niedziela, 21 sierpnia 2022

Elżbieta Cherezińska „Niewidzialna korona” – audiobook, czyta Filip Kosior

   


Objętość książki nie powinna mieć większego znaczenia, ale zawsze przed sięgnięciem po tego rodzaju pozycję zastanawiam się, czy rzeczywiście warto. Tutaj mamy aż  29 godzin,  można w tym czasie przeczytać, czy odsłuchać co najmniej dwie książki. W tym przypadku powieść okazała się wyśmienita, na takim samym poziomie, na którym była pierwsza część cyklu, czyli „Korona śniegu i krwi”, którą czytałam kilka lat temu i o której pisałam tutaj. Przymierzam się już do tomu III, do audiobooka, który trwa 46 godzin. Na szczęście w domu podczas różnych prac domowych słucham czegoś innego niż w samochodzie, znużenia więc nie ma.

    Cherezińska dokonała wielkiej sztuki. Wybrała bardzo mało znany, a jednocześnie szalenie ciekawy okres w naszych dziejach i napisała o nim wyjątkowo wciągającą powieść. To czas  rozbicia dzielnicowego, kiedy to podejmowane były pierwsze próby zjednoczenia państwa i trwała jednocześnie walka o tron. Mało kto wie, że naszymi królami byli też władcy Czech, Przemyślidzi, Wacław II i Wacław III. Między innymi o ich rządach opowiada ten tom. O koronę ubiegał się też m. in. książę kujawski Władysław, później przybrawszy miano Łokietka, a także książę głogowski Henryk, zwany Głogowczykiem. 

       Książka to nie tylko opowieść o przeszłości. To również powieść ponadczasowa o mechanizmach władzy, o mechanizmach które rządzą zawsze i są aktualne również dzisiaj. Potęga Przemyślidów była porażająca i zastanawiałam się nad tym, jak to w ogóle się stało, że się od nich skutecznie uwolniliśmy. Ale Wacław II sięgający po kolejne korony, w tym polską i węgierską, naruszył istniejący w Europie układ sił. Zaniepokoił tym i zdenerwował nie tylko sąsiadów, ale i samego papieża. Zaniepokojeni postanowili zareagować i to na tyle szybko, aby ten zwycięski pochód zastopować. Papież zaczął wspierać wrogów Przemyślidów, a w tym samym czasie doszło do ataku na Czechy i to z różnych stron. Ale Czesi  nie byli idiotami. Zaczęli się zastanawiać, jak wybrnąć z sytuacji osaczenia. Wiedzieli, że z czegoś, z pewnych zdobyczy, będą musieli zrezygnować. I że będą musieli jednak zjednać sobie któregoś z wrogów, dając mu coś w zamian za odstąpienie od działań wojennych, których wynik był nieprzewidywalny. Wiedzieli, że przeciwko wszystkim nie dadzą rady.  

    Książka nie jest na szczęście super poważną opowieścią o tego rodzaju kwestiach, to beletrystyka, która rządzi się swoimi prawami. Jest to lektura mimo wszystko lekka, bo w tekst wplecionych jest wiele innych wątków, w tym romansowe, kryminalne czy nawet lekko i bez większego wpływu na akcję wątki fantazy, są też nawiązania do średniowiecznych legend. Wątki kryminalne to nie są  wymyślone opowieści o nieznanych, zamordowanych osobach. To po prostu rzeczywiste zabójstwa, w tym królobójstwa, bo Wacław III faktycznie został zamordowany. Elżbieta Cherezińska przedstawiła swoją wersję tego, jak do tego doszło, kto był zleceniodawcą, nie zapomniała też o wersji oficjalnej, czyli osobie niemieckiego płatnego zabójcy, który natychmiast po wykonaniu zadania sam został zabity, zleceniodawca zaś nigdy nie został ustalony. 

      Autorka opisała też chyba wszystkie grupy społeczne, jakie wówczas istniały, nie wyłączając nawet zgromadzeń zakonnych. Poza ludźmi z dworów królewskich jest szereg innych bohaterów, w tym duchowni, jak np. Jakub Świnka, czy sprzyjający Przemyślidom biskup krakowski Muskata. Są zakony rycerskie, jak Krzyżacy czy Joannici. Jednym z bohaterów jest Wielki Mistrz Krzyżacki. Są też poganie, uprawiający kult swoich bożków. Są nie tylko ziemie polskie, jest pokazany Rzym, do którego w 1300r. udał się Łokietek, jest Ruś, oczywiście Czechy, Węgry.

    To także jest opowieść o tym, jak kształtuje się mąż stanu. Nie wszystkie posunięcia  Łokietka z czasu młodości były trafne, jedna była wręcz fatalna dla kraju, musiał potem uciekać z ziem polskich. Póżniej „dorósł” do swojej pozycji księcia i zaczął powoli pokonywać konkurencję do tronu. Cherezińska świetnie to uchwyciła i rewelacyjnie opisała. Przykładowo gdy pojawiła się możliwość jego powrotu do Krakowa i wejścia nie tylko do zamku, ale i do grodu, Łokietek zaczął się zastanawiać, jak postąpić z osobami, które jawnie przeciwko niemu występowały, np. biskup Muskata. Wiedział, jak zakończył się dla Bolesława Śmiałego  konflikt z biskupem Stanisławem i jakie poniósł konsekwencje zabójstwa. Łokietek zdecydował się więc na taktykę lisa, nie jątrzył konfliktu, zaczął obserwować biskupa, wiedział, że może się po nim wszystkiego spodziewać, a jednocześnie bardzo dbał o dobre stosunki z papieżem.   

    Niezależnie od tego wszystkiego powieść szalenie wciąga. Jest ona przecież również sagą, przypomina seriale w kilku sezonach. Niektórych bohaterów czytelnik zna od narodzin i obserwuje ich dzieciństwo, zauroczenia miłosne, małżeństwo, karierę itp. Taką osobą jest m. in. Rikissa, córka zamordowanego polskiego króla Przemysła II. Cherezińska opisuje swoich bohaterów tak,  że chce pokazać, co oni myślą, co czują, czym się kierują w swoich decyzjach. Nie odczuwa się w ogóle, że żyli oni tak dawno w zupełnie innych czasach. 

5/6   

niedziela, 14 sierpnia 2022

Błażej Brzostek „Wstecz. Historia Warszawy do początku”

 

Wstecz Historia Warszawy do początku - Błażej Brzostek
  
  Warto było przebrnąć przez 800 stron książki. To jest zupełnie inna historia Warszawy, niż wszystkie inne. Zastanawiałam się, czy opowiadanie historii w odwrotnej kolejności, tzn. od czasów współczesnych do początku, ma sens. Ma sens i z pewnością nie jest to tylko chwyt marketingowy.

     Autor opisuje tą historię koncentrując się głównie na życiu mieszkańców, a więc tym, jak wyglądało miasto, jak i w czym się mieszkało, czym się przemieszczano, jakie wynalazki techniczne się pojawiały, w co się ubierano itp. Nie miałam np. pojęcia, która ulica swego czasu była nazywana aleją Stalina (Aleje Ujazdowskie), która była ulicą Napoleona (ul. Miodowa) i który plac w czasie wojny był nazwany Placem Hitlera ( Plac Piłsudskiego). Wydarzenia polityczne są sygnalizowane, ale tylko gdy miały one realny wpływ na życie mieszkańców, tutaj mamy zarówno wydarzenia znane, jak i też niemal zapomniane. Autor opisuje przykładowo pobyt Napoleona i jego wojsk, Powstanie Warszawskie, ale widziane z perspektywy ludności cywilnej, czy znacznie wcześniejszą i w powszechnym odbiorze mało znaną działalność sztyletników w czasie Powstania Styczniowego ( wykonujących wyroki śmierci na Rosjanach). Mowa jest też np. o kataklizmach naturalnych, jakie nawiedzały Warszawę, a więc wielki pożar na początku XVIII wieku, gdzie życie mogło stracić około 1/10 ludności,  szerzące się zarazy, zwane dziś epidemiami, głównie była to dżuma, powodzie, z których jedna zniszczyła całkowicie jedyny warszawski most. Jest bardzo dużo cytatów z różnych dzieł z omawianej epoki, z powieści, ze wspomnień, z listów, z dokumentów, nawet z ogłoszeń w gazetach. 

    Książka B. Brzostka to po prostu inne spojrzenie na historię, przez inny pryzmat niż w podręcznikach. Wydarzenia z przeszłości, o których uczy się na historii np. tworzenie się partii politycznych, ich łączenie się czy dzielenie, raczej warszawiaków nie interesowały, z uwagi na analfabetyzm i biedę raczej w ogóle o nich nie wiedzieli. Ale można się dowiedzieć, czym naprawdę ci ludzie żyli. W czasach zmierzchu dynastii jagiellońskiej Warszawa fascynowała się mostem, został zbudowany pierwszy most i było to wydarzenie absolutnie szokujące i zajmujące każdego.  

    Ciekawe są też cytowane opinie obcokrajowców o mieście, można zastanowić się na ile naprawdę mieli rację. W opiniach osób, których wrażenia nie były pozytywne, dominuje przekaz o posępności, smutku czy brudzie. Z czasów współczesnych są wzmianki o cudzoziemcu, który zaproszony przez znajomą, był oprowadzany po Warszawie jedynie pod kątem martyrologii, miejsc pamięci itp. 

   Książka byłaby dla mnie doskonała, gdyby na XX wiek poświęcone było nieco mniej miejsca, ale za to aby więcej było o okresach wcześniejszych, np. o wieku XVIII, XVII i jeszcze wcześniejszych. Okres PRL-u był dla mnie omówiony stanowczo za szeroko. Niektóre wydarzenia z kolei wymagały nieco szerszej wzmianki  niż jedno czy 2 zdania, np. rzeź Pragi. Brakowało mi też informacji o literaturze, sztuce czy muzyce z różnych okresów. Opisując XX – lecie i pisząc o biedzie, Brzostek cytuje "Kwaśniaków" Henryka Drzewieckiego, nie ma z kolei cytatów np. z Dołęgi – Mostowicza, który biedę też opisywał. O tym twórcy nie ma żadnej wzmianki, a był on pisarzem swego czasu najpoczytniejszym nie tylko w Polsce. Ale pod względem doboru tematów, czy źródeł literackich nie da się każdemu dogodzić, każdy zapewne widziałby to inaczej. Świetnie byłoby też, gdyby było więcej zdjęć.  
    5/6

sobota, 6 sierpnia 2022

Agata Christie „Tragedia w trzech aktach”

 

Tragedia w trzech aktach - Agata Christie

     Jest to klasyczna Agata Christie, jest Herkules Poirot! Intryga kryminalna jest z jednej strony taka typowa, jak na Królową Kryminału, a więc wyższe sfery, przyjęcia w doborowym gronie, z drugiej zaś szalenie intrygująca. Otóż właśnie na przyjęciu jedna z zaproszonych osób po wypiciu koktajlu padła trupem. Mało kto brał pod uwagę ewentualność otrucia. Niedługo potem na innym przyjęciu w zbliżonym gronie sytuacja się powtórzyła. Pojawiła się kolejna ofiara. Tym razem nie mogło już być wątpliwości. Zabić mógł tylko ktoś, kto był na obu przyjęciach, i z tego też względu 7 osób zostało wziętych pod lupę jako potencjalni zabójcy. Oczywiście na pozór każdy mógł zabić.  
 
        Jak zawsze czytając Agatę Christie można sporo się dowiedzieć o naturze ludzkiej. Tym razem Poirot zwraca szczególną uwagę na to, jak bardzo ludzie różnią się postrzeganiem świata. Jego zdaniem można nawet wyróżnić różne typy umysłów, w tym np. dramatyczny, osoba o takim umyśle będzie postrzegać świat  sposób teatralny, egzaltowany, może to wynikać z racji wykonywanego zawodu, ale nie tylko. W tej powieści umysł taki ma jeden z głównych bohaterów, aktor. Nasz genialny detektyw mówi, że zagadkę zabójstwa może rozwiązać tylko ten, kto ma umysł zwykły, pozbawiony nadmiernych emocji, taki racjonalny. "Jest umysł prozaiczny, czyli taki, który nie ogląda się na błękit morza i krzewy mimozy, lecz widzi ukrytą stronę dekoracji scenicznej". Jednocześnie ten, kto chce rozwiązać zagadkę musi umieć się wcielić w umysł zabójcy, w jego sposób postrzegania świata i reagowania. Ta reguła ma oczywiście zastosowanie nie tylko w odniesieniu do ustalania zabójcy. Odnosi się do każdego ludzkiego zachowania. Ludzie często nie są w stanie siebie zrozumieć, każdy ocenia innych ze swojej perspektywy. Gdyby natomiast zamiast patrzeć ze swojego punktu widzenia, zwrócić uwagę na to, jaki jest ten ktoś drugi, co jest dla niego najważniejsze, jak on reaguje na różne wydarzenia, prędzej można byłoby go rozgryźć. Wielu rzeczom nie trzeba byłoby się dziwić i wiele można wówczas przewidzieć. 

    No i potrzebna jest jeszcze spostrzegawczość.  Tutaj np. zabójca chciał bardzo, aby każdy zauważył pewien szczegół i dołożył sporo starań, aby ten szczegół był widoczny. I mimo, że ten szczegół rzeczywiście był mocno widoczny, zauważyła go zaledwie jedna osoba, która lubiła obserwować ludzi. 

    Z ciekawszych elementów, jest tu ukazana młoda dziewczyna, uwodząca mężczyznę. Motyw zaradnych kobiet, wiedzących czego chcą, konsekwentnie  dążących do celu i pokonujących różne przeszkody, wielokrotnie występował u Christie. Tym razem zakochana dziewczyna uwodzi mężczyznę o 30 lat starszego od niej. A zdaniem autorki  mężczyźni około 50-tki bardzo łatwo tracą głowę dla młodych kobiet. Zachowanie takiego uwodzonego mężczyzny można właśnie obserwować podczas lektury. "To straszliwa, pochłaniająca namiętność, tak typowa dla mężczyzn w sile wieku, którzy zakochują się w młodej, niewinnej dziewczynie". 

     Książkę czyta się szybko, akcja wciąga, lektura jest lekka, przyjemna, idealna na wakacje i upał. 
   5/6

sobota, 30 lipca 2022

Michał Zioło OCSO „Litery na piasku”

 

Litery na piasku

      Jestem zafascynowana tą pozycją. Michał Zioło jest zakonnikiem, najpierw był dominikaninem, a teraz trapistą, żyje w zakonie, w międzynarodowej wspólnocie gdzieś za granicą, u nas nie ma trapistów. Jednocześnie jest to człowiek mocnej, dojrzałej wiary, niespotykanego, porażającego wręcz  intelektu i gigantycznej wiedzy.  Przymioty takie można, jak widać, pogłębiać w zakonie, prowadząc głębokie życie wewnętrzne, nie jest potrzebne życie awanturnicze, nie są potrzebne bezustanne podróże, nie musi się ciągle „coś dziać”. Jest to mocno zastanawiające, jak to się dzieje, że ktoś  żyjący na uboczu, niby odcięty od świata, wie o tym świecie i o człowieku tak dużo, a wiedza ta jest tak głęboka. Podobne odczucia, ale nie aż na taką skalę, mam, czytając Charlotte Bronte czy Jane Austen. Obie te pisarki prowadziły podobny, zasiedziały, tryb życia, bez podróży, bez większych przygód. I też bogactwo obserwacji i przemyśleń zadziwia.     

       Książkę M. Zioło przeczytać może każdy bez względu na to, czy jest wierzący, czy nie. To zbiór 24 tekstów, które najtrafniej chyba nazwać można felietonami. To oczywiste, że jest tam sporo o religii, ale  jest też olbrzymia liczba odniesień do historii, literatury czy sztuki, w tym do twórców, którzy z religią nie mieli nic wspólnego, jak np. Wolter. Nie ma tu żadnego dydaktyzmu, żadnego pouczania, nie ma nic z postawy takich postaci, jak np. Rydzyk czy Jędraszewski, nie ma tu też polityki. Są to teksty, które dają bardzo dużo do myślenia. I wyłania się z nich wiele książek, po które warto sięgnąć, a na które powołuje się autor.

    Przykładowo, gdy pisane są biografie czy wspomnienia, często autorzy koncentrują się na postaciach bardziej lub mniej znanych. M. Zioło z kolei w jednym z felietonów wydobywa nie tyle z zapomnienia, co z totalnej ogólnej niewiedzy postać malarza Saszy Rzewuskiego, bywalca salonów, człowieka o wyjątkowo barwnym życiorysie. Sasza wstąpił do zakonu i nigdy decyzji tej nie zmienił. W innym tekście opowiada o wietnamskim duchownym Van Thuanie, więzionym przez wiele lat przez władze komunistyczne, wobec którego toczy się obecnie proces beatyfikacyjny. Jego charyzma była tak wielka, że zdarzało się, iż pilnujący go strażnicy, obserwując jego postawę, nawracali się. Konieczne stało się więc, aby strażnicy z jego otoczeni byli wymieniani co tydzień.   

    Bogactwo przemyśleń jest tak wielkie, że mam problem, co wybrać, aby dać inne jeszcze przykłady, mogące zobrazować, jak mniej więcej teksty te wyglądają. Jest np. tekst pt. „Sieci”, nie dotyczy on bynajmniej internetu. Jest w nim mowa m. in. o odnajdywaniu sensu w tym, co dzieje się dookoła, autor pisze „bo mnie obchodzi sens właśnie, sens pojawienia się w czyimś życiu innego życia, choćby i za sprawą pośredników, czasem tylko w formie szczątkowych informacji”. To inne życie to mogą być też osoby już nieżyjące, o których ktoś się dowiaduje i widzi pewne zbieżności pomiędzy ich życiem, a swoim, albo np. się tym życiem inspiruje. Sytuacje, w zaistnieniu których autor szuka sensu, można też nazwać przypadkami.  

    Jest też np. mowa o dołach psychicznych czy depresji, choć sformułowania takie nie padają. Autor pisze „A co z naszymi skłonnościami do zbyt intensywnego przeżywania samego siebie, co kończy się najczęściej melancholią otwierającą drzwi rozpaczy?.” Wiele jest o odnajdowaniu sensu życia, o „podjęciu fascynującego wezwania: nauki czytania woli Boga w znakach, które porozrzucał, poustawiał i porozwieszał wokół nas.”  M. Zioło pisze, że „sybirak, jezuita, ojciec Walter Ciszek podpowiada, że czytaniu znaków Boga powinno towarzyszyć pewne założenie: warto przyjąć, że miał On cel i powód, byśmy weszli w kontakt z tymi właśnie sprawami i z tymi ludźmi”. W kolei o Biblii pisze, iż „edukacja w Biblii to nawoływanie Boga, to Jego głos wśród głosów, roszczących sobie prawo do wyłączności. Głos wskrzeszający zmarłych, odnajdujący zagubionych.” 

   Jest też np. mowa o olśnieniach, to "momenty, kiedy to "stargana - jest osnowa świata" i jawi się istota rzeczy, ich sens i cel". To wszystko, co cytowałam, to oczywiście tylko przykłady. Z racji tego, że kwestii do zacytowania jest mnóstwo, to nie mogę nawet powiedzieć, że są to cytaty najważniejsze.  

6/6


wtorek, 26 lipca 2022

Wojciech Chmielarz „Długa noc” – audiobook, czyta Janusz Zadura

 

Długa noc - Wojciech Chmielarz - ebook + audiobook + książka

Byłam wielką fanką cyklu o Mortce. Obawiałam się, że zajęcie się przez autora innymi gatunkami literackimi i przedłużająca się przerwa w cyklu, nie wróżą niczego dobrego. I rzeczywiście, ten tom jest dla mnie rozczarowaniem. Jest mocno schematyczny i przewidywalny, w wielu fragmentach po prostu nużący.     Mortka na stale pracujący w Interpolu w Hadze, przyjechał do Warszawy, gdzie odnowił kontakty z Suchą, z którą kiedyś blisko współpracowali, a która teraz jest naczelniczką jednego z wydziałów w policji. Wydarzenia rozgrywają się właściwie w ciągu doby, ale są liczne retrospekcje.

    Jeden z wątków to trwające godzinami rozmowy ze świadkiem w sprawie zabójstwa. Treść tych rozmów nie jest nigdzie zapisywana, odbywają się one w nocy, a Sucha z Mortką liczą na to, że człowiek ten przyzna się do tego zabójstwa. Dla mnie to był jeden z najsłabszych fragmentów książki. Te nocne rozmowy to mniej więcej w kółko to samo.

    Sporo jest o covidzie, ale pisane jest to z perspektywy osoby, która pracuje w domu i mało, albo prawie wcale z niego wychodzi. Każdy prawie kontakt z inną osobą, postrzegany jest jako możliwość zakażenia i jest to analizowane, czy do tego zakażenia doszło. W taki sposób naprawdę mało kto funkcjonował.

    Praca Mortki w Hadze i rzeczywistość holenderska opisywane są jako coś wspaniałego, niemal idealnego, zaś to co się dzieje w Polsce wręcz odwrotnie. Mamy biel i czerń, żadnych niuansów. Znaczną część książki zajmują mało odkrywcze kwestie pogarszających się relacji Mortki z synami. Mortka dokonał „odkrycia”, że przez kilka lat jego pobytu w Hadze, jego synowie, mieszkający w Polsce z matką, wydorośleli, a on nie ma z nimi bliskiej relacji i właściwie nie wie, co się z nimi dzieje.

    Nie zauważyłam tego, co szalenie podobało mi się w poprzednich tomach, czyli celnych obserwacji rzeczywistości. Nie ma humoru, który był w tomach poprzednich. Zamiast lekkości, jest patos, nie cały czas, ale np. we fragmentach o lekarzu, poświęcającym się dla dobra pacjentów. Liczba głównych bohaterów jest mocno zredukowana. W poprzednich tomach z zainteresowaniem można było śledzić losy kolegów Mortki, tutaj nie ma żadnego z nich. Bardzo mocno eksponowane są też wątki LGBT. Tak to wygląda, jakby autor sięgnął do internetu, zobaczył, które tematy są najbardziej nośne, wcisnął je na siłę do książki. Żadnego z tych wątków nie pogłębił, w żadnym miejscu nie powiedział czegoś, co nie byłoby schematyczne.  A do tego jeszcze w wielu miejscach jest nuda.   

3/6        

piątek, 15 lipca 2022

Ida Żmiejewska "Iskry na wiatr" cykl "Zawierucha"

 


     Kryminały retro Idy Żmijewskiej polubiłam od pierwszego tomu „Warszawianki”, „Iskry na wiatr” ewidentnie są początkiem cyklu, co jest doskonałą wiadomością. To książka lekka, przyjemna, od której nie można się oderwać i do której chce się wracać, ale jednocześnie mądra i dająca do myślenia. To powieść wręcz wymarzona szczególnie wówczas, gdy ktoś potrzebuje oderwania się od rzeczywistości. Autorka jest kopalnią wiedzy o Warszawie i jej historii, a w tym przypadku wybrała taki okres w dziejach, o którym u nas nie pisze się zbyt dużo, a mianowicie 1914r., a  konkretnie druga jego połowa.

    „Iskry na wiatr” to trochę kryminał, trochę powieść historyczna i obyczajowa z romansem i wątkiem szpiegowskim w tle. Autorka doskonale balansuje pomiędzy tymi wątkami i nie ma przeciągania któregokolwiek z nich. To opowieść o trzypokoleniowej rodzinie: 4 młodych dziewczynach, ich ciotce i babce. Po śmierci głowy rodziny, ojca dziewczyn i jego bankructwie, kobiety musiały się przeprowadzić do wynajmowanego mieszkania w gorszej dzielnicy i zaznały biedy, nie takiej porażającej, ale jednak.  

    Fascynujące są opisy życia w tamtych czasach, panuje drożyzna i niepewność, do Warszawy zbliża się niemieckie wojsko. Polacy w dużej mierze, chociaż nienawidzili Rosjan, bardziej chyba obawiali się Niemców i tego wszystkiego, co może się stać, gdy uderzą na miasto. Widać, że społeczeństwo polskie było bardzo mocno podzielone i wiele osób żyło, tak jak i teraz w czymś, co nazywam „bańką”, byli zamknięci w swoim świecie, obracający się wśród osób o podobnych poglądach i głusi na wszystko, co nie zgadzało się z tym ich światopoglądem. Jedna z bohaterek została pielęgniarką, miała stosowne wykształcenie, a w związku ze zbliżającym się frontem była bardzo potrzebna. Nawet taka sytuacja wywoływała  wiele dylematów. Jej siostra zarzuciła jej, że jest to nieetyczne, bo pomaga w ten sposób Rosjanom, a przecież wszystkie szpitale w Warszawie były rosyjskie. Pielęgniarka odpowiedziała, że wśród pacjentów jest sporo Polaków, ale dla tamtej, radykalnej siostry, nie miało to znaczenia. Jedna z sióstr zaangażowana była w działalność niepodległościową, a to już było dla mnie czymś nowym, eksploatowany jest przecież i w książkach i filmach temat tego rodzaju działalności w czasie II wojny, ale nie pierwszej. Dla jeszcze innej bohaterki angażowanie się w jakąkolwiek działalność tego rodzaju przy boku Piłsudskiego było głupotą, bo przecież Piłsudski i jego ludzie byli terrorystami z PPS i „oczywistym” było, że ktoś taki nie będzie w stanie niczego sensownego wymyślić. W tle tego wszystkiego następują zmiany obyczajowości, przykładowo bohaterka „Warszawianki” długo nie wyobrażała sobie małżeństwa bez zgody matki, tutaj widać wyraźnie, jak bardzo wszystko się zmieniło. Ciekawe są nawet takie drobiazgi, jak zmiana mody, kobiety skracają suknie, głównie z powodów praktycznych,  na szerszą skalę zaczęły przecież pracować, Zdejmują też gorsety.

   Czekam już  na kolejną część.

5/6 








kk

piątek, 8 lipca 2022

Jane Austen „Emma”

 

Ilustracja

        „Emma” podobnie jak i wszystkie inne powieści Jane Austen pozwala na totalne oderwanie się od rzeczywistości i na naprawdę spokojną lekturę. Gdy w długi weekend czerwcowy wgłębiłam się w „Emmę” i mogłam czytać do woli, miałam poczucie, jakbym znalazła się, fizycznie, na angielskiej prowincji 200 lat temu.  Aż szkoda było mi powracać do rzeczywistości.    Jak zawsze, gdy skończę czytać którąkolwiek z książek Austen, czuję, że czegoś mi brak i tęsknię za tym, aby sięgnąć po nią ponownie.   

     Nie jest to moja ulubiona powieść tej autorki, bohaterka jest uczciwa, szczera, ma dobre intencje, ale mogłaby być troszkę mądrzejsza. Ta lekka głupota mi nieco przeszkadzała, ale sąsiad Emmy, pan Knightley, błyskotliwy, inteligentny i przenikliwy, wynagradzał te niedostatki. Emma jest osobą majętną, co odróżnia ją od bohaterek pozostałych powieści tej samej autorki. Wpadła na pomysł, że doprowadzi do ślubu swojej pozbawionej majątku, niezbyt mądrej i niezbyt urodziwej znajomej z przystojnym, wykształconym i majętnym mężczyzną, który w żaden sposób dziewczyną tą nie był zainteresowany. Ten niedorzeczny pomysł wywołał szereg komplikacji towarzyskich. A w pobliżu Emmy pojawił się znienacka adorator.    

    Jak zawsze u Austen, wydarzenia rozgrywają się na wsi, nie ma żadnej polityki, opisywany jest powszedni dzień. Jane Austen była admiratorką zwyczajnej codzienności, a ta codzienność wydaje się szalenie ciekawa i pociągająca. Nikt tu nie wyruszał w dalekie podróże i nikt za tym nie tęsknił. Ale np. wypicie filiżanki herbaty przy kominku i porozmyślanie o różnych tematach jest pokazane jako coś absolutnie wyjątkowego i mogącego dać głęboką satysfakcję i jako coś, za czym można tęsknić w zaświatach.

      Realia epoki i fascynują i bawią. Przykładowo jedna z bohaterek znalazła się w fatalnej sytuacji finansowej i podjęła decyzję, że zacznie szukać pracy jako guwernantka. Wśród okolicznych mieszkańców wywołało to niesamowite poruszenie, dziewczynie jedni współczuli, inni cieszyli się z jej nieszczęścia. Ale konieczność podjęcia pracy zarobkowej postrzegana była przez wszystkich jako coś koszmarnego, jako jedno z większych nieszczęść, jakie mogą się przytrafić. Społeczeństwo angielskie wydaje się kastowe, niemal jak w Indiach.

    Fascynujące są ponadczasowe charaktery ludzkie. Spośród bohaterów na szczególną uwagę zasługuje postać pastorowej. Jest to czarny charakter, ale nieco zamaskowany. Kobieta ta jest fałszywa do granic możliwości, opowiada wszystkim, jaka to jest świetna i pomocna, a jednocześnie pod płaszczykiem tej pseudo uprzejmości, niemal każdego poniżała i uprzykrzała mu życie. Z kolei jej mąż, pantoflarz, jest wręcz żałosny. Jest bohater ślepo zapatrzony w wyidealizowanego syna. I jest ten syn, protoplasta dzisiejszych imprezowiczów i lekkoduchów. Galeria postaci jest wyjątkowo bogata, a każdy znajdzie wśród nich osobę, którą będzie odbierał w taki sposób, jakby ją niemal znał. Wynika to z tego, że te charaktery są niezmienne i np. ówczesna pastorowa to obecna Elżbieta. Można się w nich poprzeglądać jak w krzywym zwierciadle.

5/6  

środa, 6 lipca 2022

Bożena Fabiani „Moje gawędy o sztuce. Dzieła, twórcy, mecenasi. Wiek XV-XVI” – audiobook, czyta autorka

 092ad68438.jpg - 4952

Autorka ma olbrzymią wiedzę i dar wynajdowania takich twórców, zjawisk, czy dzieł, które nie są powszechnie znane. A nawet w znanych dziełach jest w stanie zwrócić uwagę na taki ich aspekt, który raczej jest niezauważalny. O wszystkim pisze subiektywnie, mało znanemu malarzowi jest w stanie poświęcić więcej miejsca, niż twórcom powszechnie znanym. Niezależnie od opisów dzieł i malarzy, dzięki książce pogłębić można też wiedzę o epoce i to też niekoniecznie z najbardziej powszechnego punktu widzenia. Jak dla mnie mogłoby być tylko nieco więcej informacji o obrazach, niż o autorach, ale to już kwestia subiektywna.

     B. Fabiani zwraca szczególną uwagę na dzieła kobiet, wydobywa je z mroków zapomnienia. Dzięki temu ten kanon przedstawianych twórców jest inny, niż większość. Nie jest to na szczęście robione „na siłę”, autorka nie wyznaczyła sobie np. limitu, że ma być mowa o takiej samej liczbie malarzy i malarek. Ale do pewnego czasu większość dzieł o malarstwie i albumów opracowywana była przez mężczyzn i jakoś tak się utarło, że artystki, malarki, były w nich marginalizowane lub w ogóle ich nie było. Ale faktycznie one istniały i tworzyły, tylko trzeba wydobywać je z mroków zapomnienia.  B. Fabiani nie wpycha do książki fragmentów o malarkach miernotach, bo tak trzeba, taki jest trend, tylko ukazuje artystki które stworzyły naprawdę wartościowe, ponadczasowe dzieła. Opisuje m. in. malarki: Sofonisbę i Lavinię Fontanę, zwracając uwagę zarówno na niebanalne życiorysy, jak też i na to, z jak wieloma trudnościami musiały się one mierzyć, aby zaistnieć jako twórczynie. Kobieta malarka w XV czy XVI wieku była postrzegana jako totalne dziwadło, coś zdecydowanie gorszego od malarza mężczyzny, a kwestia sprzedaży jej dzieł była naprawdę wielce problematyczna. Malarki musiały wykazywać się wielkim hartem ducha, aby móc malować i jeszcze próbować wieść satysfakcjonujące życie osobiste, rzadko kiedy było to w ogóle możliwe. Przykładowo Sofonisba w młodości przebywała na dworze hiszpańskim, gdzie miała świetne warunki i niczego jej nie brakowało, ale tak naprawdę szczęśliwa stała się dopiero około 50 – tki, gdy wyszła po raz drugi za mąż, a było to jednocześnie pierwsze małżeństwo z miłości. Lavinia z kolei wyszła za maż za kandydata, narzuconego przez ojca, młodzi okazali się potem szczęśliwym małżeństwem. Te sylwetki kobiet malarek kojarzą mi się z odnalezionymi puzzlami, które dopełniają obraz epoki. Podobnie zrobiła autorka w książce „W kręgu Wazów”, gdzie również opowiedziała m. in. o kobietach, które w większości zostały zapomniane, a z życiorysów których można sporo zaczerpnąć.    

     Oprócz rozdziałów o kobietach, najbardziej fascynujący był ten o Michale Aniele. Jest tam przedstawiony jako malarz, rzeźbiarz i architekt. I sporo jest o jego freskach w Kaplicy Sykstyńskiej, ale też w dużej mierze o mniej  znanych fragmentach, np. o malowidłach proroków ze Starego Testamentu, czy  wieszczek, sybilli ze starożytności. B. Fabiani przedstawia też m. in. najbardziej tajemniczego malarza – Giorgone, zwraca uwagę na to, że do dziś istnieją problemy  z interpretacją jego dzieł. Kilka lat temu czytałam „Szmaragdową tablicę” autorstwa C. Montero, powieść, w której mowa jest o domniemanym dziele Giorgone „Astrolog”, którym interesowali się naziści.

5/6

        

 

 

czwartek, 30 czerwca 2022

Ewa Woydyłło „Dobra pamięć, zła pamięć”

 

Dobra pamięć, zła pamięć - Ewa Woydyłło

    

    Nie jestem fanką książek psychologicznych, a „Dobra pamięć, zła pamięć” jest chyba pierwszą przeczytaną tego rodzaju, od kiedy prowadzę bloga, czekała na półce kilka lat. Każdy przeżył chyba w przeszłości jakieś albo traumatyczne, albo po prostu bardzo niemiłe wydarzenia, które co jakiś czas się przypominają. Niekiedy to przypominanie bywa natrętne. Autorka zgłębia ten właśnie temat, dlaczego tak się dzieje, jakie mechanizmy rządzą pamięcią, oraz czy możliwa jest sytuacja, że te złe wspomnienia przestaną nas nękać. 

     Najważniejsza według mnie konkluzja z książki jest taka. O ile te niemiłe wspomnienia są tylko przeszłością,  to nie musimy do nich ciągle wracać. Trzeba przypominać sobie jak najwięcej wydarzeń pozytywnych, które wzbudziły w nas radość i inne pozytywne emocje. Gdy przypomina się wydarzenie złe, warto zamiast pogrążać się w jego przypominaniu, przerwać to i jakby przejść do wspomnienia dobrego. Gdy skupimy się na tym dobrym wspomnieniu raz, drugi, trzeci, gdy wydobędziemy z mroków zapomnienia te dobre rzeczy, sytuacja już zacznie się poprawiać. Złe wspomnienia powinny zacząć blednąć. Warto też odnaleźć przedmioty, które przypominają te dobre wydarzenia, np. papierowe zdjęcia lub inne pamiątki i ustawić je w widocznym miejscu tak, aby rzucały się w oczy i aby narzucały te dobre wspomnienia. Najważniejsze jest to, żeby walczyć z tymi niechcianymi wspomnieniami, a nie żeby się im poddawać.   

      Jeżeli wspominane natrętnie wydarzenie rzeczywiście było traumą, to sytuacja jest zdecydowanie bardziej skomplikowana i tego typu przypadkom poświęconych jest kilka rozdziałów, w takich sytuacjach jest sugestia, aby jednak udać się do specjalisty, najlepiej do psychoterapeuty wyspecjalizowanego w tego typu sprawach.

    W książce jest sporo ciekawych innych spostrzeżeń, np. takich, że są osoby, które z natury rzeczy są odporne na niemiłe, straszne i traumatyczne wydarzenia i nie są one w stanie takiego kogoś złamać, czy mu zaszkodzić. Ale bywa też i to zdecydowanie częściej odwrotnie, są ludzie wyjątkowo wrażliwi i im jest znacznie ciężej z tego rodzaju przeżyciami. Innych spostrzeżeń  jest tu cała masa. Jak dla mnie, za mało było jednak wskazań tych działań, które można podejmować, aby pozbyć się niechcianych wspomnień. 

4/6

niedziela, 19 czerwca 2022

Sławomir Koper "Historyczne Archiwum X. Tajemnicze zgony Polaków"

 


    "Historyczne Archiwum X" jest pozycją rzetelną, opartą na faktach, która rozprawia się z mitami, domysłami i różnymi teoriami spiskowymi dotyczącymi zgonów znanych Polaków. W jednym jednakże przypadku po analizie danych autor jednoznacznie stwierdza, że zgon nie mógł w żadnym bądź razie nastąpić naturalnie. W innym przypadku z kolei okoliczności zgonu były inne, niż to przez całe lata było przyjęte. Podczas czytania nie jest więc nudno, są liczne zaskoczenia. Sł. Koper  ma zdolność łatwego pisania, jego teksty czyta się bardzo dobrze, jakby to były gawędy, a przed lekturą nie jest potrzebna żadna szczególna wiedza. W każdym rozdziale jest rys historyczny o omawianej postaci, jej osiągnięcia lub ich brak, a gdy brak jest tychże osiągnięć, autor wskazuje, dlaczego ktoś stał się sławny, dlaczego piastował określone stanowiska, tak jest np. przy gen. Świerczewskim. Sporo jest zdjęć, wydanie jest bardzo estetyczne. 

    Lektura jest łatwa i pozornie lekka, ale treść bywa dość porażająca. W kilku przypadkach Sł. Koper opisał tzw. polskie piekiełko. Wniknął on m. in. w szczegóły zgonu Stefana Witkowskiego, założyciela niezbyt znanej konspiracyjnej organizacji wywiadowczej "Muszkieterzy", pisał o nim m. in. P. Zychowicz i Szczepan Twardoch w "Morfinie". Witkowski został zlikwidowany przez AK po wydanym na nim wyroku śmierci. Ten wyrok był wynikiem różnych gierek i nie powinien nigdy zapaść. Opisana jest mało pochlebna w tym wydarzeniu rola generałów: Grota - Roweckiego i Bora - Komorowskiego. Ten ostatni nawet już po wojnie sprzeciwiał się odznaczeniu przez władze brytyjskie członków Muszkieterów. 

    Dosyć koszmarnie wyglądały też okoliczności samobójczego zgonu gen. Wieniawy - Długoszowskiego. Ten właśnie przypadek zrobił na mnie chyba największe wrażenie i dał mi najwięcej do myślenia. Wieniawa w dwudziestoleciu był królem życia, głównym imprezowiczem państwa, uwielbiał zabawę, taniec, wyjątkowo dbał o wygląd. Powodziło mu się wyśmienicie pod każdym względem. I nie ulega żadnych wątpliwości, że jednak finalnie to samobójstwo popełnił. Czy to przez to, że wcześniej miał za łatwo? Raczej nie, bo tak łatwo to nie miał, walczył w I wojnie, a potem w wojnie polsko - bolszewickiej. Z tekstu i przytoczonego  stanowiska żony Wieniawy wynika, że generał był załamany nerwowo, fatalnie znosił zaistniałą sytuację polityczną i osobistą. W 1942r. właściwie był "nikim", nic nie znaczył, w nic szczególnego nie był zaangażowany, rodzina miała poważne problemy finansowe. Według żony zabójcza dla niego była bezczynność. Myślę, że znaczenie mogło też mieć to, że przez wiele lat dobrobytu całkowicie odzwyczaił się od trudnych i bardzo trudnych sytuacji życiowych. 

    Jest w książce zapowiedź kolejnego tomu z tej serii, ma w nim być mowa o zgonie m. in. Adama Mickiewicza, który według źródeł historycznych zmarł na cholerę. Zdaniem Sł. Kopra w tamtym czasie i tamtym miejscu w Turcji nie było epidemii cholery. 

5/6 


      


środa, 15 czerwca 2022

Małgorzata Gołota „Spinalonga. Wyspa trędowatych” – audiobook, czyta autorka

 


Spośród książek, nominowanych w tym roku do nagrody Kapuścińskiego, sądząc po samym opisie,  „Spinalonga” wydała mi się najciekawsza i właśnie po nią sięgnęłam. I okazała się rzeczywiście bardzo dobra. Audiobooka słucha się też świetnie, a co rzadkie,  to mimo że czyta autorka, a nie profesjonalny lektor, sposobowi odczytania i interpretacji niczego nie można zarzucić. 

    Na greckiej Spinalondze do 1957r. funkcjonowała kolonia trędowatych.  Jest to szokujące. Autorka opisała nie tylko to, co działo się na wyspie od początku do końca kolonii, są też  dalsze dzieje trędowatych, aż do czasów  współczesnych. W książce zagadnienie to opisane jest z bardzo różnych punków widzenia, jest historia, jest aspekt psychologiczny, socjologiczny, polityczny, nawet i religijny. Temat został bardzo mocno zgłębiony. O historii trądu, w tym na wyspie, w pewnym zakresie można poczytać chociażby w Wikipedii, ale w książce jest też sporo rzeczy, których w Wikipedii nie ma, sporo jest faktów, które grecki rząd chciał ukryć i takich o których raczej się nie mówi, bo stawia to większość ludzi w bardzo złym świetle. Są też rozmowy z osobami, które miały bliski kontakt z chorymi, znają ich mentalność i poglądy na świat. Rozmowa z samymi trędowatymi  stała pod kolosalnym znakiem zapytania, bo są oni bardzo niechętni kontaktom z obcymi ludźmi, zaznali tak dużo zła od ludzi, że nie mają jakiejkolwiek ochoty na nawiązywanie kontaktów.

    M. Gołota pokazała okrucieństwo, z jakim chorzy się spotykali, rodziny osób, osadzonych na wyspie, często zrywały z nimi jakikolwiek kontakty, bojąc się stygmatyzacji. Te rodziny mimo, że nie miały i nie mogły mieć z chorymi żadnego kontaktu i tak były poddawane ostrycyzmowi, jakby trąd zarażał na odległość.  Ukazane jest też niebywałe okrucieństwo państwa, które najbardziej zadowolone byłoby, gdyby chorzy na wyspie po prostu umarli. Przetrzymywało zarażonych na Spinalondze pod pretekstem, że trąd jest zaraźliwy i że nie ma skutecznego leku, nawet wówczas gdy ten lek już był, a coraz częstsze doniesienia medyczne wskazywały na to, że zarażenie się trądem wcale nie jest proste. Na wyspie znajdowały się też osoby, które wcale nie były chore, tylko źle zdiagnozowane, kwitł proceder odbierania nowo narodzonych dzieci trędowatym rodzicom. Jest naprawdę sporo rzeczy szokujących chociażby z tego powodu, że wszystko to działo się w XX wieku. Społeczeństwo natomiast było bierne, poza kilkom pozytywnymi wyjątkami, które można policzyć na palcach jednej ręki. Okoliczna ludność, głównie z Krety, jeszcze wykorzystywała chorych, bo sprzedawała im warzywa i owoce, a także inne produkty po bardzo mocno zawyżonych cenach, szczegóły oczywiście są w książce.  

    Najbardziej zapadły mi w pamięć jednak nie te koszmarne opisy, które można mnożyć. Otóż w tym piekle znajdowały się też i takie osoby, które potrafiły nawet i tam odnaleźć sens życia i być szczęśliwe na tyle, na ile było to możliwe. A przede wszystkim osoby te potrafiły być pożyteczne nie tylko dla najbliższych z wyspy, ludzie tam też łączyli się w związki, ale i dla ogółu. Jeden z bohaterów tego reportażu spędził na wyspie wiele lat, ożenił się tam. Robił wszystko co mógł, aby  poprawić los chorych i to pod każdym względem. Walczył z władzami o  wszystko, o zwiększenie wysokości zasiłków, o normalną opiekę medyczną zamiast iluzorycznej, zainicjował m. in. coś w rodzaju remontu domostw, za jego sprawą rozkwitło życie kulturalne. I to nie są tylko wszystkie przykłady jego działalności. W dużej mierze odniósł sukces, sporo rzeczy wywalczył. Siła wewnętrzna, jaką miał ten ciężko doświadczony przez los człowiek, była wielka. Tym bardziej jest to porażające, że tak wiele jest osób przeżywa załamania nerwowe z naprawdę błahych powodów.  I tak wiele jest też osób, które nigdy nie myślą o nikim innym poza sobą i swoją rodziną.   

   Szokujące są też opisy braku podstawowej wiedzy na temat trądu w kraju, gdzie ta choroba występuje. To głuptactwo i obawa przed zarażeniem było jedną z przyczyn wielkiego zła, wyrządzanego stale innym chorym. I tak jest zresztą wszędzie, nie tylko w Grecji i nie tylko w odniesieniu do trądu. A władze greckie nie przeprowadziły żadnej akcji edukacyjnej w tym zakresie. A można byłoby podnieść w jej trakcie chociażby fakt, że na wyspie były przypadki, że osoby zdrowe, które tam mieszkały latami z trędowatymi w jednym domu, trądem się nie zaraziły.   

5/6