środa, 3 grudnia 2025

Riley Sager "Wróć przed zmrokiem" - audiobook, czyta Kamila Brodacka i Maciej Radel

 

        Książka jest momentami mocno wciągająca, niekiedy jednak nuży. Można się oderwać od rzeczywistości, jest klimat tajemniczości, nawiedzony dom, można się nawet trochę bać, jest sporo zaskoczeń, ale też nie przy każdym wątku. Całość jest jednak totalnie pusta. Mamy opis wydarzeń z udziałem sił nadprzyrodzonych i nic więcej, żadnej wartości dodanej. Psychologia jest na żenującym poziomie, tak jakby jej nie było, nie ma niczego ciekawego o regionie, gdzie toczą się wydarzenia, o historii, o niczym. Rzadko się zdarza, żeby książka była aż tak pusta i aby po jej skończeniu nic w czytelniku nie zostawało. Wykonanie audiobooka jest całkiem dobre, ale to nie ma już żadnego znaczenia.

        Jest tu sporo zmarnowanych możliwości. Przy dwóch planach czasowych można obserwować bohaterów z przeszłości i 20 kilka lat później. Tylko oni w ogóle pod żadnym względem się nie zmienili, nie są nawet emocjonalnie dojrzalsi, wszyscy są charakterologicznie tacy sami, jak byli, emocjonalnie bardzo prości i przewidywalni. Wystarczy porównać „Wróć przed zmrokiem” do jakiejkolwiek książki np. Stevena Kinga i od razu widać, na czym polega różnica.

    Sporo jest innych książek luźnych, wciągających i dających do myślenia, lepiej sięgnąć po inne.

4/10



wtorek, 25 listopada 2025

Gustaw Herling - Grudziński "Sześć medalionów i srebrna szkatułka"

 

        Herling – Grudziński miał niepowtarzalny styl pisania, już po kilku pierwszych zdaniach wiadomo, że ma się do czynienia z prawdziwym pisarzem, a nie z osobą jedynie piszącą książki. Olbrzymie doświadczenie życiowe, w tym pobyt w łagrze, walka w II wojnie jako żołnierz, doświadczenie konspiratora, emigracja, a oprócz tego oczytanie, zainteresowanie sztuką i tym wszystkim, co dzieje się na świecie, spowodowało, że miał o czym pisać. Połączona z tym wszystkim przenikliwość doprowadziła do tego, że jego refleksje są naprawdę warte uwagi.

        „Sześć medalionów i srebrna szkatułka” to zbiór 6 całkowicie odrębnych esejów i jedno opowiadanie. W esejach pisarz opowiada o włoskich miastach: Sienie i Parmie, i o malarzach: Caravaggiu, Vermeerze, Rembrandtcie i Riberze. Genialne opowiadanie jest z kolei o tytułowej srebrnej szkatułce i stanowi trochę wspomnień, przywołania wydarzeń historycznych sprzed wieków i elementów nierzeczywistych. Opowieści o miastach nie zrobiły na mnie większego wrażenia, ale pozostałe teksty mnie wręcz poraziły.

        Na każdego z malarzy Herling – Grudziński patrzy z unikalnej strony. Nie był krytykiem sztuki, nie musiał się obawiać, co ludzie powiedzą, ani czy jego spostrzeżenia są zgodne z ogólnie przyjętym kanonem itp. Pisał, co myślał, przez to zaś te teksty są unikalne. Nie opowiada tylko o malarzach, to jest swoistego rodzaju mieszanka, to refleksje o życiorysie konkretnego artysty, o jego twórczości, a do tego wszystkiego dochodzą różnorakie refleksje o życiu, ludzkich charakterach, relacjach międzyludzkich, a nawet i pewne wizje, np. jak mogła wyglądać śmierć Rembrandta. Są też cytaty z dzieł innych autorów, piszących o tych malarzach.

        Przykładowo Vermeer jest dla Herlinga – Grudzińskiego malarzem mediumicznym, maluje czas zatrzymany, rzeczywistość przypominającą wieczność. Podstawowym elementem jego sztuki jest tajemnica. Ribera z kolei w każdym człowieku był w stanie zobaczyć coś unikalnego, „oko malarza trafiało w sedno, widziało warz pospolitą, zwykłą, i jednocześnie niepowtarzalną”.

        Generalnie nie przepadam za opowiadaniami, nie można się za bardzo w nie wczuć, szybko się kończą i pozostawiają niedosyt. W tym przypadku wciągnęłam się w „Srebrną szkatułkę” niesamowicie i od kilku dni nie mogę przestać o niej myśleć. W osłupienie wprawiło mnie wprowadzenie przez pisarza elementów nadprzyrodzonych. W jednym przypadku hipotetycznie dane zdarzenie mogło się przydarzyć, ale prawdopodobieństwo że tak się stanie, było mniejsze niż znikome. W drugim przypadku zaś pisarz pojechał na miejsce zbrodni sprzed wieków, o której sporo wiedział i rozmyślał, a nawet posiadał przedmiot, należący kiedyś do zamordowanej osoby. Oparł się o mur zamku i „jak w halucynacji” słyszał, jak dokonała się ta zbrodnia. Każdy czytelnik oceni sam, czy jest tylko czyta fikcja, czy niekoniecznie.

        Sam autor napisał ”Od bardzo dawna występuję przy byle sposobności przeciw antynomii dziwność – naturalność ( prawdopodobieństwo) . Kto uważnie śledzi rzeczywistość, kto ćwiczy się w dostrzeganiu pozornej „dziwności” wielu jej objawów, ten wie, jak dajemy się ograniczać i pętać w spojrzeniu na „naturalne lub prawdopodobne” zdarzenia, szukając w nich wyłącznie tego, co przemawia do naszego poczucia realistycznej trzeźwości. Nie ma podziału na rzeczy „dziwne” i „naturalne”. Jest – jeżeli się tego koniecznie chce – podział na rzeczy „niezwykłe” i „zwykłe”, „trudno uchwytne” i „pospolite”.

10/10



piątek, 21 listopada 2025

Leszek Herman "Ideburga. Igranie z ogniem" - audiobook, czyta Zuzanna Galia

 

        Przygody nastoletniej Ideburgi dla dorosłego czytelnika brzmią dziecinnie i nieco śmiesznie. Wartością są tu kwestie historyczne. Wydarzenia rozgrywają się w 1890 r. na Pomorzu Zachodnim, m.in. w Szczecinie, Rewalu, Trzęsaczu, Kołobrzegu. Jeśli ktoś w danym momencie nie potrzebuje lektury ambitnej, wymagającej przemyślenia, ale mimo wszystko wciągającej i chciałby się jednocześnie czegoś dowiedzieć o historii tych ziem, może sięgnąć po „Ideburgę”. W wersji audiobookowej Zuzanna Galia jako lektorka sprawdziła się całkiem dobrze.

        Leszek Herman doskonale pokazał, jak się wówczas żyło na tamtych ziemiach. Dwory wiejskie i bogate domy w miastach należały należały do niemieckiej arystokracji, ludność w przeważającej większości stanowili Niemcy, często mieszkający tam z dziada, pradziada. Polskie pochodzenie utrudniało karierę i ogólnie było źle widziane w towarzystwie. Planowane było wybudowanie linii kolejowej, biegnącej wzdłuż wybrzeża, ale wobec oporu niektórych właścicieli ziemskich, nie doszło do zakupu ziemi i wybudowania linii.

        Ciotka Idy była właścicielką dworu w miejscowości Dreżewo, tj. tuż obok Trzęsacza, gdzie na klifie są ruiny słynnego kościółka, konkretnie fragment jednej ściany, przez dziesiątki lat podmywanego przez Bałtyk. Dziś jest to atrakcja turystyczna, w 1890 r. kościółek jeszcze był cały. Ida oczywiście odwiedziła to miejsce. Pływając, zobaczyła trumnę z nieboszczykiem, morze bowiem wdzierając się na klif, podmywało także cmentarz, znajdujący się wówczas na szczycie klifu obok kościółka. Widoki trumien w morzu w tym miejscu nie były wówczas czymś nadzwyczajnym. Przytoczone są legendy o kościółku i o tym dlaczego Bałtyk go zniszczył.

        Czytając o Niemcach, żyjących setki lat na opisywanych trenach, pomijając całkowicie kwestie polityczne, tzw. „sprawiedliwości dziejowej” i inne, można poczuć więcej zwykłej, ludzkiej empatii do tych, którzy w 1945r. zostali stamtąd wysiedleni, a cały dorobek przodków musieli zostawić.

7/10



wtorek, 18 listopada 2025

Patrick Modiano "Perełka"

 

        Tym razem po przeczytaniu Modiano nie było wielkiego wow. Bohaterka jego opowieści zobaczyła przypadkowo w metrze kobietę, przypominającą jej zmarłą matkę. Perełka jest skrajnie nieszczęśliwa, przywołuje strzępy traumatycznych wspomnień z dzieciństwa. Podjęła się zarobkowo opieki nad małą dziewczynką, która była tak samo nieszczęśliwa, jak i ona niegdyś. Po jakimś czasie nie do końca wiadomo, czy ta dziewczynka faktycznie istnieje, czy nie jest to aby tylko wspomnienie samej siebie.

        Noblista pisze tutaj głównie o pamięci i o przeszłości, której znajomość jest niezbędna do tego, aby wiedzieć tak naprawdę, kim się jest. Niektórzy tworzą drzewa genealogiczne swojej rodziny, szukają korzeni, odnajdują różne ciekawe rzeczy, niekiedy np. innej narodowości przodków. Perełka nie ma takiego komfortu, bo nie wie, kto był jej ojcem, a matkę ledwie pamięta. Wszystko wskazuje na to, że jej totalne zagubienie i rozpacz właśnie z tego wynikają, nie tylko z braku czułości w dzieciństwie i braku rodziny, ale i z niemożności ustalenia, kim tak naprawdę jest, kim byli jej przodkowie.

        Dziewczyna wspomina. Z biegiem lat wspomnienia się zacierają, gmatwają, prawie niczego nie można już być pewnym. Perełka chyba za bardzo skupia się tylko na sobie i na swojej traumie, ale to chyba lepsze niż całkowity brak zadumy nad czymkolwiek. „Zawsze sprawiało mi ulgę, gdy poznawałam adres miejsc, które pamiętałam mgliście i które bez przerwy nawiedzały mnie w koszmarach. Jeżeli dokładnie wiedziałam, gdzie są położone i że mogę na nie popatrzyć z zewnątrz, zyskiwałam pewność, że staną się niegroźne”. I tak jest chyba u każdego, lepiej wydobyć nawet gdzieś z podkładów podświadomości to, co nas przeraża lub przerażało, te najgorsze wspomnienia i się im przyjrzeć. Niewątpliwie staną się niegroźne lub mniej groźne, w porównaniu do tego, gdy tkwiły w mrokach niepamięci.

7/10

piątek, 14 listopada 2025

Jakub Małecki "Korowód" - audiobook, czyta Filip Kosior

 

         Korowód” to książka pełna pytań bez odpowiedzi. Pod tym kątem przypomina nieco „Dorę Bruner” Patrica Modiano, o której dopiero co pisałam tutaj. Dlaczego czyjaś postać mimo braku kontaktu z nią, zaczyna nagle wkraczać w nasze życie? Może to być postać osoby nieżyjącej. Pod pojęciem wkraczać Małecki nie rozumie pojawienia się ducha, czy nawet samego głosu. Po prostu taka osoba pojawia się przed czyimiś oczami i nie chce tego kogoś opuścić. Przykładowo podróżnik płynący statkiem po Bałtyku zobaczył nagle krajobraz tego morza sprzed kilku wieków, zamarzniętego, a na jego tafli uciekającą postać i pogoń za nią. Przy tej postaci nagle pojawił się Cień. Podróżnik nie wiedział ani dlaczego coś takiego zobaczył, ani czy taka sytuacja naprawdę kiedyś się wydarzyła. Opisał to w liście do ukochanej, listy te w pewnym zakresie zachowały się w formie książkowej. Ta opisana sytuacja z pościgiem na Bałtyku zafrapowała kobietę, żyjącą znacznie później. Ta kobieta też kiedyś zobaczyła koło siebie taki Cień, jak przy uciekającym mężczyźnie. Czytelnik wie o samego początku, że ucieczka sprzed kilkuset lat miała miejsce, bo jej opis jest na samym początku „Korowodu”.

        Co to wszystko ma znaczyć? Co z tego ma wynikać? Dlaczego ktoś dowiaduje się o określonej sytuacji z przeszłości i potem przeżywa też coś zbliżonego, zagrożenie życia? Kim jest Cień? Jakub Małecki nie odpowiada na te pytania, na nie nie ma odpowiedzi. Tak samo jak i Patric Modiano nie wiedział, dlaczego ktoś żyjący współcześnie zaczyna nagle interesować się losem nikomu nieznanej dziewczyny, która zaginęła w czasie wojny i ku swojemu zaskoczeniu zauważa wiele zbieżności pomiędzy życiem jej a swoim.

        Niewiele ciekawych wątków znalazłam z kolei w opisach dzieciństwa bohatera ostatniej opowieści z książki, spotkania z kolegami, podwórka z PRL, bójki itp. historie. Czekałam, aż te wątki się skończą.

        Olbrzymim minusem „Korowodu” jest to, że Małecki pod koniec książki opisuje dokładnie Cień, bo Cień zaczyna towarzyszyć jemu samemu już od czasów dzieciństwa. Opisy Cienia są kuriozalne, np. wyciąga ręce, żeby chronić chłopaka przed upadkiem, czy wchodzi przez usta cały w jego ciało, bierze udział w bójce itp. Tego rodzaju opisy przypominają literaturę klasy B i psują książkę. Modiano wybrał niedopowiedzenia. I dostał Nobla.

7/10

wtorek, 11 listopada 2025

Patrick Modiano "Dora Bruder"

 

        Dora Bruder” to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Od pierwszych już zdań widać, że to jest wielka literatura, a Nobel z 2014r. dla autora był jak najbardziej zasłużony. Pisałam kilkakrotnie o książkach Patrica Modiano tutaj, i tutaj. 

        Narrator, paryżanin, znalazł w starej gazecie z 1941r. ogłoszenie o tym, że zaginęła Dora Bruder lat 15. Ponieważ podany był adres rodziców, zorientował się, że zna ten rejon Paryża, a w dzieciństwie tam nawet mieszkał. Nie wiedząc do końca dlaczego, zaczął wgłębiać się w tą historię i szukać informacji o Dorze. Książeczka jest właśnie o poszukiwaniu śladów Dory, zawiera też masę refleksji o kwestiach egzystencjalnych, szerszych niż los jednostki. Stawia masę pytań, nie daje żadnych odpowiedzi i nie dotyczy to tylko Dory.

        Narrator zauważa róże przypadki, zbiegi okoliczności, wie, że chodził tymi samymi ulicami, co Dora. Odkrywa, że Dora uciekła z internatu, a on również przeżył taki epizod. Przypomina sobie, że znał człowieka, który musiał znać Dorę. Ustala, jaką trasą dziewczyna uciekała przed gestapo i zauważa, że przy tej trasie jest miejsce, opisane przez Wiktora Hugo w „Nędznikach”, w którym ukrył się, uciekający wraz z Kozetą Jan Valjean. W miarę poszukiwania informacji o Dorze pojawia się coraz więcej zbieżności pomiędzy jej losem a pewnymi fragmentami losu narratora. Dlaczego tak jest? Czy coś z tego ma wynikać, a jeżeli tak, to co? Odnosi się wrażenie, jakby Modiano przybliżał się do wielkiej tajemnicy, a tą tajemnicą nie jest bynajmniej tylko los Dory, bo oczywiste było, że jako skrajnie biedna Żydówka miała znikome szanse na przeżycie wojny. Oczywiste jest też, że ta wielka, egzystencjalna tajemnica nadal nie będzie rozwiązana. 

        Zakonnik, trapista Michał Zioło w książce „Litery  na piasku” pisał: „bo mnie obchodzi sens właśnie, sens pojawienia się w czyimś życiu innego życia, choćby i za sprawą pośredników, czasem tylko w formie szczątkowych informacji”. Szerzej o „Literach na piasku” pisałam tutaj.

        Na początku lektury zastanawiałam się nad sensem wgłębiania się w los Dory, wiadomo było przecież, że nie była ona ani literatką, ani artystką, ani kimś, kto pozostawiłby po sobie spuściznę. Była zwyczajną dziewczyną. Pytanie o sens wnikania w jej życie i poszukiwania śladów pozostaje otwarte. Ale skoro każde życie ludzkie ma sens, próba przyjrzenia się temu życiu również musi mieć sens. Podczas czytania czuje się, że ta lektura uwrażliwia i czyni czytelnika bardziej empatycznym nie tylko na dzieje Dory. Los jednostki chyba bardziej przemawia niż zestawienia, cyfry i statystyki.

    Modiano poza jednym małym wyjątkiem nie wprowadza żadnych elementów paranormalnych, nie ma tu duchów, nikt ani nie widzi ani nie słyszy niczego nadprzyrodzonego, nie ma nawet proroczych snów. W jednym tylko miejscu narrator, stojąc w miejscu, w którym najprawdopodobniej przebywała Dora, mówi: ”Niemniej pod grubą warstwą zapomnienia od czasu do czasu dawało się coś wyczuć, jakieś odległe stłumione echo czegoś, czego dokładnie nie dawało się określić. Było to jak znalezienie się na skraju pola magnetycznego bez wahadełka, pozwalającego odbierać fale”.

10/10



sobota, 8 listopada 2025

Leszek Herman „Galeon” – audiobook, czyta Maciej Motylski

 


        Spośród dwóch książek Leszka Hermana, jakie znam, ta jest zdecydowanie najsłabsza. We wcześniej przeczytanych, tj. w „Sedinum, wiadomość z podziemi” i w „Latarni umarłych”, były liczne retrospekcje i nawiązania do przeszłości, a konkretnie do historii Pomorza Zachodniego. Fragmenty o przeszłości były nawet ciekawsze od tego, co działo się w książkach w teraźniejszości.

        W „Galeonie” jest z kolei minimalna liczba nawiązań do przeszłości, a zarówno tytuł jak i okładka, sugerujące opowieść o statku, wprowadzają czytelnika w błąd. Statek potraktowany jest skrajnie marginalnie, niemal cała akcja rozgrywa się współcześnie, wspomniane jest tylko o katastrofalnym, zimowym sztormie sprzed 100 lat, który spustoszył Szczecin. Akcja „Galeonu” jest w większości po prostu nudna.

        Jedynymi plusami, jakie zauważyłam, są opisy pracy dziennikarzy z lokalnego dziennika, wydawanego w wersji papierowej i internetowej. Jest pokazane, jak m.in. jak zdobywają informacje. Zdarza się, że ktoś dzwoni i chce sprzedać ciekawe newsy za odpowiednią sumę, najpierw oczywiście chce dostać pieniądze. Dziennikarzom pozostaje pytanie, czy kupować przysłowiowego kota w worku i płacić nie wiadomo za co, czy zrezygnować i liczyć się z tym, że opowieść kupi konkurencyjna gazeta. Albo np. informator wskazuje jako miejsce spotkania odludne zaułki i porę, gdy jest ciemno. Ciekawostką dla mnie był fakt, że część tekstów pisana jest na zamówienie np. deweloperów i publikowana jest nie jako reklama, tylko jako niby zwyczajny tekst. Gazeta dostaje za to pieniądze, a gdyby się na to nie zgodziła, mogłoby to zagrozić jej bytowi, na dłuższą metę bez tego rodzaju dochodów, przestałaby istnieć.

        Mimo tych małych plusików, rezygnując z czytania „Galeonu”, niewiele się straci. Ale i tak niezależnie od tego dam Hermanowi kolejną szansę.

4/10




środa, 29 października 2025

Lilian Jackson Braun „Kot który się włączał i wyłączał” tom 3 cyklu o Qwillu

 

        Jak już pisałam, po raz kolejny sięgnęłam po swoją ulubioną serię o kryminalną, a tak faktycznie serię o zwyczajnym życiu, poprzednio pisałam o tym tomie tutaj. Qwill w tym tomie nie ma gdzie mieszkać, nie ma oszczędności, ma za to przyjaciela z lat szkolnych i 2 koty, jest dziennikarzem i przez przypadek zdecydował, że tymczasowo zamieszka w uchodzącej za bardzo niebezpieczną dzielnicy ruder. Ten pobyt miał ułatwić mu napisanie materiału prasowego na konkurs bożonarodzeniowy. Chciał napisać właśnie o tej dzielnicy. Wszyscy go ostrzegali przed Junktown, ale on był otwarty na ludzi, na nowe miejsca, nurty, rzeczy itp.

        Autorka w całym cyklu tworzy galerię postaci godnych uwagi, nie ma tu ludzi nijakich. Qwill poznaje antykwariuszkę, nazywaną Smokiem, piękną i zachowującą się tak, jakby nie miała ochoty niczego sprzedać. Okazało się, że pochodziła ona z szalenie bogatej rodziny, a całe jej rodzeństwo żyło zgodnie z oczekiwaniami ojca, bankiera. Smok uznała, że bardziej od pieniędzy ceni sobie wolność bycia tym, kim chce. Bez zgody rodziny opuściła dom i pod przybranym nazwiskiem zajęła się prowadzeniem antykwariatu z antykami i różnymi rupieciami. Qwill zaprzyjaźnił się też ze swoją gospodynią, Irene, wyśmienita kucharką. Chociaż jej iloraz inteligencji nie był zbyty wysoki, jej życzliwość i otwartość, a także fakt, iż częstowała swoim wyśmienitym jedzeniem, spowodowały, że ta znajomość okazała się trwała.

        Qwill nigdy nie interesował się antykami, wolał nowoczesność, ale dla potrzeb dziennikarskich, zaglądał do miejscowych antykwariatów. Był ciekawy wszystkiego dookoła i wśród różnych rupieci co nieco znalazł. Kupił starą maszynę do pisania, starą puszkę do kawy dla przyjaciela, a potem jeszcze wielką tarczę z herbem swojego rodu. Puszka czy maszyna nie kosztowały wiele, a dały sporo radości.

    Qwill zamieszkując w Junktown był w średnim wieku z ugruntowanymi zainteresowaniami. Nie przeobraził się w fascynata antykami i innymi rupieciami, ale zaczerpnął z tego miejsca właśnie lekkie, minimalne wręcz zainteresowanie tą tematyką, a do tej pory interesowały go tylko książki. Nic więc nie stracił, a zyskał. Sytuację bardzo trudną, gdy nie miał grosza przy duszy, przeobraził w zwycięstwo. Otworzył się na nowe miejsce, które wcale nie było takie złe, jak powszechnie uważano, zyskał nowych przyjaciół, nowe mini zainteresowanie.

10/10



środa, 22 października 2025

Andrzej Sapkowski "Narrenturm"- audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła i zespół aktorów

 

    Książka miejscami jest porywająca i fascynująca, gdzie indziej zaś denerwująca i nużąca. Fenomenalnie pokazane są wojny husyckie, a w szczególności rola Inkwizycji, a także motywy z miejscowymi legendami i opisy miejsc, w których wydarzenia się rozgrywają. Przykładowo położone w Kotlinie Kłodzkiej miasteczko Bardo kojarzy się obecnie z turystyką, w czasie wojen zaś przeżywało oblężenie i zostało zniszczone. Psychologia z kolei jest płyciutka. Reynevan z Bielawy stale jest zakochany i pod wpływem uczucia zachowuje się tak, jakby był niespełna rozumu, będąc ścigany, popełnia takie błędy, jakich uniknąłby rozgarnięty nastolatek. Ma inne cechy pozytywne, ale fragmenty z udziałem jego głupkowatego zachowania są trudne do słuchania. Jego przygody przypominają książkę dla dzieci.

    Sapkowski nie skupia się jednak przygodach naiwnego Reinevana, pokazuje całą epokę. Wśród opisów jednym z ciekawszych jest opis Inkwizycji. Kojarzy się ona jednoznacznie źle, ze stosami i torturami, co jest obrazem wybiórczym, pisałam o Inkwizycji tutaj po wysłuchaniu audiobooka „W obronie Świętej Inkwizycji”. Sapkowski słusznie nie przedstawia inkwizytora jako tępego psychopaty, tylko jako wykształconego, światłego człowieka. W tamtych czasach tortury i palenie na stosie były normą, środki te stosowała zarówno władza kościelna i świecka. Inkwizytor z „Narrenturm” nie ogranicza się tylko do palenia ludzi na stosie. Inkwizycja pozyskiwała sobie szpiegów, niektórzy ludzie dostawali bowiem propozycję współpracy w zamian za uniknięcie tortur. 

    Sapkowski świetnie pokazał ponadczasowość pewnych zjawisk, jak chociażby właśnie pozyskiwanie współpracowników przez różne służby, później poszukiwanie podejrzewanych o współpracę, nawet gdyby do faktycznej współpracy nie doszło, dylematy ludzi, którzy dostali taką propozycję. Porażające są opisy nienawiści, jaką zaczęli do siebie pałać ludzie, przez lata będący sąsiadami, z powodu różnego podejścia do wiary w czasie wojen husyckich dochodziło do takich scen, jak w czasie Ludobójstwa na Wołyniu. Opisywane wydarzenia rozgrywały się 600 lat temu, ale biorąc pod uwagę olbrzymie i to od lat, zlaicyzowanie Czechów, nie ulega wątpliwości, skutki tych wydarzeń, oraz innych, następczych, trwają do dzisiaj.

    Mimo tych plusów nie jestem pewna, czy będę chciała słuchać dalszego ciągu przygód Reynevana.

7/10

czwartek, 16 października 2025

Ewa Woydyłło „Żal po stracie. Sztuka akceptacji”

 

    Ewa Woydyłło bardzo szeroko traktuje słowo żal, może to być żałoba, ale również może to być każda inna strata, jak np. strata pracy, zdrada i utrata zaufania, choroba czyli utrata zdrowia itp. Autorka jest bardzo doświadczoną psychoterapeutką, sporo też przeszła w życiu. Książka ma w zamierzeniu pomóc przetrwać ten trudny czas po stracie, pomimo tego, że każdy inaczej przeżywa trudne momenty, a straty są bardzo różne. Woydyłło pisze bardzo przystępnie, czyta się naprawdę bez problemu. Znaczna część tej pozycji jest uniwersalna, dotyczy straty każdego rodzaju straty, ale jest też parę rozdziałów szczególnych, np. dotyczących utrwalonej żałoby, z której ktoś mimo upływu czasu, nie może wyjść.

    Autorka wielokrotnie podkreśla, że najgorsze jest to, gdy ktoś zasklepi się w żalu po swojej stracie do tego stopnia, że przestaje normalnie funkcjonować i nie może z tego wyjść. Pisze ona, że „wyznaje wiarę w ludzkiego ducha, dzięki któremu można (i trzeba) sobie poradzić ze wszystkim”. Sygnalizuje, że w dziejach świata ludzkość też radziła sobie w różnymi trudnymi sytuacjami, niekiedy podobnymi do obecnych, niekiedy znacznie trudniejszymi. Jej zdaniem konieczne jest w życiu przygotowanie się na wszystko, co może się zdarzyć. Większość osób jest zaskoczona, gdy dotyka je coś złego, uważają, że to jest niesprawiedliwe, a jednocześnie nie zauważają, że złe rzeczy dotykają również inne osoby. Pod zwrotem „przygotowanie się na wszystko, co może się przydarzyć”, rozumie ona przyjęcie do wiadomości, że coś może się stać, a nie podejmowanie konkretnych działań, bo nie zawsze są one możliwe. Tam gdzie jest to możliwe, można oczywiście konkretne działania podjąć, np. robiąc zdrowotne badania profilaktyczne. Trzeba akceptować życie takie, jakim ono jest, a nie oczekiwać, że wszystko będzie tak, jak chcemy. „Doznanie utraty wpisane jest w doczesny los człowieka”.

    Wbrew pozorom, przeżycie różnych trudnych sytuacji często uodparnia i przygotowuje na kolejne potencjalne ciosy. Zdaniem autorki, z ciosami Losu może nie poradzić sobie ktoś słaby, wydelikacony, wcześniej złamany, nieodporny, strachliwy. Ale „Gdy Los natrafi na kogoś mocnego, zaprawionego w życiowych zmaganiach, na osobę dojrzałą nie tylko głową, ale i muskułami, taka sobie poradzi”. Umiejętności radzenia sobie w trudnych, a nawet traumatycznych okolicznościach, można nauczyć się w każdym wieku. „Przetrwanie ciężkich doświadczeń bilansuje się większą mocą, odpornością, jeszcze trwalszym przetrwaniem”. A celem istnienia według przywołanego przez autorkę Wilhelma von Humboldta jest „wydestylowanie jak najszerszego życiowego doświadczenia w mądrość”.

Uniwersalna porada na przeżycie trudnych chwil jest taka, że warto zająć się innymi osobami, nie tylko sobą i rozmyślaniami, jak jest ciężko. Wówczas postawa żałoby nie utrwala się, człowiek odrywa od niej myśli. W późniejszym okresie, jeżeli jest taka potrzeba, mimo straty warto i trzeba nadać nadać życiu sens.

    Tytułowa utrata może też być związana z tym, że ktoś zrobił nam coś złego, straciliśmy więc do kogoś zaufanie, mogliśmy na skutek tego np. rozstać się z partnerem. Ważne jest tutaj przebaczenie, dla naszego dobra. Utkwienie w rozpamiętywaniu krzywdy przypomina tkwienie w wiecznej żałobie i uniemożliwia dalsze, satysfakcjonujące życie.

    Zdaniem autorki człowiek może nauczyć się pogody ducha nawet w żałobie. „Może stać się spokojniejszy, bardziej odporny, mniej podatny na użalanie się nad sobą i swoimi stratami”.

9/10





poniedziałek, 13 października 2025

Tomasz Duszyński „Grzesznik ze Strehlen”

 

      Jako miłośniczka kryminałów retro nie mogłam sobie odmówić przeczytania książki, która zajęła 3 miejsce w tym roku na Festiwal Kryminału Retro w Gostyniu „Kryminalny Magiel”. Znaczną część powieści czytało mi się ciężko, ale od końcówki, mniej więcej 1/3 czy nawet ¼, bardzo trudno było mi się oderwać. Najsilniejszym uczuciem, jakie towarzyszyło mi podczas czytania, szczególnie pod koniec, był niepokój, odraza, a nawet pewien bunt przeciwko epatowaniu okrucieństwem, a jednocześnie fascynacja opisywanymi terenami, czyli Kotliną Kłodzką i to zarówno pod względem przyrody, jak i zabytków. „Wisienką na torcie” jest opis unikalnej w światowej skali Twierdzy Kłodzko. Jeśli ktoś lubi czytanie pod kocykiem z kawką czy czekoladkami, to nawet wtedy nie będzie mu miło. „Grzesznik” nie jest jednocześnie powieścią płytką, ma głębię, aczkolwiek nie jest ona jakaś porażająca.

    Grzesznik” jest dołujący, gorszy nastrój po lekturze jest niemal gwarantowany. W opisywanych przez Duszyńskiego miejscach panuje bieda, szerzy się pijaństwo, liczba osób z różnymi dewiacjami, w tym psychopatów, przewyższa średnią statystyczną. Za dewiacje najprawdopodobniej, przynajmniej w pewnym stopniu, odpowiada niedawno skończona Wielka Wojna, czyli I wojna światowa, tak sugeruje jeden z bohaterów. Mimo końca wojny mało kto jest szczęśliwy.

    W książce pojawia się dylemat, ile można czy ile też powinno się poświecić dla uratowania bliskiej osoby. Czy jest jakaś granica, której nie powinno się w tym zakresie przekroczyć? Czy życie kogoś najbliższego faktycznie jest wartością nadrzędną, przy której nic innego się nie liczy? Wisława Szymborska pisała, że tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono. Tutaj właśnie bohaterowie Duszyńskiego postawieni są w takich sytuacjach, że po podjęciu określonych decyzji orientują się, że chyba sami siebie nie znali.

7/10