środa, 30 kwietnia 2025

Andrea Camilleri „Złodziej kanapek”

 

        Przeczytałam większość książek Camilleriego z cyklu o komisarzu Montalbano, z racji tego że nie zawsze wszystkie były w księgarniach dostępne, czytałam je w przypadkowej kolejności. Nie jest to najlepszy sposób, ale ma też i plusy. Znam Montalbano jako zatwardziałego starego kawalera w średnim wieku, mającego partnerkę, mieszkającą około 1000 km. dalej. Odbieram go jako osobę zadowoloną z tego stanu i jako kogoś, kto raczej nie odnalazłby się w standardowym małżeństwie. W tym tomie był natomiast wyjątkowo blisko sformalizowania związku, dlaczego do tego nie doszło, okaże się w kolejnym tomie, w ”Głosie skrzypiec”. Czy zorientował się, że to nie dla niego? Czy zaszły przeszkody obiektywne? Ciekawe, co się okaże.

       Montalbano rozwiązuje zagadkę dwóch zabójstw, a do tego cały czas cieszy się życiem. Jest zadowolony bez jakiejś szczególnej przyczyny. Czyta po raz chyba dwudziesty „Radę egipską” Leonarda Sciascia, przypomina sobie też „Budzenie zmarłych” Johna le Carre. Zajada wyjątkowo smaczne potrawy, jak się okazuje, potrafi nawet samodzielnie przyrządzić makaron z oliwką i czosnkiem. Dużo rozmyśla.

Kiedyś po kolacji poczuł, że jest w harmonii ze sobą i z całym światem. I chyba to jest klucz do tej postaci. Żyje w harmonii ze sobą, w zgodzie z sobą. To właśnie daje mu szczęście. Do niczego się nie zmusza. Nie jest fałszywy. Gdy nie chce z kimś utrzymywać kontaktu, to się nie zmusza. Do nikogo się nie podlizuje. Wie, że nie chce wyjeżdżać ze swojego miasta, nie godzi się więc na awans, który równoznaczny byłby ze zmianą życia. Gdy już naprawdę musi zrobić coś, czego nie chce, jak np. kontakt z szefem, to ogranicza tą sytuację do minimum.

Montalbano nie ma dzieci, ale w tym tomie pojawia się ktoś, kto będzie dla niego bardzo ważny, kto będzie potem określany jako „syn – nie syn”. Montalbano nie miał rodziny, rodziną byli dla niego najbliżsi przyjaciele no i właśnie „syn – nie syn”, chociaż ten ostatni będzie wyłaniać się sporadycznie.

9/10

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

Tomasz Słomczyński „Kaszebe” – audiobook, czyta Tomasz Ignaczak

 

            Pojawiły się ostatnio książki, opowiadające o różnych regionach Polski pod kątem głównie historii, zaczęło się chyba od „Kajś” i świetnej „Odrzani” Z. Rokity. W ramach naszego kraju znajdują się regiony o historii całkowicie różnej, niekiedy aż tak, że robi to wrażenie, jakby były to odrębne państwa, sporo jest odrębności, kulturowych, obyczajowych, czy religijnych.

        Znaczące odrębności dotyczą Kaszubów i tym właśnie zajął się Tomasz Słomczyński. Pomysł był świetny, z wykonaniem wyszło gorzej. Słomczyński skupił się głównie na XX wieku, sporo miejsca poświęcił kwestiom martyrologicznym, one są na początku książki, całość robi więc wrażenie przytłaczające. W ”Odrzani” Zbigniew Rokita podjął bardzo wiele tematów o różnym ciężarze gatunkowym, prowadził narrację bardzo lekko, tutaj tego brakło. Poświecenie tak dużo miejsce kwestiom tak dramatycznym, jak masowe gwałty dokonywane przez żołnierzy Armii Czerwonej, czy marsze śmierci z obozu Stutthof w Sztutowie, uniemożliwiło lekkość narracji. Może lepszym pomysłem byłoby skrócenie w „Kaszebe” tych dramatycznych wątków, postawienie na większą różnorodność tematów, a zgłębienie wątków traumatycznych i martyrologicznych w odrębnej książce.

Poza tymi tragicznymi wątkami są też i inne, neutralne. Są np. nawiązania do regionalnych, pogańskich obrzędów. Są rozważania na temat tego, czy jest szansa, aby w młodszych pokoleniach język kaszubski i zwyczaje przetrwały. Ku mojemu zaskoczeniu, prognozy w tym zakresie są mało optymistyczne. Sporo jest też wątków zupełnie niepotrzebnych, np. dokładny opis uroczystości państwowych na tych terenach.

Czytający z kolei psuł tekst sposobem czytania, robił to zbyt szybko, zbyt monotonnie, słuchało się źle.

6/10

środa, 23 kwietnia 2025

Frederick Forsyth „Psy wojny” – audiobook, czyta Janusz Zadura

 

        Od dawna uważam, że powroty do naprawdę dobrej literatury, dobrych seriali, filmów itd. są świetnym pomysłem. O „Psach wojny” pisałam 10 lat temu, słuchałam audiobooka w innym wykonaniu.

        Na co innego, niż wcześniej, zwróciłam uwagę? Powieść burzy stereotypy i pewne kwestie zamiast w kategoriach czarno – białych, zaczyna się postrzegać jako daleko bardziej złożone, składające się z różnych odcieni szarości. Tytułowe Psy wojny, to ludzie którzy za odpowiednią zapłatą walczą w różnych konfliktach wojennych po stronie tego, kto im płaci. Wiadomo, że raczej nie myśli się o takich osobach w pozytywnych kategoriach.

Frederic Forsyth był dziennikarzem, korespondentem wojennym i współpracownikiem MI 6, zna życie z każdej strony, a jego twórczość udowadnia jego szalenie szerokie horyzonty myślowe i błyskotliwą inteligencję. Właśnie w „Psach wojny” pokazał, że wszędzie, wśród najemników również, bywają również ludzie inteligentni i mający swoje zasady moralne. A z kolei tzw. normalni ludzie za wiele się nie różnią od najemników, bo są na usługach np. korporacji, w których pracują. W związku z różnymi zobowiązaniami finansowymi, jak np. kredyty, nie są w pełni wolni, są chciwi i przekupni. Formą przekupstwa nie musi być łapówka, może być awans. A znalezienie kogoś uczciwego i nieprzekupnego jest niesłychanie trudne. Jeden z bohaterów mówi, że kogoś takiego jeszcze nie spotkał. Niczym nieuzasadnione jest to poczucie wyższości moralnej czy intelektualnej, z jakim ci tzw. normalni ludzie patrzą na najemników, czy na inne osoby, które uznają za gorsze od siebie. Świadczy też o pysze i całkowitym braku autokrytycyzmu.

Paradoksalnie, degeneraci z najwyższych półek biznesu, również mają swoje dobre strony. Shanon, najemnik, odkrył, że zlecający mu dokonanie przewrotu wojskowego w jednym z afrykańskich krajów, jest nie tylko całkowicie zdegenerowany, ale ma jednak w sobie odwagę.

F. Forsyth jest warty przeczytania nie tylko dla dobrej zabawy, ale też jako materiał do autorefleksji.

9/10

wtorek, 15 kwietnia 2025

Ken Grimwood „Powtórka”

 

Do wielu już książek o wędrówce w czasie dołączyła kolejna pozycja. Czy wnosi coś nowego? Jak najbardziej, a do tego napisana jest w taki sposób, że przy wielu fragmentach ciężko jest się od niej oderwać. I jeszcze zaskakuje. Mimo zabawnej pozornie tematyki podróży w czasie, „Powtórka” poza dostarczeniem zabawy, jest czymś zdecydowanie głębszym.

W tym przypadku Jeff cofa się w czasie, chociaż wcale tego nie chce, z nieznanych przyczyn, o ponad 20 lat. Powtórek takich jest więcej. Przypominają one powtarzające się u każdego człowieka, podobne do siebie dni. Chociaż niekiedy można narzekać na monotonię, to każdego dnia jest nowe rozdanie, każdego dnie można coś zrobić lepiej, można wykorzystać różne szanse. Każdy robi różne błędy. Jeff, mając wiedzę, co i kiedy zrobił źle, nadal błędy popełniał. Jest to nieunikniona część życia, w tym przypadku ta prawda jest podana w lekkiej, ale zarazem bardzo przekonującej formie. Co charakterystyczne, Jeff robiąc coś, co sobie potem wyrzucał, że zachował się nie tak, jak trzeba, nie tylko coś tracił, zawsze też coś zyskiwał. Niemal zawsze tak właśnie jest.

Ken Grimwood sięga jeszcze głębiej, wykorzystywanie szans, podnoszenie się po upadkach, jest trudne, ale są rzeczy trudniejsze i boleśniejsze, będące nieodłączną częścią życia. Dopiero pogodzenie się z tym, że istnieje ta mroczna strona życia, że życie to „Wygrywanie i przegrywanie, zdobywanie i tracenie…” powoduje, że można tym życiem tak naprawdę się cieszyć, nie zawsze oczywiście i nie wszędzie. „Powtórka” wbrew tytułowi, jest afirmacją życia we wszystkich jego aspektach, mimo tego wszystkiego, co w postrzegamy jako coś złego i mimo tego, że nie wszystko jest tak, jak chcielibyśmy.

Podczas jednego z cykli Jeff był dziennikarzem i przeprowadzał wywiad z Sołżenicynem, rozmawiali o wygnaniu pisarza i rozłące, z krajem, z najbliższymi. Jeff wiedział, że „istnieje metaforyczne wygnanie, którego doświadczamy wszyscy: nasze wspólne i nieuniknione rozstanie z latami, które przeżyliśmy i zostawiliśmy za sobą, z ludźmi, którymi byliśmy i których utraciliśmy na zawsze”. Jest tu nawet zacytowany psalm 137, zrozumiany bardzo głęboko, nie tylko jako nostalgia za ojczyzną, ale jako tęsknota i żal za wszystkim, co w ciągu życia się utraciło:

Nad rzekami Babilonu -

tam myśmy siedzieli i płakali,

kiedy wspominaliśmy Syjon”.

Podczas tych różnych cykli Jeff mądrzeje i dojrzewa. Ale tęskni za tym, na co my wiecznie narzekamy, za nieprzewidywalnością i niebezpieczeństwem i nawet za tym, co niekoniecznie będzie przyjemne. Gdy myślał o tym, że może te cykle kiedyś się skończą, uświadomił sobie, że zacznie się wtedy normalnie starzeć. Ale z drugiej strony, dumał, te lata będą świeże i nowe”. Postrzegał je jako „wachlarz zmiennych, nieprzewidywalnych wydarzeń i doznań”.

Raczej nie czytuję ani książek fantasy ani s.f. Raz na jakiś czas warto zrobić wyłom w swoich upodobaniach.

8/10



środa, 9 kwietnia 2025

Wiliam Shakespeare „Juliusz Cezar”

 

Nie wiem, jak Szekspir to zrobił, ale dramat trzymał mnie cały czas w napięciu, chociaż przecież wiedziałam, co i kiedy się stanie. Ekscytujące było odkrywanie, co takiego tkwiło w opisywanych ludziach, że zdecydowali się oni na popełnienie zbrodni. Jest to dramat o mechanizmach władzy, ale też i o psychice ludzkiej, o pysze, ambicji, determinacji, bezwzględności itp. kwestiach. Tak było tysiące lat temu, setki lat temu i tak jest teraz, tylko że obecnie aby kogoś wyeliminować z polityki czy utrącić ze stanowiska, nie musi już dochodzić do zabójstwa.

Jak to się stało, że Cezar zaszedł tak wysoko? Z pewnością był to zespół czynników, ale odwaga była jednym z nich, nie chował głowy w piasek, stawiał czoło niebezpieczeństwu, gdy pojawił się problem , to go rozwiązywał. Stwierdził

Zagrożenia

Z reguły czają mi się za plecami;

Kiedy twarz ujrzą, znikają bez śladu”.



Niejednokrotnie przewija się tu motyw odwagi, połączonej z siłą ducha „Nic się nie oprze naporowi ducha”.

Kasjusz z przyganą ,pouczał Kaskę:

Nie masz w sobie

Znamionującej Rzymianina iskry

Życia – lub nie chcesz jej ujawnić. Bledniesz,

Oczy w słup stawiasz, wyolbrzymiasz grozę,

Sam się wręcz wprawiasz w stan trwogi na widok

Wybryków niebios.”

Dlaczego Cezar nie przewidział, że może dojść do zamachu na jego życie? Dlaczego się nie zabezpieczył? Dlaczego nie posłuchał ostrzeżeń? Były i przepowiednie i znaki ostrzegawcze. Jego żona, Kalpurnia, powiedziała mu:

Zadufanie

Nie daje dojść do głosu twej mądrości”


Antoniusz przedstawiony jest jako szalenie inteligentny i ambitny, ale jednocześnie przebiegły, bezwzględny i fałszywy i właśnie te cechy pozwoliły mu na zdobycie i utrzymanie władzy. Przykładowo czym się kierował, obsadzając stanowiska:

Lepidusowi po to powierzamy

Ważne urzędy, by na jego głowę

Spadał gniew ludu po naszych decyzjach.

Brzemię to jednak będzie za nas dźwigał

Jak osioł dźwiga złoto: ledwie żywy”


A co robić, aby uzyskać poparcie tłumu? Warto do ekipy, która ma zamiar coś zrobić, dokooptować kogoś, kto cieszy się poważaniem. Spiskowcy przed zabójstwem, gdy wszystko było już ustalone, pomyśleli, aby mieć po swojej stronie Cycerona. Bynajmniej nie po to, aby korzystać z jego mądrości. Po prostu dlatego, że będzie to dobrze wyglądać.

Tak, on się przyda: srebro jego włosów

Kupi nam respekt, a naszym działaniom -

Głosy poparcia. Wszyscy będą mówić,

Że jego mądrość wiodła nasze dłonie.”


Szekspir miał pełną świadomość tego, że władza zmienia ludzi. Brutus myśląc o Cezarze, rozważał, „Pytanie, jak tron odmieni w nim naturę”.

Czytając Szekspira, odnoszę wrażenie, że im człowiek jest straszy, tym więcej z niego rozumie i tym bardziej go docenia. Warto go i czytać i odświeżać te utwory, które już się zna.

10/10



środa, 2 kwietnia 2025

Adam Zadworny „Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku” – audiobook, czyta Grzegorz Woś

 

Temat jest świetny, teoretycznie powinien zaciekawić niemal każdego, ale książka zamiast interesującego reportażu przypomina bardziej nudny, szczegółowy i pozbawiony emocji dokument. Autor opisuje zarówno kwestie, mające kluczowe znaczenie dla tragedii, jak i zupełnie poboczne, do tego jeszcze życiorysy niektórych marynarzy, wszystko jest tak pomieszane, że nie słucha się tego najlepiej. Ciężko jest się nawet zorientować, dlaczego prom zatonął, był to zespół czynników, typu zła konstrukcja, problem z popsutą i źle naprawioną furtą, przez którą wjeżdżały ciężarówki, niepotrzebne przebalastowanie i in.

Te sprawy, które wydały mi się najbardziej frapujące, zostały tylko zasygnalizowane. Przykładowo z promu nie uratował się nikt z pasażerów, a jedynie tylko 9 marynarzy. Jakąkolwiek szansę na przeżycie miały tylko te osoby, które miały ubrane skafandry termiczne. Była zima i szalał sztorm, a część tych skafandrów była zamknięta na klucz w skrzyni na pokładzie. Aż cisną się pytania, dlaczego pasażerowie nie mieli do nich dostępu, czy zaniedbano w tym zakresie procedur? Czy skafandrów wystarczyłoby dla każdego na promie? Dlaczego gdy sytuacja podczas sztormu się pogarszała, nikt nie pomyślał o tym, żeby poinstruować pasażerów, jak się mają zachowywać, żeby rozdać im te skafandry, o ile oczywiście wystarczyłoby dla wszystkich? Nie jest to zgłębione.

Nie jest wyjaśnione, dlaczego akcja ratownicza przebiegała tak fatalnie, gdy nadpłynął pierwszy statek ratowniczy zrzucił sieć, do której mieli wejść rozbitkowie. Gdy jeden wszedł, fala trzasnęła nim tak o burtę tego ratowniczego statku, że roztrzaskała mu czaszkę. Gdyby nie skorzystał z tej pomocy i trochę poczekał, być może przeżyłby.

Było też sporo ciekawych wątków psychologicznych, w które można byłoby się wgłębić, ale one również zostały tylko zaledwie wspomniane. Przykładowo jeden z marynarzy nie miał tego termicznego kombinezonu, po kilku minutach kontaktu z lodowatą wodą i sztormowym wiatrem przy ok. -20 stopniach Celsjusza, powinien już nie żyć. A przeżył w tych warunkach kilka godzin. Jak to się stało? Czy była to kwestia warunków fizycznych, czy raczej psychiki i determinacji? Nie wiadomo, Zadworny mógł porozmawiać z psychologiem, lekarzem, dopytać, ale tego nie zrobił.

Mimo olbrzymiego nakładu pracy autora, całość jest rozczarowująca.

6/10

piątek, 28 marca 2025

Joe Alex (Maciej Słomczyński) „Jesteś tylko diabłem” – audiobook, czyta Jacek Rozenek

 

          Maciej Słomczyński ps. „Joe Alex”, autor kryminałów i tłumacz angielskiej klasyki, obecnie kojarzony jest raczej tylko z tłumaczeniami. Po lekturze „Jesteś tylko diabłem” stwierdzam, że był równie dobrym pisarzem, jak i tłumaczem.

         Wydarzenia rozgrywają się głównie w rezydencjach dwóch bajecznie bogatych angielskich rodzin, nad samym morzem, na brzegu klifu. Jest tu mocne nawiązanie do twórczości Agaty Christie, mała liczba osób, brak przemocy, a ludzie kryją liczne tajemnice. Zaczyna się od nawiązania do tego, że niedawno samobójstwo popełniła kobieta pochodząca z jednego z opisywanych rodów i zachodzi wątpliwość, czy aby na pewno było to samobójstwo i zarazem obawa czy komuś innemu nie grozi niebezpieczeństwo.

          Najpotężniejszym atutem są liczne cytaty z literatury i nawiązania do dzieł Szekspira, J. B. Shawa i in., świetnie dopasowane do konkretnych sytuacji. Idealnie obrazuje to powiązanie literatury z życiem i to, że czytając, możemy się czerpać ze zdobytej z książek wiedzy o ludzkiej naturze, bo właściwie to gdzieś, kiedyś, ktoś już przeżywał takie sytuacje jak my, targały nim podobne emocje, zmagał się z podobnymi wyzwaniami, mierzył się ze zbliżonymi problemami.

Przykładowo gdy narrator, Joe Alex, wyczuwał bardzo mocno napiętą atmosferę domostwa, w którym przebywał, gdy wszyscy też przeczuwali, że coś strasznego może stać się w każdej chwili, zwrócił uwagę na obraz, wiszący na ścianie. Był na nim Dedal i Ikar, ale w momencie, kiedy nic jeszcze nie zapowiadało tragedii. O tym co się wydarzy, wie tylko oglądający obraz, a z postaci przedstawionych na obrazie nikt, ale odmalowana jest właśnie ta nieuchwytna atmosfera, to odczucie, że coś złego zaraz może się stać. Jest też sporo refleksji na różnorakie tematy. Przykładowo niektóre osoby sądziły, że sprawcą zabójstwa jest tytułowy diabeł, narrator skomentował to w ten sposób, że ludzie wierzą w to, w co chcą uwierzyć.

7/10



środa, 26 marca 2025

Tove Jansson „Tatuś Muminka i morze”

 

     Tatuś Muminka i morze” to najtrudniejsza część Muminków, jest mocno melancholijna, ale mająca zarazem moc ukrytych znaczeń, możliwości interpretacyjne są wręcz nieograniczone. Głębsze przeanalizowanie tej książeczki mogłoby zając porównywalną ilość czasu do jej przeczytania. Na skutek decyzji tatusia Muminka cała rodzina znalazła się na malutkiej wyspie na morzu, gdzie mieli zacząć nowe życie.

        Co można sądzić o decyzji porzucenia wspaniałego miejsca, gdzie się mieszka, które odwiedza wielu przyjaciół i które kocha cała rodzina? I o przeniesieniu się na maleńką wyspę, na której nikt z rodziny nigdy nie był i nie wiadomo, jakie warunki tam panują? We mnie wzbudziło to olbrzymią irytację i jeszcze większą niechęć do taty Muminka. Nikomu ten pomysł się nie spodobał. Na miejscu mamy Muminka bardzo poważnie wzięłabym pod uwagę rozdzielenie rodziny i zakomunikowanie małżonkowi, aby wyjechał sobie tam sam, licząc, że szybko powróci.

Co to w ogóle było ze strony taty? Depresja mimo udanego życia i szczęśliwej rodziny? Fanaberia? Chęć zmiany za wszelką cenę? Tata Muminka już wcześniej miał mocno oryginalne pomysły, wędrował gdzieś po świecie i pływał po morzu z Hatifnatami. A może była to gigantyczna wewnętrzna potrzeba, której ciężko jest się oprzeć? Tak jak mają ludzie ogarnięci jakąś pasją, np. himalaiści czy żeglarze. Życie bez tej pasji przestaje mieć dla nich smak i sens. W tekście jest też mowa o tym, że tata nie czuł się potrzebny, obiektywnie nie było to prawdziwe, ale on miał różne dziwne pomysły, gasił pożar, którego nie było. Może to był imperatyw, aby robić coś naprawdę potrzebnego, a on sobie wymyślił, że będzie to możliwe właśnie tam, na tej wyspie? A może to była właśnie realizacja stłumionych dotychczas marzeń?

Warunki na wyspie były ekstremalne, same skały, mało ziemi, gdyby nie przywiezione zapasy, bardzo ciężko byłoby przeżyć. Ale tata Muminka nie wycofywał się. Rozdźwięk pomiędzy tym, jak zapewne wyobrażał sobie wyspę, a tym co faktycznie na niej znalazł, był olbrzymi. Tak bywa ze spełnianiem marzeń, droga do ich realizacji bywa często bardzo trudna.

Olbrzymią rolę odgrywa tu morze, jako coś nieprzewidywalnego. Często układamy różne plany, a z reguły nie wszystko jest od nas zależne. Trzeba mieć tego świadomość i zaakceptować, że wszystko może się wydarzyć, może np. pojawić się sztorm i wywrócić wszystko do góry nogami. Sztorm może też równie nagle, jak się pojawił, skończyć się i może pojawić się tęcza.

W tym tomie wyjątkowo mocno podkreślona jest rola, jaką w życiu Muminków pełni przyroda i bycie samemu ze sobą. Tutaj wobec braku kontaktu z przyjaciółmi, na wyspie poza mamą, tatą i Muminkiem jest tylko Mała Mi, każdy więcej czasu niż zazwyczaj, spędza sam. Nie nazwałabym tego samotnością, to jest po prostu dojrzewanie, nawet u dorosłych, uzmysłowienie sobie, czego chcemy, co czujemy w danym momencie, kontemplowanie przyrody itp. Gdyby powstała książka o Muminkach po powrocie z wyspy, Muminek z pewnością potrzebowałby każdego dnia trochę czasu tylko dla siebie. I nie byłoby to wcale sprzeczne z tym, że kochałby nadal swoją rodzinę i przyjaciół.

Na szczególną uwagę zasługują opisy Buki, która jest uosobieniem zimna i samotności, gdziekolwiek się pojawia, ziemia zamarza, a każde zwierzę ucieka. Do Buki nie sposób się zbliżyć, każdy się jej boi. Tutaj okazało się, że Buka za Muminkami, dotarła do wyspy. Podobała się jej lampa, świecąca się u Muminków. Na wyspie Muminek wystawiał lampę na brzeg morza, aby Buka mogła się nacieszyć tym światłem. Powoli przestał bać się Buki, a ona podchodziła każdego wieczoru coraz bliżej. Raptem okazało się, że miejsce, gdzie stała, przestało być nie tylko zamarznięte, nie było nawet zimne. Buka śpiewała i tańczyła, Muminkowi było jej żal, że tak długo żyła w odosobnieniu, ewidentnie pragnęła towarzystwa, chociaż na pierwszy rzut oka, w czasach sprzed wyruszenia na wyspę, nic na to nie wskazywało. Jak dla mnie Tove Jansson miała rację, niemal do każdego da się zbliżyć, każdy wówczas zyskuje na tym bliższym poznaniu, wyjątkiem od tej zasady są tylko prawdziwi psychopaci.

A po przeczytaniu w ciągu kilku lat wszystkich Muminków, w moim osobistym rankingu wszystkie tomy są świetne, najwspanialsza zaś są „Zima Muminków” i „Jesień w Dolinie Muminków”.

9/10











wtorek, 18 marca 2025

Agata Christie „Pierwsze, drugie, zapnij mi obuwie”

 

    To jedna z gorszych pozycji Agaty Christie, intryga w żaden sposób nie wciąga, zagadka jest nieco zagmatwana. Królowa Kryminału przyzwyczaiła już czytelników do oryginalnych i z reguły ekskluzywnych scenerii, w których rozgrywają się jej powieści. Są to np. wiejskie rezydencje albo nawet i wiejskie domki z pięknymi ogrodami, bajeczny pociąg Orient Express, statek wycieczkowy na Nilu, wykopaliska archeologiczne na Bliskim Wschodzie itp. Jest to taka konwencja, czytelnik nie jest prowadzony do slumsów, opisywany jest z reguły luksus, a czytając można oderwać się od rzeczywistości. Prawdziwa natomiast jest psychologia.

W tym przypadku wydarzenia rozpoczynają się w poczekalni u dentysty, a dentysta nie kojarzy się z czymś miłym. Rozczarowująca jest więc sceneria, ale i opisywane wydarzenia mało ciekawią. Ponieważ znaleziony został trup dentysty, wszyscy pacjenci czekający w poczekalni, musieli zostać przesłuchani. Drugim wątkiem jest zaginięcie jednej z bohaterek. Agata Christie ma bogatą spuściznę, napisała łącznie około 80 powieści, w takim przypadku nie ulega wątpliwości, że będą wśród nich pozycje słabsze. Nie zauważyłam tutaj także większej głębi psychologicznej.

6/10

piątek, 14 marca 2025

Zadie Smith „Białe zęby”

 

        Czytanie „Białych zębów” to była trochę droga przez mękę, czytało się to fatalnie i kilka razy byłam bliska tego, aby porzucić tą pozycję. Przyjemność z lektury była prawie żadna. Treść warta jest jednak poznania, aczkolwiek też nie co do całości, życiorysy przodków głównych bohaterów można byłoby skrócić i z pewnością wystarczyłoby to.

Zadi Smith pokazuje zamkniętą i niedostępną dla obcych społeczność żyjących pod koniec XX wieku w Londynie emigrantów z różnych bardzo dalekich państw, a jednym z głównych tematów jest przyjaźń, trwająca kilkadziesiąt lat. Matka pisarki pochodzi z Jamajki, temat emigrantów jest jej bardzo więc bliski. Mimo tej zniechęcającej formy powieść uczy empatii.

        Zadie Smith nie oszczędza opisywanych osób, pisze o wielu negatywnych rzeczach, jakie oni robili. Nie są oni sympatyczni i nie polubiłam żadnego z nich. Pokazała jednak też, jak strasznie jest im trudno. Są wykorzenieni ze swojej kultury, tracą powoli kontakt ze swoją religią i bez względu na to, czy im się podoba życie w innym państwie, powoli w małym zakresie ale jednak się asymilują. W pewnym momencie nie wiadomo już kim są, sami tego nie wiedzą. Im dzieciom też jest ciężko, szanse na wykształcenie mają znikome. Zawsze znajdują się też miejscowi, którzy nie chcą obcych przybyszów, a z pewnością nie kolorowych i dochodzi do pobić, często ciężkich. Różne docinki są na porządku dziennym. Niektórym oparcie dają radykalni islamiści. Większość tych ludzi jest totalnie zakompleksiona, okazuje się, że kolorowe kobiety wydają kilka razy więcej, niż białe na różne zabiegi upiększające, mające upodobnić je właśnie do białych kobiet. A w Bangladeszu w różnych katastrofach naturalnych ginie więcej ludzi niż na wielu wojnach, tylko tym się nie mówi.

        Jednym z pozytywnych elementów jest właśnie przyjaźń, która w tym przypadku jest silniejsza nawet od więzów rodzinnych. Dwóm główny bohaterom nie zawsze układały się relacje z żonami, z dziećmi było jeszcze gorzej, ze sobą też często się nie zgadzali, ale nie byli w stanie bez siebie funkcjonować. Widywali się w domach, często z rodzinami, ale też wiele lat chodzili sami do tej samej knajpy, gdzie większość czasu się kłócili.

Tych knajpianych spotkań nie da się zapomnieć i chociażby dlatego warto jednak „Białe zęby” przeczytać. Można obserwować, jak to się stało, że mimo iż niemal na wszystkich polach byli oni przegrywami, a jednak ta przyjaźń im wyszła.

7/10



piątek, 7 marca 2025

Leszek Herman „Latarnia umarłych” II tom cyklu „Sedinum” – audiobook, czyta Marcin Przybylski

 

        Tak jak i w pierwszej części jest to powieść współczesna, przygodowo – historyczna z licznymi retrospekcjami i nawiązaniami do historii Pomorza Zachodniego. L. Herman potrafi pisać tak, że można całkowicie oderwać się od rzeczywistości, słuchałam go w czasie sprzątania i gotowania i nawet sprzątanie wydawało mi się czymś bardziej przyjemnym niż zwykle, chyba nawet sprzątałam więcej niż zazwyczaj. Wątki współczesne w tym tomie również przypominają trochę książki Dana Browna, trochę coś w rodzaju Pana Samochodzika dla dorosłych. Są jednak naprawdę mocno ciekawe i jeżeli potraktuje się je z przymrużeniem oka, to można się dobrze bawić.

        W pierwszym tomie mowa była o Szczecinie, tym razem zaś wydarzenia rozgrywają się głównie w Darłowie i okolicy. Wspomniany jest średniowieczny Książę Pomorski Eryk, który został królem Danii, Szwecji i Norwegii, a jeszcze później gdy stracił te trony, stał się piratem i z wielkim skarbem wrócił do Darłowa. Przy tej okazji mowa jest, krótko i zwięźle o Unii Kalmarskiej. Z późniejszej historii, to opowiedziane jest także o trąbie powietrznej o sile tornada, która pojawiła się nad Darłowem w końcu XVIII wieku. Są też nawiązania do historii XX wieku, np. do sytuacji, gdy pod koniec wojny niektórzy, pojedynczy Niemcy zaczynali współpracować z aliantami, opowiedziane są też mordy NKWD na polskiej ludności.

        Współcześnie zaś jest sporo scen, rozgrywających się na luksusowym jachcie i scen z nurkowaniem. Nie pływam na żadnych jachtach, nie nurkuję i nie zamierzam tego robić, ale dzięki tej scenerii można sporo się dowiedzieć o Morzu Bałtyckim. Mowa jest np. o celowo zatopionej w morzu po wojnie broni chemicznej i o wrakach okrętów z taką bronią, które są taką przysłowiową bombą z opóźnionym zapłonem, bo w każdej chwili może dojść do rozszczelnienia i katastrofy ekologicznej. To co podałam, to oczywiście tylko przykłady.

        Marcin Przybylski tekst czyta naprawdę w porządku, audiobook jest wręcz idealny m antidotum na zmęczenie.

8/10