wtorek, 20 września 2016

George Orwell „Folwark zwierzęcy” – audiobook, czyta Wiesław Michnikowski

 
Folwark zwierzęcy. Czyta: Wiesław - pudełko audiobooku
 
  Powrót do „Folwarku zwierzęcego” okazał się ciekawym eksperymentem. Ku swojemu zaskoczeniu, sporo rzeczy już nie pamiętałam,  pamiętałam tylko ogólna wymowę. Orwell opisał w formie satyry rewolucję październikową z 1917r. , ale jednocześnie opisał też ponadczasowe państwo totalitarne. Zaskakujące, że był w stanie opisać wszystko tak trafnie, zmarł przecież w 1950r, o totalitaryzmach nie było wówczas wiadomo tak wiele, jak teraz. Wystarczyło mu, że walczył w wojnie domowej Hiszpanii, zorientował się dość szybko, jak wyglądają chociażby Brygady Międzynarodowe z ZSRR.  

wtorek, 13 września 2016

Kristina Sabaliauskaite „Silva Rerum” - audiobook, czyta Wiktoria Gorodeckaja

Audiobook Silva Rerum  - autor Kristina Sabaliauskaitė   - czyta Wiktoria Gorodeckaja


„Silva rerum” to wyśmienita książka, którą jestem zachwycona i czekam już z niecierpliwością na to, aż dokonany zostanie przekład na j. polski pozostałych dwóch tomów. Książka jest sagą rodzinną, pierwszy tom rozgrywa się w XVII wieku, częściowo w wiejskiej posiadłości Milkonty, częściowo zaś w Wilnie. Jest sagą nietypową. Ale o tym później. Od kiedy zaczęłam słuchać tej książki, nie mogę przestać myśleć o tym, dlaczego prawie w ogóle nie sięgam, tak jak zresztą i większość czytelników, po literaturę z Europy Środkowej. Wyłamuje się z tego schematu w pewnym stopniu literatura czeska. Ale z węgierskiej przez kilka lat przeczytałam jedną pozycję, a innych np. bułgarskiej, słowackiej , słoweńskiej czy rumuńskiej zupełnie nic. Tak samo jest z krajami nadbałtyckimi, ich literatury w ogóle nie czytuję, nie znam ani litewskiej, łotewskiej , ani estońskiej. „Silva rerum”  pokazała, jak fascynujące książki powstają wokół nas. Nie jestem pewna, z czego to wynika, że tak mało sięga się po te właśnie pozycje, z tych krajów. Bogatsze państwa z pewnością dysponują większymi funduszami na promocję swoich autorów, ich nagrody literackie są najbardziej znane, np. Nagroda Bookera, National Book Award, nagroda Goncourtów, Nagroda Pulitzera   i inne.  Ale czy przez to literatura innych krajów jest gorsza?  Promocja literatury innych krajów w porównaniu do tych najbogatszych jest właściwie żadna. Książki angielskie czy amerykańskiej prościej jest znaleźć, promowane non stop stają się bestsellerami, wystarczy wejść do księgarni i są pod ręką.  Mnie osobiście wydawało się, że mam już dosyć czytania o tym, co znam, czyli o Europie Środkowej, a chętnie poczytałabym o miejscach, gdzie ludzie mają inne nieco problemy, żyje im się lepiej, przynajmniej w sensie materialnym. Ale jak się okazało, nie do końca słuszny był ten tok rozumowania. Opowieść rozgrywająca się  w Wilnie, które kiedyś było naszym miastem, które kojarzy mi się z Mickiewiczem, napisana przez litewską pisarkę, okazała się fascynująca.  

niedziela, 11 września 2016

Lilian Jackson Braun „Kot, który się włączał i wyłączał”

Okładka książki Kot, który się włączał i wyłączał           

        Raz na jakiś czas sięgam po ulubioną serię „Kot, który….”, o której nie jednokrotnie już pisałam chociażby tutaj. „Kot, który się włączał i wyłączał” to tom trzeci. Qwill mieszka już z dwoma kotami, Koko i Yum Yum , problem polega jednak na tym, że mieszkać nie gdzie, nie ma własnego domu czy mieszkania i tuła się po różnych wynajmowanych miejscach. Musiał opuścić luksusowy apartamentowiec, w którym dzięki łucie szczęścia zamieszkiwał za darmo w poprzednim tomie. Teraz mieszka w zapyziałej norze, czymś w rodzaju motelu ze ścianami, przez które wszystko słychać. Nadal jest dziennikarzem.

wtorek, 6 września 2016

Viveca Sten „Na spokojnych wodach”

Okładka książki Na spokojnych wodach           

    Dwadzieścia czy trzydzieści lat temu powieści kryminalne uchodziły za literaturę dużo gorszej jakości, tak jak filmy klasy B czy C, a może i jeszcze gorzej. Gdyby ktoś, kto kryminałami się nie interesuje, sięgnął po  „Na spokojnych wodach” uznałby, że to beznadzieja, i że „nic się nie zmieniło, w końcu to kryminał.”
 
          „Na spokojnych wodach” to zdecydowanie fatalna literatura. Myślę nawet, że na studiach, na  polonistyce lub może bardziej na skandynawistyce, ktoś z wykładowców mógłby  zlecić przeczytanie tej książki po to, aby móc potem wypunktować, dlaczego jest tak bardzo zła.

niedziela, 4 września 2016

Ryszard Kapuściński „Podróże z Herodotem” audiobook , czyta Stanisław Brejdygant

Mistrzowie słowa 2. Tom 21. Podróże z Herodotem

  
Jakiś czas temu przeczytałam niemal wszystkie, no prawie wszystkie, książki Kapuścińskiego.  Pozachwycałam się nimi i odłożyłam na półkę. Przypominałam sobie o nich w trakcie przeprowadzek, a parę tygodni temu przypadkowo natknęłam się  na audiobooka. Od dawien dawna lubię co jakiś czas wracać do starych lektur, wspominałam już o tym. O powracaniu do starych lektur pisze m. in. i Kapuściński w „Podróżach z Herodotem”.  I zgadzam się z nim całkowicie. Gdy sięgamy po określoną książkę kolejny raz, nie jesteśmy już tą osobą, która czytała tą książkę wcześniej, mamy inne doświadczenia osobiste, zawodowe, dodatkowe książki czy filmy za sobą, w tym czasie zmienił się też świat. I książka już też nie jest ta sama, odkrywamy w niej coś nowego, na co wcześniej nie zwróciliśmy uwagi, albo co wydało się nam nieważne. „Dzieje” Herodota były dla Kapuścińskiego jedną z ważniejszych książek, zabierał ją ze sobą w podróże przez kilkadziesiąt lat.  A ja z kolei w „Podróżach z Herodotem”, odkryłam sporo nowych kwestii, a z kolei pod ich wpływem nasunęło mi się całkiem sporo refleksji, które wcześniej mi się nie nasuwały.  

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Javier Marias „Tak się złe zaczyna”

 Okładka książki Tak się złe zaczyna           

      Kilkakrotnie już to pisałam, a po lekturze kolejnych książek Mariasa tylko się w tej tezie utwierdzam. Javier Marias to zdecydowanie mój ulubiony współczesny pisarz. Od paru lat już, podobnie jak i wiele innych osób,  kibicuję mu w tym, aby dostał literackiego Nobla.  W moich prywatnych rankingach najlepszych książek roku zawsze jest w czołówce. Wszystko u niego idealnie współgra, treść i forma. O głębi rozważań psychologicznych pisałam już kilkakrotnie przy okazji innych książek, tutaj - "Twoja twarz jutro", tutaj - "Serce tak białe",  tutaj-"Zakochania" i tutaj - "Jutro w czas bitwy o mnie myśl".  Nikt chyba tak, jak on nie potrafi opisać człowieka, tego co robi, co ukrywa, jakie są jego motywy. Nie wspomniałam nigdy jeszcze o języku.  Język u Mariasa jest piękny. Panuje teraz niejako moda na grafomanię.  Pisać każdy może , podobnie jak i chociażby malować. Tylko że gdy nie ma się talentu literackiego, może to być i lekkie i fajne i przyjemne, takie rzeczy zresztą też czytuję, ale ta pisanina pozbawiona jest wówczas wartości literackich. Wystarczy przeczytać parę akapitów Mariasa i wiadomo już, co to znaczy – mieć talent.

środa, 24 sierpnia 2016

Carla Montero „Szmaragdowa tablica” – audiobook, czyta Joanna Jeżewska

obrazek


Strasznie długi jest ten audiobook i strasznie nierówny. Podczas słuchania targały mną raz po raz sprzeczne odczucia. Z jednej strony  wciągał w inny świat, głównie gdy mowa była o dziełach sztuki, handlu nimi czy fałszowaniu ich, a w innych miejscach irytował niedorzecznie prowadzoną akcją lub indolencją autorki.  Jazda samochodem z nim wydawała mi się mimo wszystko jednak zawsze krótsza, bez względu na odległość i przyjemniejsza. To trochę tak, jak z różnymi durnymi serialami, gdy już ktoś się wciągnie, to ciężko jest zrezygnować i przestać oglądać.  

       Wydarzenia rozgrywają się w dwóch płaszczyznach czasowych. Współcześnie Ana, młoda Hiszpanka, historyk sztuki, kustosz w muzeum , otrzymała od narzeczonego Konrada propozycję, aby odnalazła obraz „Alchemik” Giorgonego, malarza wczesnego renesansu. Szukając go natrafiła na ślad rodziny Bauerów, do których niegdyś on należał, trop urywał się w czasie drugiej wojny. I część wydarzeń to właśnie te, które rozgrywają się podczas wojny, a główną ich bohaterką jest z kolei Sara, młoda Żydówka. Zarówno we współczesności, jak i wątku wojennym obie kobiety przeżywają romanse, szczególnie absurdalny jest romans Sary, zakochała się w oficerze SS, który przyczynił się do zabicia jej ojca. Na marginesie dodać trzeba, że nie istnieje dzieło „Alchemik” autorstwa Giorgonego, jest to wytwór wyobraźni autorki, ale to akurat nie jest wielkim problemem, w tym przypadku Montero zgrabnie z tego wybrnęła.  W książce jest to obraz, który widzieli tylko nieliczni.

      Szczególnie ciekawe wątki to właśnie te związane ze sztuką, bo autorka opisała zafascynowanie sztuką Niemców, głównie tych najwyżej postawionych, łącznie z Hitlerem i autentyczną obsesję na punkcie poszukiwań czegoś nadprzyrodzonego, co może zapewnić panowanie nad światem. Sam Giorgone był malarzem tajemniczym, jego obrazy można odczytywać na różne sposoby. Ana specjalizowała się właśnie w Giorgonem.

    Irytujące delikatnie mówiąc były dla mnie wątki , związane z wojną. Wiedza autorki jest porażająco niska, momentami żenująca, wydaje mi się, że żaden polski pisarz nie napisałby podobnych bzdur. W  niektórych fragmentach  miałam ochotę dać sobie spokój ze słuchaniem. Żaden Polak nie wymyśliłby chyba historii o Żydówce zakochanej w trakcie wojny w oficerze SS, który był „dobrym Niemcem” i z narażeniem życia własnego i swojej rodziny ratował Żydówkę. A jakby było jeszcze mało, to do pomysłu ocalenia Sary przekonywał samego Himmlera. Himmler zaś nie mając nic lepszego do roboty godził się na taką rozmowę i rozważał problem, czy Sara powinna być stracona, czy nie.  Szczytem idiotyzmu było wymyślenie stowarzyszenia, w skład którego wchodziło dwóch byłych niemieckich oficerów, ocalona Żydówka i Lew Trocki.  Przykłady nonsensów można mnożyć. Wiadomo, że Hiszpanów nie dotknęła druga wojna, byli wówczas świeżo po swojej wojnie domowej, ale żeby pisać takie bzdury, to już przesada.  To, co wymieniłam, to tylko przykłady tych bzdur. Jest ich dużo więcej.

    Nasunęły mi się od razu porównania z romansem wszechczasów, czyli z „Jeźdźcem miedzianym”, o którym pisałam tutaj. W porównaniu do „Szmaragdowej tablicy” „Jeździec” wydaje mi się teraz wręcz arcydziełem. W tamtym przypadku autorka miała wiedzę o realiach życia w Leningradzie w czasie wojny, można było sporo się nauczyć. I wciągał zdecydowanie bardziej.

    Interpretacja książki w wykonaniu Joanny Jeżowskiej jak to się mówi - może być. Nic nadzwyczajnego, ale mogło być gorzej. I nie mogę na zakończenie nie podnieść jeszcze jednej kwestii, zakończenie jest niebywale rozwlekłe, ciągnie się kilka godzin, miałam już dosyć.

3/6

niedziela, 14 sierpnia 2016

Lilian Jackson Braun - „Kot, który jadał wełnę”

Okładka książki Kot, który jadał wełnę           

Pisałam już kilkakrotnie o książkach Lilian Jackson Braun, a właściwie o jej serii o Qwillu i jego dwóch wspaniałych kotach. O całym cyklu i o pierwszym tomie pt. „Kot, który czytał wspak” pisałam tutaj i tutaj. Ostatnio w wolnej chwili zaczęłam znowu do całości wracać. Książki te nadal są dla  mnie fascynujące, ciepłe, pogodne a do tego zawsze jest, jak to w kryminałach bywa, morderstwo w tle.    

               W tomie drugim Qwill nadal jest dziennikarzem w tej samej miejscowości, co poprzednio. Zaledwie jednak dowiedział się czegoś o sztuce, redaktor naczelny zlecił mu, aby zaczął zajmować się wnętrzarstwem. O tym temacie, podobnie jak wcześniej o sztuce, Qwill nie miał pojęcia. Tego typu zmiany również powodują, że cały cykl tak bardzo mi się podoba. Qwill nie zajmuje się niczym wyjątkowym, ale tym, co jest w zasięgu ręki każdego człowieka.  Każdy gdzieś mieszka i nie chodzi o to, aby po lekturze książki, każdy stał się fanem magazynów wnętrzarskich. Ale zwrócenie chociażby odrobiny uwagi na tego typu sprawy z pewnością może podnieść komfort życia.  To samo właściwie odnosi się do tomu pierwszego. Nie każdy interesuje się sztuką, Qwill też po epizodzie „krytyka sztuki” również nie stał się fascynatem malarstwa. Ale zainteresował się nim i jego życie stało się jeszcze barwniejsze, okazało się , że na wyciągniecie ręki są różne fascynujące rzeczy. Odnośnie wnętrzarstwa, przykładowo jeden z jego znajomych, dekorator wnętrz, zaprezentował mu ciekawe spojrzenie na sposób urządzenia domów. Dla mnie było to dość nowatorskie, bo nigdy do tych spraw nie przywiązywałam wagi i zabrzmiało to jak abstrakcja, aczkolwiek bardzo intrygująca abstrakcja. Mianowicie zakomunikował mu , że pokaże mu „wystrój, w którym jest wyobraźnia i śmiałość, mniej konwencjonalnej gustowności, a więcej ducha”. Już samo takie podejście potrafi zaintrygować. Chociaż Qwill starał się, pisanie o tej tematyce sprawiało mu początkowo problemy, zbierał więc porady, np. aby nie pisał o draperiach – zasłonki. Ja z pewnością na zasłonki mówię zasłonki. W tym tomie nasz bohater, nadal nie mający własnego mieszkania, zamieszkał chwilowo w nowoczesnym apartamentowcu.

       W pierwszym tomie Qwill stał się raptownie opiekunem syjamczyka – Koko. W drugim tomie opisane jest, jak to kocurek zaczął stwarzać problemy, nie jadł, niszczył rożne przedmioty itp. Qwill jako początkujący opiekun miał spory problem, dopiero w nowej roli się odnajdywał. Kociarze domyślają się, co to oznacza. Kotek cierpiał z powodu samotności, Qwill często i długo przebywał poza domem. Qwillowi doradzono, aby znalazł drugiego kotka i problem się rozwiąże. Drugi kotek, a właściwie koteczka Yum Yum pojawiła się dopiero pod koniec książki i faktycznie problemy z Koko wówczas ustały. Od tego właśnie tomu przez cały cykl dziennikarz występować będzie w towarzystwie dwóch syjamczyków.  Szybko chwycił kociego bakcyla, w tym tomie zwierzył się Koko, mówiąc, że w obecnych czasach wszyscy musimy być konformistami, a jedyne niezależne istoty, jakie pozostały, to koty.

   W tym tomie występuje również, znany z tomu pierwszego kolega Qwilla, jego szef, Arch Ricker, kolega ze szkolnej ławki. On również występować będzie przez cały cykl.

      A co do historii kryminalnej z tego tomu, to zaczęło się od tego, że Qwill napisał artykuł o wspaniałej rezydencji, której właściciel kolekcjonował kamienie szlachetne, oprócz artykułu opublikowano też zdjęcia. Błyskawicznie doszło do kradzieży kolekcji, a żona właściciela zmarła w dość niejasnych okolicznościach.

               W tych to właśnie okolicznościach Qwill zaczął stawać na nogi po różnych życiowych zawirowaniach. Alkoholizm, bezrobocie, rozwód zaczęły coraz bardziej się oddalać. Zaczął coraz rzadziej myśleć, jak to świetnie było niegdyś być dziennikarzem śledczym. Pisanie o sztuce czy potem o wnętrzarstwie zaczęło go coraz bardziej wciągać. Wciągał się też coraz  bardziej w nowy dla niego, koci świat. Odnowił przyjaźń z Archem Rickerem. Nawiązał z innymi, nowo poznanymi osobami, np. z fotografem z gazety. Nie biadolił, że kiedyś tak świetnie mu się powodziło, zaczął się cieszyć tym, co miał tu i teraz. Jako dziennikarz, rozmawiający z ludźmi, nie mógł być egocentrykiem, koncentrował się na rozmówcy, a nie na sobie. Ciekawe są fragmenty, jak to robił, że ludzie szybko mu się zwierzali ze swoich problemów. No i nadal czytał książki.

5/6

  

niedziela, 7 sierpnia 2016

Piotr Zychowicz – „Żydzi”

Okładka książki Żydzi. Opowieści niepoprawne politycznie           

 
W dalszym ciągu skrupulatnie czytam Zychowicza i nadal jestem jego fanką. Pisałam już o „Obłędzie 44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując powstanie warszawskie” , Pakcie Ribbentrop – Beck” i o „Opcji niemieckiej”. Wspólny mianownik, jaki łączy te książki to głównie pisanie o rzeczach mało znanych  lub w ogóle nie znanych i szalenie kontrowersyjnych . Tak samo sytuacja wygląda z „Żydami”. Różnica polega na tym, że „Żydzi” są książką , na którą składa się zbiór tekstów historycznych, pisanych dla czasopism, w większości opublikowanych w ostatnich latach, jak również wywiady głównie z historykami różnych narodowości, również poprzednio już publikowanymi. Tym razem reklama mówi prawdę, rzeczywiście to ta książka Zychowicza jest najbardziej kontrowersyjna. Jest jeszcze bardziej kontrowersyjna, niż „Obłęd” , nie każdy interesuje się powstaniem warszawskim, a o Żydach każdy ma coś do powiedzenia, mniej lub bardziej sensownego. Nie jest to książka dla tych, którzy uważają, że w historii narodu żydowskiego nie ma żadnych białych plam, że zawsze wszystko było sprawiedliwie i świetnie. Ale nie jest to też książka dla antysemitów, przeczytawszy niektóre teksty będą srodze zawiedzeni. I wreszcie - książka wbrew pozorom nie jest tylko i wyłącznie o Żydach, traktuje ona o różnych kwestiach i postaciach, które mają lub miały związek z Żydami. Dotyczy i historii i współczesności. No i nie ulega wątpliwości, że całość jest dla miłośników historii, którzy mają o niej jakie takie pojęcie, autor nie tłumaczy chociażby,  co wydarzyło się 17 września.

        Teksty są zgrupowane w cztery rozdziały. Pierwszy to rozmowy z żydowskimi historykami o Żydach. Rozmówcy z racji od dawna głoszonych poglądów są wyjątkowo kontrowersyjni. Potem są już rozmowy o Żydach, ale nie z Żydami. Kolejny rozdział to „Komuniści, syjoniści, kolaboranci”. I rozdział czwarty dotyczy „Żydów a 17 września”. Część podjętych tematów jest szeroko omawiana i dyskutowana od dawna na łamach mediów , np. kwestia tego, na jaką skalę Polacy w czasie wojny  Żydom pomagali, a na jaką ich mordowali lub denuncjowali czy okradali. Ale są tematy mniej znane lub naświetlane zupełne inaczej, niż gdzie indziej.  A o niektórych tematach z kolei prawie w ogóle się nie mówi, bo już samo zainicjowanie go jest źle widziane i temu, kto nad nim się pochyla, przypinana jest łatka antysemity. Dotyczy to chociażby kwestii Żydów komunistów. A z kolei o 17-tym  września i odnoszeniu tej kwestii do postaw Żydów wobec wkraczającej czerwonej armii  nie mówi się w ogóle , mało kogo to w ogóle interesuje.

               A oto garść przykładów. W jednym z rozdziałów historyk amerykański żydowskiego pochodzenia profesor Finkelstein stwierdza, że Żydzi amerykańscy wymusili na mediach i na amerykańskich uczelniach taki punkt widzenia, w myśl którego tylko Żydzi mogą być pokazywani jako  naród, który ucierpiał w czasie wojny, przedstawiciele innych narodowości zaś mogą być ukazywani jedynie jako zabójcy lub denuncjatorzy. Gdy ktoś prezentuje inny pogląd nie zrobi kariery.

               Jeden z rozdziałów dotyczy Piusa XII, papieża z czasów wojny, powszechnie uważanego za antysemitę, który swoją rzekomą biernością wobec niemieckich zbrodni przyczynił się do śmierci wielu Żydów. Okazuje się, że było zupełnie odwrotnie, przytoczone są dane, z których wynika, że ocalił on olbrzymie rzesze Żydów. I całe szczęście, że jako głowa Kościoła nie zajął oficjalnego stanowiska w sprawie eksterminacji ludności żydowskiej, gdyby tak zrobił, błyskawicznie przestałby być papieżem i jakakolwiek pomoc byłaby już wówczas niemożliwa. Co zaskakujące, bezpośrednio po wojnie odbierał on wyrazy wdzięczności również od Żydów. A dlaczego w powszechnym odczuciu jest on odbierany jako antysemita i niemal poplecznik morderców? Według Zychowicza i materiałów, na które się powołuje, Pius XII „zawdzięcza” to specjalnej operacji propagandowej, zrealizowanej przez KGB, dla której była to jedna z form walki z Kościołem. 

       Inne kwestie to chociażby sprawa statku pasażerskiego St Louis, który przed wojną regularnie kursował pomiędzy Niemcami a USA. W maju 1939r.  na jego pokład wsiadło prawie 1000 Żydów, którzy mieli legalne wizy i uciekali przed zbliżającą się zagładą. Zamierzali oni wysiąść na Kubie. Okazało się, że Kuba zmieniła przepisy i anulowała wszystkie zezwolenia na  pobyt. Kapitan statku z Kuby popłynął więc na Florydę, ale  amerykańska straż przybrzeżna zatrzymała statek. Roosvelt chciał jak najdłużej być prezydentem, a społeczeństwo amerykańskie było wyjątkowo nieprzychylne przyjmowaniu Żydów, nikt nie zdecydował się na zmianę restrykcyjnych przepisów. Statek odprawiono więc z USA i musiał zawrócić do Europy, przywódcy państw europejskich okazali się w tym konkretnym przypadku mniej cyniczni od Roosvelta i kilku  z nich zgodziło się przyjąć Żydów. Tylko co z tego? Przeważająca większość tych Żydów zginęła  po wybuchu wojny. To skrajny przykład obłudy, o którym mało słychać.   

     Najciekawsze i najmniej znane kwestie znaleźć można w rozdziałach o komunistach, syjonistach i kolaborantach oraz o 17-tym września. Problem 17-ego września sprowadza się, generalizując,  do tego, że armia czerwona witana była przez Żydów entuzjastycznie, a co gorsze denuncjowali oni często Polaków. Szkoda, że w przeciwieństwie do tematyki obozów zagłady, getta itp. kwestii, o tym właśnie problemie nie ma żadnych merytorycznych dyskusji. Dobór rozmówców w wywiadach, przedrukowanych w „Żydach” jest taki, iż na łamach książki w pewnym zakresie można przeczytać  coś w rodzaju dwugłosu.

              Książki Zychowicza mają to do siebie, że czyta się je rewelacyjnie. Co z tego, że istnieją  prace naukowe historyków z tytułami naukowymi, skoro z uwagi na hermetyczny język i styl pisania, poza innymi pracownikami naukowymi mało kto je czyta. Jak już pisałam przy okazji innych książek tego autora, Zychowicz może drażnić, można się z nim zgadzać lub nie zgadzać, ale nikt podczas czytania nie nudzi się. Chociaż autor jest historykiem z zawodu, jego książki nie są pracami naukowymi. Dzięki temu może robić więcej, niż zawodowy historyk. Historyk z tytułem naukowym nie rozważa alternatywnych wersji historii, nie ocenia politycznych posunięć w kategoriach moralnych, niestety rzadko kiedy skupia się na tematach kontrowersyjnych, bezpieczniej dla niego jest konformistycznie zajmować się tematyką, która nie wzbudza wielkich emocji, dzięki temu nikomu się narazi.  Zychowicz zaś nie ukrywa swojego subiektywnego punktu widzenia, rozważa historie alternatywne. I dzięki temu go czytam.

6/6   

    

wtorek, 2 sierpnia 2016

Hakan Nesser „Karambol”

Okładka książki Karambol           


        Latem, szczególnie w upały, czytam więcej książek luźniejszych, niż zwykle. „Karambol”, kryminał z cyklu z komisarzem Van Veeterenem był lekturą wyjątkowo udaną. Od dawna nie czytałam tak bardzo wciągającej książki. Zajęło mi to dwa popołudnia, a gdy zaczęłam, wszystko inne musiało zejść na drugi plan, zburzyłam cały harmonogram różnych spraw, które miałam do załatwienia. Pod względem wciągania w lekturę ten tom był porównywalny chyba tylko z Lee Child`em. Zapomniałam o wszystkich innych sprawach i przez jakiś czas żyłam w świecie Nessera. Autor wymyślił nie tylko oryginalną akcję, ale i w równie oryginalny sposób o niej opowiedział. Nie doszukałam się w tej książce ani drugiego, ani trzeciego dna, ani nadzwyczajnych rozważań psychologicznych, ale jest to bez wątpienia rzecz bardzo dobrze napisana i dająca do myślenia.  

    Wydarzenia rozpoczynają się fragmentem, który opisuje, co robi „Mężczyzna, który wkrótce miał zabić” i co dzieje się „Chłopakiem, który wkrótce miał umrzeć”. Mężczyzna wsiadł do samochodu, będąc nietrzeźwym w fatalną pogodę, nocą i potrącił tego chłopaka. Znamy więc przebieg zdarzenia, wiemy mniej więcej, kim był zabity, nie wiadomo natomiast, kim jest kierowca, który zabił. Wkrótce potem zabójca zabił ponownie kolejną osobę, tym razem z zimną krwią. Dlaczego tak się stało, chętni przeczytają. Autor opisuje oczywiście poczynania ekipy śledczej, a czytelnik wie, czy ekipa ta zmierza w prawidłowym kierunku, komu z ekipy najlepiej idzie dedukcja.  

            A co do zabójcy to normalny człowiek, jakby się wydawało, w przeciągu kilku tygodni przeistoczył się w potwora.  Sam tak powiedział o sobie w końcowej scenie – „Jeszcze dwa miesiące temu byłem normalnym człowiekiem”. A może potwór w nim drzemał i czekał na okazję, aby się obudzić? Pierwsze wydarzenie w pewnym stopniu było przypadkowe, ale potem degrengolada moralna zabójcy postępowała w zastraszającym tempie. Czy z każdym innym by tak było? Pewnie nie. Ale czy na pewno? Jest się nad czym zastanowić. Jeden z bohaterów książki przypomniał teorię kul bilardowych . Każdy, tak jak i kule toczy się po gładkiej, równej powierzchni . „Prędkość i kierunek są ustalone, ale nie sposób przewidzieć, co stanie się, gdy się zderzymy i potoczymy w innym kierunku”.

      „Karambol” jest zdecydowanie lepszy od tomu „Jaskółka. Kot. Róża. Śmierć” tego samego autora. Tą drugą książkę czytałam jakiś czas temu i teraz nie byłabym w stanie jej opowiedzieć, zlała mi się w pamięci z innymi kryminałami. „Karambol” jest na tyle oryginalny, że nie sposób go pomylić z czymkolwiek innym. Sądzę, że nawet za parę lat będę w stanie go opowiedzieć. I to wciąganie czytelnika jest tak niepowtarzalne, że już za samo to warto „Karambol” przeczytać.

5/6

     

    

     

   

środa, 27 lipca 2016

Ian Rankin – „Święci Biblii Cienia”

      Jestem w trakcie poszukiwań kolejnego cyklu książkowego z detektywem czy policjantem w roli głównej. Został mi zaledwie jeden nieprzeczytany tom z Zygą autorstwa M. Wrońskiego i nie chcę się czuć jak sierotka pozbawiona ulubionej lektury i bez jakiegokolwiek zamiennika. Iana Ranikna nie czytałam dotychczas nic. Jak się okazuje, był to błąd, jest to pisarstwo zdecydowanie warte poznania.
       „Świeci Biblii Cienia” to jedna z chyba kilkunastu lub może nawet i dwudziestu powieści, rozgrywających się w Edynburgu  z policjantem Johnem Rebusem w roli głównej. Ten  konkretny tom odbierałam jako opowieść o przemijaniu i powolnym godzeniu się ( lub i nie godzeniu się) z upływem czasu i związanymi z tym zmianami w każdej dziedzinie życia.  Rebus powrócił z zawodowej emerytury. I jakby się ocknął z długiego snu. Świat dookoła wygląda zupełnie inaczej. Prawie wszyscy korzystają z komputera i internetu , on ma z tym problem. Jego pokolenie już jest jakby na wylocie. Jego szefową została znacznie młodsza od niego koleżanka. Sposób pracy w policji i metody są zupełnie inne, niż kilkadziesiąt lat wcześniej. Z ramienia półświatka miastem „rządzi” smarkacz, który dawniej mógłby być co najwyżej chłopcem na posyłki. Przykłady tych zmian można mnożyć. Rebus spotkał się dawnymi kolegami i raptem zorientował się, że tak naprawdę do końca ich nie znał. Każdy z nich coś przed nim urywał. Co ważne - Rebus jest samotnym mężczyzną, którego opuściła żona, a z dorosłym dzieckiem nie utrzymuje żadnego kontaktu, nie wiadomo, kim ono jest, gdzie mieszka itp. Wygląda na to, że niemal wszystko poszło u niego nie tak, jak z pewnością wcześniej by chciał.
     W tym tomie Rebus prowadzi śledztwo  w sprawie wypadku drogowego, który wydaje mu się podejrzany. Pozornie wszystko jest ok, ale dręczy go pytanie, dlaczego dziewczyna, będąca ostrożnym kierowcą, brawurową jazdą doprowadziła do wypadku. Równolegle do tego konieczne jest cofnięcie się do przeszłości, mniej więcej około 30 lat wstecz. Nasz bohater wówczas dopiero zaczynał swą karierę. W czasach współczesnych wyszło na jaw, że jego koledzy, policjanci, właśnie mniej więcej 30 lat wcześniej nagminnie łamali prawo, a niewykluczone że również dokonali zabójstwa.  Szefowa Prokuratury wpadła na pomysł, aby ponownie przeprowadzić jedno ze śledztw, to właśnie które rozpoczęło się 30 lat wcześniej. I właśnie w ramach tego nowego śledztwa zbadane będzie, jak mocno koledzy Rebusa naginali prawo i czy byli zabójcami. Podejrzenia takie są dla  Rebusa szokujące, nigdy czegoś takiego pod uwagę nie brał. No i ma dylemat, czy solidaryzować się bez względu na wszystko z kolegami, z którymi już sporo czasu nie ma kontaktu, ale z którymi sporo go łączyło, czy pomagać w nowym śledztwie, w trakcie którego prawda ma wyjść na jaw.
     Wielkim plusem powieści jest psychologia. „Święci Biblii Cienia” są powieścią refleksyjną, gorzką momentami, ale dającą bardzo dużo do myślenia. John Rebus jest postacią intrygującą. Jest niepokorny, kariery nie zrobił, ale jest błyskotliwy, uczciwy, lojalny, fascynuje się muzyką. W sylwetce Rebusa można się oglądać niczym w zwierciadle.  Każdy chyba, poza może nastolatkami czy 20 – to latkami ma róże doświadczenia z upływającym czasem. Nasz bohater jest samotny, nie ma rodziny ani jakichkolwiek przyjaciół, ma znajomych , którzy raczej nie zasługują na miano przyjaciół. Ale jest sobą, nikomu nie musi się podlizywać. I nie jest to postać kryształowa, ma na sumieniu różne grzeszki. Czy samotność mu przeszkadza, trochę pewnie tak, ale nie aż tak bardzo. Dlaczego tak się stało? Czy popełnił jakiś błąd? Każdy czytelnik może sam się zastanowić nad ta kwestią. Główny bohater to jeden z większych atutów książki. Jest i odpychający i przyciągający, nietuzinkowy. Nie podąża za modnymi trendami, nie podróżuje, Edynburg mu wystarcza. Wśród bohaterów charakterologicznie nikt nie jest czarno – biały.
       Nie będę na siłę wymyślać minusów powieści. Dla mnie jest nieco za gorzka. Ale jest dla Rebusa światełko w tunelu, poznaje kobietę, patologa sądowego, która mu się spodobała. Nie wiadomo, czy ten wątek rozwinie się w dalszych tomach pozytywnie, czy nie, ale szansa jest. Jest i szansa na przyjaźń.  Problem miałam jedynie z tym, że powieść mnie nie wciągała. Ale faktem jest, że czytałam ją na wyjeździe, będąc w towarzystwie, które permanentnie zajęte było różnorakimi dyskusjami. Obawiam się, że brak możliwości skupienia się nie działał na korzyść lektury, tym bardziej, że z reguły czytam  w takich warunkach, że nikt mi nie przeszkadza. Bardzo poważnie biorę pod uwagę to, że po zakończeniu czytania M. Wrońskiego, sięgnę po Iana Ranikna. U Camilli Lackberg przeszkadzało mi ostatnio strasznie, że jej bohaterowie są tacy jednoznaczni i przewidywalni, u Rankina tego problemu nie ma.
5/6