środa, 11 sierpnia 2021

Lee Child „Elita zabójców” – audiobook, czyta Andrzej Hausner

 


     Ten tom to bez wątpienia jeden z lepszych całego cyklu. Akcja wciąga niesamowicie, jak zawsze jest to rozrywka na naprawdę bardzo wysokim poziomie. Cały cykl czytam bez zachowania kolejności i nie ma to żadnego znaczenia dla odbioru. Książki nie da się pomylić z innymi z cyklu, jest wyjątkowo oryginalna, właściwie jest to książka o przyjaźni, prawdziwej przyjaźni. Mówi się teraz często o tzw. wartościach rodzinnych, jako o czymś naj, naj, naj. U Lee Childa nic takiego nie ma, Reacher nie ma żony, ani partnerki, nie ma też dzieci, ale jego książki z nim w roli głównej bez jakiegokolwiek moralizowania są książkami o wartościach uniwersalnych, o empatii, tolerancji, zaangażowaniu gdy trzeba i właśnie o przyjaźni. Reacher, samotnik, współdziała tu z dawnymi  przyjaciółmi z wojska i razem zamierzają pomścić zabójstwo kolegi. To właśnie oni, byli żołnierze, są tutaj elitą zabójców, nie chcą nikogo oddawać pod sąd, bo wiedzą, jak to się często kończy, chcą po prostu zabić zabójców ich przyjaciela. Charakterystycznym motywem jest helikopter, część wydarzeń rozgrywa się właśnie w helikopterze.  

    Reacher żyje sam, ale wie, że ma przyjaciół, którzy w razie potrzeby gotowi byliby mu pomóc. Nie musi się z nimi często widywać, może to być nawet raz na parę lat, nie musi się im zwierzać. Reacher nie potrzebował żadnej pomocy, ale został wezwany do udzielenia tej pomocy. Oczywiście bez wahania z tą pomocą ruszył.

    Powieść ma lekką nutkę nostalgii, bo są nawiązania do starych, dobrych czasów, są konkluzje, że Reacher i jego przyjaciele nie są już tak świetnie wyszkoleni i tacy sprawni, jak kiedyś, teraz mają około 35 lat.  Co szalenie, ciekawe, to pojawiające się porównania, jak kto się urządził kilka lat po odejściu z wojska, kto na tym wygrał, kto stracił. Na pierwszy rzut oka i dla postronnego obserwatora Reacher może robić wrażenie przegranego, „nie ułożył sobie życia” i niczego się nie dorobił. Przyjaciele pytają go delikatnie, czy nie zamierza się ustatkować. On sam widzi różnicę w swojej i ich pozycji, ale czy czuje się z tym gorzej i czy wpłynie to na jakiekolwiek zmiany zachowania?  W kilku miejscach czytelnik może śledzić właśnie takie mini dialogi i razem z Reacherem snuć domysły, czy kto z tej paczki jest najszczęśliwszy i czy w ogóle różnią się stopniem zadowolenia z życia.    

5/6  

    

piątek, 30 lipca 2021

Haig Matt „Biblioteka o północy”

 

   

Dorośli wbrew wszelki pozorom, podobnie jak i dzieci, lubią bajki. „Biblioteka” jest dla mnie właśnie taką bajką dla dorosłych, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Ta książka to lekarstwo na lepszy humor, wyśmienita gdy ktoś jest zmęczony, czy ma doła, a gdy czytelnik zaczynając lekturę jest w dobrym nastroju, to w trakcie czytania będzie jeszcze w lepszym. Czyta się wyśmienicie, lekko i bez obawy, że stanie się coś strasznego, że komuś z bohaterów stanie się krzywda. Czytelnik nie denerwuje się, czyta spokojnie i na luzie, akcja wciąga. W tej konwencji lekko fantasy kryje się jednak ciekawe, pozytywne i pocieszające przesłanie.

    Każdemu chyba przyszło co najmniej raz do głowy myśli, a prawdopodobnie przychodzi częściej, co by było gdyby kiedyś podjęło się inne decyzje życiowe. Gdyby np. wybrało się inny kierunek studiów, gdyby związało się lub nie związało z określoną osobą, gdyby podjęło się inną pracę itp. itd. Właśnie w „Bibliotece” główna bohaterka uzyskuje możliwość dokonania takich korekt i podjęcia dalszego życia właśnie już po innej decyzji kiedyś w przeszłości. Zaczyna się od tego, że uznaje, iż lepiej dla niej byłoby, gdyby wyszła za mąż za chłopaka, z którym mieli już ustalony termin ślubu i ona z niego zrezygnowała. Błyskawicznie okazuje się, że to alternatywne życie nie jest idealne, ale można zdecydować się na jeszcze inne alternatywne życia, takie w których realizuje swoje inne niespełnione marzenia.

   Książka w pewnym sensie jest przewidywalna, ale jest też mocno przewrotna, a po lekturze ma się sporo do przemyślenia. Można się zastanowić, czy aby na pewno bylibyśmy szczęśliwsi, podejmując kiedyś inne wybory, w końcu jakieś przyczyny zadecydowały, że podjęliśmy właśnie takie, a nie inne decyzje. Zawsze jest coś za coś, decydując się na inną pracę czy inne studia nie spotkalibyśmy tych osób, które stały się naszymi przyjaciółmi. Nie zdobylibyśmy tych doświadczeń, które nas ukształtowały. Być może, np. z braku czasu, w tym alternatywnym życiu nie przeczytalibyśmy nawet tych książek, bez których nie wyobrażamy sobie funkcjonowania.  

   „Bibliotekę o północy” naprawdę warto przeczytać, jest tam jeszcze sporo innych wątków do przemyślenia, szczególnie ten z ostatnich kart.

5/6

    

poniedziałek, 26 lipca 2021

Hanka Grupińska "Najtrudniej jest spotkać Lilit" - audiobook, czyta autorka

 

Audiobook Najtrudniej jest spotkać Lilit  - autor Hanka Grupińska   - czyta Hanka Grupińska

    Spośród wszystkich książek, jakie kiedykolwiek czytałam o chasydach, ta traktuje ten problem najgłębiej. Poza samym początkiem, gdzie autorka opisuje różne odłamy chasydyzmu, reszta napisana jest szalenie wciągająco. Książka nie została napisana ze z góry założoną tezą, że ruch ten jest taki, czy inny, H. Grupińska po prostu rozmawia i być może sama, tak jak i czytelnik może być zaskoczona odpowiedziami rozmówców. Dla mnie opisy tego, jak żyją chasydzi, były przerażające, odbierałam to jako coś wręcz koszmarnego. Ale okazuje się, że liczebność chasydów wcale nie maleje, wręcz przeciwnie. A rozmówczynie autorki wskazują na takie pozytywne aspekty takiego życia, które rzeczywiście ciężko zakwestionować. Przedstawiony obraz świata nie jest więc czarno - biały, a czytając, czy słuchając, nie tylko uzyskuje się masę wiadomości o tamtym świecie, ale też konfrontacja naszej wizji tamtego życia z tym, jak to wygląda naprawdę, może być ciekawa. To nie jest tak, że przed lekturą już coś się wie, a po przeczytaniu czytelnik tylko jest utwierdzony w swojej wizji. Jest odwrotnie, bo po przeczytaniu ma się świadomość, przynajmniej ja taką zyskałam, że głębsze zrozumienie życia chasydów wcale nie jest takie proste i że nic nie jest tutaj jednoznaczne. 

   Chyba nie różnię się zbytnio od innych we wskazaniu tego, co dla osoby z zewnątrz jawi się jako koszmar. Przykładowo każda kobieta, chasydka, jest mężatką, jej główne a często jedyne zadanie to zajmowanie się domem i dziećmi. Nie powinna się kształcić, a nauka dziewczynek w szkołach chasydzkich sprowadza się do kwestii tego, jak prowadzić kuchnię z rozróżnieniem na potrawy koszerne i niekoszerne i do podstawowych kwestii religijnych. I ta nauka kończy się maksymalnie na szczeblu średnim. Są pojedyncze kobiety, które kształcą się dalej, ale należą do wyjątków i jest to źle widziane. Gdy są problemy finansowe, to wtedy kobieta musi zacząć pracę. Chasydzi nie czytają książek innych, niż religijne, nie oglądają filmów, seriali, nie chodzą na koncerty czy wystawy. W domach nie mają radia, telewizora czy internetu. Nie wyjeżdżają na wypoczynek po to, aby coś zwiedzić. Kobiety w przeważającej większości nie mają ani koleżanek, ani przyjaciółek, a jedyne ich kontakty towarzyskie, to kontakty z rodziną. W zależności od odłamu chasydyzmu, w książce nazywanego sektą, rygory mogą być jeszcze ostrzejsze, albo odwrotnie. Z jednej strony wśród części wyznawców pojawia się tendencja, aby te rygory jeszcze zaostrzać, z drugiej zaś są też i odwrotne trendy. Chasydyzm rośnie w siłę i politycy poważnie muszą się liczyć wyborcami z tego kręgu. 

     To niewątpliwe przerażenie tymi opisami dość mocno kontrastuje z tym,  że znaczna część kobiet, z którymi autorka rozmawiała, jest zadowolona z tego, jak żyją. Mają poczucie wspólnoty, oparcia w licznej rodzinie, wiedzą, że w razie jakichkolwiek problemów nie będą same. Mają też poczucie głębokiego sensu tego, co robią, nie zajmują się przecież  byle czym, tylko wychowywaniem dzieci i troską o dom. Starsi ludzie zawsze są z rodziną, w książce nie było mowy o żadnych domach opieki. Kobieta jest z reguły tak zarobiona, że nie ma czasu zastanawiać się nad zadowoleniem z życia, ale zapytane o to, tylko nieliczne miały wątpliwości. Rozmówczynie Hanki Grupińskiej wypełniając te same rytuały, które odprawiały ich pra pra prababki i w ogóle Żydówki dawno temu, nawet kilka tysięcy lat temu, czują też łączność właśnie z tymi przeszłymi i przyszłymi pokoleniami. Przypadków odejść z takich rodzin i w ogóle z takiego życia jest bardzo mało, tytuł książki "Najtrudniej jest spotkać Lilit" nawiązuje właśnie do takiej sytuacji. 

      Widać, że autorka wykonała mrówczą pracę, aby tą książkę napisać. Obecne wydanie jest już bodajże czwartym z kolei. Szkoda jedynie, że zdecydowała się się na to, aby samej odczytać tekst i aby to autorskie odczytanie stało się audiobookiem. Chyba już od 10 lat słucham audiobooków i nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że książkę powinien odczytywać aktor, który jest kształcony właśnie m. in. w tym kierunku. Prawdziwy profesjonalista umie czytać tekst tak, aby brzmiało to interesująco. Pisarz czy dziennikarz tych umiejętności z reguły nie posiada. Szczególnie początkowo odczytywanie tekstu przez Hankę Grupińską razi, jest monotonne i trzeba pamiętać o skupieniu, aby się nie wyłączyć. Potem można się już przyzwyczaić. 

5/6

niedziela, 18 lipca 2021

Wacław Oszajca, Damian Jankowski "Innego cudu nie będzie. Rozmowy o wierze i niewierze"

 

Innego cudu nie będzie - Jankowski Damian, Wacław Oszajca

Wacław Oszajca jest jezuitą, czyli zakonnikiem tego zakonu, który wyjątkowo ceni intelekt. Studiowałam na uczelni świeckiej z kolegą, który był zdeterminowany, aby zostać jezuitą. Zgłosił się tam zaraz po maturze, mówił, że nie został przyjęty, bo powiedziano mu, aby najpierw skończył studia. Dopiero po skończeniu studiów i przyjęciu go do zakonu miał rozpocząć edukację teologiczną i kolejne studia. Jezuici mają w swoich szeregach sporo naprawdę światłych ludzi, a ta książka jest tego idealnym przykładem. Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć inne oblicze Kościoła niż to, które prezentują osoby w stylu Rydzyka czy Jędraszewskiego lub im podobnych, powinien po tą książkę sięgnąć. 

   Z W. Oszajcą rozmawia świecki dziennikarz, w trakcie rozmowy zostało podjęte naprawdę szerokie spektrum tematów. Mowa jest zarówno o kwestiach, dotyczących Kościoła, np. odchodzenie wiernych, o papieżu Franciszku, o jego nauczaniu, sporo jest też o indywidualnej relacji człowieka z Bogiem, są nawiązania do literatury, muzyki, sztuki, do filmu. Ojciec Oszajca z jednej strony identyfikuje się z Kościołem, z drugiej zaś pozostaje wobec niego bardzo krytyczny. Tak jak np. człowiek, który kocha swoją rodzinę, ale potrafi ją ocenić realnie i nie wymyśla sobie, że ma np. nadzwyczaj zdolne dzieci. Nikogo nie obraża, nie jest zacietrzewiony, jest otwarty na zmiany w Kościele.  

    Przykładowo rozważana jest kwestia piekła i tego, czy ono naprawdę istnieje. Przytoczone są przykłady kilku myślicieli, intelektualistów, co zaskakujące, osób mocno związanych z Kościołem, które kwestionują wieczne potępienie jako niezgodne z ideą miłosierdzia Bożego i z duchem Ewangelii. No i twierdzą, że nie ma żadnego piekła. Jest mowa o osobach, żyjących w związkach niesakramentalnych, też bez zacietrzewienia i z zastanowieniem, o ludziach niewierzących, o radości i nawet o śmierci i wielu innych zagadnieniach. Właściwie to w przypadku każdego podejmowanego tematu, różne uwagi ojca Oszajcy są zupełnie niestandardowe, nie jest to powtarzanie różnych frazesów, tylko widać, że określony problem widzi on głębiej. Świetnym pomysłem było cytowanie myśli papieża Franciszka na temat, o którym mówią właśnie rozmówcy. Podnosi to jeszcze bardziej i tak szalenie wysoki poziom rozmowy.  

     Najciekawszy dla osoby wierzącej będzie chyba rozdział o indywidualnej relacji człowieka z Bogiem, o modlitwie. Nie dotyczy to modlitwy, polegającej na tępym, bez zastanowienia, powtarzaniu formułek. Zakonnik opowiada, jak według niego można zrozumieć, co Bóg mówi do człowieka. "Dla mnie modlitwa to w pierwszej kolejności pewnego rodzaju wrażliwość, umiejętność patrzenia na to, co się wydarza." "Przede wszystkim warto być uważnym. Bóg mówi do nas przez wydarzenia i ludzi". "W procesie rozeznawania potrzebna medytacja, czyli analizowanie, przyglądanie się rzeczywistości i rozważanie, co w niej jest od Boga, a co nie".  Pada zachęta, gdy np. ogląda się wiadomości i słyszy się o różnych dramatach, pomyśleć, w związku z pokazaną sytuacją, np. pożar, powódź, wojna, "Co ja mogę zrobić w tym momencie?". Można pomyśleć, "Czy przypadkiem ten dziennik telewizyjny nie jest dla mnie słowem Bożym". 

   Tematów do zastanowienia po lekturze jest naprawdę mnóstwo.  

6/6

piątek, 16 lipca 2021

Lee Child „Nieprzyjaciel” – audiobook, czyta Andrzej Hausner

 

      Wielokrotnie pisałam o cyklu z Jackiem Reacherem, ten tom należy do tych bardziej udanych. Jeśli tylko komuś odpowiada taka konwencja, ma zagwarantowane oderwanie się od rzeczywistości i wciągnięcie się w inny świat, pełen inteligencji, energii, odwagi, ryzyka, humoru i temu podobnych rzeczy.  Początek nie jest może zbyt zachęcający, bo Reacher jest jeszcze żandarmem, prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa amerykańskiego generała. Niedługo potem znaleziony zostaje martwy żołnierz z jednostki specjalnej, jest zmasakrowany. Przez jakieś dwie, trzy godziny mamy obraz nieszczególnie fascynujących, rutynowych poczynań Reachera w tym zakresie, ale akcja rozkręca się. Co jest tutaj najciekawszego? Kilka rzeczy.

     Tytułowych nieprzyjaciół jest kilku, w moim odczucie jednak największym nieprzyjacielem jest szef Reachera. Człowiek kanalia, który błyskawicznie podjął decyzję, iż morderstwo żołnierza trzeba zatuszować, bo źle mogłoby to wpłynąć na wizerunek wojska. W stosunku do Reachera zachowanie jego szefa również jest skandaliczne. Każdy kto pracuje, czy pracował, chyba co najmniej raz lub więcej  razy zetknął się z sytuacją, gdy ma się szefa, z którym ciężko jest wytrzymać. Można więc kibicować Reacherowi w jego rozgrywce z tym człowiekiem, a z samej konwencji cyklu wiadomo, kto wyjdzie z tej potyczki zwycięsko. Kapitalne są sceny, gdy Reacher mówi mu, co o nim tak naprawdę myśli, lub co się z nim stanie w późniejszym czasie. Jak zwykle Reacher nie biadoli, nie załamuje się, tylko działa.

    Najciekawsze jednak jest co innego, co jest tylko retrospekcją. W tym tomie Reacher  jedzie do Paryża odwiedzić matkę i poznaje tam autora książki o wydarzeniach z czasów wojny, tzw. pociągach życia.  Polegały one na tym, że gdy doszło do wypadku czy zestrzelenia samolotu alianckiego nad Francją, trzeba było temu lotnikowi pomóc wydostać się z Francji, głównie do Hiszpanii. Pomoc obejmowała wszystko, począwszy od prozaicznych rzeczy, jak cywilne ubranie, jedzenie, załatwienie fałszywych dokumentów. Taki np. Anglik nie znając języka, a udając Francuza, nie mógł się sam poruszać, ktoś narażając się, musiał mu towarzyszyć. Najtrudniej było to robić w Paryżu, tam było najwięcej żołnierzy niemieckich. Reacher poznał człowieka, który był zaangażowany w ten ruch, uratował kilkadziesiąt osób, a mając 13 lat zabił denuncjatora. Można co nieco dowidzieć się, jak ten ktoś żył potem w warunkach pokoju. Te fragmenty opowiedziane są naprawdę fascynująco.    

   Wydarzenia rozgrywają się w czasie, gdy  kończyła się zimna wojna, wiadomo było, że w armii amerykańskiej będą olbrzymie zmiany, najprawdopodobniej redukcje. Żołnierze  stanęli w obliczu bliskiej utraty pracy, a dowódcy dodatkowo utraty władzy i związanych z nią apanaży.  na wyższych szczeblach wojska zaczęła się więc bezwzględna rywalizacja. 

5/6

 

wtorek, 13 lipca 2021

Joanna Łenyk – Barszcz, Przemysław Barszcz – „Wielkie sekrety arcydzieł sztuki”

 

Obraz znaleziony dla: Van Gogh Gwiazdzista noc. Rozmiar: 215 x 160. Źródło: www.digi-art.pl

    Książka niewątpliwie warta jest przeczytania i obejrzenia, dla mnie była jedynie nieco nierówna. Niektóre rozdziały są naprawdę fascynujące i rzeczywiście opisują coś, co jest tajemnicą, nie wszystkie jednak. Pozycja jest wyjątkowo rzetelna. Nie ma tu tajemnic wymyślonych na siłę, czy doszukiwania się czegoś, czego nie ma, autorzy nie snują domysłów i nie interesują ich na szczęście teorie spiskowe. Nie ma tu niczego w stylu Dana Browna i jego „Kodu Leonarda da Vinci”. Nie ma pogoni za sensacją.

     Sekrety, o jakich piszą, są różnorakie. Przykładowo na kilku obrazach van Gogha są dziwne gwiazdy, przypominające jakby wiry, albo są to gwiazdy otoczone dziwnymi wirami. Gdy widziałam te obrazy zawsze mnie to zastanawiało i wydawało się fascynujące, a nawet i tajemnicze. Ale byłam przekonana, że to jest po prostu wizja artysty. Okazało się jednak, że jest to nieco bardziej skomplikowane. Otóż gdy popatrzy się na niebo przez teleskop Hubble`a, to gwiazdy wyglądają dokładne tak, jak na obrazach van Gogha. Teleskopu o takiej mocy w czasach malarza nie było. Jak wiec van Gogh mógł widzieć coś, co jest niewidoczne dla oczu zwykłego śmiertelnika? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy, a autorzy nie zajmują się takimi dywagacjami, sam czytelnik może się zastanowić. Nie jest to jedyny tego typu sekret, o jakim w książce jest mowa.

     też i innego rodzaju sekrety. Autorzy jeden z rozdziałów poświęcili „Wieży Babel” Pietera Bruegela. Dotychczas wieża ta kojarzyła mi się z Biblią. Jak się okazuje, Bruegel nie odmalował jedynie historii biblijnej. Na motywach tej biblijnej opowieści namalował zupełnie inną historię, a pełne zrozumienie jej bez żadnych podpowiedzi, na własną rękę, jest bardzo trudne. By zrozumieć, co tak naprawdę przedstawia obraz, trzeba wiedzieć, jaka była historia Niderlandów, co dokładnie działo się w czasie, kiedy obraz był malowany, potrzebna jest wiedza o uwarunkowaniach religijnych i politycznych itp. Autorzy to wszystko wyjaśniają i skupiają się na najważniejszych detalach, a na obrazie szczegółów jest mnóstwo. Po przeczytaniu rozdziału  widzi się już zupełnie inny obraz.     

     Najciekawsza i zarazem najbardziej intrygująca historia dotyczy chińskiego znaleziska w postaci Armii Terakotowej. Nie miałam pojęcia, że oprócz postaci żołnierzy znalezisko obejmuje jeszcze inne osoby, zwierzęta i przedmioty i że to wojsko miało pilnować pobliskiego kurhanu. Każdego zaciekawi chyba, co właściwie jest w środku tego kurhanu. Otóż od czasów starożytnych, od powstania tej dziwnej armii, do kurhanu nikt nie zaglądał, nie przeprowadzono tam żadnych prac archeologicznych. Autorzy przedstawiają najbardziej sensowne hipotezy na ten temat.

    Z pewnością dla walorów estetycznych książki lepiej byłoby, gdyby została wydana w formie albumu, zapewne z powodów finansowych tak się nie stało.

5/6


poniedziałek, 12 lipca 2021

Kurt Vonnegut „Rzeźnia numer 5” – audiobook, czyta Jacek Dragun

 


Audiobook Rzeźnia numer pięć  - autor Kurt Vonnegut   - czyta Jacek Dragun

   Chociaż klasyk, książka ta była kompletnie mi nieznana i okazało się, że jest zupełnie nie w moim guście. Słuchało się jej ciężko i nie za wiele się z niej można dowiedzieć. Teoretycznie powieść jest m.in. o dywanowych nalotach na Drezno i o zniszczeniu miasta, ale na ten temat jest naprawdę bardzo niewiele. Wydarzenia nie toczą się chronologicznie, tylko jest sporo retrospekcji i wybiegania w przyszłość. Billy Pilgrim, główny bohater, uważa, że potrafi podróżować w czasie i być najpierw w jednym miejscu, a potem uczestniczyć ponownie w wydarzeniu ze swojego życia sprzed wielu lat, a następnie może przenosić się w przyszłość. Billy jako jeniec amerykański przeżył bombardowanie Drezna i to plus inne okropności wojny doprowadziły do tego, że popadł w obłęd. Fakty historyczne przemieszane są tu z science fiction, część wydarzeń  rozgrywa się planecie Tralfamadoria. Z uwagi na te skoki w czasie w odniesieniu do tej powieści i pisania o niej trudno mówić o spojlerze, od samego początku niemal wszystko jest już wiadome.  

   Zamierzenia Vonneguta są bardzo wyraźne, z punktu widzenia obcej cywilizacji i w ogóle z obiektywnego punktu widzenia ludzkość dąży do samozniszczenia, ludzie mordują się, najpierw jedne pokolenia coś przez wiele lat tworzą, potem inne w chwilę te dokonania rujnują i to bez żadnego ku temu powodu. Billy jako przedstawiciel ludzkości zasługuje na to, aby jako okaz zostać umieszczony przez Tralfamadorczyków w ich ZOO, co też zostaje zrealizowane. Nieco później zostaje do ZOO dostarczona porwana z Ziemi kobieta, Montana, wcześniej grająca w filmach porno.  Billy zauważa, że porażające wizje fantastów piszących książki science fiction, zaczęły okazywać się prawdziwe, np. używanie wobec Wietnamczyków w czasie wojny wietnamskiej napalmu i palenie ich. Innym przejawem aberracji luszkości jest powtarzające się w paru miejscach powieści zdjęcie konia kopulującego z kobietą.  

    Kompletnie ta książka do mnie nie przemówiła. Nieco ciekawsze były jedynie fragmenty o życiu jeńców amerykańskich i angielskich na terenie Niemiec pod koniec wojny. Wbrew wszelkim pozorom wcale nie było wśród nich jedności i braterstwa, robili sobie nawzajem różne świństwa. O nalotach na Drezno i inne niemieckie miasta więcej można dowiedzieć się chociażby z „Aliantów” Zychowicza.

   Gdy przeczytam jakąś książkę, pisząc o niej staram się wspomnieć o tym, co najbardziej utkwiło mi po lekturze w pamięci i co jest ponadczasowe, np. prawdy o ludzkich charakterach, ludzkich postawach, czy np. o zjawiskach historycznych itp.  Nawet jeżeli książka ma charakter totalnie rozrywkowy, to można coś w niej znaleźć.  W tym przypadku nie mogę zanegować, że książka jest pacyfistyczna, że jest wartościowa, ale zupełnie do mnie nie przemówiła.

4/6


czwartek, 1 lipca 2021

Agata Christie „Rosemary znaczy pamięć”

 Rosemary znaczy pamięć

        Rosemary zmarła nagle podczas spotkania towarzyskiego w restauracji na skutek otrucia, zaś jej mąż, George, mimo upływu kilku miesięcy od tego wydarzenia, nie pogodził się z tym faktem i nie uwierzył, że było to samobójstwo. Był przekonany, że jego żonę ktoś po prostu otruł. Na kanwie tego wydarzenia Królowa Kryminału opisała ludzkie charaktery, a czytelnik może się zastanawiać, która z opisywanych osób jest mordercą i czy rzeczywiście śmierć Rosemary była wynikiem zabójstwa.  W powieści tej nie ma ani panny Marple, ani Herkulesa Poirota, ale mimo to zaliczyłabym ją do lepszych dzieł Agaty Christie. Wydarzenia wciągają, z reguły podczas czytania Christie koncentruję się właśnie na ludzkich postawach i charakterach, tutaj zaś  myśl kto zabił i czy w ogóle zabił, towarzyszyła mi cały czas.

     Mamy Stephena Farradaya, parlamentarzystę, dla którego najważniejszą rzeczą na świecie jest kariera. Ale są też poszlaki, że mógł być kochankiem tytułowej Rosemary. Co do uczuć do żony, to jest to mocno skomplikowane.

     Jest jego żona Alexandra, pochodząca z bardzo bogatej, wpływowej rodziny, która jest zakochana po uszy w swoim mężu, ale pozornie wygląda na wyjątkowo zimną. Dla męża robiłaby wszystko, ale w przypadku gdyby okazało się, że ją zdradzał, to już nie wiadomo, na co byłoby ją stać. Epizodycznie pojawiają się też jej rodzice, pozornie bardzo porządni i uczciwi ludzie, którzy jednak realnie biorą pod uwagę możliwość, że zabójcą może być jest ich zięć, Stephen Farraday lub ich córka. Gdyby się to potwierdziło wymyślili plan, jak chronić córkę, który z uczciwością nie miał już nic wspólnego.

    Sekretarka Georga, Ruth, jest z kolei kompetentną perfekcjonistką, ale wytrawny obserwator zauważy, że podkochuje się w swoim pracodawcy i że nie znosiła Rosemary. Jest tak skryta, że do pewnego momentu nie miała świadomości swoich uczuć. George nie był w stanie się bez niej obejść.

    Siostra Rosemary, Iris, robi wrażenie jeszcze dziecka, ale to ona odziedziczyła po siostrze olbrzymi majątek.

    Jest też znajomy rodziny Anthony Browne, o którym tak naprawdę nikt niczego pewnego nikt nie wie, poza tym ze potrafi być szarmancki, jest inteligentny, a nawet i błyskotliwy. I że zabiega o względy Iris. I nie można oczywiście wykluczyć, że to on miał romans z Rosemary.

    W tle pojawia się też niejaki Victor, hulaka, uwodziciel, kłamca, który zajmuje się wszystkim, tylko nie uczciwą pracą.

    Jest też jego mamuśka Victora, Lucilla, totalnie zaślepiona na punkcie syna, nie przyjmująca do wiadomości żadnej negatywnej rzeczy na jego temat. Wymyśliła sobie kiedyś, a może raczej syn jej to zasugerował, że on może się zastrzelić, jest więc w stanie zrobić dla niego wszystko.

    Oczywiście sylwetki te są znacznie bardziej skomplikowane, ale różne cechy charakteru wychodzą na jaw w związku z dalszymi wydarzeniami.  Generalnie bohaterowie są uwikłani w różne rodzinne sytuacje, zaślepieni wobec niektórych innych osób i „dla dobra” ukochanej osoby zdolni do wszystkiego. Część z nich „zawsze ma dobry i szlachetny powód, aby przykryć własne podłe czyny”. „Są takimi hipokrytami wobec samych siebie, że idą przez życie do końca przekonani, że każdy podły i brutalny czyn popełnili zupełnie bezinteresownie”.  Inspektor Scotland Yardu rozważając różne za i przeciw w tej sprawie, zwrócił uwagę na predyspozycje rodzinne jednego z domniemanych sprawców. Scharakteryzował tą rodzinę słowami: „rodzinna historia słabości, podłości i niezrównoważenia”. Odnosząc się do jeszcze innej osoby zwrócił uwagę na to, że „te ciche, posłuszne prawu dziewczęta często zakochują się w najgorszych typach”.

      W tej książce szczególnie widoczne są właśnie uwarunkowania rodzinne. Nie ma tu ukazanej patologii w postaci np. alkoholizmu czy używania przemocy fizycznej wobec żony czy dzieci. Ale jest inna patologia, niekarana w świetle prawa i niezmiernie częsta, a wiec zdrada, nieuczciwość i przede wszystkim dwulicowość, a właściwie fałsz na każdym polu, kim innym dana osoba jest na zewnątrz, kim innym w domu, kim innym wobec rodziców, innym wobec małżonka itp. itd. Inne standardy ktoś stawia sobie, inne innym osobom.

5/6  


wtorek, 29 czerwca 2021

Szczepan Twardoch "Pokora" - audiobook, czyta Michał Żurawski

 

Audiobook Pokora  - autor Szczepan Twardoch   - czyta Michał Żurawski

    „Pokora” jest nieco inną książką, niż te autorstwa Twardocha które przeczytałam dotychczas. To powieść o pełnym sprzeczności bohaterze, mieszkającym w miejscu, w którym mówi się i po polsku i po niemiecku i jeszcze gwarą,  które w dziejach wchodziło w skład różnych państw, żyjącym w czasach, kiedy świat zmieniał się porażającym tempie. W Twardochu fascynujące jest m. in. to, że opisuje on ludzi, którzy nie są sformatowani i nie mieszczą się w kategoriach statystycznego Polaka, czy statystycznego obywatela czy kogokolwiek zgodnego z jakąkolwiek średnią. Jego bohaterowie są inni niż ogół i to pod wieloma względami, często ta inność wynika z urodzenia się w określonej rodzinie, zaś wybory życiowe jeszcze tą inność pogłębiają, przypomina to rozdwojenie.

    Tytułowy Alojzy Pokora urodził się w biednej, górniczej rodzinie na Śląsku, miejscowy ksiądz widząc, że chłopak jest wyjątkowo zdolny, pomógł mu i opłacił naukę w gimnazjum, co było niebywałym awansem społecznym. Chłopak z górnikami przestał więc mieć cokolwiek wspólnego, poza pochodzeniem. Ale z dziećmi ze szkoły też nie mógł się identyfikować, bo był tym biedakiem i oni nim gardzili.  On w domu mówił gwarą śląską, czasem po polsku, niemieckiego musiał się uczyć. A koledzy ze szkoły niemieckim władali biegle. Jako Ślązak nie czuł się do końca ani Polakiem, ani Niemcem. Z jednej strony aspirował do klasy wyższej niż wiejska, górnicza biedota, z drugiej gdy w Berlinie wybuchła komunistyczna rewolucja w listopadzie 1918r. zaczął utożsamiać się z rewolucją i z komunistami. Orientacja seksualna Alojza też była niejednoznaczna. Tej inności jest naprawdę bardzo dużo. U Twardocha bohaterowie typowi, standardowi, występują jedyne na dalszym planie. Powieść ma szansę spodobania się właśnie tym, którzy też różnią się w jakimkolwiek  aspekcie od statystycznego obywatela.

    Twardoch opisuje też świat niejednoznaczny, wybrał taki okres w historii jako tło wydarzeń, kiedy świat zmieniał się z miesiąca na miesiąc. Powieść zaczyna się w trakcie I wojny, potem w Berlinie jest  właśnie rewolucja, która kończy się po kilku miesiącach. Przynależność państwowa Śląska nie jest jednak rozstrzygnięta, w tle trwają powstania śląskie. Czytając zdobywa się kawał wiedzy o Śląsku. A wszystko opisane jest z ciekawej perspektywy osoby, która tam mieszka, ale z żadnym ruchem tak naprawdę się  nie utożsamia. Dla mnie szokiem było np. to, że Wojciech Korfanty, o którym uczyłam się w szkole jako o wielkim bohaterze, przez część Polaków był znienawidzony, a zwolenników pozostania Śląska przy Polsce nazywano wśród miejscowej ludności nie Polakami, tylko „korfonciarzami”. Szokiem dla mnie było też to, że ludność bardziej zamożna i wykształcona opowiadała się za niemieckością Śląska.  Po przeczytaniu tej książki można zrozumieć złożoność sytuacji i to, dlaczego właśnie tam miejscowa, rdzenna  ludność domaga się obecnie uznania narodowości śląskiej, a nawet odrębnego państwa i nie uważa się ani za Polaków ani za Niemców.

    Ale kwestie historyczne nie są najważniejsze. Dla mnie najciekawsze były kwestie psychologiczne. Na przykładzie Alojza Pokory można obserwować człowieka idącego z prądem wydarzeń, dostosowującego się do nich idealnie, a zarazem wypierającego niektóre etapy życiowe. Alojz zgłosił się jako ochotnik na wojnę, składał przysięgę wierności cesarzowi, podczas rewolucji ochoczo wstąpił w szeregi walczących przeciwko cesarzowi, potem z kolei udawał przed wieloma osobami, że taki epizod nie miał nigdy miejsca. Te dziwne i sprzeczne wybory niekoniecznie były koniunkturalne, on nie tyle je podejmował, co po prostu „tak mu wychodziło”. Dla zdrowia psychicznego ponoć najlepiej jest żyć tak, żeby jak najmniej ukrywać. Wiele  gejów czy lesbijek robi comming outy i twierdzi, że nie wyobrażają sobie, aby wrócić do tego wcześniejszego życia w ukryciu. Alojz ukrywa wiele rzeczy, nie tylko epizod komunistyczny, ale i chociażby biedę z dzieciństwa, czy toksyczną miłość do Agnes i wiele innych rzeczy. Alojz co innego myśli, a co innego robi i mówi, żyje w totalnym zakłamaniu na wszystkich niemal polach. A jak się to skończy, można przeczytać.

    W książce brakowało mi natomiast tego, co było w „Królu” czy „Królestwie”, a także i w „Morfinie”, szczypty irracjonalności. Brakowało mi bohatera z polotem, z fantazją, z ponadprzeciętną inteligencją. Michał Żurawski czyta książkę poprawnie, nie słychać emocji, nie wypada to najgorzej, aczkolwiek zdecydowanie bardziej wolę emocjonalny styl Macieja Stuhra, który czytał „Króla”, „Królestwo” i „Morfinę”.

5/6

         


niedziela, 27 czerwca 2021

P. K. Adams „Ciche wody”

 

Obraz znaleziony dla: Wawel Katedra. Rozmiar: 153 x 160. Źródło: en.wikipedia.org

    Pozycję tą kupiłam bez zastanowienia, tylko po przeczytaniu, że jest to kryminał i że wydarzenia rozgrywają się na dworze królewskim na Wawelu w XVI wieku.   Jedyne co w tej książce jest dobrego, to pomysł na kryminał z epoki jagiellońskiej. Całość jest nudna, napisana bardzo prostym językiem, niemal jakby pisało to dziecko,  i niczego nowego ani o historii ani o niczym innym z lektury nie można dowiedzieć. Psychologii nie ma żadnej, postacie są nieskomplikowane, płaskie, sztampowe. Rozwiązanie zagadki  kryminalnej przewidywalne. Trudno też mówić o oryginalności, gdy jedno z opisywanych wydarzeń z udziałem dwórki królewskiej, rozgrywające się w Noc Świętojańską, zostało w bardzo zbliżony sposób pokazane już parę lat temu w serialu „Korona królów”. Postacie historyczne ukazane są bardzo powierzchownie i stereotypowo. Przykładowo Stańczyk ledwo co usłyszał o zabójstwie, już momentalnie wpadł na trop.  

      Wydarzenia opowiadane są z punktu widzenia przełożonej królewskich dwórek, 25 letniej wdowy, Włoszki Kateriny, która przybyła na dwór wraz późniejszą królową Boną. To ona „prowadzi śledztwo”, nieformalne oczywiście i relacjonuje jego wyniki królowej Bonie. Bona z kolei z powodu swojej pozycji  i wobec nakazu króla, aby się nie mieszała do tej sprawy, „śledztwa” osobiście prowadzić nie może. 

   Nie wiem, czy wydawnictwo zdecyduje się na wydanie dalszych tomów, ale z pewnością nie będę ich czytelniczką, co nie zmienia postaci rzeczy, że gdyby ukazał się inny kryminał z akcja osadzoną w tej epoce, chętnie bym go przeczytała. Napisanie czegoś takiego, naprawdę dobrego,  byłoby bardzo trudne. Jedyny kryminał, a właściwie quasi kryminał z nieco wcześniejszego okresu, jaki znam,  to „Imię Róży”, które Eco napisał w 1980r. Z uwagi na charakter epoki nie tylko odrodzenia, ale i średniowiecza, właściwie wszystkie powieści historyczne, umiejscowione w tamtych czasach, przypominają kryminały. Zdecydowanie więc lepiej zamiast czekać na coś, co najprawdopodobniej nigdy nie nastąpi, czyli na dobry kryminał umiejscowiony w wiekach średnich, sięgnąć po „Królów przeklętych” Druona, trylogię Hillary Mantell z czasów Henryka VIII – „W komnatach Wolf Hall”, „Na szafocie”, „Lustro i światło”, na „Krzyżowców” Zofii Kossak – Szczuckiej, czy też po Cherezińską, np. „Koronę śniegu i krwi”. 

2/6

wtorek, 22 czerwca 2021

Jessica Bruder „Nomadland” – audiobook, czyta Aneta Todorczuk

 

Audiobook Nomadland  - autor Jessica Bruder   - czyta Aneta Todorczuk

     „Nomadland” to reportaż doskonały. Przed lekturą nie miałam bladego pojęcia o problemie bezdomnych seniorów amerykańskich i o innych opisywanych zjawiskach socjologicznych, od strony psychologii też jest arcyciekawy. Napisany jest tak, że ciężko jest się oderwać od słuchania, czytania z pewnością też. Aneta  Todorczuk pasuje do roli odczytującej idealnie, autorka jest pewnie w podobnym wieku, czyta też całkiem dobrze.

     U nas czegoś takiego nie ma, ale w Stanach od około 2008r., tj. od kryzysu gospodarczego wraz z upadkiem szeregu firm, upadły też niektóre fundusze emerytalne. Ponieważ nie ma tam ZUS-u lub innego podobnego podmiotu, część  amerykańskich seniorów znalazła się albo w ogóle bez środków do życia, albo ze środkami tak małymi, że nie pozwalają na marną nawet egzystencję. Aby uzyskać jakikolwiek dochód podejmują się więc dorywczo koszmarnych prac fizycznych w różnych miejscach, często w Amazonie, a w związku z utratą mieszkania zamieszkują w samochodach, przyczepach, a nawet i namiotach. Ludzie którzy znaleźli się w takiej sytuacji to nie margines, mają róże wykształcenie, niejednokrotnie i wyższe, wielu z nich zajmowało też stanowiska kierownicze. Tych ludzi z roku na rok jest coraz więcej, jest to potężny problem.   

   Opisane zjawisko jest przerażające. Szalenie ciekawe jest obserwowanie  charakterów tych ludzi. U nas jest masa emerytów całkowicie bezradnych, powoli chyba to się zmienia, ale zdecydowana większość z nich nadal żyje życiem dzieci i wnuków, chodzą o lekarza do lekarza i opowiadają wszystkim o swoich chorobach, narzekając przy tym na brak pieniędzy i niską emeryturę. Niewielu z nich dorabia. Opisywani Amerykanie też nie są zdrowymi bykami, ale jednak zamiast egzystować i liczyć grosz do grosza, podejmują się wyzwań i tej wyniszczającej pracy. Chociaż nie jest lekko, nie skupiają się tylko na narzekaniu. Tworzą strony internetowe takich koczowników, udzielają sobie porad, nawiązują nowe kontakty towarzyskie.

     Część z amerykańskich seniorów ma rodziny, ale mało kto wpada na pomysł, aby wspólnie mieszkać, tym bardziej że często ich dzieci również mają problemy finansowe. Czytanie o amerykańskiej mentalności było dla mnie fascynujące. Wątpię czy podjęłabym się tak ciężkiej pracy na stare lata, jak oni, ale podziwiam tych ludzi. Pomiędzy nimi tworzy się bliska więź, nawet gdy przebywają w swoim  towarzystwie tylko kilka miesięcy w roku, potem jadą każdy w inną stronę, aż znowu spotykają się gdzieś indziej, albo i znowu w tym samym miejscu. Sami mówią, że są rodziną. W razie problemu mogą liczyć na siebie, a nie na rodziny biologiczne, będące gdzieś kilkaset czy kilka tysięcy kilometrów dalej. Tworzenie się pomiędzy niespokrewnionymi osobami, przyjaciółmi,  więzów niejednokrotnie bliższych i głębszych niż z osobami spokrewnionymi, narasta już w chyba wszędzie. W tym reportażu jest opisane szczególnie ciekawie.

   Autorka pisała książkę kilka lat, sama stała się przez ten czas taką tymczasową bezdomną, jeżdżącą kamperem i śpiącą w nim. Spędziła w towarzystwie swoich bohaterów sporo czasu. Część jej przyjaciół opisała jej swoje przemyślenia  życiowe. Przykładowo jedna z kobiet pracowała kilka miesięcy w roku w magazynie Amazona. Dla niej porażający był konsumpcjonizm Amerykanów, kupowanie przez nich jak największej masy rzeczy, często mało potrzebnych i przy tym całkowity brak troski o środowisko. Mówiła, że rzeczy sprzedawane w Amazonie są tak tandetne i do niczego niepotrzebne, że sądzi, iż około miesiąca po zakupie, wylądują one na śmietniku. Prawie wszystkie towary są tandetnych materiałów, w tym z plastiku, będą się więc rozkładać setki lat i niszczyć przyrodę. Amerykanka zaś żyjąc w kamperze wie, że tak naprawdę do szczęścia nie jest potrzebne posiadanie masy przedmiotów.

    Ciekawe są też obserwacje reakcji innych ludzi na tych bezdomnych. Jedni utrudniają im życie, jak mogą, donosząc np. że rozłożyli się w miejscu do tego nieprzeznaczonymi, inni są obojętni, jeszcze inni wykazują życzliwość.

   Po lekturze każdy już trochę inaczej będzie patrzył na otaczający świat.  

6/6