

Mimo upływu już około 150 lat od kiedy Verne tworzył, jego książki określane jako futurystyczne nadal budzą zainteresowanie. Dlaczego tak jest? Na przykładzie "Dzieci kapitana Granta" widać już na samym początku, że jest to książka, w której pokazane są takie ponadczasowe wartości jak przyjaźń, bezinteresowność, wdzięczność, wytrwałość, odwaga, determinacja w dążeniu do celu, nadzieja, sprawiedliwość itp. Jest też nawet i miłość do zwierzęcia, gdy trwała powódź, a nurt wody porwał konia, jego opiekun znajdujący się na względnie bezpiecznym miejscu, uznał, że nie zostawi konia samego i się rzucił za nim, aby płynąć wraz z nim. Dla miłości do zwierzęcia zaryzykował życie. Jest i miłość do ojczyzny, zaginiony Grant był Szkotem, który marzył o pełnej niepodległości Szkocji i na swoją wyprawę wyruszył w poszukiwaniu ziemi, gdzie Szkoci mogliby stworzyć kawałek Szkocji. Są też stale aktualne dylematy moralne, np. jak się ma przebaczenie do sprawiedliwości? Czy można komuś przebaczyć bez kary? Czy będzie to sprawiedliwość? Czy w ogóle można tak zrobić, biorąc pod uwagę możliwość tego, że sprawca ponownie może zrobić komuś innemu straszną krzywdę, a nawet zbrodnię? Kostiumy z różnych epok się zmieniają, ale to, za czym wszyscy tęsknią i co cenią, a także to, nad czym się zastanawiają, pozostaje niezmienne. Chociaż w tej książce nie ma żadnych futurystycznych, jak na tamtą epokę wynalazków, typu łódź podwodna czy pojazd kosmiczny, ale jest umysł ludzki, który zawsze będzie dążył do przekraczania wszelkich barier, i to też jest niezmienne.
W tym przypadku lord Glenarvan usłyszawszy o zaginięciu tytułowego kapitana Granta i jego statku, zdecydował, że z własnych pieniędzy i bezinteresownie zorganizuje wyprawę poszukiwawczą. Wiadomo było jedynie, że kapitan o ile żyje, może znajdować się w miejscu przez które przebiega określony równolężnik, czyli gdzieś w Ameryce Południowej, być może w Australii, potem jeszcze okazuje się, że może nawet i na terenie Nowej Zelandii. Lord z żoną i dziećmi kapitana Granta oraz z załogą, wyruszyli jachtem lorda, Duncanem, na poszukiwania. Z dzisiejszego punktu widzenia w podróżowaniu po tych terenach nie ma niczego nadzwyczajnego, ale 150 lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Rejony te były bardzo mało znane, spośród Europejczyków tylko wyjątkowo nieliczna garstka osób tam była, przekazy były bardzo, ale to bardzo skąpe. Pomysł takiej wyprawy wymagał więc niemałej odwagi i całe przedsięwzięcie można określić jako przysłowiowe porywanie się z motyką na słońce. Jest to oczywiście wizja mocno idealistyczna, ale powieści Verne`a stały się ponadczasowe nie ze względu na psychologię.
Powieść ta jest mniej futurystyczna niż inne, a bardziej podróżnicza, określiłabym ją jako powieść drogi ze sporymi elementami kryminału. W miarę czytania książka zyskuje coraz bardziej. Sam początek jest nieco żmudny, bo opisy jak wygląda Ameryka Południowa, nie mogą obecnie być porywające, szczególnie że teraz wiemy o tym zdecydowanie więcej. Można też konfrontować wiedzę J. Verne o tamtych terenach i jego wizje w tym zakresie z tym, jak to faktycznie wyglądało. Nie każdemu mogą wydać się interesujące informacje o historii tamtych ziem, australijskich oczywiście również, np. o ich odkrywcach. Mnie się to podobało, przykładowo nie miałam pojęcia o czymś takim, jak australijska gorączka złota, do tej pory określenie to kojarzyło mi się z Ameryką Północną i m. in. z Jackiem Londonem. Powszechnie znane jest hasło "Jak zdobywano Dziki Zachód", mowa jest oczywiście również o Ameryce Północnej. A Australię też przecież trzeba było zdobywać, o czym mało kto wie. W wersji audiobookowej trudne byłoby opuszczenie tych fragmentów historycznych, ale w wydaniu papierowym czy ebookowym nie ma z tym żadnego problemu i jeżeli ktoś fragmenty te uznałby za zbyt nużące, spokojnie może bez żadnej straty dla bieżących wydarzeń, przejść dalej.
Po pewnym czasie, gdy wyprawa będzie już w Australii, pojawią się nowi bohaterowie, dla ścisłości czarne charaktery i zrobi się zdecydowanie ciekawiej. Trzecia część jest najlepsza, akcja pędzi, na nudę nie ma miejsca. To w trzeciej części pojawi się właśnie najwięcej wspomnianych już dylematów moralnych. W samej końcówce pojawiają się też elementy, które powrócą w "Tajemniczej wyspie". Aż nie chciało mi się rozstawać z Vernem, ogarnęła mnie nostalgia i miałam ochotę po raz kolejny sięgnąć po dalsze tomy trylogii: "20 000 mil podmorskiej żeglugi" i "Tajemniczą wyspę". Ostatecznie nie sięgnęłam, bo pozycje te przypomniałam sobie zaledwie parę lat temu i pisałam nawet o nich w blogu, tutaj i tutaj, a czekają przecież równie pociągające stosiki nowych książek.
Czytający książkę Ireneusz Załóg znany jest głównie z dubbingu, ale jako lektor się sprawdził. Nie można mu niczego zarzucić. Nie jest Krzysztofem Gosztyłą, ale nie jest źle.
5/6

Jak zwykle daje o sobie znać bożonarodzeniowa nostalgia za dzieciństwem. Rok temu sięgnęłam po pierwszy tom Emilki, pisałam o nim tutaj. Tegoroczne spotkanie z nastoletnią Emilką ze szkoły średniej nie przypomina w niczym spotkania z dzieckiem. Dziewczyna częściowo z racji dotychczasowych doświadczeń życiowych, a częściowo dzięki wiedzy i pielęgnowaniu zmysłu obserwacji była znacznie mądrzejsza, niż wielu ludzi dorosłych. Jej dawny nauczyciel nawet dziwił się, skąd ona wie o pewnych rzeczach, a bynajmniej nie miał na myśli sfery seksu.
Emilka miała wrodzony zmysł obserwacji ludzkich charakterów i jeszcze nad nim pracowała. Ponieważ jej wielką pasją było pisanie, na potrzeby swojej twórczości studiowała ludzkie charaktery, pisała nawet szkice charakterologiczne. Nad postawami ludzkimi, charakterami, zastanawiała się bardzo często, np. podczas nudnych kazań w kościele. Odnosiła wrażenie, że patrząc na ludzi "w chwilach napięcia potrafi wślizgnąć się w ich dusze i odczytać ukryte pobudki i namiętności, które stanowią, być może, tajemnicę nawet dla owych ludzi". Potrafiła dostrzec w człowieku jego "najistotniejsze cechy".
Raz na jakiś czas Emilka dostrzegała, czy może raczej odczuwała promyk. To jest chyba najtrudniejsza kwestia do opisania tutaj. Bywało to coś w rodzaju nagłego olśnienia, np. pięknem przyrody, uczuciem doskonałości, zespolenia ze światem, czymś jakby stanięciem na ułamek sekundy oko w oko z nieskończonością. Wszystkie sprawy przyziemne, różne troski, nawet urazy do innych ludzi, przestawały mieć wówczas znaczenie. Być może Emilka potrafiła odczuć ten promyk, bo nie żyła w wiecznym pędzie i w poczuciu braku czasu na cokolwiek, bo po prostu miała w sobie radość życia, a nie zniechęcenie.
Ciekawe bardzo było właśnie spojrzenie Emilki na życie. Była w stanie dostrzec piękno w otaczającej ją rzeczywistości, w drzewach czy chmurach. Interesował ją otaczający świat i zwykli ludzie, sąsiedzi czy nauczyciele. Ale nie była tak prosta i jednoznaczna do oceny, jak Ania z Zielonego Wzgórza tej samej autorki. Gdy opisywała w swoim pamiętniku minione właśnie Boże Narodzenie, które spędziła u wuja, narzekała, że ani chwili nie mogła być sama, że przez cały czas czuła się jak kot, którego ktoś trzyma na kolanach wbrew jego woli i mocno, choć łagodnie głaszcze. Poznała wówczas miłą kuzynkę, Jen, z którą "na zawsze pozostanie w pół przyjaźni, nic więcej. Nie mówimy tym samym językiem". Emilka interesowała się historią, ale najbardziej tymi jej aspektami, o których nie było mowy w podręcznikach. Przykładowo zastanawiała się nad tym, o czym myślała Jane Seymour, trzecia żona Henryka VIII, gdy leżała bezsennie, czy myślała o swoich poprzedniczkach, czy była zadowolona z tego, co się z nimi stało, czy może myślała tylko o strojach?
W tym tomie Emilka na okres trzech lat zamieszkała u ciotki Ruth, w Księżycowym Nowiu, gdzie mieszkała dotąd, nie było szkoły średniej. Ciotka była osobą antypatyczną i szalenie apodyktyczną. Nie było więc lekko, ale Emilka miała przy sobie najlepszą przyjaciółkę Ilzę i innych przyjaciół, Perry`ego i Teda. Perypetie szkolne i wszystko to, co działo się dookoła, ma niezaprzeczalny urok. No i do tego wszystkiego dochodzi pisanie Emilki. To właśnie na tym etapie życia zaczęła już wysyłać do gazet swoje wiersze i szkice.
Książkę czyta się świetnie, nie odczuwałam w ogóle tego, że została napisana 100 lat temu, z pewnością jest to też zasługa tłumaczenia. A czytając książkę teraz, jeszcze bardziej delektowałam się lekturą, niż wówczas, gdy czytałam ją po raz pierwszy.
5/6

Jak zawsze pisząc o książkach roku, mam na myśli książki, które w danym roku przeczytałam, a data ich wydania nie ma znaczenia. Książką roku może być więc książka sprzed 100 lat. No i nie różnicuję książek gatunkowo. Po dłuższym zastanowieniu się nad tym, które książki przeczytane w 2020r. uważam za najlepsze, zauważyłam, że nie za bardzo mam faworytów. W poprzednich latach często było tak, że z powodu sporej liczby przeczytanych naprawdę rewelacyjnych książek, nie wiedziałam którą wybrać jako numer jeden. Teraz było odwrotnie. Wśród przeczytanych książek nie było wiele takich, które uznałabym za absolutnie wybitne. Ale ostatecznie lista wygląda tak:
1. Krzysztof Varga "Dziennik hipopotama" - książka bardzo refleksyjna, dająca sporo do myślenia
2. Szczepan Twardoch "Królestwo" - za wspaniałe obrazy dawnej Warszawy i opisy ludzkich charakterów
3. Szczepan Twardoch "Król" - jak wyżej
4. Olga Tokarczuk "Lalka i perła" za fenomenalny obraz ukochanej książki Prusa, za wydobycie masy ukrytych znaczeń i podtekstów,
5. Riku Onda "Pszczoły i grom w oddali" - za książkę napisaną tak, jakby słuchało się muzyki, a nie czytało, książkę beletrystyczną z głównym bohaterem muzyką,
6. Kazuo Ishiguro "Nokturny. Pięć opowiadań o muzyce i zmierzchu" to jedne z lepszych opowiadań, jakie kiedykolwiek czytałam
7. Zofia Kossak - Sczucka "Król trędowaty" - za wydobycie z zapomnienia kolejnego pokolenia krzyżowców
8. Jacek Żakowski, Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki "Rozmowy o Evereście" za opowieść o tym co ważne nie tylko podczas górskiej wspinaczki
9. Agata Christie "Rendez - vous ze śmiercią" - frapujący kryminał o ludzkim zniewoleniu
10 Sergiusz Piasecki "Bogom nocy równi"
i wyróżnienie
Grażyna Bastek "Rozmowy obrazów" - świetna opowieść o sztuce

"Rozmowy obrazów" to jedna z najlepszych książek o sztuce, jakie czytałam. Do tej pory za osobę, która pisze wyśmienicie na ten temat, w taki który do mnie dotarł i mnie przekonał, uważałam siostrę Wendy Beckett, teraz odkryłam już kolejną autorkę. Myślę, że jest to pozycja głównie dla laików, ciężko mi powiedzieć, czy znawcy malarstwa, zajmujący się takimi kwestiami zawodowo, znajdą tutaj coś nowego, o czym nie wiedzieliby. Nie jestem historykiem sztuki, ale tematyka ta mnie interesuje i jestem tą książką zachwycona.
Autorka zestawia ze sobą różne obrazy, zbieżne albo tematyką, albo sposobem uchwycenia tematu, albo jeszcze inaczej i porównuje je i opowiada o nich. A w trakcie czytania tej mini opowieści twórca żyjący kilkaset lat wcześniej staje się bliższy, a to co namalował, zaczyna nawet fascynować, tak jakby malarz zostawił list, który może odczytać każdy bez względu na to, jakim językiem włada i w jakiej epoce żyje. Aby jednak odczytać wszystko, trzeba albo mieć fachowe przygotowanie, albo zgłębiać ten temat. "Rozmowy obrazów" są mocno pomocne. Autorka wydobywa z dzieła takie jego aspekty, które dla oglądającego mogą być i najprawdopodobniej w większości wypadków byłyby niezauważalne. Wynajduje też nie tylko znane obrazy, ale i te naprawdę znane mało, potrafi też znaleźć to, co te obrazy łączy. Tak jak np. są książki, w których autor piszący później, nawiązuje bezpośrednio lub pośrednio do tego, co zostało stworzone wcześniej.
Niekiedy element łączący dzieła jest oczywisty, np. mamy wybrane 2 obrazy Sądu Ostatecznego, jeden Hansa Memlinga, a drugi Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej. Ale są też i porównania mniej oczywiste, dla laików początkowo nawet nieczytelne, a jasne dopiero po przeczytaniu fragmentu książki. Przykładowo w rozdziale o malarstwie portretowym mamy portrety papieża Innocentego X autorstwa Diego Velazqueza z XVII wieku i autorstwa Francisa Bacona z XX wieku. Wydawać się może dziwne malowanie portretu osoby, która zmarła kilkaset lat wcześniej. Ale Bacona fascynowała postać Innocentego X, a z racji tego, że żył w czasie, kiedy wiedza o tym papieżu była już nie tylko powszechna, ale i znacznie głębsza, niż wówczas, gdy papież żył, paradoksalnie wiedział o nim więcej, niż Velazquez. I co ważniejsze chyba, w XX wieku bez obawy twórca mógł namalować jego postać tak, jak uważał za stosowne. Kilkaset lat temu w przypadku negatywnej wymowy portretu papieża, kariera artysty mogłaby się błyskawicznie skończyć. Bacon mógł też namalować papieża w taki sposób, taką techniką, jakiej wcześniej nie znano. Bacon zreinterpretował więc obraz sprzed wieków i namalował Innocentego X oddzielonego od widza jakby kurtyną, krzyczącego, samotnego. Takiego, o którym chciałoby się dowiedzieć jeszcze więcej. Jest też portret Benedykta XVI, co wydaje się już całkiem dziwne, jest przecież masa jego zdjęć. Ale w portrecie jest coś, czego nie ma na zdjęciach. Na portrecie Benedykta XVI autorstwa Michaela Triegela z 2010r. , czyli jeszcze sprzed abdykacji, papież na tronie, jak to ujęła G. Bastek, nie czuje się swobodnie, jego ciało jest wygięte, jakby nie chciał tam być. Jeżeli jest dobry portrecista, na obrazie może pokazać to, czego na fotografii się nie da.
Dla mnie te opowieści o obrazach są fascynujące, a wiedza, jaką dysponuję w tym zakresie, jest na tyle mała, że nie byłabym w stanie dokonać takich zestawień. Jedyny minus książki, to zbyt mały format. Ideałem byłoby, gdyby byłoby to wydanie albumowe.
6/6

Bardzo rzadko się tak zdarza, ale odczytanie książki jest fatalne. Celowo nie używam określenia interpretacja. O interpretacji w tym przypadku nie ma mowy. Tadeusz Falana czyta koszmarnie, odbiera się to tak, jakby miał pierwszy raz kontakt z tekstem i jakby za bardzo nie rozumiał, o co w nim chodzi. Psuje to całkowicie książkę. Nie potrafię nawet powiedzieć, czy czytelnik może się wciągnąć w akcję, w audiobooka w tym wykonaniu z pewnością wciągnąć się nie może. Tekst nudzi, ciężko jest zapomnieć o czytającym. Tak koszmarne wykonanie zdarza mi się usłyszeć raz na parę lat.
Co do akcji to są dwa wątki, napad na bank, w trakcie którego została zastrzelona pracownica banku, i budzące wątpliwości samobójstwo młodej kobiety. Ta ostatnia była znajomą Herrego Hole. Harry oficjalnie zajmuje się sprawą banku, a nieoficjalnie też tą drugą. Wątków tych nie odbierałam jako szczególnie ciekawych, ale obawiam się, że "zasługę" za to ponosi czytający.
Pierwszą i drugą część cyklu z Harrym zapamiętałam jako nieszczególnie ciekawe, ale w kolejnych tomach jest już całkiem dobrze. Zastanawiałam się, nie po raz pierwszy zresztą, czy w tych książkach z Harrym, lub może w ogóle w twórczości Jo Nesbo jest coś szczególnie wartościowego, co uzasadniałoby fenomen jego popularności, przychylne, a niekiedy nawet i euforyczne recenzje krytyków i czytelników. I rzeczywiście, te szczególne cechy bez trudu można znaleźć. Te różnice widać wyraźnie, gdy porówna się Jo Nesbo do innych pisarzy.
Nesbo ma niezłą znajomość ludzkiej psychologii, nie aż tak wyśmienitą, jak chociażby Agata Christie czy Javier Marias, albo John le Carre, ale niewątpliwie jest dobrym psychologiem. Gdy Harry zastanawia się nad czyimś postępowaniem, odkrywa motywy ukryte tak głęboko, że może nawet ta osoba, której to dotyczy, nie byłaby w stanie tak jasno wytłumaczyć, dlaczego coś zrobiła. I w tym myśleniu nie ma żadnych elementów stereotypowych.
Harry sporo myśli, nie tylko o zbrodniach, ale podczas rozwiązywania zagadek, w związku z różnymi sytuacjami, zastanawia się nad wieloma kwestiami, rozmawia też o nich. Te rozmyślania, z racji szybkiej akcji, nie są rozwlekłe, zahaczają o psychologię, a nawet i filozofię. Filozofię przystępną. Przykładowo, czy człowiek ma wewnętrzną potrzebę odpokutowania za swoje złe czyny? Jak daleko może sięgać zemsta, jak głęboko może w kimś tkwić potrzeba zemsty? Które z ludzkich uczuć są najsilniejsze: miłość, nienawiść, zazdrość, czy może jeszcze inne? Są i rozważania banalniejsze, ale też warte uwagi, typu: człowiek pijany zachowuje się inaczej, niż gdy jest trzeźwy. Czy w takich stanach nie do końca świadomych ujawnia się jego prawdziwa natura, czy te zachowania są tylko przypadkowe?
Harry nieprzypadkowo ma tak liczną rzeszę fanów. Jest indywidualistą w każdym calu, w pracy i w życiu prywatnym zachowuje się niestereotypowo. W pracy nie zabiega o niczyje względy, jest sobą, nie wchodzi w żadne koterie. Zmaga się bezskutecznie z nałogiem. Nie jest herosem, któremu wszystko wychodzi. Cele osiąga dzięki olbrzymiej determinacji, a nie na skutek przypadku. Wiele osób w jakimś zakresie może się z nim utożsamiać.
W "Trzecim kluczu" dodatkowym bonusem jest jeszcze dawka wiedzy o współczesnych Cyganach. Jest sporo o ich zachowaniu, kulturze, o tym jak odnajdują się w nowoczesnym społeczeństwie norweskim.
W tym tomie Nesbo zupełnie nieoczekiwanie ujawnił swoje zafascynowanie Juliuszem Verne`m. Harry w prezencie gwiazdkowym podarował synowi swojej partnerki wydanie dzieł Juliusza Verne, którego od kilku lat sukcesywnie sobie przypominam.
Z racji tego, że koszmarne odczytanie książki obniża przyjemność kontaktu z nią:
4/6
Uwielbiam
książki, które są w stanie zmienić dotychczasowy punkt widzenia czytelnika, które
pokazują, że tam, gdzie widziało się obraz czarno – biały, faktycznie była
szarość, albo tam gdzie widziało się czerń, w rzeczywistości była biel itp.
Średniowiecze jest już symbolem zacofania, patrzy się na nie jak na regres w
stosunku do starożytności. Jeszcze przed przeczytaniem książki spotkałam się z
informacjami, wskazującymi na to, że średniowiecze wcale nie było epoką ciemną
i zacofaną, a ludzie wówczas wcale nie interesowali się tylko i wyłącznie
kwestiami religijnymi i nie żyli w porażającym strachu przed piekłem. Znajmy
malarz opowiadał mi, że podczas renowacji dzieł sztuki widać, że wiele dzieł średniowiecznych
jest doskonale utrzymanych, co jest zasługą użytych wówczas środków i techniki.
Mówił, że np. czerwony barwnik, pozyskiwany z kory dębu, trzyma się do dziś w
wyśmienitym stanie, a do tego jeszcze dzięki swoimi właściwościom, na obrazach,
w miejscach gdzie był użyty, w drewnie nie ma korników, ani innych szkodników. Czytałam
tez wcześniej w innych źródłach, że z kolei podczas powodzi stulecia w Kotlinie
Kłodzkiej były przypadki, że rzeka niszczyła współczesne mosty. Ale
średniowiecznemu mostowi nic się nie stało. Przykładów takich jest oczywiście
więcej.
Jacek Kowalski przytoczył całą masę mitów,
mówiąc wprost bzdur, które wypaczają obraz epoki, które powszechnie uważane są
za prawdziwe, a często są nauczane nawet i w szkołach. I z każdym z tych mitów
rozprawił się, udowadniając, że było po prostu inaczej. Autor nie twierdzi, że
średniowiecze było epoką idealną pod każdym względem, chce jednak oddać jej
sprawiedliwość. Udowadnia, że średniowiecze było etapem w rozwoju ludzkości,
podczas którego rozwijała się i nauka i sztuka, i że ta właśnie epoka stworzyła
podwaliny pod odrodzenie. Odrodzenie nie wzięło się znikąd, ono rozwinęło to,
co pojawiło się już wcześniej, właśnie w średniowieczu. Czyta się naprawdę
ciekawie, olbrzymim walorem są zdjęcia architektury czy sztuki średniowiecznej,
o których jest mowa w tekście. Po przeczytaniu książki czytelnik jest już
zdecydowanie mądrzejszy. Zasygnalizuję tutaj niektóre z tych mitów, bez
większego rozwijania zagadnienia. Książka ma jednak ten plus, że temat można
nieco zgłębić, a uzyskana wiedza nie jest tylko hasłowa. Obraz historii też
mamy nieco wypaczony, po pamięta się głównie Grunwald.
W średniowieczu ludzie rzekomo byli
ponurzy, cały czas bali się śmierci, a ma o tym rzekomo świadczyć sztuka epoki,
na obrazach czy rzeźbach postacie ponoć ani się nie uśmiechają, ani się nie śmieją.
W rzeczywistości malarstwo czy rzeźba rozwijały się, początkowo twórcy po
prostu nie potrafili ująć żadnych ludzkich emocji, ale już pod koniec
średniowiecza tworzone były i rzeźby i obrazy, uwzgledniające emocje, np.
słynny śmiejący się anioł z katedry w Reims, można obejrzeć zdjęcia innych uśmiechniętych
wyrzeźbionych postaci. Są dzieła literackie, w których jest dowcip czy radość,
a dzieł tych jest mało dlatego, bo w ogóle literatura nie była wówczas
rozwinięta, języki narodowe dopiero się wykształcały.
Rzekomo poziom wiedzy był niski, a sztuka i
kultura bardzo proste. Jako polemika z niby to niskim poziomem nauki wystarczy
wskazanie arcydzieł architektury w postaci katedr. Każde dzieło średniowiecza,
z katedrami na czele, pełne jest symboli, a ich rozszyfrowanie nie jest proste
nawet i dzisiaj, no chyba że ktoś ma głęboką wiedzę teologiczną.
Krzyżacy postrzegani są wyłącznie w
negatywnym świetle, jako okrutnicy, napadający na nasze ziemie, pod pretekstem
szerszenia wiary zabijający i grabiący ludność. Tak faktycznie robili, ale to
tylko część prawdy. Nasze rycerstwo również dokonywało podobnych napadów na
terytoria, które były słabsze, na które to zależało oczywiście od daty, ale
napadano chociażby na Jaćwingów czy Prusów. O naszych najazdach na inne ludy z reguły się nie mówi i nie
pisze, eksponuje się natomiast te, w trakcie których to my byliśmy ofiarami.
Każdy chyba kojarzy średniowieczne tortury.
Tego koszmaru oczywiście też nie można zakwestionowana. Tyle tylko, że mimo
przeminięcia średniowiecza, tortury jeszcze przez ponad 200 lat były oficjalnie
i legalnie stosowane w całej Europie.
To oczywiście tylko przykłady. Książka jest
świetna, a jedyne, co można jej zarzucić, to może zbyt głębokie wnikanie w
niektóre zagadnienia, albo w paru przypadkach rozprawianie się z mitami, które
wcale nie są rozpowszechnione i nie mają wielkiego znaczenia.
5/6
Czy jest sens dokonywać kolejnych tłumaczeń tego samego tekstu? Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości, to niech sięgnie po tłumaczenie Krzysztofa Tura i wszelkie te wątpliwości się rozwieją, tłumaczenie i praca nad przypisami, przygotowanie nieopublikowanych dotąd fragmentów dzieła to naprawdę kawał dobrej roboty. Gdy ma się do czynienia z tak genialnym tekstem można go ciągle odkrywać na nowo. Przez bardzo długi czas funkcjonowało tłumaczenie pierwsze Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego, potem doszło tłumaczenie Andrzeja Drawicza. A na przestrzeni ostatnich kilku lat wyłoniły się 3 kolejne tłumaczenia: Grzegorza Przebindy i jego rodziny, Krzysztofa Tura i Jana Cichockiego. W tej chwili nie znam tylko tego ostatniego, ale na niego też przyjdzie czas. Dodatkowo jeszcze w książce tam, gdzie są przypisy, umieszczono zdjęcia np. opisywanych miejsc, plakatów czy różnych przedmiotów i in.
Wcześniejsze fragmenty powieści, które
nigdy do niej nie weszły, zawarte są w części pt. „Czarny mag”, a taki właśnie
tytuł był rozważany przez Bułhakowa. Fragmenty te dotyczą zarówno wydarzeń, związanych
z Piłatem, jak też już tych właściwych z udziałem Mistrza, Małgorzaty i pozostałych
bohaterów. Widać jednoznacznie, że zmiany tekstu nanoszone później przez autora, a czasem i przez jego żonę, zmiany
związane były głównie z obawą przed cenzurą. A groźne były zarówno tematy związane
z religią, jak też i z ustrojem państwa.
Ale widać też, że autor szlifował też język, stylistykę i kształt scen
pod kątem artystycznym. Pomijając już kwestie różnych zabiegów, związanych z obawą
przed cenzurą, widać wyraźnie, że praca właśnie nad istotą, nad poszczególnymi
scenami miała głęboki sens. Konieczne było zrobienie tak, aby tekst nie był
zbyt dosłowny, aby czytelnik miał nad czym myśleć, aby był logiczny, by nie był
wulgarny itp. itd. Nawet taki geniusz jak Bułhakow musiał tekst szlifować wiele
razy. Może wiec opowieści o geniuszach, np. pisarzach, malarzach, muzykach którzy
działają w natchnieniu i tworzą błyskawicznie coś, co jest już genialne, można
włożyć miedzy bajki. A może dotyczy to
naprawdę maleńkiej garstki twórców, jacy kiedykolwiek żyli, jak np. Mozart. Niektóre
zdania tekstu z tej części pierwotnej naprawdę nie należały do szczególnie
wybitnych. Paradoksalnie, może gdyby nie panujące wówczas warunki i cenzura, gdyby
Bułhakow nie szlifował tekstu tak długo, może ostatecznie nie byłby on aż tak
wyjątkowy. Całość tekstu pierwotnego i kolejnych wersji nie zachowała się, stąd
też można czytać tylko fragmenty „Czarnego maga”.
Jednym z ciekawszych elementów w książce są
przypisy, sporządzone pod określonym kątem. K. Tur nie opowiadał o wszystkim, o
czym tylko można było, jak to ma miejsce w tłumaczeniu Przebindów. Jego
przypisy obszernie mówią m. in. o występujących
w książce demonach, sporo jest te o pracy Bułhakowa nad książką. Tłumacz
wskazuje np. , że określony fragment został dopisany przez żonę. Albo tłumaczy
etapy pracy stoa nad konkretnym fragmentem tekstu, wskazuje na symbolikę.
Przykładowo dość szeroko omówiony jest fragment książki, gdy Iwan Bedomny po
spotkaniu na Patriaszych Prudach z Wolandem, po pościgu z nim i jego świtą
wszedł do jednego z mieszkań, zabrał ikonę i świeczkę, a potem popędził nad
rzekę, gdzie zanurzył się i pływał. K. Tur wytłumaczył, co symbolizuje zanurzenie
się w rzece, dlaczego właśnie Iwan wziął ikonę i świeczkę, tłumaczy to krok po
kroku, ale robi to bardzo zwięźle. Tłumacz wskazuje też na to, od czego wielu badaczy
literatury ucieka. Pisze, jaki jest myśl przewodnia dzieła.
6/6
Gdy zobaczyłam okładkę, trudno było
mi oprzeć się pokusie kupna. Jest to najoryginalniejsza okładka, jaką widziałam
w ostatnich latach. Treść też warta jest uwagi. Rzecz dzieje się w Kłodzku (w
j. niemieckim właśnie Glatz) w 1920 r., gdzie giną przedstawiciele miejscowej
elity. Kłodzka policja nie za bardzo daje sobie radę, został więc przysłany z
pomocą tajemniczy osobnik, najprawdopodobniej mający bliżej nieokreślone związki
z wywiadem.
W tym konkretnym kryminale najciekawszy
wydaje mi się aspekt historyczny. Byłam raz w Kłodzku i jestem zafascynowana
tym miastem, rzuca ono jakiś nieokreślony urok na zwiedzających. Stare Miasto
jest dosłownie powalające z nóg, niezniszczona zabudowa tam liczy kilkaset lat
i to się doczuwa. W 1920r. Kłodzko było częścią Niemiec. Podczas czytania książki
poza bodajże jedną wzmianką w ogóle nie ma mowy o Polsce czy polskości, ludność
jest niemiecka i jest z tego bardzo zadowolona. Nie jest to oczywiście żaden zarzut,
wręcz przeciwnie, myślę że autor oddał doskonale ducha, panującego w miasteczku
100 lat temu. Czyta się więc polski kryminał o mieście niemieckim, z Niemcami,
z niemieckimi nazwami ulic czy placów. Jako osoba pochodząca z Polski
południowo – wschodniej odczuwałam też, że mentalność tamtych ludzi jest inna.
Kiedyś rozmawiałam z żołnierzem, będącym krótko przed emeryturą, który opowiadał
mi o tym, jak to całe życie był przenoszony z miejsca na miejsce i mieszkał w różnych
częściach Polski. Mówił, że widział właśnie różnice w mentalności ludzi z
różnych części kraju, np. na wschodzie byli bardziej gościnni, na zachodzie
bardziej cenili sobie prywatność, np. przychodzenie o kogoś bez zapowiedzi było
niemożliwe. Uważam, że rzeczywiście coś jest na rzeczy, bo właśnie w „Glatzu”
też to dostrzegłam. Takich drobiazgów i tej inności jest cała masa. Przykładowo
boy hotelowy rozpoznał w gościu hotelowym i zarazem prowadzącym śledztwo
kapitana, z którym walczył podczas wojny, ale nie ośmielił mu się tego przypomnieć.
Na wschodzie byłoby to niemożliwe. Jeden z bohaterów zobaczył wspomnianego już kapitana
w łóżku w dość nietypowej sytuacji intymnej, obiecał mu, że nikomu tego nie powie
i dotrzymał słowa. Na wschodzie również nie byłoby to możliwe. Co najmniej
kilka osób zostałoby poinformowanych „w tajemnicy”, osoby te przekazałyby „w tajemnicy” informacje
dalszym znajomym i sytuacja stałby się tajemnicą poliszynela. Podobnie na
wschodzie nie byłoby możliwe, aby ktoś znajomy przybywając do miasta, gdzie
kogoś dobrze zna, zamieszkał w hotelu, byłaby to wręcz obraza. Sytuacji takich
jest cała masa. Dla mnie właśnie to obcowanie z tą innością podczas czytania było
fascynujące. Mam oczywiście świadomość, że wskazane sytuacje i opisy zachowań ludzkich są pewnymi
uogólnieniami, ale jest ich na tyle dużo, że można wyciągnąć właśnie takie
wnioski.
Sama akcja i intryga kryminalna do szczególnie fascynujących nie należą,
przypominają momentami Dana Browna, np. gdy ofiary odnajdywane są w miejscach,
które na mapie miasta tworzą określoną figurę geometryczną i trzeba się zastanowić
jaką, na kogo ona wskazuje itp. Akcja też niestety nie wciąga za bardzo, a psychologia
też nie porywa. Generalnie jednak aspekt historyczny jest świetny. W tle
jeszcze jest twierdza kłodzka, a w miarę postępu wydarzeń jest o niej coraz więcej.
Teraz trudno jest sobie uzmysłowić, że tak małe miasto, jak Kłodzko, mogło kiedyś
być twierdzą. Lektura daje zupełnie inną perspektywę na wiele rzeczy.
4/6