poniedziałek, 23 marca 2020

Graham Bowley „Bez powrotu. Życie i śmierć na K2”



 

   K2 jest najtrudniejszym na  kuli ziemskiej szczytem do zdobycia. G. Bowley dziennikarz, który nigdy się nie wspinał, opowiada o tragedii z 2008r., kiedy to na „Górze Mordercy” zginęło w tym samym dniu 11 osób, pochodzących z kilku różnych wypraw. I niestety, ale ta opowieść nieszczególnie mu się udała, z całą pewnością pod względem sposobu napisania nie wytrzymuje porównania z innymi książkami o górach. 


    Książkę czyta się źle i nie ma żadnego problemu, aby się od niej oderwać i to w dowolnym momencie. Dynamika wydarzeń ciągle się rwie. Autor opisał zarówno dzieje kilku tragicznych wypraw właśnie z 2008r., ale i historię zdobywania góry, co do zasady było pomysłem trafnym. Szkoda jednak, że wydarzeń wcześniejszych nie opisał w odrębnym rozdziale, tylko wpadł na idiotyczny pomysł przeplatania do pewnego momentu opowieści z 2008r. właśnie z dziejami innych wypraw. Opisując wydarzenia z 2008r. też bezustannie mieszał przebieg dramatu z informacjami o wspinaczach, ich rodzinach, doświadczeniu itp., a do tego opowiadał wszystko chronologicznie, czyli po opisaniu tego, co działo się z kimś o określonej godzinie opowiadał potem o tym, co robiły inne osoby w tym samym czasie, potem wracał znowu do tej osoby o której pisał wcześniej itp. Z racji tego, że osób uczestniczących w zdobywania szczytu było naprawdę dużo ciężko było się zorientować, co się naprawdę dzieje. Taki styl pisania byłby pewnie dobry, gdyby pisany był urzędowy dokument, a nie książka. Poza suchą relacją jest bardzo mało refleksji na temat tego, co się stało, czy chociażby nad ludzkimi postawami.  


      Idealnie z problemem opisania wydarzeń z udziałem wielu osób poradził sobie Jon Krakauer we „Wszystko za Everest.” Krakauer jest dziennikarzem i był uczestnikiem opisywanej wyprawy, a od jego książki nie sposób było się oderwać, pisałam o niej tutaj. On najpierw opisał wydarzenia  ze swojego punktu widzenia, a potem opowiadał, co działo się z tym czasie z innymi osobami. Informacje o wspinaczach zawarł we wcześniejszych rozdziałach, a nie w tym, których opisywał atak szczytowy.  

   „Broad Peak. Niebo i piekło” B. Dobrocha i P. Wilczyńskiego dotyczy z kolei wyprawy 4 osób, jest wręcz genialny, zawiera i refleksje i opisy wydarzenia, i szereg informacji o bohaterach i wiele informacji o kontrowersjach, a nawet wręcz burzy, jakie pojawiły się po tragedii. O książce pisałam tutaj i od niej też nie mogłam się oderwać. 

    Lektura nie jest całkiem pozbawiona sensu, są miejsca, kiedy robi wrażenie, przykładowo opisy wspinaczy, którzy podejmowali dramatyczne decyzje o niesieniu pomocy, narażając się przy tym na ryzyko śmierci. Godne jest też uwagi to, że autor już po zebraniu relacji pojechał pod K2 chcąc zobaczyć górę, której poświęcił tyle czasu, a dalej nie wiedział, po co ludzie na nią wchodzą, ryzykując życie. Napisał prosto: „K2 był niewiarygodnie piękny i piękno to wykraczało poza wszystko, co mogłem sobie wyobrazić.” Nie jest to oczywiście odpowiedź, bo jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Piękno kojarzy się z dobrem i prawdą, a wszystkie 3 razem z kolei z transcendencją. Może ci ludzie szukają transcendencji…

    Efekt lektury jest u mnie taki, że chciałabym przeczytać jeszcze inną książkę na temat tego, co się stało na K2, ta pozostawiła totalny niedosyt. 

4/6

piątek, 20 marca 2020

Tom Hillenbrand „Diabelski owoc. Kryminał kulinarny”




    Powieść nie świadczy co prawda o szczególnym kunszcie pisarskim autora, ale zdecydowanie czyta się ją lekko, a z uwagi na oryginalność tematu – świat restauratorów z wysokich półek,  nie można jej zapomnieć czy pomylić z jakąkolwiek inną pozycją. Oprócz tego jeszcze rzecz dzieje się głównie w Lichtensteinie i niespodziewanie to malutkie państewko jawi się jako miejsce z wieloma atrakcjami i godne zobaczenia. 

   Świat restauracji każdy zna głównie z różnych wizyt, podczas których chcemy, aby serwowane potrawy były smaczne, a życie i problemy restauratorów czy kucharzy raczej nikogo szczególnie nie obchodzą. Jak się okazuje, mało znany świat za kuchennymi drzwiami może nawet zafascynować. Hillenbrand dziennikarz i kucharz zarazem, opisuje szalenie ostrą rywalizację pomiędzy poszczególnymi restauratorami i walkę o zdobycie gwiazdki Michelina, w powieści nazwanej gwiazdką Gabina. Gdy ktoś startuje w tym wyścigu, pracuje po 16 godzin na dobę w większości stojąc, przechodząc od gorących pieców do zamrażarek i chłodni, niejednokrotnie kalecząc się podczas krojenia i parząc się przy próbowaniu potraw czy przy przestawianiu garnków. W godzinach szczytu klientów jest tak dużo, że zamówienia spływają niemal non stop, a każda wpadka może drogo kosztować, wśród klientów może być chociażby krytyk kulinarny, mający wpływ na przyznawanie gwiazdek. Dochodzi jeszcze do tego rywalizacja z koncernami spożywczymi, serwującymi śmieciowe jedzenie, przyprawione chemikaliami tak, że niejednokrotnie smakuje lepiej niż najbardziej wyszukane potrawy. Z racji tego, że mało kto może wytrzymać tak wielką presję, wielu szefów kuchni się narkotyzuje. Gdy któryś kucharz i właściciel restauracji zarazem z kolei chce normalnie żyć i nie zależy mu na różnych gwiazdkach, gotuje to, co uważa za zdrowe, pyszne i godne propagowania, to uchodzi z kolei za nieudacznika. 

     Różnych ciekawostek tego typu jest w książce sporo i jest to zarazem jej największy atut. Ciężko było mi odrywać się od lektury właśnie z tego powodu, sama akcja nie wydawała mi się już aż tak frapująca, ale w tego typu książce trudno jest rozdzielić wydarzenia kryminalne od różnych newsów o świecie restauratorów. 

     Wszystko zaczyna się od tego, że do restauracji głównego bohatera, niejakiego Xaviera przybywa incognito krytyk kulinarny i podczas przerwy w posiłku pada martwy. Prowadzony jest też wątek dziwnego człowieka, który przemierza puszczę w jednym z egzotycznych krajów i odbywa spotkanie z wodzem plemienia, który ma dla niego przygotowany nieznany dotąd owoc.  Jak się okazuje restauratorzy z najwyższych półek stale poszukują nowych smaków, a cena nie gra roli.

     Całość naprawdę jest godna polecenia – typu lektura lekka, łatwa i przyjemna, a dzięki niej można zapomnieć o otaczającej rzeczywistości, z koronawirusem łącznie.  

4/6.    

środa, 18 marca 2020

Ray Conney „Przedstawienie świąteczne w szpitalu św. Andrzeja” – spektakl teatralny – Och Teatr

 
Obraz znaleziony dla: Ray Cooney

     Udało mi się na szczęście na krótko przed zamknięciem teatrów obejrzeć 2 sztuki, obie świetne. „Przedstawienie świąteczne” jest lekką komedią współczesną, a Ray Conney najbardziej znany jest jako autor kultowego już „Mayday.” „Przedstawienie świąteczne” jest super zabawne, idealne na oderwanie się od rzeczywistości. Podobnie jak i w większości współczesnych komedii teatralnych szereg gagów związanych jest z pomyłkami co do osoby, czyli np. kochanka brana jest za żonę lub odwrotnie, wchodzę też w rachubę różne inne warianty pomyłek. Wydawać by się mogło, że chwyty te są już tak znane i ograne, że w żaden sposób nikogo śmieszyć już nie mogą, ale o dziwo śmieszą i to mocno. Nie wiem, jak to się dzieje, z pewnością jest to zasługa i samego tekstu, jak i reżyserii Krystyny Jandy, no i gry aktorów.  


      Miejsce akcji jest jak na komedię absolutne nietypowe, bowiem rzecz dzieje się w tytułowym szpitalu, a na dodatek w pokoju lekarzy. Szpital chyba nikomu nie kojarzy się z niczym miłym, ale w tym przypadku dzieją się w nim jedynie rzeczy śmieszne, a lekarze zajmują się wszystkim, za wyjątkiem leczenia pacjentów. Jednego z lekarzy odwiedza dawna kochanka, była pielęgniarka i wyznaje, że wychowuje od 18 lat jego dziecko. Sprawy się oczywiście mocno komplikują, bo na miejscu jest też żona. 


    Mimo tych ogranych gagów jest jednak element zaskoczenia. Kilka osób nieoczekiwanie zostaje wziętych zupełnie za kogoś innego, albo za osobe o zupelnie inncyh przymiotach i raptem okazuje się, że ta nowa sytuacja nie jest wcale dla nich taka zła. Z reguły ludzie boją się nowości i wolą tkwić w rutynie, żywiąc przekonanie, że wszystko inne jest lub może być gorsze. Ale gdy w tych nowych sytuacjach raptem się już znaleźli i patrzą na wszystko z innej perspektywy, a pierwszy szok mają za sobą, wszystko jest możliwe.

4/6

sobota, 7 marca 2020

Jakub Szamałek "Kimkolwiek jesteś"


   Świat wirtualny z jednej strony fascynuje, z drugiej zaś przeraża, bo wiadomo z grubsza, jak wiele złego można w tym świecie zdziałać. Jak to dobrze, że w końcu pojawił się ktoś, kto zna się na tym, jak mało kto, i jeszcze potrafi pisać. Jakub Szamałek pisze na szczęście powieści, a nie podręczniki. Książka jest rewelacyjna, godna polecenia absolutnie każdemu, wciąga zarówno sama intryga kryminalna, jak też i masa elementów odnoszących się do cyberprzestrzeni, a nawet i obserwacje psychologiczne czy socjologiczne. Całość napisana jest niezwykle przystępnie, proporcje pomiędzy intrygą kryminalną a dawkowaniem wiedzy cybernetycznej są idealne. Spora część wydarzeń ma związek z mediami społecznościowymi, pozornie więc może się wydawać, że nic nowego na ten temat nie można już powiedzieć, większość ludzi przecież funkcjonuje na facebooku, twitterze, czy innych podobnych serwisach. Jak się okazuje, nic bardziej mylnego, można dowiedzieć się naprawdę wiele, a wiedza ta momentami jest przerażająca. Poza intrygą kryminalną jest też sporo political fiction, i to najwyższym poziomie, typu "House of Cards".   

    Autor prowadzi równolegle 3 wątki. Jeden to dziennikarskie śledztwo Julity, znanej z pierwszego tomu, ale jak ktoś nie czytał tomu pierwszego, to nie ma problemu, może zacząć od drugiego. W tym przypadku określenie "dziennikarskie śledztwo" nie oznacza wymyślenia pseudoafery, to jest rzeczywiście fachowa robota, wymagająca olbrzymiej wiedzy o internecie, trop trzeba bowiem namierzać właśnie przez internet. Otóż została zabita i to na oczach widzów, internautów, dziewczyna pracująca w sex telefonie i jeszcze przed kamerą. Julita wie jedynie, że dziewczyna ta miała coś bardzo ważnego, czego poszukiwał zabójca.

    Drugi wątek, to kampania wyborcza, ale dotycząca szefa partii , która jest zaledwie na granicy wejścia do sejmu. Szefowa tej kampanii wraz z politykiem zadecydowali, że zdecydowana większość funduszy, około 90 %, zainwestowana zostanie na działania w internecie, głównie w mediach społecznościowych, a miało to polegać oczywiście na manipulacji internautami. Metody, jakie miały być stosowane, są opisane, ku jednak zaskoczeniu prowadzącej tą kampanię, polityk zdecydował się zaangażować firmę zewnętrzną, która ma jeszcze inny pomysł na wygraną, też oczywiście korzystając z manipulacji internautami na portalach społecznościowych. 

    No i jest jeszcze młody Białorusin, który podjął pracę w Warszawie na portalu społecznościowym jako ekspert od bezpieczeństwa. Awansował na to stanowisko, gdy wykrył sporą liczbę fejkowych kont z identyczną zawartością, a wszystko  wskazywało na to, że założyli je Rosjanie. 

     Wszystkie wątki są rewelacyjne, od książki nie można się oderwać. 

5/6
    
    

poniedziałek, 2 marca 2020

Lee Child "Czas przeszły" - audiobook, czyta Tomasz Sobczak

  
       O książkach z Jackiem Reacherem pisałam już wielokrotnie, chociażby tutajSeria z Reacherem jest wyśmienita, gdy czytelnik chce się oderwać od rzeczywistości i odpocząć, a ten tom jest niewątpliwie jednym z lepszych. Tak jak po Joannę Chmielewską warto jest sięgnąć, gdy chce się poprawić humor, tak Lee Child jest wręcz idealny do tego, aby nabrać energii, siły wewnętrznej i woli walki z wszelkimi przeciwnościami. No bo jak może być inaczej, skoro główny bohater właśnie taki jest? Jack Reacher jest już chyba mitem współczesnych czasów, nigdy się nie poddaje, nie jest bierny, jeśli zachodzi potrzeba, aby stanąć po stronie kogoś, komu dzieje się krzywda, robi to. Jest i inteligentny i wyśmienicie wysportowany, a to w rzeczywistości nie jest częste. 
 
     W tym tomie Lee Child wprowadził nastrój grozy, którego nie powstydziłby się sam Stephan King, z tą różnicą, że u Childa nie ma duchów czy innych zjawisk nadprzyrodzonych. Reacher zainteresował się historią swojej rodziny, zorientował się, że przejeżdża blisko misateczka Laconia, skąd pochodził jego ojciec i zdecydował, że znajdzie rodzinny dom, pogada z sąsiadami, może ktoś będzie pamiętał dziadka. O ile ojca znał doskonale, to z dziadkami nigdy nie miał żadnego kontaktu i to na dziadkach, a właściwie śladach po dziadku zależało mu najbardziej. Okazało się, że ustalenie czegokolwiek w tym zakresie jest znacznie bardziej skomplikowane, niż wydawało się to na początku.

    Ale to nie te kwestie są tutaj najważniejsze. Najbardziej przykuwa uwagę drugi wątek, a mianowicie pary młodych Kanadyjczyków, którzy jadąc z Kanady na Florydę, zatrzymali się w pobliżu Laconii w przypadkowym motelu. Początkowo wydawali się, a szczególnie chłopak, mało inteligentni, niezbyt zorganizowani, jechali zdezelowanym samochodem, któremu świeciły się wszystkie alarmowe lampki, a na dodatek zaczynało brakować benzyny. Przydrożna strzałka do motelu wydawała się wręcz błogosławieństwem. Szybko okazało sie, że w motelu coś jest nie tak, tyle tylko że nie wiadomo było dokładnie co. Dziewczyna była nieco bardziej spostrzegawcza i przede wszystkim miała większą intuicję, tak więc to ona jako pierwsza zaczęła się niepokoić, to ona wychwyciła różne kłamstewka właścicieli. Para dość szybko zorientowała się, że właściciele nie chcą ich wypuścić z motelu, przyczyny tego były, do pewnego momentu, zupełnie nieznane. Lee Child nie powiela tu schematu z "Misery" S. Kinga, akcja idzie w zupełnie innym kierunku.

      Gdy zbliża się już kulminacja wydarzeń, a Kanadyjczykom zagraża bezpośrednie niebezpieczeństwo, odzywają się w nich pierwotne siły, pierwotny instynkt, taki który mobilizował nawet i ludzi z epoki kamienia łupanego. Patty i Shorty przeistaczają się w wojowników. Jak zauważył autor, było tak, jakby w pewnym momencie Patty w ułamkach sekundy przeczytała zakurzoną instrukcję obsługi sprzed tysiącleci, instrukcję, wskazującą, co robić w tej konkretnej chwili zagrożenia. W tym przypadku potrzebna była i inteligencja i sprawność fizyczna.

     Tym razem wykonanie audiobooka jest bez zastrzeżeń, książkę się wręcz chłonie.
5/6


  

sobota, 29 lutego 2020

Andrea Camilleri "Wycieczka do Tindari" - cykl z komisarzem Montalbano tom 5


    Niepostrzeżenie cykl kryminałów z komisarzem Montalbano stał się jednym z moich ulubionych. Nie czytałam wszystkiego po kolei, ale kolejność w tym przypadku nie ma większego znaczenia. W tej serii jest wszystko, co kojarzy się z radością życia: humor, książki, czytane przez komisarza, dobre jedzenie, dobre wino, morze, słońce, a do tego dobro wygrywa. Dobro wygrywa nie zawsze w 100%, bo są przecież ofiary, jak to w kryminałach być musi, ale jednak ostatecznie triumfuje sprawiedliwość. Nie zawsze jest to sprawiedliwość w stylu posadzenia kogoś na ławie oskarżonych, bywa ona niekiedy specyficzna, ale jest. Bywają też i smutne momenty, ale dzięki temu ksiażki są prawdziwe, a bez tego seria byłaby kiczowata. Trudno wyobrazić sobie Sycylię bez mafii, tutaj też często chociażby w tle mafia się pojawia, co nie oznacza, aby książki opowiadały o porachunkach mafijnych.  

     Głównym atutem serii jest oczywiście komisarz Montalbano. Zaszufladkować się go nie da. Polubić jak najbardziej można. Jest inteligentny i wrażliwy, ma domieszkę neurotyka i samotnika, ale generalnie potrafi cieszyć się życiem. Z jednej strony jest zaangażowany w pracę i czerpie z niej satysfakcję, z drugiej dopadają go niekiedy chwile frustracji, gdy porówna się do znajomych, którzy zrobili kariery i nie narzekają na brak pieniędzy. W tym właśnie tomie zastanawia się nad swoim pokoleniem, które w 1968r. zaangazowane było w ruch hipisów, w bunt przeciwko porządkowi świata. Doszedł do wniosku, że poza dwoma osobami, które pozostały wierne ideałom młodości, reszta stała się "radykalanie dyspozycyjna", a znajomi przeskakują z lewicy na prawicę, i znowu na lewicę, i znowu na prawicę". "Nie udało im sie zmienić społeczeństwa, wobec czego sami się zmienili. Może zresztą w ogóle nie musieli się zmieniać". Montalbano ma lekki problem z upływającym czasem, ciężko mu pogodzić się faktem, że kończy 50 lat. Młodsi czytelnicy nie muszą się zrażać, bo kryzys wieku może dopaść nawet w okolicach 30 -tki. 

      Montalbano uwielbia dobre jedzenie i dobre wino, w tym tomie obok kilku innych bardziej wyszukanych potraw pojawia się znowu "danie ubogie", czyli kartofle z cebulą, długo gotowane, rozgniecione widelcem na papkę, obficie przyprawione czosnkiem, mocnym octem, świeżo mielonym pieprzem i solą. Jak zwykle mieszka sam, ale pozostaje w związku na odległość z Livią i rzeczywiście potrzebuje, aczkolwiek nie za często, szeroko pojętej bliskości z nią. Ale kocha też i samotne spacery i rozmyślania nad brzegiem morza, albo obok drzewka oliwnego. Zawsze lubi dobrą literaturę i coś czyta, niekiedy są to znane klasyki, tak jak tutaj "Lord Jim" i "Ja, robot" Asimova, kiedy indziej nieznane  u nas kryminały. W tym tomie przeżywał lekkie załamanie, bo jeden z policjantów, pracujących z nim, chciał zmienić miejsce pracy. Poczytał to za zdradę i doszedł do wniosku, że od tego czasu nic już nie będzie takie samo.   

    A co do samej zagadki kryminalnej, to szybko pojawia się jeden trup, młody człowiek, który wypadł lub został wypchnięty z okna, a oprócz tego ginie bez śladu małżeństwo starszych ludzi. Zanim te wątki się połączą, kwestia staruszków wybija się na pierwszy plan. Jest to wątek dość gorzki, ludzie ci byli totalnie samotni, z nikim nie utrzymywali kontaktów, a relacje z synem były głównie telefoniczne. Zdziwaczeli też i stali się skrajnie antypatyczni. To oni właśnie oni udali się do sanktuarium Czarnej Madonny w Tindari, w drodze zaś oglądali pokazy garnków itp. akcesoriów. Dla odmiany inni staruszkowie z tej samej wycieczki okazali się roześmiani i zdziecinniali. Pamiętać trzeba, że ten niewesoły portret starszego pokolenia nakreślił Camilleri, który w chwili pisania sam był w mocno zaawansowanym wieku. Gorzkie aspekty starości zręcznie pomieszał z humorem i wyraźnie dał do zrozumienia, że takie życie odludków staruszkowie wiodą na swoje własne życzenie.
6/6
  

środa, 26 lutego 2020

Seymour Blicker "Nie książka zdobi człowieka" - spektakl teatralny - Teatr Kwadrat

       

poniedziałek, 24 lutego 2020

M.L. Longworth "Śmierć w Chateau Bremont"





   Pomysł na książkę był oryginalny, ale realizacja i efekt końcowy wyszły takie sobie. Śledztwo prowadzi para: sędzia śledczy, który korzysta z pomocy wykładowczyni literatury francuskiej. Śledztwo to dotyczy śmierci młodego hrabiego, który wypadł z okna swojej posiadłości. Wszystko wskazuje na to, że nie był to wypadek. Jakiś czas później pojawia się kolejny trup, tym razem oczywiste jest, iż mężczyzna został zabity. 

    Plusem są obrazy Prowansji, można się poczuć, jakby się tam na chwilę zamieszkało. Mieszkańcy Aix-en-Provence spędzają sporo czasu w knajpkach, chodzą tam codziennie o różnych porach dnia, piją tyle wina, że u nas z pewnością wszyscy bez wyjątku uznani zostaliby za alkoholików. Mogą też, aczkolwiek mało kto to robi, delektować się widokami Góry Świętej Wiktorii, którą namiętnie i z różnych punktów widzenia malował Cezanne.  Generalnie lubią jeść, pić i rozkoszować się życiem na różne sposoby. 

     W kręgach, w których toczy się akcja powieści, trosk materialnych nie ma, realnych problemów również. Nikt nie choruje, nie traci pracy, nie ma nałogów ani depresji. W porównaniu do Skandynawii i jej kryminałów to jakby inna planeta. Mimo, że bohaterami są ludzie wykształceni, to obcowanie z kulturą też nie jest ich szczególnie ulubioną rozrywką. Po profesor literatury można było się spodziewać, że czytać będzie sporo, ale tu czytelnika czeka rozczarowanie. Pani wykładowczyni głównie prowadzi rozmowy mniej więcej na takim poziomie, jak robiliby to ludzie bez jakiegokolwiek wykształcenia. W mojej ulubionej serii z kotem Qwill stale coś czyta, słucha muzyki, chodzi na spektakle teatralne, tu jest odwrotnie. Nieco prawdziwego życia pojawia się jedynie w wątku, dość marginalnym zresztą, prostytutek ze wschodu. Autorce najwyraźniej przeszkadzają ruchy ekologiczne i weganie, bo szczególnie do tych  ostatnich jest trochę prześmiewczych aluzji.

    Najbardziej denerwujące jest zaś to, że książka jest czymś w rodzaju kryminało - romansu. Zarówno sędzia jak i wykładowczyni żywią do siebie uczucie, ale kryją to na różne sposoby  Rozważania jej i jego, co myśli druga strona, dlaczego nie dzwoni itp. zajmują stanowczo za dużo miejsca, gdyby fragmenty te wyodrębnić, mogłoby wyjść nawet z połowę książki. Całość wciąga średnio.
3/6

sobota, 22 lutego 2020

Emil Marat, Michał Wójcik "Made in Poland. Opowiada jeden z ostatnich żołnierzy Kedywu Stanisław Likiernik" - audiobook, czyta Maciej Kowalik i Stanisław Biczysko

Znak Polski Walczącej



    Stanisław Likiernik zdążył jeszcze opowiedzieć autorom książki, jak wyglądały akcje zbrojne podziemnej Warszawy z punktu widzenia uczestnika tych akcji, wielokrotnie egzekutora. Zamachy na gestapowców, czy donosicieli do dziś budzą emocje. Stanisław Likiernik uczestniczył w wielu takich akcjach i z racji doskonałej pamięci mógł mówić o nich szczegółowo. Autorzy na szczęście nie skupiali się na przebiegu zamachów, to można przeczytać chociażby w internecie. Nacisk położyli m. in. na kwestie psychologiczne, na portret ludzi, których już nie ma.  Chcieli zobaczyć ich takimi, jakimi byli naprawdę, bez idealizowania. Bohaterstwa nikt oczywiście nie może im odmówić, ale każdy ma przecież rożne i wady i zalety, pasje, różne małe grzeszki i dopiero całość tworzy realny obraz.  

    Wiele wypowiedzi jest zaskakujących. Odnośnie samych egzekucji, to St. Likiernik podchodził do nich bez emocji, w tym sensie, że zabijając nie miał żadnych skrupułów, tak samo nie miał żadnych wyrzutów sumienia. Do akcji podchodził od strony technicznej, dbał o to, aby jak najlepiej wykonać swoje zadanie. Nie rozważał, czy aby wyrok sądu podziemnego był słuszny. Wychodził z założenia, że był żołnierzem i musi wykonać rozkaz. Podobnie kwestie te postrzegali i jego koledzy. 
  
   Ciekawym aspektem jest polemika z "Obłędem 44" P. Zychowicza, w którym autor  postawił tezę, że wszystkie zamachy w czasie okupacji były pozbawione sensu. Miejsce zabitego gestapowca zaraz zajmował inny, a Niemcy jeszcze w ramach odwetu dokonywali egzekucji na ludności cywilnej. St. Likiernik z tezą o bezsensowności egzekucji absolutnie się nie zgadza. Jego argumenty chętni mogą znaleźć w książce. 

    Z Zychowiczem nasz bohater zgadza się natomiast w 100% co do oceny powstania warszawskiego. Chociaż był żołnierzem i walczył, uważa, że decyzja o wybuchu powstania była totalnym błędem.  Powstanie było z góry skazane na klęskę, zginęło w nim 200 000 osób, a miasto przestało istnieć. Mówiąc o powstaniu St. Likiernik skupia się nie na bohaterstwie, ale na koszmarze, ranach, głodzie, nieludzkiemu zmęczeniu i przede wszystkim na konieczności obserwowania, jak giną najbliżsi przyjaciele. Rany z czasu powstania męczyły go jeszcze wiele lat po wojnie. Czas powstania ocenia jako najgorszy okres swojego życia.   
   
Wielkim plusem jest dla mnie to, że w książce nie doszło do hagiografii AK-owców i zrobienia z nich posągowych postaci, które nie mają nic wspólnego z realnymi ludźmi. Widać, że bohater książki był osobą bardzo inteligentną, elokwentną, nie miał w sobie nic z fanatyzmu ani z zacietrzewienia. 

    Zastrzeżenia mam za to do wykonania audiobooka. Partie St. Likiernika czyta St. Biczysko i wypada całkiem przekonująco. Gorzej jest z Maciejem Kowalikiem, on zadaje pytania i robi to wrażenie odpytywania przez młodą niedoświadczoną nauczycielkę w szkole.
5/6

wtorek, 18 lutego 2020

Agata Christie "Zło czai się wszędzie"


Zło czai się wszędzie - Agata Christie | okładka

   "Zło, czai się wszędzie" jest dla mnie pozycją wyjątkową z kilku względów. Akcja osadzona jest w jednej z najpiękniejszych scenerii, o jakiej można tylko zamarzyć. Portret psychologiczny jednej z bohaterek, fałszywej do granic możliwości, ale rewelacyjnie się kamuflującej, udającej głupiutką i słabiutką, pani Redfern, to idealny portret osoby, którą kiedyś znałam. W tej powieści każdy niemal okazuje się pod względem charakterologicznym kimś innym, niż się to na początku wydawało. Ale jest też wśród bohaterów kobieta zrównoważona, która wie, czego chce i która jest nawet w stanie oświadczyć się ukochanemu, przewrotnie pytając, czy od razu poprosi ją o rękę.  I myśl przewodnia, dziwnie to brzmi, ale zawsze widzę w książkach coś takiego, czyli w tym przypadku "Wszystko jest możliwe. Tej prawdy łatwo uczy nas życie". 

    Niesamowita sceneria to Wyspa Przemytników, którą można opłynąć łódką bez większego problemu i która na części wybrzeża ma klif. W tym miejscu z lądu do morza schodzi się więc po drabinie, przymocowanej do skały. Z racji małych rozmiarów tego skrawka lądu, z każdego niemal miejsca do wody jest wyjątkowo blisko. Osoby obecne na wyspie to niemal w 100% goście hotelu. Takiej scenerii ani nie można pomylić, ani nie można o niej zapomnieć. 

    Jest tak wspaniale, że może się wydawać, że wyspa to taki skrawek raju na tej ziemi i że nikomu nic złego stać się tutaj nie może. No bo kto by myślał o czymś złym, gdy jest tak wspaniale i tak pięknie. Ludzka psychika jest jednak tak skonstruowana, że ludzie czynią zło wszędzie i niemal zawsze. A jedyna pewna rzecz jest taka, że wszystko jest możliwe i że wszystkiego można się spodziewać. Nie powinno nikogo wprowadzać w błąd  ani to, że jest  pięknie, ani to, że ktoś jest sympatyczny. Tym, że ktoś inny jest z kolei niemiły, też nie ma co się za bardzo sugerować. Trzeba odrzucić wszystkie stereotypy i przyjąć, że wszystko jest możliwe. 

   Na wyspie wypoczywa Herkules Poirot. Zamordowana zaś zostaje wyjątkowa piękność, której żaden mężczyzna nie jest w stanie się oprzeć, Arlena. Kobiety z kolei z reguły jej nienawidzą. Jak zwykle u Agaty, jest też psychologia. Herkules Poirot jak zwykle potrafi rozszyfrować każdego, kluczem do jego sukcesu jest niebywała umiejętność obserwacji innych osób. Detektyw zauważa wszystko. Przykładowo u jednej z osób w trakcie rozmowy pojawił się  nagły rumieniec. "Spod maski opanowania i spokoju wyjrzała na krótko pierwotna kobieta." Poirot nie wyciąga z takiego faktu przedwczesnego wniosku, że to ta kobieta jest zabójcą, wie  tylko, że ona coś ukrywa. A ukrywa coś prawie każdy.
6/6


niedziela, 16 lutego 2020

Torben Betts "Kuchnia Caroline" - spektakl teatralny - Teatr Współczesny Warszawa

Torben Betts, 2009.jpg


    Tak jak i w przypadku poprzednio oglądanych sztuk, nie czytałam tekstu, oglądałam jedynie spektakl. Tekst w j. polskim w powszechnej sprzedaży nie jest dostępny. Styl, w jakim została napisana sztuka, należy do moich ulubionych, tzn. autor w lekkiej, a momentami nawet komediowej  formie przekazuje dość poważne treści. Z nazwiskiem Torbena Bettsa spotkałam się pierwszy raz, ale mam nadzieję, że nie ostatni. 

      Tytułowa Caroline to celebrytka, znana z telewizyjnego programu kulinarnego, a jej życie przez wiele osób postrzegane jest jako wielkie pasmo szczęścia. Wydaje się, że ma ona wspaniałego męża i syna, żadnych trosk materialnych, a do tego lubi to, co robi, gotowanie jest jej pasją. Już na samym wstępie można się domyślić, że pozory mylą i że życie Caroline w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej. Sztuka nie powstała jednak po to, aby rozwiać iluzje co do życia celebrytów, to jest zupełnie inny poziom.  
    Jak się okazuje wszyscy bohaterowie są ludźmi nieszczęśliwymi, a jedynie syn naszej bohaterki zastanawia się nad sensem życia. Tylko on chce robić coś pożytecznego, podjął nawet kontrowersyjną decyzję o tym, że zostanie wolontariuszem na Bliskim Wschodzie. Realny sens życia Caroline sprowadza się do tego, że kocha syna, chociaż nie ma z nim faktycznego porozumienia, a w pozostałym zakresie jedynie egzystuje. Rzekomo wspaniałe małżeństwo jest fikcją, a kobieta nie ma chyba świadomości swojego alkoholizmu. Mąż z kolei to totalny prostak i pustak do tego. W związku ze śmiercią kolegi na polu golfowym naszły go pewne refleksje na temat życia, ma jednak problem, aby je wyartykułować. Do myślicieli nie należy, więc bredzi coś w stylu, że strzała życia pędzi szybko, a on za nią  nie nadąża. Jest to mocno komiczne i żałosne zarazem. Do faceta dotarło, że całe dotychczasowe życie przeleciało mu tak, że nie zrobił w nim niczego sensownego. I nie czuje się z tym dobrze. Wszyscy tkwią w pewnej rutynie, z której nie są zadowoleni, ale nie podejmują żadnych realnych działań, aby coś zmienić. Równie tragiczna jest postać Sally, która pozornie przypadkowo znalazła się w domu Caroline. Ona z kolei Caroline nienawidzi , a zarazem jej zazdrości i tkwi w przeświadczeniu, że tam, gdzie jej, Sally, nie ma, jest prawdziwe szczęście. 

    Całość mimo, że wydarzenia rozgrywają się współcześnie, przypomina sztuki czy powieści z XIX wieku. Jest to świetny pretekst, aby zastanowić się nad sensem naszego życia. 
5/6