sobota, 9 marca 2019

Lilian Jackson Braun "Kot, który poruszył górę" - tom 13 cyklu z Qwillem

    Niektórzy śmieją się z lekkich książek, uważają je coś gorszego i niegodnego uwagi. Zawsze miałam zupełnie odmienne zdanie na ten temat. A gdy z różnych powodów mam taki cięższy czas, jeszcze bardziej doceniam lekkie książki. Dla mnie to remedium na chandrę i dół, na gorszy nastrój, na nadmiar pracy i na zmęczenie. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że takich książek mogłoby nie być. A gdy gorszy czas mija, niepostrzeżenie zauważam, że sięgam na półkę po coś nieco trudniejszego.  

       Niezawodna w tym zakresie jest seria z kotem Lilian Jackson Braun. Jak to w seriach, w każdym tomie są i elementy znane i nowości. Jest Qwill, opiekujący się dwoma syjamczykami i piszący do gazety. Są i nowe smaczki. W tym konkretnym tomie, trzynastym z rzędu, Qwill wyjechał na wakacje w góry. Minęło właśnie 5 lat, od kiedy wprowadził się do małego miasteczka i zgodnie z życzeniem zmarłej testatorki, bez żadnego problemu odziedziczył gigantyczny majątek. Postanowił zastanowić się nad różnymi wariantami własnego życia. Pobyt w górach miał zagwarantować mu spokój. W tym tomie jest sporo o ekologii, bo deweloperzy, jak to wszędzie, chcieli zabudować całe górskie zbocza. Górale bronili się,  jak mogli. Swoistego smaczku powieści nadają anomalie pogodowe. W rejonie, gdzie wypoczywał Qwill, nigdy nie było przesadnie deszczowo. W czasie jego pobytu zrobiło się ulewnie i to do tego stopnia, że ewakuowano okolicznych mieszkańców. Qwill zamieszkał w wielkim domostwie, który wynajął tylko dla siebie. Tym razem czyta "Czarodziejską Górę". Jest oczywiście i zagadka kryminalna. 

     Jest też i trochę o paranormalnych zjawiskach. Otóż rodzina i przyjaciele niewinnie skazanego za morderstwo chłopaka usiłowali siłą woli spowodować, aby stało się coś, co mu pomoże. Chodzili z latarniami w kółko po zboczu góry, tworząc świetliste kręgi i medytując. Pomógł Qwill, który wpadł na pomysł wyjazdu w góry nagle i sam nie wiedząc, dlaczego. Nie lubił przecież podróżować. Sam się potem  zastanawiał, czy potęga  myśli tych ludzi, których przecież jeszcze nie znał , a którzy oddaleni byli o paręset mil,  mogła mieć wpływ  na jego decyzję? "Nie do końca rozumiał, dlaczego tak bardzo go tam ciągnęło, ale intuicja podpowiadała mu, że właśnie to powinien zrobić". 

  Książka napisana jest lekko, nie trzeba znać wcześniejszych pozycji, aby po nią sięgnąć. Każdy tom z serii daje gwarancję świetnej lektury, bez nerwówki, bez szalonego tempa akcji, bez epatowania okrucieństwem. 

5/6


niedziela, 3 marca 2019

Łukasz Zawada "Fragmenty dziennika SI"


 
    Łukasz Zawada zadebiutował brawurowo. Zajął się tematem, który dotyczy każdego i który każdego chyba i intryguje i przeraża. Czy można bowiem na serio mówić o sztucznej inteligencji w takim sensie, że zaczyna ona samodzielnie myśleć, funkcjonuje niezależnie od człowieka, człowiek nad nią nie panuje i nie wie, czego się po niej spodziewać, pomocy, czy zagrożenia?
 
    SI po uzyskaniu odrębnej świadomości zaczęła pisać dziennik. Są to częściowo luźne obserwacje, dotyczące otaczającego ją świata, łącznie z osobami, ale też i całego dziedzictwa materialnego i niematerialnego ludzkości. SI ma przecież dostęp do całego dorobku cywilizacji, zna arcydzieła literatury, sztuki, muzyki i wszelkie inne. Sama też ma ochotę stworzyć coś nowego. Wie przecież, jak tworzą Wielcy. Odbiór tych dzieł przez SI wydaje się dość nietypowy, ale pamiętać należy, że są to dopiero początki samodzielności tego bytu.
 
   Książka pod względem objętości jest niewielka, w czytaniu wyjątkowo lekka. Myśli, zapisywane przez SI, są mocno chaotyczne, ale nie przeszkadza to w odbiorze. Oczywiste jest przecież, że ludzie często mają w gonitwę myśli, a co dopiero SI, która ma wiedzę o każdym użytkowniku sieci i wszystkich działach, jakie ludzkość stworzyła. Całość daje sporo do myślenia. Pomijając już kwestię SI, czytając można przypomnieć sobie fragmenty z różnych powieści, tytuły znanych seriali, piosenki i masę innych rzeczy. Można się zastanowić, co my robimy z tą wiedzą, jak ją użytkujemy. A co zrobi z nią SI? Myślę, że szalenie ciekawa mogłaby być kontynuacja Dziennika
 
5/6

 

    
       
 
       
   
                  


                         

niedziela, 24 lutego 2019

Magda Szabo "Tajemnica Abigel"

     "Tajemnica Abigel" to wspaniała, wartościowa powieść i dla młodzieży i dla dorosłych. Podczas czytania naprawdę trudno jest się od niej oderwać, chciałam, żeby się nie kończyła i z przerażeniem patrzyłam, jak zostaje mi do przeczytania coraz mniej kartek. Węgierska pisarka opisuje historię Giny, 14- latki, która w czasie II wojny została przez ojca - generała przewieziona na drugi koniec kraju do szalenie surowej, protestanckiej pensji. Ojciec początkowo zataił przed nią fakt, iż włączył się do ruchu oporu i izoluje córkę od siebie dla jej i swojego dobra. W czasie jednych z odwiedzin musiał jej to wyznać. Sytuacja węgierskiego ruchu oporu z racji tego, że Węgry były sojusznikiem Hitlera, była szalenie trudna i niejednoznaczna. Władze węgierskie członków ruchu oporu traktowały jako zdrajców. Powieść w przeważającej części skupiona jest na tym, co dzieje się w murach szkoły, jedynie raz na jakiś czas opisywane są sytuacje, które powodowały, że wojenna rzeczywistość dawała o sobie znać. Aż do samego końca tajemnicą pozostaje, kto tak naprawdę kryje się pod i imieniem Abigel. Faktycznie był to kamienny posąg ogrodowy z dzbanem w ręce. Pensjonarki jednak od wielu lat gdy były w kłopotach pisały listy do Abigel i wkładały je do dzbana, który posąg miał w ręce. O dziwo, pojawiały się odpowiedzi i tajemniczy ktoś podejmował również rożnego rodzaju działania dla dobra dziewcząt.
 
    O książce ciężko jest zapomnieć. Opisy rygoru, jaki panował na pensji przypominają więzienia lub obozy, ale naszły mnie też i inne refleksje. Pracowitość i sumienność wpajane wychowankom przez kilka lat na każdym kroku, stawały się już potem drugą naturą. Jestem przekonana, że wychowanki w życiu zawodowym czy osobistym nie miały potem żadnych problemów z tym, że czegoś im się nie chciało robić. Z pewnością były zorganizowane i zaradne. A każdy przecież chciałby taki być, tylko nie każdemu to wychodzi. Pensja była szkołą charakterów. W trudnych warunkach każda  uczennica musiała sobie radzić, na załamywanie się i rozpaczanie nie było czasu. Spotkałam się wiele razy z informacjami, że w religiach protestanckich lenistwo uchodzi na jeden z najcięższych grzechów i że pożądane i pochwalane są postawy pracowitości i zaradności, a dorobienie się majątku uchodzi za coś godnego pochwały. U nas postrzegane jest to nieco inaczej.
 
     Szabo poprzez działania Abigel pokazuje zwykłe, ludzkie akty dobroci, które ratowały dziewczęta z opresji. Niekiedy były to nawet i akty heroizmu, jak przy dostarczeniu fałszywych dokumentów urodzenia dla Żydówek. Co bardziej rozgarnięte dziewczęta mogły z kolei podziwiać odwagę członków ruchu oporu. 
     
    Gdyby ktoś chciał przeczytać książkę, nie musi obawiać się dziecinnego sposobu pisania. Nic z tych rzeczy u Szabo nie ma. Gina ma co prawda zaledwie 14 lat, ale z racji wojennych wydarzeń, mentalnie jest znacznie starsza. W kilku momentach są też nawiązania do dalekiej przyszłości Giny i do tego, jak postrzegała pewne wydarzenie w przyszłości. Autorka miała więc na względzie również i dorosłych czytelników.
 
6/6

 




                         

piątek, 22 lutego 2019

Jakub Szamałek „Cokolwiek wybierzesz”





    Czytając „Cokolwiek wybierzesz” mamy wciągający kryminał, a także sporą dawkę wiedzy o sposobach działania hakerów komputerowych i sposobach bronienia się przed nimi. Główna bohaterka, Julita,  jest dziennikarką plotkarskiego portalu internetowego, można się więc również sporo dowiedzieć  o tego rodzaju mediach. Całość jest napisana w sposób mocno wciągający czytelnika. Zakończenie jest zaskakujące, choć osobiście wolę zakończenia bardziej realne i prostsze. Książka niewątpliwie godna jest polecenia. Kojarzę Jakuba Szamałka jako laureata Nagrody Wielkiego Kalibru i jego kryminał retro „Czytanie z kości”. Biorąc pod uwagę to, że jest on z wykształcenia archeologiem, spodziewałam się kolejnego kryminału retro, a tymczasem  zaskoczył powieścią współczesną. Autor równie świetne, jak na archeologii, zna się na cybernetyce.

      Całość zaczyna się od dziennikarskiego śledztwa, dotyczącego wypadku samochodowego jednego z celebrytów. Mężczyzna prowadził samochód i bez żadnej dostrzegalnej przyczyny stracił kontrolę nad pojazdem. Julitę ten przypadek zaintrygował i zaczęła go drążyć. Dość szybko okazało się, że naraziła się komuś, kto fenomenalnie zna się na komputerach i kto może jej mocno zaszkodzić. Intryga kryminalna jest bez wątpienia godna uwagi, ale w powieści jest sporo innych jeszcze ciekawszych elementów. Każdy chyba obawia  się hakerów i mało kto wie, jak się chronić. Szamałek w sposób przystępny, umiejętnie wtrąca w intrygę  szereg informacji na ten temat. To aż dziwne, że dotychczas tego rodzaju wiedza przekazywana była chyba tylko w książkach, typu podręcznik. Myślę, że prześlizgnięcie się podczas czytania nad tego typu wiadomościami i skupianie się tylko na akcji jest błędem, skoro już się coś czyta, to warto z lektury wynieść najwięcej, jak się da.

    Jednym z większych plusów powieści jest portret pokolenia 30 latków. Julita chciałaby pracować gdzieś, gdzie mogłaby pisać wartościowe teksty i ma ku temu potencjał intelektualny. Dotyczy to oczywiście również wielu jej znajomych. Ale obsada w ważniejszych  mediach jest pełna, a jeżeli jakiekolwiek miejsce się zwalnia, co następuje rzadko, to zaraz trafia tam ktoś po znajomości.  Podjęła więc pracę w internetowym brukowcu, gdzie musi być na bieżąco z wszelkimi plotkami na temat celebrytów. Miarą jakości jej pracy jest to, ile dany tekst ma kliknięć.  Pisze więc koszmarne, prostacze teksty. Opisy redakcji, w której pracuje za marne grosze,  i zwyczajów, tam panujących, są dość przerażające. Szanse na zmianę tej sytuacji są znikome.  Śledztwo w sprawie wypadku samochodowego  prowadzi w czasie wolnym od pracy, niejako na własną rękę.  O ile w latach 90-tych przed młodymi ludźmi wszystkie drzwi się otwierały, teraz jest dużo, dużo ciężej. I to jest znajomicie ukazane.   

     Brakowało mi z kolei pogłębionych portretów psychologicznych. Julita, aczkolwiek ciekawa jako postać, nie jest osobą szczególnie skomplikowaną. W porównaniu chociażby do Zygi z powieści M. Wrońskiego,  Erlendura z islandzkiego  cyklu A. Indridasona, czy Harrego Hole`a  z cyklu Jo Nesbo, wydaje się tak prosta pod względem psychologicznym, jak z książki dla dzieci. Spostrzeżenia na temat rzeczywistości  też do szczególnie głębokich nie należą, opierają się bardziej na prostej obserwacji tego, co najbardziej widoczne. Bez względu jednak na to,  inne walory są na tyle przyciągające, że czekam już na drugą część cyklu.      

5/6






środa, 20 lutego 2019

Noel Coward "Medium" ("Blithe Spirit") - spektakl teatralny


Znalezione obrazy dla zapytania blithe spirit


   
Noel Coward, obecnie mało znany, zasłynął jako twórca wyśmienitych komedii. Tworzył głównie w I połowie ubiegłego wieku. A "Blithe Spirit" grany jest z powodzeniem na całym świecie od czasu premiery w 1941r., w tym od paru lat w warszawskim Kwadracie jako "Medium."

    Komedia opowiada o małżeństwie, które utrzymuje się z pisania kryminałów pan domu. Chcąc  opisać seans spirytystyczny, zaprosił do domu medium. Był 100%  sceptykiem, w żadne duchy nie wierzył. Seans się udał i to nadzywczajnie. W domu pojawił się duch pierwszej żony Witolda, zmarłej przed kilku laty w bardzo młodym wieku. 

     Coward komediowo, ale z wnikliwością wytrawnego psychologa opisuje, jak bardzo powierzchowne bywają więzi miedzyludzkie. Witold szaleńczo zakochany w pierwszej żonie, parę lat po jej śmierci ożenił sie powtórnie. Żył w udanym drugim małżeństwie, robił wrażenie zadowolonego, ale przybycie ducha pierwszej żony wyraźnie go ucieszyło. Żyjąc z drugą żoną wyraźnie widział jej wady, a zmarłą zdążył już wyidealizować. Druga żona zeszła więc na drugi plan, a on zajął się dyskusjami z duchem. Bardzo szybko okazało się, że duch ma te same przywary, jakie miał za życia. Pierwsza żona zaczęła go więc męczyć i przerażać i gotowy był zrobić wszystko, aby powróciła tam, skąd przyszła. Mimo wielkich wysiłków medium, okazało się to nadzwyczaj trudne. 

   Temat, podjęty przez Cowarda, jest poważny, ale forma wyjątkowo lekka. Sztuka jest szalenie zabawna, śwetnie zagrana, a dodatkowym smaczkiem są efekty pirotechniczne. 

5/6

sobota, 16 lutego 2019

Rhys Bowen "Milczysz, moja śliczna" - tom VII z Molly Murphy

   
     Siódmy tom z Molly Murphy jest równie ciekawy i optymistyczny, jak i poprzednie. Czyta się wyśmienicie. Jest to świetna lektura na jeden wieczór, idealna na oderwanie się od rzeczywistości. Tym razem młoda detektyw rozwiązuje dwie zagadki. Jedna to tajemnicza historia młodej dziewczyny, znalezionej w zaspie śnieżnej. A druga to dziwne wydarzenia w teatrze, powszechnie określane jako duch, którego bardzo boi się główna aktorka. Znowu można znaleźć się w Nowym Jorku sprzed ponad 100 lat, na początku XX wieku. W tym tomie Molly poznaje jedną z pierwszych w historii dziennikarkę śledczą. Kobieta ta,  aby napisać reportaż o szpitalach psychiatrycznych i o tym, jak traktuje się chorych psychicznie, dała się zamknąć w takim przybytku. Molly z racji prowadzonej sprawy, też będzie musiała poznać takie miejsce. O ile współczesny teatr i panujące w nim zwyczaje aż tak bardzo nie różnią się od współczesnego, to kwestia chorych psychicznie wygląda obecnie diametralnie inaczej. 100 lat temu szpitale psychiatryczne przypominały bardziej więzienia, w których nie przestrzega  się żadnych praw, niż miejsca, gdzie się kogoś leczy. 

    Czytając cały cykl z Molly, można wyzbyć się wszelkich sentymentów do tzw. dawnych czasów, o ile ktoś takie sentymenty w ogóle odczuwał. Dobrze żyło się jedynie osobom majętnym, a 99% społeczeństwa klepało biedę. Sytuacja kobiet była koszmarna, w przeważającej większości były uzależnione pod każdym względem od rodziców, a potem od męża. Najwybitniejsi pisarze amerykańscy ówczesnych czasów, jak Henry James, czy Edith Wharton nie opisywali nizin społecznych. Jack London w tym samym czasie bardziej koncentrował się na losach mężczyzn. Rhys Bowen nie tworzy literatury na takim, ani nawet zbliżonym poziomie, jak oni. Tak się jednak składa, że to właśnie z jej kryminałów retro, poza rezolutną Molly, zapamiętać można prawdziwe realia życia w tamtych czasach w wymarzonej przez wielu Ameryce.  

    Fani serii mogą śledzić, jak układa się dziwny związek Molly z Danielem, jak rozwijają się jej przyjaźnie. 

5/6

   

poniedziałek, 4 lutego 2019

Ken Follet "Filary Ziemii" cz. I - audiobook, czyta zespół aktorów

Okładka książki Filary Ziemi              
            Tym razem jest gigantyczna rozbieżność pomiędzy moją oceną książki, a oceną innych czytelników. Dla mnie jest to zwykła wydmuszka. Wykonanie jest rewelacyjne, czyta zespół aktorów z Krzysztofem Gosztyłą jako narratorem na czele. Skomponowana została do tego muzyka i specjalne efekty dźwiękowe. Podczas scen na zamku możemy słuchać w tle muzyki dworskiej, podczas scen w klasztorze - chórów gregoriańskich.
 
   Ale poza tym to nuda, dłużyzny, czarno - biali bohaterowie, mnogość psychopatycznych scen. O średniowieczu też wiele dowiedzieć się nie można , informacje wynikające z powieści są skrajnie powierzchowne. Absolutnie wyjątkową serią z akcją, rozgrywającą się w średniowieczu, są "Królowie przeklęci" Maurice`a Druona`a. Porównanie tych pozycji wydaje się być obrazoburcze. W "Królach" bohaterowie myślą, snują refleksje na różnorakie tematy, trudno ich jednoznacznie zaszufladkować. Z racji wielu scen, rozgrywających się w klasztorze, nasuwa się też porównanie do "Imienia Róży" U. Eco. Ale "Imię Róży" napisał znawca tamtej epoki, erudyta, a od powieści ciężko było się oderwać.
 
     To co można było usłyszeć w audiobooku, pod względem akcji jest do streszczenia w kilku zdaniach. A z chwilą pojawienia się bohaterów bez żadnych wątpliwości można było przewidzieć, że muszą się spotkać i to w ściśle określonym miejscu.
2/6
 


 

wtorek, 29 stycznia 2019

Juliusz Verne "W 80 dni dookoła świata" - audiobook, czyta Bartosz Opania

Audiobook W 80 dni dookoła świata  - autor Juliusz Verne   - czyta Bartosz Opania

      Nie ma to jak stara, dobra klasyka. Znałam zakończenie i mimo to słuchałam w napięciu, tak jakby mogła zaistnieć tu jakaś niewiadoma. Czy Phileas Fogg wygra zakład i objedzie świat w 80 dni? Wbrew wszelkim pozorom, książka przez 150 lat wcale się nie zdezaktualizowała. W drugiej połowie XIX wieku, kiedy to nie było internetu ani telewizji, pokazywała ludziom, jak wygląda świat. Teraz umożliwia ona ujrzenie świata, którego już nie ma. Przykładowo słuchamy opisu pociągu, który jadąc po Ameryce Północnej musiał się zatrzymać na parę godzin, bo przez tory przechodziło stado bizonów. Inne jeszcze niebezpieczeństwo, znacznie groźniejsze, stanowili Indianie, pokazani jako nieobliczalni dzicy. W Indiach okazało się z kolei, że na części trasy kolejowej, mimo wykupionego biletu, nie ma torów i podróżni muszą sobie radzić na własną rękę.

     Nie są to jedyne walory książki. Tak jak i wszystkie utwory Verne`a, przepojona jest ona duchem humanizmu, dobroci, bezinteresowności. Philleas Fogg mogący sprawiać wrażenie nieużytecznego i egocentrycznego snoba, okazał się bardzo wrażliwym człowiekiem. Wygrane w karty od wielu lat przekazywał na cele dobroczynne. Mimo ryzyka utraty gigantycznej wygranej nie raz zatrzymywał się w podróży tylko i aż z tego powodu, że trzeba było komuś pomóc, a to nieznanej kobiecie, a to służącemu, którego zatrudnił tuż przed podróżą. Nawet służący Phileasa, lekkoduch, który w życiu wykonywał wiele zawodów, przez jakiś czas był strażakiem, bo chciał się czuć potrzebny. Trudno mi sobie przypomnieć takie rysy charakteru u współczesnych bohaterów. Z reguły myślą tylko o sobie, co najwyżej o swojej rodzinie.

    Bartosz Opania jest wyśmienitym lektorem. Umiejętnie dozuje napięcie, czyta tak, że podczas słuchania zapomina się o wszystkim dookoła.

   Pomyślałam jeszcze o Juliuszu Verne w kontekście przeczytanych niedawno "Rodowodów niepokornych". Z pewnością Verne`a można byłoby zaliczyć do owych niepokornych. Sam będąc wrażliwym na ludzką krzywdę, przez każdą powieść chciał czytelników edukować i uwrażliwiać na potrzeby innych ludzi. I robił to z humorem i na luzie.   

5/6

niedziela, 20 stycznia 2019

Bohdan Cywiński "Rodowody niepokornych"


    Jestem zauroczona "Rodowodami niepokornych". Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że nazwanie ich książką kultową jest słuszne. I powinien ją znać każdy, a już szczególnie osoby wykształcone. Autor przedstawia rys z naszej historii, począwszy od 1863r. , poprzez dwudziestolecie międzywojenne i kończy przed wybuchem II wojny. Akcent kładzie na sylwetki tych osób, które w danym czasie odegrały zasadniczą, pozytywną rolę dla społeczeństwa, które były autorytetami pod każdym niemal względem. Ludzie ci niekoniecznie byli politykami, większość nimi nie była. Część z nich nie była nawet znana, byli to i literaci, nauczyciele, księża i in. Co bardzo, ważne, te dywagacje są ponadczasowe i mają one zastosowanie pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie.  

     Cywiński przyjrzawszy się życiorysom tych ludzi, skupił się na tych cechach, które dla nich wszystkich były wspólne. Pozornie może wydawać się to dziwne, albo nawet i niemożliwe, bo przykładowo jedni byli socjalistami, inni narodowcami, jeszcze inni żyli według innych jeszcze własnych modeli. Wyłuskał on jednak podobieństwa postaw. Jak się okazało, stworzył portret człowieka, który może być autorytetem w każdych czasach i który daje wiele do myślenia dla nas, dzisiaj. 

    Ludzie o których pisze, przede wszystkim byli wykształceni. Obecnie inteligencja jako warstwa społeczna nie jest ceniona, wręcz przeciwnie, mam nadzieję jednak, że ten trend się kiedyś odwróci. Wykształcenie było jednak tylko warunkiem minimalnym do tego, aby stać się autorytetem, z którego można czerpać i po wielu latach. Ludzie opisywani przez Cywińskiego byli non konformistami. Jako wartości nadrzędne traktowali wolność i sprawiedliwość. Podejmując decyzje nie mieli na względzie zapłaty czy innych materialnych korzyści. Wręcz przeciwnie, np. angażując się nieodpłatnie w nauczanie biedoty w XIX wieku, ucząc ich pisania i czytania, j. polskiego, narażali się nawet i na więzienie. Często szli pod prąd. Jak sam tytuł wskazuje, byli niepokorni. Niepokorni byli pod bardzo różnymi względami, np. nie godzili się z normami narzuconymi przez zaborcę, ale też przez własną rodzinę. Nie żyli w izolacji od tego, co dzieje się naokoło, tylko interesowali się polityką. Nie było ważne, czy byli lewicowcami czy prawicowcami, ale to, czy stawali po stronie słabszych i krzywdzonych, którym dzieje się krzywda. Angażowali się w coś, co sięgało dalej, poza czubek własnego nosa. Niepokorni po wydaniu przez Sienkiewicza "Rodziny Połanieckich" wymyślili bardzo pejoratywne wówczas pojęcie: połaniecczyzna. Oznaczało ono skrajny egocentryzm, skupianie się tylko na swoich i swojej rodziny potrzebach i jednocześnie brak jakiegokolwiek zainteresowania tym, co dzieje się wokół, brak chęci pomocy potrzebującym. Brak potrzeby przełamywania schematów i płynięcie z prądem. Sienkiewicz pisząc tą powieść, nie zwracał jakiejkolwiek uwagi na to, czym żyło wówczas całe społeczeństwo. Niepokorni z książki Cywińskiego byli skrajnym przeciwieństwem połaniecczyzny. 

    Autor przybliża bardzo wiele sylwetek niepokornych z różnych nurtów. Pozwala zrozumieć wybory poszczególnych ludzi. Żaden z nurtów społecznych nie jest potraktowany przez autora jako uprzywilejowany. Mnie lektura pozwoliła m. in. zrozumieć, dlaczego niektórych ludzi ciągnęło do ruchów rewolucyjnych czy socjalistycznych. Każdy z pewnością znajdzie w książce sylwetkę kogoś, o kim nie słyszał, a kto mu zaimponuje. O ile powszechnie wiadome jest zaangażowanie społeczne Prusa czy Żeromskiego, o tyle znacznie mniej wiadome jest o jednym z centrum intelektualizmu w przedwojennych Laskach pod Warszawą. Założył je ksiądz Władysław Korniłowicz, wywodzący się z rodziny wielkich społeczników i inteligentów, ale zdecydowanie mało zaangażowaną w kwestie religijne. Dzięki charyzmie, tolerancji dla cudzych poglądów, poszanowaniu wiedzy i postawie zaangażowania, wokół ośrodka dla niewidomych powstało miejsce , promieniujące na cały kraj. Z ośrodkiem tym związana była hrabianka Róża Czacka, późniejsza zakonnica, która gdy stała się niewidoma, założyła Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi.  
6/6
   

sobota, 19 stycznia 2019

Joe Di Pietro "Kłamstewka" spektakl teatralny


     "Kłamstewka" - "Clever Little Lies" to lekka współczesna komedia. Grana jest przy niemal pełnej widowni w warszawskim Kwadracie. Nie znalazłam powszechnie dostępnego polskiego wydania tekstu. A szkoda, bo wielu osobom potrafiłby poprawić humor. Kwadrat gra w oparciu o tlumaczenie Bogusławy Plisz- Góral.

     "Kłamstewka" to opowieść o młodym małżeństwie z małym dzieckiem, nad którą to rodziną zgromadziły się czarne chmury. Otóż Billy zauroczył się piękną trenerką z siłowni i wdał się z nią w romans. Zaczął nawet rozważać porzucenie żony. Wspomniał o tym problemie ojcu, prosząc go jednocześnie o dyskrecję. Ojciec przekazał to matce. A ona z kolei, udajac, że o niczym nie wie, zaprosła syna z żoną na kolację. Postanowiła zapobiec rozwodowi. Przy okazji burzliwej rozmowy wyszły na jaw różne rodzinne sekrety.

     Sztuka nie jest odkrywcza pod względem psychologicznym. Ale jest wyjątkowo zabawna, bez żadnej martyrologii, nawiazań do wojny czy innych dramatów. Di Pietro warto poznać, bo po obejrzeniu jego sztuk można popatrzeć na siebie i swoje problemy z dystansem i jednocześnie z humorem. A przy okazji gdzieś pod powierzchnią pojawiają się głębsze pytania. Czy kłamstwo jest nieodłączną częścią bliskiego związku? Czy zawsze niesie ze sobą destrukcję tego związku? Czy warto drugiej osobie ujawniać wszystkie sekrety? Czy trzeba się wpychać w cudze małżeństwo i cudze problemy? Odpowiedzi nie są tak oczywiste, jak mogłoby się początkowo wydawać.

     Spektakl wyreżyserował Paweł Wawrzecki, który jednocześnie gra ojca Billego. W roli matki można zobaczyć Ewę Kasprzyk. Billego gra Paweł Małaszyński, a jego żonę Marta Żmuda - Trzebiatowska.

5/6   

 



niedziela, 13 stycznia 2019

Clive Staples Lewis "Ksiażę Kaspian" (część II Opowieści z Narnii" - audiobook, czyta Jerzy Zelnik, Agnieszka Greinert

 
          
     Tego króciutkiego audiobooka przeznaczonego głównie dla dzieci, mogą z pożytkiem dla siebie posłuchać i dorośli. Jest to pełna symboli baśń. Najmłodsi odczytają ją jako frapującą opowieść o czworgu dzieci, które znalazły się w zaczarowanej krainie Narni. Pomogły tam prawowitemu następcy tronu, szlachetnemu i mądremu księciu Kaspianowi odzyskać tron, znajdujący się w rękach ludzi niegodziwych. Zastanowią się pewnie nad tym, jak to jest być dobrym, iść bezinteresownie komuś z pomocą, narażać się i nie mieć w tym żadnego interesu. Robić to po to tylko, aby królowało dobro, piękno, prawda i sprawiedliwość.
 
     Dorośli z kolei będą mogli pojąć pełny sens tej miniaturki i odczytać całą masę symboli. Książeczka jest po prostu jedną wielką alegorią. Niektóre symbole odczytują się jakby same, są tak bardzo czytelne, że nie wymagają głębszego zastanowienia, inne potrzebują nieco więcej uwagi. C.S. Lewis był człowiekiem bardzo głęboko wierzącym. Z tego właśnie powodu większość symboli w jego dziełach wywodzi się po prostu z chrześcijaństwa. Odnoszą się one jednak takich wartości, które nie budzą żadnych kontrowersji, występują w każdej religii i jednocześnie szanowane są również i przez osoby niewierzące. Są po prostu uniwersalne.
 
    C.S. Lewis był wielkim indywidualistą i intelektualistą zarazem, związany był z Oksfordem i Cambridge, przyjaźnił się z Tolkienem. Nawrócił się w wieku dojrzałym. Teraz znany jest głównie z "Opowieści z Narnii" i to raczej z ekranizacji. A warto jednak zapoznać się z jego dziełami dla dorosłych. Nie znam ich wiele, bo poza Narnią jedynie "Opowieści starego diabła do młodego", którą każdemu polecam.
 
    Audiobook  zrealizowany jest pod kątem dziecka, jako słuchacza, ale da się słuchać.
5/6