niedziela, 11 stycznia 2015

Arnaldur Indridason „Jezioro”




                 „Jezioro” wciąga, zaskakuje i jeszcze sporo uczy. Jest to szósty tom serii z Erlendurem Sveinssonem autorstwa A. Indridasona.   W książce występują 2 równoległe wątki, współczesny toczący się w Islandii oraz retrospektywny z latach 50-tych , dla odmiany toczący się w Lipsku, czyli w dawnej NRD.  Wydarzenia współczesne koncentrują się na ustalaniu, kim była osoba, której szkielet znaleziono w jeziorze nieopodal Rejakaviku. Wiadomo, że szkielet należał do mężczyzny, mającego w chwili śmierci ok. 40 lat, a w wodzie leżał od lat również około 40.  W czaszce szkieletu widnieje dziura. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że do zwłok przywiązana była radiostacja z napisami w języku rosyjskim.  Policja i komisarz   Erlendur Sveinsson   ustalają, kto w zbliżonym czasie zaginął i odwiedzają rodziny zaginionych, próbując dowiedzieć się jeszcze czegoś nowego . Niezależnie do tego nieznany mężczyzna, Islandczyk, który ewidentnie ma związek ze szkieletem,  snuje wspomnienia o czasach studenckich w Lipsku. Okazało się,  że zarówno on, jak też i jego koledzy studenci , zarówno z Islandii, jak i z innych krajów, byli zafascynowani socjalizmem, służby specjalne bowiem tylko takich dopuszczały do zagranicznych studiów w krajach bloku socjalistycznego. Okazuje się dość szybko, że są też i osoby kontestujące  socjalizm.  Wszędzie, i na uczelni, i w akademikach, czuć oddech Stasi, nie wiadomo, kto donosi, strach jest mówić, co się  myśli.    Oba te wątki – współczesny i ten z lat 50-tych niechybnie zmierzają ku temu, aby się połączyć.

     „Jezioro” jest właściwie  książką o upływie czasu, o niezmienności ludzkich charakterów bez względu na to, czy ktoś ma lat 20 czy 75 , o tym jak ustrój totalitarny mógł na zawsze zniszczyć życie ludzkie, niekoniecznie kogoś uśmiercając . Ludzie, których bliscy zaginęli ,  w zdecydowanej większości żyją tak, jakby czas stanął w miejscu, jakby dramat wydarzył się wczoraj , robią wrażenie zahibernowanych w czymś w rodzaju kapsuły czasowej. Rozważają stale, co mogło się stać. Szalenie ciekawe są te fragmenty książki, kiedy to możemy zobaczyć ,  co dzieje się obecnie  z ludźmi, których wspominał nieznany (do pewnego momentu) mężczyzna.   Okazuje się, że wcale się nie zmienili, kto był kanalią, szedł w tym kierunku, uczciwi pozostali uczciwi itd.  Część ma „wyprany” socjalistycznymi hasłami  mózg już na zawsze. Problem polegał tylko na tym, że   w Lipsku w latach 50-tych trudno było odróżnić przyjaciela od wroga i że wróg przybierał maskę przyjaciela.   Ku mojemu zaskoczeniu Indridasur poradził sobie całkiem dobrze z opisem życia z kraju komunistycznym w latach powojennych. Czytając właśnie o Lipsku czytelnik czuje  coraz bardziej gęstniejąca atmosferę i gubi się w domysłach, kto jest donosicielem Stasi, a kto nie. Opisana jest też sytuacja w Islandii w tym czasie. Z racji bliskości sąsiedztwa ZSRR, wpływ komunizmu na część młodych ludzi był bardzo silny, socjalistyczne hasła były bardzo chwytliwe. Najbardziej zaangażowani i najbardziej pewni mogli nawet wyjechać za granicę na studia do któregoś państw komunistycznych. Co najważniejsze w kryminałach, „Jezioro” mnie zaskoczyło. Przez znaczną cześć książki byłam pewna, kto i przez kogo został zabity. Byłam w błędzie. Zaskoczenie było  pełne.

      Całość optymistyczna nie jest , jest lekko melancholijna, jak zawsze gdy mowa jest o upływającym czasie. Gdy czytałam poprzednie książki Indridasona, odbierałam je jako smutne, a bohaterów jako nieszczęśliwych . Teraz z kolei popatrzyłam na to jeszcze inaczej.  Nasz bohater – Erlendur Sveinsson jest rozwiedziony, ma dorosłe dzieci, córka jest narkomanką a z synem kontakt ma sporadyczny. Jego najbliżsi to koledzy i koleżanki z pracy.  A jego pasja to książki o zaginięciach ludzi, co wiąże się z tym, że w dzieciństwie zaginął bez wieści jego mały braciszek. Całość nie wygląda wesoło, ale jest też druga strona medalu. Jest on wrażliwy, empatyczny, refleksyjny, sumienny  i niczego przed nikim nie musi udawać.  Jest sobą.  Czy taki wariant jest gorszy od życia w zakłamaniu np. w nieudanym małżeństwie? Mimo z pozoru mrocznej tematyki w książce jest też miejsce na humor. 
    Autor, żywiący  wyraźną sympatię do takich osób, jak nasz Erlendur, nie przepada z kolei za rodzinkami przypominającymi reklamy, wszyscy uśmiechnięci, żadnych problemów . Koleżanka Erlendura napisała książkę  i przygotowywała mowę na imprezę promocyjną. Mowę tą kolega Erlendura skomentował tak : „nic śmieszniejszego, niż „gdzie przy stole codziennie zbiera się rodzina, by przeżywać chwile błogiego spokoju” nie mogłaś wymyślić”.  Tu pojawia się też iskierka nadziei dla Erlendura, spotyka się z kobietą, rzadko bo rzadko, ale jednak, wydaje się też , że kontakty z dziećmi mogą leciutko się polepszyć.
    Dla mnie urok miały nawet zwykłe wzmianki o pogodzie, typu narzekanie Erlendura na trwający aż 6 miesięcy dzień i jego tęsknota za odrobiną ciemności. Ale on był wyjątkiem, bo większość postaci ma przez 5 miesięcy nocy depresję.

5/6

wtorek, 6 stycznia 2015

Eryk Ostrowski „Charlotte Bronte i jej siostry śpiące”



      W trakcie słuchania książki „Dziwne losy Jane Eyre”  nurtowało mnie niemal cały czas pytanie, jak to możliwe, że tak młoda autorka, mieszkająca  całe życie w małej wiosce na dalekiej prowincji i bardzo rzadko tą wioskę opuszczająca , słabo wykształcona i mająca niewiele kontaktów z ludźmi, była w stanie napisać  arcydzieło z tak wnikliwymi obserwacjami psychologicznymi ? 
     Książka ta rzeczywiście jest wyjątkowa. W moim odczuciu czytanie biografii ma sens tylko wtedy, gdy autor nie tylko pokazał jak najwięcej faktów o osobie,  osobę o której pisał  , ale gdy potrafił odnaleźć  takie wydarzenia, które są kluczem do osobowości. Czasem mogą to być okoliczności, które były znane, ale nikt nie przywiązywał do nich wagi , wyjątkowo może znaleźć się coś, o czym nikt nie wiedział.  No i powinien jeszcze umieć przedstawić to wszystko w sposób zajmujący, aby czytanie było przyjemnością. „Charlotte Bronte i jej siostry śpiące” właśnie takie są.  

                    Jedna z najciekawszych  kwestii, jakie są poruszone w tej książce,  to autorstwo powieści sióstr Bronte. E. Ostrowski stawia tezę,  że wszystkie książki, których autorstwo przypisuje się siostrom Bronte, w rzeczywistości napisała Charlotte Bronte . Argumentów na poparcie tej tezy jest cała masa i są one przekonujące.  Głosy o tym, że autor jest jeden, pojawiły się już za życia Charlotte, stanowisko takie zaprezentował jej wydawca, twierdząc, że wszystkie rękopisy sporządzone były tym samym charakterem pisma.  We wszystkich książkach występują motywy z życia Charlotty i zawarte są tam poglądy, zgodne z jej światopoglądem. Charlotta była osoba wierzącą, ale jednocześnie była też antyklerykałem i znana była z krytycznego podejścia do wielu zachowań duchowieństwa. Zupełnym przeciwieństwem w tym zakresie była Ann, która była nie tylko wierząca , ale i czująca do duchownych wielki i bezkrytyczny szacunek . Tymczasem w twórczości Ann Bronte zawarte są poglądy wyjątkowo antyklerykalne.   Inny z powodów zabiegu, aby autorstwo przypisać wszystkim siostrom, a nie tylko Charlotte , jest czysto ekonomiczny .  Mianowicie Charlotte była najstarszą z sióstr i czuła się odpowiedzialna za rodzeństwo. Cała rodzina żyła tylko z pensji ojca, w razie gdyby go zabrakło, byłby dramat. W przypadku gdyby pierwsza książka się nie spodobała, wydanie drugiej byłoby sporym problemem, a w sytuacji, gdy książki były teoretycznie innych  autorów, ewentualna klapa jednej pozycji jednego autora, nie obciążała innego autora. Książki wydawane były pod pseudonimami.  Jedynym wyjątkiem od autorstwa tylko Charlotte są „Wichrowe wzgórza”, które najprawdopodobniej  wymyślił brat sióstr. Argumentów jest zdecydowanie więcej i jeżeli ktoś jest zainteresowany, może sobie poczytać.

         W książce jest też cała masa innych ciekawostek co do kwestii życiorysu Charlotte . Na mnie spore wrażenie wywarło porównanie opisu wydarzeń opisywanych przez Charlotte w książkach i potem ich zrealizowanie się w rzeczywistości wiele lat później w jej życiu . Niekoniecznie były to wydarzenia radosne. To spostrzeżenie jest nieco irracjonalne, ale fakty są właśnie takie.  Kiedyś spotkałam się z tezą „o czym myślisz, to zawsze przyciągniesz”, w tym przypadku teza ta się sprawdziła.

        Znalazłam oczywiście odpowiedź na moje pytanie, w jaki sposób prosta dziewczyna mogła napisać arcydzieło.  Poza talentem było rzeczywiście coś jeszcze. Życie Charlotte było koszmarne, pełne nieszczęść, ona sama miała naturę refleksyjną, była typową introwertyczką, ale też znakomitym obserwatorem. Przedwcześnie dojrzała wskutek tragedii rodzinnych nie skupiała się na sobie , była empatyczna. Żyjąc na tzw. prowincji zachowała oryginalność.  Można powiedzieć, że całe życie miała „pod górkę”. W dobrostanie i szczęściu talent chyba nie mógłby się tak rozwinąć.
           Gdy czyta się o tym życiu , niesamowite jest myśleć, jak mimo tych koszmarów, można było zrobić tyle dobrego, właśnie poprzez twórczość. W dramatycznych sytuacjach ludzie reagują różnie, jedni się rozpijają, inni nie są w stanie wiele lat, a czasem i do końca życia się podnieść i pogrążają się w rozpaczy,  inni jeszcze wyżywają się na otoczeniu. Charlotte zamiast tego uciekała w pisanie i wiele pokoleń już na tym korzysta.
5/6  

wtorek, 30 grudnia 2014

Najlepsze książki 2014r.


     Lubię takie zestawienia i podsumowania. W swoim podsumowaniu nie będę robiła podziału na literaturę obcą i polską. Nie będzie także odrębnego zestawienia w zależności od tego, czy jest to powieść czy  reportaż lub biografia itp. Po dłuższym zestawieniu doszłam do wniosku, że biorę pod uwagę książki, które przeczytałam w 2014r. , nawet gdy nie były one nowościami  i nawet gdy zostały wydane 100 lat wcześniej. O miejscu w podsumowaniu decyduje to, jakie wrażenie wywarła na mnie książka.  Z pierwszą trójką miałam jednak spory problem, długo nie mogłam się zdecydować, która pozycja ma być pierwsza, która druga, a która trzecia. Gdy wydawało mi się, że już wszystko mam ustalone,  zmieniałam zdanie i w ramach tej pierwszej trójki następowały przetasowania. Potem okazywało się, że nie są one ostateczne. Znowu zmieniałam.

 1.       Javier Marias „Twoja twarz jutro. Trucizna, cień i pożegnanie”

          Jedna z najlepszych powieści, jakie kiedykolwiek w ogóle przeczytałam. Niespotykana jest głębia psychologiczna postaci, w tomie jest też trochę historii, oczywiście o incydentach z historii mniej znanych.  Ta konkretna książka jest zdecydowanie najlepszą powieścią Mariasa , jaką  przeczytałam, pisał ją w bardzo dojrzałym wieku i to wielkie doświadczenie widać. Z pewnością w przyszłym roku sięgnę po inne książki Mariasa.
 
2.       Charlotte Bronte „Dziwne losy Jane Eyre”

         Jest to powieść, którą w tym roku czytałam po raz drugi i doskonale znam ją z adaptacji filmowych. Za pierwszym razem , gdy czytałam ją kilkanaście lat wcześniej , nie zrozumiałam jej. Dostrzegłam w niej tylko płytki romans . Tym razem było to totalne olśnienie, tak jakby ktoś miał gdzieś pod ręką wielki skarb, patrzyłby na niego stale i dopiero po latach zorientowałby się, jak bardzo wartościowy on jest.  Wbrew pozorom, do tej lektury trzeba dojrzeć. I tak jak w przypadku Mariasa, w 2015r. również sięgnę po inne książki sióstr Bronte. Czytam teraz biografię sióstr, z której wynika, że tak faktycznie pisarką była tylko Charlotte Bronte i to ona jest autorką książek przypisywanych Emily i Ann. Wywód jest bardzo przekonywujący, ale więcej będzie o tym w następnym poście, już w Nowym Roku.

 3.       Piotr Zychowicz „Obłęd 44”

        To jedna z nielicznych książek, która zmieniła w sposób znaczący postrzeganie przeze mnie wydarzeń historycznych i to na zawsze. Zainspirowała mnie do zgłębianie historii, zastanowienia nad nią. Dzięki niej sięgnęłam po Cata- Mackiewicza. Jest to zdecydowanie najbardziej wstrząsająca książka o tematyce historycznej, jaką czytałam. Co paradoksalne, mowa jest w niej o wydarzeniach, o których rzekomo sporo się wie.

 4.       Marcel Proust „W stronę Swanna”

      Refleksyjny tom  nie tylko o dzieciństwie, ale nie tylko właściwie o wszystkim, w tym o kulturze, sztuce, a nawet o zdobywaniu mężczyzny – właśnie tytułowego Swanna przez kobietę.  Nie mogę zapomnieć o tej książce, każdy kto ma choć trochę refleksyjną naturę, będzie zachwycony.  

 5.       B. Dobroch, P.Wilczyński „Broad Peak. Niebo i Piekło”.

        Od dawna nie czytuję reportaży czy tzw. literatury faktu. Powinnam powiedzieć, że nie czytywałam, od czasu przeczytania tej książki znowu zaczęłam takie pozycje czytywać. Jest to wyjątkowy przykład na to, jak bardzo można wgłębić się w temat wałkowany we wszystkich mediach przez wiele miesięcy . Można wgłębić się do tego stopnia, że okazuje się, iż wiedza przekazywana przez media była nie tylko powierzchowna  i wybiórcza, ale też mało ciekawa. Dopiero pod piórem B. Dobrocha i P. Wilczyńskiego stało się jasne, co tak naprawdę zaszło na Broad Peaku. Dodać do tego trzeba  jeszcze   całą masę rozważań na inne, niż góry tematy, typu przyjaźń, lojalność, pasja i in.

 6.       Piotr Zychowicz „Pakt Ribbentrop – Beck”

Ta pozycja różni się trochę sposobem podejścia do tematu od „Obłędu 44”. Nie każdy lubi rozważania w stylu – co by było, gdyby… Ja takie rozważania lubię bardzo. W historii to one dają najwięcej do myślenia. A do takich rozważań wiedza jest wyjątkowo potrzebna.

 
7.       Jane Austin „Duma i uprzedzenie”

        Z Jane Austin było trochę tak, jak z siostrami Bronte. Znałam je z filmów , czytałam jedną pozycję, i jej książki wydawały mi się dość prostaczymi romansami, które na dodatek w ogóle nie są interesujące  , bo zakończenie jest zawsze proste do przewidzenia, tzn. zawsze jest happy end. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na poczucie humoru autorki i na niesamowity zmysł obserwacji.  O ile w „Dziwnych losach Jane Eyre”  opisane było życie nietypowe , pełne dramatycznych sytuacji, o tyle u Austin bohaterowie pokazani są w sytuacjach zwyczajnych i mają dylematy takie, jak niemal każdy. Austin nie dramatyzuje, ale jest kąśliwa, bystra i szalenie inteligentna.

 8.     E. M. Remarque "trzej towarzysze"

 9.       Piotr Zychowicz – „Opcja niemiecka”

       Rok 2014r. należy do Zychowicza, wydawało mi się, że po lekturze poprzednich jego książek nie będzie już w stanie mnie niczym zaskoczyć. Ale zaskoczył. Jego rozważania mogą początkowo wydawać się szokujące, w naszej świadomości ktoś, kto w czasie wojny współpracował z Niemcami jawi się jako ktoś skrajnie obrzydliwy. Okazuje się, że nie wszystko jest takie czarno – białe.

 10.   Stanisław Mackiewicz – Cat „Stanisław – August”

       Mackiewicz – Cat to kolejne odkrycie, sylwetka Stanisława Augusta nigdy mnie nie pociągała, ale jego osoba i czasy, w których żył zostały opisane tak barwnie,  że nie sposób się tym nie zainteresować. Autor pokazuje, że to, co uważaliśmy za białe może być czarne i odwrotnie. Pokazuje, jak inaczej i wnikliwiej można patrzeć na historię.

     Zastanawiałam się, czy brać pod uwagę „Rozważania biblijne” ks. Bp. J. Życińskiego, które wywarły na mnie olbrzymie wrażenie . Ale doszłam do wniosku, te rozważania o Piśmie Świętym  i innego rodzaju literatura są czymś, co jest nieporównywalne.

    Generalnie miniony rok pod względem  przeczytanych książek był wyjątkowo udany, odkryłam Zychowicza, Prousta, Cata-Mackiewicza, na nowo odkryłam Charlotte Bronte, Jane Austin.

 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Stanisław Mackiewicz – Cat „Stanisław August” - audiobook, czyta Andrzej Piszczatowski

Okładka produktu


    Nazwisko Mackiewicz – Cat jest już legendą.  Stanisław August  Poniatowski nigdy nie był dla mnie postacią godną uwagi, a moja wiedza na jego temat miała charakter wyłącznie szkolny. Po odsłuchaniu książki  muszę przyznać, że Mackiewicz – Cat to rzeczywiście niesamowita wnikliwość, zdolność podążania za prawdą wbrew powszechnie panującym poglądom i wyjątkowo szerokie spojrzenie. Po tej lekturze nie tylko  moja wiedza uległa poszerzeniu, ale w ogóle inaczej spojrzałam na całą epokę i trochę inaczej postrzegam ją w kontekście całych dziejów.   Nie jest to książka łatwa , nie ma w niej rozdziałów lekkich. Jest oczywiście mowa o młodzieńczym romansie Stanisława Augusta  z carycą  Katarzyną, ale autor pisze o tym tylko dlatego, że romans ten miał gigantyczny wpływ na życie Augusta , a tym samym wpłynął na losy całego państwa.  Nie ma za to w ogóle mowy o innych romansach, jest o nich tylko enigmatycznie wspomniane. Nie jest tak samo zbyt rozbudowany wątek prywatny , np. kwestia zainteresowań Augusta, sposobu spędzania wolnego czasu , nie wiadomo, z kim się przyjaźnił i czy w ogóle miał przyjaciół, nie wiadomo, czy miał nałogi i jakie. We współczesnych biografiach wątki , nazwijmy to plotkarskie , są mocno rozbudowane  i pierwszy chyba raz spotykam się z książką, gdzie tego właściwie nie ma. Nie wiem, czy tak się pisało w latach 50-tych, czy to element charakterystyczny autora, pewnie i to i to.  Myślę, że gdyby było więcej tego rodzaju lżejszych informacji, książka nie tylko nie straciłaby,  a mogłaby zyskać większą ilość czytelników.  Bez tego jednak też jest wyjątkowa .
         Streszczanie książki pozbawione jest w tym przypadku sensu. Wskażę natomiast tylko kilka przykładów spojrzenia Mackiewicza – Cata na różne aspekty wydarzeń.  Ciekawe jest również to, że autor nie kryje swoich poglądów, sympatii i antypatii, ale przytacza jeszcze opinie innych historyków, nie zawsze zgodne ze swoimi . 

             Generalnie rzecz biorąc autor uważa, że nasz ostatni król był postacią wyjątkową , który zrobił co w jego mocy, aby nie dopuścić do rozbiorów. Słabość i  chwiejność prezentował   w okresie młodości, potem zaś wyrósł na prawdziwego męża stanu. To zaś, co się stało, jest wynikiem częściowo warcholstwa poprzedniego stulecia, a częściowo postawy reprezentowanej przez  współczesną mu szlachtę i magnaterię. Autor stawia tezę, że znaczna część szlachty i magnaterii żyła jeszcze mentalnie w poprzedniej epoce , gdzie królowie Sasi  byli tylko figurantami, którzy do niczego się nie wtrącali, a bieg wydarzeń wynikał w dużej mierze z przypadków i konfiguracji międzynarodowych. Król, który chciał rządzić, miał swoją wizję, był dla nich nie do przyjęcia i stąd też w czasie rządów Stanisława Augusta wielokrotnie udawali się do Katarzyny z petycjami, aby broniła ich przez królem. Katarzyna nie musiała więc długo szukać pretekstów, aby coraz bardziej ingerować się w nasze sprawy. Uzależnienie kraju od Katarzyny było porównywalne do uzależnienia PRL-u od ZSRR. Wbrew pozorom, tempo reform nie działało na nasza korzyść. Przede wszystkim większa część społeczeństwa na takie reformy nie była gotowa, a próby wzmacniania naszego państwa wzmagały coraz większą czujność państw zaborczych. Przykładowo zmiana ustroju państwa i zrównanie w prawach szlachty i mieszczan wzbudziło  gigantyczny opór w szeregach szlachty ,  wzmogło nienawiść do króla i było jedną z przyczyn zawiązania p-ko królowi konfederacji targowickiej. Podziały w społeczeństwie , osłabienie pozycji króla,  ułatwiły działanie zaborcom.  Autor i niektórzy inni historycy sugerowali reformowanie państwa w nieco wolniejszym tempie, a w przypadku niektórych reform, wg nich  nawet rezygnacja na jakiś , byłyby lepszym pomysłem.  W dużym stopniu w pewnym okresie takie stanowisko prezentował właśnie Stanisław August, z tego też powodu przylgnęła do niego łatka, że jest prorosyjski . 

          Mackiewicz – Cat sporo czasu też poświęcił analizowaniu sytuacji międzynarodowej, wskazywał idealne momenty, kiedy mieliśmy szansę na pewne uniezależnianie się od Rosji.  Rosja prowadziła przecież wojnę z Turcją i ze Szwecją, Katarzyna dbała bardzo, aby nie prowadzić dwóch wojen jednocześnie na dwóch frontach, właśnie te miesiące czy lata, gdy zajęta była wojnami, można było wykorzystać, co oczywiście nie zostało zrobione, bo byliśmy wówczas zajęci wewnętrznymi kłótniami. Szalenie krytycznie autor odniósł się też do wybuchu powstania kościuszkowskiego, walka w tym samym czasie p-ko dwóm tak potężnym państwom skazana była z góry na klęskę.  Zamiłowanie do skazanych z góry na klęskę zbrojnych zrywów Mackiewicz – Cat  również uważa za fatalną narodową cechę. Zaskakujący był też dla mnie rozdział , gdzie porównywane były dane dotyczące różnych państw europejskich, powierzchnia, liczba ludności, poziom życia i osiągnięcia tego kraju, co oczywiście tez się zmieniało. Prusy przykładowo do największych nie należały, a potęgę zawdzięczały głównie sposobom rządów.

      Autor wypowiada też całą masę uwag natury ogólnej, przykładowo gdy mowa jest o liberum veto, które było skrajnie idiotycznym instrumentem  i doprowadziło nas do zguby, stwierdza, że właściwie spora część światłej szlachty miała świadomość tego idiotyzmu. Ale nikt głośno tego nie chciał powiedzieć, aby nie narazić się na ataki ze strony tępych warchołów. I Mackiewicz – Cat   konkluduje, że z reguły u nas brak jest ludzi , mających cywilną odwagę, którzy byliby  w stanie sprzeciwić się ogółowi i którzy gotowi byliby w obronie słusznych poglądów narazić się nawet na ostracyzm.   I nie dotyczy to tylko liberum veto czy powstań narodowych .     
   6/6

czwartek, 18 grudnia 2014

Vincent Severski „Nieśmiertelni”



Czarna Owca 2014

         Dawno nie czytałam tak świetnie napisanej książki sensacyjnej ( poza poprzednimi tomami, napisanymi przez Severskiego). Uwielbiam, gdy czytam i jestem w stanie całkowicie wyłączyć się z otaczającej rzeczywistości. W trakcie tego czytania w niektórych momentach z trudem powstrzymywałam się od spojrzenia na koniec książki i sprawdzenia, jak to się wszystko skończyło. Sprawdzałam tylko niekiedy, jak skończy się rozdział, musiałam wiedzieć, czy wszyscy przeżyją. Nie cała książka jest tak bardzo trzymająca czytelnika w napięciu.  Są też i wolniejsze fragmenty, szczególnie początek, gdzie akcja się zawiązuje.  Ciekawy jest sposób narracji, w całości jest kilka wątków, każdy początkowo rozgrywa się w innym miejscu, tj. Polsce, Szwecji, Rosji, Czeczenii i Iranie . Potem dopiero wątki te zaczynają się łączyć ze sobą. Każdy rozdział to inny wątek.

     Niezależnie od przebiegu wydarzeń, bardzo sprawnie opisanych, nie tylko akcja jest atutem tej książki. Podstawowy atut dla mnie wynika z faktu, że autor pracował  w wywiadzie. Wie, o czym pisze. Z książki dowiedzieć się można całej masy informacji właśnie o pracy wywiadu, sposobach działania, o nielegałach, agenturze i całej masie innych rzeczy, w tym chociażby niekompetencji szefów.   

        W „Nieśmiertelnych”  praca oficerów jest odmitologizowana, pokazane są różne koszmarne jej aspekty. Przykładowo gdy w Teheranie polska ekipa znalazła się w olbrzymich tarapatach, musiała znaleźć schronienie. Każdy udzielający tego schronienia narażał się oczywiście  w razie wpadki na śmierć. Ostatecznie takie schronienie zostało znalezione w prywatnym domu jednego z teherańczyków, który przyjaźnił się z jednym z naszych oficerów. Określenie „przyjaźnił się”   jest trochę na wyrost, bo nie miał pojęcia, czym tak naprawdę jego „przyjaciel” się zajmował.  Dwóch naszych oficerów uzyskało od tego tubylca obietnicę, że im pomoże i pozwoli im zanocować u siebie. Oficerowie nie informując wcześniej „przyjaciela” przyprowadzili do niego całą ekipę uzbrojonych szpiegów, bardzo intensywnie poszukiwaną przez miejscowe służby specjalne. Oficerowi wchodząc do mieszkania Irańczyka wiedzieli, że jeżeli  nie dostosuje się do ich poleceń lub zechce ich wyrzucić, będą musieli go zabić. Ten opis rzekomej akcji w Teheranie to to oczywiście literacka fikcja, ale oczywiste jest to, że podobna sytuacja mogła się zdarzyć w innym czasie i w innym miejscu.  

     Kolejny równie makabryczny aspekt takiej pracy pokazany jest też w innym wątku. Oficerowie innej służby wykonywali inną misję, również z narażeniem życia. Jak się okazało ta ich „misja” była efektem gierek personalnych w wywiadzie i służyć miała jedynie takim gierkom, bo gdyby ich zadanie się powiodło , musiałyby nastąpić spore roszady na wysokich stołkach. Nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, że misja ta była szalenie niebezpieczna. Mówiąc wprost, ludzkie życie narażane było tylko i wyłącznie po to, aby ktoś mógł załatwić swój interes. I podobnie jak w poprzednim przykładzie, sytuacja taka też przecież mogła mieć miejsce i to nie jeden raz.

      Porażający był dla mnie też ten fragment książki, gdy okazało  się że jeden z bardzo zasłużonych oficerów od dłuższego czasu działał na rzecz obcego wywiadu. Nie mieli o tym pojęcia ani bliżsi czy dalsi współpracownicy, ani żona. Severski opisuje reakcje ludzi, gdy prawda wyszła na jaw. Żona zorientowała się , że spędziła życie z obcym człowiekiem, z tego co pamiętam, to nie dowiedziała z kolei , że mężuś miał też kochankę, co w tej sytuacji nie miało już większego znaczenia.  Reakcje ludzi na tą wiadomość są porażające, żona znalazła się niemal na granicy szaleństwa. Opisy tych zachowań, w tym oczywiście rozterek tego podwójnego agenta,  są naprawdę bardzo dobrze skonstruowane i niesamowicie interesujące z psychologicznego punktu widzenia. Przy tym wątku właśnie zaczęłam spoglądać na końcówki rozdziałów.

      Różnych mocno szokujących przykładów jest w książce cała masa. Praca szpiega jawi się jako coś odstraszającego , wyjątkowo brudnego i niejednokrotnie służącego do załatwiania różnych porachunków.   

   Nie wszystko jest idealne, nie podobało mi się chociażby przedstawianie głównych polskich bohaterów, Konrada i Sary jako niemal ideałów. Kilka sytuacji wydało mi się w ogóle niemożliwych i naciągniętych.  Uśmiercenie kilku osób przy tytule „Nieśmiertelni” nie powinno mieć miejsca.  To są jednak  drobiazgi.

   Streszczanie zaś przebiegu akcji jest moim zdaniem pozbawione sensu, wystarczy zasygnalizowanie i każdy czytelnik będzie wiedział, czy tego typu literatura go interesuje , czy nie. Akcja jest bardzo zawiła, przypomina trochę rosyjskie matrioszki, gdy się ja otwiera w środku jest jedna, w niej druga, w tamtej trzecia itd.   Ta zawiłość jest w pełni widoczna dopiero pod koniec, gdy wątki zaczynają się rozwiązywać i wszystko się wyjaśnia.  Wątek polski z początku sprowadzał się do tego, że ekipa oficerów  wywiadu  wyruszyła do Bagdadu z zadaniem, czy Iran nie prowadzi badań nad bronią atomową, mieli oni informacje, że takie prace są w toku. Wiedzieli gdzie, a zadanie polegało na udokumentowaniu tych prac. Wszystko z biegiem czasu zaczęło się komplikować . Ekipa ta miała na miejscu gotowych do współpracy dwóch innych oficerów, nielgałów, którzy od jakiegoś czasu w Teheranie mieszkali, udawali  tam kogoś zupełnie innego.  Wątek czeczeński zaczynał się od wyjazdu 5 oficerów rosyjskich  z Moskwy z misją przechwycenia cennej skrzynki, ukrywanej na Kaukazie. A wątek szwedzki rozpoczynał się z kolei od zabójstwa 4 osób i od zniknięcia szwedzkiego oficera wywiadu. W miarę upływu czasu wszystkie wydarzenia zaczęły się komplikować.

     Mam nadzieje, że autor  napisze jeszcze inne książki, nie miałabym nic przeciwko kontynuacji.
5/6

     

niedziela, 14 grudnia 2014

Izaak Babel „Opowiadania Odeskie” – audiobook, czyta Robert Gonera


Opowiadania odeskie - Izaak Babel | okładka

          Opowiadania nie spodobały mi się w ogóle. Dla niektórych zabrzmi to jak herezja, ale gdy leciał audiobook, byłam znudzona i czekałam, kiedy się skończy. Liczyłam na to, że może kolejne opowiadanie będzie ciekawsze od poprzedniego, ale niestety, żadne nie było w stanie mnie zaciekawić. W takich sytuacjach przychodzą mi często do głowy myśli, czy to ze mną jest coś nie tak, czy odwrotnie, coś nie tak jest z krytykami lub osobami, które zachwycają się takim dziełem. Zdarza się przecież niejednokrotnie tak, że w określonych środowiskach panuje na coś moda , abstrahując całkowicie od Babla, a narodowość, wyznanie,  orientacja seksualna czy poglądy polityczne lub inne , mogą w pewnych kręgach bardzo pomagać , a w innym dyskwalifikować daną osobę, bez względu na artystyczne wartości tworzonego przez nią dzieła.  Czasem trudno jest się w tym wszystkim połapać i można wpaść w pułapkę, np. można zacząć czytywać kogoś wypromowanego sztucznie i tracić na niego czas.  Można też być do kogoś uprzedzonym i wówczas zachwycanie się jego pracą, też nie jest możliwe. W tym przypadku świadomość, że Babel walczył z Polakami w wojnie z 1920r. i to , że walczył jako  czekista, może trochę od niego odstraszać.  Czasem takie uprzedzenia, rozumiane  w szerszym kontekście, niezwiązanym z Bablem, doprowadzają do tego, że sporo się traci , warto więc czasem się przełamać i chociaż spróbować.

         Sądzę, że w tym przypadku może mieć miejsce jeszcze inny wariant,  trzeci, pośredni. Wszystko jest w porządku i z tymi, którym „Opowiadania” się podobają i z tymi, którym się nie podobają. Każdy lubi co innego , jeden lubi góry , inny morze, jeden lubi lato, inny zimę, ktoś lubi fantasy, inny nie znosi itp.  Czy jest sens zmuszać się na siłę do smakowania czegoś, na co nie ma się ochoty? Raz na jakiś czas warto może spróbować .  W tym przypadku próba zakończyła się fiaskiem. Tematyka opowiadań nie była w stanie mnie zainteresować. Miałam spory problem, żeby skupić się na słuchaniu.  

         Same opowiadania sensu stricto, mówią o życiu lokalnej, żydowskiej społeczności w latach 20-tych w Odessie.  Zdarza się, że ta sama osoba w różnych kontekstach przewija się w kilku opowiadaniach. Są tam historie rodzinne, pozbawione całkowicie politycznego kontekstu, np. o kobiecie która z uwagi na sytuację materialną miała problem ze znalezieniem męża. Ale są też  takie, w których mowa jest o pewnych wydarzeniach historycznych, np. o pogromie na Żydach, widzianym oczami dziecka.  To ostatnie było dla mnie chyba najbardziej przejmujące. W zdecydowanej większości są to opowiadania  pełne smutku i goryczy. Są totalnie dołujące.

       Gonera czyta świetnie, nie za szybko, nie za wolno , za to wyraźnie . Czyta jak ktoś obiektywny, z boku. Ale to nic pomogło.

2/6

    

  
 

niedziela, 7 grudnia 2014

Javier Marias „Serce tak białe”



     
Sonia Draga 2012, wydanie I

 
       Każdy chciałby mieć olbrzymią wiedzę psychologiczną i wyczucie. Każdy w kontaktach międzyludzkich popełnia błędy, a to kogoś źle oceni na podstawie błędnych przesłanek , a to nie zrozumie czegoś, co ktoś dawał do zrozumienia, a to sam nie potrafi wyraźnie i delikatnie przekazać czyichś intencji.  Nie zawsze potrafimy zrozumieć innych , bywa że sami też czujemy się nie do końca zrozumiani. Myślę , że bardzo nieliczna jest grupa osób, które nie mają tego rodzaju problemów. A z pewnością należy do nich Javier Marias.  Jest to mistrz obserwacji , nikt niczego przed nim nie ukryje. Jego spostrzeżenia o innych postaciach są tak wnikliwe, że przypominają mi rentgen, tylko że taki,  który zamiast kości,   prześwietla ludzkie myśli, intencje, zamiary i  marzenia . Jest to rentgen, który widzi  nawet to, czego człowiek sobie sam nie uświadamia.

      Oprócz niespotykanego zmysłu obserwacji , Marias ma też doskonałe pióro, również wyjątkowo charakterystyczne. Pamiętać tylko trzeba, że nie jest on dla każdego. Należy on do tej kategorii osób i twórców, wobec których trudno jest być obojętnym. Jest on na tyle wyrazisty, że albo się go kocha, albo nie znosi. I z pewnością nie można jego książek ani zapomnieć, ani pomylić z kimś innym. Jest to mechanizm, o którym mówi  moja koleżanka – nauczycielka , z biegiem czasu zapomina większość swoich uczniów. Wylatują jej  z pamięci uczniowie nijacy, czyli ani dobrzy, ani źli.  Pamięta natomiast tych najlepszych i najgorszych,  lub po prostu tych, którzy czymś się wyróżniali. Marisa zapomnieć nie można.  W jego książkach, w tej również,  akcja jest bardzo powolna, najważniejsze są obserwacje psychologiczne i portrety psychologiczne bohaterów. Lektura wymaga czasu, nie da się jej czytać szybko, tekst jest trudniejszy, niż w standardowych książkach beletrystycznych. Zdania są wyjątkowo rozbudowane. Autor poza przebiegiem wydarzeń i kwestiami psychologicznymi zajmuje się też literaturą, sztuką,  architekturą, a nawet historią.

                Głównym problemem w „Sercu tak białym”   jest bliskość miedzy ludźmi. Marias zastanawia się, gdzie powinna przebiegać granica pomiędzy „nami”, a „sobą”, czy bliskość oznacza brak jakichkolwiek barier i tajemnic. Czy z tajemnicami, należącymi tylko do jednej osoby,  możliwe jest budowanie wspólnoty? Problem jest złożony i oczywiste jest to, ze nie będzie tu żadnej recepty, nie jest to przecież poradnik. Czytelnik dostanie za to sporo do przemyślenia i niewykluczone , że może nieco zweryfikować  swoje dotychczasowe poglądy. Są też oczywiście i inne zagadnienia, ale nie należą one do pierwszoplanowych. Marias  ujawnia czytelnikowi swój warsztat obserwatora. Na podstawie różnych sytuacji opisuje dokładnie, jakie wnioski z określonych zachowań wyciąga i dlaczego. Przykładowo opisana jest sytuacja, kiedy to główny bohater Juan w Hawanie stał na balkonie i patrzył na ulicę. Kto z nas tego nie robił? Każdy  wiele razy bezwiednie patrzy się na ulicę, czy to z okna , czy też będąc na tej ulicy . Błyskawicznie zauważył osobę, która wyróżniała się z tłumu. Młoda kobieta stojąc na środku chodnika,  czekała na kogoś. Potem okazało się, że czekała na  mężczyznę, który mieszkał w sąsiednim pokoju. Juan obserwował ją aż do momentu, gdy weszła do sąsiedniego pokoju, a potem nawet podsłuchiwał , o czym rozmawia ona z partnerem. Nic nie uszło jego uwagi, nawet ubiór, bo ze sposobu ubrania również wyciągnął stosowne wnioski. Opisał gesty i sposób poruszania się i również odpowiednio to skomentował. A po zakończeniu całej sytuacji podał wnikliwe charakterystyki jej uczestników.

         Wydarzenia w książce koncentrują się na kilku problemach. Juan, młody tłumacz, wyjeżdża w podróż poślubną m. in. do Hawany.  Jest zakochany z wzajemnością w małżonce, Luizie. W trakcie pobytu na Kubie nie może przestać myśleć o tym, co powiedział mu w dniu ślubu ojciec. Ojciec zakomunikował mu, że jeżeli miałby swoje własne tajemnice, to powinien je zachować dla siebie i nie dzielić  się z nimi  z małżonką. Relacja Juana z Luizą, wrażenia  po ślubie to jedna warstwa powieści. Kolejna, rozgrywająca się 40 lat wcześniej, jest zdecydowanie ciekawsza, właściwie najciekawsza z całej książki, dotyczy ojca Juana. Juan dowidział się przypadkowo, że jego ojciec miał nie dwie, ale trzy żony. Co do jednej z nich, siostry swojej matki, wiedział, że zmarła ona młodo.  Jego znajomy zakomunikował  mu jednak, że to nie była śmierć z powodu choroby, ale śmierć samobójcza. Juan zaczął się zastanawiać, czy aby nie miało to związku z tajemnicą, o której wspomniał ojciec w dniu ślubu. Luiza wtajemniczona w tą historię postanowiła, że spróbuje ją wyjaśnić i będzie starała się dowiedzieć od teścia, dlaczego doszło do takiej sytuacji. Kolejny równie ciekawy wątek  to znajomość Juana  z przyjaciółką – nie kochanką – mieszkającą za granicą. Chociaż kilkanaście lat wcześniej przespali się ze sobą, teraz tylko przyjaźnią się. Jest to na tyle silna przyjaźń, że oboje tęsknią za sobą i stale mają sobie wiele do opowiedzenia.  Jak mówi Marias,  tak bliskich osób ma się w życiu tylko kilka. Berta skoncentrowana jest na szukaniu faceta. Szuka go przez biura matrymonialne i ogłoszenia w gazecie.  Książka w Hiszpanii wydana została w 1992r. , szukanie przez internet  nie mogło wówczas mieć miejsca. W trakcie poszukiwań natrafia na mężczyznę, który robi wrażenie dosyć dziwne, przypomina trochę psychopatę. Juanowi przypomina też on kogoś, kto był jego sąsiadem w hotelu w Hawanie podczas pobytu tam z Luizą. Wszystkie te wątki przeplatają się wzajemnie. Wydarzenie sprzed 40 lat poznajemy na podstawie opowieści różnych osób.  Na sam koniec ujawniona zostaje tajemnica ojca Juana, poznajemy jego sekret i wiemy, co dokładnie miał na myśli , mówiąc Juanowi o tajemnicach.

     Znalazłam też w tej książce też zarysowany zaledwie wątek , nazwijmy to metafizyczny. Otóż nowy znajomy Berty, według Juana,  najprawdopodobniej był jego sąsiadem w hotelu w Hawanie. Rozmowa , jaką ten obcy mężczyzna  prowadził wtedy ze swoją partnerką, łączy się w pewien sposób z innymi wątkami książki. Wygląda to tak, jakby wszystkie wydarzenia miały ze sobą ulotny związek, jakby rezonowały bardzo długo i każde miało swoje nieprzewidziane skutki.  

      Wcześniej czytałam z książek Mariasa jedynie całą trylogię „Twoja twarz jutro”, trylogia postała prawie 20 lat później, niż „Serce tak białe”, jest więc pozycją dojrzalszą , ma więcej wątków, dochodzą tam jeszcze wydarzenia historyczne.  „Serce tak białe” nie miało być i nie jest epopeją, ale dla mnie jest wyjątkowe. O ile w porównaniu do „Twojej twarzy jutro” jest pozycją nieco słabszą, o tyle w porównaniu do innych pisarzy, z ich dziełami spokojnie może konkurować.  
6/6

wtorek, 2 grudnia 2014

Arthur Conan Doyle „Pies Baskervill`ów” – audiobook, czyta Janusz Zadura

Okładka produktu


    Uwielbiana przez mnie od dawien dawna książka , przeczytana po latach  po raz drugi,  nie spodobała mi się. Raczej  nie – przeczytana, tylko odsłuchana, ale to nie ma znaczenia. Czytający Janusz Zadura był rewelacyjny, nie był w stanie jednak nic zrobić, poczułam wstręt do samej treści.

    Przez cały czas trwania audiobooka niewyobrażalnie szkoda mi było tego nieszczęsnego psa, bezimiennego, a nazwanego psem Baskervill`ów. Zakupiony został przez psychopatę – mordercę , po to tylko, żeby ten mógł nim szczuć niewygodne sobie osoby. Wywiózł go na bagno na wrzosowisku , odizolował od ludzi, przykuł go na łańcuchu i jeszcze trzymał go głodnego, na tyle aby nie umarł z głodu, ale aby chciał rzucać się na człowieka.  Pies miał koszmarne życie , wył całymi dniami. Wykorzystywany był do strasznych celów, ale to już było wyłączną winą człowieka.

    Całą książka przesiąknięta jest opisami makabrycznych zwierzęcych losów. Już zaraz na początku , gdy przed dr Watsonem i zarazem przed czytelnikiem roztaczany jest obraz bagien, opisane jest dość szczegółowo, co dzieje się ze zwierzętami, które nieopatrznie znajdą się na bagnie . Trzeba przebrnąć przez opis konia, który jest przez to bagno wciągany do środka. Opis jest bardzo drobiazgowy. Nieco mniej szczegółów zawiera opis tonięcia drugiego konika. Conan Doyle na szczęście nie wdawał się w szczegóły śmierci innego psa , należącego do dr Mortimera.  

     „Pies Baskervill`ów” wydał mi się straszną książką, aczkolwiek z zupełnie innego powodu, niż chciał autor. Myślę, że każdy, kto ma w domu psa czy kota , będzie miał podobny problem przy lekturze. Gdy czytałam „Psa” po raz pierwszy, w domu nie było jeszcze żadnego zwierzęcia  , może przez to ten mój odbiór był inny. Teraz myśl o tym nieszczęsnym psie nie dała mi, niestety, delektować się całością. Ani umiejętności Sherlocka Holmesa, ani nic innego nie było w stanie już mnie cieszyć. Conan Doyle nie wyprzedził w tym zakresie swojej epoki, w XIX wieku zwierzęta się tylko wykorzystywało, albo tępiło, nie miały żadnych praw. Ta książka jest doskonałym tego przykładem.

3/6

piątek, 28 listopada 2014

Ewa Winnicka „Angole”



 
Wydawnictwo  Czarne  2014

           Książkę czyta się świetnie, autorka umie słuchać i umie pisać, a towarzyszący jej   Mariusz Śmiejek zrobił  jeszcze ciekawe zdjęcia. W Londynie byłam turystycznie tylko parę dni, ale znam kilka osób, które spędziły tam kilka lat i co nieco opowiadały.  Ale to właśnie z książki dowiedziałam się masy ciekawych rzeczy, o których  nie miałam pojęcia. I vice versa – w książce pewne fakty są z kolei pominięte, są to rzeczy istotne i przez to obraz emigracji nie jest pełny.  

    „Angole”  to zbiór opowieści o Polakach, zamieszkujących Wielką Brytanię. Każdy rozdział to jedna historia, każdy zawiera też jedno zdjęcie, z reguły jest na nim bohater opowieści w charakterystycznej dla siebie scenerii, np. właściciel firmy w specyficznie urządzonym gabinecie , absolwent brytyjskiej uczelni przed budynkiem tej szkoły itp. Opowieści pisane są z punktu widzenia bohatera, np. „do Londynu przyjechałem ..” Ludzie mówią głównie o sobie, o rodzinie i tej na Wyspie i tej w Polsce, o Polakach  będących tam, o Brytyjczykach, o tamtejszej obyczajowości, kulturze itd. Mówią o wszystkim, co ma związek z emigracją.   Wypowiadają się i starsi i młodsi, wykształceni i niewykształceni, ci, którym się powiodło i ci, którym się nie powiodło. Mówią ci z Londynu i z tzw. prowincji. Mówią i polscy bankierzy z londyńskiego City , i pracownik hurtowni toksycznych śmieci,  i bezdomny alkoholik, nigdzie nie pracujący . Cześć z nich ma małżonków i dzieci, cześć dzieci nie ma, niektórzy są sami. Jedni mają stabilną sytuacją zawodową , inni wręcz przeciwnie.  Różnorodność opowiadających jest olbrzymia.   Jest to dokonała opowieść i dla tych, którzy są na emigracji na Wyspach i dla tych, którzy stamtąd wrócili i również dla takich, jak ja, którzy emigrantami nie byli. Ci pierwsi będą mieli możliwość porównania swoich odczuć, a pozostali również nudzić się nie będą.   Osobiście nigdy nie miałam ochoty na wyjazd tego rodzaju , nie mam jej w dalszym ciągu, ale książkę uważam  wyjątkowo ciekawą .

     Nie ma chyba osoby, która nie powiedziałaby czegoś ciekawego. W większości opowieści przewija się motyw kastowości społeczeństwa brytyjskiego. Możliwości zasymilowania się z Brytyjczykami praktycznie nie ma. Jeden z opowiadających wspomina, jak  uczył się w renomowanej brytyjskiej szkole z internatem i jak i nauczyciele i starsi uczniowie wpajali młodszym, że są kimś lepszym od reszty świata. Nasz bohater jako obcokrajowiec traktowany był koszmarnie, ale szkołę skończył, a jak sam stwierdził, to pranie mózgu było tak sugestywne, że niemal uwierzył, że jest jakimś nadczłowiekiem. Byłam totalnie zaskoczona opowieścią z Belfastu o …..  murze, rozgraniczającym cześć katolicką, irlandzką , od części brytyjskiej. Mowa tu o murze w sensie dosłownym , są w nim nawet bramy, otwierane dwa razy na dzień niczym w średniowiecznym grodzie. Zaskoczeniem równie wielkim była dla mnie także opowieść Polaka, który założył firmę pogrzebową, mówi on, że połowa osób- zmarłych  , którymi się zajmuje, to samobójcy.    Opowieść pokojówki z Hiltona o tym, jak straszny wyzysk pracownika tam panuje i jak strasznie pracodawcy  potrafią oszukiwać na płacy, jest porażająca.  

          Szukanie na siłę w dobrych książkach czegoś, czego by w niej brakowało, lub co byłoby nie tak, jest pozbawione sensu. Ale w tym przypadku mimo, że opowieści są ciekawe i chyba prawdziwe  - w sensie takim, czy ktoś nie koloryzował w rozmowie z autorką, obraz jest jednak niepełny i przez to trochę skrzywiony .

     Jeżeli ktoś chciałby pogłębić sobie tą tematykę, może porozmawiać z kimś, kto tam był. Mnie zaintrygowało to, dlaczego ci, którym absolutnie nie wyszło, pracują jak woły za marne pieniądze, nie wracają. Czy perspektywa życia w Polsce jest aby na pewno gorsza?  Te osoby, które znam, które tam są lub były, są bardzo mobilne i raz na jakiś czas zmieniały pracę. Gdy coś zaczynało być nie tak, albo gdy pojawiała się perspektywa lepszego zarobku, każdy decydował się na zmianę. Nikt nie godził się na tak straszne warunki, w jakich niektórzy bohaterowie książki pracują. Nie rozumiem tego całkowitego braku mobilności. 

         Zasadniczy problem jednak tkwi gdzie indziej. Zastanawiające jest to, dlaczego spośród moich znajomych,  lub dzieci znajomych większość chwali sobie emigrację. Większość bohaterów książki Winnickiej z kolei jest rozgoryczona. Czy dziennikarka dotarła tylko do specyficznego kręgu osób? Czy specjalnie taki krąg sobie wybrała? Czy może ludzie w opowieściach z obcą osobą są jednak bardziej szczerzy, nie muszą niczego udawać?  Wiem z pewnością, że jedna z moich znajomych początkowo na Wyspach  pracowała, potem wyszła za mąż również za Polaka, urodziło im się dwoje dzieci . Teraz ona nie pracuje, ona zaś jest kelnerem, legalnie zatrudnionym. Żyją z jego pensji i różnych zasiłków .  Wynajmują piętro w całkiem dobrej kamienicy. Nie chcą asymilować się   z Brytyjczykami , utrzymują kontakty z innymi Polakami i bardzo chwalą sobie taki stan. Ona ma wykształcenie wyższe, on średnie, umiejętności obojga są takie sobie . Mają świadomość, że w Polsce nie mieliby gdzie mieszkać i mieliby olbrzymi problem ze znalezieniem pracy. A gdyby przy swoich umiejętnościach pracę jakimś cudem znaleźli , musieliby zamieszkać z rodzicami w dwupokojowym mieszkaniu , mieliby do dyspozycji jeden pokój dla siebie i dzieci  oraz łazienkę i kuchnię wspólną z rodzicami. Nie mieliby zdolności kredytowej , a na wynajęcie mieszkania też nie byłoby ich stać.  Prawda jest taka, że znaczna część ludzi jest zadowolona z wyjazdu i że nie wszyscy są traktowani tam, jak śmieci.   Gdyby ktoś chciał napisać książkę o Polakach w Wielkiej Brytanii i spotkałby się z osobami, które znam, to z pewnością usłyszałby opowieści bardziej optymistyczne, niż te z książki.

      Główny mankament „Angoli” to właśnie brak opowieści o ludziach, dla których emigracja jest jedyną,  sensowną alternatywą i którzy właśnie tam mogą żyć na znacznie wyższym poziomie, niż tutaj. Są to osoby z reguły z rejonów olbrzymiego bezrobocia i pochodzące z rodzin niezbyt zamożnych. Nie mają one takich kwalifikacji i umiejętności, dzięki którym   można byłoby przebić się w wielkim mieście i wynająć w nim mieszkanie. Nie mają odpowiednich znajomości. Gdyby sytuacja wyglądała inaczej, nie musieliby wyjeżdżać. I oni są zadowoleni, że jednak mogą w miarę godziwie żyć na własny rachunek . W książce brakuje tego wytłumaczenia, dlaczego wyjechali.

      Generalnie rzecz biorąc, „Angoli”   warto przeczytać  i warto ich oglądać dla zdjęć. Nie są to zdjęcia przypadkowe , wygrzebane gdzieś   parę lat wcześniej. Jak wygląda Londyn, to wie z telewizji każdy. Ale na tych zdjęciach można się skupić , są wyśmienitym dopełnieniem tekstu, dzięki nim można poczuć atmosferę brytyjskich miast  i spróbować trochę lepiej zrozumieć bohaterów tekstu.  Z każdą chwilą wpatrywania się w zdjęcie, coraz więcej się w nim dostrzega. Przykładowo zdjęcie ulicy z pubem i  ludźmi pod tym pubem, wydaje się w pierwszej chwili mało interesujące. Potem zaś dostrzega się, że ci ludzi trzymają kufle z piwem i na chodniku je piją. Garniturowcy z garniturowcami, ci luźniej ubrani stoją z takimi samymi.   Pub oświetlony jest z zewnątrz lampami, stylizowanymi na staroświeckie latarnie, widać wyjątkowa dbałość o szczegóły wystroju właśnie na zewnątrz, co u nas jeszcze jest rzadko spotykane. Ludzie są wyluzowani , nie myślą o niewątpliwej, nawet tu,  kastowości społeczeństwa.
5/6

środa, 19 listopada 2014

Teresa Lubkiewicz – Urbanowicz „Boża podszewka” – audiobook, czyta Stanisława Celińska




      Książka  jest skrajnie tendencyjna, niewiarygodna , nielogiczna i  nudna,  a wykonanie audiobooka przez Stanisławę Celińską było dla mnie histeryczno – patetyczne, równie trudne do słuchania, jak i sam tekst. Całość jest absolutnie niewarta uwagi, chyba że ktoś chciałby się zastanowić, po co coś takiego powstało, czy to jedynie pomysł autorki, czy może ktoś ją „zainspirował”. Całe to „dzieło” to historia życia  Marysi Jurewicz , urodzonej w 1900r. na Wileńszczyźnie  w rodzinie szlacheckiej, ale  składającej się z samych dewiantów . W okolicy panuje bród, smród, ciemnota , a jedynie pozytywni bohaterowie pojawiają się dość późno, są to Rosjanie, wkraczający na tamte tereny w 1939r.

          Marysia Jurewicz urodziła się w Juryszkach, na dalekiej Litwie w 1900r. w szlacheckiej , ziemiańskiej i wielodzietnej rodzinie , składającej się z samych dewiantów i prostaków, w dodatku niewyżytych seksualnie. Sąsiedzi również nie byli normalni. Jeden z nich miał ulubione zajęcie – wpychanie córki do kurnika i podpalanie. Ojciec – gbur i prostak,  uganiał się stale za służącymi , a celem jego życia było wciągnąć którąś z nich do łóżka. Dzieci swoich nie znosił, nigdy nic dobrego o żadnym nie powiedział , szczególnie zaś nie znosił właśnie Marysi. Trudno powiedzieć dlaczego tak się działo, ale głównie z tego powodu, że była wcześniakiem i uchodziła za mało urodziwą. Ten brak urody , jak się później okazało, był kwestią względną. Jednego razu ojciec uznał za konieczne, aby właśnie najmłodszą Marysię, jako jedyną z rodzeństwa i najsłabszą , wciągnąć w prace polowe, czego o mało nie przypłaciła życiem.   Matka Marysi też córki nie lubiła i to z tego samego powodu, co ojciec. Matka skupiała się głównie na tym, aby odciągać męża od służących. Ale była bardzo postępowa, wraz z córką potrafiła rozebrać się na łące, blisko wiejskiej drogi i kąpać się na golasa. Bracia na wyścigi starali się Marysi dokuczyć, podobnie jak i siostry. Gdy wybuchła I wojna , rodzice postanowili zostawić dzieci w majątku, a sami uciekli, nie zapomniawszy przedtem zakomunikować, że gdy gospodarka nie będzie dobrze prowadzona, to dzieci po powrocie dostaną porządnie w skórę. Jedno z dzieci z głodu, braku opieki i choroby zmarło.

     Po I wojnie Marysia wyszła za mąż za sędziego  sądu grodzkiego. Po ślubie już dowiedziała się, że miał on głośny romans ze służącą, służąca była nawet w ciąży. Szybko pojawiły się problemy z ożenkiem braci, każda potencjalna kandydatka leciała tylko na ich majątek. Jedna z kandydatek mieszkała w syfie tak wielkim, że kury chodziły po pokojach i kuchni, robiły kupy tam, gdzie chciały, nawet i na stole. Siostra  Marysi , Staszka,  wyszła  za mąż za nieudacznika, który zabawiał się szczuciem psa na gości. Na edukacji nie zależało nikomu. Gdy Marysia uniezależniła się od rodziny, tzn. od rodziców, braci i sióstr,  poczuła upodobanie do tego, aby im dokuczać i wyszydzać.

   „Najciekawsze” zaczyna się dopiero w czasie II wojny światowej , gdy Rosjanie wkroczyli do Wilna, gdzie Marysia mieszkała z mężem i z córką.  Marysia wiedziała, że „jej mąż był uczciwy , nie brał łapówek” i z tego powodu „nic złego ze strony Rosjan rodzinie nie mogło  się stać” . Generalnie mało komu cokolwiek złego z ręki Rosjan się stało, nawet spoza rodziny, wspomniane jest tylko, że odbywały się wywózki, ale szczegółów brak. Na opowieści Maryśki , że „nic im się nie może stać”, reagowano  z niedowierzaniem, ale okazało się, że miała rację. Ani nią, szlachcianką z bogatej, ziemiańskiej rodziny, ani jej mężem – sędzią, przedstawicielem inteligencji, Rosjanie zainteresowani nie byli. Nie byli też  zainteresowani majątkiem jej rodziny w Juryszkach. Najwidoczniej zajmowali się wywózką jedynie nieuczciwych obywateli.

     Gdy sytuacja na froncie się zmieniła i do Wilna wkroczyli Niemcy, zrobiło się niebezpiecznie. Maryśka ostatecznie zabrała męża i córkę i wróciła do Juryszek. Tam szybko dały o sobie znać geny rodzinne, szczególnie ojca, Maryśce mąż przestał wystarczać i szybko znalazła sobie kochanka. Kiedy mąż umarł, zaczęły ją dręczyć wyrzuty sumienia, dopiero  kolejne zmiany na froncie i powrót Rosjan przyjęła z radością.

   Chętni mogą uzupełnić sobie szczegóły lekturą lub odsłuchaniem audiobooka.  Ciekawe, czy znajdzie się ktoś , kto przejęty szeregiem opisów horroru, jaki przeżyła Maryśka,  pomyśli sobie, że to dobrze, że Rosjanie wkroczyli na nasze tereny i „oczyścili nas z łapówkarzy i innych nieuczciwych” osób . Jak zauważyłam, książka bardzo się podoba .

     1/6

niedziela, 16 listopada 2014

Jean-Luc Bannalec „Śmierć w Pont-Aven”




Wydawnictwo  Czarne  2014

 
                 Zapowiada się nowy i wreszcie oryginalny cykl kryminalny z komisarzem Dupin w roli głównej . Zapowiada się całkiem    nieźle. W przeciwieństwie do wiele innych kryminałów, nie  ma na szczęście w „Śmierci w Pont- Avon”  opisów przemocy. Przykładowo w „Ofierze” Lemaitre opisy brutalnych pobić były tak bardzo drobiazgowe,  że robiły wrażenie, jakby pisał je autentyczny sadysta i jakby się jeszcze wyżywał podczas pisania. Jak dla mnie nie było to potrzebne.  Nie ma  w „Śmierci” tej skandynawskiej mroczności i pesymizmu. Podczas czytania nie łapie się doła. Nie ma eksploatowanych teraz ponad miarę dewiacji typu pedofilia, nie ma przemocy domowej , ani handlu kobietami. Nie ma nawet opisów seksu, aczkolwiek wiadomym jest, że postaci z miasteczka nie żyją w celibacie, baja nawet poza ślubnymi małżonkami i kochanków.  Komisarz Dupin nie jest neurotykiem, nie ma traumatycznych przeżyć z dzieciństwa, nie cierpi na depresję , a jego nałogiem jest jedynie mało groźna kawa.  Można więc odetchnąć od tych mrocznych postaci policjantów i detektywów z całą masą problemów, które wymagałyby gruntownej kuracji u psychiatry.  Wydarzenia rozgrywają się w pięknej scenerii w  Bretanii , w malowniczym miasteczku Pont-Aven, ukochanym niegdyś przez artystów malarzy, w tym przez Gaugina . Komisarz ma możliwość złapania oddechu nad wodospadem, może też spacerować brzegiem stromego klifu i podziwiać Atlantyk.  Musi jedynie uważać, aby podczas wiatru nie został zepchnięty w przepaść. Jaka to piękna odmiana po częstych w kryminałach opisach różnych obrzydliwych i śmierdzących melin. Dupin gdy jest głodny,  może  zjeść typowy  bretoński posiłek z owocami morza, co ma niewątpliwy urok i powoduje nawet u czytelnika apetyt na coś pysznego . Trudno było nabrać ochoty na jedzenie po opisach obrzydliwych resztek  z lodówki, a w najlepszym razie  mrożonej pizzy , zjadanych nagminnie  przez policjantów skandynawskich.  Miłą odskocznia przy czytaniu są nawiązania do malarstwa impresjonistów. Wśród bohaterów nie ma ludzi z marginesu. Nie ma dewiantów. A w tekście nie ma  wulgaryzmów. Wydawało mi się, że już nikt takich książek nie pisze.    Plusów jest sporo, oczywiście jest to kwestia gustu, czy komuś tego rodzaju literatura odpowiada.

            „Śmierć w Pont Avon” zaczyna się od odnalezienia zwłok 90-letniego właściciela renomowanego  hotelu. Hotel pamiętajczasy Gaugina i tego Gaugina niegdyś tam właśnie goszczono.  Analiza trybu życia Piera-Lousia Penneca prowadzi szybko do wniosku, że możliwość zabicia go miało dość wąskie grono osób, najbliższa rodzina i najbliżsi znajomi. Sytuacja dość szybko się komplikuje , gdy okazuje się , że parę dni przed śmiercią hotelarz kontaktował się z notariuszką i sygnalizował jej chęć dokonania zmian w testamencie. Zmian nie zdążył dokonać i długo nie wiadomo  , czego miała ona dotyczyć. Wśród osób podejrzewanych są ciekawe indywidua, np. brat polityk, majętny i wysoko postawiony. Jest wśród nich też  znajomy – społecznik, udzielający się w wielu organizacjach . Jest pokojówka, robiącą wrażenie kochanki. Są i inni. Wszyscy mają swoje większe i mniejsze tajemnice. Ukrywają wiele i przed innymi członkami społeczności i przed samym komisarzem. Kolejna komplikacja następuje, gdy na plaży zostają znalezione drugie zwłoki i nie ulega wątpliwości, że ta osoba spadła lub została zrzucona z klifu.

        Mankamentem i to zasadniczym książki, z pewnością jest -  mimo szybkiego tempa akcji – to, że przez długi czas te wydarzenia nie wciągają czytelnika i dzieją się jakby obok. Nie miałam problemu, aby w dowolnym momencie  książkę odłożyć i zająć się czymś innym. Ale tak działo się tylko do pewnego momentu, bo stan ten zaczyna się zmieniać około połowy książki. Akcja zaczyna porywać , ale prawdziwe napięcie pojawia się dopiero pod koniec, gdy zbliża się kulminacja wydarzeń. Nad tym Jan Luc Bannalec powinien trochę popracować, ale ponieważ jest debiutantem,  dam mu szansę i następną książkę , o ile się pojawi,  również zakupię.  Wolniejsze tempo akcji też ma jednak swój urok.

           Bannalec mógłby też pogłębić od strony psychologicznej portrety bohaterów, są one jedynie zasygnalizowane. Może to pogłębienie nastąpi w dalszych częściach serii. Sam Dupin jest postacią zagadkową, z pewnością nie ma żony, ani partnerki. Partnera nie ma również, książka jest przecież nawiązaniem do tradycji . Wiadomym jest, że nie tak dawno zakończył się jego związek z kobietą. Poza siostrą nie utrzymuje on kontaktów z rodziną. Nie wiadomo, czym się interesuje i czy w ogóle się czymś interesuje. Wydarzenia rozgrywają się zaledwie w ciągu kilku dni, a komisarz nie może sobie w tym  czasie pozwolić nawet na chwilowe oderwanie się od pracy . Z pewnością nie jest on konformistą, znany jest z konfliktów z przełożonymi i one właśnie były powodem, dla którego został zesłany ze stolicy na prowincję.   Z pewnością jest czuły na piękno przyrody i szuka chociaż chwili odpoczynku w samotności, na łonie natury. We współpracy z pewnością jest trudny. Nie raczy powiadomić innych policjantów, co już ustalił, co robi i gdzie w ogóle jest. Nie odbiera telefonów i bardzo rzadko oddzwania. Ale tak jak i większość policjantów czy detektywów z różnorakich kryminałów, jest inteligentny i błyskotliwy .

   Na uwagę w przypadku tej książki  szczególnie zasługuje też … okładka. To niby taki drobiazg, ale to przecież na nią się patrzy , gdy książkę bierze się do ręki i wtedy, gdy leży ona na stole.  Czasy, gdy książki wydawano na byle jakim papierze, a okładką mało kto zawracał sobie głowę, dawno już minęły. Okładka naszego, polskiego wydania jest wyjątkowo zachęcająca, zdjęcie tajemniczego wybrzeża i latarni morskiej wyjątkowo kusi  , aby zagłębić się w treść.

5/6