wtorek, 11 maja 2021

Tadeusz Dołęga - Mostowicz "Doktor Murek zredukowany" - audiobook, czyta Marcin Popczyński

 


Doktor Murek zredukowany - Tadeusz Dołęga-Mostowicz | okładka



    Tadeusz Dołęga - Mostowicz, najpoczytniejszy pisarz w okresie dwudziestolecia międzywojennego, określany jest często jako pisarz "dla kucharek". Zaczęło się to już w czasach, kiedy żył. Według niektórych po prostu pisze on nie najlepiej, według innych "gębę" pisarza niskich lotów, którego w pewnych kręgach nie wypada czytać, dorobiły mu władze sanacyjne, oburzone tym, jak przedstawiał efekty ich rządów. Wielu osobom z zawiści mogło nie podobać się już to, że Dołęga - Mostowicz na pisaniu dorobił się fortuny. Dla mnie osobiście nazwanie kogoś, kto napisał "Karierę Nikodema Dyzmy" podrzędnym pisarzem, jest absurdalne. Fakt, że "Znachor" arcydziełem literatury nie jest, ale twórczość Dołęgi - Mostowicza jest na tyle bogata, że naprawdę można znaleźć w niej również i wartościowe pozycje. 

    Tytułowy doktor Murek, to doktor praw, zatrudniony w małym miasteczku w magistracie, któremu na początku powieści naprawdę dobrze się powodzi, ma narzeczoną, w której jest zakochany, przed nim zaś widać szanse na wspaniałą karierę. I nagle jego etat zostaje zlikwidowany, a Murek zostaje bez pracy. Znalezienie nowej pracy okazuje się szalenie trudne, zaczynają odwracać się znajomi, pieniędzy zaczyna brakować. 

   Psychologia w tej powieści jest na fatalnym poziomie. Bohaterowie są czarno - biali. Czasem dobry bohater zrobi coś złego, ale widać, że to warunki go do tego zmusiły. Nie ma też głębszych rozważań właściwie na żaden temat. W ogóle nie zauważyłam tutaj żadnej głębi. Ale są inne atuty. Akcja jest wartka i zaskakująca. No i świetnie można poznać realia życia w latach trzydziestych ubiegłego wieku. A czytelnik poznaje różne warstwy społeczne, zarówno ludzi zamożnych na stanowiskach, jak i biedotę z noclegowni dla bezdomnych. Świetnie ukazane jest skłanianie się biedoty ku ruchowi komunistycznemu, który wydawał się tym ludziom w ich naiwności czymś, co da im prawdziwą szansę na lepsze życie. Pokazana jest cała konspira, w jakiej ten ruch działał, mimo sporego zaangażowania służb państwa w walkę z nim, powstała już wówczas na naszym terenie cała siatka komunistycznych komórek partyjnych, przygotowujących się do przejęcia władzy, gdy zajdzie taka potrzeba i nastanie dogodna chwila. Wielkie było zdziwienie Murka, gdy dowiedział się, że ruch ten w 95% finansowany jest przez Moskwę. 

   Sporo jest małych smaczków, obrazów życia codziennego w takich aspektach, które mógł zaobserwować tylko ktoś, kto żył w tamtych czasach. Myślę, że chociażby i z tego powodu książki Dołęgi - Mostowicza zawsze będą czytane, mogą nawet i zyskiwać na wartości. Przykładowo biedacy mogli wynająć u kogoś kąt do spania, nie był to wynajem pokoju, tylko łóżka. W książce pokazana jest matka z dorosłą córką, które mieszkając w malutkim mieszkaniu, wynajmowały kilku osobom łóżka i wszyscy spali niemal razem, odgrodzeni jedynie parawanem. Dla niektórych osób i tak był to luksus. Albo np. zajęcie dla biedaków bez posady: zaprzyjaźniali się z kucharką i służbą z bogatego domu, wyrzucali za nich kubły ze śmieciami, co uchodziło za zajęcie uwłaczające. Ale wzamian biedak dostawał od tej kucharki butelki do wyrzucenia, oczywiście je sprzedawał. Albo komiczne są sytuacje, gdy dziewczyna z tzw. dobrego domu zadecydowała, że będzie pracować. Uchodziło to za coś absolutnie niedopuszczalnego. Żadna porządna rodzina nie mogła sobie pozwolić na to, aby ich córka pracowała. 

    Są też i ciekawe wątki, które zupełnie się nie zdezaktualizowały. Dołęga - Mostowicz pokazuje, w jaki sposób ówczesne kobiety zabiegały o mężczyzn. Wydawało mi się, że kobiety są wyzwolone dopiero teraz, że w tamtych czasach były one raczej bierne, nieśmiałe wobec płci przeciwnej. Nic bardziej mylnego, o względy Murka ubiegało się kilka kobiet. Dwie bez żadnych skrupułów i żadnych niedomówień ciągnęły go do łóżka. Inne stosowały inne chwyty. Jedna z nich np. działała według scenariusza, realizowanego przez moją znajomą z pracy, opowiadała tym mężczyznom, którymi była zainteresowana, o swoim nieszczęśliwym życiu, kwestia "nieszczęśliwego życia" jest oczywiście sprawą względną. Użalała się nad sobą i czekała na zaoferowanie męskiej, pomocnej dłoni. Wątki damsko - męskie są naprawdę mocno intrygujące. 

     Powieść jest idealna jako audiobook, akcja nie jest skomplikowana, słucha się dobrze, Marcin Popczyński czyta całkiem nieźle. 
4/6  


sobota, 8 maja 2021

Piotr Zychowicz "Alianci. Opowieści niepoprawne politycznie cz. V"

 


Alianci Część 5 Opowieści niepoprawne politycznie - Piotr Zychowicz | okładka
    Raz na jakiś czas trafia się książka, która na trwale zmienia  horyzonty postrzegania świata i o której nie da się zapomnieć. Może to być beletrystyka, ale niekoniecznie. Mistrzem tego rodzaju książek jest Piotr Zychowicz, czytałam większość tego, co napisał i za każdym razem jestem jego tekstami porażona. Wydobywa on z historii fakty mało znane, ukrywane skrzętnie przez różne rządy, albo pisze o czymś, co jest niby powszechnie znane, ale jak się okazuje, widzieliśmy te fakty w sposób niepełny, zupełnie zniekształcony. Cykl "Opowieści niepoprawne politycznie" jest szczególnie rewelacyjny.  Interesuję się historią, ale Zychowicz zawsze mnie zaskakuje. Gdy pisze o faktach, o dyskusji nie może być mowy. Gdy wyciąga z faktów wnioski, mogą być one dyskusyjne, mnie jednak z reguły przekonują. Zychowicz pisze o wieku XX, najczęściej o wydarzeniach, związanych z II wojną. Ale jego dzieł nie można postrzegać tylko i wyłącznie jako historycznych. Uczą one myślenia i  krytycyzmu do przekazu, jaki otrzymujemy, obojętnie od kogo ten przekaz pochodzi i obojętnie czego dotyczy. Uczą, że z reguły przyjęty powszechnie punkt widzenia narzucony został przez silniejszego, a rzeczywistość wygląda nieco inaczej. 

    W tym tomie autor zwraca uwagę na coś, co wydaje się pozornie jasne i oczywiste, niemal niepodlegające dyskusji. Prawie wszyscy chyba jesteśmy przyzwyczajeni do takiego sposobu postrzegania świata i historii z okresu II wojny, że aliantów postrzegany jako siłę, reprezentującą dobro, walczącą ze złem, czyli z nazizmem, z Niemcami. Każdy zapewne ma świadomość, że alianci też nie byli ideałami, że nie zawsze i nie wszędzie postępowali tak, jak się powinno, czego najlepszym przykładem jest chociażby to, bez żadnego problemu zostaliśmy oddani Stalinowi. No ale co do zasady, to uważa się, że jednak byli generalnie w porządku. Tego że pokonali Niemców nie można im oczywiście odmówić i nie można zapomnieć, ale o tym, że popełnili wiele zbrodni wojennych i to z zimną krwią, już się nie pamięta. Walka aliantów o prawa człowieka, o demokrację, o sprawiedliwość, jest czystym frazesem i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To tylko mit, a tak naprawdę liczył się tylko własny interes, a środki zmierzające do jego osiągnięcia realizowane były w sposób bezwzględny. 

     Wspomniana jest eksterminacja Indian, realizowana bez cienia sentymentu. Jest też mowa o obozach koncentracyjnych, zbudowanych przez Anglików dla Burów i o wymordowaniu  gigantycznej liczby Burów, o czym też powszechnie się nie mówi. O zabijaniu jeńców  przez Amerykanów w czasie II wojny i o znęcaniu się  nad nimi też generalnie się nie mówi.  

    Kwestia bombardowań niemieckich miast w 1944 i 1945 r. też nie jest na tyle znana, na ile powinna. Zychowicz udowadnia, że bombardowania te nie miały żadnego sensu z punktu widzenia militarnego, że nie miały i nie mogły mieć żadnego wpływu na przebieg działań wojennych. Zabitych zostało w ich trakcie m. in. wiele tysięcy robotników przymusowych  i jeńców, pojmanych przez Niemców. W miastach tych były głównie kobiety, dzieci i starcy. Środki użyte do tego celu, w tym bomby zapalające były niewspółmiernie większe, niż chociażby do bombardowania Warszawy. W niemieckich miastach podczas tych wielogodzinnych bombardowań rozgrywały się iście dantejskie sceny, np. topił się asfalt na jezdniach, ludzie dosłownie wyparowywali, efekt był zbliżony do wybuchu bomby atomowej, tylko bez efektu skażenia radioaktywnego. 

    Zychowicz udowadnia również, że zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki również nie było potrzebne, losy wojny były już bowiem przesądzone. Nie zaprzecza okrucieństwu Japończyków wobec Amerykanów w obozach jenieckich, ale pisze też i o okrucieństwie Amerykanów. Rasizm był po obu stronach. Mowa jest też o znanym powszechnie sposobie walki Japończyków, którzy się nie poddawali i walczyli po różnych jaskiniach do samego końca, mimo braku cienia szansy na to, ze zwyciężą. Częściowo wynikało to z ich mentalności i systemu wartości, ale w dużym stopniu też z tego, że wiedzieli oni, iż Amerykanie nie biorą jeńców, tylko zabijają ich, a gdy nie zabiją od razu, tu lubią się nad nimi znęcać. Woleli więc zginąć w walce, zabijając jeszcze przy okazji paru Amerykanów. Japończycy zarówno w mediach amerykańskich, jak też i wypowiedziach wojskowych i innych oficjeli przedstawiani byli jak podludzie, mniej więcej tak, jak Niemcy postrzegali Żydów. 

    Książka jest arcyciekawa, kontrowersyjna. W tym roku to dopiero druga pozycja, której mogę dać ocenę 6 i to bez cienia wątpliwości. 

6/6  

piątek, 23 kwietnia 2021

John le Carre "Ludzie Smileya"

 


Ludzie Smileya - John Le Carré | okładka

    John le Carre, Javier Marias i Agata Christie to ci pisarze, którzy najgłębiej przeniknęli ludzką psychikę. Żaden z nich nie był zawodowym psychologiem. Le Carre, jak przyznają wszyscy krytycy, wzniósł powieść szpiegowską na wyżyny, na najwyższą półkę literacką. 

     "Ludzi Smileya" odbieram jako powieść o wartościach. Smiley, emerytowany były szef angielskiego wywiadu dostał informację o zamordowaniu swojego agenta, estońskiego generała. Do Smileya zwrócono się jednocześnie z prośbą, aby spróbował wyjaśnić tą sprawę. 

   Smiley jest zamożnym emerytem, wiodącym spokojne życie, mogącym oddawać się już tylko przyjemnościom życia. Mógł się nie zgodzić, no bo po co zadawać sobie masę trudów? Szansa na wyjaśnienie zagadki śmierci generała była nikła, trzeba było liczyć się z tym, że masa energii i trudu pójdzie na marne. Angażowanie się w tą sprawę bez cienia wątpliwości było niebezpieczne, a wiadome było też, że konieczne będzie odbycie co najmniej kilku zagranicznych podróży, co dla niego, który wszystko już widział, nie stanowiło żadnej atrakcji, było natomiast olbrzymim wysiłkiem fizycznym. W czasie podróży zwiększało się niebezpieczeństwo dla samego Smileya, a za granicą nikt już nie mógłby mu pomóc. Za morderstwem stał radziecki wywiad i to nie ulegało żadnych wątpliwości. Smiley się zgodził i nie były do tego potrzebne specjalne prośby ani przekupstwo. Dlaczego? Czytelnik sam musi to wydedukować, sam bohater nie przeprowadza w tym zakresie żadnych rozważań. On wie, że są rzeczy ważniejsze od egoistycznego wygodnictwa. Wie, że w przypadku rozwiązania zagadki nie dostanie żadnego bonusu, ani finansowej gratyfikacji, ani żadnego stanowiska, był emerytem, a kolejny powrót do służby nie wchodził już w rachubę, dokonała się już zmiana pokoleniowa. W tym przypadku z jego strony była to całkowita bezinteresowność. Był lojalny wobec zamordowanego, czuł, że po prostu powinien podjąć się tego zadania. Czuł, że tak trzeba. Liczył się z pewnością z tym, że gdyby mu się nie powiodło, gdyby coś się komuś stało w związku z jego działaniami, będzie miał problemy. Ale zaryzykował. Był wierny wartościom. Wiadomo jest, że są jeszcze ludzie przyzwoici, nie idealni, ale przyzwoici, którzy gdy jest taka potrzeba, potrafią bezinteresownie przedłożyć wyższy interes nad prywatę i  zrobić to, co trzeba. Dlatego właśnie tą książkę odbieram jako książkę o wartościach, nawet gdy częściej czy rzadziej zapomina się o nich. I jako hołd złożony właśnie takim osobom, mimo tego że nie są ideałami.

     Tytułowy Smiley ideałem nie był, był przyzwoity, ale też nie do końca i nie w 100%. Le Carre wiedział, że nic nie jest czarno - białe. W tym tomie dochodzi do czegoś w rodzaju ostatecznego pojedynku Smileya i i jego odwiecznego przeciwnika, Karli, szefa  wywiadu radzieckiego. Samiley uosabiał pewne wartości, Karla był skrajnie bezwzględnym fanatykiem, nie mającym żadnego problemu chociażby ze zleceniami zabójstwa. Obaj reprezentowali intelekt mocno ponadprzeciętny. Ale gdy pojawiła się możliwość znalezienia słabego punktu w tym monolicie charakterologicznym i zwerbowania Karli, Smiley uciekł się do środków, których wcześniej nie stosował. Doznał wówczas "niesamowitego zawrotu głowy, jak gdyby zło, z którym przez cały czas walczył, dosięgło go, ogarnęło i zawładnęło nim pomimo jego wysiłków, nazywając go w dodatku zdrajcą; drwiło z niego, oklaskując równocześnie jego zdradę". Smiley podjął walkę, nawet ją zainicjował, bronią używaną dotychczas przez Karlę, bronią której się brzydził. Jak stwierdził wówczas "przekroczyliśmy dzielące nas granice, jesteśmy niczyimi ludźmi na niczyjej ziemi". Zastosowanie takich metod było wg mnie całkowicie usprawiedliwione, niemniej jednak ta sytuacja pokazuje dylematy wewnętrzne postaci, ich rozdarcie i właśnie to, że nie wszystko jest takie proste, jak mogłoby komuś z zewnątrz się wydawać.  

            Kolejnym smaczkiem są obserwacje psychologiczne, których jest tu cała masa. Każda postać, jaka się pojawia, poddana jest większej lub mniejszej analizie psychologicznej. Z reguły są one krótkie, ale treściwe.  Smiley z racji bycia całe życie szpiegiem, w kontaktach z innymi osobami koncentrował się właśnie na nich, nie na sobie. Nie sposób przytoczyć tu wszystkiego. Ale widać wyraźnie gigantyczne doświadczenie le Carre`a i jego fenomenalną znajomość ludzkich charakterów
5/6

środa, 21 kwietnia 2021

Szczepan Twardoch "Morfina" - audiobook, czyta Maciej Stuhr

 


Morfina - Szczepan Twardoch | okładka

     "Morfina" jest jedną z oryginalniejszych książek, jakie znam. Pozornie to tylko parę miesięcy z życia Kostka, postaci fikcyjnej, a te miesiące to wrzesień i październik 1939r. Są jednak liczne retrospekcje, dotyczące i jego i innych postaci, jest też i mocno oryginalne wybieganie w przyszłość. Wykonanie audiobooka jest rewelacyjne, Maciej Stuhr czyta fenomenalnie, doskonale zna tekst, czyta tak, że ma się wrażenie, iż czyta nie on jeden, ale zespół aktorów. Potrafi stworzyć nastrój grozy i nastrój rozbawienia. 

   Podstawowy atut książki to świetne opisy ludzkich charakterów, bez rozwlekłości, zasadniczo to czytelnik poznaje je głównie w akcji.  Wprowadzony jest szalenie ciekawy element, jedyny irracjonalny w tej powieści, dziwnego Czegoś lub Kogoś niematerialnego, towarzyszącego Kostkowi dzień i noc. Sam Szczepan Twardoch, zapytany w jednym z wywiadów, co to jest, odpowiedział, że nie wie. Podczas słuchania przychodziło mi do głowy, czy jest to może anioł, albo diabeł, albo może po prostu intuicja, ale żadne z tych rozwiązań do końca nie pasuje. To coś lub ktoś znało i Kostka i każdą napotkaną przez niego osobę, wiedziało też wszystko o najgłębiej skrywanych tajemnicach i motywach, jakimi ktoś się kieruje, sam nawet do końca o tym nie wiedząc lub nie chcąc wiedzieć. To Coś wygłasza monologi, rzuca różne uwagi, doradza, typu: Kosteczku, Ty mnie nie słyszysz. Albo: chyba jednak usłyszałeś, co do Ciebie mówię, bo widzę, że np. wychodzisz z domu, tak jak Ci mówiłam. To coś komentuje ludzkie zachowania, np. Kosteczku, myślisz, że dlatego nie ciągniesz jej do łóżka, bo w tej sytuacji to nie wypada, ale tak naprawdę przecież nie interesuje Cię, co wypada, a co nie, Ty po prostu boisz się, że ona się nie zgodzi i Cię odrzuci, a byłoby to dla Ciebie bardzo ciężkie. Wolisz myśleć, że nic nie robisz, bo nie wypada, ale przecież gdzieś tam jednak wiesz, że to nie o to chodzi. Te monologi są rewelacyjne. Albo np. jedna z bohaterek mówi, że niczego się nie boi. Ale czy naprawdę niczego? Ten dziwny Ktoś komentuje, że ona rzeczywiście prawie niczego się nie boi, ale jednak jest wyjątek, bowiem jest coś, czego jednak się boi i wskazuje co to jest i skąd się wzięła taka postawa. Przy wielu postaciach są jeszcze informacje, co się z nimi stanie za kilka czy kilkanaście, albo kilkadziesiąt lat, oraz co działo się z nimi wcześniej. Każdy człowiek z tej perspektywy jawi się jako ktoś szalenie interesujący. Dzięki temu elementowi, aczkolwiek nie tylko dzięki temu, powieść jest pasjonująca. Gdy patrzy się z tej perspektywy na ludzkie postawy, pobudki działania, nic nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać na początku. Nic nie jest proste też  i z innej przyczyny, że Kostek pochodzi z rodziny polsko - niemieckiej, bardziej niemieckiej niż polskiej, w warunkach pokoju nie miałoby to większego znaczenia, ale nie w 1939r. Jest więc rozdarty wewnętrznie, tak jak wielu ludzi, tylko z różnych przyczyn. Są w powieści i inne osoby też  jakby rozdarte, z dylematami, np. występujący incydentalnie Niemiec, kochający Żydówkę. 

   Historia też ukazana jest nietypowo. Otóż Kostek dostanie propozycję podjęcia działalności w Muszkieterach, mało znanej tajnej organizacji, inaczej niż AK i jej poprzedniczki widzącą konieczność działań konspiracyjnych. Muszkieterzy posądzani byli niesłusznie m. in. o  kolaborację z Niemcami. Próbę zwerbowania Kostka na kartach książki podejmuje sam założyciel Muszkieterów kpt Stefan Witkowski ps. Inżynier. Twardoch o kwestiach historycznych też pisze z dystansem, nie na kolanach, nie ma patetycznego stylu, widać i krytycyzm i dystans, ale nie ma też z kolei jednoznaczności. I nie tłumaczy wszystkiego łopatologicznie, w "Morfinie" nie pada nawet nazwa Muszkieterzy, trzeba po prostu mieć pewną dawkę wiedzy i to na różne tematy, żeby w pełni zrozumieć całość. Też nie jestem pewna, czy wyłapałam i zrozumiałam wszystkie takie smaczki. 

  Podejście Kostka do działalności w konspiracji też jest pokazane oryginalnie. Nie był on jakimś szczególnym patriotą i nie czuł potrzeby takiego działania. Witkowski go śmieszył, szczególnie zabawne były jego gesty, sposób mówienia, zachowania, typu ostentacyjna konspiracja, np. rozglądanie się po kawiarni niby dyskretnie, ale w rzeczywistości tak, że wszyscy to widzieli. Cała ta konspiracja Kostkowi wydawała się trochę zabawna, trochę żałosna, z pewnością niebezpieczna, ale głównie pozbawiona sensu. Ale gdy dostał propozycję, decyzja nie była wcale prosta. Twardoch doskonale uchwycił ten dziwny paradoks, tą dziwną siłę, to uwikłanie, które każe walczyć Polakom w wiecznych bojach, w tym o stracone sprawy, w powstaniach skazanych na klęskę itp. Zaskakujące jest to, że wiele osób wiedząc np. o tym, że Powstanie Warszawskie nie ma żadnych szans na wygraną, jednak walczyło. Kostek też raczej nie miał złudzeń co do ostatecznego efektu tej konspiry.  

   Nie wszystko jest w "Morfinie" idealne. Przeszkadzało mi natężenie przemocy, wszechobecny seks, niekiedy zupełnie wynaturzony, np. podczas orgii, połączony z rozdzieraniem martwego zwierzęcia i jedzenia go na surowo. Bohaterowie w większości też są w pewien sposób wynaturzeni, mało jest osób, które można byłoby nazwać tzw. "normalnymi", czy po prostu dobrymi. Nawet kpt Witkowski jest skrajnie bezwzględny, nieliczący się z ludzkim życiem. Powieść nie jest grzeczna, autor z pewnością naraził się pewnym środowiskom. 
6/6
      

niedziela, 11 kwietnia 2021

Jaroslav Haszek "Przygody dobrego wojaka Szwejka" - audiobook, czyta zespół autorów

 

Józef Szwejk
Josef Švejk
Ilustracja


    Znakomita książka w znakomitym wykonaniu. Nagranie zostało zrealizowane wiele lat temu, wśród czytających można usłyszeć m. in. Irenę Kwiatkowską. Jest też wojskowa muzyka na koniec każdego rozdziału i są efekty specjalne, np. odgłosy jadącego pociągu. Nawet jeżeli ktoś nie czytał jeszcze książki, z pewnością różne sytuacje zna chociażby z filmu, albo z szeregu nawiązań w innych książkach czy filmach. Od samego początku lektury ma się już lepszy humor.     

   Sam tekst mnie nie zaskoczył, zaskoczyła mnie ponadczasowość tego teksu. Wszystko to, co zostało opisane, mogłoby wydarzyć się wszędzie w każdym czasie i w każdym niemal miejscu. Zachowania ludzkie są oczywiście takie same. I takie same są mechanizmy pewnych działań, wojsko chyba zawsze i wszędzie funkcjonuje tak samo, tzn. w sposób  pełen absurdów, z porażającą biurokracją, z wieloma niedouczonymi oficerami, megalomanami, wyżywającymi się na podwładnych. 

    To co natomiast najbardziej dało mi do myślenia, to czeski humor i sposób patrzenia na świat, pełen dystansu, bez tragizowania i napinania się. To coś zupełnie innego, niż u nas. U nas dominuje powaga, patos, drażliwość i cierpiętnictwo, obrażanie się, czucie się urażonym i wieczne odwoływanie się do przegranych bitew i podkreślanie roli ofiary. Owszem, pojawiają się u nas i to coraz częściej książki napisane z humorem, ale nie ma to właściwie żadnego znaczenia. Czyta mało kto, a tą konkretną książkę przeczyta garstka osób w porównaniu do liczby mieszkańców. Przygody Szwejka są zaś jedną z najważniejszych czeskich książek, są pomniki Szwejka, są restauracje nazwane jego imieniem. Chyba każdy Czech wie, kto jest Szwejk. Szwejk nie zamartwia się, nie obraża się, nie  tragizuje, nie jest mściwy, gdy spotyka go coś złego, stara się tym nie przejmować, przykładowo nawet gdy został aresztowany, to uznał, że trudno, to będzie aresztowany. Do tego jest życzliwy wobec ludzi, których spotyka. Każdemu przydałoby się trochę Szwejka w charakterze. Głupota Szwejka też jest powszechnie znana, ale gdy bliżej się jej przyjrzeć, to tak naprawdę nie wiadomo, czy to głupota, czy może jednak spryt. Wydaje mi się, że gdy już dobrych kilka pokoleń Czechów wychowuje się na Szwejku przez prawie stulecie, to widać to już w mentalności tego narodu. Nawet już podczas II wojny Czesi nie mieli problemu, aby się poddać i zaoszczędzić życie milionów ludzi. 

5/6


poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Grzegorz Skorupski "Dom pod Czerwonym Dębem"

 Dom Pod Czerwonym Dębem - Grzegorz Skorupski | okładka

    Najnowszy kryminał retro G. Skorupskiego rewelacyjnie odtwarza realia życia w latach 30-tych, ze znajomością psychologii jest już nieco gorzej. Książka nawiązuje do twórczości Agaty Christie, zabójcą bowiem mógł być tylko ktoś, kto uczestniczył w kolacji, podczas której doszło do zbrodni. Czyta się natomiast ciężko, powieść jest pełna bardzo szczegółowych informacji o historii sprzed 90 lat. Znaczną część tomu zajmują rozmowy o polityce, z naszego punktu widzenia już o historii. Autor wyraźnie postawił na historię, książce brak jest więc tej lotności, dzięki której kryminały można czytać do poduszki przed snem.    

    Jest to jednak idealna propozycja dla osób, lubiących historię. Akcja rozgrywa się w ciągu kilku dni w 1930r. Te kilka dni opisanych jest nie tylko w odniesieniu do bohaterów powieści, jest dokładny opis tego, co działo się wówczas w kraju, niemal godzina po godzinie. Są nagłówki gazet, zestawienia, co działo się w polityce, np. aresztowania posłów. A o czym się wówczas mówiło? To zaskakujące w porównaniu z obecnymi czasami, bo o naciskach na sądy, o próbach łamania przez rządzących sędziowskiej niezawisłości, o zamachach na wolność mediów (wątpliwą zresztą wolność z uwagi na cenzurę), właśnie o aresztowaniach przedstawicieli opozycji i osadzaniu ich bez wyroku sądu w Brześciu, itp. W powieści występuje sporo polityków, lokalnych, nie są to postacie historyczne, każda z nich omawiane wydarzenia ocenia oczywiście inaczej, w zależności od tego, jakie polityczne ugrupowanie reprezentuje. 

   Autor pokusił się o pewne charakterystyki osób. Tutaj jednak z tymi wnioskami, zupełnie się nie zgadzam. Przykładowo zabity, kandydat na posła, był wyjątkową kreaturą, fakt ten znany jest od samego początku. Z rozmów ze znajomymi, szczególnie z jednym z nich,  wynika jednak, że człowiek ten nie był kimś takim zawsze, że miał też piękną przeszłość, walczył w legionach. Jego dawny przyjaciel mówi, że ten zabity w życiu się pogubił, że zmienił się na gorsze pod wpływem różnych okoliczności życia, głównie wojny. Javier Marias, najwybitniejszy chyba spośród współczesnych pisarzy znawca psychologii  w genialnej trylogii "Twoja twarz jutro", o której pisałam m. in. tutaj, opisywał na przykładzie bohaterów, czy ludzie się zmieniają. Uważał, że nie zmieniają się zasadniczo. Że jedynie w pewnych okolicznościach niektóre cechy charakteru wcześniej nie wychodziły na jaw, bo po prostu nie było sprzyjających warunków, ale one tkwiły w człowieku. Tak samo uważała równie wyśmienita obserwatorka ludzkich charakterów Agata Christie, chociażby w powieści "Zakończeniem jest śmierć", o której pisałam tutaj. Inne obserwacje psychologiczne G. Skorupskiego też uważam za chybione, np. jeden z bohaterów chciał zostać posłem, ale rzekomo nie zależało mu na władzy, tylko na prestiżu i na pieniądzach. Reasumując, to są kwestie oczywiście dyskusyjne, nie każdy ma taki sam punkt widzenia. Godne uwagi jest już samo to, że autor tą psychologią się zajął i pobudził czytelników do myślenia. 

     W porównaniu do wydanych ostatnio i rozreklamowanych mocno gdzie tylko się da kryminałów, powieść G. Skorupskiego wypada naprawdę bardzo dobrze. Można nabrać zdrowego dystansu do współczesnych wydarzeń politycznych. Gdy porównam "Dom pod Czerwonym Dębem" do chociażby nagodzonych Nagrodą Wielkiego Kalibru "Roztopów " J. Pasierskiego, gdzie Pasierski mocno nawiązuje do historii, to "Dom pod Czerwonym Dębem" sytuuje się zdecydowanie kilka kategorii wyżej. 

5/6 

   

środa, 24 marca 2021

Daphne de Maurier "Ptaki"

 Ptaki - Hitchcock Alfred

   Autorka pisze o kwestiach ponadczasowych. I pisze językiem bez anachronizmów, w taki sposób, że całość czyta się z przyjemnością, mimo upływu ponad 50 lat od daty pierwszego wydania zbioru. 

     Autorka "Rebeki" znając się wyśmienicie na ludzkiej psychice, wiedziała doskonale, jakie są nasze atawistyczne wręcz lęki. A znając, stworzyła swoje opowiadania z sugestywnym mocno nastrojem grozy i właśnie z tymi ponadczasowymi lękami, niezależnymi ani od wykształcenia, ani od miejsca zamieszkania. Grozę budzą tu np. siły natury, tytułowe ptaki, którym to opowiadaniem zainspirował się sam Mistrz Suspensu Hitchcock. Niby nam się wydaje, że tak wiele potrafimy osiągnąć, że niby panujemy nad przyrodą,  ale gdzieś podświadomie czuje się, że to tylko ułuda. Ten lęk jest w "Ptakach". Jest też np. lęk przed zmarłymi i to niekoniecznie występującymi jako duchy, przed czymś nieokreślonym, co może zburzyć naszą egzystencję, są i inne lęki.

       Czytając  tak krótkie opowiadania wbrew wszelkim pozorom można sporo dowiedzieć się o człowieku. Autorka wychwytuje te momenty z życia, gdzie ludzie znajdują się w sytuacji granicznej i gdzie muszą działać, a jednocześnie dochodzą do głosu te głęboko w psychice ukryte lęki. Przykładowo w "Prowincjonalnym fotografie" przyglądamy się markizie, wypoczywającej z córkami nad morzem. Dni są do siebie bliźniaczo podobne.  Ale w końcu coś zaczyna się dziać i ostatecznie dochodzi do sytuacji, że w przeciągu kilku sekund życie kobiety może zostać wywrócone o 180 stopni. Ona oczywiście ma możliwość ruchu, zachowania się w określony sposób. Nasz noblistka powiedziała, że "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono", to oczywiście prawda. Ale co nieco o kimś wiedząc, możemy jednak przewidzieć pewne zachowania, nawet w sytuacji ekstremalnej, oczywiście z tym zastrzeżeniem, że są to tylko przewidywania. Znając już markizę w trakcie zwyczajnych dni, można próbować zgadnąć, jak zachowa się, gdy jej lęk przed utratą wszystkiego da o sobie znać i gdy będzie miała sekundy na decyzję. 

   Nie każde opowiadanie ze zbioru jest wyjątkowe, mnie najbardziej przypadły do gustu tytułowe "Ptaki", chociaż z filmem Hitchcocka mają wspólny tylko obraz miasteczka nad zatoką i ptaki, atakujące ludzi; "Jabłonka", o wdowcu  któremu wydaje się, że zmarła żona nadal wpływa na jego życie i chce wciąż go zadręczać; no i właśnie "Prowincjonalny fotograf". 

4/6      

niedziela, 21 marca 2021

Stefan Żeromski "Popioły" - audiobook, czyta Henryk Pijanowski

 

Audiobook Popioły  - autor Stefan Żeromski   - czyta Henryk Pijanowski

   Stefan Żeromski jest antytezą Sienkiewicza. Jego bohaterowie, walczący w wojnach napoleońskich, nie są pozbawionymi wad sienkiewiczowskimi herosami, a ci z którymi walczą, nie są ciemną tłuszczą, którą należy wybić. Odtwarzany świat pod żadnym względem nie jest czarno - biały. Nie tylko główni bohaterowie nie są ideałami, kobiety, które kochają, też nie mają w sobie nic z ideału. Nie ma na wpół świętych księży, a żaden z bohaterów nie znajduje ukojenia w Bogu. Rzeczywistość wojny jest brutalna. Pod koniec książki stają się, szczególnie jeden z nich, wręcz odrażającymi, zdegenerowanymi postaciami, opanowanymi przez znieczulicę, maszynkami, które najlepiej czują się, walcząc i zabijając. 

      Panujący u nas już od niemal kilkuset lat kult walki, w większości  z góry już skazanej na klęskę, który mamy chyba we krwi, wyssany z mlekiem matki, pokazany jest niczym pod szkłem powiększającym, budząc przerażenie, po co nasi przodkowie angażowali się we wszystkie niemal konflikty światowe. Nie ma tu romantyzmu, jest bród, smród, śmierć, rany, i tylko raz na jakiś czas pojawia się ktoś, kto tak naprawdę zastanawia się nad sensem tego, co robi.  Tylko jeden z żołnierzy, Polak, miał budzącą grozę świadomość, że tak naprawdę walcząc wraz z wojskami francuskimi w Hiszpanii, walczy w ludnością, broniącą swojego kraju przed najeźdźcą. Wiedział, że zabija i kradnie, że sumienie nie daje mu już spokoju i chciał zrezygnować. Reszta traktowała wojnę jak narkotyk.

 Żołnierze napoleońscy nie są ukazani jako niosący wolność ciemiężonym ludom, jak chciała tego ówczesna francuska propaganda, i jak często nawet do chwili obecnej jest to postrzegane. Ciemiężone ludy po najeździe przez Napoleona miały po prostu innego ciemiężcę, a do tego spalone domy, wymordowane rodziny, wielu z nich stało się kalekami. Kościoły były poniszczone, księża i zakonnice pozabijani, dokładnie jak w czasie nieodległej wówczas czasowo Rewolucji Francuskiej. Ciemiężeni nie poprzestawali na pogrążaniu się w cierpiętnictwie, walczyli z Francuzami, gdy udawało im się któregoś schwytać jako jeńca,  wymyślali najbardziej wyszukane tortury, a zwłoki wystawiali na widok publiczny np. na rozstajach dróg. Gdy czyta się opisy walk na ziemiach polskich, niszczenia przy tym dziedzictwa narodowego, zabytków, kościołów, np. w Sandomierzu, przerażenie budzi to, że ta obsesja walk cyklicznie się powtarza. Walcząc niszczymy wszystko co jest do zniszczenia, a gdy jest to coś już unicestwione, odbudowujemy i niszczymy po raz kolejny. 

    Książka jest nierówno napisana, niektóre fragmenty są mocno nużące, szczególnie początkowe. Potem, w miarę postępu akcji, słucha się coraz lepiej, a niektóre fragmenty, np. właśnie o Hiszpanii, są arcyciekawe. Psychologii nie ma za wiele, ale za to jest obraz całego społeczeństwa i typowych postaw, jakie reprezentowali chłopi, szlachta, arystokraci. Odczytanie jest fatalne, po najmniejszej linii oporu, byle tylko odczytać.  
5/6

niedziela, 14 marca 2021

Ida Żmiejewska "Warszawianka. Gdy zgasną światła"

 warszawianka-2-1.jpg

    Bardzo się ucieszyłam, że "Warszawianka", która jest wyśmienitym kryminałem retro, a o której pisałam tutaj, jest kontynuowana. Mieszkańcy Wrocławia mają kryminały retro Marka Krajewskiego, mieszkańcy Lublina ma Marcina Wrońskiego, Warszawa ma teraz Idę Żmiejewską. Pisarka tak jak i w poprzednim tomie wyśmienicie potrafi opisać zarówno realia epoki, jak też i miasto przed 130 lat. Leontyna jest postacią niestandardową, pełną rozterek, dylematów, ale jednocześnie potrafiącą wytrwale dążyć do wyznaczonego celu. Pierwszy tom odsłuchałam, słuchało się znakomicie, drugi przeczytałam, czytało się równie świetnie. Dla mnie gigantycznym plusem jest też to, że autorka nie epatuje przemocą i wulgaryzmami.   

     W powieści występują miejsca charakterystyczne dla Warszawy, właściwie jej symbole, np. Łazienki, Ogród Saski, czy Powązki, są też takie, które straciły na znaczeniu, ale istnieją dalej, np. Hotel Europejski, niegdyś najwykwintniejszy, a także takie, których już nie ma, np. cerkwie. Gdy zna się miasto, to niesamowite uczucie czytać, jak to ktoś spacerował po tych samych miejscach dawno, dawno temu, co wówczas czuł, o czym myślał. Autorka fascynuje się historią Warszawy, pod względem pokazania ówczesnego miasta powieść to prawdziwy majstersztyk. Obyczajowość tamtych lat niby jest znana, głównie z filmów czy książek, ale Żmijewska  potrafi opisać ją tak, że mimo wszystko robi wrażenie. Przykładowo pokazanie się dziewczyny z tzw. dobrego domu w miejscu publicznym, aczkolwiek w danej porze dnia mało uczęszczanym, w towarzystwie aktorki, mogło mocno nadszarpnąć jej pozycję towarzyską. Chęć edukacji u dziewczyny uważana była za coś absolutnie niepożądanego, co mogło zaniżyć jej szanse na rynku matrymonialnym, a do tego świadczyło o rzekomej głupocie dziewczyny, która "nie rozumie", co powinno być najważniejsze. Przykłady można mnożyć. 

     Leontyna mimo 24 lat sporo przeszła, jest postacią budzącą sympatię. Aleksander, rosyjski policjant budzi sympatię jeszcze większą. Dzięki Leontynie "Warszawianka" staje się powieścią o przekraczaniu granic, ciekawe, do jakiego stopnia, jeżeli będzie kontynuacja, to się okaże. To także powieść o głębszym, pozbawionym powierzchowności rozumieniu rzeczywistości. Leontynie do chwili poznania Aleksandra wszystko wydawało się proste, było dobro, czyli gnębieni Polacy, zsyłki, procesy, wyroki śmierci, i było zło, czyli Moskale i wszystko, co się z nimi wiąże. Raptem okazało się, że rzeczywistość nie jest czarno - biała. Pod tym względem nic się nie zmieniło i pewnie nigdy nie zmieni, znaczna część ludzi zawsze, teraz także rzeczywistość postrzega bez odcieni szarości. 

    Autorka zwraca uwagę na jeszcze inne sprawy. W większości powieści czy filmów gloryfikowana jest miłość, ukazywana jest ona w różny sposób, ale generalnie stawiana jest na piedestale, jako coś pożądanego i najlepszego, co może kogoś spotkać. Ida Żmiejewska nie neguje miłości,  ale w tej książce pisze sporo o przyjaźni. Nie tylko zakochanych ludzi stać na altruizm, coś wspaniałego i bezinteresownego można zrobić też dla przyjaciela. Jest pokazana przyjaźń męska i kobieca. Obie ciekawe, tym bardziej, że rodziny w których żyją bohaterowie, lub z których się wywodzą, są mocno toksyczne i destrukcyjne.

       Jak na mój gust bohaterowie mogliby być jeszcze bardziej skomplikowani, mogłoby być też więcej informacji o tym, co się wówczas czytało, czego się słuchało na koncertach, jakie obrazy się podziwiało, itp. 

5/6

     



czwartek, 11 marca 2021

Herbert Werner "Żelazne trumny"

 


Obraz znaleziony dla: Żelazne trumny. Rozmiar: 209 x 209. Źródło: livro.plllll


lllll




     Nie jestem ani fascynatką II wojny światowej, ale okręty podwodne zawsze mnie fascynowały i przerażały zarazem. Podobnie i załogi tych okrętów, żeby pływać na czymś takim trzeba mieć żelazne nerwy i masę innych predyspozycji. Tytułowe "Żelazne trumny" to klasyk gatunku, to książka właśnie o życiu na niemieckich U-bootach w czasie II wojny światowej, napisana przez niemieckiego oficera, który pływał na takich okrętach, był nawet dowódcą na dwóch. Książka jest napisana w formie beletrystycznej, trochę są to wspomnienia, trochę historii, nieco refleksji, czyta się ją naprawdę świetnie, nie ma nudy. Los autora budzi empatię, mimo pełnej świadomości, kim był. 

     "Żelazne trumny" są szalenie ciekawe również z punktu widzenia psychologicznego. Opisują ludzi, którzy byli najpierw panami świata, potem momentalnie się to zmieniło, musieli drżeć o życie swoje i  najbliższych. Życie na U-boocie mniej więcej do marca 43r. było całkiem znośne i względnie bezpieczne, jak na warunki wojenne. Ale gdy alianci wprowadzili nowe wyposażenie na swoich okrętach, i zmienili nieco taktykę, U-booty z myśliwych stały się zwierzyną łowną. Życie na okręcie podwodnym stało się piekłem. Na pokładzie panował smród, ciasnota, wszystko gniło, z obawy przed alianckim lotnictwem były problemy, żeby chociaż na chwilę się wynurzyć. Większość U-bootów była zatapiana, dotyczyło to około 80 - 90% całości floty podwodnej. Bomby głębinowe, mające zatopić U-boota bywały niekiedy spuszczane nawet i ponad 30 godzin z małymi przerwami. 

    Szokujące natomiast było dla mnie to, że w książce nie ma żadnych refleksji na temat sensu tej wojny, ani żadnych co do zatapianych okrętów i ludzi wraz z nimi. Ani autor ani nikt inny z załogi U-boota nie interesował się, co dzieje się z ludnością cywilną na zajmowanych przez Niemców terytoriach. Zatopienie okrętu wroga wywoływało jedynie radość i dumę. W książce tylko raz pada określenie "wyrzuty sumienia", ale bynajmniej nie dotyczy ono Niemców, tylko Rossevelta, który zdaniem autora wyrzuty sumienia powinien mieć w związku z bombardowaniem przez aliantów niemieckich miast. H. Werner pisze, że nawet już pod koniec wojny absolutnie nie było praktykowane prowadzenie rozmów, w których można byłoby chociażby poddać w wątpliwość sens czy prawidłowość jakieś posunięcia dowództwa. Pod koniec wojny Niemcy stworzyli sobie chyba własny wewnętrzny świat, taką "bańkę" i nie reagowali na fakty, nie interpretowali ich właściwie, nawet w kwietniu 45r. część z nich wierzyła, że wszystko może się jeszcze odwrócić, i że wygrają tą wojnę. To zjawisko psychologiczne już spotkałam, występuje ono chyba w każdych warunkach. 

   Przyglądanie się końcówce wojny z perspektywy Niemców jest ciekawym doświadczeniem. Wysyłanie U-bootów w patrole pod koniec wojny pozbawione było jakiegokolwiek sensu z punktu widzenia militarnego, lotnictwo natychmiast odnajdywało takie okręty i je bombardowało, a gdy to się nie udało, to sprawę załatwiały niszczyciele alianckie i inne alianckie okręty. Wysyłanie U-bootów w rejsy w tamtym czasie równoznaczne było z wydaniem wyroku śmierci na ich załogi. Autor miał tego świadomość, wspominał o tym. Wiedząc, że w każdej chwili może umrzeć, gdy był na lądzie, w miarę możliwości używał życia jak tylko mógł, robił wszystko, by nie myśleć, co go czeka. Nie odkładał niczego na później. Cieszył się słońcem, wiatrem, spaniem w czystej pościeli, celebrował posiłki, spotykał się z kobietami. O ile dla prawie wszystkich innych nacji koniec wojny był końcem koszmaru, o tyle dla Niemców był to koszmaru początek, w perspektywie nikt nie wiedział jak długiej, mieli różnego rodzaju obozy, głód, chłód, poniżanie, śmierć i świadomość, że ich rodziny również czeka koszmar, o ile oczywiście rodziny jeszcze żyły. 

  Książka naprawdę jest wyśmienita. Autor opisał coś, co mało kto przeżył. Nie kreował się na kogoś innego, niż był w rzeczywistości, jego obraz bezwzględnego zabójcy jest bardzo wiarygodny. A przy okazji można nawet i z podziwem patrzeć na inne jego cechy, np. właśnie wspomniane już żelazne  nerwy, umiejętność działania pod presją czasu i w każdych możliwych warunkach, umiejętność podejmowania decyzji w ułamku sekundy, skuteczność. Nie wiem, co dokładnie działo się z nim po wojnie, po ucieczce z obozu jenieckiego, wyczytałam tylko tyle, że zamieszkał na stałe w USA. Ciekawe, jak sobie poradził w normalnym życiu, napisał tylko tą jedną książkę, niejako z obowiązku wobec kolegów, którzy spoczęli na dnie oceanu. 

   Przez całość lektury nasuwają się refleksje o bezsensie wojny. Ani autor, ani inni niemieccy żołnierze nie mieli żadnego wpływu na wybuch wojny. To, że urodzili się w określonym czasie i miejscu zdeterminowało ich los. Zostali wyszkoleni tak, aby zabijać, jak to na wojnie. Też stali się straconym pokoleniem.  A z tych, co pływali na okrętach podwodnych, przeżyła garstka. Ta książka, chociaż ani razu nie pada w niej słowo pacyfizm, oducza nienawiści. Autor i inni żołnierze budzą współczucie. Tak samo stało się w przypadku "Na Zachodzie bez zmian" Remarque`a, współczujemy bohaterom pomimo tego, po której stronie walczyli. 
6/6

niedziela, 28 lutego 2021

Agata Christie "Zbrodnia na festynie"