sobota, 26 lipca 2014

„20 00 mil pomorskiej żeglugi” Juliusz Verne , audiobook, czyta Maciej Stuhr





    Zastanowiło mnie już na wstępie to, dlaczego właśnie to ta książka, a nie inna,  w dzieciństwie podobała mi się tak bardzo… Pierwszy raz chyba słuchałam audiobooka z taką olbrzymią przyjemnością. Tytuł „20 000 mil podmorskiej żeglugi „ od zawsze miał dla mnie coś z magii, jakąś zapowiedź niesamowitej przygody i oderwanie się od rzeczywistości. Tak było zanim jeszcze tą książkę przeczytałam i tak już zostało.  Zastanowiłam się przez moment, przed wysłuchaniem audiobooka, czy słuchanie ma sens, „20 000 mil ”  jest mi doskonale znane , czytałam je przecież w sumie kilka razy i jako dziecko i nawet jako dorosła osoba. Ale dobra literatura ma to do siebie, że czytelnik wie, co się będzie działo , jak się wszystko skończy i mimo to, chce to wszystko przerobić jeszcze raz. I chyba czysta przyjemność z czytania, czy w tym przypadku słuchania, jest najważniejsza . O takiej właśnie przyjemności z czytania toczyły się dyskusje w „Klubie Dumas” Artura Perez-Reverte. Ale nie tylko to się liczy ,  dzięki temu,  że książkę się zna,  można zwracać uwagę na interpretację tekstu,  no i można wychwytywać te fragmenty, które gdzieś  wcześniej umknęły . Zawsze ponadto każdy zwróci się uwagę na coś, co wcześniej nie przyszło mu do głowy. 

          W tym przypadku krótko przed wysłuchaniem oglądałam w telewizji bodajże na Discovery program z cyklu o wielkich  twórcach science fiction . Brzmi to dziwnie, ale Verne był przecież prekursorem science fiction . Poza przypomnieniem, jak wiele rzeczy przewidział dużo wcześniej, niż zostały one wynalezione, przypomniano tam epizod z życiorysu pisarza. Verne gdy był już znanym twórcą,  został zaatakowany na ulicy przez chorego psychicznie. Miał potem problemy ze zdrowiem fizycznym i psychicznym,  i to do tego stopnia, że odciął się od świata, nie tylko odseparował się, ale przestał pisać. Po tym wydarzeniu nie napisał już nic więcej. Myślę, że idea  odcięcia się od brudów tego świata,  musiała w nim tkwić chyba od zawsze. I urzeczywistniła się, gdy nadszedł odpowiedni moment.  I może po tą książkę sięgają właśnie te osoby, które pragną tego samego, chociażby tylko chwilowo.

      Maciej Stuhr czytał świetnie, chociaż muszę przyznać, że nigdy nie wyobrażałam sobie kapitana Nemo tak, jak on. Nemo w jego wykonaniu jest nieco nonszalancki i zadufany w sobie , profesor z jednej strony mu imponuje, z drugiej zaś może się przed nim popisywać. Nemo w wykonaniu Stuhra przypominał mi bardzo zdolne, ale egocentryczne dziecko.  Stuhr nie kładł akcentów na tragizm postaci, tylko czytał jego partie z lekkim przymrużeniem oka i przez to cała lektura nabrała lekkości. Wyjątkiem są sceny, kiedy to Nemo zatapia inny statek i gdy twardo utrzymuje, że nigdy nie uwolni profesora i jego kompanów. W tych przypadkach pobłażliwości dla kapitana nie ma.

     Tym razem podczas słuchania skupiłam się właśnie na osobie kapitana Nemo . To wyjątkowo ciekawa postać,  pełna sprzeczności. Z jednej strony apodyktyczny i nie znoszący sprzeciwu, z drugiej zaś empatyczny, gdy chociażby ratuje przed atakiem rekina poławiacza pereł, czy gdy przekazuje pieniądze dla powstańców, walczących na Krecie. Do tego błyskotliwy, inteligentny, oczytany. Potrafi uratować chociażby tego poławiacza pereł, narażając się przy tym na spore ryzyko , ale jakiś czas później, gdy przyjdzie mu do głowy pomysł dotarcia do bieguna , naraża poważnie dla zachcianki życie nie tylko swoje, ale i całej załogi.  Nie ma żadnych skrupułów, aby  z zemsty zatopić inny statek i skazać całą załogę na śmierć.  Psychiatrzy z pewnością mają swoje określenia na tego typu osobowość, kapitanów Nemo nie jest obecnie wcale tak mało.    I wcale nie trzeba ich przecież szukać tylko wśród samotnych żeglarzy, oni są przecież wszędzie,  a skoro nie mogą schronić się na Nautilusie,  mają inne kryjówki,  dla jednych jest to dom , dla innych pasja np. muzyka  , wymieniać można byłoby w nieskończoność . 

     Zaskoczyło mnie tez kilka innych rzeczy, których faktycznie wcześniej nie dostrzegłam. Verne był prekursorem ekologii i pacyfizmu. W „20 000 mil” zwracał uwagę na grożącą oceanom katastrofę ekologiczną, na bezwzględne trzebienie ryb i na możliwe zachwianie równowagi ekologicznej i związane z tym konsekwencje. Konsekwencje te przewidział bardzo trafnie. Ostro protestował też przed zabijaniem dla zabijania i przed agresją. Niechęć kapitana Nemo do profesora i jego towarzyszy, a szczególnie do Neda Landa prawdopodobnie wzięła się już od pierwszych chwil ich znajomości. Kapitan ostro zareagował na sytuację, gdy harpunnik, będący jeszcze pasażerem innego statku,  widząc Nautilusa i biorąc go za wieloryba, bez powodu usiłował go zabić.   Równie ostro zareagował, gdy Ned Land chciał dla rozrywki w późniejszym okresie zabijać wieloryby.  Verne był wielkim humanistą i wielbił ona takie wartości, jak dobroć , braterstwo, wolność.  Gdy profesor niemal umierał z braku powietrza, jego służący z Landem oddawali mu swój tlen z aparatów do oddychania z kombinezonów nurka. Narażali się tym samym , w pełni świadomie na to, że to oni umrą. Gdy powiedzieli o tym profesorowi, gdy poinformowali go, że z racji jego wiedzy uznali, że to on zasługuje, aby przeżyć, a nie oni, profesor zakomunikował im, że nie ma bardziej wartościowego człowieka nad człowieka dobrego.  Wyjątkowo przejmująco brzmiały też fragmenty, gdy profesor opisuje , w jak strasznym z powodu niewoli, stanie psychicznym był Ned Land. Ostatecznie i profesor i jego służący i Land woleli zaryzykować utratę życia, niż być pozbawionymi wolności. Te fragmenty właśnie w wykonaniu Macieja Stuhra wryły mi się w pamięć, zaakcentował je w jakiś szczególny sposób. Nie znoszę postaci Neda Landa i nienawidzę jego hobby w postaci zabijania zwierząt, nie żywiłam więc dla niego żadnego współczucia. Ale  zamierzenia i idee Julusza Verne były wyjątkowo czytelne.    

6/6

 

czwartek, 17 lipca 2014

Erich Maria Remarque „Trzej towarzysze”




Dom Wydawniczy REBIS , wydanie III, 2013

    Remarque nie jest pisarzem dla każdego, albo się go kocha , albo się go omija. Pisze o rzeczach trudnych , w dużej mierze o takich, o których ludzie nie tylko nie chcą rozmawiać, ale o których nie chcą nawet myśleć :  o wojnie,  śmierci,  samotności ,  chorobie …  Zawsze gdy słyszę, że ktoś boi się tych książek i że po nie sięgnie,  czuję wewnętrzny sprzeciw . Chce mi się krzyczeć, że tak nie można, że nie czytając Remarque`a wiele się traci, że trzeba spróbować. Ale na szczęście niczego takiego nie krzyczę. Wie, że brzmiałoby to  idiotycznie. Sama też jakiś czas temu Remarque`a się  bałam. Pamiętam, że latem na Krecie koleżanka miała ze sobą „Łuk Triumfalny”,  ja miałam książki lżejsze i szybko je skończyłam.  Nie mając więc już nic do czytania, za to mając przed sobą godziny na plaży, dałam się w końcu i to oporami,  namówić na zamianę.  I tak się to zaczęło.

       Wydawać by się mogło, że po lekturze Remarque`a czytelnika ogarnia czarna rozpacz i że odechciewa się po nich  żyć.  Ale paradoksalnie, jest dokładnie odwrotnie . Mino tak strasznych tematów, nikt chyba tak , jak Remarque,  nie potrafi opisywać , jak piękne może być zwyczajne życie i to właśnie szczególnie wtedy, gdy niemal w każdej chwili można je stracić . Gdy wie się, że ma się przed sobą zaledwie kilka miesięcy,  piękne i pasjonujące może być nawet wyjście do zwyczajnej speluny, przejażdżka samochodem i tego typu sytuacje. Mimo tych koszmarów w każdej, ale to każdej książce Remarque’a bohaterowie nie tylko wegetują, ale kochają, mają swoje pasje, mają coś, co daje im radość i energię. W tym przypadku autor nie wymyślał rożnych niewiarygodnych dziwactw, kazał Ravicowi czy Gorfrydowi , Ottowi i innym fascynować się chociażby jazdą samochodem,   każdy z nich kocha jeździć, jeżdżą więc i to szybko i uwielbiają to , a niektórzy  z nich są  kierowcami rajdowymi, do czasu oczywiście. Remarque zrobił tak dlatego, bo to właśnie on uwielbiał jazdę, w żadnej książce tej fascynacji ukryć nie mógł . Nie opisywał  nigdy życia rodzinnego, matki i ojca wychowujących dzieci, rodzina to u niego młody żołnierz wracający  z wojny do domu rodziców, w którym to domu mało kiedy potem przebywa.  Co do perspektyw udanego życia małżeńskiego nie miał złudzeń, ale za to również nikt inny nie potrafił tak pięknie i zarazem zwyczajnie opisać prawdziwej przyjaźni, takiej która jest tak samo silna, o ile nie silniejsza,  od więzów rodzinnych.

       Żyjący w tzw. nieciekawych czasach, nieznający wojny czy biedy  ludzie,  nie zwracają z reguły uwagi na piękno, które czai się w codzienności. Nie jest dla nich czymś nadzwyczajnym to, że  mogą iść z chłopakiem czy dziewczyną do restauracji, że mogą wyjechać na wakacje   itd.  Co również paradoksalnie, wśród takich właśnie ludzi, żyjących w dobrobycie,  jest sporo przypadków depresji.  Zdaniem złośliwych , jest to depresja właśnie z dobrobytu. Takie czasy Remarque`owi były obce.  Mówi on  ustami Ferdynanda właśnie w „Trzech towarzyszach” „Tylko nieszczęśliwy człowiek wie, co to szczęście. Szczęśliwy jest manekinem instynktu życiowego . Popisuje się szczęściem, ale go nie ma. Światło nie świeci w świetle, jaśnieje tylko w ciemności . Za zdrowie mroku!”

    Pokolenie Remarque’a walczyło na frontach I wojny , potem klepało biedę , przeszło przez czas gigantycznego bezrobocia i totalnej inflacji, potem zaś przez czas rodzenia się nazizmu , przez II wojnę i w końcu często przez wymuszoną emigrację. Faktycznie, było pokoleniem straconym. Jak mówi gospodyni Roberta „Doprawdy dziwni jesteście wy, dzisiejsza młodzież. Nienawidzicie przeszłości,  gardzicie teraźniejszością, a przyszłość nic was nie obchodzi”. W „Trzech towarzyszach” mamy historię mniej więcej jednego roku z życia trzech trzydziestoletnich byłych żołnierzy frontowych, którzy mieszkają razem w jednym mieście i prowadzą warsztat samochodowy. W tej właśnie książce, która nie odbiega od głównego nurtu twórczości , jest wyjątkowo dużo humoru, głównie czarnego, w końcu gdy jest trzech dorosłych facetów, mają pracę  -  humoru braknąć nie może. „ My żyjemy w rozpaczliwych czasach. W takich wypadkach jedyną uczciwą postawą jest humor”.

      Po powrocie z wojny nasi bohaterowie razem pracują, razem bawią się i razem piją. Jeden z nich zakochuje się w nieznanej mu kobiecie Pat.  Okazuje się szybko, że Pat ma problemy ze zdrowiem. Po pierwszej wojnie była skrajnie niedożywiona.  Główny bohater – Robert - kocha muzykę,  marzył kiedyś o tym, aby zostać muzykiem , ale skończył w warsztacie.  Wątek miłosny rozwija się zwyczajnie, powoli, nasz bohater chcąc zaimponować Pat i dobrze wypaść , przed pierwszą randką  spił się . W tle doskonale odmalowana jest panorama ówczesnych Niemiec, inflacja szalejącą tak, że natychmiast po rozdaniu wypłaty ludzie zwalniani byli na godzinę , czy dwie, aby móc zrobić zakupy .  Kilka godzin później wypłata wiele warta już nie była. Do tego dochodziło gigantyczne bezrobocie no i towarzysząca temu fala samobójstw. Sfrustrowanych ludzi zaczął uwodzić Adolf Hitler, aczkolwiek jego nazwisko nie pada  ani razu. Na ulicach zaczęły pojawiać się uzbrojone bojówki. Normalni zdawałoby się mężczyźni zaczynali nagle głosić hasła, że Żydów jest za dużo  i temu podobne.

    To co jest dla mnie wyjątkowe, to niesamowity dar obserwacji autora. Jest przenikliwy do granic możliwości, przenikliwy przenikliwością jakiej się często nie spotyka . Tą zdolność Robert, a w zasadzie Remarque,  uzyskał na wojnie, dojrzał wtedy błyskawicznie i stał się mądrzejszy od ludzi znacznie starszych od siebie.   Jak mówi – w tamtych czasach „polityka zastępowała teatr, strzelanina była naszym codziennym koncertem wieczornym , a olbrzymia księga nędzy przemawiała mocniej, niż książki wszystkich bibliotek razem wziętych”.  I Robert i jego koledzy błyskawicznie byli w stanie odróżnić cwaniaków od poczciwych, oszustów  od oszukanych , prawdziwą miłość od miłostek , potrafili rozpoznać u ludzi skrywaną skrzętnie rozpacz.   Byli mądrzejsi od dzisiejszych psychologów i psychoanalityków.  

     Na wielu stronach powieści Remarque niezmiennie składa hołd życiu.  Robert mówi do ubranej  w piękną suknię Pat:  „Od dzisiaj stawiam krawców wyżej niż  filozofów. Panowie krawcy wnoszą piękno w życie. A to jest znacznie ważniejsze, niż przepastne głębie myśli.”  Jednego wieczór słuchali razem „Opowieści Hoffmana"  i wówczas „muzyka oddzielała wszystko, czyniła nierealnym, barwnym ; zdawał się szumieć barwny nurt życia , przepadał ociężały smutek, nie było granic – istniał tylko ten blask i melodia, i miłość; nie można było pojąć, że na zewnątrz panuje  nędza, cierpienie i beznadziejność  w tej samej chwili, gdy istnieje taka muzyka”.

     I po „Trzech towarzyszach” i po innych książkach Remarque`a  zawsze na jakiś czas zaczyna mi się po raz kolejny układać hierarchia ważności różnorakich spraw . I zawsze też czuję się szczęśliwa, że żyję tu i teraz i że mogę kiedy chcę i iść do knajpy i posłuchać muzyki i robić cała masę innych rzeczy, wystarczy tylko abym miała na nie ochotę.

6/6

sobota, 12 lipca 2014

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich” cz. I




Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2012  wydanie I


         Od dawien dawna uważam, że  współczesne romanse są najpośledniejszym  rodzajem literatury.  Tego typu literatury , o  ile literaturą można to w ogóle nazwać, nie czytuję dużo, ale za to gdy sięgnę po nią nie częściej , niż  raz do roku , utwierdzam się w swoim przekonaniu. Może jestem w błędzie, może źle trafiam, ale takie są niestety moje spostrzeżenia. Wiem, że dla niektórych kobiet romanse są czystą rozrywką, mam na myśli oczywiście  literaturę romansową, ale dla mnie nieodmiennie tego rodzaju książki to swoistego rodzaju droga przez mękę. 

        Jako dobrą rozrywkę traktuję kryminały i głosić będę zawsze zdecydowaną wyższość kryminałów nad romansami. W kryminałach mamy zawsze wiele wątków, a  zabójstwo jest tylko jednym    z nich,  i to niekoniecznie głównym. W romansach wątek jest jeden w kilku wariantach : 1.  ona kocha jego bez wzajemności i on ma inną 2. On kocha ją bez wzajemności  i to ona ma innego lub o innym marzy 3. Kochają się wzajemnie , ale na przeszkodzie , aby „żyli długo i szczęśliwie” stoją nie dające się pokonać przeszkody. Przy zakończeniu romans kończy się zawsze tak samo, bez względu oczywiście na    to, czy realizowany był wariant nr 1, 2 czy 3, tzn. on i ona kochają się wzajemnie, brzmi marsz Mendelssona i zaczyna się istna sielanka. W kryminałach akcja jest absolutnie nieprzewidywalna, no chyba że kryminał jest kiepski. Poza zabójstwem z reguły jest szersze tło , psychologiczne lub społeczne , np. problemy, jakie trapią kraj, w którym rozgrywają się wydarzenia,  jak wątek nielegalnych emigrantów, handlu kobietami itp.  Główni bohaterowie romansu z reguły są ludźmi totalnie nudnymi, z którymi z pewnością nie chciałabym się zaprzyjaźnić, właściwie to ich istnienie sprowadza do jednego, tzn. do myślenia o ukochanym, a jakiekolwiek inne sprawy nie istnieją. W kryminałach jest całkowicie odwrotnie, postacie są barwne, poczynając od detektywa czy policjanta , prowadzącego  śledztwo , poprzez świadków, a skończywszy na ofierze;  mają swoje zainteresowania, mają tajemnice , niekiedy niestety miewają nałogi , często są nieprzewidywalni a detektywi czy policjanci niemal zawsze są piekielnie inteligentni .  Nie zawsze są neurotykami. Niezależnie od tego, autorzy kryminałów miewają często dobre pióro, a autorzy romansów niestety są z reguły grafomanami i piszą nie tylko śmiesznie, ale co gorsza, przeraźliwie nudno.  Trudno zresztą pisać ciekawie, gdy z góry wiadomo, jak cała historia ma się skończyć. 

     Tak się składa, że raz na jakiś czas  dopada mnie chęć innej rozrywki, niż kryminalna, a ma to miejsce z reguły wtedy, gdy jest gorąco, szare komórki nie są w stanie pracować na pełnych obrotach i zakupuję właśnie romans, który to zakup, co niestety musze podkreślić,  okazuje się z reguły klapą. „Podróż do miasta świateł” , część I,  co do zasady , odpowiada niestety mojemu opisowi romansów, za wyjątkiem tego, że w powieści toczą się równolegle dwa watki  . Jeden dotyczy malarki  Róży , żyjącej w wieku XIX, a drugi to współczesny wątek Niny. Wątek Róży jest zdecydowanie ciekawszy, Róża znalazła bowiem się jako dziecko z matką w Paryżu, jej ojciec zaś  na zesłaniu na Syberii i początkowo nasza bohaterka klepie z matką biedę, a potem dzięki samozaparciu i zdolnościom Róży, zaczynają stawać na nogi. Róża już jako niespełna 10- letnia dziewczynka poznaje miłość swojego życia, a jeżeli ktoś miałby jakąkolwiek wątpliwość , jak skończy się ta historia , wystarczy , że sięgnie po tom II, gdzie nazwisko Róża de Vellenord  , a nie Róża Wolska, rozwiewa jakikolwiek wątpliwości. Róża ma aspiracje do tego, aby być malarką i powoli realizuje plan  z nawiązką, bo zdobywa nawet kupców na obrazy, a robi to również w niezbyt wysublimowany sposób, bo nie tylko przy użyciu mózgu czy ręki i pędzla.  Wbrew pozorom, nie ma tutaj żadnego spojlera, bowiem już na początku współczesna Nina dostaje zadanie ustalenie, czy pewien portret fatycznie został namalowany przez znaną malarkę Róże de Vallenord, czy też jest to kopia. Streszczenie wątku Niny nie może nastręczać jakichkolwiek trudności, Nina to 36-letnia pracownica naukowa, historyk sztuki , która ma toksyczną matkę. Jej problemem są relacje z matką i brak mężczyzny u boku. Gdy zaś napotyka przypadkowo podczas wypadu na rowerze na nieznanego jej  mężczyznę, który zwrócił na nią uwagę,  „jest ugotowana”.

      Wątek Niny jest wątkiem dla wyjątkowo wytrwałych, nie wiem, jak to się stało, że  byłam w stanie to czytać. W wątku Róży niewątpliwie plusem jest umiejscowienie akcji w środowisku artystów, Róża jest ponadto ciekawa osobowością, co nie zmienia postaci rzeczy, że całość jest napisana bez polotu i nudnawo.  Plusem są dla mnie spostrzeżenia dotyczące ojca Róży, powstańca styczniowego, skazanego na 15 lat zesłania, który po powrocie nie ma co ze sobą zrobić, nie ma kontaktu ani z żoną, ani z córką , coraz częściej zagląda do kieliszka i powoli staje się pasożytem. W tym jednym chyba przypadku autorka zrobiła coś oryginalnego i chyba nawet odważnego, bo zamiast częstej hagiografii różnych powstańców spojrzała prawdzie w oczy i zasygnalizowała, że walka walką, ale życie z takim bohaterem  wcale nie musi być łatwe .  Nie jest łatwe szczególnie wtedy, gdy na skutek walki w powstaniu doszło do konfiskaty majątku , a żona powstańca z małym i chorym dzieckiem zostaje sama ,  bez jakichkolwiek środków do życia, a do tego bez umiejętności , dzięki którym mogłaby znaleźć jakieś zajęcie.

    Po książce tego rodzaju spodziewałam się, że powinna  być romansem – czytadłem, dzięki któremu można zapomnieć o rzeczywistości. Nie liczyłam oczywiście ani na głębię rozważań psychologicznych Dostojewskiego, ani na coś w rodzaju „Rodziny Połanieckich”. „Podróż do miasta świateł” nie jest to, co oczywiste,  ani Dostojewski, ani Sienkiewicz, ale nie jest to też niestety lektura  w stylu Chmielewskiej czy S. Kinga, która czyta się jakby sama.  A powinna taką być, skoro nie jest literaturą ambitną i niekiedy trudną, wymagającą sporej uwagi przy czytaniu, wysokich lotów, powinna jako zwykły romans, zwykłe czytadło, zaciekawiać  w maksymalnym stopniu. Powinno być tak, że z żalem książkę się  odkłada i przeciąga się  moment jej odłożenia do granic możliwości. Po powrocie z pracy w pierwszej wolnej chwili, po zrobieniu tego , co jest konieczne, powinno się bez wahania po taką książkę  sięgać , włączania telewizora i robienie czegokolwiek innego, nie powinno wchodzić w rachubę, no bo jak ? Nie wiemy przecież, co w naszym czytadle będzie się działo.  W trakcie tego dnia, czy dni, kiedy się czyta, nasze problemy powinny zblednąć i przestać nas interesować.

       „Podróż do miasta świateł” jest  nieciekawa, a to chyba najgorszy grzech takiej książki. Problem polega na tym, że za pisanie zabierają się osoby, które talentu ku temu nie mają nawet w minimalnym stopniu . A talent jest jednak potrzebny nie tylko po to, aby napisać  „Biesy”, ale nawet i po to, aby napisać „Lśnienie” czy chociażby opowiadania z Sherlockiem Holmesem.  Talent jest potrzebny do tego, by doprowadzić  normalnego i będącego przy  zdrowych zmysłach czytelnika do takiego stanu, aby np. uwierzył chociaż na moment, że   samochód Christine sam bez udziału człowieka może kogoś zabić. Albo po to, aby chcieć ponownie przeczytać książkę, którą się doskonale zna i aby po raz kolejny poczuć te same emocje, które czuło się za pierwszym razem.

     Owszem, niby każdy może coś napisać,  namalować, ze skomponowaniem jest trochę gorzej, tylko potem tych różnych wypocin nie ma kto  ani czytać, ani oglądać,  i nie  ma się co temu  dziwić.   Kusi mnie, aby sprawdzić, czy ten problem dotyczy tylko literatury polskiej, czy też jest on szerszy. Zakupiłam więc inny romans, tym razem na audiobooku, amerykański , autora rozchwytywanego, mam nadzieję, że odważę się go odsłuchać. Nie wiem tylko, czy na ten wyczyn zdobędę się jeszcze w tym roku,  czy może jednak trochę później.

3/6

niedziela, 6 lipca 2014

Piotr Zychowicz – „Pakt Ribbentrop – Beck”




Rebis 2013, wydanie II  rozszerzone  

          A może w 1939r. powinniśmy jednak zgodzić się na żądania Hitlera ? Czy eksterytorialna autostrada na słupach o długości 40 km. i „oddanie” Wolnego Miasta Gdańsk z 85% ludnością niemiecką , który i tak nie był nasz, nie byłoby warte ocalenia milionów ludzi ?  Dlaczego my jako Polacy w polityce międzynarodowej dbamy wiecznie o honor, a inne państwa   mają na względzie rację stanu i dbają  nie o honor, ale o ludność, dziedzictwo kulturowe i mienie, a do tego w imię racji stanu dla własnego interesu są w stanie sprzymierzyć się z najgorszym nawet zbrodniarzem ? Czy faktycznie powinniśmy sprzymierzyć się z Niemcami i ruszyć z nimi na Sowietów, potem   sprzymierzyć się z Anglią i Francją p-ko Niemcom? Wbrew wszelkim utartym poglądom po dojściu Hitlera do władzy z Niemcami mieliśmy wyśmienite relacje, co dokładnie jest omówione. Kwestia dyskusyjna, ale według Zychowicza tylko w ten sposób zachowalibyśmy pełną niezależność. Byłaby to sytuacja porównywalna z sytuacją końca I wojny światowej, kiedy to klęskę ponieśli wszyscy nasi zaborcy.

         Poza całą masą takich rozważań Zychowicz poraża też masą faktów, faktów, które są nie tylko mało znane , ale  dla naszego stylu myślenia są bardzo niewygodne.  Otóż okazuje się, że wszystkie te państwa, które w trakcie wojny stosowały taktykę lisa i myślały o tym, aby z całej tej sytuacji wyjść z jak najmniejszymi stratami,    osiągnęły to, co chciały. Liczba ofiar i strat w mieniu była tam w porównaniu do nas bardzo mała. A kto dzisiaj pamięta, że np. Rumunia najpierw taktycznie sprzymierzyła się z Hitlerem, a gdy zaczął ponosić klęski,  olała swojego sojusznika i zawarła pakt z aliantami? A Czechy, gdzie liczba ofiar była symboliczna, czy ich postawę w czasie wojny ktokolwiek jeszcze pamięta i czy zwiedzającym Pragę  przeszkadza to, że Czesi nie walczyli ? I Czechy i my i Rumunia skończyliśmy dokładnie tak samo, czyli po wschodniej stronie żelaznej kurtyny.  Okazuje się np. że nasze porozumienia z Wielką Brytania i Francją z 1939r. już w chwili podpisywania  nic nie   były warte i o tym, ze żadne z tych państw nigdy nie ruszy nam na pomoc,  wiedziały wówczas wszystkie państwa, poza nami.  Wystarczyło dokładnie przeczytać dokument. I to nie jest tak, że te państwa nas oszukały, porzuciły itp. , problem polega na tym, że to my wiecznie dajemy się nabierać na coś, na co nikt inny nabrać się nie daje , a potem jesteśmy bardzo zdziwieni.

   Dla mnie ta książka  jest to odkrycie  . Jeśli ktoś chciałby popatrzeć na historię w inny sposób, niż do tej pory , nawet gdy z Zychowiczem nie będzie się zgadzał we wszystkim, powinien „Pakt” przeczytać.

6/6

niedziela, 29 czerwca 2014

Maria Kuncewiczowa „Cudzoziemka” – audiobook, czyta Zofia Kucówna

 Okładka produktu



      Podobno jest to głęboko psychologiczna książka o nieszczęśliwej  kobiecie, uduchowionej, która nie może odnaleźć się w świecie  i której nikt nie rozumie.  Powszechnie uważa się tą pozycję za wyjątkowe dzieło.  Nie podzielam tych zachwytów.

      Dla mnie jest to książka o autorytarnej , egocentrycznej histeryczce , która systematycznie przez kilkadziesiąt lat zatruwa życie całemu otoczeniu, poczynając od męża, dzieci, służących , a skończywszy na przypadkowo spotkanych osobach.  Idealnym określeniem byłoby stwierdzenie, że jest to osoba wysoce toksyczna. Bynajmniej nie jest to kobieta, którą los dotknąłby w jakiś szczególny sposób. Zresztą tak to zazwyczaj bywa, że najbardziej pokrzywdzeni przez wszystko i wszystkich czują się ci, którym wszystko układa się całkiem dobrze.  Ci z kolei , którzy przeżyli np. wojnę i związane z nią koszmary, są szczęśliwi, że w ogóle żyją.  To poczucie pokrzywdzenia przez los towarzyszy Róży już od wczesnej młodości i nie ma znaczenia, że potem ma kochającego męża, udane dzieci i sytuację materialną, umożliwiającą spełnianie większości zachcianek.   Przyczyna tego poczucia krzywdy  nie jest bynajmniej zbytnio wyszukana, zakochała się jako młoda dziewczyna , a obiekt jej uczuć – Michaś – zapomniał o niej w błyskawicznym tempie. Od tego właśnie momentu Róża obraziła się na cały świat i zaczęła się na wszystkich wyżywać.  Każdy kontakt z nią był koszmarem, bo każdemu musiała powiedzieć czy zrobić coś niemiłego.  Gdy tylko mogła, robiła nawet rzeczy znacznie gorsze. To życie niespełnioną miłością przypominało mi trochę Barbarę z „Nocy i dni” i jej zafascynowanie Józefem Tolibowskim.  Barbara miała jednak mnóstwo pracy i ta mania powracania do wspomnień i pławienie się w poczuciu nieszczęścia nie mogła przybrać aż takich rozmiarów, jak u Róży.  Barbara w przeciwieństwie do Róży była dobrym człowiekiem , ludzkim i dla dzieci i dla innych, może niekiedy za wyjątkiem Bogumiła. Różę spotkało właściwie tylko jedno nieszczęście , zmarł we wczesnym dzieciństwie jej syn, ale nawet po tym wydarzeniu nie mogła być już dla świata bardziej koszmarna, niż była wcześniej .

    Cała książka jest opisem  życia Róży i strasznego wpływu, jaki wywierała na innych. Kucówna czyta powieść tak, jakby była Różą, bez jakiegokolwiek dystansu, apodyktycznym tonem , a na dodatek z bardzo wyraźnym rosyjskim akcentem. Ten akcent teoretycznie byłby zrozumiały z racji tego, że Róża spędziła na Wschodzie trochę czasu, ale podczas słuchania było to dla mnie potwornie drażniące. Kucówna nie podobała mi się bardzo już jako czytająca „Dziewczęta z Nowolipek” , teraz było podobnie.  Ten ton przypominał mi najbardziej nielubiane nauczycieli w szkole , te, które wszystko  wiedzą najlepiej , a wszyscy wokół są idiotami. Tak, Róża też była taką właśnie osobą, ale zadaniem lektora powinno być to, aby zaciekawił swoją opowieścią, a nie żeby zniechęcał. A audiobooka słuchałam  z niechęcią i z rozdrażnieniem.  Kucówna nie spowodowała, abym poczuła dla Róży chociaż cień współczucia.

    Ta koszmarna interpretacja wykluczała właściwie jakakolwiek refleksję  nad współczesnymi Różami, takie osoby były przecież i będą zawsze .  Głos Kucównej , rosyjski sposób wymowy i akcent powodował, że miałam przekonanie, że cała ta sytuacja była dawno temu i nie może się już wydarzyć, bo czasy są inne. Może gdyby ktoś czytał to inaczej, można byłoby dojść jednak do wniosku, że w obecnych czasach mąż najprawdopodobniej porzuciłby Różę, dzieci zrobiłyby to samo , tak szybko jak tylko byłoby to możliwe. Zatruwałaby jednak życie innym   w pracy, a gdyby zajmowała stanowisko kierownicze, powinno się powiedzieć, że stosowałaby mobing.  

     Generalnie, jak dla mnie są ciekawsze tematy i osoby, którymi można byłoby się fascynować .

3/6

sobota, 28 czerwca 2014

Michael Crummey „Pobojowisko”


 

 
Wiatr od Morza  2014

 
    „Czy można wywieść związek między złą myślą a wybuchem bomby atomowej w Nagasaki?” Zdaniem wydawcy (Wiatr od Morza)  m. in. na takie pytania próbuje odpowiedzieć książka.  I chyba dzięki takiemu  opisowi i dzięki renomie wydawnictwa ją kupiłam . Jest to historia całego życia Wisha i Mercedes i ich uczucia. Poznali się przed wybuchem wojny, on potem  poszedł walczyć na Dalekim Wschodzie,  bardzo szybko trafił do obozu jenieckiego. Ona z kolei opuściła dom rodzinny, w którym nie zaakceptowano Wisha  i zamieszkała w obcym mieście. Wojna rozdzieliła parę na długi czas.

    „Pobojowisko” nie jest książką ani lekką, ani łatwą, ani przyjemną. Jest przygnębiające, ale niestety prawdziwe. Na początku czyta się je ciężko, potem gdy akcja jest już zawiązana, jest coraz lepiej. I Wish i Mercedes mają cały czas , jak to się mówi, pod górkę. Trudno sobie wyobrazić gorszy horror, niż bycie uwiezionym w obozie jenieckim u Japończyków pod Nagasaki. Potem u Wisha pojawił się  alkoholizm.  Zarówno Wish, jak i Mercedes w młodości żyją w środowisku fanatyków religijnych i skrajnej nietolerancji, w biedzie, na Nowej Funlandii, gdzie większość rodzin żyje z połowów ryb i gdzie często rybacy toną .

    Książka jest trudna, dla mnie najbardziej fascynujące było to, że nie mogłam o niej zapomnieć i że wywołała całą masę pytań. Od pewnego momentu każdy chyba czytelnik zastanawia się, dlaczego Wish, mimo, że przeżył, zwleka z nawiązaniem kontaktu z Mercedes. Wie przecież, że ona czeka na niego. Irytacja czytelnika narasta. Początkowo w ogóle nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje, jest to irracjonalne.  I już na tym etapie zaczęłam się zastanawiać, że może  stało się wcześniej coś, na co nie zwróciłam uwagi, że może ktoś coś zrobił lub powiedział. Musiałoby to być coś naprawdę ważnego, skoro Wish mimo tego, że kochał Mercedes, nie pojawia się na Nowej Funlandii i nie daje znaku życia.  Nasuwa się od razu spostrzeżenie, jak poważne   mogą być skutki ludzkich działań, zwykłych niedbale wypowiedzianych zdań, czy zachowań. Zagadka zachowania Wisha – najbardziej frapująca z całej książki -  według mnie w 100% nie wyjaśnia się , pozostaje pewna doza niewiadomej. Okazuje się, że rzeczywiście zostało wypowiedziane pewne zdanie, które moim zdaniem nie powinno dla nikogo mieć  jakiegokolwiek znaczenia, tyle tylko że Wishowi  ciągle dźwięczy ono w uszach. Nie może on też zapomnieć o pewnym zakładzie, który moim zdaniem był idiotyczny i również nie powinien mieć znaczenia. Są jeszcze inne czynniki, typu depresja czy alkoholizm.  No i przede wszystkim jest poczucie winy , dla mnie niepojęte i irracjonale.  Może gdyby wydarzenia toczyły się w czasach obecnych, w dobie telefonów komórkowych, wiele rzeczy można byłoby sobie wyjaśnić. Mogłoby być prościej. A czy to, co myślał lub robił Wish, mogło mieć wpływ na zrzucenie bomby atomowej na Nagasaki? Chyba każdy czytelnik będzie musiał sam odpowiedzieć na to pytanie. Jednoznacznej odpowiedzi  nie ma. Tak samo, jak nie dowiemy się nigdy , jakie skutki u innych spowodowały nasze zwykłe , codzienne działania i przypadkowo wypowiadane zdania.

5/6

niedziela, 22 czerwca 2014

Piotr Zychowicz „Obłęd 44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując powstanie warszawskie”




 
           Bez cienia wątpliwości jest zdecydowanie najlepsza książka historyczna, jaką kiedykolwiek przeczytałam.  Mam wykształcenie humanistyczne  i interesuję nieco się historią. Ale po przeczytaniu tej książki mój historyczny światopogląd  uległ olbrzymiej  zmianie. Książka nie jest bynajmniej tylko o powstaniu warszawskim, autor opisuje zdecydowanie szersze tło, a powstanie pojawia się dopiero po raz pierwszy chyba około 200 strony . Autor opisuje cała masę wydarzeń, przekopując się wcześniej przez stos dokumentów, w duże mierze są to wydarzenia albo mało znane, albo znane tylko wybiórczo. Łączy je wspólny mianownik, z reguły są bulwersujące. Do tego zadaje niewygodne pytania, a przebieg wydarzeń w jego zestawieniu  i w aspekcie pytań powoduje , że zaczynamy widzieć wszystko w innym świetle.  Zychowicz zmusza do bezustannego myślenia. Swoją opowieść zaczyna właściwie z chwilą wybuchu II wojny światowej, a może nawet i wcześniej.  Rozprawia się z zakorzenioną w naszej świadomości „koniecznością” bezsensownego przelewania krwi, szczególnie w sytuacji, gdy nie ma to jakichkolwiek szans powodzenia.  Stawia niewygodne pytania o to, dlaczego tak wielu naszych przywódców było tak nieudolnych i niekompetentnych, w kilku przypadkach rozważa też możliwość , że konkretne osoby mogły współpracować z sowieckim wywiadem.

      „Obłęd 44” napisany jest szalenie interesująco, bardziej niż niektóre powieści. Po ukazaniu się tek pozycji na Zychowicza posypały się na niego gromy i z prawa i z lewa.

     Nie chcę streszczać tej książki.  Znaczna jej część była dla mnie szokująca, nawet gdy dotyczyła wydarzeń pozornie znanych.

6/6

sobota, 21 czerwca 2014

Ian McEwan - „Pokuta” – audiobook, czyta Zbigniew Zapasiewicz i Olga Sawicka


Pokuta


Temat oryginalny, ale Mc Ewan moim zdaniem szczególnego talentu do pisania  nie ma. Wiem, że jest laureatem wielu nagród, że „Pokuta” uchodzi za dzieło wybitne, ale ja odbieram go inaczej . Temat książki znany jest głównie z filmu J. Wright`a.  Początek powieści  rozgrywa się letniego dnia w 1935r.  posiadłości bogatej brytyjskiej rodziny Tallisów. Najstarsza córka Tallisa,  Cecilia,  tego właśnie dnia czuje, że zakochała się w znanym od dzieciństwa Robbiem, synu sprzątaczki, pracującej w ich domu. Uczucie to jest odwzajemnione. Młodzi kochają się w bibliotece . Świadkiem tej sytuacji jest młodsza siostra Cecylii – Briony, 13 – letnia dziewczynka , aspirująca do bycia  dramatopisarką, mająca bardzo bujną wyobraźnię.  Wyobraża ona sobie, że Robbie  robił jej siostrze krzywdę i że to ona swym nagłym wejściem Cecilię uratowała. Tego samego dnia kuzynka sióstr  zostaje zgwałcona, nie mówi jednak , kto jest sprawcą.  Briony opowiada policji, że jest pewna, iż sprawcą był Robbie, bo widziała, jak odchodził z miejsca zdarzenia. Policja i sąd dają wiarę zeznaniom dziewczynki, niewinny chłopak zostaje skazany i osadzony w więzieniu. „Szansa” na wcześniejsze wyjście pojawia się dopiero z chwilą wybuchu wojny, kiedy to więźniowie dostają propozycje zaciągnięcia się do wojska. Briony stosunkowo szybko uzmysławia sobie, że chyba jednak nie jest taka pewna, czy widziała Robbiego. Z biegiem lat zyskuje natomiast pewność , że nie mogła widzieć Robbiego i że w dużej mierze cała historię o tym, że to on jest sprawcą gwałtu,  świadomie zmyśliła.  Żyje z poczuciem winy, z którym nie jest w stanie się uporać.  Nie potrafi już stwierdzić, jak wszystko wyglądało naprawdę. Jako pewne   zadośćuczynienie za to, co zrobiła , postanowiła w czasie wojny zatrudnić się w szpitalu jako pielęgniarka.


    Sam temat – poczucie winy - niewątpliwie jest ciekawy, w tym przypadku McEwan mnie jednak  nie przekonuje. 

     Briony chciała zabłysnąć ,  być w centrum uwagi i opowiedziała historyjkę o Robbiem jako dziecko. Ciężar odpowiedzialności za wszystko,  co się stało, spadać powinien na rodziców, którzy wiedzieli o jej wybujałej fantazji i na cały aparat sprawiedliwości : policję , prokuraturę i sąd. Wyrzuty sumienia w tej sytuacji są przesadzone i wydają mi się mało realne.

    Mało realna wydaje mi się też  sytuacja, by można było kogoś skazać za gwałt tylko i wyłącznie na podstawie jednego dowodu, jakim były zeznania dziecka, rzekomo przypadkowego świadka .

    Nie odpowiada mi kompletnie sposób narracji autora. Pisze on strasznie ciężko. Olbrzymią część książki stanowią opisy pracy pielęgniarki w szpitalu w czasie wojny, trwało to chyba 2 godziny. Kolejne 2 godziny trwała opowieść o tym, co działo się wśród żołnierzy w okolicach Dunkierki , jakie mieli nastroje, czym się zajmowali itp. Sporo miejsca poświęca też on  łopatologicznym charakterystykom postaci, głównie na początku, są to jednak od początku do końca charakterystyki powierzchowne, nigdy nie zagląda on do samego wnętrza. Nie znosiłam też wręcz behawiorystycznych opisów, np. Robbie  zdjął buty i zobaczył, że ma dziurawe skarpetki. No i następuje opis, jak wyglądała stopa w dziurawej skarpetce. Było to i nudne ,  do niczego niepotrzebne i nie miało jakiegokolwiek znaczenia dla przebiegu wydarzeń. Takich idiotycznych opisów jest cała masa.   Nie podoba mi się język autora, gdy słuchałam Pilcha, była zachwycona  sposobem budowania zdań, pewnym rytmem opowieści, tutaj tego nie ma.

 
   W powieści jest cała masa wątków : miłość Cecilii  i Robbiego, poczucie winy Briony, wątek kuzynki, potem praca w szpitalu, wojna i Dunkierka , relacje pomiędzy siostrami po tym, co się stało  . Objętość książki wielka nie jest. Tematy są zaczęte, liźnięte, ale nie są wyczerpane. Pamiętam za to, jak bardzo podobał mi się film , tam wątki zostały okrojone , doszło do pewnych zmian i miałam poczucie, że film jest  doskonały.    

      Myślę, że byłam w stanie wysłuchać całości tylko dzięki Zapasiewiczowi, który „ratował” książkę.  Czytał nie narzucając się, tak jakby go nie było. Sawicka czyta tylko jeden, ostatni rozdział.

3/6

sobota, 14 czerwca 2014

Carroll Lewis "Alicja w krainie czarów" - audiobook, czyta Edyta Olszówka



        Czy podróże w czasie rzeczywiście są niemożliwe?  Wracając czasami do  książek dzieciństwa  czuję się właśnie jak podróżnik w czasie . Czas o dziwo, się cofa, a ja znowu staję  się małą lub większą dziewczynką, która chodzi do szkoły i z wypiekami na twarzy czyta ulubiona książkę. Gdy „Gazeta Wyborcza” zaczęła wydawać kolekcję audiobooków – trzecią serię – w której jest sporo książek dla dzieci czy młodzieży,  wpadłam w zachwyt.  Poczułam emocje, których się nie spodziewałam, znowu wrócę do „Ani z Zielonego Wzgórza” i innych książek  ! To jest czytanie , a właściwie słuchanie,  dla absolutnej, czystej przyjemności.   To powrót do czasu marzeń, gdy tak wiele rzeczy zachwycało,  wszystko wydawało się jeszcze możliwe, a  najpoważniejszym problemem była gorsza ocena w szkole. Przy okazji niektórych książek, jako dorośli, możemy  jeszcze doszukać się ukrytego drugiego czy trzeciego dna.

     Pamiętam, jak dawno temu czytałam „Alicję” i pamiętam doskonale, że absolutnie, ale to absolutnie nie podobała mi się, nudziła mnie i nie mogłam załapać, o co w ogóle w niej chodzi, a akcja wydawała mi się niedorzeczna.  Potem gdy biegiem lat powstawało coraz więcej filmów z Alicją i królikiem , gdy  weszli oni na stale do kultury,  zaczęłam nabierać przekonania, że może przeczytałam „Alicję”  za wcześnie, że musi mieć przecież jakieś nieodkryte przeze mnie walory i że warto byłoby może kiedyś sięgną do niej ponownie.  Ta wymuszona chęć sięgania po „Alicję” nie była zbyt wielka i gdyby nie „Wyborcza” prawdopodobnie skończyłoby się na dobrych chęciach.  Całe to przedsięwzięcie skończyło się jednak  tak, jak kończą się rzeczy , robione na siłę, czyli mówiąc wprost, skończyło się jednym wielkim fiaskiem.

    Czas o dziwo – cofnął się kolejny raz , ale zamiast oczekiwanej szczypty magii,  znowu odczułam tą samą nudę , co wieki temu , i  znowu za nic nic nie mogłam skupić się na  „Alicji”.  I znowu odnosiłam wrażenie, że akcja jest niedorzeczna. No  i  dalej nie wiem, czym tak ludzie się zachwycają.  Wygląda to tak, jakbym od czasów dzieciństwa się nie zmieniła . Czy my tak bardzo od czasów dzieciństwa się zmieniamy? Ja cały czas lubię te same potrawy , cały czas lubię czytać i sporo moich upodobań to są te, które już dawno  zaczynały mnie fascynować. Czasem wydaje mi się, że to trochę niesprawiedliwe, że w tak młodym wieku musimy podejmować decyzje, kluczowe dla całego życia, jesteśmy przecież niedojrzali . Ale może niekoniecznie tak jest, może to właśnie wtedy , a nie kiedy indziej wiemy, czego chcemy.

     „Alicja” była dla mnie męcząca podwójnie, bo nie dość, że musiałam słuchać niedorzeczności o gadającym króliku, to jeszcze musiałam wysłuchiwać wrzasków królowej w wykonaniu  Edyty Olszówki.  A Olszówka zrobiła coś, czego nienawidzę, bo wychodząc z założenia, że dzieci są infantylne i tylko one będą słuchać „Alicji”, czytała  momentami tak, jak czyta się komuś, kto ma inteligencję na poziomie szympansa.

1/6

niedziela, 1 czerwca 2014

Javier Marias „Twoja twarz jutro. Trucizna , cień i pożegnanie”


Wydawnictwo Sonia Draga  2013
Zachwyciłam się tą książką absolutnie. Podobnie było z poprzednimi tomami trylogii. Raz na jakiś czas, z biegiem lat niestety coraz rzadziej, zdarza mi się, że coś zachwyci mnie w sposób absolutny. Wiem, że jest to coś nadzwyczajnego, czuję to całą sobą i nie mam żadnych wątpliwości , że jest to arcydzieło, napisane jakby specjalnie dla mnie. Tego typu zauroczeń wiele nie było. Ale przypominają mi one jakby dotknięcie czegoś nieznanego,  innego wymiaru, gdzie wszystko jest doskonałe.  Ostatnie takie totalne zafascynowanie przeżyłam chyba 10 lat temu, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z „Władcą pierścieni”. Przeczytałam go późno, późno do tego stopnia, że  niemal wszyscy czytający poznali go podczas studiów lub w liceum, a ja byłam  kimś w rodzaju neofity, który nawrócił się na hobbitów jako dorosła osoba.  Potem długo, długo nie było nic. Myślałam nawet, że może czas zafascynowań już się zakończył i że zawsze będzie już tylko mdło, coś może mi się spodobać, czasem nawet może spodobać się bardzo, zawsze jednak będzie jakieś „ale” i zawsze będę mogła się do czegoś przyczepić. Starałam się pogodzić z ta myślą, ale było to jakby podejmowanie prób położenia się w grobie już za życia , no bo jak można przyzwyczaić się do myśli, że żadna książka już nigdy nie wyda mi się , jakby była napisania w innym wymiarze istnienia. Zastanawiałam się , czy może czytam za mało , lub czy czytam nie to,  co potrzeba. Ale zawsze czytywałam po prostu to, na co miałam ochotę i nie zamierzam tego zmienić. I w końcu, będąc już niemal blisko rezygnacji i pogodzenia się z myślą, ze nie mam co już liczyć na coś porywającego i olśniewającego, 4 lata temu natrafiłam na Javiera Mariasa. „Twoja twarz jutro” jest  fascynująca , a do tego każdy kolejny tom trylogii wydawał mi się jeszcze lepszy od poprzedniego.   Chociaż podczas czytania tomów wcześniejszych, odnosiłam wrażenie, że nic lepszego napisać  już  nie można.
         Marias pisze w pierwszej osobie . Jego bohater,  nazwiskiem Deza , Hiszpan , po rozstaniu z żoną, dzięki swoim zdolnościom lingiwstycznym i nie tylko takim, oraz dzięki znajomości z nobliwym nauczycielem akademickim sir Peterem Wheelerem,  trafił do  bliżej nieokreślonej komórki służb specjalnych. Była to komórka zajmująca się badaniem osobowości ludzi, a głównie przewidywaniem, jak konkretna osoba zachowywać się będzie w przyszłości, kim się stanie, jaka będzie itp. ,czyli inaczej mówiąc,  Deza starał się przewidzieć, jak będzie wyglądać „twoja twarz jutro”. Dzieło Mariasa można  nazwać powieścią, ale akcji nie ma tam wiele, wydarzenia toczą się nieśpiesznie, powoli, powoli, a cała uwaga czytelnika skupia się na tym, co bohaterowie  tych wydarzeń myślą, co czują, co ukrywają, kogo udają i to niekiedy nawet przed sobą samym, kim chcą się wydawać wobec innych. Raz na jakiś czas następują nawiązania do drugiej wojny lub do wojny domowej w Hiszpanii, w czasach ekstremalnych można przecież wyjątkowo wiele zaobserwować. Deza pracuje wśród kilku podobnych sobie osób, wszyscy oni mają dar niesamowitej przenikliwości. Nie skupiając się na sobie, tak jak robi to większość ludzi, tylko na innych, mając wyjątkowe zdolności w tym kierunku, mając dar obserwacji i znajomość psychologii,  potrafią więcej powiedzieć o człowieku, niż on sam o sobie wie.  Są w stanie przewidzieć o badanej osobie to, czego ten obserwowany sam się po sobie nie spodziewa. Co ciekawe, te charakterystyki Deza i reszta współpracowników formułują w większości wypadków , tylko po obejrzeniu np. różnych nagrań, bez nawet rozmowy z tą osobą.  W czasie, kiedy czytałam „Twoją twarz jutro” częściej niż kiedy indziej, obserwowałam ludzi. Marias snuje masę refleksji nie tylko natury psychologicznej, ale i historycznej, socjologicznej, filozoficznej.  Trudno jest mówić , jak już napisałam o akcji,  w kontekście tej książki. Na akcję składa się kilka sytuacji i cała masa retrospekcji, rozważań i rozmyślań na wszelkie możliwe tematy.  Co do zasady, to do czasu Mariasa nie przepadałam za tego rodzaju lekturami, kojarzyły mi się z jakimś takim dziwnym tworem, ni to powieścią , ni esejem, ni pracą naukową. W tym jednak przypadku sytuacja wygląda zupełnie inaczej, książka jest szalenie ciekawa i bez wątpienia jest powieścią.  Jest kilku głównych bohaterów, których losy i charaktery poznajemy we wszystkich trzech tomach. Stosunkowo najwięcej rozważań dotyczy kwestii psychologicznych i historycznych, z reguły zaś te dwa aspekty są ze sobą powiązane.
    Czytając „twoją twarz jutro” pochłania się gigantyczną dawkę wiedzy psychologicznej. Mówimy o wiedzy praktycznej, a nie teoretycznej, oczywiście. Jak najlepiej można poznać inna osobę? Trzeba jej pozwolić mówić . Niech mówi, może nawet sama wybrać temat, trzeba tylko bardzo uważnie słuchać i wyciągać wnioski.  Trzeba słuchać, o czym ta osoba mówi, na co zwraca uwagę itp. I gdy już się nam wydaje, że to co moglibyśmy o tej osobie powiedzieć, już powiedzieliśmy, trzeba próbować dalej wyciągać wnioski. Podobnie i przy każdym innym temacie, gdy wydaje się nam , ze już go wyczerpaliśmy, trzeba zastanowić się, a może jednak temat wyczerpany nie jest. Może jednak da się powiedzieć coś więcej.  Może można być jeszcze bardziej dociekliwym ? I podobno właśnie w tych „dogrywkach” przypominają się lub wydobywane są nawet gdzieś z zakamarków mózgu najciekawsze spostrzeżenia .  
    „Twoja twarz jutro” jest lekturą trudną, wymagająca sporo uwagi. Z pewnością gdy chce się sięgnąć, po coś lekkiego i przyjemnego, to nie jest to dobry czas na Mariasa. Jest to jednak coś, co daje gigantyczną satysfakcję, tak jak np. chodzenie po górach, jest ciężko, ale ten wysiłek rekompensują wspaniałe widoki, a potem satysfakcja, że zdobyło się szczyt.  Marias ma oryginalny styl pisania, buduje bardzo długie zdania , niekiedy nawet i na pół strony.  W jednej z audycji radiowych , tj. w „Poczytalnych” w TOK FM  usłyszałam, że dla niektórych   czytelników jest on zupełnie „niestrawny”, inni zaś nie mogą się oderwać od jego książek.  Tych pierwszych zupełnie nie rozumiem.    Wydawało mi się, że po tego rodzaju książce, będę miała ochotę na coś lekkiego, okazało się jednak, że stało się zupełnie odwrotnie. Może dzieje się tak, że po lekturze czegoś naprawdę dobrego apetyt rośnie i chce się czytać rzeczy równie ambitne? Z pewnością szybko wrócę do książek luźniejszych, ale jeszcze nie tara, teraz czytam coś również rewelacyjnego.  
6/6
 
 

niedziela, 25 maja 2014

Boris Akunin „Kochanek Śmierci” – audiobook - czyta Artur Żmijewski

 







Obraz znaleziony dla: Kochanek śmierci
   „Kochanek Śmierci” okazał się  dla mnie rozczarowujący.  Jest lekki, mimo wszystko przyjemny, ale to nie to,  co „Świat jest teatrem”, albo tomy z siostrą Pelagią.  Jest to kryminał retro z detektywem Fandorinem. Mówiąc w skrócie, Śmierć to pseudonim dziewczyny, kochanki herszta poważnej bandy przestępczej. Ciągnie się na nią fama, że każdy jej wielbiciel szybko umiera. Zakochuje się w niej młody chłopak, Sieńka, który marzy o karierze bandziora.  Udaje mu się wkręcić do poważnej bandy rzezimieszków, ale szybko orientuje się , że się do takiej roboty nie nadaje, może kraść, ale mordować już nie.  Wyjście z bandy okazuje się trudniejsze, niż wejście do niej.  Fandorin pojawia się w książce późno, nieco częściej występuje jego służący -  Japończyk – Masa. Masa z Fandorinem postanawiają otoczyć Sieńkę opieką i pomóc mu.

        Akcja toczy się wartko, nudno nie jest, są nawet dość zaskakujące zwroty akcji. Mnie przeszkadzało to, że bohaterem jest młodziutki chłopak, za to spory cwaniak  i tępe zbiry oraz ograniczeni umysłowo, skorumpowani policjanci.  O ile dialogi np. w „Świat jest teatrem”   były wyjątkowo ciekawe, o tyle w tej powieści już tak nie jest. Mało kto z bohaterów ma coś ciekawego do powiedzenia, a Fandorin czy Masa traktują Sieńkę, słusznie zresztą,  jak dziecko.  Spojrzenie na środowisko teatralne w „Świecie”  było dla mnie bardzo nietuzinkowe, choć  aktorzy  byliby innego zdania. Wgłębienie się z kolei w zwyczaje prymitywnych przestępców  porywające nie było. Porady Masy dla Sieńki to z kolei dawka dydaktyzmu na pograniczu z grafomanią, takie porady w stylu poradników , jak żyć szczęśliwie itp.  Za pozytywne zliczyłabym niewątpliwie oddanie klimatu epoki, np. zaskoczenie Sieńki widokiem nowoczesnej toalety u Śmierci , zadziwienie, że może istnieć cos takiego jak wanna itp. Zwyczaje młodych zbirów przypominały mi opowieści o tego typu osobach z warszawskiej Pragi. 

     Tym razem znowu drażnił mnie czytający, czyli w tym przypadku Artur Żmijewski. Z książki wynika, że Fandorin lekko się zacinał. W wykonaniu Żmijewskiego jąka się on bardzo , bardzo mocno, przez co w partiach Fandorina byłam rozdrażniona . Jąkanie było   bardzo mocno zaznaczone, zupełnie niepotrzebnie. Tym bardziej nieprzekonujące były te sceny, gdzie Fandorin  , będąc przebrany za kogoś,  innego wcale się nie jąkał. Mogłoby to być możliwe w przypadku osoby, której wada nie jest duża, ale nie w przypadku kogoś, kto nie jest w stanie wypowiedzieć niemal jednego słowa bez zająknięcia.  Tego rodzaju podejście z pewnością nie było zgodne z pomysłami Akunina. Z jednej strony żałowałam, że scen z Fandorinem jest tak mało, z drugiej zaś uznałam, że dzięki temu nie musze znosić tego koszmarnego wykonania. W audiobooku „Świat jest teatrem” Krzysztof Gosztyła czytał normalnie i słuchało się tego rewelacyjnie.  

3/6