


Jestem zafascynowana tą pozycją. Michał
Zioło jest zakonnikiem, najpierw był dominikaninem, a teraz trapistą, żyje w
zakonie, w międzynarodowej wspólnocie gdzieś za granicą, u nas nie ma trapistów.
Jednocześnie jest to człowiek mocnej, dojrzałej wiary, niespotykanego,
porażającego wręcz intelektu i
gigantycznej wiedzy. Przymioty takie
można, jak widać, pogłębiać w zakonie, prowadząc głębokie życie wewnętrzne, nie
jest potrzebne życie awanturnicze, nie są potrzebne bezustanne podróże, nie
musi się ciągle „coś dziać”. Jest to mocno zastanawiające, jak to się dzieje, że
ktoś żyjący na uboczu, niby odcięty od
świata, wie o tym świecie i o człowieku tak dużo, a wiedza ta jest tak głęboka.
Podobne odczucia, ale nie aż na taką skalę, mam, czytając Charlotte Bronte czy
Jane Austen. Obie te pisarki prowadziły podobny, zasiedziały, tryb życia, bez
podróży, bez większych przygód. I też bogactwo obserwacji i przemyśleń
zadziwia.
Książkę M. Zioło przeczytać może każdy
bez względu na to, czy jest wierzący, czy nie. To zbiór 24 tekstów, które
najtrafniej chyba nazwać można felietonami. To oczywiste, że jest tam sporo o religii,
ale jest też olbrzymia liczba odniesień
do historii, literatury czy sztuki, w tym do twórców, którzy z religią nie
mieli nic wspólnego, jak np. Wolter. Nie ma tu żadnego dydaktyzmu, żadnego
pouczania, nie ma nic z postawy takich postaci, jak np. Rydzyk czy Jędraszewski,
nie ma tu też polityki. Są to teksty, które dają bardzo dużo do myślenia. I
wyłania się z nich wiele książek, po które warto sięgnąć, a na które powołuje
się autor.
Przykładowo, gdy pisane są biografie czy
wspomnienia, często autorzy koncentrują się na postaciach bardziej lub mniej znanych.
M. Zioło z kolei w jednym z felietonów wydobywa
nie tyle z zapomnienia, co z totalnej ogólnej niewiedzy postać malarza Saszy Rzewuskiego,
bywalca salonów, człowieka o wyjątkowo barwnym życiorysie. Sasza wstąpił do zakonu
i nigdy decyzji tej nie zmienił. W innym tekście opowiada o wietnamskim
duchownym Van Thuanie, więzionym przez wiele lat przez władze komunistyczne, wobec
którego toczy się obecnie proces beatyfikacyjny. Jego charyzma była tak wielka,
że zdarzało się, iż pilnujący go strażnicy, obserwując jego postawę, nawracali
się. Konieczne stało się więc, aby strażnicy z jego otoczeni byli wymieniani co
tydzień.
Bogactwo przemyśleń jest tak wielkie, że mam
problem, co wybrać, aby dać inne jeszcze przykłady, mogące zobrazować, jak
mniej więcej teksty te wyglądają. Jest np. tekst pt. „Sieci”, nie dotyczy on bynajmniej
internetu. Jest w nim mowa m. in. o
odnajdywaniu sensu w tym, co dzieje się dookoła, autor pisze „bo mnie obchodzi
sens właśnie, sens pojawienia się w czyimś życiu innego życia, choćby i za
sprawą pośredników, czasem tylko w formie szczątkowych informacji”. To inne życie to mogą być też osoby już nieżyjące, o których ktoś się dowiaduje i widzi pewne zbieżności pomiędzy ich życiem, a swoim, albo np. się tym życiem inspiruje. Sytuacje, w zaistnieniu których autor szuka sensu, można też nazwać przypadkami.
Jest też np. mowa o dołach psychicznych czy
depresji, choć sformułowania takie nie padają. Autor pisze „A co z naszymi
skłonnościami do zbyt intensywnego przeżywania samego siebie, co kończy się najczęściej
melancholią otwierającą drzwi rozpaczy?.” Wiele jest o odnajdowaniu sensu życia,
o „podjęciu fascynującego wezwania: nauki czytania woli Boga w znakach, które porozrzucał,
poustawiał i porozwieszał wokół nas.” M. Zioło pisze, że „sybirak, jezuita,
ojciec Walter Ciszek podpowiada, że czytaniu znaków Boga powinno towarzyszyć
pewne założenie: warto przyjąć, że miał On cel i powód, byśmy weszli w kontakt
z tymi właśnie sprawami i z tymi ludźmi”. W kolei o Biblii pisze, iż „edukacja
w Biblii to nawoływanie Boga, to Jego głos wśród głosów, roszczących sobie
prawo do wyłączności. Głos wskrzeszający zmarłych, odnajdujący zagubionych.”
Jest też np. mowa o olśnieniach, to "momenty, kiedy to "stargana - jest osnowa świata" i jawi się istota rzeczy, ich sens i cel". To wszystko, co cytowałam, to oczywiście tylko przykłady. Z racji tego, że kwestii do zacytowania jest mnóstwo, to nie mogę nawet powiedzieć, że są to cytaty najważniejsze.
6/6

Byłam
wielką fanką cyklu o Mortce. Obawiałam się, że zajęcie się przez autora innymi
gatunkami literackimi i przedłużająca się przerwa w cyklu, nie wróżą niczego
dobrego. I rzeczywiście, ten tom jest dla mnie rozczarowaniem. Jest mocno
schematyczny i przewidywalny, w wielu fragmentach po prostu nużący. Mortka na stale pracujący w Interpolu w Hadze,
przyjechał do Warszawy, gdzie odnowił kontakty z Suchą, z którą kiedyś blisko
współpracowali, a która teraz jest naczelniczką jednego z wydziałów w policji. Wydarzenia
rozgrywają się właściwie w ciągu doby, ale są liczne retrospekcje.
Jeden z wątków to trwające godzinami
rozmowy ze świadkiem w sprawie zabójstwa. Treść tych rozmów nie jest nigdzie
zapisywana, odbywają się one w nocy, a Sucha z Mortką liczą na to, że człowiek
ten przyzna się do tego zabójstwa. Dla mnie to był jeden z najsłabszych
fragmentów książki. Te nocne rozmowy to mniej więcej w kółko to samo.
Sporo jest o covidzie, ale pisane jest to z
perspektywy osoby, która pracuje w domu i mało, albo prawie wcale z niego
wychodzi. Każdy prawie kontakt z inną osobą, postrzegany jest jako możliwość zakażenia
i jest to analizowane, czy do tego zakażenia doszło. W taki sposób naprawdę mało
kto funkcjonował.
Praca Mortki w Hadze i rzeczywistość holenderska
opisywane są jako coś wspaniałego, niemal idealnego, zaś to co się dzieje w
Polsce wręcz odwrotnie. Mamy biel i czerń, żadnych niuansów. Znaczną część książki
zajmują mało odkrywcze kwestie pogarszających się relacji Mortki z synami.
Mortka dokonał „odkrycia”, że przez kilka lat jego pobytu w Hadze, jego synowie,
mieszkający w Polsce z matką, wydorośleli, a on nie ma z nimi bliskiej relacji
i właściwie nie wie, co się z nimi dzieje.
Nie zauważyłam tego, co szalenie podobało
mi się w poprzednich tomach, czyli celnych obserwacji rzeczywistości. Nie ma
humoru, który był w tomach poprzednich. Zamiast lekkości, jest patos, nie cały czas,
ale np. we fragmentach o lekarzu, poświęcającym się dla dobra pacjentów. Liczba
głównych bohaterów jest mocno zredukowana. W poprzednich tomach z
zainteresowaniem można było śledzić losy kolegów Mortki, tutaj nie ma żadnego z
nich. Bardzo mocno eksponowane są też wątki LGBT. Tak to wygląda, jakby autor
sięgnął do internetu, zobaczył, które tematy są najbardziej nośne, wcisnął je na
siłę do książki. Żadnego z tych wątków nie pogłębił, w żadnym miejscu nie powiedział
czegoś, co nie byłoby schematyczne. A do
tego jeszcze w wielu miejscach jest nuda.
3/6
Skip to the end of the images gallery

Kryminały
retro Idy Żmijewskiej polubiłam od pierwszego tomu „Warszawianki”, „Iskry na
wiatr” ewidentnie są początkiem cyklu, co jest doskonałą wiadomością. To książka
lekka, przyjemna, od której nie można się oderwać i do której chce się wracać,
ale jednocześnie mądra i dająca do myślenia. To powieść wręcz wymarzona
szczególnie wówczas, gdy ktoś potrzebuje oderwania się od rzeczywistości. Autorka
jest kopalnią wiedzy o Warszawie i jej historii, a w tym przypadku wybrała taki
okres w dziejach, o którym u nas nie pisze się zbyt dużo, a mianowicie 1914r.,
a konkretnie druga jego połowa.
„Iskry na wiatr” to trochę kryminał, trochę
powieść historyczna i obyczajowa z romansem i wątkiem szpiegowskim w tle. Autorka
doskonale balansuje pomiędzy tymi wątkami i nie ma przeciągania któregokolwiek z
nich. To opowieść o trzypokoleniowej rodzinie: 4 młodych dziewczynach, ich
ciotce i babce. Po śmierci głowy rodziny, ojca dziewczyn i jego bankructwie,
kobiety musiały się przeprowadzić do wynajmowanego mieszkania w gorszej
dzielnicy i zaznały biedy, nie takiej porażającej, ale jednak.
Fascynujące są opisy życia w tamtych
czasach, panuje drożyzna i niepewność, do Warszawy zbliża się niemieckie
wojsko. Polacy w dużej mierze, chociaż nienawidzili Rosjan, bardziej chyba
obawiali się Niemców i tego wszystkiego, co może się stać, gdy uderzą na miasto.
Widać, że społeczeństwo polskie było bardzo mocno podzielone i wiele osób żyło,
tak jak i teraz w czymś, co nazywam „bańką”, byli zamknięci w swoim świecie, obracający
się wśród osób o podobnych poglądach i głusi na wszystko, co nie zgadzało się z
tym ich światopoglądem. Jedna z bohaterek została pielęgniarką, miała stosowne
wykształcenie, a w związku ze zbliżającym się frontem była bardzo potrzebna.
Nawet taka sytuacja wywoływała wiele
dylematów. Jej siostra zarzuciła jej, że jest to nieetyczne, bo pomaga w ten
sposób Rosjanom, a przecież wszystkie szpitale w Warszawie były rosyjskie. Pielęgniarka
odpowiedziała, że wśród pacjentów jest sporo Polaków, ale dla tamtej,
radykalnej siostry, nie miało to znaczenia. Jedna z sióstr zaangażowana była w działalność
niepodległościową, a to już było dla mnie czymś nowym, eksploatowany jest
przecież i w książkach i filmach temat tego rodzaju działalności w czasie II
wojny, ale nie pierwszej. Dla jeszcze innej bohaterki angażowanie się w jakąkolwiek
działalność tego rodzaju przy boku Piłsudskiego było głupotą, bo przecież Piłsudski
i jego ludzie byli terrorystami z PPS i „oczywistym” było, że ktoś taki nie będzie
w stanie niczego sensownego wymyślić. W tle tego wszystkiego następują zmiany
obyczajowości, przykładowo bohaterka „Warszawianki” długo nie wyobrażała sobie
małżeństwa bez zgody matki, tutaj widać wyraźnie, jak bardzo wszystko się zmieniło.
Ciekawe są nawet takie drobiazgi, jak zmiana mody, kobiety skracają suknie, głównie
z powodów praktycznych, na szerszą skalę
zaczęły przecież pracować, Zdejmują też gorsety.
Czekam już
na kolejną część.
5/6
kk
„Emma” podobnie jak i wszystkie inne powieści
Jane Austen pozwala na totalne oderwanie się od rzeczywistości i na naprawdę
spokojną lekturę. Gdy w długi weekend czerwcowy wgłębiłam się w „Emmę” i mogłam
czytać do woli, miałam poczucie, jakbym znalazła się, fizycznie, na angielskiej
prowincji 200 lat temu. Aż szkoda było
mi powracać do rzeczywistości. Jak zawsze,
gdy skończę czytać którąkolwiek z książek Austen, czuję, że czegoś mi brak i tęsknię
za tym, aby sięgnąć po nią ponownie.
Nie jest to moja ulubiona powieść tej
autorki, bohaterka jest uczciwa, szczera, ma dobre intencje, ale mogłaby być
troszkę mądrzejsza. Ta lekka głupota mi nieco przeszkadzała, ale sąsiad Emmy,
pan Knightley, błyskotliwy, inteligentny i przenikliwy, wynagradzał te niedostatki.
Emma jest osobą majętną, co odróżnia ją od bohaterek pozostałych powieści tej
samej autorki. Wpadła na pomysł, że doprowadzi do ślubu swojej pozbawionej
majątku, niezbyt mądrej i niezbyt urodziwej znajomej z przystojnym, wykształconym
i majętnym mężczyzną, który w żaden sposób dziewczyną tą nie był zainteresowany.
Ten niedorzeczny pomysł wywołał szereg komplikacji towarzyskich. A w pobliżu
Emmy pojawił się znienacka adorator.
Jak zawsze u Austen, wydarzenia rozgrywają się
na wsi, nie ma żadnej polityki, opisywany jest powszedni dzień. Jane Austen była
admiratorką zwyczajnej codzienności, a ta codzienność wydaje się szalenie
ciekawa i pociągająca. Nikt tu nie wyruszał w dalekie podróże i nikt za tym nie
tęsknił. Ale np. wypicie filiżanki herbaty przy kominku i porozmyślanie o różnych
tematach jest pokazane jako coś absolutnie wyjątkowego i mogącego dać głęboką
satysfakcję i jako coś, za czym można tęsknić w zaświatach.
Realia epoki i fascynują i bawią. Przykładowo
jedna z bohaterek znalazła się w fatalnej sytuacji finansowej i podjęła decyzję,
że zacznie szukać pracy jako guwernantka. Wśród okolicznych mieszkańców wywołało
to niesamowite poruszenie, dziewczynie jedni współczuli, inni cieszyli się z
jej nieszczęścia. Ale konieczność podjęcia pracy zarobkowej postrzegana była
przez wszystkich jako coś koszmarnego, jako jedno z większych nieszczęść, jakie
mogą się przytrafić. Społeczeństwo angielskie wydaje się kastowe, niemal jak w
Indiach.
Fascynujące są ponadczasowe charaktery
ludzkie. Spośród bohaterów na szczególną uwagę zasługuje postać pastorowej.
Jest to czarny charakter, ale nieco zamaskowany. Kobieta ta jest fałszywa do
granic możliwości, opowiada wszystkim, jaka to jest świetna i pomocna, a
jednocześnie pod płaszczykiem tej pseudo uprzejmości, niemal każdego poniżała i
uprzykrzała mu życie. Z kolei jej mąż, pantoflarz, jest wręcz żałosny. Jest
bohater ślepo zapatrzony w wyidealizowanego syna. I jest ten syn, protoplasta dzisiejszych
imprezowiczów i lekkoduchów. Galeria postaci jest wyjątkowo bogata, a każdy znajdzie
wśród nich osobę, którą będzie odbierał w taki sposób, jakby ją niemal znał. Wynika
to z tego, że te charaktery są niezmienne i np. ówczesna pastorowa to obecna Elżbieta.
Można się w nich poprzeglądać jak w krzywym zwierciadle.
5/6
Autorka
ma olbrzymią wiedzę i dar wynajdowania takich twórców, zjawisk, czy dzieł,
które nie są powszechnie znane. A nawet w znanych dziełach jest w stanie
zwrócić uwagę na taki ich aspekt, który raczej jest niezauważalny. O wszystkim
pisze subiektywnie, mało znanemu malarzowi jest w stanie poświęcić więcej
miejsca, niż twórcom powszechnie znanym. Niezależnie od opisów dzieł i malarzy,
dzięki książce pogłębić można też wiedzę o epoce i to też niekoniecznie z
najbardziej powszechnego punktu widzenia. Jak dla mnie mogłoby być tylko nieco
więcej informacji o obrazach, niż o autorach, ale to już kwestia subiektywna.
B. Fabiani zwraca szczególną uwagę na
dzieła kobiet, wydobywa je z mroków zapomnienia. Dzięki temu ten kanon
przedstawianych twórców jest inny, niż większość. Nie jest to na szczęście
robione „na siłę”, autorka nie wyznaczyła sobie np. limitu, że ma być mowa o
takiej samej liczbie malarzy i malarek. Ale do pewnego czasu większość dzieł o
malarstwie i albumów opracowywana była przez mężczyzn i jakoś tak się utarło,
że artystki, malarki, były w nich marginalizowane lub w ogóle ich nie było. Ale
faktycznie one istniały i tworzyły, tylko trzeba wydobywać je z mroków
zapomnienia. B. Fabiani nie wpycha do
książki fragmentów o malarkach miernotach, bo tak trzeba, taki jest trend,
tylko ukazuje artystki które stworzyły naprawdę wartościowe, ponadczasowe
dzieła. Opisuje m. in. malarki: Sofonisbę i Lavinię Fontanę, zwracając uwagę
zarówno na niebanalne życiorysy, jak też i na to, z jak wieloma trudnościami
musiały się one mierzyć, aby zaistnieć jako twórczynie. Kobieta malarka w XV
czy XVI wieku była postrzegana jako totalne dziwadło, coś zdecydowanie gorszego
od malarza mężczyzny, a kwestia sprzedaży jej dzieł była naprawdę wielce
problematyczna. Malarki musiały wykazywać się wielkim hartem ducha, aby móc
malować i jeszcze próbować wieść satysfakcjonujące życie osobiste, rzadko kiedy
było to w ogóle możliwe. Przykładowo Sofonisba w młodości przebywała na dworze
hiszpańskim, gdzie miała świetne warunki i niczego jej nie brakowało, ale tak
naprawdę szczęśliwa stała się dopiero około 50 – tki, gdy wyszła po raz drugi
za mąż, a było to jednocześnie pierwsze małżeństwo z miłości. Lavinia z kolei
wyszła za maż za kandydata, narzuconego przez ojca, młodzi okazali się potem
szczęśliwym małżeństwem. Te sylwetki kobiet malarek kojarzą mi się z
odnalezionymi puzzlami, które dopełniają obraz epoki. Podobnie zrobiła autorka w
książce „W kręgu Wazów”, gdzie również opowiedziała m. in. o kobietach, które w
większości zostały zapomniane, a z życiorysów których można sporo zaczerpnąć.
Oprócz rozdziałów o kobietach, najbardziej
fascynujący był ten o Michale Aniele. Jest tam przedstawiony jako malarz,
rzeźbiarz i architekt. I sporo jest o jego freskach w Kaplicy Sykstyńskiej, ale
też w dużej mierze o mniej znanych fragmentach,
np. o malowidłach proroków ze Starego Testamentu, czy wieszczek, sybilli ze starożytności. B. Fabiani
przedstawia też m. in. najbardziej tajemniczego malarza – Giorgone, zwraca
uwagę na to, że do dziś istnieją problemy z interpretacją jego dzieł. Kilka lat temu
czytałam „Szmaragdową tablicę” autorstwa C. Montero, powieść, w której mowa
jest o domniemanym dziele Giorgone „Astrolog”, którym interesowali się naziści.
5/6
Nie jestem fanką książek
psychologicznych, a „Dobra pamięć, zła pamięć” jest chyba pierwszą przeczytaną
tego rodzaju, od kiedy prowadzę bloga, czekała na półce kilka lat. Każdy
przeżył chyba w przeszłości jakieś albo traumatyczne, albo po prostu bardzo niemiłe
wydarzenia, które co jakiś czas się przypominają. Niekiedy to przypominanie
bywa natrętne. Autorka zgłębia ten właśnie temat, dlaczego tak się dzieje,
jakie mechanizmy rządzą pamięcią, oraz czy możliwa jest sytuacja, że te złe
wspomnienia przestaną nas nękać.
Najważniejsza według mnie konkluzja z książki jest taka. O ile te niemiłe
wspomnienia są tylko przeszłością, to nie musimy do nich ciągle
wracać. Trzeba przypominać sobie jak najwięcej wydarzeń pozytywnych, które
wzbudziły w nas radość i inne pozytywne emocje. Gdy przypomina się wydarzenie
złe, warto zamiast pogrążać się w jego przypominaniu, przerwać to i jakby
przejść do wspomnienia dobrego. Gdy skupimy się na tym dobrym wspomnieniu raz,
drugi, trzeci, gdy wydobędziemy z mroków zapomnienia te dobre rzeczy, sytuacja
już zacznie się poprawiać. Złe wspomnienia powinny zacząć blednąć. Warto też
odnaleźć przedmioty, które przypominają te dobre wydarzenia, np. papierowe
zdjęcia lub inne pamiątki i ustawić je w widocznym miejscu tak, aby rzucały się
w oczy i aby narzucały te dobre wspomnienia. Najważniejsze jest to, żeby
walczyć z tymi niechcianymi wspomnieniami, a nie żeby się im
poddawać.
Jeżeli
wspominane natrętnie wydarzenie rzeczywiście było traumą, to sytuacja jest
zdecydowanie bardziej skomplikowana i tego typu przypadkom poświęconych jest
kilka rozdziałów, w takich sytuacjach jest sugestia, aby jednak udać się do
specjalisty, najlepiej do psychoterapeuty wyspecjalizowanego w tego typu
sprawach.
W
książce jest sporo ciekawych innych spostrzeżeń, np. takich, że są osoby, które
z natury rzeczy są odporne na niemiłe, straszne i traumatyczne wydarzenia i nie
są one w stanie takiego kogoś złamać, czy mu zaszkodzić. Ale bywa też i to
zdecydowanie częściej odwrotnie, są ludzie wyjątkowo wrażliwi i im jest
znacznie ciężej z tego rodzaju przeżyciami. Innych spostrzeżeń jest
tu cała masa. Jak dla mnie, za mało było jednak wskazań tych działań, które
można podejmować, aby pozbyć się niechcianych wspomnień.
4/6

"Historyczne Archiwum X" jest pozycją rzetelną, opartą na faktach, która rozprawia się z mitami, domysłami i różnymi teoriami spiskowymi dotyczącymi zgonów znanych Polaków. W jednym jednakże przypadku po analizie danych autor jednoznacznie stwierdza, że zgon nie mógł w żadnym bądź razie nastąpić naturalnie. W innym przypadku z kolei okoliczności zgonu były inne, niż to przez całe lata było przyjęte. Podczas czytania nie jest więc nudno, są liczne zaskoczenia. Sł. Koper ma zdolność łatwego pisania, jego teksty czyta się bardzo dobrze, jakby to były gawędy, a przed lekturą nie jest potrzebna żadna szczególna wiedza. W każdym rozdziale jest rys historyczny o omawianej postaci, jej osiągnięcia lub ich brak, a gdy brak jest tychże osiągnięć, autor wskazuje, dlaczego ktoś stał się sławny, dlaczego piastował określone stanowiska, tak jest np. przy gen. Świerczewskim. Sporo jest zdjęć, wydanie jest bardzo estetyczne.
Lektura jest łatwa i pozornie lekka, ale treść bywa dość porażająca. W kilku przypadkach Sł. Koper opisał tzw. polskie piekiełko. Wniknął on m. in. w szczegóły zgonu Stefana Witkowskiego, założyciela niezbyt znanej konspiracyjnej organizacji wywiadowczej "Muszkieterzy", pisał o nim m. in. P. Zychowicz i Szczepan Twardoch w "Morfinie". Witkowski został zlikwidowany przez AK po wydanym na nim wyroku śmierci. Ten wyrok był wynikiem różnych gierek i nie powinien nigdy zapaść. Opisana jest mało pochlebna w tym wydarzeniu rola generałów: Grota - Roweckiego i Bora - Komorowskiego. Ten ostatni nawet już po wojnie sprzeciwiał się odznaczeniu przez władze brytyjskie członków Muszkieterów.
Dosyć koszmarnie wyglądały też okoliczności samobójczego zgonu gen. Wieniawy - Długoszowskiego. Ten właśnie przypadek zrobił na mnie chyba największe wrażenie i dał mi najwięcej do myślenia. Wieniawa w dwudziestoleciu był królem życia, głównym imprezowiczem państwa, uwielbiał zabawę, taniec, wyjątkowo dbał o wygląd. Powodziło mu się wyśmienicie pod każdym względem. I nie ulega żadnych wątpliwości, że jednak finalnie to samobójstwo popełnił. Czy to przez to, że wcześniej miał za łatwo? Raczej nie, bo tak łatwo to nie miał, walczył w I wojnie, a potem w wojnie polsko - bolszewickiej. Z tekstu i przytoczonego stanowiska żony Wieniawy wynika, że generał był załamany nerwowo, fatalnie znosił zaistniałą sytuację polityczną i osobistą. W 1942r. właściwie był "nikim", nic nie znaczył, w nic szczególnego nie był zaangażowany, rodzina miała poważne problemy finansowe. Według żony zabójcza dla niego była bezczynność. Myślę, że znaczenie mogło też mieć to, że przez wiele lat dobrobytu całkowicie odzwyczaił się od trudnych i bardzo trudnych sytuacji życiowych.
Jest w książce zapowiedź kolejnego tomu z tej serii, ma w nim być mowa o zgonie m. in. Adama Mickiewicza, który według źródeł historycznych zmarł na cholerę. Zdaniem Sł. Kopra w tamtym czasie i tamtym miejscu w Turcji nie było epidemii cholery.
5/6
Spośród
książek, nominowanych w tym roku do nagrody Kapuścińskiego, sądząc po samym
opisie, „Spinalonga” wydała mi się najciekawsza
i właśnie po nią sięgnęłam. I okazała się rzeczywiście bardzo dobra. Audiobooka
słucha się też świetnie, a co rzadkie, to mimo że czyta autorka, a nie profesjonalny
lektor, sposobowi odczytania i interpretacji niczego nie można zarzucić.
Na
greckiej Spinalondze do 1957r. funkcjonowała kolonia trędowatych. Jest to szokujące. Autorka opisała nie tylko
to, co działo się na wyspie od początku do końca kolonii, są też dalsze dzieje trędowatych, aż do czasów współczesnych. W książce zagadnienie to
opisane jest z bardzo różnych punków widzenia, jest historia, jest aspekt
psychologiczny, socjologiczny, polityczny, nawet i religijny. Temat został bardzo
mocno zgłębiony. O historii trądu, w tym na wyspie, w pewnym zakresie można
poczytać chociażby w Wikipedii, ale w książce jest też sporo rzeczy, których w Wikipedii
nie ma, sporo jest faktów, które grecki rząd chciał ukryć i takich o których
raczej się nie mówi, bo stawia to większość ludzi w bardzo złym świetle. Są też
rozmowy z osobami, które miały bliski kontakt z chorymi, znają ich mentalność i
poglądy na świat. Rozmowa z samymi trędowatymi stała pod kolosalnym znakiem zapytania, bo są
oni bardzo niechętni kontaktom z obcymi ludźmi, zaznali tak dużo zła od ludzi, że
nie mają jakiejkolwiek ochoty na nawiązywanie kontaktów.
M. Gołota pokazała okrucieństwo, z jakim
chorzy się spotykali, rodziny osób, osadzonych na wyspie, często zrywały z nimi
jakikolwiek kontakty, bojąc się stygmatyzacji. Te rodziny mimo, że nie miały i
nie mogły mieć z chorymi żadnego kontaktu i tak były poddawane ostrycyzmowi,
jakby trąd zarażał na odległość. Ukazane
jest też niebywałe okrucieństwo państwa, które najbardziej zadowolone byłoby,
gdyby chorzy na wyspie po prostu umarli. Przetrzymywało zarażonych na
Spinalondze pod pretekstem, że trąd jest zaraźliwy i że nie ma skutecznego leku,
nawet wówczas gdy ten lek już był, a coraz częstsze doniesienia medyczne
wskazywały na to, że zarażenie się trądem wcale nie jest proste. Na wyspie znajdowały
się też osoby, które wcale nie były chore, tylko źle zdiagnozowane, kwitł proceder odbierania nowo
narodzonych dzieci trędowatym rodzicom. Jest naprawdę sporo rzeczy szokujących chociażby
z tego powodu, że wszystko to działo się w XX wieku. Społeczeństwo natomiast
było bierne, poza kilkom pozytywnymi wyjątkami, które można policzyć na palcach
jednej ręki. Okoliczna ludność, głównie z Krety, jeszcze wykorzystywała
chorych, bo sprzedawała im warzywa i owoce, a także inne produkty po bardzo
mocno zawyżonych cenach, szczegóły oczywiście są w książce.
Najbardziej zapadły mi w pamięć jednak nie
te koszmarne opisy, które można mnożyć. Otóż w tym piekle znajdowały się też i
takie osoby, które potrafiły nawet i tam odnaleźć sens życia i być szczęśliwe na
tyle, na ile było to możliwe. A przede wszystkim osoby te potrafiły być pożyteczne
nie tylko dla najbliższych z wyspy, ludzie tam też łączyli się w związki, ale i
dla ogółu. Jeden z bohaterów tego reportażu spędził na wyspie wiele lat, ożenił
się tam. Robił wszystko co mógł, aby poprawić
los chorych i to pod każdym względem. Walczył z władzami o wszystko, o zwiększenie wysokości zasiłków, o
normalną opiekę medyczną zamiast iluzorycznej, zainicjował m. in. coś w rodzaju
remontu domostw, za jego sprawą rozkwitło życie kulturalne. I to nie są tylko wszystkie
przykłady jego działalności. W dużej mierze odniósł sukces, sporo rzeczy wywalczył.
Siła wewnętrzna, jaką miał ten ciężko doświadczony przez los człowiek, była
wielka. Tym bardziej jest to porażające, że tak wiele jest osób przeżywa
załamania nerwowe z naprawdę błahych powodów. I tak wiele jest też osób, które nigdy nie myślą
o nikim innym poza sobą i swoją rodziną.
Szokujące są też opisy braku podstawowej wiedzy na temat trądu w kraju, gdzie ta choroba występuje. To głuptactwo i obawa przed zarażeniem było jedną z przyczyn wielkiego zła, wyrządzanego stale innym chorym. I tak jest zresztą wszędzie, nie tylko w Grecji i nie tylko w odniesieniu do trądu. A władze greckie nie przeprowadziły żadnej akcji edukacyjnej w tym zakresie. A można byłoby podnieść w jej trakcie chociażby fakt, że na wyspie były przypadki, że osoby zdrowe, które tam mieszkały latami z trędowatymi w jednym domu, trądem się nie zaraziły.
5/6
Ten tom jest wyjątkowo lekki, wakacyjny, bo
u właśnie zaczyna się lato i u Qwilla również jest czerwiec. Qwill wyjechał na
cały miesiąc do małego miasteczka nad jeziorem, niedaleko miejsca, gdzie
mieszka na stałe. Nasz bohater wraz ze
swoimi kotami zamieszkał w starym domku letniskowym, który odziedziczył po
zmarłej przyjaciółce matki. I wiedzie szczęśliwe życie, którym potrafi się
cieszyć.
Czyta jak zwykle książki, tym razem głównie
T. Hardy „Z daleka od zgiełku”, ale też czyta Marka Twaina. Żywi się w pobliskich restauracjach, pojawił
się też u niego nieproszony gość, kobieta, znakomicie gotująca. Miał wielką
ochotę dać jej delikatnie do zrozumienia, żeby w końcu wyjechała, ale gdy ona
tylko coś ugotowała, to rezygnował z pomysłu wyrzucenia jej. Na koniec wakacji
został zaproszony przez znajomych na pyszny kociołek z kurczakiem, kiełbaskami,
ryżem, warzywami i przyprawami. Żył blisko natury, przeżywał suszę, potem
gigantyczną ulewę, a jeszcze później zawalenie się wielkiego kawałka wydmy, na
której usytuowana była m. in. restauracja. Spotykał się ze starymi znajomymi,
ale jak zawsze był otwarty na nowe znajomości bez względu na wiek,
wykształcenie czy jakiekolwiek inne cechy nowo poznanych osób. Uwielbiał
patrzeć na niebo, jak powoli nadchodzi zmierzch, zresztą lubi to bez względu na
to, czy są wakacje, czy nie. Doskonalił umiejętności interpersonalne, bo
wszystkich dookoła ogarnęła gorączka UFO, on uważał, że to są totalne bzdury.
Ale jak rozmawiać z kimś, kogo się bardzo lubi, a ten ktoś opowiada o UFO?
Qwill opracował techniki takie, aby nikogo nie urazić i nie musieć angażować
się w tego typu dyskusje.
Tajemnicza śmierć, która musi być, bo w
końcu to kryminał, jest tym razem dość ciekawa, bo zaginął mężczyzna, płynący
wraz z żoną łódką, ona był jakiś czas pod pokładem, a gdy wyszła męża już nie
było. Qwill z kotami oczywiście ustali prawdę. Nie wszystko jest więc
idylliczne, nie wiadomo, jak wdowa poradzi sobie z tragedią. A pomijając aspekt
cierpienia, małżonkowie zainwestowali w
biznes w postaci restauracji. Ktoś wówczas powiedział „Praca jest najlepszym
lekarstwem na smutek. Derek nazwał ją pracoholiczką. Jeśli tak jest w istocie,
na pewno się pozbiera.”
Cały ten cykl jest tak piękny, bo pokazuje
życie nie tylko wtedy, gdy wszystko idzie rewelacyjnie, ale również i wówczas,
gdy dzieje się źle. Autorka pokazuje jak funkcjonują ludzie, którzy nie wpadają
w trwałą depresję, nie mają załamań nerwowych, jedynie raz na jaki czas przeżywają smutek czy
nawet rozpacz. Ale zawsze zwycięża radość życia. Qwill kiedyś był na samym dnie,
wspaniale jest czytać, jak się podźwignął.
5/6
Wreszcie
naprawdę dobra książka zdobyła Nagrodę Wielkiego Kalibru. Od czasu gdy nagrodę tą zdobywał
Marcin Wroński, żaden inny laureat jakoś zbyt mocno mnie nie zachwycił,
delikatnie mówiąc. Ida Żmijewska ze swoim wspaniałym cyklem „Warszawianka”,
była niestety tylko nominowana.
Powieść jest szalenie oryginalna i to pod
każdym względem. Wreszcie jest książka, w której nie ma żadnej sztuczności w
opisie ludzkich charakterów i zachowania. Autor jest emigrantem, psychoterapeutą,
a wcześniej wykonywał wiele innych zawodów i to widać. Zna życie i zna się na
ludziach, ale w książce nie przeprowadza żadnych analiz charakterologicznych,
są ludzkie zachowania i niekiedy krótki komentarz w jednym czy dwóch zdaniach. Przykładowo
jednego z bohaterów spotkała kiedyś tragedia, pogrążył się w straszliwej rozpaczy.
I jest komentarz, że w takiej sytuacji albo człowiek nadal się w tym pogrąża i wpada
w obłęd, albo następuje życiowa zmiana. Albo dlaczego np. ludzie wchodzą do
grup przestępczych, napadających na ludzi. Nie tylko chciwość ma tu znaczenie.
Szef takiej grupy może „poczuć obezwładniający smak absolutnej władzy.
Mocniejszej niż czysty spirytus, słodszej niż morfina”. Jest wówczas poczucie wszechmocy, ale i więzi
z innymi. Jeszcze inny przykład. Jedna z bohaterek miała pewne marzenia,
których nie zrealizowała. Można oczywiście wygłaszać wykłady o tym, że marzenia
są po to, aby je spełniać, że warto próbować. Autor napisał, że nachodziły ją
myśli o zmarnowanych szansach i własnej miałkości i że marzenia porzuciła bez
walki, walkowerem. Strasznie to brzmi, porzucić marzenia walkowerem. Zaraz miałam
moment zastanowienia, czy aby u mnie czegoś takiego nie ma. Brzmi to strasznie,
ale i mobilizująco, głównie mobilizująco.
Usytuowanie akcji wśród Polonii w
Chicago w 1918r. jest pomysłem szalenie oryginalnym. Czytając można zyskać
sporą dawkę wiedzy o tym, jak ta Polonia naprawdę żyła, a autor skupia się na
biedocie, która mieszkała w najgorszej dzielnicy miasta i tworzyła naprawdę groźne
grupy przestępcze. Jest przełamany stereotypowy obraz polskiego biedaka,
emigranta, który za Wielką Wodą harował od świtu do nocy i tylko był tylko
wyzyskiwany. Na szczególną uwagę zasługuje nasz rodak, cwaniaczek, przestępca,
powiązany też z szefem związków zawodowych pracowników rzeźni, który zarabia na
ludzkiej krzywdzie. Ten element z jego życiorysu jest zaledwie raz, lub dwa razy wspomniany,
ale nie da się go zapomnieć, przypomniało mi się nawet „Dawno temu w Ameryce”,
gdzie to zagadnienie również było zasygnalizowane. Ale również i ten bohater
nie jest tylko czarnym charakterem. Jest też pokazany stosunek Amerykanów do
tej Polonii. Grzegorz Dziedzic wymaga od czytelnika pewnego poziomu intelektualnego
i na szczęście nie pisze łopatologicznie. W wielu książkach są np. wygłaszane
ustami bohaterów prostacze tłumaczenia np. w „Roztopach” Pasierskiego postacie
wygłaszają sztuczne mowy i tłumaczą, co to znaczy UPA, używają zresztą pełnej
nazwy, co w mowie potocznej nie ma miejsca, wyjaśniają, jakby czytali
wikipedię, kim byli Łemkowie, co to była akcja Wisła itp. G. Dziedzic
szczęśliwie uniknął czegoś takiego. Książka
wciąga i to mocno. Oderwanie się od wszystkiego co dookoła jest gwarantowane.
Jest też złamany schemat co do głównego
bohatera, z reguły w kryminałach policjant jest tym dobrym, nawet gdy ma wiele
wad, tutaj sytuacja z Teodorem jest mocno skomplikowana i to pod każdym
względem. Pozornie stwarza on wrażenie prostaka, nie ma wykształcenia, ale za
to ma coś w rodzaju zmysłu psychologicznego. Potrafi obserwować, np. rozmawiając
z kimś zauważa, że w określonym momencie ktoś pęka, że odwaga i hardość jest
tylko pozą. Poznaje to chociażby po ulotnym grymasie na twarzy. Pod względem
doświadczenia życiowego i tego zmysłu obserwacyjnego wydaje się być mądrzejszy
od swojego przełożonego, rodowitego i wykształconego, majętnego Amerykanina.
Pozycja ta byłaby ideałem, ale opisy
miejsca, gdzie żyli Polacy, były dla mnie koszmarem. Otóż w Chicago w tamtym
czasie znajdowały się największe w świecie ubojnie bydła, zwierzęta w naprawdę
koszmarnych, przerażających warunkach były wożone do miasta, tam w równie
makabrycznych warunkach były przetrzymywane i zabijane. W dzielnicy cały czas
było słychać ryk przerażonych i męczonych zwierząt, a do tego panował tam
porażający smród z odchodów i resztek niewykorzystanych, martwych zwierząt.
Rzeczywiście przypomina to scenerię z dantejskiego piekła. Rozumiem, że tak
było, że nie można fałszować obrazu historii, ale czytanie o tym nie jest
łatwe. Autor nie epatuje tymi opisami, on je sygnalizuje, czytelnik funkcjonuje
więc mniej więcej tak, jak mieszkańcy opisywanej dzielnicy, oni wiedzieli, co się dzieje , ale byli już
tak przyzwyczajeni, że nie zwracali na to uwagi. I to jest główne zastrzeżenie
co do całości. Poza tym brakowało mi też
wśród bohaterów kogoś normalnego, chociaż trochę wykształconego.
5,5/6