czwartek, 11 marca 2021

Herbert Werner "Żelazne trumny"

 


Obraz znaleziony dla: Żelazne trumny. Rozmiar: 209 x 209. Źródło: livro.plllll


lllll




     Nie jestem ani fascynatką II wojny światowej, ale okręty podwodne zawsze mnie fascynowały i przerażały zarazem. Podobnie i załogi tych okrętów, żeby pływać na czymś takim trzeba mieć żelazne nerwy i masę innych predyspozycji. Tytułowe "Żelazne trumny" to klasyk gatunku, to książka właśnie o życiu na niemieckich U-bootach w czasie II wojny światowej, napisana przez niemieckiego oficera, który pływał na takich okrętach, był nawet dowódcą na dwóch. Książka jest napisana w formie beletrystycznej, trochę są to wspomnienia, trochę historii, nieco refleksji, czyta się ją naprawdę świetnie, nie ma nudy. Los autora budzi empatię, mimo pełnej świadomości, kim był. 

     "Żelazne trumny" są szalenie ciekawe również z punktu widzenia psychologicznego. Opisują ludzi, którzy byli najpierw panami świata, potem momentalnie się to zmieniło, musieli drżeć o życie swoje i  najbliższych. Życie na U-boocie mniej więcej do marca 43r. było całkiem znośne i względnie bezpieczne, jak na warunki wojenne. Ale gdy alianci wprowadzili nowe wyposażenie na swoich okrętach, i zmienili nieco taktykę, U-booty z myśliwych stały się zwierzyną łowną. Życie na okręcie podwodnym stało się piekłem. Na pokładzie panował smród, ciasnota, wszystko gniło, z obawy przed alianckim lotnictwem były problemy, żeby chociaż na chwilę się wynurzyć. Większość U-bootów była zatapiana, dotyczyło to około 80 - 90% całości floty podwodnej. Bomby głębinowe, mające zatopić U-boota bywały niekiedy spuszczane nawet i ponad 30 godzin z małymi przerwami. 

    Szokujące natomiast było dla mnie to, że w książce nie ma żadnych refleksji na temat sensu tej wojny, ani żadnych co do zatapianych okrętów i ludzi wraz z nimi. Ani autor ani nikt inny z załogi U-boota nie interesował się, co dzieje się z ludnością cywilną na zajmowanych przez Niemców terytoriach. Zatopienie okrętu wroga wywoływało jedynie radość i dumę. W książce tylko raz pada określenie "wyrzuty sumienia", ale bynajmniej nie dotyczy ono Niemców, tylko Rossevelta, który zdaniem autora wyrzuty sumienia powinien mieć w związku z bombardowaniem przez aliantów niemieckich miast. H. Werner pisze, że nawet już pod koniec wojny absolutnie nie było praktykowane prowadzenie rozmów, w których można byłoby chociażby poddać w wątpliwość sens czy prawidłowość jakieś posunięcia dowództwa. Pod koniec wojny Niemcy stworzyli sobie chyba własny wewnętrzny świat, taką "bańkę" i nie reagowali na fakty, nie interpretowali ich właściwie, nawet w kwietniu 45r. część z nich wierzyła, że wszystko może się jeszcze odwrócić, i że wygrają tą wojnę. To zjawisko psychologiczne już spotkałam, występuje ono chyba w każdych warunkach. 

   Przyglądanie się końcówce wojny z perspektywy Niemców jest ciekawym doświadczeniem. Wysyłanie U-bootów w patrole pod koniec wojny pozbawione było jakiegokolwiek sensu z punktu widzenia militarnego, lotnictwo natychmiast odnajdywało takie okręty i je bombardowało, a gdy to się nie udało, to sprawę załatwiały niszczyciele alianckie i inne alianckie okręty. Wysyłanie U-bootów w rejsy w tamtym czasie równoznaczne było z wydaniem wyroku śmierci na ich załogi. Autor miał tego świadomość, wspominał o tym. Wiedząc, że w każdej chwili może umrzeć, gdy był na lądzie, w miarę możliwości używał życia jak tylko mógł, robił wszystko, by nie myśleć, co go czeka. Nie odkładał niczego na później. Cieszył się słońcem, wiatrem, spaniem w czystej pościeli, celebrował posiłki, spotykał się z kobietami. O ile dla prawie wszystkich innych nacji koniec wojny był końcem koszmaru, o tyle dla Niemców był to koszmaru początek, w perspektywie nikt nie wiedział jak długiej, mieli różnego rodzaju obozy, głód, chłód, poniżanie, śmierć i świadomość, że ich rodziny również czeka koszmar, o ile oczywiście rodziny jeszcze żyły. 

  Książka naprawdę jest wyśmienita. Autor opisał coś, co mało kto przeżył. Nie kreował się na kogoś innego, niż był w rzeczywistości, jego obraz bezwzględnego zabójcy jest bardzo wiarygodny. A przy okazji można nawet i z podziwem patrzeć na inne jego cechy, np. właśnie wspomniane już żelazne  nerwy, umiejętność działania pod presją czasu i w każdych możliwych warunkach, umiejętność podejmowania decyzji w ułamku sekundy, skuteczność. Nie wiem, co dokładnie działo się z nim po wojnie, po ucieczce z obozu jenieckiego, wyczytałam tylko tyle, że zamieszkał na stałe w USA. Ciekawe, jak sobie poradził w normalnym życiu, napisał tylko tą jedną książkę, niejako z obowiązku wobec kolegów, którzy spoczęli na dnie oceanu. 

   Przez całość lektury nasuwają się refleksje o bezsensie wojny. Ani autor, ani inni niemieccy żołnierze nie mieli żadnego wpływu na wybuch wojny. To, że urodzili się w określonym czasie i miejscu zdeterminowało ich los. Zostali wyszkoleni tak, aby zabijać, jak to na wojnie. Też stali się straconym pokoleniem.  A z tych, co pływali na okrętach podwodnych, przeżyła garstka. Ta książka, chociaż ani razu nie pada w niej słowo pacyfizm, oducza nienawiści. Autor i inni żołnierze budzą współczucie. Tak samo stało się w przypadku "Na Zachodzie bez zmian" Remarque`a, współczujemy bohaterom pomimo tego, po której stronie walczyli. 
6/6

niedziela, 28 lutego 2021

Agata Christie "Zbrodnia na festynie"

 

środa, 24 lutego 2021

Olga Tokarczuk "Anna Inn w grobowcach świata"

 

Anna In w grobowcach świata

       Ta mini książka kompletnie do mnie nie przemówiła. Męczyłam się dość mocno podczas czytania i zastanawiałam się nawet, czy nie zakończyć lektury w środku, czy nawet i na początku. O ile po przeczytaniu eseju O. Tokarczuk o "Lalce" Prusa pt. "Lalka i perła" byłam zachwycona, pisałam o nim tutaj, o tyle w przypadku "Anny Inn" jest dokładnie odwrotnie. 

     Opowieść o Annie odebrałam jako nawiązanie do różnych mitów, a nawet i religii w kontekście pojmowania śmierci i prób przezwyciężenia jej. Występują tu zarówno postacie zwykłych ludzi, jak przyjaciółka Anny, ale i osoby przypominające częściowo bogów i boginie z mitologii, częściowo są to jakby quasi bogowie z mitologii uwspółcześnieni. Część wydarzeń rozgrywa się w obrzydliwym podziemiu, krainie śmierci, a część w świecie przypominającym pogranicze rzeczywistości i obrazu science fiction, z mnóstwem wieżowców i wind. 

   Z racji nawiązania do mitów całość jest przewidywalna. Czytanie jest męczące. Niczego nadzwyczajnego tutaj nie zauważyłam.  
2/6 

sobota, 20 lutego 2021

Alice Lungen "Tragedia na Przełęczy Diatłowa" - audiobook, czyta Marcin Popczyński

 


    Aby wyjaśnić, co wydarzyło się w 1959r. na Przełęczy Diatłowa, konieczne byłoby uzyskanie informacji o tajemnicach wojskowych, o tym czy wówczas gdy wydarzyła się tragedia, w bezpośrednim sąsiedztwie przełęczy jednostki wojskowe prowadziły jakiekolwiek eksperymenty z bronią, szczególnie z rakietami. Świadkowie widzieli dziwne błyski, które mogą wskazywać na testowanie rakiet, albo na bliżej nieokreśloną ich awarię. Konieczne byłoby też ustalenie, ilu  uczestników wyjazdu miało związki z rosyjskimi służbami specjalnymi, w tym czy mieli może zlecone jakieś zadania szczególne do wypełnienia podczas tego wyjazdu. Na taką hipotezę wskazuje to, że studenci studiowali na newralgicznych dla radzieckiego państwa socjalistycznego kierunkach, część z nich nawet pracowała już w zakładach również kluczowych dla radzieckiej obronności, np. zajmujących się produkcją broni. A był rok 1959.  Szczególnie podejrzany w tym zakresie był najstarszy uczestnik wyprawy, którego nikt wcześniej nie znał i nie do końca wiadome jest, skąd się tam wziął. Uzyskanie takich danych z rosyjskiego wojska czy z rosyjskich służb nawet ponad 60 lat po tragedii nie jest możliwe. I pewnie nigdy możliwe nie będzie. To, co zaszło na przełęczy najprawdopodobniej nigdy nie zostanie całkowicie wyjaśnione i to bez względu na to, ilu dziennikarzy będzie zajmować się tym tematem i niezależnie od tego, jak starannie będą traktować swoją pracę.   


    Książka nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia. Może i autorka spędziła 7 lat na badaniu kulisów dramatu, ale widać, że jej wiedza o tamtej epoce nie jest zbyt wielka. I jest to spory mankament. W 1959r. trwała zimna wojna, szalało KGB. Akta sprawy z nieznanych powodów przez 50 lat były utajnione. Gdy je odtajniono, okazało się, że liczą zaledwie 2 tomy i że nic specjalnego tam nie ma. Alice Lungen tłumaczy rzeczy oczywiste, np. że wszystko trzeba było uzgadniać z partią, a pewnych nie rozumie. Przykładowo opisując tego najstarszego uczestnika wyprawy, Zołotariowa, rozważa, czy aby nie omamił Diatłowa, skoro uzyskał jego zgodę na udział w ekspedycji. W tamtych czasach żadna wyprawa, a już szczególnie składająca się z takich uczestników, nie mogłaby obejść się bez kogoś w rodzaju szpiega. I to jest wariant, który każdemu przychodzi do głowy. Zołotariowowi poświęcony jest jeden rozdział, ale to stanowczo za mało. Nie ma głębszego rozwinięcia wątku, czy Zołotariow mógł mieć związek z dramatem, a  jeżeli tak, to jaki. 

    Po wysłuchaniu audiobooka czułam spory niedosyt. O dramacie na przełęczy powstało kilka książek, w tym napisanych przez Rosjan, a jedna z nich zgłębia właśnie te wątki najbardziej prawdopodobne, związane z wojskiem i służbami. Nie są niestety przetłumaczone na j. polski. 
4/6

niedziela, 14 lutego 2021

Jakub Szamałek "Gdziekolwiek spojrzysz"

 

Jakub Szamałek - Gdziekolwiek spojrzysz

   Mam nadzieję, że ten ostatni tom trylogii nie będzie tomem ostatnim i że trylogia stanie się większym cyklem. Autor ma wyjątkową zdolność do przekazania w lekkiej i przystępnej formie kryminału sporej dawki wiedzy o tym, jak bronić się przed hakerami, jak chronić swoje dane, jak może być wykorzystany internet do znajdowania informacji o innych osobach itp. itd.  Zawsze to, o czym pisze J. Szamałek wydaje mi się przerażające i fascynujące zarazem. Tak samo było i ze sztuczną inteligencją, opisaną w tym tomie. Zawsze wyobrażałam sobie, że sztuczna inteligencja to komputer, który zaczyna żyć jakby własnym życiem, niezależnym od zaprogramowania, zaczyna samodzielnie myśleć, wymyka się kontroli człowieka, który go stworzył, może nawet stanowić dla niego zagrożenie. Na szczęście czegoś takiego jeszcze  nie ma. Ale to co jest i tak przeraża. 

    Intryga kryminalna nie jest tutaj tak dynamiczna, jak w pierwszym czy drugim tomie. Jest spokojniej. Drugiego czy trzeciego dna, albo szczególnej głębi nie zauważyłam, ale ta książka na szczęście nie udaje powieści filozoficznej czy psychologicznej. Dla mnie jest świetną rozrywką i cyberkryminałem i w tej dziedzinie nie ma konkurencji. 
5/6

środa, 10 lutego 2021

Wojciech Młynarski "Od oddechu do oddechu"

 




   Książka to zbiór wierszy Wojciecha Młynarskiego, pisanych przez całe życie, znanych głównie jako słowa piosenek. Jestem zauroczona tym zbiorem, a zanim do mnie trafił, moja wiedza o Młynarskim i o jego twórczości była wyjątkowo nikła. Część tych tekstów zna każdy, nie każdy tylko ma świadomość, kto jest autorem. Są tu teksty i poważne i humorystyczne, i lekkie, i nostalgiczne, po prostu na każdą okazję i do każdego nastroju. Mówienie, że "Każdy znajdzie tu coś dla siebie" to frazes, ale w tym przypadku to jednocześnie prawda. W wielu przypadkach miałam wrażenie, jakby autor napisał coś idealnie dla mnie. Każdy z pewnością będzie czuł to samo, czy radość, czy zadumę, czy nostalgię, tylko każdemu co innego będzie się przypominać, za czym innym każdy będzie tęsknić. 

    U  mnie wyglądało to tak. 
    Mam wieczny problem z hałaśliwymi sąsiadami, a przez ściany w moim bloku słychać wszystko. I natrafiłam na "Ściany między ludźmi"

"Ściany między ludźmi
ściany coraz cieńsze, 
słychać przez nie kłótnie,
słychać przez nie wiersze". 

  W dalszej części wiersza autor podchodzi już do problemu symbolicznie i głębiej. 
    Pisałam na tym blogu wielokrotnie o jednym z moich ulubionych pisarzy  E. M. Remarque`u. No i co się okazuje? W zbiorze jest wiersz "Bohaterowie Remarque`a.

"Kiedy kłopotów, zmartwień, trosk
zwykła przebierze się miarka,
przychodzą dzielić ze mną swój los
bohaterowie Remarque`a.
Szlifuję z nimi paryski bruk
w jakiś poranek ponury,
na triumfalny, świetlisty łuk
zamieniam Pałac Kultury".

    Na głębszego doła czy nawet na lekko obniżony nastrój idealne jest "W zielone gramy"

"Przez kolejne grudnie, maje,
człowiek goni jak szalony,
a za nami pozostaje
sto okazji przegapionych,
ktoś wytyka nam co chwilę, 
w mróz czy w upał, w zimie, w lecie
szans niedostrzeżonych tyle -
i ktoś rację ma, lecz przecież ... 
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy, 
jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany".

  Gdy ma się dosyć wszechobecnego cwaniactwa, można poczytać "Błędnego rycerza", bo

"Nieprawda, że 
Ostatni błędny rycerz zasnął
Że jego duch 
U Elizejskich stoi bram. 
On żyje wciąż 
Za zbroję ma uczciwość własną"
... i
"Obcy mu spokój święty
I snu cieplutki koc
Drogę mu ognik błędny 
Wskazuje w noc" 

    I gdy czasem można zwątpić w to, co się robi, w to, czy ma to sens, gdy właśnie nie wiadomo, co dalej, warto sięgnąć po "Róbmy swoje." 

"Róbmy swoje,
pewne jest to jedno, że 
róbmy swoje,
póki jeszcze ciut się chce".

  Na nastrój nostalgiczny, gdy pomyśli się o dzieciństwie, idealne będzie "Miasteczko pana Andersena." 

"Na kartkę blask od świecy padł -
o zmroku przypływała wena - -
i oto stał się cały świat
miasteczkiem pana Andersena.
I będą grali tam i tu
I losu dociekali swego
Mężczyźni w zimnym, białym dniu
porwani przez Królową Śniegu". 

    Można sobie przypomnieć innych znanych poetów i pieśniarzy, np. Okudżawę w "Majstrze Bułacie", który wg W. Młynarskiego

"słowem - nutą sięgał duszy dna"

Młynarski jego śmierć opisał tak: 

 " zgasł ten uśmiech, co rozumiał wszystko, 
zgasło serce, co kochało nas". 

   Zawsze w poezji W. Młynarskiego jest miejsce na nadzieję, szczególnie np. w "Kocham jutro".

"Kocham jutro, 
Z jego każdą obietnicą, 
Z jego wielką tajemnicą. 
Kocham jutro"
   6/6
     

niedziela, 7 lutego 2021

Roman Konik "W obronie Świętej Inkwizycji" - audiobook, czyta Mateusz Grydlik


    Inkwizycja budzi jednoznaczne skojarzenia. Utożsamiana jest z samym złem, głównie z fanatycznymi, sadystycznymi inkwizytorami, z walką z samodzielnym myśleniem i ze skazywaniem na śmierć i paleniem na stosie ludzi, którzy głosili poglądy niezgodne z nauczaniem kościelnym. Roman Konik, doktor habilitowany,  filozof, podjął próbę odmitologizowania Inkwizycji. Książka jest szalenie ciekawa, w pewnym stopniu nawet i przekonująca, aczkolwiek daleko jej jednak do obiektywizmu. 

  W bardzo dużym skrócie odnosząc się do najbardziej rozpowszechnionych stereotypów można stwierdzić, że stosy palone były nie tylko przez Inkwizycję, w bardzo dużej mierze robiła to również władza świecka. Ta ostatnia zdecydowanie częściej niż kościelna. Autor zwraca uwagę na fakt, że często porównujemy Inkwizycję do obecnej sytuacji na świecie, do zakazu tortur, do konieczności respektowania praw człowieka, do wolności sumienia i wyznania. To czy te wartości obecnie rzeczywiście są respektowane, to zupełnie inna historia. Wszystko jednak co odbiega od wspomnianych  standardów, kojarzone jest źle. Konieczne jest jednak, aby tą Inkwizycję postrzegać w realiach epoki. Tortury stosowane były w średniowieczu powszechnie i nie tylko przez Inkwizycję, ale i przez sądy świeckie. Nie było czegoś takiego, jak prawa człowieka, nie było żadnej wolności sumienia i wyznania. Każda cywilizacja była ściśle związana ze swoją religią, a jakiekolwiek ataki na Kościół, czy nawet krytyka tej instytucji była równoznaczna z atakiem również i na państwo. Innowiercy utożsamiani byli ze stwarzającymi poważne zagrożenie wrogami, z Turkami, Tatarami itp., stąd też obawiano się ludzi, którzy kwestionowali istniejący porządek rzeczy wewnątrz państw.  Wyroki śmierci wcale nie były wydawane przez Inkwizycję często, orzekane były również i inne kary, w tym kanoniczne, np. odmówienie psalmów pokutnych. Inkwizytorami zostawali najbardziej światli ludzie Kościoła, Dominikanie i Franciszkanie, którzy musieli podejmować dialog z tzw. heretykami. Oczywiście działanie Inkwizycji wyglądało nieco różnie w zależności od miejsca i czasu, proces inkwizycyjny zmieniał się. Jest omówienie słynnych procesów inkwizycyjnych np. p-ko Galileuszowi, Giordano Bruno, są sylwetki słynnych inkwizytorów np. znanego z "Imienia Róży" Bernardo Gui.  Książka jest wyjątkowo ciekawa i każdy znajdzie tu wiele przykładów, które utkwią mu w pamięci. 

     Roman Konik nie kryje, że jest stronniczy. Inkwizycja  w jego opisach jawi się jako instytucja godna podziwu. Spędziłam trochę czasu na szukaniu w internecie informacji o Inkwizycji. Wygląda na to, że to co pisze autor, jest prawdą, ale niecałą. Inkwizycja zajmowała się też kwestiami, o których w książce nie ma mowy, np. konfiskatą majątku heretyków. Brakowało mi usystematyzowania zagadnień, np. reguły procesu inkwizycyjnego powinny być w jednym rozdziale, powinno być czytelne porównanie do procesu świeckiego, tymczasem jest to trochę rozrzucone po całości. Wielką jednak zasługą autora jest to, że pokazuje Inkwizycję od innej zupełnie strony, na co mało kto jest w stanie się odważyć. 

   Brak jest chyba dzieła, które obiektywnie opowiedziałoby o Inkwizycji. Zobaczyłam, że o Inkwizycji pisał bp Grzegorz Ryś. Jego książka, wznawiana obecnie  jest dość krótka, ma zaledwie 184 strony, autor nie jest ani prawnikiem, ani historykiem, książki pisze z częstotliwością zbliżającą się do Remigiusza Mroza i wątpię, aby mógł potraktować ten temat kompleksowo. 

    Na uwagę zasługuje też obszerny cytat z ojca Bocheńskiego, umieszczony na końcu książki, jest to fragment wywiadu, w którym zakonnik ten, niekwestionowany autorytet wypowiada się o Inkwizycji w bardzo zrównoważony sposób, starając się zburzyć nieprawdziwe mity. 
    Mateusz Grydlik jako czytający prezentuje się nie za szczególnie. Wczuwa się bardzo w obronę Inkwizycji, czyta emocjonalnie. W kilku miejscach sądząc po intonacji głosu miałam wrażenie, że powie ostatecznie, że dobrze, że kogoś spalono na stosie.
5/6
  
   
   

niedziela, 31 stycznia 2021

Rebecca Makkai "Wierzyliśmy jak nikt"

 


Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai | okładka

     Dzięki książkom można opuścić "bańkę", w której się przebywa, swoje środowisko i zobaczyć więcej. Można nawet skonfrontować swoje zapatrywania z rzeczywistością, a gdy nie jest to możliwe, to z czymś, co tą rzeczywistość przybliża. Często gdy mamy swoje, ugruntowane na pewne kwestie poglądy, nie mamy ochoty na to, aby spotkać się z kimś, kto uważa inaczej i spokojnie porozmawiać. Nie musimy naszych poglądów zmieniać, ale warto wyjść poza swój zaścianek, chociażby po to, aby zobaczyć, jak jest gdzieś indziej. Warto chociaż raz na jakiś czas wyjść poza styl myślenia, który nazywać można zaściankowym czy prowincjonalnym albo jednostronnym czy nawet i fanatycznym.  Zawsze będziemy wtedy mądrzejsi. 

     Rebecca Makkai zabiera nas w podróż do Chicago  lat osiemdziesiątych, gdy wybuchła epidemia AIDS, śmiertelność wśród zakażonych wynosiła wówczas  100%. Książka ta została napisana jeszcze przed pojawieniem się covida, jest więc dopracowana. W wywiadzie z pisarką czytałam, że sporo czytała o tamtych czasach w  tym właśnie środowisku, chciała żeby realia odtworzone były wiernie. Bohaterami w przeważającej większości są młodzi geje, już sam ten fakt jest wyzwaniem, do tej pory chyba nie czytałam książki o gejach, na pewno nie w rolach głównych bohaterów. Wszyscy niemal bohaterowie żyli pod prąd społecznym oczekiwaniom, rodziny biologiczne w większości się od nich odcięły. Stworzyli więc społeczność, która stała się dla nich jakby rodziną, tyle że bez więzów krwi. Ta quasi rodzina nie była idealna, podobnie jak każda inna, ale w trudnych chwilach, właśnie chociażby  podczas choroby, zawsze znajdował się ktoś, na kogo można było liczyć. Pomimo tego, że epidemia zataczała coraz szersze kręgi, powieść na szczęście nie koncentruje się tylko na chorobie, pokazane jest zwyczajne życie tych ludzi, ich radości i smutki, życie osobiste, ale i praca.  

       Jest też wątek, rozgrywający się niemal współcześnie, jego bohaterką jest Fiona, kobieta tuż po pięćdziesiątce, ona i starszy od niej fotograf łączą łączą fabułę sprzed kilkudziesięciu lat i współczesną.   

    Powieść czyta się bardzo dobrze, lektura wciąga. Czytałam kiedyś, że cechą wybitnej literatury jest to, że chcemy ją czytać po raz kolejny. Chociaż wiemy, co się stanie, chcemy przeczytać po raz drugi, a nawet i trzeci. Takie miałam wrażenie podczas czytania, że kiedyś chętnie sięgnę po tą książkę po raz kolejny. Brakowało mi jedynie pogłębionej psychologii, przykładowo Remarque gdy pisał o straconych pokoleniach wojennych w psychikę  tych ludzi się wgłębiał. 
5/6


niedziela, 24 stycznia 2021

Jędrzej Pasierski "Roztopy" - audiobook, czyta Janusz Zadura

 


Audiobook Roztopy  - autor Jędrzej Pasierski   - czyta Janusz Zadura

    Zauważyłam już dawno temu, że najlepsze książki piszą osoby, które nie są umiejscowione w jednej tzw. "bańce", tzn. nie takie które obracają się tylko w jednym środowisku. Ci którzy mają szerszy punkt widzenia często mają w życiorysie takie elementy, które są nietypowe dla określonej społeczności, czymś się wyróżniają, np. mieszkali w innym kraju; wyznają inną religię lub są religijni w środowisku zlaicyzowanym; są innej narodowości; albo przeżyli jakąś traumę, albo zmagają się z jakimś poważnym problemem swoim lub  w rodzinie itp. itd. Ludzie tacy są z reguły wrażliwsi, lepiej rozumieją innych i to, co się dzieje dookoła. Czytając czyjś życiorys często już po takiej lekturze można się zorientować, czy opisywany autor będzie widział głębiej i dalej, niż inni.   

   J. Pasierski robi na mnie wrażenie człowieka bezproblemowego i na dodatek wyłącznie z jednej "bańki" i taka dokładnie jest jego książka, przewidywalna od początku do końca w każdym aspekcie. Nina Warwiłow, policjantka jako "oświecona warszawka" jedzie rozwiązywać zagadkę zaginięcia swojej przyjaciółki do "ciemnych wsioków" w Beskid Niski. Jak się okazuje i co można było z góry przewidzieć, w ciągu tygodnia rozwiązuje wszystkie zagadki, jakie dla miejscowej społeczności pozostawały nierozwiązane nawet i kilkadziesiąt lat. Robi to bez problemu, każdy z kim rozmawia, zdradza jej wszystkie możliwe sekrety. Warwiłow rozgryza każdego, nie wiadomo tylko jak. A. Christie pisała w każdym tomie, jak obserwuje ludzi panna Marple czy Herkules Poirot, na co zwracają uwagę i jak wyciągają wnioski, przez co całość była logiczna. 

     Pasierski edukuje czytelnika w sposób mocno prostaczy i być może taki właśnie był cel tej książki. Chociaż Warwiłow jest takim super mózgiem, nie ma pojęcia, czym była Akcja Wisła, kim są Łemkowie, nic nie wie o tym, że w czasie I wojny linia frontu przebiegała przez ziemię gorlicką. Muszą jej to tłumaczyć miejscowi, a robią to sposób skrajnie nienaturalny, wygłaszane są takie mini mini wykłady ze słownictwem, którego w mowie potocznej się nie używa, np. nie mówią Ukraińcy czy UPA, ale Ukraińska Powstańcza Armia. Całe szczęście, że Twardoch nie tłumaczył łopatologicznie w "Królestwie" co to było getto i na czym polegała Wielka Akcja Likwidacyjna, a R. Ćwirlej w swoim cyklu retro nie dawał wykładów, co to było np. powstanie wielkopolskie. 

     Nienaturalne słownictwo występuje w całej książce, na siłę używane są żeńskie końcówki tam, gdzie w mowie potocznej ich się nie używa, np. Warwiłow spotyka się z Łemkinią. Wioska też jest dziwna, nikt nie chodzi do kościoła ani co cerkwi. Życie osobiste zdecydowanej większości bohaterów nie należy do udanego, w przeciwieństwie oczywiście do Warwiłow, myślącej często o swojej "rodzinie patchworkowej". 

    Opisy charakterów są bardzo słabe, nie znalazłam ani jednej głębszej obserwacji psychologicznej. W zdecydowanej większości książka mnie męczyła i nudziła. Na prawie 11 godzin audiobooka może z godzinę byłam naprawdę zainteresowana treścią, a było to na samym początku. Zadura sposobem czytania podnosi poziom całości i powoduje, że mimo nudnej treści, da się słuchać. 
3/6

sobota, 16 stycznia 2021

Lilian Jackson Braun "Kot który lubił sery"

 

     W tomie tym, tak jak i w poprzednich, jest zagadka kryminalna, jest też po prostu delektowanie się zwyczajnym życiem, nazywanym niekiedy "szarym". Jak zwykle Qwill pisze felietony, tym razem zaczyna od felietonu o "zwykłych ludziach", którzy są przeciwieństwem celebrytów, walczą z trudnościami i robią coś pożytecznego dla świata. 

     Ale tematem głównym jest Festiwal Wielka Eksplozja Smaków, który rozgrywa się w Moose County. I dzięki temu książka w dużej mierze jest o jedzeniu, potrawach, gotowaniu itp. kwestiach. Qwill tym razem nie czyta Dickensa ani klasyki, tylko "Na tropie dzikich szparagów". Przeprowadza wywiad z 95- latkiem o tym, co jadano w dawnych czasach i podczas Wielkiego Kryzysu. W jego gazecie jest ankieta dla czytelników o ulubionych daniach. Jest konkurs na najlepsze paszteciki. Są nawet opisy znanych gatunków serów, jak wyglądają i jak smakują, takie 2 strony jakby wyjęte z książki kucharskiej. No i jest porada, jak rozróżniać sery, czyli najlepiej kupić kilka rodzajów jednocześnie i próbować. 

    Ten tom jest wyjątkowo oryginalny, czyta się go wyśmienicie, no i jest to doskonały bodziec, aby zająć się kuchnią. Kupiłam właśnie 2 książki kulinarne i przejrzałam te, które leżą już od dłuższego czasu na półce. Moja ulubiona seria z kotami zawsze inspiruje.    

    Natrafiłam niedawno na wzmiankę w internecie o tym, że na poziom zadowolenia z życia i zarazem poziom optymizmu wpływa również to, co jemy. Czy nam to smakuje, czy jedzenie tych potraw sprawia nam przyjemność. I coś w tym jest. Narody, które generalnie uchodzą za zadowolone z życia, lubią gotowanie i jedzenie, np. Włosi czy Francuzi. 

   W tym tomie jest też moja ulubiona bohaterka, Amanda. Jak zwykle jest ostra i sarkastyczna. Mówi Qwillowi podczas festiwalu, że tylko ona i koty mówią tutaj to, co myślą. 

5/6

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Mari Jungstedt "druga twarz" - cykl z inspektorem Andersem Knutasem tom 13

 


Druga twarz - Mari Jungstedt | okładka

   Jednym z największych uroków cyklu jest Gotlandia, gdzie rozgrywają się niemal wszystkie wydarzenia. Wyspa ta nie jest tak popularna, jak inne, nazwijmy to wyspy w ciepłych krajach. Jest inna, zimna, wietrzna, mało przyjazna, z zachowaną zabudową średniowieczną. Dla mnie jest porywająca. W każdym tomie czegoś o niej i życiu na niej można się dowiedzieć. Autorka w poprzednich tomach pisała m. in. o śladach Wikingów, o dawnych kultach religijnych, o hucznych i corocznych obchodach Midsommer, czyli naszej Nocy Świętojańskiej. W tym tomie też można bliżej przyjrzeć się właśnie obchodom Midsommer. Zawsze gdy sięgam po którąś z książek cyklu nachodzi mnie myśl, aby kiedyś na urlop pojechać właśnie na Gotlandię. 

    O żadnej głębi psychologicznej nie ma tutaj mowy, ale dwójka głównych bohaterów mimo to ciekawi. Jungstedt przyjęła w większości tomów konstrukcję taką, że gdy w życiu prywatnym Andersa Knutasa, policjanta,  wszystko jest w porządku, to  dzieje się coś u dziennikarza Johana Berga. No i odwrotnie, gdy u Johana jest ok, to można spodziewać się niespodzianek u Andersa. W tym tomie najbardziej zaskoczona byłam właśnie kwestiami prywatnymi u jednego z tych głównych bohaterów i to ten wątek był dla mnie najbardziej wciągający. Mężczyzna, który wiele lat był żonaty, potem porzucony, ale udało mu się wejść w nowy związek, spotkał się z byłą żoną. I do tej byłej żony zaczęło go ciągnąć i to do tego stopnia, że obecny związek stanął pod znakiem zapytania.   

    Tytuł tego tomu mówi wiele, bo Jungstedt przedstawia tutaj ludzi, którzy żyją niczym dr Jekyll i Mr Hyde z powieści R. L. Stevensona. Na samym początku zostaje zamordowany "przykładny mąż i ojciec", w rzeczywistości miłośnik bardzo nietypowego seksu, który umówił się na spędzenie nocy z przygodnie poznaną kobietą. Oczywiście po ofierze nikt nie spodziewał się takich zamiłowań, na prowincjonalnej Gotlandii takie rzeczy przecież się nie zdarzają. Osoba zabójcy wywoła później jeszcze większy szok. 

   Jungstedt potrafi wciągać, ale w tym tomie ta umiejętność wyjątkowo nie dała o sobie znać. W "Drugiej twarzy" nie ma niestety drugiego dna, prawd psychologicznych czy jakiejkolwiek innej głębi. Jest to tylko czysta rozrywka, z której niczego innego nie da się wydusić. Ale jest idealna, gdy ktoś jest zmęczony i nie ma nastroju i chęci na wielki intelektualny wysiłek. Gdy ktoś jeszcze lubi klimaty takie, jak na Gotlandii, nie będzie zawiedziony. 
4/6