwo, był urażony, nie chciał kontaktu z Ronem. Dość szybko jednak obu chłopcom zaczęło brakować swojego towarzystwa. Pozostawało pytanie, jak teraz wrócić do stanu poprzedniego. Na szczęście się udało, Harry darował urazę, Ron zorientował się, że nie miał racji. Mimo drobnego nieporozumienia, mimo wyrządzonej przykrości, przyjaźń przetrwała.

8/10 

środa, 19 lutego 2025

„Moja kochana Judith” – Norm Foster, sztuka teatralna Teatr Kwadrat

 

        Poważne tematy w bardzo lekkim, humorystycznym opakowaniu, sztuki najczęściej napisane przez uznanych twórców i które przeszły już na deskach wielu, światowych teatrów próbę czasu, to wizytówka Kwadratu. „Moja kochana Judith” idealnie wpisuje się w tą konwencję.

        Na pierwszy rzut oka jest to opowieść o stosunkowo młodym biznesmenie, właścicielu wielkiej firmy, zdegenerowanym moralnie pod każdym względem. Wpadł on na pomysł, że chce się rozwieść, a potem ożenić z dotychczasową kochanką. Aby przyszła sprawa rozwodowa potoczyła się szybko, najlepiej było mieć dowody zdrady małżonki. Ściągnął więc na weekend do swojej wiejskiej rezydencji żonę, kochankę i zwykłego pracownika swojej firmy, a pracownikowi temu zlecił, aby uwiódł żonę, w zamian za miał dostać awans, połączony oczywiście ze znaczną podwyżką.

        Tak naprawdę ta sztuka jest o manipulacji ludźmi, o fałszu i prawdzie w relacjach międzyludzkich. Do pewnego momentu wszystkie te osoby łączy fałsz. Każdy coś udawał i taki stan trwał już od długiego czasu, nie dotyczyło to tylko tego, że pan domu miał kochankę, ale również wielu innych kwestii.

        Najciekawiej robi się, gdy konwencja się zmienia. Otóż przed owym weekendem żona, kochanka i ten pracownik się nie znali, w pewnym momencie zaś pomiędzy dwoma z tych osób zaczęła pojawiać się bliskość. Akcja zeszła z utartego toru. Te dwie osoby powoli, powoli zrezygnowały wobec siebie z fałszu. Zaczęły być ze sobą szczere, powoli zaczęły mówić, co czują, a nawet co złego kiedyś zrobiły. Widać było, że czują ulgę, niesamowitą wręcz ulgę, że mogą opowiedzieć komuś o wszystkim, co gdzieś je uwiera.

        Nie ulega wątpliwości, że sztuka jest dla każdego. Każdy w pewnym stopniu żyje w fałszu. I niemal każdy raz na jakiś czas, chociaż trochę, może niekiedy podświadomie, manipuluje innymi. W przestrzeni prywatnej tych mechanizmów, tego fałszu, tej manipulacji już nie powinno być, ale oczywiście są, może nie w aż tak ekstremalnej skali, jak w sztuce, ale są. I dlatego każdy, kto ma sobie pewną dozę autokrytycyzmu wśród postaci ze sztuki odnajdzie cząstkę siebie.

8/10



poniedziałek, 17 lutego 2025

Guillaume Musso „Ta chwila”

 


    Zygmunt Kałużyński mawiał, że jeżeli w filmie jest chociaż jedna scena, która zapada w pamięć i daje do myślenia, to bez względu na wszystko inne, film jest warty obejrzenia. E. M. Remarque w jednej ze swoich książek, chyba w „Łuku Triumfalnym”, napisał, że czasami banalna, prosta melodia tak potrafi wpaść w ucho i zawładnąć człowiekiem, że daje mu niekiedy więcej, niż najwspanialsze utwory największych kompozytorów. Tak właśnie jest z „Tą chwilą” G. Musso. Nie jest to literatura wysokich lotów, momentami jest grafomańska. Opowiada o tym, o czym pisało już wielu twórców, że czas ucieka, że trzeba żyć według zasady „Carpe diem”.

Jest jednak pewne ale. Ale mimo to Musso właśnie zmusza do refleksji. Może to jest kwestia sposobu opowiedzenia, siły sugestii, książka mimo wielu wad zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie.

    Narrator po wejściu do jednego z pomieszczeń w latarni morskiej wpadł w pułapkę czasową. Okazało się, że może przeżyć tak, jak chce, tylko jeden dzień w roku, przez resztę czasu znika i nie wie, co się z nim dzieje. Stara się więc wykorzystać ten dzień najlepiej, jak może, robi tylko to, na czym najbardziej mu zależy. Nie ma mowy o marnowaniu czasu, o spotykaniu się z ludźmi, z którymi nie ma ochoty się widzieć, o robieniu czegoś, czego się nie lubi i na co nie ma ochoty.

    Dla każdego czytelnika gdyby stanął przed takim dylematem, jak ów narrator, zapewne co innego byłoby najważniejsze. I to pytanie, co zrobiłabym w takiej sytuacji, gdybym miała wpływ tylko na jeden dzień swojego życia w roku, gdzieś tkwi w głowie podczas czytania.

„Tą chwilę” czyta się świetnie, można oderwać się od rzeczywistości. Zaskoczenie jest bardzo, ale to bardzo zaskakujące.

7/10

















środa, 12 lutego 2025

Keefe Patrick Radden „Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego”

 

Książka jest porażająca i to pod wieloma względami. Zasadnicza kwestia to oczywiście opis afery opioidowej w USA, zakończonej faktycznie zaledwie kilka lat temu. Jestem przekonana, że niemal każdy czytelnik, bez względu na doświadczenie i bez względu na to, z jak ciemną stroną życia zetknął się osobiście czy zawodowo, po lekturze stwierdzi, że jednak był naiwny. Opisana firma farmaceutyczna Prude i inne z nią powiązane działały jak mafia, korumpując lekarzy, którzy bez opamiętania na masową skalę wypisywali recepty na narkotyczny lek przeciwbólowy, silniejszy od heroiny, twierdząc że nie ma żadnych skutków ubocznych. Adwokaci współdziałający z tymi firmami byli w stanie zrobić wszystko dla pieniędzy, dyskredytować świadków, mieszać ich z błotem itp. Z firmami współdziałała amerykańska agencja, zajmująca się rejestracją leków. Liczba ofiar śmiertelnych to 600 000 – 800 000 tysięcy ludzi i miliony osób, które stały się uzależnionymi narkomanami.

Nie tylko to jednak było ciekawe. Najbardziej intrygująca część książki dotyczy jednak kwestii późniejszych, gdy z tą machiną podjęto walkę. Wydawało się to niemożliwe, bo korupcja, powiązania osobowe i finansowe sięgały szczytów władzy, ale znalazło się parę osób, które tą walkę niezależnie od siebie podjęły. Robiło to wrażenie, jakby Dawid miał się mierzyć z Goliatem. Jedną z tych osób była fotografka, która zmagała się z uzależnieniem, była dosyć znana, podjęła kampanię społeczną, organizowała happeningi, zyskiwała masowe zainteresowanie i poparcie. Drugi to prokurator, a mieć trzeba na względzie, że wcześniejszą sprawę karną zakończono po interwencji na bardzo wysokim szczeblu. Kolejny to dziennikarz. To właśnie zwyczajni ludzie nie mając żadnej gwarancji, że się uda, poświęcili czas, zdolności na walkę. Było to tak jak u Tolkiena, gdy Frodo, zwyczajny hobbit, podjął walkę najstraszniejszym złem, jakie istniało i wygrał. W „Imperium bólu” ta wygrana nie jest taka jednoznaczna.

Zwraca ponadto uwagę wiele innych kwestii, jak chociażby zjawisko, które autor określił jako „całkowity braku refleksji moralnej” ze strony pracowników opisywanej firmy farmaceutycznej. Ciężko jest powiedzieć, czy jest to tylko poza, czy może mają w sobie jednak poczucie winy. Ale skoro tej firmy nie opuścili,  gdy informacje o tym, czym jest jej lek, stały się głośne i powszechne dostępne, to chyba jednak wyrzutów sumienia nie mieli. Zresztą masa ludzi pracuje w firmach, produkujących różne rakotwórcze produkty np. jedzenie i im to nie przeszkadza, nie jest to więc aż tak bardzo dziwne.

Nasuwa się także myśl, że ruchy anty szczepionkowe też mogą mieć źródło w aferze opioidowej. Pojawiła się totalna nieufność do firm farmaceutycznych i do lekarzy. 

9/10



piątek, 7 lutego 2025

Jon Fosse „Białość”

 

        Jon Fosse jest sporym wyjątkiem wśród noblistów. Ostatnimi czasy Literacki Nobel przyznawany był pisarzom o światopoglądzie lewicowym, którzy z religią nie mieli wiele wspólnego, a już z pewnością nie z katolicyzmem. Fosse, Norweg, jest katolikiem i w swej twórczości skupia się na treściach egzystencjalnych, w tym dotyczących Boga. Czytałam, że w częściowo zlaicyzowanym, a częściowo protestanckim społeczeństwie norweskim, w szczególności wśród osób bogatych i wykształconych, katolicyzm teraz powoli, powoli zyskuje zainteresowanie.  Znaczna część tych osób zjeździła już kawał świata, mogą kupić sobie co tylko chcą, próbowali różnych nowych trendów, a katolicyzm zaczynają postrzegać jako coś trwałego i ponadczasowego w zmiennym świecie. Komitet Noblowski określił twórczość Fosse jako „dającą wyraz niewysłowionemu”. Lektura „Białości” to zmierzenie się z prozą naprawdę unikalną. 

        „Białość” to miniaturowe opowiadanie. Opisywane wydarzenie jest tylko pretekstem do rozważań, jakie można snuć po jego przeczytaniu. Narrator jedzie zimą i nocą samochodem przez las, a gdy dalsza jazda jest już niemożliwa, wychodzi w ten las, na zimno i śnieg i idzie przed siebie, nie za bardzo wiadomo po co. Spotyka dziwną Białą, Świetlistą Postać, od której bije ciepło i jeszcze trzy inne osoby. Nie są to materialne postacie. 

         W opowiadaniu nie jest powiedziane wprost, kim jest Świetlista Postać. Można się więc nad tym zastanawiać, aczkolwiek jednoznaczne skojarzenia nasuwają się same. Opis tej postaci nie ma sobie absolutnie nic z grafomanii. Rozważania co do tożsamości nieznanej narratorowi osoby są trudniejsze. Można myśleć także o tym, co symbolizuje bezcelowa jazda samochodem, potem błąkanie się po ciemnym lesie. Właściwie każdy fragment tej miniaturki można analizować i rozmyślać nad nim. 

8/10





wtorek, 4 lutego 2025

Leszek Herman „Sedinum. Wiadomość z podziemi” – tom I cykl „Sedinum” audiobook, czyta Piotr Grabowski

 

        Naprawdę dawno mnie coś tak bardzo nie wciągnęło, jak właśnie „Sedinum”. Słuchając audiobooka, czułam się wręcz  jak osoba uzależniona, ledwo co skończyłam słuchać tego tomu i sięgnęłam już po kolejny. Książka napisana jest bardzo, ale to bardzo lekko. To w pewnym sensie majstersztyk, bo po lekturze Szczecin, o którym wiedziałam bardzo mało, wydał mi się intrygujący i warty zobaczenia. Momentami akcja przypomina trochę przygody Pana Samochodzika dla dorosłych, ale można się przyzwyczaić. 

    Wątki z czasów współczesnych to kryminał i powieść przygodowa. Są liczne nawiązania do przeszłości, trochę do II wojny, ale w aspekcie wyjątkowo mało znanym, bo tamte czasy przedstawione są z niemieckiego punktu widzenia, Szczecin przecież długo był niemiecki. Mowa jest m. in. o arystokracji niemieckiej z Pomorza, o Werwolfie, czyli niemieckim ruchu oporu na ziemiach, które Niemcy tracili po wojnie na rzecz  Polski. Arcyciekawe są odniesienia do XVI wieku w Księstwie Pomorskim i rządów księcia Barnima IX, w tym również w Szczecinie. O tych kwestiach w szkole nie uczono, przez wieki nie były to ziemie polskie, a jednocześnie nie działo się tam nic tak spektakularnego, aby mogło mieć wpływ na dzieje Europy. Książek na ten temat też wiele nie ma. Barnim był wyjątkowo światłym władcą, interesował się m. sztuką, był wszechstronnie wykształcony, w księstwie wprowadził protestantyzm. Jest też co nieco o malarstwie, w tym Cranacha. 

        Odnośnie samego Szczecina, to mowa jest tu w dużej mierze o szczecińskich podziemiach, o architektach, będących masonami, a którzy mieli gigantyczny wpływ na kształt miasta. Jeden z bohaterów jest architektem, jego koleżanka to dziennikarka,  są więc różne ciekawostki o pracy w tych profesjach. Dla przeciwwagi ich znajomy Anglik to syn pochodzi z bajecznie bogatej rodziny, jest synem lorda, są więc o obrazy życia wyższych sfer. 

8/10

  


czwartek, 30 stycznia 2025

Tove Jansson „Opowiadania z Doliny Muminków”

 

    Nie przepadam za opowiadaniami, ale te, które napisała Tove Jansson są świetne. Czyta się je rewelacyjnie, chociaż są króciutkie,  są jeszcze ilustracje autorki. W każdym opowiadaniu na przykładzie jednego z bohaterów pokazana jest jakaś życiowa prawda. Nie są to kwestie odkrywcze, ale warto sobie je przypomnieć, tym bardzie że nie dotyczą sytuacji wydumanych, tylko częstych i realnych. Wszystko opisane jest oczywiście w lekkiej i często humorystycznej formie. 

    Przykładowo mamy „Filifionkę, która wierzyła w katastrofy”. Filifionka stale się czegoś obawiała, a nawet gdy wszystko było ok, była przekonana, że zaraz się coś popsuje. No i jednego razu nad brzegiem morza, gdzie stał dom Filifionki, rozpętała się potężna burza i powstała nawet trąba powietrzna. Początkowo, przez chwilę, Filifionka wpadła w panikę i była przerażona. Potem wyszła z domu, całkiem racjonalnie bojąc się, że dom się rozleci, usiadła na plaży. Katastrofa, której się obawiała, właśnie nadeszła. Ale nie mogła nic zrobić, nie było drogi ucieczki. Zaczęła przyglądać się żywiołowi. „Najdziwniejsze zaś było to, że nagle poczuła się zupełnie bezpieczna. Było to bardzo szczególne uczucie”. Przestała się bać. Zmierzenie się z tym, czego się obawiała, okazało się o wiele sensowniejsze, niż życie w wiecznym strachu. Po wszystkim wiedziała, że nigdy nie będzie już taka jak wcześniej.

    Każdy czytelnik znajdzie tu coś dla siebie. W każdym opowiadaniu jest coś uniwersalnego, a to np. tęsknota za czymś nieokreślonym, pragnienie wędrówki – „Tajemnica Hatifnatów”, a to potraktowanie prawdziwej przyjaźni jako jednej z najważniejszych rzeczy na świecie, dla której warto coś drobnego poświęcić – „Historia o ostatnim smoku na świecie”, albo alegoryczne pokazanie, jak przy złym traktowaniu człowieka staje się on niewidzialny i co może dziać się później, gdy ta sama osoba znajdzie się w życzliwym otoczeniu – „Opowiadanie o niewidzialnym dziecku”, no i różne inne. 

8/10


piątek, 24 stycznia 2025

Lilian Jackson Braun „Kot, który czytał wspak”

 


    Tak jak przypuszczałam, gdy po 10 latach skończyłam czytanie ulubionej serii, czytając po 2, 3 czy 4 tomiki na rok, zaczynam od początku. Czerpanie autentycznej radości ze zwyczajnego życia i plejada godnych podziwu i uwagi oryginałów to coś w rodzaju znaku firmowego tej serii. 

        Qwill, dziennikarz po okresie alkoholizmu i po rozwodzie, osiedlił się w innym mieście i rozpoczął pracę w miejscowej gazecie. W I tomie pojawia się diaboliczny krytyk sztuki, Mountcelemens jego recenzje są niemal genialne, ale często bardzo ostre. Mountcelemens to prawdziwy esteta, który wszędzie musiał otaczać się pięknem, w domu miał wiele dzieł sztuki, jego meble były piękne i funkcjonalne, każdy przedmiot, jaki posiadał, musiał być bardzo dobrej jakości. Gdy Qwill usiadł u niego w domu w fotelu, poczuł, że chyba nigdy nie było mu tak wygodnie. Posiłki które Mountcelemens przygotowywał, to były dzieła sztuki zarówno pod względem smaku i wyglądu.  Czytając, trudno oprzeć się wrażeniu, że naprawdę warto zadbać bardziej o swoje najbliższe otoczenie pod względem estetyki. 

        Qwill natomiast zgodził się na to, aby obok Mountcelemensa prowadzić w gazecie dział, dotyczący sztuki współczesnej. O sztuce nie miał zielonego pojęcia,  zaczął więc zgłębiać temat, chodzić na wystawy, dał szanse tej sztuce, aby go zafascynowała, co może zrobić oczywiście każdy. 

        Qwill zobaczył np. fascynujący obraz, na którym pozornie były tylko plamy i trójkąty, ale gdy zaczął się w niego wpatrywać,  spod plam zaczął się wyłaniać jakiś wizerunek, aż „poczuł na sobie spojrzenie dwojga oczu, spozierających z głębi. W miarę jak przyglądał się dokładniej, wyraz tych ślepi zmieniał się, z początku niewinny, potem rozumny, a wreszcie dziki”. Były to również „oczy pełne tajemnicy i przekory”. Malarka namalowała także kilka studiów kota, przy czym „uchwyciła całą tajemnicę, magię przewrotność, figlarność, dzikość, buńczuczność i lojalność”.  Okazało się więc, że było warto zająć się tym tematem, zamiast np. narzekać na monotonię życia.  

        O tej samej książce ale z innej nieco perspektywy już pisałam na tym blogu. 

10/10


środa, 22 stycznia 2025

Krzysztof Koziołek „Nad Śnieżnymi Kotłami”

 

        Jest to bardzo przyzwoity kryminał retro, umiejscowiony w 1939r. w Szklarskiej Porębie – wówczas Schreiberhau  i okolicach. Warstwa historyczna, realia życia i obraz tamtego regionu są odtworzone rewelacyjnie. Są tu nawiązania do Walonów, którzy przybyli w poszukiwaniu skarbów, są opisy gór i hotelu górskiego na Śnieżnych Kotłach, tuż nad przepaścią, są opisy turystów i w ogóle życia w niemieckim turystycznym miasteczku. 

        Czytając K. Koziołka porównywałam tą książkę do kryminałów Sławomira Gortycha, których akcja toczy się w Karkonoszach w różnych płaszczyznach czasowych. Na temat historii regionu, obyczajów itp. kwestii, zdecydowanie więcej można się dowiedzieć z książki R. Koziołka. U Gortycha jest wprowadzony wątek Ducha Gór, czyli element czegoś w rodzaju tamtejszej mitologii i mocno zaakcentowany jest wątek romansowy. Dzięki mniejszej faktografii książki Gortycha czyta się lżej, są idealne na zmęczenie, czytają się niemal same. Krzysztof Koziołek też potrafi tak pisać, w tak lekki sposób napisany jest chociażby jego „Biały pył. Piekło na K2”. W przypadku „Nad Śnieżnymi Kotłami” tej lekkości trochę brakuje, w zamian jest dbałość o realia historyczne. Myślę jednak, że lektura K. Koziołka również mogłaby kogoś  porwać i doprowadzić do tego, że  pojechałby w Karkonosze, tak jak to miało miejsce w moim przypadku po lekturze trzech tomów Gortycha.

        O książce tej będzie trudno zapomnieć chociażby z tego względu, że świetnie pokazuje, jak bardzo Niemcy w przededniu wybuchu II wojny  mieli zlansowane mózgi chociażby w kontekście wyższości określonej rasy i wspaniałego, pozbawionego ułomności człowieka niemieckiego. W Szklarskiej Porębie istniało coś, co nazywało się: Dom Opieki dla Idiotów, K. Koziołek pokazał, jak wyglądała „opieka” nad upośledzonymi i co na ten temat sądzili wykształceni Niemcy.

8/10


czwartek, 16 stycznia 2025

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka „Głosy. Co się wydarzyło na wyspie Jersey” – audiobook, czyta Mateusz Drozda

 



    W książce tej jest trochę historii wyspy, sporo jest o emigrantach z Polski, zarówno tych co w latach 90-tych zdecydowali się na zarobkowanie na wyspie w warunkach urągających ludzkiej godności, jak też i o emigrantach już późniejszych. Najwięcej miejsca oczywiście poświęcone jest naszemu rodakowi, który w 2011r. zabił 6 osób, w tym najbliższą rodzinę. Przed zbrodnią można było go określić mianem zwykłego człowieka, który niczym szczególnym się nie wyróżniał. Autorzy starali się ustalić, dlaczego doszło do tej tragedii. Rozmawiali chyba z każdym, kto miał wcześniej kontakt z zabójcą, prześledzili akta sprawy sądowej, gdzie najwięcej czasu pochłonęła polemika lekarzy psychiatrów na temat tego, czy był on poczytalny, czy całkowicie czy tylko częściowo. 

    Ta książka jest o tym, jak to w pewnych sytuacjach człowiek pęka, siada mu całkowicie psychika i staje się zdolny do zrobienia czegoś, czego w normalnych warunkach nigdy by się nie podjął, ujawniają się wówczas zaburzenia psychiczne czy nawet choroba psychiczna. Co oczywiste, dla jednego określona sytuacja będzie czymś nie do zniesienia, a ktoś inny wyjdzie z niej bez szwanku lub nawet wzmocniony, na zasadzie takiej, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Dla sprawcy tragedii tą graniczną sytuacją okazała się emigracja, mimo iż był emigrantem już długo i wszystko wskazywało na to, że się do tego stanu przyzwyczaił, no i poważne problemy małżeńskie, w tym groźba bycia porzuconym. Każdy czytelnik zauważy też z pewnością różne inne związane z tym niby drobiazgi, ale w rzeczywistości zdarzenia z życia, które doprowadziły do dramatu. 

Najciekawszymi fragmentami z kolei były dla mnie stenogramy z rozpraw sądowych, kiedy to wypowiadali się psychiatrzy i mimo szeregu przekonujących argumentów, nie doszli do konsensusu. Sąd wydał wyrok, uznając za najbardziej trafną jedną z opinii. Spór między psychiatrami dotyczył m. in. tego, czy zabójca cierpiał na depresję, jakie zachowanie wskazuje na brak poczytalności itp. Po przeczytaniu książki, czy też po wysłuchaniu audiobooka można wzbogacić wiedzę psychiatryczną i psychologiczną. 

Trochę rozczarowujące było dla mnie to, że tak naprawdę nie udało się ustalić, co tak naprawdę siedziało w głowie zabójcy, był on mocno skryty, pozostał zagadką. 
7/10

sobota, 11 stycznia 2025

Agata Christie „Noc i ciemność”

 

    Królowa Kryminału poza powieściami z panną Marple, z Herkulesem Poirot oraz z Tommym i Tuppence napisała też sporo kryminałów, których nie można przypisać do żadnego schematu. I te właśnie powieści zasługują na szczególną uwagę.  

  „Noc i ciemność” szalenie wciąga, a do tego wszystkim wydarzeniom towarzyszy aura tajemniczości i grozy. Mimo tego jest też humor. Już na samym początku Cyganka przepowiedziała młodej, bogatej Ellie, żeby jak najdalej trzymała się od miejsca, określanego jako Cygańskie Gniazdo. Również niemal od początku wiadomo jest, że Ellie wraz z mężem jednak sprowokują los i zechcą tam zamieszkać. 

Ta powieść jest po prostu o złu, które na zło wcale nie wygląda, bo reprezentowane jest przez pozornie zwykłego człowieka. Jest o złu, które jest nie do zatrzymania, nie ma żadnej osoby ani siły, które byłyby w stanie je powstrzymać, najpierw drzemiące, a potem rozwijające się w człowieku. W "Tajemnej historii" Donny Tartt, o której pisałam tutaj, jeden z bohaterów po dokonanej zbrodni zaczytywał się w książkach o naturze zła. Powiedział on: "Całe dnie spędzałem w bibliotece, czytając dramaturgów epoki Jakuba I. Webstera i Middletona, Tourneura i Forda. Była to oryginalna specjalizacja, ale zdradziecki świat przy świetle świec, w którym się poruszali - świat nieukaranych grzechów, zbrukanej niewinności - bardzo do mnie przemawiał". "Dramaturdzy tej epoki znakomicie znali naturę katastrofy. Wydawało się, że nie tylko rozumieją zło, ale i całą baterię sztuczek, którymi posługuje się zło, aby stwarzać pozory dobra. Czułem że dotykają samego sedna sprawy, fundamentalnej zgnilizny świata". Do listy tych autorów, wychodząc oczywiście poza ramy czasowe wskazanej epoki, można byłoby spokojnie dodać Agatę Christie i jej „Noc i ciemność”. 

Przewija się tu ponadto grupa arcyciekawych postaci, fikcyjnych oczywiście. Jedna z nich to genialny architekt, który zdolność błyskawicznego rozpracowywania ludzkich charakterów. Gdy kogoś poznaje, wie lepiej od tego drugiego człowieka, jaki dom byłby dla niego najlepszy. Jest to tak, jakby ktoś poszedł do wybitnego krawca, a ten wiedziałby, w czym będzie najlepiej wyglądał i najlepiej się czuł. Jest przyjaciółka Ellie, Greta, która wywiera na nią tak potężny wpływ, niczym jakiś demiurg, do tego stopnia, że niekiedy robi to takie, wrażenie, jakby Greta zawładnęła psychiką Ellie. 

9/10