środa, 5 czerwca 2019

Peter Colley „Wrócę przed północą” – spektakl teatralny Teatr Kwadrat Warszawa












 
Jest to kolejna pozycja z  
cy





     Jest to kolejna pozycja z cyklu spektakli lekkich, łatwych i przyjemnych, podczas których można się doskonale pośmiać, a jednocześnie niepozbawionych treści i wartych przemyślenia. I podobnie jak i poprzednie sztuki w Kwadracie, jak na razie tekst nie jest dostępny w j. polskim. Autor grany na całym świecie, u nas pozostaje nieznany.

   Podczas sztuki można się i pośmiać i bać się jednocześnie. Młode małżeństwo przybyło do domku na odludzi, aby pani domu mogła podleczyć zszarpane nerwy, zaś jej mąż nastawił się na pracę naukową. Ona, Amy, dopiero co opuściła szpital psychiatryczny, jest nadwrażliwa i nerwowa, on sprawia wrażenie, jakby chciał jej pomóc. Już na samym początku sąsiad poinformował ich, że w zamieszkiwanym przez nich domku doszło kiedyś do morderstwa, a duch zabitej kobiety krąży w pobliżu. Zabrzmiało to złowrogo, momentami jednak naprawdę można się przestraszyć. Do domku przybyła jeszcze siostra pana domu, zapewne przyrodnia, tzn. kuzynka i to chyba dalsza, bo relacje między nimi nie wyglądają tylko na braterskie. Amy czuje się coraz gorzej, widzi ducha zmarłej kobiety, męża podejrzewa o dziwne konszachty z siostrą i to jeszcze wymierzone przeciwko niej.
     Poza czystą zabawa warto zwrócić uwagę na biedną Amy. Ludzie z zaburzeniami psychicznymi często są niezrozumiani przez otoczenie. Postrzegani są jako dziwni i zachowujący się niezrozumiale. Gdy natomiast patrzy się na świat oczami tej dziewczyny, tak bowiem napisany jest scenariusz, świat wydaje się przerażający, a te jej obawy wyglądają na całkowicie uzasadnione. Budzi się empatia. Zaskoczeniem są też charaktery ludzkie, pozory mylą, a dopiero z biegiem wydarzeń postacie ujawniają swoje prawdziwe oblicze.
    Spektakl trzyma mocno w napięciu, czas mija błyskawicznie.

5/6

sobota, 1 czerwca 2019

Zofia Kossak - Szczucka Krzyżowcy tom I- IV , audiobook, czyta Grzegorz Wons

   Mówi się, że literatura potrafi wskrzesić tych, którzy zmarli. To prawda. Słuchając powieści miałam wrażenie, że ci obojętni mi i zupełnie dotąd niezrozumiani ludzie, krzyżowcy, ożyli. Przestali być manekinami czy fanatykami religijnymi. Myślę, że z niektórymi z bohaterów mogłabym się zaprzyjaźnić.  Zofia Kossak - Szczucka, podobnie jak i Joseph Roth, stali się moimi odkryciami literackimi 2019 roku. To, że nie żyją od kilkudziesięciu lat, nie ma najmniejszego znaczenia. Dotychczas ich nie znałam. 

       Zofia Kossak - Szczucka wspaniale opisała dzieje I wyprawy krzyżowej w formie zbeletryzowanej i niezwykle przystępnej. "Krzyżowcy" to jedna z tych pięknych książek, które są mało reklamowane, mało znane i przegrywają w wyścigu o czytelnika z różnym badziewiem. Nawet Audioteka wycofała już audiobooka ze sprzedaży, pojęcia nie mam dlaczego. Gdyby nie to, że kupiłam go już jakiś czas temu, miałabym problem. Nigdy nie interesowały mnie wyprawy krzyżowe, a w trakcie słuchania nabrałam poczucia, że jest to niebywale frapujący temat. Wychodzące spod pióra Kossak - Szczuckiej nie tylko opisy bitew, a nawet i opisy uzbrojenia są frapujące. W powieści jest i odtworzenie tego, co się działo i głębsza warstwa psychologiczna, pozwalająca na wniknięcie w motywy działania, w stany ducha, jakie towarzyszyły krzyżowcom podczas wyprawy. Są też refleksje o religii i jej roli w życiu człowieka, o przyjaźni, prawości, miłości, zdradzie, chciwości, pysze, odwadze. Całość opisana jest tak, że nie ma dłużyzn, fragmenty z dynamicznymi opisami wydarzeń przeplatane są przykładowo z refleksjami na temat kondycji człowieka i innymi. Przede wszystkim jest jednak zawiązana akcja, są bohaterowie pierwszego, drugiego i trzeciego planu. Słuchając można się wciągnąć w spekulacje, czy np. przeżyją, czy ktoś zdradzi itp. 

     W tekście pisarka patrzyła na wydarzenia tak, aby zrozumieć motywy i papieża i krzyżowców i Turków. Z naszego punktu widzenia, niemal tysiąc lat później, gdy mamy wiedzę o geografii, o tym, jaki przebieg wyprawy miały i jakie wywołały skutki, wiemy, że były  niepotrzebne, a nawet zbrodnicze i w dłuższej perspektywie z góry skazane na klęskę. Inaczej zupełnie wyglądało to z punktu widzenia uczestników. W przeważającej większości, nawet niemal wszyscy nie mieli pojęcia, jak daleka jest droga, jakie warunki napotkają, jak wygląda upał na terenach, jakimi szli.  Od pewnego momentu nie było możliwości zawrócenia, pojedyncze osoby odłączające się od grupy, wśród innowierców nie miały szans na przeżycie. 

   Sylwetki krzyżowców są fascynujące, w średniowiecznych zbrojach kryły się postacie, które charakterologicznie prawie niczym nie różniły się od współczesnych ludzi. Z reguły cenili swoje słowo, dochowywali złożonej przysięgi. Podczas walki byli odważni, jak zresztą z reguły bywa z żołnierzami. Poza tym byli tacy, jak my. 

    Audiobook jest wyjątkowo długi, obejmuje wszystkie tomy powieści, tzn. "Bóg tak chce", "Fides graeca", "Wieżę trzech sióstr" i "Jerozolimę wyzwoloną". jest to oczywiście zaletą, wersja nie jest skrócona. Czytający nie porywa i co denerwujące, to słychać,  kiedy przewraca kartki. Inni aktorzy robią to staranniej. Ale tekst jest tak wspaniały, że przeciętne wykonanie nie jest w stanie mu zaszkodzić. 

6/6

czwartek, 30 maja 2019

Agatha Christie „Spotkanie w Bagdadzie”

Okładka książki Spotkanie w Bagdadzie

   
„Spotkanie w Bagdadzie”  to jedna z najsłabszych książek Christie, jakie czytałam. Książki Christie z wątkami tajnych służb do zbyt udanych nie należą. W „Spotkaniu” są i szpiedzy i spisek na skalę światową bliżej nieokreślonych sił, niezwiązanych z konkretnym państwem. Pociągający za sznurki w tym spisku dążą do przejęcia władzy nad światem. Opis tej sytuacji jest tak absurdalny, że aż żałosny. Tajne służby Jej Królewskiej Mości usiłują stanąć na wysokości zadania i nie dopuścić do zmiany. Wynik jest oczywiście z góry do przewidzenia.

      To opowieść o Victorii, młodej dziewczynie, która  już na samym początku powieści po wyrzuceniu jej z pracy zakochała się w przypadkowo poznanym mężczyźnie, Edwardzie i pojechała za nim do Bagdadu. Dziewczyna była bardzo bystra, operatywna, dość szybko poradziła sobie z odszukaniem ukochanego. Prowadzony jest też drugi wątek, związany już ze szpiegami. Victoria niechcący znalazła się w samym centrum afery szpiegowskiej. W nocy do jej pokoju hotelowego wpadł nieznany jej mężczyzna, powiedział kilka wyrazów i zmarł. Jak się okazało, był już ranny.     

     O ile absurd intrygi stoi zdecydowanie po stronie minusów, plusem są bardzo nikłe w porównaniu do innych książek tej autorki, ale jednak, pewne spostrzeżenia, dotyczące psychologii. Najciekawszy wydał mi się fragment o przeczuciach, które każdy odbiera przecież jako coś irracjonalnego. Zdaniem autorki to nie jest tak. Otóż  zawsze jest jakaś racjonalna i możliwa do zidentyfikowania przyczyna takiego odczucia. Gdy odtworzy się dokładnie tą sytuację, w czasie której jakieś dziwne odczucie czy przeczucie się pojawiło, można będzie określić, dlaczego coś czy ktoś budzi naszą nieufność czy podejrzenia. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich przeczuć.

       Przyjemnie czyta się fragmenty z Victorią, jej energia, zaradność i inteligencja budzą bardzo pozytywne odczucia w czytelniku. Gdy poznała Edwarda w sensie dosłownym postanowiła go zdobyć i to bez względu na przeciwności. Jest dość intrygująco oddany klimat Bliskiego Wschodu, nawet proste portrety mieszkańców.  Na uwagę zasługuje opis właściciela hotelu, sprawiającego przez znaczną część książki wrażenie głuptaka. Jak się okazało, takie wrażenie chciał robić, szczególnie na obcokrajowcach, a w rzeczywistości był bardzo zborny,  przedsiębiorczy, potrafiący zachować zimną krew i rozumny. Wisienką na torcie są nawiązania do jednej z moich ulubionych książek, czyli do „Opowieści o dwóch miastach” Dickensa.  

4/6


czwartek, 9 maja 2019

Borys Akunin "Pelagia i czarny mnich"

  
     Druga część świetnej trylogii kryminalnej retro jest jeszcze lepsza od poprzedniej. O "Pelagii i białym buldogu" pisałam tutaj. Pelagia pozostaje taka, jaka była, inteligentna, odważna, dociekliwa, biskup Mitrofaniusz również. Wydarzenia rozgrywają się jednak z dala od miejsca, gdzie zamieszkują, bo w Nowym Araracie. Jest to miejsce pełne pielgrzymów, w pobliżu znajduje się bowiem pustelnia, zamieszkiwana przez świętych mnichów. Z religijnością tom ten nie ma wiele wspólnego, bo poza tytułowymi bohaterami, wszyscy pozostali żyją w taki sposób, że w niczym nie przypomina to stanu duchownego. W miejscowości tej pojawiło się widmo zmarłego przed kilkuset latami świętego mnicha, co wzbudziło panikę wśród pątników i może przynieść opłakane skutki dla tego miejsca.

     Trzeźwo myślący Mitrofaniusz zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że nie może być żadnego ukazującego się widma. Konieczne było jednak zbadanie, kto i w jakim celu urządza tą mistyfikację. Wysłał więc swojego wysłannika, najpierw jednego, potem drugiego i trzeciego. Sprawa okazała się zdecydowanie bardziej skomplikowana, niż wydawałoby się na początku. Ostatecznie pojechała też i Pelagia. Jak się okazało, w miejscu do którego wysłannicy Mitrofaniusza się udawali, działała nowoczesna klinika psychiatryczna. Pacjenci nie byli izolowani, mogli przemieszczać się po całym miasteczku. Odróżnienie , kto jest chory psychicznie, a kto zdrowy, było szalenie trudne, a chwilami wręcz niemożliwe.

     Akcja jest niezwykle wartka. Środowisko, w którym toczą się wydarzenia, jest wyjątkowo oryginalne i w innych kryminałach praktycznie nieukazywane. Zakończenie jest szalenie zaskakujące. Rozważań narratora na różne luźne, aczkolwiek ciekawe tematy, nie jest wiele. W tym tomie jednak część z nich dotyczy materii nader ciekawej, a mianowicie uwodzenia. Akunin przedstawia sposoby, dzięki którym kobieta może uwieść dowolnego mężczyznę. Całość czyta się wyśmienicie i zapomina się o całym świecie. Nie brakuje oczywiście, podobnie jak i w innych książkach Akunina, poczucia humoru. Można przy tym odpocząć od mroczności większości kryminałów.

Wynalazłam przy okazji, że Antoni Czechow jest autorem opowiadania pt. "Czarny mnich", utwór ten jest m. in. o szaleństwie i o zjawach. Nie znam go, ale pewnie jeszcze ciekawiej byłoby odnaleźć w książce Akunina nawiązania do Czechowa.

5/6


       

niedziela, 5 maja 2019

Antoni Czechow "Płatonow" - spektakl teatralny Teatr Dramatyczny Warszawa

    Twórczość Czechowa, szczególnie ta bardzo wczesna jest czytelna chyba tylko dla dość wąskiego grona miłośników. Jest trudna w odbiorze i średnio zrozumiała. Wykonanie aktorów i reżyseria również nie pomagają w zrozumieniu, o co w tym tak naprawdę chodzi. Tytułowy Płatonow to rosyjski Don Juan i w trakcie sztuki zakochana jest w nim żona oraz 2, a potem i 3 kobiety. Jest on postacią destrukcyjną, a dlaczego te kobiety się w nim kochają, nie wiadomo. Trudno było mi zauważyć jakąkolwiek charyzmę. I on te jego miłośniczki są nieszczęśliwi. W ogóle wszyscy są bardzo nieszczęśliwi i to nie do końca wiadomo, z jakiego powodu. Unieszczęśliwiają się też wzajemnie. Panuje klimat dekadentyzmu. Większość akcji to smętne dialogi o życiu. Jasny i logiczny jest jedynie wątek generałowej wdowy, o której rękę ubiega się kilku kandydatów. Wdowa oczywiście chciałaby Płatonowa.
 
    Można byłoby oczywiście rozważać, jaka jest myśl przewodnia tej sztuki. Osobiście wolałabym jednak obejrzeć coś bardziej jasnego i sensownego. Spektakl grany jest pod tytułem "Kilka scen z życia według "Płatonowa." 
 
2/6 
 

piątek, 3 maja 2019

Paweł Jasienica "Rzeczpospolita Obojga Narodów. Cz. II Calamitatis Regnum" audiobook, czyta Maciej Popczyński

 

      Oceniając i opisując Sobieskiego Jasienica określił go jako jednego z najwybitniejszych wodzów, jakich Polska kiedykolwiek miała. Szalenie ciekawe były rozważania o szafowaniu przez wielu historyków ocenami, że ktoś był właśnie wybitnym wodzem. I do tego, aby zyskać to miano, wystarczało, aby wygrać bitwę. A w przypadku gdy ktoś dowodził świetnie wyszkoloną i dobrze uzbrojoną armią, do tego mającą przewagę liczebną, to nie musiał mieć specjalnych umiejętności, aby wygrać. Sobieski potrafił wygrywać nawet wówczas, gdy jego siły były kilkakrotnie mniej liczebne od sił przeciwnika.

     Odnośnie Sobieskiego to Jasienica opisał go jako wielkiego człowieka, który urodził się w takich czasach, że nie mógł spożytkować swoich talentów. W kraju panowała anarchia, władza magnatów była tak wielka, że mogli oni, tak jak np. Radziwiłłowie, nawet i lekceważyć króla. Nie można też i zapominać o liberum veto. Wszelkie próby ratowania państwa, nie w sensie militarnym, ale reform ustrojowych, podejmowane przez Sobieskiego, napotkały na takie trudności, że niewiele z nich wyszło. Gdyby żył on w innych czasach, to przy swoim talencie, mógłby zyskać miano Wielkiego. Wielu innych wybitnych ludzi w różnych okresach historii też miało podobne problemy. No i odwrotnie, mali ludzie, którym okoliczności sprzyjały, mogli sporo osiągnąć.

        Pisarz zwraca też uwagę na kulturę i dzieła kultury tamtych czasów. Przykładowo zachwycał sie listami Sobieskiego do Marysieńki bynajmniej nie jako listami miłosnymi, ale jako wyśmienitym opisem wszystkiego, co działo się w państwie, więc polityki wewnętrznej, zagranicznej, opisami ludzi, w tym władców innych państw i wybitnych osobistości tamtych czasów. Teraz, gdy naczęściej kupuje się nowości, lansowane przez wpływowych wydawców, zwrócenie uwagi na pozycje mniej znane, a nawet częściowo zapominane, jest wyjątkowo cenne.

      Jasienica we wszystkich swoich dziełach zwraca mocno uwagę na kwestie wyznaniowe. I stawia tezę, że nietolerancja religijna zawsze niekorzystnie odbija się na tym państwie, gdzie ona panuje. Jako przykład stawia tutaj edykt z Fontainebleau Ludwika XIV, na mocy którego hugenoci musieli albo zmienić wyznanie na katolickie, albo opuscić kraj. Francję opuściły wówczas jednostki wybitne, z kręgosłupem moralnym i takimi umiejętnościami i wykształceniem, że bez problemu poradziły sobie w innych państwach, głównie na terenie Prus. Zdaniem autora mieszkańcy pruskich miast przypominali wałkoni, a dopiero napływ hugenotów zaszczepił im rzetelność i pracowitosć, z której słyną.

     Przykładów różnych rozważań jest więcej oczywiście. Lektura jest znakomita.
6/6





 

wtorek, 30 kwietnia 2019

Marek Szymaniak "Urobieni. Reportaże o pracy"



     Autor wpadł na świetny pomysł: reportaże o pracy w różnych miejscach, mimo że wydawałoby się, że każdy ma ten temat zgłębiony, bo albo gdzieś pracuje, albo wiele słyszał od innych. Ujęcie tematu jest wyjątkowo oryginalne, bo chwilami czytałam i czułam się tak, jakby mowa była o Afryce czy Ameryce Południowej. Urbaniak nie tylko spotykał się ze swoimi rozmówcami, przytacza też szersze dane na temat określonego zjawiska , np. gdy mowa jest o małych firmach, podaje za GUSem, ile osób pracuje w takich miejscach. Powołuje się na inne źródła, np. raporty czy inne publikacje. Dzięki tym zabiegom teksty czyta się świetnie, wręcz się je pochłania.  

     Ideału jednak nie ma. Całość psuje w niektórych miejscach ledwie wyczuwalny, w innych nachalny dydaktyzm i lansowanie tezy, że nasz ustrój ekonomiczny  nie jest najlepszy, że podczas przeobrażeń ustrojowych sprzed 30 lat powinniśmy wzorować się na modelu skandynawskim, a nie amerykańskim. No i że państwo powinno bezustannie pomagać najsłabszym. Tezy te nie są rozwinięte, nie jest podane, na czym konkretnie ta pomoc ma polegać, czy ma być to socjal, typu 500 plus, krowa plus, itp., czy opodatkowanie bogatych i jak bogatych. W ostatnim rozdziale jest wywiad z profesorem Andrzejem Szahajem na temat właśnie przeobrażeń ustrojowych, neokapitalizmu itp. Pomysły ustrojowe i oceny obecnej sytuacji ekonomicznej ( data wydania książki to 2018r.) zawarte w tym wywiadzie  wydają się jeszcze bardziej absurdalne, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że profesor jest filozofem. W wywiadzie nawet jest nawiązanie do "chrześcijańskiego socjalizmu". Brak szerszego spojrzenia ze strony  pracodawcy na pewne zjawiska jest mocno wyczuwalny. Rzuca się też w oczy, że wszyscy pracownicy z książki to ludzie pracowici i rzetelni, jako ten zły w przeważającej większości  pokazany jest pracodawca.  

    Odnośnie poszczególnych reportaży, to czasami można odnieść wrażenie, jakby czas się cofnął i znaleźlibyśmy się w fabryce z XIX wieku. Najbardziej przerażający był dla mnie opis pracy przy linii produkcyjnej Toyoty. Pracownik musi, niczym robot,  wykonać ściśle wyliczoną liczbę czynności w ciągu minuty, a gdyby tego nie zrobił, powstałby niedopuszczalny przestój, produkcja stanęłaby. W ciągu dnia są 3 przerwy, wyliczone co do minuty, np. 7 minut i nawet minutowe spóźnienie nie jest możliwe. Przy takim tempie nie ma możliwości nawet napicia się. Klimy przy taśmie nie ma i latem panują tam tropikalne upały. Przerażający i zarazem zabawny z kolei jest opis sprzedaży telefonicznej. Dzięki rozmowie z jednym z pracowników możliwe było opisanie sposobów, przy pomocy których próbuje się nabierać ludzi i wciskać im różne szmelce. Makabryczne już tylko z kolei było ukazanie przykładowego losu pracownika tzw. firmy zewnętrznej. Firma taka współpracuje np. ze sprzątaczkami na zasadzie umowy zlecenia i kieruje te przykładowe sprzątaczki do miejsca, gdzie mają sprzątać. Są więc w pracownikami, ale paradoksalni, nie korzystają z masy uprawnień pracowniczych, np. nie mają urlopów, a ewentualne zwolnienie mogłoby spowodować , że bez żadnych konsekwencji firma mogłaby zrezygnować z ich usług.  To olbrzymia rzesza pracowników. Pozostałe przykłady są równie ciekawe.   

4/6

sobota, 27 kwietnia 2019

Robin Hawdon "Weekend z R." - spektakl teatralny - Och-Teatr Warszawa

         
     Robin Hawdon sztukę "Weekend z R." napisał na zamówienie Krystyny Jandy. Podobnie jak i w przypadku sztuki "Ślub doskonały" tego samego autora, tekst nie jest powszechnie dostępny w j. polskim. W j. angielskim chyba też nie. Znowu ubolewam z tego powodu. Zastanawiałam się nawet, jaki jest sens, abym na blogu o książkach pisała o takich sztukach, których tekst jest niedostępny. Ale doszłam do wniosku, że ostatecznie nie wiadomo przecież, czy teksty nie zostaną jednak wydane w późniejszym okresie.

      Sztuka jest znakomita. Jest to jedna z najśmieszniejszych komedii, jakie kiedykolwiek widziałam, a widziałam ich już sporo. Obejrzenie jej to idealny sposób na odstresowanie, poprawę humoru, nabranie luzu i dystansu do codzienności. Reżyseruje ją i gra w niej Krystyna Janda. Tak jak i w przypadku "Ślubu doskonałego" jest to głównie komedia omyłek, pewne osoby na skutek różnych okoliczności są brane za kogoś innego. Główny bohater zaplanował wyjazd do kochanki pod pretekstem służbowej delegacji. Jego żona korzystając z zapowiedzianej nieobecności męża, zaprosiła w tym samym czasie do domu swojego kochanka. Wszystko się oczywiście mocno skomplikowało. 

      Myśląc o sztuce już jakiś czas po jej obejrzeniu, można zwrócić uwagę na ponadczasowe charaktery postaci. Można się zastanowić, dlaczego ludzie, którzy mimo wszystko jakoś się kochają, zdradzają itp. Najważniejszy jest jednak humor. Wszystkie spostrzeżenia o życiu, ludziach pokazywane są bez jakiegokolwiek patosu, wyższości i moralizatorstwa. Ukazywane są humorystycznie i bez żadnego komentarza. Przykładowo kobieta w starszym wieku ma dużo młodszego kochanka, który oczywiście jest zainteresowany jej pieniędzmi, a ona wierzy, że jest taka piękna i seksowna i że naprawdę mu się podoba. Gdy patrzy się na to z boku, widać, jak bardzo jest to żałosne i komiczne zarazem. 
  
  Wygląda na to, że Robin Hawdon jest gwarantem dobrej zabawy. 
5/6

niedziela, 21 kwietnia 2019

Borys Akunin "Pelagia i biały buldog"

    




     Akunin jest powszechnie znany jako autor cyklu powieści retro o Fandorinie. Cykl o zakonnicy Pelagii jest trochę zapomniany, częściowo pewnie z powodu tego, że wydano go już ponad 10 lat temu. A jest równie wyśmienity. Tomów z Pelagią nie jest wiele, zaledwie 3. Również jest to kryminał retro, wydarzenia rozgrywają się w XIX wieku na rosyjskiej prowincji. Detektywem jest tytułowa Pelagia, pomaga jej nieco biskup Mitrofaniusz.  Pelagia niczym nie przypomina stereotypowej zakonnicy. 



   Książka ma niesamowity urok, czyta się ją świetnie. Do Pelagii i Mitrofaniusza od razu czuje się sympatię. Autor pisze z ogromnym poczuciem humoru. Nie jest to oczywiście proza w stylu Joanny Chmielewskiej, która już z założenia jest humorystyczna, ale pośmiać się w niektórych miejscach można. Zagadki kryminalne są dwie, jedna to wyłowione zwłoki dwóch topielców bez głów, a druga to otrucie pieska  ciotki biskupa, generałowej Tatiszczewej. Za sam już wątek piesków w sensie troski o nie, zamartwiania się czy opisów radości z ich bliskości, Akunin ma u mnie olbrzymi plus. Całość wprowadza w wyśmienity nastrój.  

   W niektórych miejscach tekst minimalnie ociera się o grafomanię, szczególnie gdy wygłaszane są pewne prawdy o życiu. Nie jest to jednak natrętne, poszczególne zdania dają do myślenia i mi to nie tylko nie przeszkadzało, ale nawet działało na plus, bo dodawało powieści swoistego uroku. Przykładowo zdaniem Pelagii, w każdym człowieku ukryty jest geniusz. "Taka maleńka szparka, przez którą widać Boga. Tylko rzadko  komu zdarza się ten otworek odnaleźć."... "A jeśli zdarzy się taki cud, to człowiek od razu rozumie: oto jest, po to właśnie przyszedłem na świat, i dalej żyje spokojnie i pewnie, na nikogo się nie ogląda. To właśnie jest geniusz".
5/6

czwartek, 18 kwietnia 2019

Christophe Andre "Medytacja dzień po dniu"



  Książka to zbiór mocno przekonujących 25 lekcji na temat tego, jak medytować. Czytałam ją prawie cały miesiąc, każdego dnia po kilka kartek, tzn. jedną lekcję. Jest to pierwsza pozycja na ten temat, która trafiła mi do przekonania i która się sprawdziła w praktyce. Do tej pory gdy coś czytałam o medytacji i próbowałam zastosować w praktyce, to efekty były opłakane. Miałam problem z wyborem a to czasu, a to miejsca. Raz wokół było za głośno, innym razem nie mogłam się skupić, w kolejnym przypadku było mi niewygodnie i przerwałam itp. itd. W przypadku porad z tej książki wszystko w końcu było w porządku, siedzenie nieruchomo w ciszy po turecku na podłodze okazało się niekonieczne. Wszystko jest bardzo proste. Nie są potrzebne jakieś specjalne umiejętności, a po paru minutach już można poczuć się nieco uspokojonym i zrelaksowanym. Celowo piszę nieco, bo do  tego, aby w ogóle wyeliminować różne złe emocje, trzeba by pewnie było ćwiczyć dłużej i systematycznie. 

    Najprostsza lekcja to chociażby zatrzymanie się w zabieganiu i przyjrzenie się uważne temu, co dzieje się dookoła, czy świeci słońce, czy są chmury, co można usłyszeć, czy można poczuć np. ciepło, czy zimno, czy jest wiatr itp. Nie trzeba nic więcej. Albo można skupić się tylko na dźwiękach, czyli co słychać wokół. Jeżeli nie wykonuje się tego ćwiczenia w środku nocy, to efekt może zaskoczyć, słyszy się wiele rzeczy takich, na które nigdy nie zwracało się uwagi, tak przynajmniej było w moim przypadku. Inny przykład to skupienie się na doznaniach ciała w danym momencie, czy jest nam wygodnie, czy coś uciska, czy gdzieś jest napięcie, czy jesteśmy głodni itd. Na początku książki są najprostsze ćwiczenia, ale te z końca też nie wydają mi się jakoś wyjątkowo skomplikowane. Wspólnym mianownikiem wszystkich rozdziałów jest skupianie się na tu i teraz, aby nie myśleć o przeszłości ani o przyszłości. 

Jak powiedział Marek Aureliusz: 
"Kto ujrzał rzeczy teraźniejsze, wszystkie widział, i te, które zrodziły się z wieczności, i te, które będą trwały aż po bezmiar." 

Podobne podejście miał Goethe, który w "Fauście" napisał: 
"Już duch nie patrzy ani wstecz, ani w przód,
  Obecna chwila  - Oto szczęścia cud."  

Cytaty odnalazł Chrisophe Andre, jest ich dużo więcej, każdy niemal godny zastanowienia. 

     W każdym rozdziale są i wskazówki, co i jak robić i konkretny przykład. Przykładowe opisy medytacji podane są na przykładzie malarstwa. Mamy np. obraz "Sroka" Moneta. Autor dostrzega więc możliwie jak najwięcej szczegółów obrazu, stara się odczuć, czy jest bardzo zimno, co można usłyszeć w tej chwili itd. 

   Książka wydana jest bardzo starannie, na dobrym papierze, każdy rozdział zaczyna się od zdjęcia konkretnego obrazu. Nie ulega wątpliwości, że Christophe Andre zna się na malarstwie i potrafi przy okazji uczenia medytacji, wnikliwie je interpretować. 

    Wypróbowałam kilka lekcji, parę w domu, parę na ulicy, idąc. Skupiając się na parę minut na tym, co dzieje się tu i teraz, rzeczywiście zapomniałam o wszystkim innym. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale działa. Medytacja taka, jaką opisał autor, może być wyśmienitym remedium na pośpiech, zdenerwowanie, znerwicowanie i temu podobne rzeczy.
6/6



środa, 17 kwietnia 2019

J.S. Margot "Mazel Tow. Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów" - audiobook, czyta Agnieszka Czekańska

      Większość czytelników zachwyca się tą książką. Ja z kolei mam pewne wątpliwości i w zachwyt nie wpadłam. Tytuł jest mylący, gdyż J.S. Margot opowiada nie tylko o tym, jak  została korepetytorką,  ale opowiada też o długoletniej znajomości z całą rodziną Schneiderów. Znajomość ta utrzymywana była jeszcze wiele lat po tym, jak dzieci, które uczyła,  dorosły i założyły własne rodziny. Celowo piszę - znajomość, bo nie wydaje mi się, aby była to przyjaźń. Opisy obyczajowości żydowskiej są szalenie powierzchowne, a autorka nie zrobiła nic, aby je zgłębić tą kwestię, to co zauważyła, to opisała. A że Schneiderowie i ich dzieci byli mało wylewni,  to poziom refleksji porażający nie jest. Całość jednak czyta się, a w moim przypadku słuchało się, całkiem dobrze. Lektorka Agnieszka Czekańska nie jest Gosztyłą, raczej tekst odczytuje, niż interpretuje, ale nie wychodzi to najgorzej. 

   To co wyjątkowo mocno rzuca się w oczy, to olbrzymia tolerancja autorki.  Tak przynajmniej oceniałam to na początku. Chociaż niektóre obyczaje żydowskie były dla niej bardzo dziwne, nie oceniała ich, nie krytykowała, w ogóle nie wyrażała swojego zdania.  Dostosowała się do postawionych przed nią wymagań bez większego problemu. Nie zrezygnowała przy tym ze swoich przekonań i swojej osobowości.  Z pewnością przyczynił się do tej postawy fakt, że w tamtym czasie mieszkała z chłopakiem, który był Persem,  wyznawał islam i miał mocno lewicowe poglądy. Była poniekąd przyzwyczajona do odmienności i obcowania z nią, do odmienności obyczajów, religii, kuchni i  właściwie wszystkiego. 

    Autorka swojego chłopaka znała wyśmienicie, ale państwa Schneiderów szalenie powierzchownie. I myślę, że gdyby podejmowała z nimi rozmowy na nieco głębsze tematy, przynajmniej raz na jakiś czas, to z tą znajomością mogłoby być różnie. Czy można mówić o przyjaźni, gdy w rozmowach nie podejmuje się żadnych głębszych i osobistych wątków? Coś na kształt przyjaźni występowało jedynie pomiędzy autorką i jedną z dziewczynek, ale to głównie wtedy, gdy tamta jeszcze nie była mężatką. Myślę też, że ta tolerancja była możliwa dzięki temu, że Margot tak mało wiedziała o rodzinie i nie drążyła niewygodnych tematów. Wiedziała, że rodzina czerpie olbrzymie dochody z handlu diamentami. Czytałam kiedyś o wydobyciu diamentów, odbywa się to w krajach trzeciego świata, w koszmarnych warunkach, a pracownicy dostają za pracę marne grosze i narażają przy tym i życie i zdrowie. Tymi pracownikami niejednokrotnie są dzieci. Autorce to nie przeszkadzało, była tolerancyjna. Tak samo wiedziała, że najstarszy syn służył w izraelskim wojsku, ale też nie wnikała, co konkretnego on tam robił. Cóż, w niektórych przypadkach nie powinno się jednak być tak bardzo tolerancyjnym, tylko trzeba interesować się tym, co dzieje się dookoła, trzeba reagować, gdy dzieje się coś złego.  

     Jedyna chyba refleksja, która mnie zaskoczyła, dotyczy zagrożenia Żydów we współczesnym świecie. Chyba to Pan Schneider powiedział kiedyś autorce, że oni, Żydzi, zawsze muszą mieć oszczędności i muszą być gotowi do ucieczki, bo nigdy nie wiadomo, co może się stać, antysemityzm odżywa. I gdy tylko mogą sobie na to pozwolić, wybierają do życia te miejsca, gdzie czują się najbezpieczniej i gdzie widzą stosunkowo najmniej zagrożeń. Autorka sama była też świadkiem paru sytuacji, gdy Żydzi rzeczywiście wzbudzali samą swoją obecnością agresję.  

4/6