piątek, 16 lutego 2024

Joseph Roth „Białe miasta”

 

Białe miasta - Joseph Roth

        Pisałam już kilkakrotnie przy okazji wcześniej czytanych książek Josepha Rotha, że jest on dla mnie niemal geniuszem literackim i mistrzem empatii. „Białe miasta” to zbiór refleksji, jakie autor snuł 100 lat temu jako korespondent jednej z gazet podczas indywidualnych wycieczek po francuskich miastach. Oglądanie tych miast i miasteczek stanowiło dla niego bodziec do rozważań. Joseph Roth nie  wyznaczał sobie celów turystycznych do zaliczenia, oglądał to, co uznawał  za godne obejrzenia. Książeczka jest bardzo skromna objętościowo, ale w tych króciutkich formach jest dużo więcej godnej uwagi treści, niż w  wielu olbrzymich dziełach. 

       W mijanych osobach doszukiwał się podobieństwa do osób znanych, pochodzących czy z Południa Europy, czy z tych miejscowości, albo z nimi związanych. „I tylko tu i ówdzie błyśnie kobieca uroda Hiszpanki Raquel Miller, temperament Mistinguett, wielka złośliwość wielkiego karła Little Tich”. Nie kojarzę ani jednej ze wskazanych postaci, w przypisach jest to wyjaśnione, ale to ma znaczenie drugorzędne. Tu bardziej chodzi o mechanizm, zwiedzając myślał o ludziach z minionych epok i współczesnych.  

         W jeden z miejscowości zastanowił go pomnik fundatora szkoły, zupełnie nieznanego, najprawdopodobniej mało kogo taki pomnik zainteresowałby. Pisarz przyglądał mu się i usiłował dowidzieć się z niego czegoś o człowieku. Patrzył na twarz: „Co za mądra powściągliwość, jakże godna jezuickiej tradycji”. „Kim jesteś? Człowiekiem wierzącym, sceptykiem, znawcą ludzi, wzgardliwcem? Myślę, że postanowiłeś wydawać się wszystkim, a być tylko tym, czego nie wolno wiedzieć.? Nie byłeś uczonym, bo zrobiłeś karierę. Nie miałeś ideałów, bo miałeś ambicję”. Jak zwykle spojrzenie pisarza jest odmienne od ogółu. Sporo osób, patrząc na tych ludzi, którzy zrobili karierę, postrzega ich jako zwycięzców, a tych, którzy nie mają takiego osiągnięcia, jako przegranych. Joseph Roth w tym króciutkim zdaniu wskazuje inny punkt widzenia. Gdy się ma ideały, raczej nie da się zrobić kariery, robiąc bowiem karierę trzeba iść na kompromisy, te ideały zdradzać. Przykładowo ktoś zajmujący się pracą naukową i nie zabiegający o niczyje względy, nie dbający o swoja pozycję, również kariery nie zrobi. Jest to oczywiście pewne uproszczenie, ale jest w tym olbrzymia doza racji. 

        Wśród rozważań jest też mowa o wpływie klimatu na ludzkie zachowania.   „Ach, już rozumiem, dlaczego tu rosną racjonaliści, a gdzie indziej kwitną mistycy. Wiatr. Tu nie ma lasów”. Autochtonów pisarz postrzegał jako zadowolonych, a nawet szczęśliwych nawet w starszym wieku.  „Radość życia gwarantuje zachowanie werwy do późna”. Gdy oglądał podupadłe miasto, niegdyś wielkie, zauważył że „Dziś jest ponure, zgorzkniałe, skwaszone, wypełnia je małoduszna nieufność do obcych, często spotykana w podupadłych sklepikach”. 

          Najbardziej przejmujący był opis corridy, którą pisarz postrzegał jako coś odrażającego, pomimo że w jego czasach nie było mowy o prawach zwierząt i ich dobrostanie. Tak opisał ludzi zaangażowanych w to widowisko. „Pomocnik golarza, krawiec, wachmistrz  staje się na widok zwierzęcia herosem. W cywilu to mieszczuch.  Dziś niewykluczone, że kolorowa chusta, która drażni byka, wypełnia skąpego wieśniaka, który boi się żony, autentyczną odwagą”. „Wokół, za osłoną otoczenia, stoją faceci w niedzielnych ubraniach, faceci z brzuchami, mięczaki ze stroskanymi twarzami, znamionującymi jedynie szarą powszedniość i odrobinę ambicji. I ci ludzie ciskają bykowi pod nogi czapki i złorzeczenia, drażnią go, a gdy rusza w stronę barierki, szybko znikają.  Udają, że gotowi są chwycić byka z rogi . I widzę ich smętne życie codzienne, kwaśne jak ich twarze, ich uległość wobec wszystkiego, co zakrawa na „bogactwo” i „zwierzchność”. Ich arogancję wobec bezbronnych i  ich pokorę w obliczu siły”. „Żaden z poetów tej krainy nie miał nic do zarzucenia walkom byków”. Pisarz doszedł też do wniosku, że tacy sami ludzie fascynowali się w starożytności walkami gladiatorów. 

         Gdy oglądał zamek, który go zafascynował, miał z kolei takie skojarzenia. „To dziedziniec dla starców, którzy nie boją się śmierci i tęsknią do nieba: w tych pasażach odnajdują już przedsmak cienistych, zielonych, a przecież przesyconych światłem pasaży niebiańskich”

        No i na koniec wisienka na torcie. W jednym z miasteczek „w każdym domu koty. Miękkie, puszyste zwierzęta o wielkich, mądrych, zapatrzonych w wieczność oczach.” 
10/10

środa, 14 lutego 2024

Maryla Szymiczkowa „Śmierć na Wenecji”

 

      Kolejny tom cyklu o amatorce detektywce – profesorowej Szczupaczyńskiej jest wyjątkowo oryginalny, temat wielkiej powodzi w Krakowie sprzed 100 lat nie był chyba jeszcze opisywany w literaturze popularnej. Podejście do tematu też jest nietypowe, bo uwaga czytelnika zwrócona jest nie tylko na dwa podejrzane zgony, ale na zachowania ludzie w trakcie ekstremalnej sytuacji. Można porównać do tego, jak to wygląda teraz, gdy zachodzi potrzeba, aby komuś pomóc, jedni się angażują maksymalnie, inni wcale, jeszcze inni robią na nieszczęściu interesy. Jak już pisałam przy okazji wcześniejszego tomu, przypuszczam, że unikalne spojrzenie na świat wynika z tego, że autorzy, kryjący się pod pseudonimem Szymiczkowa, są parą gejów. 

      Opisywane wydarzenia rozgrywają się w ciągu kilku dni, ale nie jest to z pewnością powieść akcji, momentami czytanie wciąga, częściej jednak można bez pośpiechu kontemplować widoki Krakowa sprzed 100 lat. W porównaniu do obecnych czasów, odnosi się wrażenie, jakby wszystko wówczas toczyło się wolniej. Zagadka, kto zabił, ciekawi umiarkowanie, ale pod koniec jest spora niespodzianka, zakończenie jest mocno zaskakujące.   

    Nie jest to powieść psychologiczna, ale są frapujące pod tym względem fragmenty. Przykładowo Szczupaczyńska czuje dyskomfort, gdy przypomina sobie, że jej ukochany mąż nic nie wie na temat jej największej pasji i nie przychodzi mu nawet na myśl, że ona zajmuje się jakimiś śledztwami i tropi morderców.  Nie ulega wątpliwości, że małżeństwo jest udane i to nawet bardzo. Szczupaczyńscy nie mają dzieci, ale w swoim towarzystwie bardzo lubią przebywać. Otóż ona z jednej strony nie chce oszukiwać męża, ale z drugiej chce mieć kawałek życia tylko dla siebie, taki prywatny, dostępny tylko dla niej. Wie, że mąż gdyby się dowiedział, czułby do niej wielki żal, że go oszukiwała, ale szkoda jej rezygnować z tego jedynego fragmentu życia, dostępnego tylko dla niej. 

7/10


wtorek, 6 lutego 2024

Agata Christie „Entliczek pentliczek”

 

     „Entliczek pentliczek” to pozycja trochę nietypowa jak na Agatę Christie. Wydarzenia w dużej mierze rozgrywają się akademiku, jest dużo więcej bohaterów niż zazwyczaj. Z elementów typowych jest oczywiście Herkules Poirot, który jak zawsze daje popis logicznego myślenia, obserwuje ludzi i bezbłędnie potrafi odkryć ich tajemnice i motywy działania. Na terenie akademika najpierw pojawiła się seria dziwacznych zdarzeń, np. komuś zniszczono plecak, komuś ukradziono jeden but, a potem jest już seria morderstw.  

  Pozycja jest lekko napisana, ze sporym poczuciem humoru. Przykładowo Christie zauważa, że w medycynie istnieje moda na leczenie określonymi lekami, przez jakiś czas lekarze przepisują modny lek, potem zaś idzie on w odstawkę, przepisują inny itp. Autorka pracowała w aptece, tak więc wie, co mówi, tak zresztą jest i obecnie. Możemy te przeczytać opis jednych z najbardziej oryginalnych oświadczyn, oświadcza się kobieta, u Christie z reguły jedną z bohaterek jest mądra, energiczna kobieta z inicjatywą i to inicjatywą na wielu polach. W obecności jej ukochanego, który nie był nawet narzeczonym, tylko zaledwie znajomym, spytała innego kolegę, obcokrajowca, czy chciałby być świadkiem na ślubie, objaśniła mu, na czym to polega. Znajomy zaskoczony, zapytał, czy to oznacza, że ona wychodzi za mąż za – tu wymienił imię, stojącego przy nich chłopaka, powiedzmy Albert. Ona odparła, że o ile „Albert” nie ma nic przeciwko temu, to jak najbardziej. 

   Z racji tego, że bohaterów jest sporo, nie ma dłuższych opisów poszczególnych osób, o każdym są jedynie najważniejsze kwestie. Są też oczywiście ponadczasowe myśli Herkulesa. Przykładowo gdy zastanawiał się, kto mógłby być zabójcą, u wielu z analizowanych osób wskazywał cechę, która mogła spowodować, że ten ktoś mógł stał się zbrodniarzem. Gdy wziął pod uwagę młodą dziewczynę, doszedł do konkluzji, że jak najbardziej mogłaby być zabójcą, bo to „typ macierzyński”, a takie zawsze są bezlitosne. 

8/10


niedziela, 28 stycznia 2024

Lee Child, Andrew Child „Strażnik” – audiobook, czyta Janusz Zadura

 


Audiobook Strażnik  - autor Lee Child;Andrew Child   - czyta Janusz Zadura

     Spośród wszystkich tomów całego cyklu, który w przeważającej większości znam, ten uważam za jeden ze słabszych. Opisywana intryga kompletnie mnie nie wciągnęła, a zawsze jest dokładnie odwrotnie. Prawdopodobnie wynika to z tego, że to jest pierwszy tom, który Lee Child napisał wspólnie z bratem. Może w dalszych tomach pomysł pisania we dwójkę wypali, z pewnością na razie się nie zniechęcam. Może też taki odbiór wynika z tego, że już ponad rok nie miałam w ręce żadnego tomu z Reacherem, można odzwyczaić się od konwencji cyklu.

    Reacher jest tu taki sam jak zawsze, odważny, inteligentny, niestandardowy, ryzykancki, ale nie mający nic wspólnego z typem osobnika grzecznego. Tutaj jednak cały czas działa w porozumieniu z kilkom innymi osobami, za mało jest jego indywidualnych akcji, a jest on przecież samotnikiem. Zagadka związana jest w dużej mierze z komputerami, a Reacher na nich kompletnie się nie zna, jest wręcz bezradny i bez pomocy osób trzecich nic nie jest w stanie zrobić.  Bezradny Reacher jest zaprzeczeniem idei cyklu.

    Tym razem wrogiem Reachera jest rosyjski agent i wspierająca go grupa osób. Rosjanie chcą posiąść umiejętność opanowania amerykańskiej rządowej sieci komputerowej bez pozostawienia śladu,  i wpływać później na wyniki wyborów. Kluczowe znaczenie ma tu program broniący dostępu, tytułowy Strażnik. Temat jest godny uwagi, ale sposób jego opisania jest nieco gorszy. Powinno to wciągać czytelnika, czy też słuchacza audiobooka, a nie wciąga. 
6/10

środa, 24 stycznia 2024

Gunter Grass „Blaszany bębenek”

 

    Powieść czytało mi się koszmarnie. Napisana jest strasznym, ciężkim stylem, wszystkie tomy „W poszukiwaniu straconego czasu” są w porównaniu do tego niesamowicie wciągające. Sporo jest opisów wydarzeń, które teoretycznie mają w sobie potencjał i są interesujące, sposób ich opisania jest jednak taki, że trudno przez tekst przebrnąć i pozostaje totalny niedosyt, tak jest np. z Nocą Kryształową. Do tego dochodzą elementy realizmu magicznego, np. Oskar potrafiący głosem rozbijać szyby, albo Oskar rozumiejący, o czym mówią dorośli w chwili jego narodzin. Jeśli ktoś czegoś takiego nie lubi, to czytanie będzie jeszcze trudniejsze.  

     W zamian  za tą męczarnię przy czytaniu uzyskuje się unikalne spojrzenie na historię pierwszej połowy XX wieku Gdańska i Kaszub i na dzieje ludzi, którzy tam wówczas żyli. Grass, Niemiec, opisuje wydarzenia z punktu widzenia Oskara, który urodził się w rodzinie kaszubsko – polsko – niemieckiej. Dzieciństwo spędził w towarzystwie osób, wśród których byli również i Żydzi. Unikalne jest patrzenie na historię z punktu widzenia osób, które nie są rdzennymi Polakami. Ludzie ci przykładowo uciekali przed Armią Czerwoną na zachód, zostawiając w Gdańsku swoje domy, niejednokrotnie należące do danej rodziny od pokoleń. 

    Oryginalny jest też sposób opisywania wszystkiego, co działo się dookoła. Nigdzie nie ma patosu ani martyrologii, walczący przykładowo w obronie Poczty Polskiej w Gdańsku we wrześniu 1939r. pokazani są z wszelkimi ich wadami. Nie ma zbyt wiele psychologii, są tylko lakoniczne informacje. 

    Jedna z nielicznych kwestii, która mnie zaintrygowała, to muzyka, a konkretnie gra Oskara na tytułowym blaszanym bębenku, która była jego nieodpartą potrzebą od czasów dzieciństwa. Potrafił, grając, opowiadać o wydarzeniach, jakie się rozgrywały na jego oczach i o swoich uczuciach. Gdy był już dorosły, potrafił opisać, grając na bębenku, całe swoje życie, a tym samym historię Niemców z pierwszej połowy XX wieku.  

7/10


piątek, 19 stycznia 2024

Maria Nurowska „Sergiusz, Czesław, Jadwiga”

 

    Nurowska potrafi pisać tak, że trudno jest się oderwać od tekstu. Ta książka to głównie opowieść o Sergiuszu Piaseckim, kobiecie, która kochał, Jadwidze i o Czesławie Miłoszu, który miał wcześniej z ową Jadwigą romans, zakończony ciążą. Jest to mniej znany epizod z życia naszego noblisty.

   Wielkim atutem powieści są liczne nawiązania do twórczości zarówno Piaseckiego, jak i Miłosza. Jest wiele cytatów. O książkach Piaseckiego pisałam już wcześniej. Nurowska zamieściła sporo cytatów obu twórców, w przypadku Miłosza głównie z listów z wierszy, ale głównie pod kątem nawiązań do Jadwigi, poeta opisywał ją kilkakrotnie, będąc w różnym wieku, w tym również pod sam koniec życia. Pomimo tego, że ją porzucił i nie wykazywał jakiegokolwiek zainteresowania dzieckiem, najprawdopodobniej to ona była największą miłością jego życia. Nurowska zamieściła również jeden z moich ulubionych wierszy Miłosza, „Krzyś”, który jest o śmierci, ale takiej której nie trzeba się bać, która jest przyjacielska, pochodzi ze zbioru „Piasek przydrożny”.     

    Nurowska pisząc o tych konkretnych osobach podjęła też na ich przykładach tematy uniwersalne. Na przykładzie Piaseckiego przedstawiła życie człowieka bezkompromisowego, który łatwo się zniechęca do ludzi, ocenia ich kategorycznie i bezwzględnie, nie dotyczy to oczywiście tylko Miłosza. Nienawiść do Miłosza nie wynikała tylko ze stosunku do Jadwigi, ale i podejścia do minionego ustroju w PRL. Piasecki mimo, że był człowiekiem, uczciwym, odważnym, a do tego świetnym pisarzem, zmarł w samotności, na obczyźnie. Z kolei na przykładzie Miłosza obserwować można życie ze świadomością dokonania w przeszłości złych wyborów, przy jednoczesnej niezrozumiałej niemożności podjęcia próby naprawienia tej sytuacji. Jego dwa małżeństwa nie należały do szczególnie udanych, obie żony kompletnie nie rozumiały jego zamiłowania do polskości i do języka polskiego. Jego dzieci stały się Amerykanami, a nie Polakami, co było dla niego bolesnym ciosem. 

8/10 


wtorek, 16 stycznia 2024

Karmele Jaio "To nie ja"

 

      Z każdym przeczytanym opowiadaniem moje rozczarowanie rosło. Teoretycznie  miały to być opowiadania o kobietach około czterdziestki z różnymi problemami i w różnych sytuacjach życiowych. Faktycznie jednak opisywane kobiety są w bardzo zbliżonych sytuacjach, o niezłym statusie finansowym, wszystkie są niespełnionymi frustratkami, żadna z nich nie prezentuje sobą nawet cienia oryginalności. 

     Każde opowiadanie dotyczy męża, partnera, albo dzieci, w jednym tylko jest spotkanie z przyjaciółką, ale nieobecny mąż odgrywa tu zasadniczą rolę. Wygląda to tak, jakby zdaniem autorki, kobiety w tym wieku nie mogły mieć takiej chociażby cząstki życia, która nie byłaby uzależniona lub niezwiązana z mężczyzną czy dziećmi. Kobieta w ogóle bez dziecka czy bez mężczyzny dla Karmele Jaio albo nie istnieje, albo nie jest warta opisania, a jedyny wyjątek jest wtedy, gdy cały czas myśli o adopcji. Ani jedna z opisywanych kobiet nie miała pracy, która by ją pochłaniała, lub którą najnormalniej w świecie lubiłaby i którą mogłaby wykonywać chociażby przez chwilę bez myślenia o mężczyźnie i dzieciach. Żadna nie miała pasji, którą mogłaby zajmować się dla samej siebie. Żadna nie miała potrzeby, żeby mieć naprawdę bliskie relacje z kimkolwiek innym, niż mąż, partner czy dzieci. I żadna, ale to naprawdę żadna nie miała jakichkolwiek marzeń czy problemów, które nie byłyby związane z mężczyzną lub dzieckiem. W żadnym z opowiadań nie ma większej głębi. No i te opowiadania są jeszcze do tego wszystkiego nudne.

2/10


czwartek, 11 stycznia 2024

J.K. Rowling „Harry Potter i więzień Azkabanu” – audiobook, czyta Piotr Fronczewski

 

       Poza świetną zabawą nawet dla osób znających już książkę czy film,  jest tu też sporo do myślenia również dla osoby dorosłej. Dementorzy wywołują w człowieku wspomnienia najbardziej koszmarnych wydarzeń życiowych, u Harrego była to oczywiście śmierć rodziców. Zmierzenie się ze swoimi najskrytszymi lękami jest szalenie trudne, niektórzy w ogóle nie dopuszczają do siebie myśli, że mają za sobą traumy. Inni starają się nigdy nie myśleć o koszmarnych wydarzeniach ze swojego życia. Spokojne przepracowanie tego jest zadaniem karkołomnym.

      A z pogodniejszych kwestii, to godne uwagi są zaklęcia, przy pomocy których można dementorów niejako zneutralizować. Tutaj trzeba sobie przypomnieć cos odwrotnego, a więc najwspanialsze osoby, jakie spotkaliśmy, czy najlepsze chwile życia, które mogą nam pomóc. 

     Podczas słuchania przypomniał mi się wywiad z psychologiem amerykańskim, prof. Zimbardo, poza pracą naukową na uczelni i pisaniem książek, prowadzi on również psychoterapię. Powiedział, że jest zwolennikiem tego, aby terapia przebiegała krótko, kilka spotkań, do 10 max, nie widzi sensu w wiecznym  rozdrapywaniu starych ran. W pracy z pacjentem skupia się właśnie na tym, aby wydobyć z człowieka wspomnienia najwspanialszych chwil, jakie ten ktoś kiedykolwiek przeżył. Ale pacjent ma nie tylko sobie te chwile tylko przypomnieć, ma opowiedzieć o nich tak szczegółowo, aż zacznie przeżywać te emocje, które tym chwilom towarzyszyły, czyli radość, zadowolenie itp. Prof. Zimbardo mówił, że ludziom wtedy pojawia się błysk w oku, prostują się plecy i sami z siebie nabierają wiary we własne siły i są już w stanie zmierzyć się z przeciwnościami losu. I w pewnym stopniu o tym też jest „Harry Potter i więzień Azkabanu”.  

8/10     


wtorek, 9 stycznia 2024

Stanisław Wyspiański „Wesele”

 

Odświeżenie po długim czasie szkolnej lektury było świetnym pomysłem. Ostatnio coraz częściej się zdarza, że ludzie, którzy  nie są politykami, zastanawiają się nad tym, jak wygląda sytuacja w kraju, w którym mieszkają. I myślą, co można zrobić, aby było lepiej i  widzą w tym swoją rolę. Wyspiański postawił swoją diagnozę w „Weselu” w nieco innych realiach, a czy były tak mocno odmienne, to kwestia dyskusyjna. 

      Sięgnęłam po „Wesele” głównie po to, aby wysłuchać głosu duchów osób zmarłych, ważnych dla naszej przeszłości,  które pojawiły się na weselu. Po 100 latach nasza wiedza historyczna jest większa niż za czasów Wyspiańskiego, teraz nie każda z tych postaci jest oceniana tak jednoznacznie, są stale jednak symbolami. Mówią nie tylko kwestie dotyczące państwa, ale i po prostu zwyczajnych ludzi. Rycerz przykładowo mówi:

 „A czy wiesz, czym ty masz być, 

o czym tobie marzyć, śnić?” 


  Albo zdanie Chochoła najbardziej chyba znane i dające najwięcej do myślenia: 

„Miałeś chamie Złoty Róg, 

miałeś chamie czapkę z piór…

Ostał ci się jeno sznur”.

    Oczywiście te stwierdzenia i pytania  padają w kontekście naszego kraju, „Wesele” jest tak bogate w symbolikę i w możliwości interpretacji, że każdy może pomyśleć o sobie, swoich marzeniach, swoich niewykorzystanych szansach, a głównie o tym, czy może jednak dałoby się coś zmienić. 

10/10


niedziela, 7 stycznia 2024

Tove Jansson „Zima muminków” – audiobook, czyta Krzysztof Kowalewski

 

       Zastanawiające i godne podziwu jest to, że w takim krótkim utworze autorka zawarła olbrzymią głębię. To utwór o nostalgii i życiu przeszłością, o zadumie, lękach, samotności, ryzyku, mierzeniu się z nowymi sytuacjami, indywidualizmie, o zmianach w życiu, o pokonywaniu trudności zamiast uciekania od nich, o zaprzyjaźnianiu się i o przyjaźni, o byciu sobą a jednocześnie o dostosowywaniu się do tego, co nieuniknione. Krzysztof Kowalewski czyta wyśmienicie, mogą go słuchać i dorośli i młodsi słuchacze.  

       Pozornie wszystko jest bardzo proste. Muminek obudził się na początku zimy z zimowego snu, cała jego rodzina jeszcze spała i zdecydował się na opuszczenie domu.  Nigdy wcześniej nie widział, jak wygląda zima. Wszystko było nieznane, było zimno, nieprzyjemnie, wszędzie leżał śnieg, a Muminek bał się, że nie widzi nikogo znajomego. Musiał oswoić tą sytuację i się w niej odnaleźć. Świat zimą był inny i zauważył różne dziwne postacie, latem zupełnie niewidoczne. 

        Przypomina to z pewnością różne nowe sytuacje, w których każdy się znajduje, a sporo osób ich nie lubi, rzeczywiście wszystko jest wówczas obce i wydaje się nieprzyjazne, ma się ochotę wrócić do ciepłego, znanego domku. Ale się nie da, trzeba się z tym zmierzyć, a najlepiej potem się w tym odnaleźć, zobaczyć plusy, polubienie przychodzi samo.  Muminek jest też załamany, że nie ma teraz lata, a on chciałby lato, a nie zimę. 

        Przychodzą jednak głębsze refleksje. Zima to symbol inności i indywidualizmu, to symbol osób, które z różnych przyczyn żyją inaczej, niż wynika ze statystyki, które „nigdzie nie pasują”. Ta inność może być bardzo mocna, ale też i lżejsza. Okazuje się, że jest miejsce i czas, gdzie każdy indywidualista się odnajdzie. Zima Muminków to również przeciwieństwo wszelkich aktywności, symbol wyciszenia, refleksji, na którą nie zawsze ma się tyle czasu, ile by się chciało. Utwór jest swoistego rodzaju zachętą na danie szansy na poznanie tych osób, których uważało się za dziwaków, niegodnych poznania.  A jednocześnie głos za tym, aby ten indywidualizm u siebie chronić.   

     Utwór jest też o samotności, przebudzony Muminek przez jakiś czas jest zdany tylko na siebie, musi sam podejmować decyzje, jest mu trudno. Martwi się. Niekiedy są właśnie takie sytuacje, z którymi każdy musi się zmierzyć sam, o tym też jest ten utwór. Ale powoli Muminek  zbliża się do innych osób, a to co wydawało się obce i nieprzyjazne, zaczyna robić się oswojone. Muminek wyciąga rękę do nowo poznanych osób,  proponuje im gościnę i jedzenie, nie pyta o zgodę rodziców, przecież śpią zimowym snem. Muminek ryzykuje, ale jest pewny, że nie może postąpić inaczej. Jego goście nie mają przecież co jeść.  

   Na uwagę zasługują też różne drobne sceny, żadna z nich nie jest zbędna czy przypadkowa. Przykładowo Pies marzy o tym, aby przyłączyć się do wilków, których wycie często słyszy, boi się jednak, czy one go przyjmą, nie wie, jak doprowadzić do spotkania. Chciałby się z nimi pobawić. Do spotkania jednak dochodzi, ale jego przebieg wygląda zupełnie inaczej, niż można było sobie wyobrazić.   

9/10

   

          


piątek, 5 stycznia 2024

Książki roku 2023

 



   Jak zwykle wykaz obejmuje tylko książki przeczytane w danym roku i nie ma to związku z datą wydania, książką roku może być więc książka z ubiegłego stulecia. Nie ma żadnych kategorii, typu literatura polska czy zagraniczna. W zestawieniu z reguły znajdują się i pozycje z literatury pięknej i mało znane, niejednokrotnie takie, które nie miały powszechnego uznania krytyki, ale dla mnie z różnych powodów stały się bardzo ważne. Z racji tego, że ubiegły rok był trudny, głównie z uwagi na wojnę na Ukrainie, w zestawieniu dominują pozycje lekkie, pozwalające oderwać się od rzeczywistości.   

1. Olga Tokarczuk „Czuły narrator” - to najwspanialsza rzecz o literaturze, jaką kiedykolwiek czytałam. Z powieściami  Tokarczuk mam problem, nie wszystkie mi się podobają, „Biegunów” zaczęłam, nie skończyłam i nie wróciłam do nich. A krótkie teksty, typu eseje, czy wykłady to już jest absolutna rewelacja, 

2. Elżbieta Cherezińska „Odrodzone królestwo” ex aequo „Wojenna korona” – jedne z najlepszych powieści historycznych, jakie czytałam, do tego jeszcze o mało znanym okresie w historii, bo o czasach Wł. Łokietka, to powieści historyczne, szpiegowskie, kryminały, romanse, z drobną domieszką fantasy 

3. John le Carre „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” – to dla mnie najlepsza powieść szpiegowsko – psychologiczna mistrza gatunku, niesamowicie wciąga i daje strasznie dużo do myślenia.

4. Wojciech Orliński – „Kopernik. Rewolucje” – to z kolei jedna z najlepszych biografii, jaką kiedykolwiek czytałam z szalenie wnikliwym portretem epoki, napisanym z nieco innego punktu widzenia, niż jest to powszechnie robione 

5. Fridrich Schiller „Maria Stuart” – po raz pierwszy w zestawieniu wpisuję sztukę, którą tylko oglądałam. Dramat napisany w 1800r. jest aktualny do dziś. Spektakl w Teatrze Narodowym w Warszawie jest wyśmienity. 

6.Kamil Janicki „Damy srebrnego wieku” – autor sukcesywnie wypełnia luki w informacjach o dawnych epokach, naświetlając sylwetki ówczesnych kobiet, tutaj wydobył prawie z zapomnienia Ludwikę Marię Gonzagę, a jej charakter jest godny podziwu również dzisiaj,

7. Lilian Jackson Braun „Kot, który się publiczności nie kłaniał” ex aequo „Kot, którego nurtował strumień” – moja ulubiona seria i jedne z lepszych jej tomów, dla miłośników książek, literatury i zwyczajnej codzienności

8. Zbigniew Rokita „Odrzania” – lektura wzbudziła we mnie nie tylko zainteresowanie mniej znaną częścią kraju, ale także potrzebę obejrzenia wielu opisywanych miejsc i zgłębienia ich historii 

9. John le Carre ”Silverview”  przedostatnia powieść mistrza jak zwykle z wielką przenikliwością psychologiczną

10. Sławek Gortych "Schronisko, które przestało istnieć” za wspaniale opisane Karkonosze, również za wzbudzenie nostalgii za nimi i chęci ponownego ich zobaczenia.