czwartek, 12 maja 2022

Maciej Siembieda „Kukły”

 

Kukły - Maciej Siembieda

     „Kukły” znalazły się w finale Nagrody Wielkiego Kalibru, mój faworyt „Śnieży pył. Piekło na K2” niestety odpadł. Jak się okazało, Siembieda też ma sporo plusów. Nie czytałam wcześniejszych tomów z tego cyklu, ale w niczym to nie przeszkadzało.

   Siembieda ma umiejętność wynajdywania w naszej, polskiej historii, kwestii frapujących,  a nawet i tajemniczych. W „Kukłach” wybrał kilka takich i połączył z historią Niemiec, dodał do tego fikcyjną oczywiście fabułę. Zrobił to bardzo sprawnie, bo całość czyta się naprawdę dobrze. Można odpocząć, oderwać się od rzeczywistości, dowiedzieć się co nieco o historii i nieznanych zabytkach.

   W tym tomie jedna ze scen rozgrywa się w kaszubskiej wsi Węsiory, gdzie przebiega Szlak Kamiennych Kręgów i zobaczyć można właśnie kamienne kręgi z początków naszej ery. Jest też cmentarz Gotów z tego samego czasu. Tytułowe kukły zamiast szkieletów z  kolei faktycznie znaleziono w trumnach  w kościele w jednej z wiosek pod Raciborzem w 1993r. Osoby które weszły do krypty zmarły dość szybko. Wydarzenia rozgrywają się m. in. w trakcie powodzi stulecia w 1997r., bez względu na to, czy ktoś to pamięta, czy urodził się później, opisy budzą przerażenie. Są też nawiązania do niemieckiego generała z czasów II wojny, Karla Wiliguta, który nazywany był Rasputinem Himmlera. Karierę w wojsku zrobił mimo zaburzeń psychicznych i długiego pobytu w szpitalu psychiatrycznym, był okultystą i to zwróciło na niego uwagę. W „Kukłach” jest paru bohaterów w starszym wieku, którzy marzą o powrocie nazizmu i działają aktywnie na rzecz powrotu wielkich, nazistowskich Niemiec.

    Minusem z kolei jest bardzo płytka, niemal żadna psychologia postaci i przewidywalność w niektórych na szczęście tylko aspektach. Przykładowo pojawia się młody, zdolny, przystojny chłopak, a potem atrakcyjna, młoda kobieta. Nie trzeba być jasnowidzem, aby przewidzieć, co się stanie. Albo jeden z bohaterów wykorzystując zamieszanie, spowodowane powodzią, zechce wejść niepostrzeżenie do krypty z trumnami i kukłami w kościele. Oczywiste było, że pojawią się komplikacje. Trochę przypomina mi to wszystko Dana Browna, ale nie jest tak absurdalne. Nie zauważyłam tu drugiego czy trzeciego dna, ale powieść jest naprawdę dobrą rozrywką. Pokazuje, że warte uwagi są nie tylko zabytki typu Grób Tutenchamona czy Stonehenge, ale i te rodzime. A przy tym autor nie wpadł w manierę, że warte uwagi jest tylko to, co polskie, nasza historia jest opowiadana w powiązaniu z historią innego narodu. 

4/6   

wtorek, 3 maja 2022

Krzysztof Koziołek „Biały pył. Piekło na K2”

 

Biały pył Piekło na K2 - Krzysztof Koziołek








 

     Wciągający, oryginalny i zaskakujący kryminał, nie kryminał. Nie znałam, niestety, do tej pory twórczości Krzysztofa Koziołka, o jego istnieniu dowiedziałam się dopiero z listy 18 powieści nominowanych do Nagrody Wielkiego Kalibru 2022r. Ale te zaległości mam zamiar nadrobić, a jednocześnie będę „kibicować” tej pozycji, aby uzyskała tą nagrodę.   

    Książka jest fikcją, ale napisaną przez autora, który jest wspinaczem i zna się na rzeczy. Wie, jak wygląda technika wspinania się i ma sporą wiedzę o środowisku naszych himalaistów, a także po prostu o górach, w tym o Himalajach.  Jest sporo nawiązań do innych, historycznych już wypraw, do postaci żyjących i nieżyjących. Autor wie, jak wyglądały wyprawy na K2. Jest tu np. fragment, gdy samotny himalaista bliski śmierci widzi postać swojej córki, której faktycznie na K2 nie ma. Ale on z nią rozmawia, a ona pokazuje mu drogę, bez tych podpowiedzi nie miałby żadnych szans. Autor nie wyjaśnia, jak wytłumaczyć to zjawisko. Kierownik wyprawy przypomina jedynie przykłady rzeczywistych himalaistów, którzy twierdzą, że gdy byli o włos od śmierci uratowała ich jaką postać, pokazywała im drogę. Książka jest więc fikcją, ale bardzo realistyczną, jakby np. policjant pisał o policjantach.   

     Jednym z atutów jest naprawdę wciągająca akcja i to właściwie od samego początku. Rzadko to się zdarza, z reguły akcja rozkręca się w miarę czytania. Otóż podczas jednego z ataków szczytowych, prowadzonego przez dwóch wspinaczy, jeden z nich zginął. Jego partnerka podała dwie sprzeczne wersje wydarzeń, według jednej spadła na niego lawina, według drugiej zaś ona odcięła linę, do której był przywiązany, co miało wynikać z tego, że ona nie była  w stanie mu pomóc, a gdyby go nie odcięła, zginęliby oboje. Jednym z uczestników wyprawy był dziennikarz, który na postawie różnych poszlak zaczął podejrzewać, że mogło być jeszcze trochę inaczej, a mianowicie kobieta ta mogła odciąć linę partnera tylko po to, aby go zabić, a miała ku temu swoje powody jeszcze z czasów przed opisywaną wyprawą. 

      Jednym z najciekawszych aspektów książki jest pokazanie wspinaczy starej szkoły, takich powyżej 50-tki i młodszych, około 40 – tki. Jak wynika z wielu wypowiedzi współczesnych wspinaczy, różnica pomiędzy tymi grupami jest porażająca i dotyczy właściwie wszystkiego. Ogromny jest też rozdźwięk. Starsi uważają, że oni zawsze mieli swoje zasady, jak partnerstwo liny, w ich środowisku nie było możliwe zostawienie bez pomocy słabszego czy rannego partnera, bez względu na to, na jakiej wysokości się to stało. W trakcie wypraw nikt „nie grał indywidualnie na siebie”, liczył się sukces całej ekspedycji, a kto zdobędzie szczyt, miało już mniejsze znaczenie. Kierownik wyprawy decydował, kto ma być w zespole szturmującym wierzchołek, a kto ma np. tylko poręczować drogę, a której godzinie ekipa ta ma wyruszyć, kiedy zawrócić itp. Nikt oczywiście nie kwestionował tych zasad. 

       Zdaniem tych starych, młodzi wspinacze działają zupełnie odwrotnie i generalnie reprezentują sobą niemal samo zło pod każdym prawie względem. Ale czy na pewno? Młodzi, a właściwie już względnie młodzi,  z książki K. Koziołka rzeczywiście mocno różnią się od starych. Ale nie wszystko jest czarno – białe. Faktycznie buntują się przeciwko decyzjom kierownika i nie są w stanie pogodzić się z decyzją, że to oni mają zająć się poręczowaniem lin i dostarczeniem prowiantu do określnych obozów, a szczyt ma zdobywać kto inny. Ale poddają oni w bardzo dużą wątpliwość, czy aby na pewno w czasach starych wspinaczy wszystko było takie wspaniałe. Czy na pewno nikt wówczas się nie buntował przeciwko decyzjom kierownika i uważał je za sprawiedliwe? Czy na pewno wszyscy wspinacze byli tacy solidarni? Czy pomaganie komuś rannemu czy słabszemu w strefie śmierci w sytuacji gdy druga osoba też ledwo żyje  i naraża się na śmierć ma sens? Czy może w czasach starych wspinaczy udawało się tylko, że jest świetnie, a różne problemy były tajemnicą poliszynela? 

    K. Koziołek pokazuje zantagonizowaną wyprawę, zupełnie inną niż te, o których można było do tej pory czytać książki czy oglądać filmy. Samo to jest już mocno frapujące. Ludzie idą na szczyt i nikt nie ma pewności, czy w razie czego ktoś mu pomoże. Kierownik nie wie, czy ktoś będzie go słuchał. Najciekawsze w tym jest to, czy wcześniejsze wyprawy rzeczywiście były takie idealne, obawiam się, że niekoniecznie. 

      Jak wynika z opinii L. Cichego, zawartego na odwrocie okładki, opisywane zdarzenia naprawdę mogą się wydarzyć. Radzi on, aby przyjrzeć się wyprawie Szerpów na K2 z 2021r., kiedy to K2 po raz  pierwszy góra ta została zdobyta zimą.        

5/6

czwartek, 28 kwietnia 2022

Tomas Forro „Apartament w hotelu Wojna. Reportaż z Donbasu”

 

Apartament w hotelu Wojna - Tomas Forro   

  Świetny reportaż, z tej jednej książki dowiedziałam się więcej o Ukrainie, niż z wszystkich innych mediów razem wziętych. Całość napisana jest bardzo przystępnym językiem i wyśmienicie się to czyta. Autor przez dłuższy czas, narażając swoje życie i zdrowie, przebywał w tzw. separatystycznych republikach: donieckiej i ługańskiej, a faktycznie i formalnie po prostu na terenie wschodniej Ukrainy. Reportaż został napisany jeszcze przed 24 lutego 2022r. 

    Czasami jeszcze przed lekturą miałam wątpliwość co do tego, czy reporterzy wojenni są w obecnych czasach jeszcze do czegoś potrzebni. Dzięki internetowi i telefonom komórkowym ludzie mieszkający w miejscach, gdzie coś się dzieje, mogą przecież nagrywać filmiki i zdawać relacje. Ale po przeczytania „Apartamentu w hotelu Wojna” nie mam już żadnych wątpliwości co do tego, że reporter wojenny jest potrzebny. Autor miał bliższy kontakt zarówno z Ukraińcami, żołnierzami i cywilami, jak i z separatystami, główne Rosjanami, ale też i osobami wielu innych narodowości, zarówno cywilami, jak i członkami różnych ugrupowań militarnych, walczących na terenie tamtych republik p-ko Ukraińcom.  Rozmawiał ze wszystkimi, nawet z osobami torturowanymi i z tymi, którzy brali w tym udział. Coś co dla mnie było nie do końca jasne, ale za to zagmatwane, po przeczytaniu książki stało się znacznie bardziej zrozumiałe.  

   W reportażu jest rys historyczny, dzięki któremu wiadomo, w jaki sposób Putin doprowadził do powstania rejonów separatystycznych, opisane jest jak wygląda wojna hybrydowa, kim są ludzie walczący po każdej ze stron i masa innych rzeczy.  

       Sam autor napisał, że przed napisaniem książki sytuacja w tamtym rejonie wydawała mu się czarno – biała, wiedział kto jest tym dobrym, a kto złym. Im więcej się dowiadywał, tym bardziej ten obraz się zmieniał. W moim odczuciu obraz z czarno – białego robił się szary. Przykładowo po stronie separatystów walczyli nie tylko fanatyczni zwolennicy Putina, w dużej mierze, na samym dole, byli to m. in. zwykli, uczciwi ludzie totalnie zmanipulowani przez rosyjską propagandę, którzy święcie wierzyli w to, że walcząc z Ukraińcami, walczą z realnymi faszystami i że chronią w ten sposób swoje rodziny i domy. Po stronie separatystów walczyli też zwykli przestępcy, albo pijacy i narkomani za pieniądze, którzy nie orientowali się, o co chodzi w tej wojnie. Walczyli też ludzie z różnych stron świata, którzy również byli zmanipulowani i chcieli, jak ich ojcowie czy dziadowie w czasie II wojny, walczyć z faszyzmem i wyzwalać podbite przez faszystów narody. 

     Tomasz Forro opisał chyba każdy aspekt wojny w Donbasie z każdej możliwej strony. Poza kwestią wojny opisuje też życie cywilów, które naprawdę jest jednym wielkim koszmarem, a ci co stamtąd wyjechali, w wielu wypadkach przeżywają równie wielki koszmar. Ludzie, którzy pozostali tam, żyją jak na wojnie, w każdej chwili może ich trafić zabłąkany pocisk, a w dom może uderzyć rakieta, walki w tamtym rejonie toczą się w większym lub mniejszym stopniu, z przerwami, ale od ponad 8 lat. I nie jest tak, że zostali tylko ci najmniej zaradni, są osoby, które mają poczucie misji, wiedzą, ze z racji wykonywanego zawodu, są potrzebni. Ci co wyjechali np. do zachodniej Ukrainy, traktowani byli jak obcy i podejrzani o sprzyjanie separatystom, lub jako potencjalni szpiedzy, od państwa ukraińskiego nic nie dostali, sami musieli zadbać o to, aby móc gdzieś mieszkać i sami znajdowali sobie źródło utrzymania. Wracać nie mieli po co, bo mogliby zostać zabici jako uciekinierzy, zdrajcy, bratający się z „faszystami”. Zresztą nie mieliby do czego wracać, mieszkania czy domy osób które wyjechały, ulegają konfiskacie. W rejonie panuje porażająca bieda, a różne kanalie, np. przestępcy  maja się wyśmienicie.  

      Dla mnie „Apartament w hotelu Wojna” jest reportażem doskonałym i powinien otrzymać wszystkie możliwe nagrody. Nie wiem, dlaczego ich nie otrzymał. Może nie spodobało się komuś, że Ukraińcy nie są przedstawieni tylko i wyłącznie jako pozytywne postacie. Są np. opisy, jak to ostrzelali dzielnice mieszkalne, które nie były bronione, a mieszkali tam sami cywile. Tomasz Forro tego nic oceniał. Na wojnie zawsze i wszędzie od zarania dziejów zdarzają się pomyłki. Może reportaż nie zdobył nagród, bo jeszcze jest za wcześnie, pierwsze wydanie miało miejsce w listopadzie 2021r., drugie w marcu tego roku.

6/6 


niedziela, 24 kwietnia 2022

Oksana Zabużko „Planeta Piołun” – audiobook, czyta Anna Maria Buczek

 

Planeta Piołun - Oksana Zabużko

    Książka jest bardzo specyficzna, wersja papierowa byłaby zdecydowanie lepsza, bo w wielu miejscach warto się cofnąć, zwrócić uwagę na czyjeś nazwisko, czy nawet ponownie przeczytać określony fragment. Wykonanie też pozostawia sporo do życzenia, Anna Maria Buczek czyta nienaturalnie i patetycznie, miejscami płaczliwie. 

     Eseje zawarte w tomie są bardzo nierówne i przeznaczone głównie dla odbiorcy, który ma już określoną wiedzę o historii i kulturze Ukrainy i Rosji, a o ich literaturze, sztuce itp. I warto podkreślić,  O. Zabużko pisząc o kulturze skupia się wyłącznie na tzw. kulturze wysokiej, kulturę masową pomija całkowicie. Jest to książka dla zaawansowanych, lepiej po nią sięgnąć wtedy, gdy już ma się wiedzę we wskazanym zakresie w stopniu zdecydowanie wyższym niż podstawowy. 

      Jednym z pierwszych esejów z tomu jest esej o filmach, gdzie autorka snuje różne refleksje, dotyczące głównie radzieckich i rosyjskich, naprawdę bardzo mało znanych kilku filmów. Jedyny film, nakręcony w innej części świata to „Melancholia”  Larsa von Triera, również niszowy. Spośród tych filmów znałam właśnie tylko „Melancholię” i cały wywód był dla mnie po prostu w ogóle nieczytelny. Autorka wyszła z założenia, że każdy powinien te filmy znać, a jak tak nie jest, to jest już problem tej osoby. W eseju nie ma streszczenia fabuły, są refleksje, ale tak ściśle związane z tą fabułą, że bez jej znajomości naprawdę mogłam sobie słuchanie podarować, totalnie nic z niego nie wyniosłam. Są eseje dotyczące postaci również bardzo mało znanych, jak np. malarka Kataryna Biełokur, czy dysydent Leonid Pluszcz, ale w tym przypadku można próbować zgłębić temat i poszukać czegoś na ich temat w internecie.  

       Jeden z esejów poświęcony jest Brodskiemu i jego spotkaniom z autorką. Została mu zaprezentowana na jednym z prestiżowych amerykańskich uniwersytetów przez tamtejszą wykładowczynię w taki sposób, że było oczywiste, iż przedstawiająca kobieta, mająca tytuły naukowe, nie rozróżnia Rosji od Ukrainy. I nie jest to żaden ewenement. 

     Właśnie najciekawsze refleksje, zawarte w większym lub mniejszym stopniu w całym tomie, dotyczą tego rodzaju kwestii jak postrzeganie Ukrainy i Rosji na świecie, wiedza, a właściwie brak realnej wiedzy o tym regionie świata, szczególnie w Europie Zachodniej. O. Zabużko wykazuje, jak porażająco małą wiedzę o stalinizmie, komunizmie i wszelkich radzieckich zbrodniach mają zachodni artyści i intelektualiści i generalnie zachodnie elity. Podaje przykłady tych myślicieli i konkretne sytuacje, w których wykazali się totalną indolencją w tym zakresie. Szczególnie zwraca uwagę na francuskich intelektualistów i artystów. Ta niewiedza jest tak wielka, że rzeczywiście brak jest możliwości zrozumienia przez wskazane osoby i właściwie niemal całe zachodnie społeczeństwa biegu najnowszej historii, a zarazem możliwości zrozumienia, do czego Rosja cały czas jest zdolna. Wybuch wojny z Ukrainą z pewnością pewne fakty społeczeństwom zachodnim uzmysłowił, ale chyba też nie do końca, bo poparcie we Francji Marine le Pen jest naprawdę wielkie, a pomysły bratania się z Putinem mają w kręgach jej wyborców pełną akceptację. Zachodnie nastawienie na konsumpcję i jednocześnie indolencja historyczna i polityczna naprawdę mogą narobić cały czas wiele złego. Zabużko podkreśla, że we Francji nie było żadnych rozliczeń z przeszłością, żadnych dyskusji na temat postawy Francji w czasie II wojny, w szczególności dotyczy to rządu kolaboracyjnego, tym samym trudno wyciągnąć z nieanalizowanej przeszłości wnioski.   

   Generalnie po lekturze nasuwa się refleksja, że z racji tego, iż historia i kultura ukraińska są rzeczywiście mało znane i mało rozumiane,  jest to wielką luką w naszej wiedzy o świecie i to my jesteśmy z tego powodu stratni. I nie dotyczy to tylko historii i kultury Ukrainy, ale i innych państw Europy Środkowej czy Wschodniej. Karmiliśmy się karmimy nadal w większości angielskimi, amerykańskimi, francuskimi i hiszpańskimi książkami, filmami i serialami. I nie za bardzo patrzyliśmy się na to, co dzieje się na Wschodzie. W tych warunkach propaganda Putina i jego manipulacje miały bardzo podatny grunt. 

5/6

niedziela, 17 kwietnia 2022

"Umrzeć ze śmiechu" Paul Elliott - sztuka teatralna Teatr Kwadrat

 Ilustracja

    To jedna z lepszych sztuk, jakie oglądałam w Kwadracie. Widz jest rozbawiony cały czas, a do tego sporo jest scen, kiedy następują wybuchy śmiechu. Akcja mocno wciąga i całkowicie zapomina się o Ukrainie i wszystkich innych problemach. Gra aktorów jest świetna. Na szczególną uwagę zasługuje taniec w jednaj ze scen, muzyka huczy, naprawdę wspaniałe widowisko. 

    Jak często w tym teatrze, pod tą lekkością przekazu skryta jest treść zdecydowanie poważniejsza. To naprawdę mistrzostwo, jak można właśnie tak poważne treści pokazać w tak bardzo zabawnej formie. 

    Otóż bohaterkami są trzy przyjaciółki, do niedawna było ich cztery, ale jedna, Mary, zmarła. Są oczywiście zrozpaczone, ale okazało się, że Mary za pośrednictwem innej osoby, przewidując, co się z nią stanie, zdążyła przekazać pozostałej trójce wiadomość. Ta wiadomość, która przypomina wieść z zaświatów, nie jest ani odkrywcza, ani oryginalna. Ale za to jest bardzo przekonująca.  Nasze bohaterki są seniorkami, jedna ma dorosłą już córkę i poza regularnymi spotkaniami ze sobą i grą w brydża wiodą monotonne życie, każda ma różne niezrealizowane marzenia, ale przywykły już do tego, że tak właśnie ma być. 

   Przekaz Mary brzmi natomiast w ten sposób, że przyjaźń z nimi i wzajemne wspieranie się były czymś najlepszym w jej życiu. One powinny to kontynuować bez niej, nie powinny już niczego odkładać na później, mają cieszyć się życiem tu i teraz. Mają robić to, co właśnie chciały, w ich przypadku wspólnym marzeniem były podróże. Dopóki żyją, nie jest za późno, aby tym życiem się cieszyć. Mary w szpitalu poznała młodego chłopaka, studenta, którego zaczęła traktować jak syna, nawet na tak bliskie relacje również nie jest za późno. 

   Można było oczywiście to wszystko przekazać w długim filozoficzno - intelektualnym wywodzie, który mało kto by przeczytał. W tym przypadku prostota się sprawdziła. 

   Naprawdę warto obejrzeć.

5/6   

wtorek, 12 kwietnia 2022

Agata Christie "Wigilia Wszystkich Świętych"

 


    Wydarzenia toczą się w scenerii mocno oryginalnej, wszystko rozpoczyna się od wieczoru z zabawami dla dzieci, właśnie w przede dniu Wszystkich Świętych. Ofiarą ewidentnego zabójstwa padła 12 letnia dziewczynka, to ewenement w twórczości Agaty, u niej zawsze mordowani są dorośli. Ale dzieci u Królowej Kryminału mają mało wspólnego ze standardowym wizerunkiem dziecka w literaturze, przykładowo w "Przyjdź i zgiń", o którym pisałam tutaj, występuje dziecko bystrzejsze od wielu dorosłych z takim zmysłem obserwacji, że tylko można pozazdrościć. W "Wigilii Wszystkich Świętych" z kolei   występuje też inne dziecko, w podobnym wieku, ale ... jako szantażysta i to szantażysta skuteczny. Christie zdecydowanie poważniej traktowała dzieci, niż ogół, uważała, że często są one znacznie dojrzalsze, niż się o nich myśli.  

   Do zbrodni doszło, gdyż dziewczynka powiedziała w obecności dużego grona osób, że kiedyś była świadkiem zabójstwa. Herkules Poirot wysnuł z tego wniosek, że sprawca pierwszego zabójstwa zabił po raz drugi, aby usunąć świadka. Zrobił więc listę zgonów z najbliższej okolicy, które albo były zabójstwami, albo budziły spore wątpliwości w tym zakresie i poszedł tym tropem, przyjmując, że sprawca będzie podwójnym mordercą. Na liście najwięcej emocji budziła śmierć starszej kobiety, dobijającej do lat 70, bogatej wdowy, chorującej na serce. Wszyscy wiedzieli, że miała opiekunkę, młodą dziewczynę z Europy Środkowej, która sfałszowała testament zmarłej tak, aby wynikało z niego, iż całość majątku dziedziczy ona. Gdy fałszerstwo wyszło na jaw, dziewczyna wyjechała i ślad po niej zaginął. W miarę wgłębiania się w sprawę Herkules zaczął też mieć wątpliwości, czy testament aby na pewno został sfałszowany.

    Dziewczyna z Europy Wschodniej, Olga Seminoff, postać drugiego czy trzeciego planu, która pojawia się tylko w jednej scenie, jest dla mnie najciekawsza. Autorka napisała, iż miejscowy prawnik zastanawiał się nad tą uciekinierką, myślał, że "zapewne znowu znalazła się w jakimś tkniętym złym losem miejscu Europy Środkowej, skąd pochodziła". Przypomniał sobie rozmowę z nią, kiedy to czuł wobec niej współczucie. Czy osoby z Europy Środkowej w  mieszkańcach Anglii budziły w tamtych czasach jedynie współczucie? Nie ulega wątpliwości, że mieszkańców wyspy wojny nie dotknęły w takim stopniu, jak nas, na Anglików od setek lat nikt nie najeżdżał, w trakcie II wojny mieli bombardowania, ale potem nie mieli narzuconego socjalizmu. Poziom życia materialnego jest nieporównywalny, na ich korzyść, niestety. Poziom bezpieczeństwa życia również. Ale okazuje się, że młoda dziewczyna z Europy Środkowej jednak miała swojej podopiecznej do sporo do zaoferowania, w sferze niematerialnej oczywiście. Olga, jak zauważył wspomniany prawnik, zaznała cierpienia, cała jej rodzina została zabita, ale ona nie potrafiła tego cierpienia zaakceptować, potrafiła walczyć i protestować do końca. Starsza kobieta ewidentnie ją lubiła, jak chociażby wówczas gdy lekarze zabraniali jej wielu produktów, Olga nie trzymała się tych zaleceń rygorystycznie i dawała jej to, co tamta lubiła. 

    Ocena Olgi wymyka się spod kontroli, wszystko jak to u Agaty, jest możliwe. Akcja trzyma w napięciu. Najpierw mamy zabójstwo dziecka, potem pojawia się w retrospekcjach oczywiście, Olga, na koniec mały dziecięcy szantażysta. A zakończenie jest trudne do odgadnięcia. Niezależnie od wciągającego wątku kryminalnego, powieść burzy stereotypy i to nie tylko na temat mieszkańców Europy Wschodniej. Jak zawsze jest co nieco o rodzinach, które nigdy nie są idealne. 
5/6 
     

niedziela, 10 kwietnia 2022

Elena Ferrante "Historia ucieczki" audiobook, czyta Laura Breszka

 




   Trzeci tom cyklu jest jak dotąd najsłabszy. Drogi Lili i Eleny rozeszły się całkowicie, Elena znaczną część akcji opowiada o swoim życiu mężatki, niekochającej męża, sfrustrowanej gospodyni domowej, matki jednego, a potem dwojga dzieci. Brakowało jej kontaktu z ludźmi, pracy, frustrowała się więc coraz bardziej. Sytuację pogarszał fakt, że nie była w stanie napisać kolejnej książki, brakowało jej weny twórczej i czasu. Zatrudnienie niani niczego nie zmieniło. Fragmenty z tego typu opisami  są straszliwie nudne, przyjemność ze słuchania jest żadna. 

    Elena jest osobą teoretycznie dojrzałą, gdy jednak słucha się jej wynurzeń, odnieść można wrażenie, że z dojrzałością ma niewiele wspólnego. Jest totalnie niekonsekwentna w zachowaniu, co jest mocno irytujące. 

    Najciekawszego wątku cyklu, czyli relacji pomiędzy Eleną i Lilą jest tu wyjątkowo mało. To jest po prostu tom o zniszczonej przyjaźni. Relacja między Lilą i Eleną przetrwała najtrudniejszy moment, opisany w II tomie, kiedy to w rzeczywistości przeważająca większość tego typu związków rozleciałaby się. Tu jest pokazane, jak każda z dziewczyn  skoncentrowała się na sobie i żadnej nie zależało na tym, aby tą przyjaźń podtrzymać. Było tak do momentu, kiedy Lila zachorowała i naprawdę potrzebowała pomocy i uzmysłowiła sobie, że to właśnie Elena jest jedną z nielicznych osób, którym naprawdę może ufać i wezwała ją na pomoc. Elena stanęła na wysokości zadania i zrobiła wszystko, co było jej w mocy, aby tej pomocy udzielić. Ale to i tak niczego to nie zmieniło, reaktywacja przyjaźni nie powiodła się. 

     Najciekawsze nie jest tutaj obserwowanie, co się dzieje, bo to jest do przewidzenia, a poza tym jest to wiadome, Elena często w narracji sygnalizuje pewne fakty, które nastąpią dopiero później, wyprzedza opisywane wydarzenia. Najciekawsze jest patrzenie na przyczyny pewnych zjawisk, no i na skutki. Przyczyny obumarcia przyjaźni są oczywiście złożone, w tym przypadku na pierwszy plan wysuwa się chyba jednak nadużycie zaufania z II tomu, a potem już właśnie postawienie wyłącznie na siebie, na swoje sprawy. Tyle tylko, że to wszystko nie było takie proste i jednoznaczne, z monologów Eleny  wynikało, że brakowało jej Lili i tego, że mogła kiedyś jej wszystko opowiedzieć. Potem nie miała już osoby, której mogłaby się zwierzyć ze wszystkiego.  

   W tomie tym mało jest Neapolu, Elena zamieszkała we Florencji, ale Florencji też nie ma, bo jest dom, mąż, dzieci, akcja mogłaby więc toczyć się w dowolnym miejscu i nie robiłoby to żadnej różnicy. Jest pokazany w tle rozwijający się ruch komunistyczny, opisywane elity intelektualne  w pewnym stopniu zaangażowane w ten ruch, nie miały jednak jakiejkolwiek świadomości, jak tak naprawdę wygląda komunizm, np. w Europie Wschodniej. Na siłę jest też wrzucony feminizm, np. kolejne nudne tyrady o roli kobiety. 
3/6

niedziela, 3 kwietnia 2022

Charles King "Odessa. geniusz i śmierć w mieście snów"

 

Odessa - Charles King

      Planowałam wyjazd w tym roku do Ukrainy, zostaje tylko podróż wirtualna. Odessa jest jednym z najbardziej znanych miast na świecie i jednocześnie kojarzy się z czymś pięknym, niemal z mitem, tak jakby była tylko na wpół rzeczywista. Po lekturze spodziewałam się czegoś głębszego, co przybliży nie tylko historię miasta, ale i relacje rosyjsko - ukraińskie. Książka niestety jest rozczarowująca, czyta się ją potwornie ciężko, było to niemal zmuszanie się do czytania. 

  Coś jednak po przeczytaniu zostało. Często gdy ma się wielkie oczekiwania, spotkanie z rzeczywistością burzy, a nawet wręcz miażdży tą wizję, jaką miało się w głowie. Odessa była wspaniała krótko, krótko stanowiła tygiel narodowościowy, w którym panowała tolerancja religijna, a ludziom żyło się w miarę dostatnio. Twórcy mogli tworzyć, spiskowcy z całego świata mogli spiskować, wszyscy niemal romansowali.  Ale wspaniale było na samym początku, w pierwszej połowie XIX wieku, do wojny krymskiej. I tak jak wszędzie, gdy zrobiło się gorzej, gdy miasto podupadło gospodarczo, zbiedniało, gdy ludziom zaczęło się żyć źle, gdy sytuacja polityczna stała się niepewna, Rosja zaczęła rządzić ciężką ręką, pojawił się strach i zaczęło się poszukiwanie kogoś, kto jest winny tej sytuacji. Raptem mieszkańcom zaczęli przeszkadzać Żydzi. A Żydzi z Odessy wyznawali bardzo postępową wersję judaizmu, Haskali, nie żyli w odosobnieniu, asymilowali się. Ciemna strona Odessy jest straszna, było to miasto pogromów, jednych ze straszliwszych w historii. Pisał o tym m. in. Izaak Babel w "Opowiadaniach Odeskich", o których pisałam tutaj, ale nie miałam świadomości, że było to tak często i na tak wielką skalę.  

    Ten rejon, rejon Naddniestrza,  ma wyjątkowo pogmatwaną historię, w czasie II wojny światowej był opanowany przez Niemców, Niemcy oddali go zaś w zarząd Rumunii. Pod zarządem Rumunii został nazwany Transsnistrią. Zbrodnie wojenne były tam dokonywane rękami Rumunów, szczególnie okrutne były zbrodnie przeciwko Żydom. 

   Autor wspomniał co nieco, ale stanowczo za mało, jak na moje oczekiwania, o odeskich twórcach kultury, pisarzach, poetach, np. Puszkinie, o filmowcach. Mowa jest też o ludziach nauki, np. o laureacie Nagrody Nobla, który zajmował się m. in.  odpornością na choroby. Za przyczyny chorób i starzenia się uważał "gnicie w jelitach", zalecał picie jogurtu. Wpływ na choroby według Noblisty ma też pesymistyczne podejście do życia. 

    Tego czego oczekiwałam, czyli głębszego wglądu w relacje rosyjsko - ukraińskie na tym terenie, nie znalazłam. Nie pierwszy to raz widzę, że zachodni twórcy mają gigantyczny problem ze zrozumieniem Europy Środkowej i Wschodniej, jest to chyba dla nich zbyt skomplikowane. Ukraińcom poświęca więcej miejsca dopiero na ostatnich kartach książki i zauważa, że w Odessie są  absolutną większością. 

3/6

niedziela, 27 marca 2022

Lee Child "Czasami warto umrzeć" - audiobook, czyta Jan Peszek

 


    Jack Reacher tym razem podczas podróży autostopem zatrzymał się w małym miasteczku, gdzie zauważył, że jeden z mieszkańców regularnie stosuje przemoc wobec żony. Okazało się, że jest to tylko wierzchołek góry lodowej, rodzina tego mężczyzny utrzymywała się nie do końca wiadomo było z czego, a dochody miała gigantyczne. Reacher zaczął zgłębiać temat, jak zawsze nie pozostał obojętny. 

   Tom ten wpisuje się idealnie w cały cykl o Reacherze, nie ma tu niczego nietypowego, jak wyjazd zagraniczny, zakochanie się Reachera,  powrót do służby wojskowej, czy coś podobnego. To naprawdę klasyczny Reacher. Działa sam, jak zawsze jest błyskotliwy, odważny, dociekliwy. Jak zawsze wpada w tarapaty i jak zawsze nie traci zimnej krwi. Pisząc wielokrotnie o Reacherze nie wspomniałam chyba jeszcze o poczuciu humoru  autora. Lee Child opisuje wydarzenia z dystansem i właśnie wplata sporo elementów humorystycznych. Jan Peszek odczytuje to idealnie, nie tak jak komik, czekając na salwy śmiechu, tylko tak, jakby była to zupełnie naturalna narracja. A to jeszcze bardziej pogłębia humor. Jest humor, jest inteligencja, jest sprawiedliwość. Jak zawsze można oderwać się od rzeczywistości. 
4/6

niedziela, 20 marca 2022

Sergiusz Piasecki "Dla honoru organizacji"

   Książka to opowieść ze sporymi wątkami autobiograficznymi o współpracy S. Piaseckiego z AK w Wilnie w czasie II wojny, a współpraca ta dotyczyła w dużej mierze likwidacji osób, wobec których podziemne sądy wydały wyroki śmierci. Po raz pierwszy została wydana w 1964r.w Londynie, kolejne wydania to był tzw. drugi obieg, z uwagi na cenzurę u nas długo nie było możliwości normalnego jej wydania, autor nienawidził komunizmu. A powieść paradoksalnie pokazuje m. in. mroczną twarz polskiego podziemia, taką której nie chciałoby się oglądać i którą nie za bardzo można się chwalić. Ale przybliża też sylwetki osób, które mało kto pamięta, jak Sergiusz Kościałowski ps. Fakir, no i tematyka jest unikalna. Książkę świetnie się czyta i warto po nią sięgnąć, chociażby po to żeby spojrzeć na działalność naszego podziemia z innego punktu widzenia, żeby zobaczyć to, o czym się mało mówi i ujrzeć tych, którzy są zapominaną legendą. 

    Józef, alter ego pisarza, otrzymał zadanie ustalenia, dlaczego Egzekutywa AK w Wilnie nie jest w stanie wykonać wyroków śmierci. Przyczyny były prozaiczne, jak Józef ustalił, jej członkowie byli nieudolni, niektórzy tchórzliwi, niezaradni, leniwi, nie potrafili dotrzymać tajemnicy. W ekipie tej był jeden naprawdę zaangażowany człowiek, właśnie Fakir, w książce występujący jako Mag, a Józef dokooptował jeszcze parę innych osób. Dzięki Józefowi i postawieniu przez niego na właściwe osoby, przeprowadzono skuteczne zamachy. Ale towarzystwo z Egzekutywy nie było zadowolone, bo nie chciało, aby splendor spadł na Józefa, zaczęło więc przeciwko niemu spiskować i go oczerniać. Są też inne nieciekawe sylwetki, np. cwaniaka, handlarza, który zdecydował o wstąpieniu do AK dlatego tylko, że mogło mu się to w przyszłości przydać. Gdy doszło do zamachu chociaż w AK nic nie robił, opowiadał, "załatwiliśmy go". Przykładów różnych obrzydliwych zachowań jest więcej. Ale są też inne zachowania. 

    Jednym z większych atutów powieści jest wydobycie z mroków zapomnienia postaci Fakira. O ile bohaterowie z Warszawy są niemal czczeni, o tyle ci z Wileńszczyzny zdecydowanie mniej, no może poza Łupaszką. Fakir po wojnie był żołnierzem wyklętym, zginął w wieku 29 lat. IPN wydał książkę autorstwa Tomasza Balbusa pt. "Fakir. Sergiusz Kościałowski." Ale w Wikipedii Fakira nie ma. 

   W powieści ukazana jest m. in. historia jednego z najsłynniejszych wyroków śmierci, wydanych przez podziemny sąd, wobec Józefa Mackiewicza, łącznie z wszystkimi okolicznościami, dla których S. Piasecki zdecydował, że wyroku nie można wykonać. J. Mackiewicz jemu zawdzięcza życie, o czym też doskonale wiedział. Wątpliwości S. Piaseckiego wzięły się od momentu, gdy zapoznał się z listem Mackiewicza, adresowanym właśnie do wileńskich władz podziemnych i który jakimś cudem pocztą pantoflową trafił we właściwe ręce. Mackiewicz dowiedział się o tym wyroku, Egzekutywa AK nie była dyskretna. Mackiewicz napisał list, w którym wyjaśnił sprawę ze swojego punktu widzenia. Wydawałoby się że jest to całkowicie bez sensu, jakaś desperacka akcja, prawie nikt zresztą tym listem się nie zainteresował. Ale wystarczyło, że zainteresował się nim Piasecki i to zmieniło bieg historii. To też świetny przykład na to, że rzeczywiście należy walczyć do końca, nawet gdy wydaje się to pozbawione sensu. Gdyby Mackiewicz załamał ręce, uciekałby i ukrywałby się, lub gdyby nic nie robił, najprawdopodobniej zostałby zabity i przeszedłby do historii nie jako człowiek prawy, wyśmienity pisarz, tylko jako zdrajca. I jest to też doskonały przykład na to, jak wiele może jeden człowiek. Gdyby Piasecki uznał, że już nic nie da się zrobić, Mackiewicz również ostałby zabity. Ostatecznie wyrok anulowano. 

 6/6  

    

   

      


piątek, 18 marca 2022

Bożena Fabiani „W kręgu Wazów. Ludzie i obyczaje” – audiobook, czyta Bożena Fabiani

 


       Książka jest fascynująca, po raz pierwszy w tym roku mogę dać ocenę 6. Zgodne z tytułem skoncentrowana jest na przedstawieniu królów z dynastii Wazów, ich żon, dzieci i innych członków rodzin, dam dworu i wszystkich chyba osób, zatrudnionych na dworze.  Szczególną uwagę autorka poświęciła kobietom, o których albo słyszałam bardzo mało, albo nic, a postacie te są naprawdę godne uwagi i podziwu. Dzięki temu spojrzeniu zupełnie inaczej patrzy się na całą epokę. Opisana jest też sztuka i architektura tamtych czasów, łącznie z informacjami, gdzie co można obecnie obejrzeć. Mowa jest dosłownie o wszystkim, o modzie, literaturze, muzyce, chorobach, zabawach, wychowaniu dzieci, zakonach i in. Sporo jest też o Warszawie, dla osoby mieszkającej w tym mieście lub lubiących je, będzie to dodatkowym plusem. O Wazach nie ma zbyt wiele filmów czy książek beletrystycznych, kojarzę „Potop”, gdzie pojawia się incydentalnie Jan Kazimierz, ale z pewnością nie jest postacią pierwszego planu.  Wydarzenia historyczne, typu wojny, traktaty, są zasygnalizowane jedynie w tych przypadkach, kiedy było to absolutnie niezbędne, np. potop szwedzki  został zasygnalizowany, bo Wazowie musieli uciekać z Warszawy , no i dlatego też że rabunek i dewastacja wszystkiego co możliwe, w tym właśnie dzieł sztuki i architektury, może być porównywalny jedynie do zniszczeń z okresu II wojny światowej.

     Spośród postaci, godnych uwagi, m. in.  możemy przyjrzeć się mało znanej Ludwice Marii Gonzadze – żonie Władysława IV, a potem Jan Kazimierza, o której pisał Sławomir Leśniewski w swojej książce „Potop. Czas hańby i sławy. 1655-1670”, a której pisałam tutaj. Ludwika mocno wpływała na politykę, gdy była żoną Jana Kazimierza, im trudniejsze były warunki, tym większą energię w niej wyzwalały. Nic nie było w stanie jej załamać, a sytuacje wyglądające na beznadziejne, np. opanowanie przez Szwedów prawie całego kraju, powodowały, że ona stawała się jeszcze mocniejsza i jeszcze intensywniej działała. Jan Kazimierz był totalnym jej przeciwieństwem, właściwie ona sprawowała rządy za niego.  W dość oryginalny sposób stała się żoną Władysława IV. On szukając małżonki brał pod uwagę 3 kandydatki, Francuzki, w tym właśnie Ludwikę Marię i wysłał do Francji swojego człowieka na przeszpiegi. Gdy ona się o tym dowiedziała, udała się do tego człowieka, aby osobiście się zaprezentować i go zmanipulować, co absolutnie nie było praktykowane. Wysłała też swojego wysłannika na dwór  Władysława, co również było ewenementem. Ta niebywała aktywność okazała się skuteczna.

       Zupełnie nieznana jest postać siostry Zygmunta III Wazy, Anny, zwanej Anusią, kobiety bardzo światłej, która z bratem przyjechała do Polski. Była protestantką, a nasz kraj stawał się coraz bardziej fanatyczny. Usiłowała funkcjonować w duchu tolerancji i ekumenizmu. Mimo że była wyśmienita partią, nigdy nie zdecydowała się na zamążpójście.

       Również nieznana jest ciotka Zygmunta III Wazy, Zofia, siostra Zygmunta Augusta. Była jedną z mądrzejszych kobiet tamtej epoki, jej mąż, książę Henryk II Brunszwicki narzekał, że jest za mądra. Wywołała gigantyczny skandal, gdy w wieku 48 lat przeszła na luteranizm. Była bezdzietna, wiele czasu spędzała na kształceniu się i czytaniu.

         Ciekawe bardzo są opisy charakterów wielu osób. Słabo w tej pozycji wypadają mężczyźni. Zygmunt III Waza wychowywał się w protestanckiej Szwecji, sam był zagorzałym katolikiem, wydawałoby się, że mógłby być prawdziwie tolerancyjnym religijnie władcą, w jego rodzinie byli i protestanci, jak ojciec i katolicy, jak matka. Ale był słaby, ulegał wpływom, szczególnie wpływom drugiej żony, Konstancji Habsburżanki, stał się fanatykiem religijnym. I pogrążał w tym fanatyzmie państwo.

     Dwórki królewskie z reguły w książkach czy filmach są tylko ozdobą, tutaj te które przyjechały z Francji z Ludwiką Marią, zostały szczegółowo przedstawione, przykładowo jedna z nich to późniejsza Marysieńka Sobieska. Wszystkie one wywarły wpływ na kulturę i obyczajowość, większość wyszła za maż za majętnych i mających wysoką pozycję w państwie mężczyzn. One podążały za modą, były naśladowane przez inne kobiety, manipulowały mężami, to za ich sprawą pojawiły się nastroje pro francuskie.    

    Panowanie Wazów to czas sarmacji, co też jest opisane,  autorka nawet i w tym znalazła szereg plusów. Na dworze królewskim przykładowo nie było rygoryzmu  w zakresie etykiety, jak u Habsburgów, mężczyźni byli szarmanccy wobec kobiet.  

        Fascynujące było też słuchanie o kulturze i architekturze, autorka opisała budowę zamku królewskiego Warszawie, a właściwie jego przebudowę i przeprowadzkę dworu królewskiego z Krakowa do Warszawy. Na tle epoki rzeczywiście zamek był wyjątkowo nowoczesny, a w porównaniu do niego Wawel był już przeżytkiem.  

          Minusów tej pozycji jest naprawdę bardzo mało. Brakowało mi informacji o tym, jak wyglądała ówczesna polityka, co działo się w tamtym czasie w Polsce i na świecie. Pewne rzeczy się pamięta, inne nie. Autorka na wstępie zasygnalizowała, że o tym właśnie pisać nie będzie, bo książek o historii z tamtego okresu jest bardzo dużo. Rozumiem, że jako historyk sztuki nie chciała wchodzić w nie swoja materię, ale krótkie informacje tego typu naprawdę przydałyby się.

6/6