środa, 26 marca 2025

Tove Jansson „Tatuś Muminka i morze”

 

     Tatuś Muminka i morze” to najtrudniejsza część Muminków, jest mocno melancholijna, ale mająca zarazem moc ukrytych znaczeń, możliwości interpretacyjne są wręcz nieograniczone. Głębsze przeanalizowanie tej książeczki mogłoby zając porównywalną ilość czasu do jej przeczytania. Na skutek decyzji tatusia Muminka cała rodzina znalazła się na malutkiej wyspie na morzu, gdzie mieli zacząć nowe życie.

        Co można sądzić o decyzji porzucenia wspaniałego miejsca, gdzie się mieszka, które odwiedza wielu przyjaciół i które kocha cała rodzina? I o przeniesieniu się na maleńką wyspę, na której nikt z rodziny nigdy nie był i nie wiadomo, jakie warunki tam panują? We mnie wzbudziło to olbrzymią irytację i jeszcze większą niechęć do taty Muminka. Nikomu ten pomysł się nie spodobał. Na miejscu mamy Muminka bardzo poważnie wzięłabym pod uwagę rozdzielenie rodziny i zakomunikowanie małżonkowi, aby wyjechał sobie tam sam, licząc, że szybko powróci.

Co to w ogóle było ze strony taty? Depresja mimo udanego życia i szczęśliwej rodziny? Fanaberia? Chęć zmiany za wszelką cenę? Tata Muminka już wcześniej miał mocno oryginalne pomysły, wędrował gdzieś po świecie i pływał po morzu z Hatifnatami. A może była to gigantyczna wewnętrzna potrzeba, której ciężko jest się oprzeć? Tak jak mają ludzie ogarnięci jakąś pasją, np. himalaiści czy żeglarze. Życie bez tej pasji przestaje mieć dla nich smak i sens. W tekście jest też mowa o tym, że tata nie czuł się potrzebny, obiektywnie nie było to prawdziwe, ale on miał różne dziwne pomysły, gasił pożar, którego nie było. Może to był imperatyw, aby robić coś naprawdę potrzebnego, a on sobie wymyślił, że będzie to możliwe właśnie tam, na tej wyspie? A może to była właśnie realizacja stłumionych dotychczas marzeń?

Warunki na wyspie były ekstremalne, same skały, mało ziemi, gdyby nie przywiezione zapasy, bardzo ciężko byłoby przeżyć. Ale tata Muminka nie wycofywał się. Rozdźwięk pomiędzy tym, jak zapewne wyobrażał sobie wyspę, a tym co faktycznie na niej znalazł, był olbrzymi. Tak bywa ze spełnianiem marzeń, droga do ich realizacji bywa często bardzo trudna.

Olbrzymią rolę odgrywa tu morze, jako coś nieprzewidywalnego. Często układamy różne plany, a z reguły nie wszystko jest od nas zależne. Trzeba mieć tego świadomość i zaakceptować, że wszystko może się wydarzyć, może np. pojawić się sztorm i wywrócić wszystko do góry nogami. Sztorm może też równie nagle, jak się pojawił, skończyć się i może pojawić się tęcza.

W tym tomie wyjątkowo mocno podkreślona jest rola, jaką w życiu Muminków pełni przyroda i bycie samemu ze sobą. Tutaj wobec braku kontaktu z przyjaciółmi, na wyspie poza mamą, tatą i Muminkiem jest tylko Mała Mi, każdy więcej czasu niż zazwyczaj, spędza sam. Nie nazwałabym tego samotnością, to jest po prostu dojrzewanie, nawet u dorosłych, uzmysłowienie sobie, czego chcemy, co czujemy w danym momencie, kontemplowanie przyrody itp. Gdyby powstała książka o Muminkach po powrocie z wyspy, Muminek z pewnością potrzebowałby każdego dnia trochę czasu tylko dla siebie. I nie byłoby to wcale sprzeczne z tym, że kochałby nadal swoją rodzinę i przyjaciół.

Na szczególną uwagę zasługują opisy Buki, która jest uosobieniem zimna i samotności, gdziekolwiek się pojawia, ziemia zamarza, a każde zwierzę ucieka. Do Buki nie sposób się zbliżyć, każdy się jej boi. Tutaj okazało się, że Buka za Muminkami, dotarła do wyspy. Podobała się jej lampa, świecąca się u Muminków. Na wyspie Muminek wystawiał lampę na brzeg morza, aby Buka mogła się nacieszyć tym światłem. Powoli przestał bać się Buki, a ona podchodziła każdego wieczoru coraz bliżej. Raptem okazało się, że miejsce, gdzie stała, przestało być nie tylko zamarznięte, nie było nawet zimne. Buka śpiewała i tańczyła, Muminkowi było jej żal, że tak długo żyła w odosobnieniu, ewidentnie pragnęła towarzystwa, chociaż na pierwszy rzut oka, w czasach sprzed wyruszenia na wyspę, nic na to nie wskazywało. Jak dla mnie Tove Jansson miała rację, niemal do każdego da się zbliżyć, każdy wówczas zyskuje na tym bliższym poznaniu, wyjątkiem od tej zasady są tylko prawdziwi psychopaci.

A po przeczytaniu w ciągu kilku lat wszystkich Muminków, w moim osobistym rankingu wszystkie tomy są świetne, najwspanialsza zaś są „Zima Muminków” i „Jesień w Dolinie Muminków”.

9/10











wtorek, 18 marca 2025

Agata Christie „Pierwsze, drugie, zapnij mi obuwie”

 

    To jedna z gorszych pozycji Agaty Christie, intryga w żaden sposób nie wciąga, zagadka jest nieco zagmatwana. Królowa Kryminału przyzwyczaiła już czytelników do oryginalnych i z reguły ekskluzywnych scenerii, w których rozgrywają się jej powieści. Są to np. wiejskie rezydencje albo nawet i wiejskie domki z pięknymi ogrodami, bajeczny pociąg Orient Express, statek wycieczkowy na Nilu, wykopaliska archeologiczne na Bliskim Wschodzie itp. Jest to taka konwencja, czytelnik nie jest prowadzony do slumsów, opisywany jest z reguły luksus, a czytając można oderwać się od rzeczywistości. Prawdziwa natomiast jest psychologia.

W tym przypadku wydarzenia rozpoczynają się w poczekalni u dentysty, a dentysta nie kojarzy się z czymś miłym. Rozczarowująca jest więc sceneria, ale i opisywane wydarzenia mało ciekawią. Ponieważ znaleziony został trup dentysty, wszyscy pacjenci czekający w poczekalni, musieli zostać przesłuchani. Drugim wątkiem jest zaginięcie jednej z bohaterek. Agata Christie ma bogatą spuściznę, napisała łącznie około 80 powieści, w takim przypadku nie ulega wątpliwości, że będą wśród nich pozycje słabsze. Nie zauważyłam tutaj także większej głębi psychologicznej.

6/10

piątek, 14 marca 2025

Zadie Smith „Białe zęby”

 

        Czytanie „Białych zębów” to była trochę droga przez mękę, czytało się to fatalnie i kilka razy byłam bliska tego, aby porzucić tą pozycję. Przyjemność z lektury była prawie żadna. Treść warta jest jednak poznania, aczkolwiek też nie co do całości, życiorysy przodków głównych bohaterów można byłoby skrócić i z pewnością wystarczyłoby to.

Zadi Smith pokazuje zamkniętą i niedostępną dla obcych społeczność żyjących pod koniec XX wieku w Londynie emigrantów z różnych bardzo dalekich państw, a jednym z głównych tematów jest przyjaźń, trwająca kilkadziesiąt lat. Matka pisarki pochodzi z Jamajki, temat emigrantów jest jej bardzo więc bliski. Mimo tej zniechęcającej formy powieść uczy empatii.

        Zadie Smith nie oszczędza opisywanych osób, pisze o wielu negatywnych rzeczach, jakie oni robili. Nie są oni sympatyczni i nie polubiłam żadnego z nich. Pokazała jednak też, jak strasznie jest im trudno. Są wykorzenieni ze swojej kultury, tracą powoli kontakt ze swoją religią i bez względu na to, czy im się podoba życie w innym państwie, powoli w małym zakresie ale jednak się asymilują. W pewnym momencie nie wiadomo już kim są, sami tego nie wiedzą. Im dzieciom też jest ciężko, szanse na wykształcenie mają znikome. Zawsze znajdują się też miejscowi, którzy nie chcą obcych przybyszów, a z pewnością nie kolorowych i dochodzi do pobić, często ciężkich. Różne docinki są na porządku dziennym. Niektórym oparcie dają radykalni islamiści. Większość tych ludzi jest totalnie zakompleksiona, okazuje się, że kolorowe kobiety wydają kilka razy więcej, niż białe na różne zabiegi upiększające, mające upodobnić je właśnie do białych kobiet. A w Bangladeszu w różnych katastrofach naturalnych ginie więcej ludzi niż na wielu wojnach, tylko tym się nie mówi.

        Jednym z pozytywnych elementów jest właśnie przyjaźń, która w tym przypadku jest silniejsza nawet od więzów rodzinnych. Dwóm główny bohaterom nie zawsze układały się relacje z żonami, z dziećmi było jeszcze gorzej, ze sobą też często się nie zgadzali, ale nie byli w stanie bez siebie funkcjonować. Widywali się w domach, często z rodzinami, ale też wiele lat chodzili sami do tej samej knajpy, gdzie większość czasu się kłócili.

Tych knajpianych spotkań nie da się zapomnieć i chociażby dlatego warto jednak „Białe zęby” przeczytać. Można obserwować, jak to się stało, że mimo iż niemal na wszystkich polach byli oni przegrywami, a jednak ta przyjaźń im wyszła.

7/10



piątek, 7 marca 2025

Leszek Herman „Latarnia umarłych” II tom cyklu „Sedinum” – audiobook, czyta Marcin Przybylski

 

        Tak jak i w pierwszej części jest to powieść współczesna, przygodowo – historyczna z licznymi retrospekcjami i nawiązaniami do historii Pomorza Zachodniego. L. Herman potrafi pisać tak, że można całkowicie oderwać się od rzeczywistości, słuchałam go w czasie sprzątania i gotowania i nawet sprzątanie wydawało mi się czymś bardziej przyjemnym niż zwykle, chyba nawet sprzątałam więcej niż zazwyczaj. Wątki współczesne w tym tomie również przypominają trochę książki Dana Browna, trochę coś w rodzaju Pana Samochodzika dla dorosłych. Są jednak naprawdę mocno ciekawe i jeżeli potraktuje się je z przymrużeniem oka, to można się dobrze bawić.

        W pierwszym tomie mowa była o Szczecinie, tym razem zaś wydarzenia rozgrywają się głównie w Darłowie i okolicy. Wspomniany jest średniowieczny Książę Pomorski Eryk, który został królem Danii, Szwecji i Norwegii, a jeszcze później gdy stracił te trony, stał się piratem i z wielkim skarbem wrócił do Darłowa. Przy tej okazji mowa jest, krótko i zwięźle o Unii Kalmarskiej. Z późniejszej historii, to opowiedziane jest także o trąbie powietrznej o sile tornada, która pojawiła się nad Darłowem w końcu XVIII wieku. Są też nawiązania do historii XX wieku, np. do sytuacji, gdy pod koniec wojny niektórzy, pojedynczy Niemcy zaczynali współpracować z aliantami, opowiedziane są też mordy NKWD na polskiej ludności.

        Współcześnie zaś jest sporo scen, rozgrywających się na luksusowym jachcie i scen z nurkowaniem. Nie pływam na żadnych jachtach, nie nurkuję i nie zamierzam tego robić, ale dzięki tej scenerii można sporo się dowiedzieć o Morzu Bałtyckim. Mowa jest np. o celowo zatopionej w morzu po wojnie broni chemicznej i o wrakach okrętów z taką bronią, które są taką przysłowiową bombą z opóźnionym zapłonem, bo w każdej chwili może dojść do rozszczelnienia i katastrofy ekologicznej. To co podałam, to oczywiście tylko przykłady.

        Marcin Przybylski tekst czyta naprawdę w porządku, audiobook jest wręcz idealny m antidotum na zmęczenie.

8/10











wtorek, 4 marca 2025

Stephen King „Później” – audiobook, czyta Maciej Kowalik

 

        Nie ulega wątpliwości, że to jedna z mniej udanych pozycji Kinga. Gdyby napisał to ktoś inny, nieznany, to wątpię czy w ogóle znalazłby wydawcę. Wydarzenia są średnio interesujące, narrator od dziecka ma zdolność taką, że widzi zmarłych ludzi i może nawet przez jakiś czas z nimi rozmawiać. Są tu w treści nawiązania do „Szóstego zmysłu” M. Shyamalana z Brucem Willisem. Wysłuchałam audiobooka do końca tylko dlatego, że jest krótki.

        Zdolność narratora mocno komplikuje mu życie, wolałby być zwyczajny, tym bardziej że pojawia się zmarły, który nie chce zniknąć, właściwie jest to demon. Narrator ma jeszcze drugi problem, bo jego wujek jeszcze przed 40 – tką zachorował na Alzheimera, obawia się więc, że może to być dziedziczne. Musi więc zmierzyć się i z tym demonem i z demonem w postaci lęku przed straszliwą chorobą. Każdy ma swoje „demony”, z którymi musi walczyć, ktoś ma fobie, ktoś inny choroby, każdy chyba ma coś, z czym się zmaga. Może komuś z czytelników w jego walkach pomoże postawa naszego narratora.

        Najciekawszy jest wątek zupełnie uboczny, otóż matka narratora pracowała w wydawnictwie książek, w tym przypadku King wiedział, o czym pisze. Są różne smaczki z tej branży, np. zmarł uznany pisarz, który dla wydawnictwa był taką „kurą znosząca złote jajka”, w dobie kryzysu gospodarczego ta śmierć groziła wręcz upadłością wydawnictwa. Pokazane jest, jak wydawnictwo poradziło sobie z tą sytuacją.

        Całkiem nieźle wyszły też opisy życia w dobie kryzysu gospodarczego, rosnąca pauperyzacja rodziny, przenoszenie się do gorszej dzielnicy, do gorszego mieszkania, obniżenie poziomu życia, problem jak wiązać koniec końcem.

        Ale mimo tego chyba lepiej poświęcić czas na coś lepszego.

5/10



sobota, 1 marca 2025

Wiliam Shakespeare „Kupiec wenecki”, tłumaczenie Stanisław Barańczak

 

KOMEDIE w przekładzie Stanisława Barańczaka - William Shakespeare  | okładka

Gdy biorę do ręki dzieła Shakespeare, zastanawiam się, jak to jest. Czy on naprawdę znał duszę człowieka na wylot, czy można znaleźć u niego takie prawdy, o których nikt inny nie pisał, albo prawdy mało znane czy kontrowersyjne, albo takie, które nie do końca sobie uświadamiamy. Uważam, że właśnie tak jest, znał człowieka jak mało kto i to w czasach, gdy nie było żadnych psychiatrów, psychologów, psychoanalityków czy psychoterapeutów. Nie znałam wcześniej „Kupca weneckiego”, intryga jest bardzo wciągająca, a ilość różnorakich prawd psychologicznych olbrzymia.

Zaskoczyło mnie pozytywnie przykładowo oczywiście to, co Shakespeare napisał o przyjaźni. Poeci z reguły opiewają miłość. A tutaj Lorenzo mówi do Porcji: „Masz szlachetne, prawdziwe i ścisłe pojęcie o tym, czym jest boska przyjaźń”. Znaczna część utworu odnosi się do przyjaźni, która co do zasady może być nawet trwalsza, bardziej szczera i wartościowa od miłości. „Kupiec” jest w dużej mierze poza tym także o sile nienawiści, zemście i miłosierdziu. Shylock wpada niemal w euforię na myśl o nadchodzącej zemście „Co za radość. Będę go gnębił, będę go dręczył. Co za radość”. Miłosierdzie potraktowane jest jako jeden z najwspanialszych przymiotów ducha. W kontekście całego utworu chyba bardziej trafne byłoby mówienie nie o miłosierdziu, tylko o przebaczeniu, nie wiem, jak jest w oryginale.

Do miłosierdzia nie można przymusić

Ono opada jak ciepły deszcz z nieba,

Błogosławieństwo przynosząc podwójne –

Temu kto daje i temu kto bierze.

Najpotężniejsza z potęg tego świata,

Królom przystoi bardziej niż korona”.

Czasami zapewne wiele osób ma wątpliwości co do sensu czynienia dobra w bezmiarze zła, wydaje się, że to nie ma większego sensu. Ale dramaturg pisze:

To w naszym domu błyszczy to światełko;

Maleńka świeczka, a widać ja z dala!

Podobnie dobry uczynek jaśnieje

W złym mroku świata”.

Często też zapewne czytelnik widział sytuacje, gdy światem rządzi blichtr, zwyciężają w różnych aspektach osoby, najbardziej się lansujące, a niekoniecznie coś sobą reprezentujące. Tak bywało zawsze. Tutaj zaś autor wyraźnie sygnalizuje, że ma świadomość, iż tak właśnie z reguły jest, ale w tej konkretnej sztuce nagrodę, czyli rękę Porcji, dostanie ktoś najbardziej wartościowy. Wybierając jedną z trzech szkatułek Bassanio analizuje:

Co z wierzchu błyszczy, w środku bywa niczym;

Świat wiecznie zdobią ozdobne pozory”.



Mając do wyboru szkatułkę złotą, srebrną i ołowianą, wybiera tą ostatnią.

Wybieram zaś ciebie,

Skromny ołowiu, który raczej grozisz

Niż obiecujesz: wolę szarą mowę

Niż złotoustych kruszców rozgadanie.”

Większość osób zapewne uważa, że kieruje się wartościami, ale prawda jest taka, że jednak znaczna część wybierając chociażby pracę, nie do końca kieruje się tym, co ich naprawdę fascynuje, tylko po prostu przyszłymi, przewidywanymi zarobkami. Shakesperare mówi do księcia Maroka, który ubiegając się o rękę Porcji, wybrał złotą szkatułkę :

Dzieci, dzieci!

Kto mądry, ten się nie podnieci

Złudą, nie wpadnie w złote sieci”.



Shakespeare pisze też o mądrości, o doświadczeniu jako o niezbędnym do zrozumienia życia czynniku.

Tylko doświadczenie

Kształci sąd, daje zrozumienie

Prawdy, odsłania nam korzenie

Błędu”.

Wielu”: to może oznaczać jedynie

Tłum głupców, którzy ufają pozorom

I widzą tylko to, co ujrzy oko,

Nie sięgając w głąb”



Właściwie to nad całą sztuką można dłużej myśleć, niż ją czytać. Powyżej wybrałam tylko niektóre z najciekawszych myśli, do każdego najbardziej przemówi co innego, każdy ma inne doświadczenie, jest w innej sytuacji osobistej czy zawodowej. Nie ulega wątpliwości, że Shakespeare był wielkim mędrcem, a my możemy czerpać z tej mądrości. Nawet gdy któraś z jego myli może wydać się już znana i mało odkrywcza, warto jednak się nad nią zastanowić, odnieść do pewnych sytuacji życiowych i wtedy zauważy się jej głębię, drugie dno, trzecie, podtekst no i siebie w tym wszystkim. Mam w domu 2 olbrzymie tomy dzieł Shakespeare`a, komedie i tragedie zamierzam je sukcesywnie wszystkie przeczytać, łącznie z tymi które już znam.

10/10






wtorek, 25 lutego 2025

J.K. Rowling „Harry Potter i Czara Ognia” – audiobook, czyta Piotr Fronczewski

 

Mimo że zna się przebieg wydarzeń, akcja wciąga. Piotr Fronczewski czyta rewelacyjnie, audiobook mocno zyskuje na jego osobie. Słuchanie Harrego to naprawdę dobra zabawa. Pierwszy czy drugi tom cyklu z punktu widzenia dorosłego czytelnika jest trochę dziecinny, ale potem jest coraz lepiej.

Jak zawsze Harry zmierzył z Voldemortem, ale wcześniej wziął udział w Turnieju Trójmagicznym, gdzie teoretycznie nie powinno go być, bo nie miał ukończonego wieku wymaganego do startu.

W tym tomie przewija się mocno motyw mierzenia się z wyzwaniami. Gdy zbliżał się dzień zadania w ramach tego turnieju, nasz bohater przeżywał wszystkie takie uczucia, jakie przeżywa każdy, kto musi się z czymś zmierzyć i nie bardzo ma na to ochotę. Przez kilka dni nie można o niczym innym myśleć, tylko o owym zadaniu, życie wydaje się mniej pociągające, wszystko drażni itp. Ale gdy jednak się to wyzwanie podejmie i zrobi to, co trzeba, wszystko wydaje się piękne. Harry nie dezerteruje, czy mu się chce, czy nie, podejmuje walkę. I w tym zakresie książka mocno motywuje, każdy ma przecież różne wyzwania, a to służbowe, a to prywatne, niekoniecznie muszą być one wielkie.

Piękny jest motyw takiej trwałej przyjaźni pomiędzy Harrym, Hermioną i Ronem, nie zawsze wszystko jest idealnie. Są sytuacje, gdy nie do końca się rozumieją, jedno potrafi urazić drugie, przykładowo Ron nie chciał uwierzyć Harremu, że ten nie zgłosił swojej kandydatury do turnieju. Harry posądzony o kłamstwo, był urażony, nie chciał kontaktu z Ronem. Dość szybko jednak obu chłopcom zaczęło brakować swojego towarzystwa. Pozostawało pytanie, jak teraz wrócić do stanu poprzedniego. Na szczęście się udało, Harry darował urazę, Ron zorientował się, że nie miał racji. Mimo drobnego nieporozumienia, mimo wyrządzonej przykrości, przyjaźń przetrwała.

8/10 

środa, 19 lutego 2025

„Moja kochana Judith” – Norm Foster, sztuka teatralna Teatr Kwadrat

 

        Poważne tematy w bardzo lekkim, humorystycznym opakowaniu, sztuki najczęściej napisane przez uznanych twórców i które przeszły już na deskach wielu, światowych teatrów próbę czasu, to wizytówka Kwadratu. „Moja kochana Judith” idealnie wpisuje się w tą konwencję.

        Na pierwszy rzut oka jest to opowieść o stosunkowo młodym biznesmenie, właścicielu wielkiej firmy, zdegenerowanym moralnie pod każdym względem. Wpadł on na pomysł, że chce się rozwieść, a potem ożenić z dotychczasową kochanką. Aby przyszła sprawa rozwodowa potoczyła się szybko, najlepiej było mieć dowody zdrady małżonki. Ściągnął więc na weekend do swojej wiejskiej rezydencji żonę, kochankę i zwykłego pracownika swojej firmy, a pracownikowi temu zlecił, aby uwiódł żonę, w zamian za miał dostać awans, połączony oczywiście ze znaczną podwyżką.

        Tak naprawdę ta sztuka jest o manipulacji ludźmi, o fałszu i prawdzie w relacjach międzyludzkich. Do pewnego momentu wszystkie te osoby łączy fałsz. Każdy coś udawał i taki stan trwał już od długiego czasu, nie dotyczyło to tylko tego, że pan domu miał kochankę, ale również wielu innych kwestii.

        Najciekawiej robi się, gdy konwencja się zmienia. Otóż przed owym weekendem żona, kochanka i ten pracownik się nie znali, w pewnym momencie zaś pomiędzy dwoma z tych osób zaczęła pojawiać się bliskość. Akcja zeszła z utartego toru. Te dwie osoby powoli, powoli zrezygnowały wobec siebie z fałszu. Zaczęły być ze sobą szczere, powoli zaczęły mówić, co czują, a nawet co złego kiedyś zrobiły. Widać było, że czują ulgę, niesamowitą wręcz ulgę, że mogą opowiedzieć komuś o wszystkim, co gdzieś je uwiera.

        Nie ulega wątpliwości, że sztuka jest dla każdego. Każdy w pewnym stopniu żyje w fałszu. I niemal każdy raz na jakiś czas, chociaż trochę, może niekiedy podświadomie, manipuluje innymi. W przestrzeni prywatnej tych mechanizmów, tego fałszu, tej manipulacji już nie powinno być, ale oczywiście są, może nie w aż tak ekstremalnej skali, jak w sztuce, ale są. I dlatego każdy, kto ma sobie pewną dozę autokrytycyzmu wśród postaci ze sztuki odnajdzie cząstkę siebie.

8/10



poniedziałek, 17 lutego 2025

Guillaume Musso „Ta chwila”

 


    Zygmunt Kałużyński mawiał, że jeżeli w filmie jest chociaż jedna scena, która zapada w pamięć i daje do myślenia, to bez względu na wszystko inne, film jest warty obejrzenia. E. M. Remarque w jednej ze swoich książek, chyba w „Łuku Triumfalnym”, napisał, że czasami banalna, prosta melodia tak potrafi wpaść w ucho i zawładnąć człowiekiem, że daje mu niekiedy więcej, niż najwspanialsze utwory największych kompozytorów. Tak właśnie jest z „Tą chwilą” G. Musso. Nie jest to literatura wysokich lotów, momentami jest grafomańska. Opowiada o tym, o czym pisało już wielu twórców, że czas ucieka, że trzeba żyć według zasady „Carpe diem”.

Jest jednak pewne ale. Ale mimo to Musso właśnie zmusza do refleksji. Może to jest kwestia sposobu opowiedzenia, siły sugestii, książka mimo wielu wad zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie.

    Narrator po wejściu do jednego z pomieszczeń w latarni morskiej wpadł w pułapkę czasową. Okazało się, że może przeżyć tak, jak chce, tylko jeden dzień w roku, przez resztę czasu znika i nie wie, co się z nim dzieje. Stara się więc wykorzystać ten dzień najlepiej, jak może, robi tylko to, na czym najbardziej mu zależy. Nie ma mowy o marnowaniu czasu, o spotykaniu się z ludźmi, z którymi nie ma ochoty się widzieć, o robieniu czegoś, czego się nie lubi i na co nie ma ochoty.

    Dla każdego czytelnika gdyby stanął przed takim dylematem, jak ów narrator, zapewne co innego byłoby najważniejsze. I to pytanie, co zrobiłabym w takiej sytuacji, gdybym miała wpływ tylko na jeden dzień swojego życia w roku, gdzieś tkwi w głowie podczas czytania.

„Tą chwilę” czyta się świetnie, można oderwać się od rzeczywistości. Zaskoczenie jest bardzo, ale to bardzo zaskakujące.

7/10

















środa, 12 lutego 2025

Keefe Patrick Radden „Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego”

 

Książka jest porażająca i to pod wieloma względami. Zasadnicza kwestia to oczywiście opis afery opioidowej w USA, zakończonej faktycznie zaledwie kilka lat temu. Jestem przekonana, że niemal każdy czytelnik, bez względu na doświadczenie i bez względu na to, z jak ciemną stroną życia zetknął się osobiście czy zawodowo, po lekturze stwierdzi, że jednak był naiwny. Opisana firma farmaceutyczna Prude i inne z nią powiązane działały jak mafia, korumpując lekarzy, którzy bez opamiętania na masową skalę wypisywali recepty na narkotyczny lek przeciwbólowy, silniejszy od heroiny, twierdząc że nie ma żadnych skutków ubocznych. Adwokaci współdziałający z tymi firmami byli w stanie zrobić wszystko dla pieniędzy, dyskredytować świadków, mieszać ich z błotem itp. Z firmami współdziałała amerykańska agencja, zajmująca się rejestracją leków. Liczba ofiar śmiertelnych to 600 000 – 800 000 tysięcy ludzi i miliony osób, które stały się uzależnionymi narkomanami.

Nie tylko to jednak było ciekawe. Najbardziej intrygująca część książki dotyczy jednak kwestii późniejszych, gdy z tą machiną podjęto walkę. Wydawało się to niemożliwe, bo korupcja, powiązania osobowe i finansowe sięgały szczytów władzy, ale znalazło się parę osób, które tą walkę niezależnie od siebie podjęły. Robiło to wrażenie, jakby Dawid miał się mierzyć z Goliatem. Jedną z tych osób była fotografka, która zmagała się z uzależnieniem, była dosyć znana, podjęła kampanię społeczną, organizowała happeningi, zyskiwała masowe zainteresowanie i poparcie. Drugi to prokurator, a mieć trzeba na względzie, że wcześniejszą sprawę karną zakończono po interwencji na bardzo wysokim szczeblu. Kolejny to dziennikarz. To właśnie zwyczajni ludzie nie mając żadnej gwarancji, że się uda, poświęcili czas, zdolności na walkę. Było to tak jak u Tolkiena, gdy Frodo, zwyczajny hobbit, podjął walkę najstraszniejszym złem, jakie istniało i wygrał. W „Imperium bólu” ta wygrana nie jest taka jednoznaczna.

Zwraca ponadto uwagę wiele innych kwestii, jak chociażby zjawisko, które autor określił jako „całkowity braku refleksji moralnej” ze strony pracowników opisywanej firmy farmaceutycznej. Ciężko jest powiedzieć, czy jest to tylko poza, czy może mają w sobie jednak poczucie winy. Ale skoro tej firmy nie opuścili,  gdy informacje o tym, czym jest jej lek, stały się głośne i powszechne dostępne, to chyba jednak wyrzutów sumienia nie mieli. Zresztą masa ludzi pracuje w firmach, produkujących różne rakotwórcze produkty np. jedzenie i im to nie przeszkadza, nie jest to więc aż tak bardzo dziwne.

Nasuwa się także myśl, że ruchy anty szczepionkowe też mogą mieć źródło w aferze opioidowej. Pojawiła się totalna nieufność do firm farmaceutycznych i do lekarzy. 

9/10



piątek, 7 lutego 2025

Jon Fosse „Białość”

 

        Jon Fosse jest sporym wyjątkiem wśród noblistów. Ostatnimi czasy Literacki Nobel przyznawany był pisarzom o światopoglądzie lewicowym, którzy z religią nie mieli wiele wspólnego, a już z pewnością nie z katolicyzmem. Fosse, Norweg, jest katolikiem i w swej twórczości skupia się na treściach egzystencjalnych, w tym dotyczących Boga. Czytałam, że w częściowo zlaicyzowanym, a częściowo protestanckim społeczeństwie norweskim, w szczególności wśród osób bogatych i wykształconych, katolicyzm teraz powoli, powoli zyskuje zainteresowanie.  Znaczna część tych osób zjeździła już kawał świata, mogą kupić sobie co tylko chcą, próbowali różnych nowych trendów, a katolicyzm zaczynają postrzegać jako coś trwałego i ponadczasowego w zmiennym świecie. Komitet Noblowski określił twórczość Fosse jako „dającą wyraz niewysłowionemu”. Lektura „Białości” to zmierzenie się z prozą naprawdę unikalną. 

        „Białość” to miniaturowe opowiadanie. Opisywane wydarzenie jest tylko pretekstem do rozważań, jakie można snuć po jego przeczytaniu. Narrator jedzie zimą i nocą samochodem przez las, a gdy dalsza jazda jest już niemożliwa, wychodzi w ten las, na zimno i śnieg i idzie przed siebie, nie za bardzo wiadomo po co. Spotyka dziwną Białą, Świetlistą Postać, od której bije ciepło i jeszcze trzy inne osoby. Nie są to materialne postacie. 

         W opowiadaniu nie jest powiedziane wprost, kim jest Świetlista Postać. Można się więc nad tym zastanawiać, aczkolwiek jednoznaczne skojarzenia nasuwają się same. Opis tej postaci nie ma sobie absolutnie nic z grafomanii. Rozważania co do tożsamości nieznanej narratorowi osoby są trudniejsze. Można myśleć także o tym, co symbolizuje bezcelowa jazda samochodem, potem błąkanie się po ciemnym lesie. Właściwie każdy fragment tej miniaturki można analizować i rozmyślać nad nim. 

8/10