poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Grzegorz Skorupski "Dom pod Czerwonym Dębem"

 Dom Pod Czerwonym Dębem - Grzegorz Skorupski | okładka

    Najnowszy kryminał retro G. Skorupskiego rewelacyjnie odtwarza realia życia w latach 30-tych, ze znajomością psychologii jest już nieco gorzej. Książka nawiązuje do twórczości Agaty Christie, zabójcą bowiem mógł być tylko ktoś, kto uczestniczył w kolacji, podczas której doszło do zbrodni. Czyta się natomiast ciężko, powieść jest pełna bardzo szczegółowych informacji o historii sprzed 90 lat. Znaczną część tomu zajmują rozmowy o polityce, z naszego punktu widzenia już o historii. Autor wyraźnie postawił na historię, książce brak jest więc tej lotności, dzięki której kryminały można czytać do poduszki przed snem.    

    Jest to jednak idealna propozycja dla osób, lubiących historię. Akcja rozgrywa się w ciągu kilku dni w 1930r. Te kilka dni opisanych jest nie tylko w odniesieniu do bohaterów powieści, jest dokładny opis tego, co działo się wówczas w kraju, niemal godzina po godzinie. Są nagłówki gazet, zestawienia, co działo się w polityce, np. aresztowania posłów. A o czym się wówczas mówiło? To zaskakujące w porównaniu z obecnymi czasami, bo o naciskach na sądy, o próbach łamania przez rządzących sędziowskiej niezawisłości, o zamachach na wolność mediów (wątpliwą zresztą wolność z uwagi na cenzurę), właśnie o aresztowaniach przedstawicieli opozycji i osadzaniu ich bez wyroku sądu w Brześciu, itp. W powieści występuje sporo polityków, lokalnych, nie są to postacie historyczne, każda z nich omawiane wydarzenia ocenia oczywiście inaczej, w zależności od tego, jakie polityczne ugrupowanie reprezentuje. 

   Autor pokusił się o pewne charakterystyki osób. Tutaj jednak z tymi wnioskami, zupełnie się nie zgadzam. Przykładowo zabity, kandydat na posła, był wyjątkową kreaturą, fakt ten znany jest od samego początku. Z rozmów ze znajomymi, szczególnie z jednym z nich,  wynika jednak, że człowiek ten nie był kimś takim zawsze, że miał też piękną przeszłość, walczył w legionach. Jego dawny przyjaciel mówi, że ten zabity w życiu się pogubił, że zmienił się na gorsze pod wpływem różnych okoliczności życia, głównie wojny. Javier Marias, najwybitniejszy chyba spośród współczesnych pisarzy znawca psychologii  w genialnej trylogii "Twoja twarz jutro", o której pisałam m. in. tutaj, opisywał na przykładzie bohaterów, czy ludzie się zmieniają. Uważał, że nie zmieniają się zasadniczo. Że jedynie w pewnych okolicznościach niektóre cechy charakteru wcześniej nie wychodziły na jaw, bo po prostu nie było sprzyjających warunków, ale one tkwiły w człowieku. Tak samo uważała równie wyśmienita obserwatorka ludzkich charakterów Agata Christie, chociażby w powieści "Zakończeniem jest śmierć", o której pisałam tutaj. Inne obserwacje psychologiczne G. Skorupskiego też uważam za chybione, np. jeden z bohaterów chciał zostać posłem, ale rzekomo nie zależało mu na władzy, tylko na prestiżu i na pieniądzach. Reasumując, to są kwestie oczywiście dyskusyjne, nie każdy ma taki sam punkt widzenia. Godne uwagi jest już samo to, że autor tą psychologią się zajął i pobudził czytelników do myślenia. 

     W porównaniu do wydanych ostatnio i rozreklamowanych mocno gdzie tylko się da kryminałów, powieść G. Skorupskiego wypada naprawdę bardzo dobrze. Można nabrać zdrowego dystansu do współczesnych wydarzeń politycznych. Gdy porównam "Dom pod Czerwonym Dębem" do chociażby nagodzonych Nagrodą Wielkiego Kalibru "Roztopów " J. Pasierskiego, gdzie Pasierski mocno nawiązuje do historii, to "Dom pod Czerwonym Dębem" sytuuje się zdecydowanie kilka kategorii wyżej. 

5/6 

   

środa, 24 marca 2021

Daphne de Maurier "Ptaki"

 Ptaki - Hitchcock Alfred

   Autorka pisze o kwestiach ponadczasowych. I pisze językiem bez anachronizmów, w taki sposób, że całość czyta się z przyjemnością, mimo upływu ponad 50 lat od daty pierwszego wydania zbioru. 

     Autorka "Rebeki" znając się wyśmienicie na ludzkiej psychice, wiedziała doskonale, jakie są nasze atawistyczne wręcz lęki. A znając, stworzyła swoje opowiadania z sugestywnym mocno nastrojem grozy i właśnie z tymi ponadczasowymi lękami, niezależnymi ani od wykształcenia, ani od miejsca zamieszkania. Grozę budzą tu np. siły natury, tytułowe ptaki, którym to opowiadaniem zainspirował się sam Mistrz Suspensu Hitchcock. Niby nam się wydaje, że tak wiele potrafimy osiągnąć, że niby panujemy nad przyrodą,  ale gdzieś podświadomie czuje się, że to tylko ułuda. Ten lęk jest w "Ptakach". Jest też np. lęk przed zmarłymi i to niekoniecznie występującymi jako duchy, przed czymś nieokreślonym, co może zburzyć naszą egzystencję, są i inne lęki.

       Czytając  tak krótkie opowiadania wbrew wszelkim pozorom można sporo dowiedzieć się o człowieku. Autorka wychwytuje te momenty z życia, gdzie ludzie znajdują się w sytuacji granicznej i gdzie muszą działać, a jednocześnie dochodzą do głosu te głęboko w psychice ukryte lęki. Przykładowo w "Prowincjonalnym fotografie" przyglądamy się markizie, wypoczywającej z córkami nad morzem. Dni są do siebie bliźniaczo podobne.  Ale w końcu coś zaczyna się dziać i ostatecznie dochodzi do sytuacji, że w przeciągu kilku sekund życie kobiety może zostać wywrócone o 180 stopni. Ona oczywiście ma możliwość ruchu, zachowania się w określony sposób. Nasz noblistka powiedziała, że "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono", to oczywiście prawda. Ale co nieco o kimś wiedząc, możemy jednak przewidzieć pewne zachowania, nawet w sytuacji ekstremalnej, oczywiście z tym zastrzeżeniem, że są to tylko przewidywania. Znając już markizę w trakcie zwyczajnych dni, można próbować zgadnąć, jak zachowa się, gdy jej lęk przed utratą wszystkiego da o sobie znać i gdy będzie miała sekundy na decyzję. 

   Nie każde opowiadanie ze zbioru jest wyjątkowe, mnie najbardziej przypadły do gustu tytułowe "Ptaki", chociaż z filmem Hitchcocka mają wspólny tylko obraz miasteczka nad zatoką i ptaki, atakujące ludzi; "Jabłonka", o wdowcu  któremu wydaje się, że zmarła żona nadal wpływa na jego życie i chce wciąż go zadręczać; no i właśnie "Prowincjonalny fotograf". 

4/6      

niedziela, 21 marca 2021

Stefan Żeromski "Popioły" - audiobook, czyta Henryk Pijanowski

 

Audiobook Popioły  - autor Stefan Żeromski   - czyta Henryk Pijanowski

   Stefan Żeromski jest antytezą Sienkiewicza. Jego bohaterowie, walczący w wojnach napoleońskich, nie są pozbawionymi wad sienkiewiczowskimi herosami, a ci z którymi walczą, nie są ciemną tłuszczą, którą należy wybić. Odtwarzany świat pod żadnym względem nie jest czarno - biały. Nie tylko główni bohaterowie nie są ideałami, kobiety, które kochają, też nie mają w sobie nic z ideału. Nie ma na wpół świętych księży, a żaden z bohaterów nie znajduje ukojenia w Bogu. Rzeczywistość wojny jest brutalna. Pod koniec książki stają się, szczególnie jeden z nich, wręcz odrażającymi, zdegenerowanymi postaciami, opanowanymi przez znieczulicę, maszynkami, które najlepiej czują się, walcząc i zabijając. 

      Panujący u nas już od niemal kilkuset lat kult walki, w większości  z góry już skazanej na klęskę, który mamy chyba we krwi, wyssany z mlekiem matki, pokazany jest niczym pod szkłem powiększającym, budząc przerażenie, po co nasi przodkowie angażowali się we wszystkie niemal konflikty światowe. Nie ma tu romantyzmu, jest bród, smród, śmierć, rany, i tylko raz na jakiś czas pojawia się ktoś, kto tak naprawdę zastanawia się nad sensem tego, co robi.  Tylko jeden z żołnierzy, Polak, miał budzącą grozę świadomość, że tak naprawdę walcząc wraz z wojskami francuskimi w Hiszpanii, walczy w ludnością, broniącą swojego kraju przed najeźdźcą. Wiedział, że zabija i kradnie, że sumienie nie daje mu już spokoju i chciał zrezygnować. Reszta traktowała wojnę jak narkotyk.

 Żołnierze napoleońscy nie są ukazani jako niosący wolność ciemiężonym ludom, jak chciała tego ówczesna francuska propaganda, i jak często nawet do chwili obecnej jest to postrzegane. Ciemiężone ludy po najeździe przez Napoleona miały po prostu innego ciemiężcę, a do tego spalone domy, wymordowane rodziny, wielu z nich stało się kalekami. Kościoły były poniszczone, księża i zakonnice pozabijani, dokładnie jak w czasie nieodległej wówczas czasowo Rewolucji Francuskiej. Ciemiężeni nie poprzestawali na pogrążaniu się w cierpiętnictwie, walczyli z Francuzami, gdy udawało im się któregoś schwytać jako jeńca,  wymyślali najbardziej wyszukane tortury, a zwłoki wystawiali na widok publiczny np. na rozstajach dróg. Gdy czyta się opisy walk na ziemiach polskich, niszczenia przy tym dziedzictwa narodowego, zabytków, kościołów, np. w Sandomierzu, przerażenie budzi to, że ta obsesja walk cyklicznie się powtarza. Walcząc niszczymy wszystko co jest do zniszczenia, a gdy jest to coś już unicestwione, odbudowujemy i niszczymy po raz kolejny. 

    Książka jest nierówno napisana, niektóre fragmenty są mocno nużące, szczególnie początkowe. Potem, w miarę postępu akcji, słucha się coraz lepiej, a niektóre fragmenty, np. właśnie o Hiszpanii, są arcyciekawe. Psychologii nie ma za wiele, ale za to jest obraz całego społeczeństwa i typowych postaw, jakie reprezentowali chłopi, szlachta, arystokraci. Odczytanie jest fatalne, po najmniejszej linii oporu, byle tylko odczytać.  
5/6

niedziela, 14 marca 2021

Ida Żmiejewska "Warszawianka. Gdy zgasną światła"

 warszawianka-2-1.jpg

    Bardzo się ucieszyłam, że "Warszawianka", która jest wyśmienitym kryminałem retro, a o której pisałam tutaj, jest kontynuowana. Mieszkańcy Wrocławia mają kryminały retro Marka Krajewskiego, mieszkańcy Lublina ma Marcina Wrońskiego, Warszawa ma teraz Idę Żmiejewską. Pisarka tak jak i w poprzednim tomie wyśmienicie potrafi opisać zarówno realia epoki, jak też i miasto przed 130 lat. Leontyna jest postacią niestandardową, pełną rozterek, dylematów, ale jednocześnie potrafiącą wytrwale dążyć do wyznaczonego celu. Pierwszy tom odsłuchałam, słuchało się znakomicie, drugi przeczytałam, czytało się równie świetnie. Dla mnie gigantycznym plusem jest też to, że autorka nie epatuje przemocą i wulgaryzmami.   

     W powieści występują miejsca charakterystyczne dla Warszawy, właściwie jej symbole, np. Łazienki, Ogród Saski, czy Powązki, są też takie, które straciły na znaczeniu, ale istnieją dalej, np. Hotel Europejski, niegdyś najwykwintniejszy, a także takie, których już nie ma, np. cerkwie. Gdy zna się miasto, to niesamowite uczucie czytać, jak to ktoś spacerował po tych samych miejscach dawno, dawno temu, co wówczas czuł, o czym myślał. Autorka fascynuje się historią Warszawy, pod względem pokazania ówczesnego miasta powieść to prawdziwy majstersztyk. Obyczajowość tamtych lat niby jest znana, głównie z filmów czy książek, ale Żmijewska  potrafi opisać ją tak, że mimo wszystko robi wrażenie. Przykładowo pokazanie się dziewczyny z tzw. dobrego domu w miejscu publicznym, aczkolwiek w danej porze dnia mało uczęszczanym, w towarzystwie aktorki, mogło mocno nadszarpnąć jej pozycję towarzyską. Chęć edukacji u dziewczyny uważana była za coś absolutnie niepożądanego, co mogło zaniżyć jej szanse na rynku matrymonialnym, a do tego świadczyło o rzekomej głupocie dziewczyny, która "nie rozumie", co powinno być najważniejsze. Przykłady można mnożyć. 

     Leontyna mimo 24 lat sporo przeszła, jest postacią budzącą sympatię. Aleksander, rosyjski policjant budzi sympatię jeszcze większą. Dzięki Leontynie "Warszawianka" staje się powieścią o przekraczaniu granic, ciekawe, do jakiego stopnia, jeżeli będzie kontynuacja, to się okaże. To także powieść o głębszym, pozbawionym powierzchowności rozumieniu rzeczywistości. Leontynie do chwili poznania Aleksandra wszystko wydawało się proste, było dobro, czyli gnębieni Polacy, zsyłki, procesy, wyroki śmierci, i było zło, czyli Moskale i wszystko, co się z nimi wiąże. Raptem okazało się, że rzeczywistość nie jest czarno - biała. Pod tym względem nic się nie zmieniło i pewnie nigdy nie zmieni, znaczna część ludzi zawsze, teraz także rzeczywistość postrzega bez odcieni szarości. 

    Autorka zwraca uwagę na jeszcze inne sprawy. W większości powieści czy filmów gloryfikowana jest miłość, ukazywana jest ona w różny sposób, ale generalnie stawiana jest na piedestale, jako coś pożądanego i najlepszego, co może kogoś spotkać. Ida Żmiejewska nie neguje miłości,  ale w tej książce pisze sporo o przyjaźni. Nie tylko zakochanych ludzi stać na altruizm, coś wspaniałego i bezinteresownego można zrobić też dla przyjaciela. Jest pokazana przyjaźń męska i kobieca. Obie ciekawe, tym bardziej, że rodziny w których żyją bohaterowie, lub z których się wywodzą, są mocno toksyczne i destrukcyjne.

       Jak na mój gust bohaterowie mogliby być jeszcze bardziej skomplikowani, mogłoby być też więcej informacji o tym, co się wówczas czytało, czego się słuchało na koncertach, jakie obrazy się podziwiało, itp. 

5/6

     



czwartek, 11 marca 2021

Herbert Werner "Żelazne trumny"

 


Obraz znaleziony dla: Żelazne trumny. Rozmiar: 209 x 209. Źródło: livro.plllll


lllll




     Nie jestem ani fascynatką II wojny światowej, ale okręty podwodne zawsze mnie fascynowały i przerażały zarazem. Podobnie i załogi tych okrętów, żeby pływać na czymś takim trzeba mieć żelazne nerwy i masę innych predyspozycji. Tytułowe "Żelazne trumny" to klasyk gatunku, to książka właśnie o życiu na niemieckich U-bootach w czasie II wojny światowej, napisana przez niemieckiego oficera, który pływał na takich okrętach, był nawet dowódcą na dwóch. Książka jest napisana w formie beletrystycznej, trochę są to wspomnienia, trochę historii, nieco refleksji, czyta się ją naprawdę świetnie, nie ma nudy. Los autora budzi empatię, mimo pełnej świadomości, kim był. 

     "Żelazne trumny" są szalenie ciekawe również z punktu widzenia psychologicznego. Opisują ludzi, którzy byli najpierw panami świata, potem momentalnie się to zmieniło, musieli drżeć o życie swoje i  najbliższych. Życie na U-boocie mniej więcej do marca 43r. było całkiem znośne i względnie bezpieczne, jak na warunki wojenne. Ale gdy alianci wprowadzili nowe wyposażenie na swoich okrętach, i zmienili nieco taktykę, U-booty z myśliwych stały się zwierzyną łowną. Życie na okręcie podwodnym stało się piekłem. Na pokładzie panował smród, ciasnota, wszystko gniło, z obawy przed alianckim lotnictwem były problemy, żeby chociaż na chwilę się wynurzyć. Większość U-bootów była zatapiana, dotyczyło to około 80 - 90% całości floty podwodnej. Bomby głębinowe, mające zatopić U-boota bywały niekiedy spuszczane nawet i ponad 30 godzin z małymi przerwami. 

    Szokujące natomiast było dla mnie to, że w książce nie ma żadnych refleksji na temat sensu tej wojny, ani żadnych co do zatapianych okrętów i ludzi wraz z nimi. Ani autor ani nikt inny z załogi U-boota nie interesował się, co dzieje się z ludnością cywilną na zajmowanych przez Niemców terytoriach. Zatopienie okrętu wroga wywoływało jedynie radość i dumę. W książce tylko raz pada określenie "wyrzuty sumienia", ale bynajmniej nie dotyczy ono Niemców, tylko Rossevelta, który zdaniem autora wyrzuty sumienia powinien mieć w związku z bombardowaniem przez aliantów niemieckich miast. H. Werner pisze, że nawet już pod koniec wojny absolutnie nie było praktykowane prowadzenie rozmów, w których można byłoby chociażby poddać w wątpliwość sens czy prawidłowość jakieś posunięcia dowództwa. Pod koniec wojny Niemcy stworzyli sobie chyba własny wewnętrzny świat, taką "bańkę" i nie reagowali na fakty, nie interpretowali ich właściwie, nawet w kwietniu 45r. część z nich wierzyła, że wszystko może się jeszcze odwrócić, i że wygrają tą wojnę. To zjawisko psychologiczne już spotkałam, występuje ono chyba w każdych warunkach. 

   Przyglądanie się końcówce wojny z perspektywy Niemców jest ciekawym doświadczeniem. Wysyłanie U-bootów w patrole pod koniec wojny pozbawione było jakiegokolwiek sensu z punktu widzenia militarnego, lotnictwo natychmiast odnajdywało takie okręty i je bombardowało, a gdy to się nie udało, to sprawę załatwiały niszczyciele alianckie i inne alianckie okręty. Wysyłanie U-bootów w rejsy w tamtym czasie równoznaczne było z wydaniem wyroku śmierci na ich załogi. Autor miał tego świadomość, wspominał o tym. Wiedząc, że w każdej chwili może umrzeć, gdy był na lądzie, w miarę możliwości używał życia jak tylko mógł, robił wszystko, by nie myśleć, co go czeka. Nie odkładał niczego na później. Cieszył się słońcem, wiatrem, spaniem w czystej pościeli, celebrował posiłki, spotykał się z kobietami. O ile dla prawie wszystkich innych nacji koniec wojny był końcem koszmaru, o tyle dla Niemców był to koszmaru początek, w perspektywie nikt nie wiedział jak długiej, mieli różnego rodzaju obozy, głód, chłód, poniżanie, śmierć i świadomość, że ich rodziny również czeka koszmar, o ile oczywiście rodziny jeszcze żyły. 

  Książka naprawdę jest wyśmienita. Autor opisał coś, co mało kto przeżył. Nie kreował się na kogoś innego, niż był w rzeczywistości, jego obraz bezwzględnego zabójcy jest bardzo wiarygodny. A przy okazji można nawet i z podziwem patrzeć na inne jego cechy, np. właśnie wspomniane już żelazne  nerwy, umiejętność działania pod presją czasu i w każdych możliwych warunkach, umiejętność podejmowania decyzji w ułamku sekundy, skuteczność. Nie wiem, co dokładnie działo się z nim po wojnie, po ucieczce z obozu jenieckiego, wyczytałam tylko tyle, że zamieszkał na stałe w USA. Ciekawe, jak sobie poradził w normalnym życiu, napisał tylko tą jedną książkę, niejako z obowiązku wobec kolegów, którzy spoczęli na dnie oceanu. 

   Przez całość lektury nasuwają się refleksje o bezsensie wojny. Ani autor, ani inni niemieccy żołnierze nie mieli żadnego wpływu na wybuch wojny. To, że urodzili się w określonym czasie i miejscu zdeterminowało ich los. Zostali wyszkoleni tak, aby zabijać, jak to na wojnie. Też stali się straconym pokoleniem.  A z tych, co pływali na okrętach podwodnych, przeżyła garstka. Ta książka, chociaż ani razu nie pada w niej słowo pacyfizm, oducza nienawiści. Autor i inni żołnierze budzą współczucie. Tak samo stało się w przypadku "Na Zachodzie bez zmian" Remarque`a, współczujemy bohaterom pomimo tego, po której stronie walczyli. 
6/6

niedziela, 28 lutego 2021

Agata Christie "Zbrodnia na festynie"

 

środa, 24 lutego 2021

Olga Tokarczuk "Anna Inn w grobowcach świata"

 

Anna In w grobowcach świata

       Ta mini książka kompletnie do mnie nie przemówiła. Męczyłam się dość mocno podczas czytania i zastanawiałam się nawet, czy nie zakończyć lektury w środku, czy nawet i na początku. O ile po przeczytaniu eseju O. Tokarczuk o "Lalce" Prusa pt. "Lalka i perła" byłam zachwycona, pisałam o nim tutaj, o tyle w przypadku "Anny Inn" jest dokładnie odwrotnie. 

     Opowieść o Annie odebrałam jako nawiązanie do różnych mitów, a nawet i religii w kontekście pojmowania śmierci i prób przezwyciężenia jej. Występują tu zarówno postacie zwykłych ludzi, jak przyjaciółka Anny, ale i osoby przypominające częściowo bogów i boginie z mitologii, częściowo są to jakby quasi bogowie z mitologii uwspółcześnieni. Część wydarzeń rozgrywa się w obrzydliwym podziemiu, krainie śmierci, a część w świecie przypominającym pogranicze rzeczywistości i obrazu science fiction, z mnóstwem wieżowców i wind. 

   Z racji nawiązania do mitów całość jest przewidywalna. Czytanie jest męczące. Niczego nadzwyczajnego tutaj nie zauważyłam.  
2/6 

sobota, 20 lutego 2021

Alice Lungen "Tragedia na Przełęczy Diatłowa" - audiobook, czyta Marcin Popczyński

 


    Aby wyjaśnić, co wydarzyło się w 1959r. na Przełęczy Diatłowa, konieczne byłoby uzyskanie informacji o tajemnicach wojskowych, o tym czy wówczas gdy wydarzyła się tragedia, w bezpośrednim sąsiedztwie przełęczy jednostki wojskowe prowadziły jakiekolwiek eksperymenty z bronią, szczególnie z rakietami. Świadkowie widzieli dziwne błyski, które mogą wskazywać na testowanie rakiet, albo na bliżej nieokreśloną ich awarię. Konieczne byłoby też ustalenie, ilu  uczestników wyjazdu miało związki z rosyjskimi służbami specjalnymi, w tym czy mieli może zlecone jakieś zadania szczególne do wypełnienia podczas tego wyjazdu. Na taką hipotezę wskazuje to, że studenci studiowali na newralgicznych dla radzieckiego państwa socjalistycznego kierunkach, część z nich nawet pracowała już w zakładach również kluczowych dla radzieckiej obronności, np. zajmujących się produkcją broni. A był rok 1959.  Szczególnie podejrzany w tym zakresie był najstarszy uczestnik wyprawy, którego nikt wcześniej nie znał i nie do końca wiadome jest, skąd się tam wziął. Uzyskanie takich danych z rosyjskiego wojska czy z rosyjskich służb nawet ponad 60 lat po tragedii nie jest możliwe. I pewnie nigdy możliwe nie będzie. To, co zaszło na przełęczy najprawdopodobniej nigdy nie zostanie całkowicie wyjaśnione i to bez względu na to, ilu dziennikarzy będzie zajmować się tym tematem i niezależnie od tego, jak starannie będą traktować swoją pracę.   


    Książka nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia. Może i autorka spędziła 7 lat na badaniu kulisów dramatu, ale widać, że jej wiedza o tamtej epoce nie jest zbyt wielka. I jest to spory mankament. W 1959r. trwała zimna wojna, szalało KGB. Akta sprawy z nieznanych powodów przez 50 lat były utajnione. Gdy je odtajniono, okazało się, że liczą zaledwie 2 tomy i że nic specjalnego tam nie ma. Alice Lungen tłumaczy rzeczy oczywiste, np. że wszystko trzeba było uzgadniać z partią, a pewnych nie rozumie. Przykładowo opisując tego najstarszego uczestnika wyprawy, Zołotariowa, rozważa, czy aby nie omamił Diatłowa, skoro uzyskał jego zgodę na udział w ekspedycji. W tamtych czasach żadna wyprawa, a już szczególnie składająca się z takich uczestników, nie mogłaby obejść się bez kogoś w rodzaju szpiega. I to jest wariant, który każdemu przychodzi do głowy. Zołotariowowi poświęcony jest jeden rozdział, ale to stanowczo za mało. Nie ma głębszego rozwinięcia wątku, czy Zołotariow mógł mieć związek z dramatem, a  jeżeli tak, to jaki. 

    Po wysłuchaniu audiobooka czułam spory niedosyt. O dramacie na przełęczy powstało kilka książek, w tym napisanych przez Rosjan, a jedna z nich zgłębia właśnie te wątki najbardziej prawdopodobne, związane z wojskiem i służbami. Nie są niestety przetłumaczone na j. polski. 
4/6

niedziela, 14 lutego 2021

Jakub Szamałek "Gdziekolwiek spojrzysz"

 

Jakub Szamałek - Gdziekolwiek spojrzysz

   Mam nadzieję, że ten ostatni tom trylogii nie będzie tomem ostatnim i że trylogia stanie się większym cyklem. Autor ma wyjątkową zdolność do przekazania w lekkiej i przystępnej formie kryminału sporej dawki wiedzy o tym, jak bronić się przed hakerami, jak chronić swoje dane, jak może być wykorzystany internet do znajdowania informacji o innych osobach itp. itd.  Zawsze to, o czym pisze J. Szamałek wydaje mi się przerażające i fascynujące zarazem. Tak samo było i ze sztuczną inteligencją, opisaną w tym tomie. Zawsze wyobrażałam sobie, że sztuczna inteligencja to komputer, który zaczyna żyć jakby własnym życiem, niezależnym od zaprogramowania, zaczyna samodzielnie myśleć, wymyka się kontroli człowieka, który go stworzył, może nawet stanowić dla niego zagrożenie. Na szczęście czegoś takiego jeszcze  nie ma. Ale to co jest i tak przeraża. 

    Intryga kryminalna nie jest tutaj tak dynamiczna, jak w pierwszym czy drugim tomie. Jest spokojniej. Drugiego czy trzeciego dna, albo szczególnej głębi nie zauważyłam, ale ta książka na szczęście nie udaje powieści filozoficznej czy psychologicznej. Dla mnie jest świetną rozrywką i cyberkryminałem i w tej dziedzinie nie ma konkurencji. 
5/6

środa, 10 lutego 2021

Wojciech Młynarski "Od oddechu do oddechu"

 




   Książka to zbiór wierszy Wojciecha Młynarskiego, pisanych przez całe życie, znanych głównie jako słowa piosenek. Jestem zauroczona tym zbiorem, a zanim do mnie trafił, moja wiedza o Młynarskim i o jego twórczości była wyjątkowo nikła. Część tych tekstów zna każdy, nie każdy tylko ma świadomość, kto jest autorem. Są tu teksty i poważne i humorystyczne, i lekkie, i nostalgiczne, po prostu na każdą okazję i do każdego nastroju. Mówienie, że "Każdy znajdzie tu coś dla siebie" to frazes, ale w tym przypadku to jednocześnie prawda. W wielu przypadkach miałam wrażenie, jakby autor napisał coś idealnie dla mnie. Każdy z pewnością będzie czuł to samo, czy radość, czy zadumę, czy nostalgię, tylko każdemu co innego będzie się przypominać, za czym innym każdy będzie tęsknić. 

    U  mnie wyglądało to tak. 
    Mam wieczny problem z hałaśliwymi sąsiadami, a przez ściany w moim bloku słychać wszystko. I natrafiłam na "Ściany między ludźmi"

"Ściany między ludźmi
ściany coraz cieńsze, 
słychać przez nie kłótnie,
słychać przez nie wiersze". 

  W dalszej części wiersza autor podchodzi już do problemu symbolicznie i głębiej. 
    Pisałam na tym blogu wielokrotnie o jednym z moich ulubionych pisarzy  E. M. Remarque`u. No i co się okazuje? W zbiorze jest wiersz "Bohaterowie Remarque`a.

"Kiedy kłopotów, zmartwień, trosk
zwykła przebierze się miarka,
przychodzą dzielić ze mną swój los
bohaterowie Remarque`a.
Szlifuję z nimi paryski bruk
w jakiś poranek ponury,
na triumfalny, świetlisty łuk
zamieniam Pałac Kultury".

    Na głębszego doła czy nawet na lekko obniżony nastrój idealne jest "W zielone gramy"

"Przez kolejne grudnie, maje,
człowiek goni jak szalony,
a za nami pozostaje
sto okazji przegapionych,
ktoś wytyka nam co chwilę, 
w mróz czy w upał, w zimie, w lecie
szans niedostrzeżonych tyle -
i ktoś rację ma, lecz przecież ... 
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy, 
jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany".

  Gdy ma się dosyć wszechobecnego cwaniactwa, można poczytać "Błędnego rycerza", bo

"Nieprawda, że 
Ostatni błędny rycerz zasnął
Że jego duch 
U Elizejskich stoi bram. 
On żyje wciąż 
Za zbroję ma uczciwość własną"
... i
"Obcy mu spokój święty
I snu cieplutki koc
Drogę mu ognik błędny 
Wskazuje w noc" 

    I gdy czasem można zwątpić w to, co się robi, w to, czy ma to sens, gdy właśnie nie wiadomo, co dalej, warto sięgnąć po "Róbmy swoje." 

"Róbmy swoje,
pewne jest to jedno, że 
róbmy swoje,
póki jeszcze ciut się chce".

  Na nastrój nostalgiczny, gdy pomyśli się o dzieciństwie, idealne będzie "Miasteczko pana Andersena." 

"Na kartkę blask od świecy padł -
o zmroku przypływała wena - -
i oto stał się cały świat
miasteczkiem pana Andersena.
I będą grali tam i tu
I losu dociekali swego
Mężczyźni w zimnym, białym dniu
porwani przez Królową Śniegu". 

    Można sobie przypomnieć innych znanych poetów i pieśniarzy, np. Okudżawę w "Majstrze Bułacie", który wg W. Młynarskiego

"słowem - nutą sięgał duszy dna"

Młynarski jego śmierć opisał tak: 

 " zgasł ten uśmiech, co rozumiał wszystko, 
zgasło serce, co kochało nas". 

   Zawsze w poezji W. Młynarskiego jest miejsce na nadzieję, szczególnie np. w "Kocham jutro".

"Kocham jutro, 
Z jego każdą obietnicą, 
Z jego wielką tajemnicą. 
Kocham jutro"
   6/6
     

niedziela, 7 lutego 2021

Roman Konik "W obronie Świętej Inkwizycji" - audiobook, czyta Mateusz Grydlik


    Inkwizycja budzi jednoznaczne skojarzenia. Utożsamiana jest z samym złem, głównie z fanatycznymi, sadystycznymi inkwizytorami, z walką z samodzielnym myśleniem i ze skazywaniem na śmierć i paleniem na stosie ludzi, którzy głosili poglądy niezgodne z nauczaniem kościelnym. Roman Konik, doktor habilitowany,  filozof, podjął próbę odmitologizowania Inkwizycji. Książka jest szalenie ciekawa, w pewnym stopniu nawet i przekonująca, aczkolwiek daleko jej jednak do obiektywizmu. 

  W bardzo dużym skrócie odnosząc się do najbardziej rozpowszechnionych stereotypów można stwierdzić, że stosy palone były nie tylko przez Inkwizycję, w bardzo dużej mierze robiła to również władza świecka. Ta ostatnia zdecydowanie częściej niż kościelna. Autor zwraca uwagę na fakt, że często porównujemy Inkwizycję do obecnej sytuacji na świecie, do zakazu tortur, do konieczności respektowania praw człowieka, do wolności sumienia i wyznania. To czy te wartości obecnie rzeczywiście są respektowane, to zupełnie inna historia. Wszystko jednak co odbiega od wspomnianych  standardów, kojarzone jest źle. Konieczne jest jednak, aby tą Inkwizycję postrzegać w realiach epoki. Tortury stosowane były w średniowieczu powszechnie i nie tylko przez Inkwizycję, ale i przez sądy świeckie. Nie było czegoś takiego, jak prawa człowieka, nie było żadnej wolności sumienia i wyznania. Każda cywilizacja była ściśle związana ze swoją religią, a jakiekolwiek ataki na Kościół, czy nawet krytyka tej instytucji była równoznaczna z atakiem również i na państwo. Innowiercy utożsamiani byli ze stwarzającymi poważne zagrożenie wrogami, z Turkami, Tatarami itp., stąd też obawiano się ludzi, którzy kwestionowali istniejący porządek rzeczy wewnątrz państw.  Wyroki śmierci wcale nie były wydawane przez Inkwizycję często, orzekane były również i inne kary, w tym kanoniczne, np. odmówienie psalmów pokutnych. Inkwizytorami zostawali najbardziej światli ludzie Kościoła, Dominikanie i Franciszkanie, którzy musieli podejmować dialog z tzw. heretykami. Oczywiście działanie Inkwizycji wyglądało nieco różnie w zależności od miejsca i czasu, proces inkwizycyjny zmieniał się. Jest omówienie słynnych procesów inkwizycyjnych np. p-ko Galileuszowi, Giordano Bruno, są sylwetki słynnych inkwizytorów np. znanego z "Imienia Róży" Bernardo Gui.  Książka jest wyjątkowo ciekawa i każdy znajdzie tu wiele przykładów, które utkwią mu w pamięci. 

     Roman Konik nie kryje, że jest stronniczy. Inkwizycja  w jego opisach jawi się jako instytucja godna podziwu. Spędziłam trochę czasu na szukaniu w internecie informacji o Inkwizycji. Wygląda na to, że to co pisze autor, jest prawdą, ale niecałą. Inkwizycja zajmowała się też kwestiami, o których w książce nie ma mowy, np. konfiskatą majątku heretyków. Brakowało mi usystematyzowania zagadnień, np. reguły procesu inkwizycyjnego powinny być w jednym rozdziale, powinno być czytelne porównanie do procesu świeckiego, tymczasem jest to trochę rozrzucone po całości. Wielką jednak zasługą autora jest to, że pokazuje Inkwizycję od innej zupełnie strony, na co mało kto jest w stanie się odważyć. 

   Brak jest chyba dzieła, które obiektywnie opowiedziałoby o Inkwizycji. Zobaczyłam, że o Inkwizycji pisał bp Grzegorz Ryś. Jego książka, wznawiana obecnie  jest dość krótka, ma zaledwie 184 strony, autor nie jest ani prawnikiem, ani historykiem, książki pisze z częstotliwością zbliżającą się do Remigiusza Mroza i wątpię, aby mógł potraktować ten temat kompleksowo. 

    Na uwagę zasługuje też obszerny cytat z ojca Bocheńskiego, umieszczony na końcu książki, jest to fragment wywiadu, w którym zakonnik ten, niekwestionowany autorytet wypowiada się o Inkwizycji w bardzo zrównoważony sposób, starając się zburzyć nieprawdziwe mity. 
    Mateusz Grydlik jako czytający prezentuje się nie za szczególnie. Wczuwa się bardzo w obronę Inkwizycji, czyta emocjonalnie. W kilku miejscach sądząc po intonacji głosu miałam wrażenie, że powie ostatecznie, że dobrze, że kogoś spalono na stosie.
5/6