środa, 9 października 2019

Rhys Bowen „W złotej klatce” – tom 8 z Molly Murphy

W złotej klatce - okładka książki

    
      Na ten tom trzeba było czekać rok! Ale się opłacało. Molly Murphy jak zwykle jest niezawodna. Nowy Jork sprzed 100 lat i zagadka kryminalna gwarantują dobrą rozrywkę i dobry humor. Tak jak i tomy poprzednie, ten również czyta się błyskawicznie. Tym razem Molly zajmuje się głównie tajemniczymi zgonami wśród swoich znajomych. Lekarze wskazywali na grypę jako przyczynę zgonu, ale ona podejrzewała otrucie. O trucizny w tamtych czasach było jeszcze łatwiej, niż obecnie, arszenik był obecny np. w zielonej tapecie. Molly rozwiązuje też zagadkę zdradzającego męża, co jest bardzo zabawne. 


       Jeszcze ciekawszy jest jednak problem tytułowej złotej klatki. To symbol kobiet, nierzadko mądrych i wykształconych, pochodzących z wyższych sfer, które po zamążpójściu stawały się uzależnione od męża. To uzależnienie dotyczyło nie tylko sfery materialnej. To mężczyzna  decydował o tym,  kiedy i z kim żona może się spotykać, jak ma spędzać wolny czas. Pozornie przebojowe dziewczyny, mające odwagę, aby się wykształcić, a nawet i być sufrażystkami, po ślubie stawały się cichymi kurami domowymi. Nie tylko porzucały wszelkie ambicje zawodowe, ale przestawały się interesować chociażby kulturą, literaturą i generalne wszystkim, co nie dotyczyło prowadzenia domu.  Molly podczas spotkania towarzyskiego w gronie młodych mężatek zorientowała się, że absolwentki dobrej uczelni rozmawiały tylko o strojach, mężach, przyjęciach itp.  


      Zastanawiałam się, w jakim czasie pisać o tych zjawiskach. Wbrew wszelkim pozorom, nie jest to przecież tylko przeszłość. Nie na taką już skalę, ale obecnie wiele kobiet zachowuje się podobnie. Rhys Bowen w każdym tomie pisze w taki sposób, że poza historycznymi już opisami miasta i pewnych zwyczajów, podejmuje problemy, które tak do końca się nie zdezaktualizowały. Sama Molly właśnie zastanawia się, jak to zrobić, aby przyjąć oświadczyny ukochanego, ale nie dać się zapędzić do złotej klatki.

5/6

   


niedziela, 6 października 2019

Lee Child "61 godzin" - audiobook, czyta Krzysztof Globisz

Audiobook 61 godzin  - autor Lee Child   - czyta Krzysztof Globisz

     Pisałam już kilkakrotnie o książkach Lee Childa a Jacku Reacherze jako o świetnej rozrywce z szalenie inteligentnym, błyskotliwym i wyjątkowo sprawnym fizycznie bohaterem. "61 godzin" doskonale mieści się w tym schemacie. W tym tomie opisany jest incydent z dzieciństwa Jacka, który uświadomił wszystkim, że chłopiec jest wyjątkowy. Gdy mieszkał z rodzicami i masą innych dzieci w bazie wojskowej, dzieciom puszczano film z groźnym potworem w roli głównej. Gdy potwór wyłaniał się na ekranie, dzieci piszczały, krzyczały, odsuwały się od ekranu itp. Puszczenie filmu było eksperymentem, seans i reakcje widzów były filmowane. Na filmie z projekcji widać wyraźnie, że tylko Jack od ekranu się nie odsuwał, a co więcej zamachnął się na potwora trzymanym w ręku nożem.

     Tym razem dorosły oczywiście Reacher znalazł się w Dakocie Południowej. Temperatura wynosiła tam około minus 30 stopni Celsjusza. Gdy ktoś chciał nawet na chwilę wyjść z samochodu, nie można było zgasić silnika, wiadomo było, że nie odpali. Kiedy z kolei ktoś znalazł się na zewnątrz dłużej niż na parę minut, na twarzy tworzyły się drobne ranki z mrozu, gdy wchodziło się do omieszczenia, wyglądało to tak, jakby twarz pokryta była warstwą krwi.

   W Dakocie Reacher natrafił na nietypową sytuację, kiedy to miejscowa policja nie mając dostatecznych środków, musiała chronić starszą kobietę, kluczowego świadka w sprawie handlu narkotykami. Pani ta, emerytowana bibliotekarka, miała mocno wpojone poczucie obowiązku. Mając świadomość, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, zdecydowała się zeznawać. Twierdziła, że nie ma innego wyjścia. Bardzo ciekawa postać. W wolnych chwilach oczywiście dużo czytała.

   W porównaniu do innych tomów z tej serii, "61 godzin" nie wypada najlepiej. O ile Lee Child naprawdę potrafi zaskakiwać, o tyle w tym tomie bardzo szybko zorientowałam się, kto jest tym cynglem, który będzie chciał zabić świadka. I ku mojemu zaskoczeniu Krzysztof Globisz jest w tym przypadku fatalnym lektorem. Słychać było, że czytał tekst po raz pierwszy. Reacher prowadził szereg rozmów telefonicznych z kobietą, która była dowódcą jednostki wojskowej. Była inteligentna, konkretna, a do tego miała zmysłowy głos, który spodobał się Reacherowi. Globisz czytając jej partie, odczytywał je tak, jakby mówiła zidiociała prostytutka, wabiąca klienta lub pracownica, obsługująca sex linię. Dopiero pod koniec książki zrezygnował z tej maniery. Jestem mocno zaskoczona, bo "Paragraf 22" w jego wykonaniu to prawdziwe mistrzostwo.

4/6 

czwartek, 3 października 2019

Andrzej Chwalba, Wojciech Harpula „Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski”

Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski - Chwalba Andrzej, Harpula Wojciech 



Gdyby nauczyciele na lekcjach historii mówili o niej w taki sposób, jak zaprezentowane jest w tej książce, dzieci i młodzież już w szkole zafascynowałyby się dawnymi dziejami. Lekcje historii często wyglądają w ten sposób, że omawiany jest  przebieg bitew, warunki różnych traktatów pokojowych, przebieg wojen itp. I właściwie nie za bardzo wiadomo, jaki jest sens uczenia się czegoś takiego, jaki to ma związek z współczesnością. Wystarczy, że ktoś przeczyta „Zwrotnice dziejów” i nie będzie już miał żadnych wątpliwości, czemu nauka historii służy i nie będzie się zastanawiał, czy taka ma ona sens. A przy okazji będzie się świetnie bawił.


    Autorzy wytypowali kilka wydarzeń z naszej historii, które wywarły gigantyczny wpływ na dalsze losy państwa. Niektóre są powszechnie znane, np. sprowadzenie do Polski Krzyżaków przez Konrada Mazowieckiego, czy podział Polski na dzielnice, albo uchwalenie Konstytucji 3 Maja. Inne znane są nieco mniej, np. gdy podczas sejmu elekcyjnego w 1587r. w odstępie kilku dni wybrano dwóch różnych królów: Zygmunta Wazę i Maksymiliana Habsburga. Każdemu wydarzeniu poświęcony jest jeden rozdział, gdzie początkowo opisywane jest samo wydarzenie, jego tło, a potem są rozważania, co by się stało, gdyby np. nie było Unii między Polską a Litwą, gdyby w 1587r. koronowany został  Habsburg, gdyby w okresie reformacji rządzący w Polsce zmienił wyznanie itp. W czasie dywagacji, „co mogłoby się stać, gdyby” zachowany jest pewien realizm, są odwołania do tego, co np. działo się w innych krajach, chociażby w trakcie rozbicia dzielnicowego, kiedy to większość państw europejskich też była podzielona, ale nie dotyczyło to jednak wszystkich. Nawet w przypadku wydarzeń powszechnie znanych autorzy potrafią ukazać je od takiej strony, że budzą zainteresowanie. 


      W trakcie lektury widać wyraźnie, jak szalenie, przez setki lat mszczą się nietrafne decyzje, podjęte nierozważnie, w pośpiechu, albo z powodu głupoty, niewiedzy, pychy czy krótkowzroczności. Setki lat ciągną się efekty myślenia stereotypowego, zamkniętego na jakiekolwiek nowości. Najgorsza w tym wszystkim jest chyba głupota. 
     Przykładowo Konrad Mazowiecki  sprowadził Krzyżaków licząc m. in. na to, że staną się buforem między Mazowszem a Prusakami czy Litwinami, którzy na to Mazowsze napadali. Nie zdawał sobie sprawy z tego, czym były wówczas Zakony Rycerskie, jak światli byli to ludzie, jakie posiadali umiejętności. Nie rozumiał, że za zakonnikami stoi doświadczenie wypraw krzyżowych. Nie rozumiał co tak naprawdę oznacza to, że za zakonnikami stoi sam papież. Myślał, że jest bardzo cwany, że Krzyżaków wykorzysta, że wrobi ich we wspominane walki. A dla nich był zapewne tylko prowincjonalnym głupkiem i od samego początku widzieli, kto tutaj kogo przechytrzy. Nie ma sensu przypominać, co działo się potem. Po jakimś czasie dzięki Krzyżakom postały Prusy. Gdy Zygmunt Stary miał szansę je dobić, wolał przyjąć hołd.  A gdy się popatrzy na granice II RP na północnym wschodzie widać wyraźnie, kto z nami sąsiadował i jakie ziemie zajmował. Skutki pomysłu Konrada Mazowieckiego trwały co najmniej do zakończenia II wojny. 


      Z kolei działającym w dobrej wierze reformatorom doby oświecenia brakło chociażby minimum pragmatyzmu i sprytu w stylu przysłowiowego lisa. Nie byli w stanie sobie wyobrazić, że Rosja traktując nasz kraj i w teorii i w praktyce jako swojego wasala, nie będzie mogła przyglądać się bezczynnie zakrojonym na szeroką skalę reformom ustrojowym. Patrząc z pogardą na przeciwników reform nie wpadli na pomysł, że może jednak lepiej byłoby zacząć z nimi rozmawiać, chociażby po to, aby wiedzieć, czego najbardziej nie będą w stanie zaakceptować. Gdyby reformy wprowadzane były małymi kroczkami, szanse na to, że się podźwigniemy i nie dojdzie do drugiego i trzeciego rozbioru, byłyby znacznie większe. Tezę tą prezentuje też Paweł Jasienica w „Rzeczpospolitej Obojga Narodów” i Stanisław Mackiewicz Cat w „Stanisławie Auguście”. Gdyby nie doszło do drugiego i trzeciego rozbioru przed śmiercią Katarzyny w 1796r., szanse na przetrwanie byłyby już niemal pewne. Jej syn Paweł robił wszystko inaczej, niż matka. A potem, gdy pojawił się już Napoleon, nikt nie zaprzątałby sobie głowy Polską.  


    Fobia antyniemiecka, jako jeden z kilku czynników, doprowadziła do tego, że Habsburg nie został królem. A czy na pewno byłoby to takie złe dla nas? Gdy się przyjrzy wielu krajom  pod rządami Habsburgów, wygląda na to, że raczej wyszło im to na dobre. Albo czy stałoby się coś strasznego, gdybyśmy jednak zmienili co nieco w kwestiach religijnych w dobie reformacji? Autor sugeruje, że wystarczyłoby zerwanie z Rzymem i już samo to mogłoby mieć daleko idące skutki. Nie byłoby nuncjusza papieskiego i nie miałby kto popychać nas w kierunku wojen z innowiercami. A gdyby król był innowiercą, to w późniejszym czasie nie byłoby fanatyzmu religijnego na tak wielką skalę.   

     Najbardziej fascynujące jest to, że książka budzi emocje, z pewnym alternatywnym przebiegiem zdarzeń można się zgodzić, z innym nie. Jedyna rzecz, jaką autorzy mogli nieco inaczej przedstawić, to opisy wydarzeń, które były punktem wyjścia dla dalszych rozważań. O ile dywagacje na temat alternatywnych losów państwa są arcyciekawe, to poprzedzające je wprowadzenia już niekoniecznie, są zbyt szczegółowe. Gdyby autorzy skrótowo przedstawili pewne sytuacje, np. wybór dwóch królów podczas elekcji i skupiliby się właśni na losach alternatywnych, czytałoby się jeszcze lepiej.

6/6


wtorek, 24 września 2019

Kostas Hatziantoniou „Agrigento”


„Agrigento” to porywająca powieść nie tylko o Sycylii. Fascynujące jest w niej to, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość  niejako się przenikają. Nie dzieje się to w żaden magiczny sposób. Wystarczy, że główny bohater, Anchite, lekarz w starszym wieku, pasjonuje się historią, delektuje się pięknem krajobrazu czy starożytnych ruin, czyta dzieła, które powstały wieki temu. I co więcej, wciela w życie myśli starożytnych filozofów  o świecie, ludziach, upływającym czasie itp. Mieszka on na południu Sycylii w Agrigento, starożytnym Akragas. A książka jest nie tylko o Sycylii, bo każdy przecież może, tak jak i ten lekarz żyć, czerpiąc z tego dziedzictwa, które zostawili nam przodkowie, którzy mieszkali tam, gdzie my. „Agrigento” inspiruje czytelnika do tego, aby zaczął fascynować się historią miejsc, w których żyje. Europejska Nagroda Literacka z 2011r. jest bez cienia wątpliwości zasłużona.

   Czytając śledzi się losy lekarza, jego córki, ukrywającego się przestępcy, Greka, który podjął próbę odnalezienia dawnej miłości i in. Reprezentują oni różne punkty widzenia i różne warstwy społeczne. Żona lekarza pochodziła z arystokratycznego rodu, uciekinier raczej z nizin, Grek zajmował się biznesem. Żadna z tych osób nie jest obojętna na urok Sycylii. Córka lekarza po powrocie na wyspę żałowała, że przez wiele lat był niezdolna do czerpania inspiracji z doliny, którą tak kochała. Patrząc na współczesnych ludzi, bohaterowie mogą dopatrywać się w nich rysów starożytnych przodków. Przykładowo jeden z nich widząc starszą kobietę o siwych, niefarbowanych włosach, zauważył, że „mocą spokoju swojej dojrzałej urody…przywoływała obrazy mitycznych dni.”

     A porównanie różnych refleksji bohaterów książki i cytowanych myśli starożytnego filozofa Empedoklesa, wskazuje na to, że różnice nie są znaczne. Empedokles mówił: „Strzeżcie się nikczemności. Bowiem wzburzeni wielką nikczemnością, nigdy nie uwolnicie serca od smutnego cierpienia.” Współczesny Ruggero mówił językiem mniej wyszukanym, zapis jego myśli brzmi nawet nieco grafomańsko. Ale jego spostrzeżenia też są godne uwagi , np. „Szczęśliwy jest ten, co żyje w zgodzie ze sobą, z własnym charakterem, i doświadcza smutków i trosk, a nie od nich ucieka”.   

     Akcja powieści jest nieśpieszna. Jak na mój gust wprowadzenie do fabuły fragmentów dzieła, pisanego przez lekarza Anchite, nie było konieczne. Lekarz pisał historię Sycylii. Ta jego historia przypomina niestety jednak fragmenty szkolnego podręcznika. Można oczywiście kartki z tą historią opuścić, z racji tego jednak, że czytam zawsze całość, bez szatkowania jej na kawałki, trochę się przy tej historii męczyłam. Irytowały mnie też i zaskakiwały fragmenty o mafii. Gdyby ktoś nie wiedział, co to pojęcie znaczy, po lekturze mógłby pomyśleć, że to mieszanka  prywatnej policji, organizacji dobroczynnej, prawych kowbojów z westernów. Szokujące są informacje o związkach mafii z arystokracją.

   Jeżeli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o Sycylii, może sięgnąć po wspominane w „Agrigento” książki, przyjrzeć się również wymienionym  tam dziełom sztuki, obejrzeć wymieniane filmy. Aż dziwne, że autorem książki nie jest Włoch, tylko Grek.

5/6




sobota, 21 września 2019

Vincent. V. Severski "Odwet" - audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła

Audiobook Odwet  - autor Vincent V. Severski   - czyta Krzysztof Gosztyła

    Książki Severskiego były dla mnie zawsze gwarancją lektury, która wciąga i przy której można zapomnieć o otaczającym świecie. "Odwet" jest jednak pierwszą, która mnie już nieco nużyła. Jest wtórna w porównaniu do wszystkich tomów poprzednich. Jest to druga część drugiego cyklu Severskiego, ale można po nią sięgnąć bez względu na to, czy ktoś czytał tom poprzedni.
      We wcześniejszych tomach były podjęte różne, nieznane lub mało znane tematy, np. nielegałowie. Zakończenie, gdzie jest totalne przysłowiowe trzęsienie ziemi może zaskoczyć tylko raz. Po kolejnym razie wydaje się absurdalne, przewidywalne i męczące. Irytują też czarno - biali bohaterowie. Oficerowie naszego wywiadu, tzn. główni bohaterowie, są w stylu Jamesa Bonda, pozostali są źli i często głupi. We wcześniejszych tomach były też postacie w różnych odcieniach szarości, np. oficer rosyjskiego wywiadu Michaił. Żaden z wątków powieści mnie nie wciągnął.
    W Algierze oraz w Baku doszło w zbliżonym czasie do śmierci agentów polskiego wywiadu. Temu w Algierze podcięto gardło, a ten z Baku został zamordowany w domu, zrobiono to tak, iż wszystko wskazywało na zawał serca. Wydarzenia oczywiście się łączą, a na miejsce przybywają nasi Bondowie. W Warszawie z kolei oficerowie dostają zadanie napisania raportu o polityku, który wygrywa w sondażach i może zmienić układ sceny politycznej. Inwigilują go, mając jednocześnie świadomość, że są wykorzystywani do politycznej gierki w nadchodzących wyborach.
     Najciekawsze wątki zostały zaledwie zasygnalizowane. Jeden z bohaterów to chociażby oficer rosyjskiego wywiadu, szef komórki ds. Polski, zajmującej się dezinformacją i manipulacją. Inny to również pracujący w wywiadzie rosyjskim dziennikarz. Gdyby autor rozwinął te wątki w kolejnych częściach, mogłoby być ciekawie. Po lekturze "Odwetu" można jedynie domyślać się, na czym konkretnie polega praca twórcza pierwszego z nich. Pokazane jest jedynie, jak zbiera informacje o zabitym oficerze, ale nie wiadomo, czy i jak, oraz z jakim skutkiem je wykorzysta. Pamiętając, z jaką determinacją zbierał dane, ile środków finansowych wydatkował, a także mając świadomość, że jest to człowiek inteligentny, można się domyślić, że potrafi te informacje wykorzystać skutecznie. 
     A co do samego audiobooka, to gdy pada nazwisko K. Gosztyły jako czytającego, dodatkowy komentarz jest zbędny. Zawsze jest to mistrzostwo.

4/6


środa, 18 września 2019

Agata Christie "Przyjdź i zgiń"


    


    Żadne chyba spotkanie z twórczością Agaty Christie nie może być nieudane. W każdej jej powieści zbrodnia zostaje wykryta dzięki intelektowi i umiejętności myślenia osoby, prowadzącej śledztwo. Obecnie ludzie są szalenie zajęci, cały czas w ruchu, wiecznie coś robią, człowiek, który nie jest nadmiernie skoncentrowany na sobie, siedzący i tylko myślący, jest rzadkością. Podobnie jest i z dziećmi, mają praktycznie wszystko, co chcą, ale wątpię czy są przez to mądrzejsze. W tym tomie przedstawione jest szalenie bystre dziecko, które ma wysoki intelekt najprawdopodobniej dzięki m. in. temu, że mogło jakiś czas spędzać czas samo ze sobą i mogło myśleć. Myślący człowiek u Królowej Kryminału jest w stanie dokonać niemal wszystkiego. W książce tej, podobnie zresztą jak i w innych, nie ma drastycznych scen z przemocą, jest nostalgiczny nieco klimat retro, jest sporo humoru, a całosć wciąga.   

    Młoda stenotypistka, Sheila została skierowana przez agencję, w której był zatrudniona, do domu niewidomej kobiety. Gdy znalzała się już pod wskazanym adresem, nie zastała pani domu, w salonie zaś zobaczyła marwego mężczyznę. W salonie było też kilka zegarów, jak się okazało, nienależących do właścicielki domu. Kim był zabity, ustalono dopiero po jakimś czasie. Właścicielka go nie znała, a ani ona, ani nikt z sąsiadów nie był w stanie nic powiedzieć ani na temat zmarłego, ani o zbrodni. Śledztwo w tym przypadku prowadził inspektor poolicji Hardcastle, a pomagał mu jego znajomy, zatrudniony w bliżej nieokreślonych angielskich tajnych słyżbach, Colin Lamb. Colin z kolei znał samego Herkulesa Poirot. Detektywa, który zasłynął głównie z tego, że myślał, analizował, wyciągał wnioski. 

   W tym tomie jest dosyć ciekawy motyw mężczyzny, zauroczonego młodą kobietą, która była co najmniej kłamczuchą, a jej uczciwość też stała pod sporym znakiem zapytania. Rozsądek chłopaka, jak również życzliwy mu przyjaciel, podpowiadał mu, że najlepiej byloby dać sobie spokój. On jednak wbrew temu zdrowemu rozsadkowi, ale zgodnie z instynktem, przeczuciem, czy po prostu swoim wewnętrznym pragnieniem, dążył jednak do pogłębienia znajomości. Czyżby bogate doświadczenie życiowe i mądrość Agaty wskazywało własnie na to, że to jest jednak najlepsza droga do szczęścia?      

    Tytułu tego mimo niewątpliwych walorów nie zaliczyłabym jednak do najlepszych u Agaty. Początkujacym w jej twórczości osobom radziałabym sięgnąć po inne powieści, np. "Niedziela na wsi", czy "Pora przypływu". Książka powstała w bradzo późnym okresie twórczości i widać wyraźnie powielające się już wcześniej motywy. Trup nieznanej osoby w cudzym domu był już w "Nocy w bibliotece". Zegary były w "Tajemnicy siedmiu zegrów". Mało jest Herkulesa, a pojawia się bardzo późno, dopiero w połowie ksiażki. Charaktery bohaterów są zaledwie zarysowane, poszczególne postacie, które mogły być potencjalnymi sprawcami, występują jedynie incydentalnie. Wątki tajnych służb są wrzucone nie wiadomo po co. Generalnie to te książki Agaty, w których pojawia się motyw tajnych slużb, sa słabsze od pozostałych. 

   Z pewnością jednak po powieść można sięgnąć.  
4/6

poniedziałek, 16 września 2019

Andrea Camilleri "Sierpniowy żar" - cykl z komisarzem Montalbano, tom 10, audiobook, czyta Dariusz Kowalski

Audiobook Sierpniowy żar  - autor Andrea Camilleri   - czyta Dariusz Kowalski

   Sceneria tego tomu jest dość upiorna, przynajmniej dla mnie, bo ów tytułowy sierpniowy  żar, to żar, którego nie są w stanie znieść nawet rodowici Sycylijczycy. W tej piekielnej scenerii pojawia się jednak nieoczekiwanie wątek zjawisk paranormalnych. Otóż w domu, przeznaczonym na wynajem dla turystów, nasz komisarz znalazł zwłoki młodej dziewczyny. Stało się to w ten sposób, że przybyła do niego na letni urlop jego narzeczona, czy może raczej partnerka na odległość, Livia, wraz z przyjaciółmi, tj. małżeństwem z dzieckiem.  Tożsamość ofiary udało się dość szybko zidentyfikować. Montalbano musiał spotkać się z siostrą bliźniaczką zamordowanej dziewczyny, Adrianą, studentką wyjątkowej urody. Adriana opowiedziała mu, że miały z siostrą tak silną więź, że każda wyczuwała na odległość emocje drugiej z danej chwili, o ile tylko były to emocje bardzo silne.

   Montalbano jak zwykle delektuje się życiem, pływa w morzu, jada wspaniałe posiłki, przyrządzone przez gospodynię, z racji przyjazdu Livii z przyjaciółmi, udziela się towarzysko. W tym tomie ma 54 lata i tego wieku również nie przyjmuje do wiadomości. Camilleri opisał tutaj schemat, według którego odpowiedzialny, uczciwy, w mocno dojrzałym wieku mężczyzna, kochający na swój sposób partnerkę,  jest w stanie zauroczyć się obcą dziewczyną, która mogłaby być jego córką. Montalbano po poznaniu Adriany zaczął zachowywać się zupełnie nieracjonalnie, tak jak nie on, podobnie do natury, która w tytułowym sierpniu jest nie do wytrzymania. Uwierzył, że jest tak świetny, przystojny, mądry itp. i że faktycznie spodobał się tak młodej dziewczynie. Jaki był epilog tego spotkania, każdy może się przekonać. Przebieg tego zauroczenia, tej jakby gorączki, która opanowała komisarza, jest szalenie sugestywny i odnoszę wrażenie, że opis takiego zachowania, w tym motywów mężczyzny, jest ponadczasowy. 

    W tle oczywiście jest Sycylia. Jeżeli ktoś z czytelników uważa, że polscy urzędnicy nie pracują najlepiej, może przekonać się, że w porównaniu z tym, jak to wygląda we Włoszech, u nas jest świetnie. Przykładowo Niemiec, budujący dom na Sycylii, miał zgodnie z pozwoleniem prawo do budowy domu piętrowego. Wybudował dom z dwoma piętrami i aby ukryć samowolę budowlaną, jedną, najniższą kondygnację przysypał piaskiem. Całość miała stać do czasu, kiedy zgodnie z przepisami, samowola zostanie już w majestacie prawa zalegalizowana. Nie wiedział biedaczek, że na Sycylii nikt nie przejmuje się samowolami budowlanymi, nikt ich nie ukrywa i nikt nikomu nigdy nie każe niczego wyburzać. Wymiar sprawiedliwości z kolei jest tak skorumpowany, że nawet Montalbano ma świadomość, że majętny przestępca, mający znajomości, bez względu na to, jak straszną zbrodnię popełni, nie poniesie ostatecznie żadnej odpowiedzialności. 
 
4/6
  
    

niedziela, 1 września 2019

Marcin Meller "Nietoperz i suszone cytryny"

 
  
Okładka książki Nietoperz i suszone cytryny
                                                                           
       
   
    Wyśmienita lektura. Gdy już się wciągnęłam, nie mogłam się oderwać. Jest to zbiór felietonów na niemal każdy temat. Są i poważne i lekkie, o książkach, muzyce, filmach, serialach, polityce, historii, o podróżach, o znajomych itp. Są i o współpracy z Polityką, Newsweekiem, Playboyem. Jedne są lekkie, inne wymagają pewnego zastanowienia. Całość napisana jest z poczuciem humoru. Najlepiej jest czytać je jeden po drugim, bez odkładania książki, narracja wówczas mocno wciąga. Po pozycję tą może sięgnąć i czytelnik młody i ten, który jest w starszym wieku.
    Poglądy polityczne autora są jasne, ale nie widać nigdzie zacietrzewienia, w swych poglądach nie jest też monolitem. Jeśli ktoś z prawej strony sceny politycznej nie jest fanatykiem, również może zabrać się do czytania. Meller nie uważa, że jedna strona sceny politycznej jest ideałem. Wie, że w jego poglądach "nie ma konsekwencji i spójności" i że "może i jest to symetrystyczne". I odpowiada tym, którzy czynią mu z tego zarzut: "Od prostych grepsów jesteście wy".

    Zastanawiałam się nad tym, w czym tkwi klucz do tego, że ta książka jest tak wyśmienita. W szczerości autora, to się wyczuwa. W niektórych tekstach ukazany jest w niekoniecznie idealnym świetle. W różnorodności jego zainteresowań też, opisuje np. filmy poważne, ale i rozrywkowe. Ale spore znaczenie ma też jego podejście do życia. Jest po prostu zadowolony z życia. Lubi to, co robi i to nie tylko pod względem zawodowym. Lubi pisać, oglądać filmy, czytać, jeść, spotykać się z przyjaciółmi, znalazł swoje miejsce na ziemii, w sensie dosłownym i przenośnym. Do problemów podchodzi z dystansem, do znajomych z dużą dozą wyrozumiałości.

6/6  



poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Andrea Camilleri "Ślad na piasku" cykl z komisarzem Montalbano tom 12


    Chciałam zacząć czytanie cyklu od pierwszego tomu, za wyjątkiem 14, który parę lat temu już przeczytałam. Ale od lipca, gdy niemal 100 letni autor zmarł, kupno całości nie jest możliwe. Można więc i zacząć od środka i nic się nie stanie. 

      Kim jest komisarz Montalbano? W tym tomie ma 56 lat, mieszka na Sycylii, w małej miejscowości w domu tuż nad brzegiem morza. Mieszka sam, ale żyje w dość luźnym związku na odległość z Livią. Zależy mu na niej, ale chwilami cieszy się, że jej w pobliżu nie ma. Lubi czytać, książki kupuje w pobliskiej księgarni, w tym tomie obserwujemy go, gdy zakupił Mankella, Enquista, Sjowall, Wahloo. Kim są trzej ostatni autorzy, to nie wiem. Komisarz lubi dobre jedzenie i dobre wino. Lubi myśleć, a gdy to robi, stacza coś w rodzaju dialogu między samym sobą, jeden głos mówi mu, aby zrobił coś, a drugi go do tego zniechęca. Jest bardzo wrażliwy na ludzką krzywdę, na krzywdę zwierząt również. Jest odważny. Potrafi delektować się chwilą, posiłkiem, kąpielą, papierosem i innymi drobiazgami. W tym tomie co jakiś czas widzimy, że nieco przeraża go jego wiek, wzbrania się przed noszeniem okularów, poczytując to jako oznakę starości.  Obserwuje, że jego kolega z pracy, Fazio, się starzeje, stracił wiarę w to, że cokolwiek może mu się udać. 

      Jest jeszcze i główna bohaterka książki, a właściwie i cyklu, Sycylia. Camilleri był Sycylijczykiem, tak więc wyspę opisał wiernie. Klimat i dosłowny i w przenośni się czuje. Czuje się gorąco i widzi się słońce. A można zorientować się co do historii i co do miejscowych obyczajów. Mafia nie zabija w niedzielę. W niedzielę idzie się do kościoła, potem do rodziców na obiad, na lody itp. Napotkany przypadkowo wieśniak ma przy sobie śniadanie: chleb, ser i butelkę wina. Gdy dochodzi do strzelaniny wiadomo, że doświadczeni w tego typu sytuacjach ludzie będą udawać, że niczego nie słyszeli. Można zwiedzać starożytne świątynie. Ale ostały się tylko te, które w odpowiednim czasie zostały przerobione na kościoły katolickie. Te nieprzerobione zostały zburzone. 

    W tym tomie Montalbano poszukuje zabójców pięknego konia wyścigowego. Robi to z własnej woli i mimo innych obowiązków. Zabójstwo było brutalne. Boi się, że ktoś inny mógłby nie przyłożyć się do tej sprawy. A on chce sprawcom, po ich ujęciu, spojrzeć w oczy. 

     Książkę czyta się świetnie. Wciąga. Sporo poczucia humoru i zabawnych dialogów. 

5/6

sobota, 17 sierpnia 2019

Joseph Roth „Wiedeńskie znaki czasu”



    Jeżeli ktoś jest zaniepokojony lub nawet i przerażony tym, co dzieje się współcześnie dookoła, np. klęską suszy, zmianami klimatu, polityką najogólniej mówiąc, szalejącym populizmem, groźbą wojny,   przemianami obyczajowymi i masą innych rzeczy, powinien sięgnąć po „Wiedeński znaki czasu”. Joseph Roth swoje felietony wiedeńskie napisał dokładne 100 lat temu, problemy były wówczas inne. Ale świat, który znał, nagle przestał istnieć. I zastąpił go świat gorszy z jego punktu widzenia i nieprzewidywalny. Ukochane przez niego cesarstwo przestało istnieć. Austro –Węgry przestały istnieć. Wiedeń, niegdyś niemal stolica świata, stał się miastem biedaków. U progu, bo już na Węgrzech, szalała rewolucja bolszewicka, a wówczas nie było wiadomo, jak to się może skończyć. W felietonach nie znajdzie się  lekarstwa na lęk przed zmieniającym się światem i przed masą niebezpieczeństw, jakie się wyłaniają. Ale  można poczuć, że inni ludzie już przeżywali takie stany. I po tym względem felietony Rotha się nie zdezaktualizowały i nie jest tak, że mają tylko wartość historyczną.

     Nie zdezaktualizowały się także i z tego względu, że zawsze są i będą jacyś ludzie biedni i nieszczęśliwi, nad którymi należałoby się pochylić. A Joseph Roth nigdy takich osób nie mijał obojętnie. Zawsze wiedział, komu dzieje się krzywda. Był mistrzem empatii. Proust np., którego dopiero co skończyłam czytać,  też pisał genialnie, ale żadnymi biedakami nigdy sobie głowy nie zawracał. Sporo jest teraz literatury lekkiej, pokazującej nieskomplikowany obraz „pięknego świata”. Nie ma tam biedy i nieszczęść. Życie jest pasjonującą przygodą, w trakcie której można co najwyżej natrafić na trudności, które można i należy przezwyciężyć. Życie w warunkach pokoju i we względnym dobrobycie może utwierdzać w takim przekonaniu. Warto jednak sięgnąć do literatury, która ten piękny i prosty obrazek może nam nieco wzruszyć, albo nawet i zburzyć. Chociażby nawet po to, aby uzmysłowić sobie, że może jednak nie do końca mamy racje. Że życie z punktu widzenia tych skrzywdzonych i nieszczęśliwych wygląda zupełnie inaczej. Roth do tego stopnia skupił się na nich, że aby funkcjonować, zaczął się znieczulać alkoholem. A potem już nie mógł przestać pić. 

          Poszczególne teksty są krótkie, czyta się je szybko, ale o niektórych z nich trudno jest zapomnieć.  Pisarz nie miał żadnych złudzeń co natury ludzkiej. Widział bez żadnych upiększeń. I bynajmniej nie uważał, że ludzie są dobrzy, a życie jest piękne. Uważał, że jest dokładnie odwrotnie. Oczywiście nie generalizował, był mędrcem. W felietonie „Marionetki” opisał 7 letnią dziewczynkę, Lily, którą zabrał na przedstawienie kukiełek. Wspomniał, jak widzowie obserwują w trakcie spektaklu poruszające się marionetki. „Widz nie widzi poruszanych przez aktorów grubych drutów, ani prymitywnego mechanizmu, którym opatrzność boska dyryguje losami”. Doszedł też do wniosku, że „Marionetki nie kłamią tak, jak ludzie. Gdy nie porusza ich drut, tkwią w bezruchu. I nie udają wolnej woli tam, gdzie istnieje tylko dyktat aktora, poruszającego drutami. Prawda istnieje tylko w świecie marionetek”. Po spektaklu chciał pokazać dziewczynce „powagę życia”, „by zobaczyła, jaki jest koniec każdej ziemskiej przyjemności. Jak biedne i pozbawione duszy są te lalki”. „Zburzę okrutnie iluzje, myślałem”. Ale dziewczynce w niczym nie przeszkadzało, gdy zobaczyła z bliska lalki. Widziała, że są częściowo popsute i wyglądają strasznie. Śmiała się. Zamiast rozczulać się nad dziewczynką, jak jest piękna i mądra, jak to mają w zwyczaju dorośli, konkluzja autora była zupełnie inna. Stwierdził, że małe dziewczynki potrafią być „jakże okrutne”. A potem, gdy dorosną są okrutne jeszcze bardziej.   

     W innym tekście opisał, jak to młoda dziewczyna, Resi poznała mężczyznę. Zauważył, że się sobie spodobali. Stwierdził jednak, że wie, jak historia ta dalej się potoczy. Mężczyzna, nauczyciel zresztą, będzie czytał Resi swoje poezje, potem pojawi się dziecko. A potem nastąpi koniec miłości. Opowiedział też bajkę o biednym skrzypku, który zakochał się w królewnie, „I stało się to, co musiało się stać”, królewna wybrała innego. I jeszcze jedna próbka, aby zobrazować styl pisania Rotha. Opisał oszusta. „Spójrzcie na tego małego jasnowłosego chłopca w marynarskim stroju. Święty duch zysku nadał jego twarzy rys zadufania, na czole wyrył kainowy znak: piętno oszusta, co mydli oczy własnemu bratu”.

    Od kiedy pierwszy raz sięgnęłam po Josepha Rotha, nie przestaję go czytać. Postrzegam go jako geniusza i wybitnego Pisarza, właśnie przez duże P. W tekstach wiedeńskich jedne są lepsze, drugie ciut gorsze, ale te lepsze rekompensują wszystko. Na uwagę zasługuje też wstęp prof. Jacka Purchli, który snuje swoje refleksje na temat felietonów, ale przybliża też historię Wiednia z okresu, w jakim mieszkał tam pisarz.  

     6/6

wtorek, 13 sierpnia 2019

Lilian Jackson Braun „Kot, którego tam nie było” tom 14

Okładka książki Kot, którego tam nie było


    Jak zwykle zagadka kryminalna plus pochwała życia, indywidualizmu i cieszenia się codziennością. Tym razem wyjątkowo Qwill pojechał wraz z mieszkańcami Pickax na wycieczkę do Szkocji. Koty zostawił w domu pod znakomita opieką. Podczas wycieczki jedna z uczestniczek nagle zmarła, a okoliczności śmierci wydały się Qwillowi podejrzane. Swoje śledztwo rozpoczął po powrocie. Czas wycieczki jest wspomniany dość ogólnikowo, to taki wstęp, a właściwa akcja rozpoczyna się po powrocie.

    Qwill nie marudził, że wycieczka wyglądała nie do końca tak, jak można było się spodziewać. Cieszył się tym, co zobaczył. Wyspy szkockie wspominał jako najciekawsze. Jest w nich bowiem „coś dzikiego i mistycznego, coś ponadczasowego. Czujesz to w kamieniach pod stopami, pradawną obecność Piktów, Rzymian, Saksonów, Celtów, Anglów, wikingów.”

   Zainteresował się przygotowaniami miejscowego, amatorskiego teatru do wystawienia „Hamleta.” Rozmawiał o „Hamlecie” z Polly. I nie rozumiał go tylko jako czegoś starego, klasyki, bez związku ze spółczesnością, tylko jako sztukę aktualną. „To dzieło pełne emocji. A roi się w niej od wiedźm, duchów, pojedynków i okropnych zabójstw. Wiele mówi o pokusach, ludzkim upadku, duchowym złu i nieopanowanej ambicji.”

   Qwill musiał też stoczyć „walki” o to, aby mógł być sobą i aby nikt nie zmuszał go do ożenku i posiadania potomstwa. Nawet najbardziej życzliwi przyjaciele bowiem  nie dawali mu pod tym względem spokoju. Mówił „Jestem  kawalerem  z wyboru, charakteru i w moim postrzeganiu świata nie ma miejsca na potomstwo”, a majątek po śmierci przejdzie na cele charytatywne. Był rozwodnikiem, a nie kawalerem, ale widocznie bardziej czuł się kawalerem, skoro tak mówił. Jego przyjaciel tłumaczył mu, że małżeństwo, to jedyny przyzwoity sposób na życie, a Polly „się marnuje” skoro nie jest mężatką. Hasło o marnowaniu się Polly mocno Qwilla zdenerwowało, więc zripostował, że Polly prowadzi udane i pożyteczne życie.

   No i nie zabrakło kotów.  Jedni ludzie cały czas muszą być w ruchu, jeździć gdzieś lub być w towarzystwie, a Qwill chociaż spotykał się często ze znajomymi i przyjaciółmi, potrzebował też czasu dla siebie. Wieczorem koty  lokowały się na jego nogach. Jednego wieczora ”Yum Yum zapadła się w nie ciężko, opierając brodę na jego nadgarstku. Nawet Koko, który unikał czułości, wtulił się w jego brzuch. Dopiero wtedy Qwilleran mógł obiektywnie pomyśleć.”   

   Zagadka kryminalna też jest ciekawa. I w tym tomie pojawia się też moja ulubiona bohaterka całego cyklu, czyli Amanda, która jak zawsze mówi każdemu, co myśli.

6/6