sobota, 3 września 2022
„H.M.S. Ulisses” Alistar MacLean – audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła
wtorek, 23 sierpnia 2022
Raymond Chandler „Żegnaj laleczko”, nowe tłumaczenie : Bartosz Czartoryski
Chociaż powieść po raz pierwszy została wydana w 1940r. dzięki nowemu tłumaczeniu Bartosza Czartoryskiego w ogóle się tego nie odczuwa. W tym tomie nie ma nieużywanego już słownictwa z poprzedniego wydania, są współczesne zwroty i słowa, np. facet, menel, ktoś dostał korby itp. Odmłodzenie Chandlera poprzez nowe tłumaczenie było strzałem w dziesiątkę.
Znak rozpoznawczy Chandlera to pozbawiony złudzeń obraz ludzi i Ameryki, rewelacyjny język i humor. Część postaci to ludzie z różnych względów przegrani, np. alkoholicy żyjący biedzie i bez perspektyw. Są też i to w większości ludzie zamożni, pozornie wiodący udane życie, ale w rzeczywistości są oni upadli moralnie, np. żyjący z nieuczciwych interesów, łapówkarze czy dyspozycyjni policjanci. Ci ostatni kierują się głównie poleceniami przełożonych, no i szukają okazji do jakiegokolwiek zarobku na boku, niekoniecznie legalnego. Nie ma tu udanych rodzin, czy prawdziwych przyjaźni. Nie ulega też wątpliwości, że nie każdy jest zdemoralizowany, nowa znajoma detektywa z pewnością jest osobą uczciwą no i do tego atrakcyjną. Degeneracji nie uległ też oczywiście detektyw Morlowe.
Co do prywatnego detektywa Marolowa, to budzi wielka sympatię. Jest sam, to typ twardziela, ale tam gdzie trzeba, potrafiącego okazać odruchy serca. Życia osobistego właściwie nie prowadzi, czym przypomina wielkich, powieściowych detektywów, jak Sherlock Holmes czy Herkules Poirot, albo panna Marple. Trochę brakuje mi tych prywatnych perypetii, no ale o ideał trudno. Szalenie dużo o naszym bohaterze mówi kalendarz ścienny z obrazami Rembrandta i to, co detektywowi w tych obrazach się podobało. Marlowe w jednej ze scen patrzy na „Autoportret” Rembrandta. „Artysta przytrzymywał umazaną farbami paletę brudnym palcem, na głowie miał charakterystyczny beret, również nie pierwszej czystości. Drugą ręką unosił pędzel, jakby zamierzał jeszcze coś namalować, tylko czekał na zaliczkę. Starzał się, skóra mu wiotczała, na twarzy zastygł grymas zdradzający wywołany długim życiem niesmak oraz zbytnie przywiązanie do alkoholu. Ale promieniował hardą pogodą ducha, którą tak ceniłem, oczy miał zaś jasne, niczym krople rosy.”
Książka napisana jest fenomenalnym językiem, nie ma tu żadnych długich opisów, zdania są krótkie, ale celne, a dialogi wręcz fenomenalne. No i przebija się wyjątkowe poczucie humoru. Przykładowo Marolwe wraz z kolegą rozmawiają z pewną kobietą, która zarzuca naszemu detektywowi brak umiejętności słuchania. Mówi do niego: „Jakoś kolega nie ma problemu z tym, żeby siedzieć cicho i słuchać. Jest żonaty – odparłem. – Ma doświadczenie”. Albo opis ludzkich przywar, gdy Marlow chcąc uzyskać informacje od obcej kobiety, postawił jej flaszkę. „Podejrzliwość walczyła z alkoholowym pragnieniem, które wyraźnie zwyciężało. Zawsze zwycięża”. Albo już zupełnie na luzie spostrzeżenie „rozdziawiła usta, prezentując lśniące zęby, którym połysk nadaje noc w szklance z roztworem do protez”.
Co zaś do samej akcji, to spośród tych wszystkich zalet dla mnie miała ona najmniejsze znaczenie. Otóż Marlowe w brudnej spelunie został niemal świadkiem zabójstwa, z braku detektywistycznych zleceń uznał, że trochę powęszy przy tej sprawie. A gdy już zlecenie dostał, szybko pojawił się kolejny trup. Oba te wątki oczywiście się połączyły. Podczas własnego śledztwa czytelnik właśnie poznaje zdegenerowanych bogaczy, skorumpowanych policjantów i inne nie niej ciekawe postacie.
5/6
niedziela, 21 sierpnia 2022
Elżbieta Cherezińska „Niewidzialna korona” – audiobook, czyta Filip Kosior
Objętość książki nie powinna mieć większego znaczenia, ale zawsze przed sięgnięciem po tego rodzaju pozycję zastanawiam się, czy rzeczywiście warto. Tutaj mamy aż 29 godzin, można w tym czasie przeczytać, czy odsłuchać co najmniej dwie książki. W tym przypadku powieść okazała się wyśmienita, na takim samym poziomie, na którym była pierwsza część cyklu, czyli „Korona śniegu i krwi”, którą czytałam kilka lat temu i o której pisałam tutaj. Przymierzam się już do tomu III, do audiobooka, który trwa 46 godzin. Na szczęście w domu podczas różnych prac domowych słucham czegoś innego niż w samochodzie, znużenia więc nie ma.
Cherezińska dokonała wielkiej sztuki. Wybrała bardzo mało znany, a jednocześnie szalenie ciekawy okres w naszych dziejach i napisała o nim wyjątkowo wciągającą powieść. To czas rozbicia dzielnicowego, kiedy to podejmowane były pierwsze próby zjednoczenia państwa i trwała jednocześnie walka o tron. Mało kto wie, że naszymi królami byli też władcy Czech, Przemyślidzi, Wacław II i Wacław III. Między innymi o ich rządach opowiada ten tom. O koronę ubiegał się też m. in. książę kujawski Władysław, później przybrawszy miano Łokietka, a także książę głogowski Henryk, zwany Głogowczykiem.
Książka to nie tylko opowieść o przeszłości. To również powieść ponadczasowa o mechanizmach władzy, o mechanizmach które rządzą zawsze i są aktualne również dzisiaj. Potęga Przemyślidów była porażająca i zastanawiałam się nad tym, jak to w ogóle się stało, że się od nich skutecznie uwolniliśmy. Ale Wacław II sięgający po kolejne korony, w tym polską i węgierską, naruszył istniejący w Europie układ sił. Zaniepokoił tym i zdenerwował nie tylko sąsiadów, ale i samego papieża. Zaniepokojeni postanowili zareagować i to na tyle szybko, aby ten zwycięski pochód zastopować. Papież zaczął wspierać wrogów Przemyślidów, a w tym samym czasie doszło do ataku na Czechy i to z różnych stron. Ale Czesi nie byli idiotami. Zaczęli się zastanawiać, jak wybrnąć z sytuacji osaczenia. Wiedzieli, że z czegoś, z pewnych zdobyczy, będą musieli zrezygnować. I że będą musieli jednak zjednać sobie któregoś z wrogów, dając mu coś w zamian za odstąpienie od działań wojennych, których wynik był nieprzewidywalny. Wiedzieli, że przeciwko wszystkim nie dadzą rady.
Książka nie jest na szczęście super poważną opowieścią o tego rodzaju kwestiach, to beletrystyka, która rządzi się swoimi prawami. Jest to lektura mimo wszystko lekka, bo w tekst wplecionych jest wiele innych wątków, w tym romansowe, kryminalne czy nawet lekko i bez większego wpływu na akcję wątki fantazy, są też nawiązania do średniowiecznych legend. Wątki kryminalne to nie są wymyślone opowieści o nieznanych, zamordowanych osobach. To po prostu rzeczywiste zabójstwa, w tym królobójstwa, bo Wacław III faktycznie został zamordowany. Elżbieta Cherezińska przedstawiła swoją wersję tego, jak do tego doszło, kto był zleceniodawcą, nie zapomniała też o wersji oficjalnej, czyli osobie niemieckiego płatnego zabójcy, który natychmiast po wykonaniu zadania sam został zabity, zleceniodawca zaś nigdy nie został ustalony.
Autorka opisała też chyba wszystkie grupy społeczne, jakie wówczas istniały, nie wyłączając nawet zgromadzeń zakonnych. Poza ludźmi z dworów królewskich jest szereg innych bohaterów, w tym duchowni, jak np. Jakub Świnka, czy sprzyjający Przemyślidom biskup krakowski Muskata. Są zakony rycerskie, jak Krzyżacy czy Joannici. Jednym z bohaterów jest Wielki Mistrz Krzyżacki. Są też poganie, uprawiający kult swoich bożków. Są nie tylko ziemie polskie, jest pokazany Rzym, do którego w 1300r. udał się Łokietek, jest Ruś, oczywiście Czechy, Węgry.
To także jest opowieść o tym, jak kształtuje się mąż stanu. Nie wszystkie posunięcia Łokietka z czasu młodości były trafne, jedna była wręcz fatalna dla kraju, musiał potem uciekać z ziem polskich. Póżniej „dorósł” do swojej pozycji księcia i zaczął powoli pokonywać konkurencję do tronu. Cherezińska świetnie to uchwyciła i rewelacyjnie opisała. Przykładowo gdy pojawiła się możliwość jego powrotu do Krakowa i wejścia nie tylko do zamku, ale i do grodu, Łokietek zaczął się zastanawiać, jak postąpić z osobami, które jawnie przeciwko niemu występowały, np. biskup Muskata. Wiedział, jak zakończył się dla Bolesława Śmiałego konflikt z biskupem Stanisławem i jakie poniósł konsekwencje zabójstwa. Łokietek zdecydował się więc na taktykę lisa, nie jątrzył konfliktu, zaczął obserwować biskupa, wiedział, że może się po nim wszystkiego spodziewać, a jednocześnie bardzo dbał o dobre stosunki z papieżem.
Niezależnie od tego wszystkiego powieść szalenie wciąga. Jest ona przecież również sagą, przypomina seriale w kilku sezonach. Niektórych bohaterów czytelnik zna od narodzin i obserwuje ich dzieciństwo, zauroczenia miłosne, małżeństwo, karierę itp. Taką osobą jest m. in. Rikissa, córka zamordowanego polskiego króla Przemysła II. Cherezińska opisuje swoich bohaterów tak, że chce pokazać, co oni myślą, co czują, czym się kierują w swoich decyzjach. Nie odczuwa się w ogóle, że żyli oni tak dawno w zupełnie innych czasach.
5/6
niedziela, 14 sierpnia 2022
Błażej Brzostek „Wstecz. Historia Warszawy do początku”

sobota, 6 sierpnia 2022
Agata Christie „Tragedia w trzech aktach”

sobota, 30 lipca 2022
Michał Zioło OCSO „Litery na piasku”

Jestem zafascynowana tą pozycją. Michał
Zioło jest zakonnikiem, najpierw był dominikaninem, a teraz trapistą, żyje w
zakonie, w międzynarodowej wspólnocie gdzieś za granicą, u nas nie ma trapistów.
Jednocześnie jest to człowiek mocnej, dojrzałej wiary, niespotykanego,
porażającego wręcz intelektu i
gigantycznej wiedzy. Przymioty takie
można, jak widać, pogłębiać w zakonie, prowadząc głębokie życie wewnętrzne, nie
jest potrzebne życie awanturnicze, nie są potrzebne bezustanne podróże, nie
musi się ciągle „coś dziać”. Jest to mocno zastanawiające, jak to się dzieje, że
ktoś żyjący na uboczu, niby odcięty od
świata, wie o tym świecie i o człowieku tak dużo, a wiedza ta jest tak głęboka.
Podobne odczucia, ale nie aż na taką skalę, mam, czytając Charlotte Bronte czy
Jane Austen. Obie te pisarki prowadziły podobny, zasiedziały, tryb życia, bez
podróży, bez większych przygód. I też bogactwo obserwacji i przemyśleń
zadziwia.
Książkę M. Zioło przeczytać może każdy
bez względu na to, czy jest wierzący, czy nie. To zbiór 24 tekstów, które
najtrafniej chyba nazwać można felietonami. To oczywiste, że jest tam sporo o religii,
ale jest też olbrzymia liczba odniesień
do historii, literatury czy sztuki, w tym do twórców, którzy z religią nie
mieli nic wspólnego, jak np. Wolter. Nie ma tu żadnego dydaktyzmu, żadnego
pouczania, nie ma nic z postawy takich postaci, jak np. Rydzyk czy Jędraszewski,
nie ma tu też polityki. Są to teksty, które dają bardzo dużo do myślenia. I
wyłania się z nich wiele książek, po które warto sięgnąć, a na które powołuje
się autor.
Przykładowo, gdy pisane są biografie czy
wspomnienia, często autorzy koncentrują się na postaciach bardziej lub mniej znanych.
M. Zioło z kolei w jednym z felietonów wydobywa
nie tyle z zapomnienia, co z totalnej ogólnej niewiedzy postać malarza Saszy Rzewuskiego,
bywalca salonów, człowieka o wyjątkowo barwnym życiorysie. Sasza wstąpił do zakonu
i nigdy decyzji tej nie zmienił. W innym tekście opowiada o wietnamskim
duchownym Van Thuanie, więzionym przez wiele lat przez władze komunistyczne, wobec
którego toczy się obecnie proces beatyfikacyjny. Jego charyzma była tak wielka,
że zdarzało się, iż pilnujący go strażnicy, obserwując jego postawę, nawracali
się. Konieczne stało się więc, aby strażnicy z jego otoczeni byli wymieniani co
tydzień.
Bogactwo przemyśleń jest tak wielkie, że mam
problem, co wybrać, aby dać inne jeszcze przykłady, mogące zobrazować, jak
mniej więcej teksty te wyglądają. Jest np. tekst pt. „Sieci”, nie dotyczy on bynajmniej
internetu. Jest w nim mowa m. in. o
odnajdywaniu sensu w tym, co dzieje się dookoła, autor pisze „bo mnie obchodzi
sens właśnie, sens pojawienia się w czyimś życiu innego życia, choćby i za
sprawą pośredników, czasem tylko w formie szczątkowych informacji”. To inne życie to mogą być też osoby już nieżyjące, o których ktoś się dowiaduje i widzi pewne zbieżności pomiędzy ich życiem, a swoim, albo np. się tym życiem inspiruje. Sytuacje, w zaistnieniu których autor szuka sensu, można też nazwać przypadkami.
Jest też np. mowa o dołach psychicznych czy
depresji, choć sformułowania takie nie padają. Autor pisze „A co z naszymi
skłonnościami do zbyt intensywnego przeżywania samego siebie, co kończy się najczęściej
melancholią otwierającą drzwi rozpaczy?.” Wiele jest o odnajdowaniu sensu życia,
o „podjęciu fascynującego wezwania: nauki czytania woli Boga w znakach, które porozrzucał,
poustawiał i porozwieszał wokół nas.” M. Zioło pisze, że „sybirak, jezuita,
ojciec Walter Ciszek podpowiada, że czytaniu znaków Boga powinno towarzyszyć
pewne założenie: warto przyjąć, że miał On cel i powód, byśmy weszli w kontakt
z tymi właśnie sprawami i z tymi ludźmi”. W kolei o Biblii pisze, iż „edukacja
w Biblii to nawoływanie Boga, to Jego głos wśród głosów, roszczących sobie
prawo do wyłączności. Głos wskrzeszający zmarłych, odnajdujący zagubionych.”
Jest też np. mowa o olśnieniach, to "momenty, kiedy to "stargana - jest osnowa świata" i jawi się istota rzeczy, ich sens i cel". To wszystko, co cytowałam, to oczywiście tylko przykłady. Z racji tego, że kwestii do zacytowania jest mnóstwo, to nie mogę nawet powiedzieć, że są to cytaty najważniejsze.
6/6
wtorek, 26 lipca 2022
Wojciech Chmielarz „Długa noc” – audiobook, czyta Janusz Zadura

Byłam
wielką fanką cyklu o Mortce. Obawiałam się, że zajęcie się przez autora innymi
gatunkami literackimi i przedłużająca się przerwa w cyklu, nie wróżą niczego
dobrego. I rzeczywiście, ten tom jest dla mnie rozczarowaniem. Jest mocno
schematyczny i przewidywalny, w wielu fragmentach po prostu nużący. Mortka na stale pracujący w Interpolu w Hadze,
przyjechał do Warszawy, gdzie odnowił kontakty z Suchą, z którą kiedyś blisko
współpracowali, a która teraz jest naczelniczką jednego z wydziałów w policji. Wydarzenia
rozgrywają się właściwie w ciągu doby, ale są liczne retrospekcje.
Jeden z wątków to trwające godzinami
rozmowy ze świadkiem w sprawie zabójstwa. Treść tych rozmów nie jest nigdzie
zapisywana, odbywają się one w nocy, a Sucha z Mortką liczą na to, że człowiek
ten przyzna się do tego zabójstwa. Dla mnie to był jeden z najsłabszych
fragmentów książki. Te nocne rozmowy to mniej więcej w kółko to samo.
Sporo jest o covidzie, ale pisane jest to z
perspektywy osoby, która pracuje w domu i mało, albo prawie wcale z niego
wychodzi. Każdy prawie kontakt z inną osobą, postrzegany jest jako możliwość zakażenia
i jest to analizowane, czy do tego zakażenia doszło. W taki sposób naprawdę mało
kto funkcjonował.
Praca Mortki w Hadze i rzeczywistość holenderska
opisywane są jako coś wspaniałego, niemal idealnego, zaś to co się dzieje w
Polsce wręcz odwrotnie. Mamy biel i czerń, żadnych niuansów. Znaczną część książki
zajmują mało odkrywcze kwestie pogarszających się relacji Mortki z synami.
Mortka dokonał „odkrycia”, że przez kilka lat jego pobytu w Hadze, jego synowie,
mieszkający w Polsce z matką, wydorośleli, a on nie ma z nimi bliskiej relacji
i właściwie nie wie, co się z nimi dzieje.
Nie zauważyłam tego, co szalenie podobało
mi się w poprzednich tomach, czyli celnych obserwacji rzeczywistości. Nie ma
humoru, który był w tomach poprzednich. Zamiast lekkości, jest patos, nie cały czas,
ale np. we fragmentach o lekarzu, poświęcającym się dla dobra pacjentów. Liczba
głównych bohaterów jest mocno zredukowana. W poprzednich tomach z
zainteresowaniem można było śledzić losy kolegów Mortki, tutaj nie ma żadnego z
nich. Bardzo mocno eksponowane są też wątki LGBT. Tak to wygląda, jakby autor
sięgnął do internetu, zobaczył, które tematy są najbardziej nośne, wcisnął je na
siłę do książki. Żadnego z tych wątków nie pogłębił, w żadnym miejscu nie powiedział
czegoś, co nie byłoby schematyczne. A do
tego jeszcze w wielu miejscach jest nuda.
3/6
piątek, 15 lipca 2022
Ida Żmiejewska "Iskry na wiatr" cykl "Zawierucha"
Skip to the end of the images gallery

Kryminały
retro Idy Żmijewskiej polubiłam od pierwszego tomu „Warszawianki”, „Iskry na
wiatr” ewidentnie są początkiem cyklu, co jest doskonałą wiadomością. To książka
lekka, przyjemna, od której nie można się oderwać i do której chce się wracać,
ale jednocześnie mądra i dająca do myślenia. To powieść wręcz wymarzona
szczególnie wówczas, gdy ktoś potrzebuje oderwania się od rzeczywistości. Autorka
jest kopalnią wiedzy o Warszawie i jej historii, a w tym przypadku wybrała taki
okres w dziejach, o którym u nas nie pisze się zbyt dużo, a mianowicie 1914r.,
a konkretnie druga jego połowa.
„Iskry na wiatr” to trochę kryminał, trochę
powieść historyczna i obyczajowa z romansem i wątkiem szpiegowskim w tle. Autorka
doskonale balansuje pomiędzy tymi wątkami i nie ma przeciągania któregokolwiek z
nich. To opowieść o trzypokoleniowej rodzinie: 4 młodych dziewczynach, ich
ciotce i babce. Po śmierci głowy rodziny, ojca dziewczyn i jego bankructwie,
kobiety musiały się przeprowadzić do wynajmowanego mieszkania w gorszej
dzielnicy i zaznały biedy, nie takiej porażającej, ale jednak.
Fascynujące są opisy życia w tamtych
czasach, panuje drożyzna i niepewność, do Warszawy zbliża się niemieckie
wojsko. Polacy w dużej mierze, chociaż nienawidzili Rosjan, bardziej chyba
obawiali się Niemców i tego wszystkiego, co może się stać, gdy uderzą na miasto.
Widać, że społeczeństwo polskie było bardzo mocno podzielone i wiele osób żyło,
tak jak i teraz w czymś, co nazywam „bańką”, byli zamknięci w swoim świecie, obracający
się wśród osób o podobnych poglądach i głusi na wszystko, co nie zgadzało się z
tym ich światopoglądem. Jedna z bohaterek została pielęgniarką, miała stosowne
wykształcenie, a w związku ze zbliżającym się frontem była bardzo potrzebna.
Nawet taka sytuacja wywoływała wiele
dylematów. Jej siostra zarzuciła jej, że jest to nieetyczne, bo pomaga w ten
sposób Rosjanom, a przecież wszystkie szpitale w Warszawie były rosyjskie. Pielęgniarka
odpowiedziała, że wśród pacjentów jest sporo Polaków, ale dla tamtej,
radykalnej siostry, nie miało to znaczenia. Jedna z sióstr zaangażowana była w działalność
niepodległościową, a to już było dla mnie czymś nowym, eksploatowany jest
przecież i w książkach i filmach temat tego rodzaju działalności w czasie II
wojny, ale nie pierwszej. Dla jeszcze innej bohaterki angażowanie się w jakąkolwiek
działalność tego rodzaju przy boku Piłsudskiego było głupotą, bo przecież Piłsudski
i jego ludzie byli terrorystami z PPS i „oczywistym” było, że ktoś taki nie będzie
w stanie niczego sensownego wymyślić. W tle tego wszystkiego następują zmiany
obyczajowości, przykładowo bohaterka „Warszawianki” długo nie wyobrażała sobie
małżeństwa bez zgody matki, tutaj widać wyraźnie, jak bardzo wszystko się zmieniło.
Ciekawe są nawet takie drobiazgi, jak zmiana mody, kobiety skracają suknie, głównie
z powodów praktycznych, na szerszą skalę
zaczęły przecież pracować, Zdejmują też gorsety.
Czekam już
na kolejną część.
5/6
kk
piątek, 8 lipca 2022
Jane Austen „Emma”
„Emma” podobnie jak i wszystkie inne powieści
Jane Austen pozwala na totalne oderwanie się od rzeczywistości i na naprawdę
spokojną lekturę. Gdy w długi weekend czerwcowy wgłębiłam się w „Emmę” i mogłam
czytać do woli, miałam poczucie, jakbym znalazła się, fizycznie, na angielskiej
prowincji 200 lat temu. Aż szkoda było
mi powracać do rzeczywistości. Jak zawsze,
gdy skończę czytać którąkolwiek z książek Austen, czuję, że czegoś mi brak i tęsknię
za tym, aby sięgnąć po nią ponownie.
Nie jest to moja ulubiona powieść tej
autorki, bohaterka jest uczciwa, szczera, ma dobre intencje, ale mogłaby być
troszkę mądrzejsza. Ta lekka głupota mi nieco przeszkadzała, ale sąsiad Emmy,
pan Knightley, błyskotliwy, inteligentny i przenikliwy, wynagradzał te niedostatki.
Emma jest osobą majętną, co odróżnia ją od bohaterek pozostałych powieści tej
samej autorki. Wpadła na pomysł, że doprowadzi do ślubu swojej pozbawionej
majątku, niezbyt mądrej i niezbyt urodziwej znajomej z przystojnym, wykształconym
i majętnym mężczyzną, który w żaden sposób dziewczyną tą nie był zainteresowany.
Ten niedorzeczny pomysł wywołał szereg komplikacji towarzyskich. A w pobliżu
Emmy pojawił się znienacka adorator.
Jak zawsze u Austen, wydarzenia rozgrywają się
na wsi, nie ma żadnej polityki, opisywany jest powszedni dzień. Jane Austen była
admiratorką zwyczajnej codzienności, a ta codzienność wydaje się szalenie
ciekawa i pociągająca. Nikt tu nie wyruszał w dalekie podróże i nikt za tym nie
tęsknił. Ale np. wypicie filiżanki herbaty przy kominku i porozmyślanie o różnych
tematach jest pokazane jako coś absolutnie wyjątkowego i mogącego dać głęboką
satysfakcję i jako coś, za czym można tęsknić w zaświatach.
Realia epoki i fascynują i bawią. Przykładowo
jedna z bohaterek znalazła się w fatalnej sytuacji finansowej i podjęła decyzję,
że zacznie szukać pracy jako guwernantka. Wśród okolicznych mieszkańców wywołało
to niesamowite poruszenie, dziewczynie jedni współczuli, inni cieszyli się z
jej nieszczęścia. Ale konieczność podjęcia pracy zarobkowej postrzegana była
przez wszystkich jako coś koszmarnego, jako jedno z większych nieszczęść, jakie
mogą się przytrafić. Społeczeństwo angielskie wydaje się kastowe, niemal jak w
Indiach.
Fascynujące są ponadczasowe charaktery
ludzkie. Spośród bohaterów na szczególną uwagę zasługuje postać pastorowej.
Jest to czarny charakter, ale nieco zamaskowany. Kobieta ta jest fałszywa do
granic możliwości, opowiada wszystkim, jaka to jest świetna i pomocna, a
jednocześnie pod płaszczykiem tej pseudo uprzejmości, niemal każdego poniżała i
uprzykrzała mu życie. Z kolei jej mąż, pantoflarz, jest wręcz żałosny. Jest
bohater ślepo zapatrzony w wyidealizowanego syna. I jest ten syn, protoplasta dzisiejszych
imprezowiczów i lekkoduchów. Galeria postaci jest wyjątkowo bogata, a każdy znajdzie
wśród nich osobę, którą będzie odbierał w taki sposób, jakby ją niemal znał. Wynika
to z tego, że te charaktery są niezmienne i np. ówczesna pastorowa to obecna Elżbieta.
Można się w nich poprzeglądać jak w krzywym zwierciadle.
5/6
środa, 6 lipca 2022
Bożena Fabiani „Moje gawędy o sztuce. Dzieła, twórcy, mecenasi. Wiek XV-XVI” – audiobook, czyta autorka
Autorka
ma olbrzymią wiedzę i dar wynajdowania takich twórców, zjawisk, czy dzieł,
które nie są powszechnie znane. A nawet w znanych dziełach jest w stanie
zwrócić uwagę na taki ich aspekt, który raczej jest niezauważalny. O wszystkim
pisze subiektywnie, mało znanemu malarzowi jest w stanie poświęcić więcej
miejsca, niż twórcom powszechnie znanym. Niezależnie od opisów dzieł i malarzy,
dzięki książce pogłębić można też wiedzę o epoce i to też niekoniecznie z
najbardziej powszechnego punktu widzenia. Jak dla mnie mogłoby być tylko nieco
więcej informacji o obrazach, niż o autorach, ale to już kwestia subiektywna.
B. Fabiani zwraca szczególną uwagę na
dzieła kobiet, wydobywa je z mroków zapomnienia. Dzięki temu ten kanon
przedstawianych twórców jest inny, niż większość. Nie jest to na szczęście
robione „na siłę”, autorka nie wyznaczyła sobie np. limitu, że ma być mowa o
takiej samej liczbie malarzy i malarek. Ale do pewnego czasu większość dzieł o
malarstwie i albumów opracowywana była przez mężczyzn i jakoś tak się utarło,
że artystki, malarki, były w nich marginalizowane lub w ogóle ich nie było. Ale
faktycznie one istniały i tworzyły, tylko trzeba wydobywać je z mroków
zapomnienia. B. Fabiani nie wpycha do
książki fragmentów o malarkach miernotach, bo tak trzeba, taki jest trend,
tylko ukazuje artystki które stworzyły naprawdę wartościowe, ponadczasowe
dzieła. Opisuje m. in. malarki: Sofonisbę i Lavinię Fontanę, zwracając uwagę
zarówno na niebanalne życiorysy, jak też i na to, z jak wieloma trudnościami
musiały się one mierzyć, aby zaistnieć jako twórczynie. Kobieta malarka w XV
czy XVI wieku była postrzegana jako totalne dziwadło, coś zdecydowanie gorszego
od malarza mężczyzny, a kwestia sprzedaży jej dzieł była naprawdę wielce
problematyczna. Malarki musiały wykazywać się wielkim hartem ducha, aby móc
malować i jeszcze próbować wieść satysfakcjonujące życie osobiste, rzadko kiedy
było to w ogóle możliwe. Przykładowo Sofonisba w młodości przebywała na dworze
hiszpańskim, gdzie miała świetne warunki i niczego jej nie brakowało, ale tak
naprawdę szczęśliwa stała się dopiero około 50 – tki, gdy wyszła po raz drugi
za mąż, a było to jednocześnie pierwsze małżeństwo z miłości. Lavinia z kolei
wyszła za maż za kandydata, narzuconego przez ojca, młodzi okazali się potem
szczęśliwym małżeństwem. Te sylwetki kobiet malarek kojarzą mi się z
odnalezionymi puzzlami, które dopełniają obraz epoki. Podobnie zrobiła autorka w
książce „W kręgu Wazów”, gdzie również opowiedziała m. in. o kobietach, które w
większości zostały zapomniane, a z życiorysów których można sporo zaczerpnąć.
Oprócz rozdziałów o kobietach, najbardziej
fascynujący był ten o Michale Aniele. Jest tam przedstawiony jako malarz,
rzeźbiarz i architekt. I sporo jest o jego freskach w Kaplicy Sykstyńskiej, ale
też w dużej mierze o mniej znanych fragmentach,
np. o malowidłach proroków ze Starego Testamentu, czy wieszczek, sybilli ze starożytności. B. Fabiani
przedstawia też m. in. najbardziej tajemniczego malarza – Giorgone, zwraca
uwagę na to, że do dziś istnieją problemy z interpretacją jego dzieł. Kilka lat temu
czytałam „Szmaragdową tablicę” autorstwa C. Montero, powieść, w której mowa
jest o domniemanym dziele Giorgone „Astrolog”, którym interesowali się naziści.
5/6
czwartek, 30 czerwca 2022
Ewa Woydyłło „Dobra pamięć, zła pamięć”
Nie jestem fanką książek
psychologicznych, a „Dobra pamięć, zła pamięć” jest chyba pierwszą przeczytaną
tego rodzaju, od kiedy prowadzę bloga, czekała na półce kilka lat. Każdy
przeżył chyba w przeszłości jakieś albo traumatyczne, albo po prostu bardzo niemiłe
wydarzenia, które co jakiś czas się przypominają. Niekiedy to przypominanie
bywa natrętne. Autorka zgłębia ten właśnie temat, dlaczego tak się dzieje,
jakie mechanizmy rządzą pamięcią, oraz czy możliwa jest sytuacja, że te złe
wspomnienia przestaną nas nękać.
Najważniejsza według mnie konkluzja z książki jest taka. O ile te niemiłe
wspomnienia są tylko przeszłością, to nie musimy do nich ciągle
wracać. Trzeba przypominać sobie jak najwięcej wydarzeń pozytywnych, które
wzbudziły w nas radość i inne pozytywne emocje. Gdy przypomina się wydarzenie
złe, warto zamiast pogrążać się w jego przypominaniu, przerwać to i jakby
przejść do wspomnienia dobrego. Gdy skupimy się na tym dobrym wspomnieniu raz,
drugi, trzeci, gdy wydobędziemy z mroków zapomnienia te dobre rzeczy, sytuacja
już zacznie się poprawiać. Złe wspomnienia powinny zacząć blednąć. Warto też
odnaleźć przedmioty, które przypominają te dobre wydarzenia, np. papierowe
zdjęcia lub inne pamiątki i ustawić je w widocznym miejscu tak, aby rzucały się
w oczy i aby narzucały te dobre wspomnienia. Najważniejsze jest to, żeby
walczyć z tymi niechcianymi wspomnieniami, a nie żeby się im
poddawać.
Jeżeli
wspominane natrętnie wydarzenie rzeczywiście było traumą, to sytuacja jest
zdecydowanie bardziej skomplikowana i tego typu przypadkom poświęconych jest
kilka rozdziałów, w takich sytuacjach jest sugestia, aby jednak udać się do
specjalisty, najlepiej do psychoterapeuty wyspecjalizowanego w tego typu
sprawach.
W
książce jest sporo ciekawych innych spostrzeżeń, np. takich, że są osoby, które
z natury rzeczy są odporne na niemiłe, straszne i traumatyczne wydarzenia i nie
są one w stanie takiego kogoś złamać, czy mu zaszkodzić. Ale bywa też i to
zdecydowanie częściej odwrotnie, są ludzie wyjątkowo wrażliwi i im jest
znacznie ciężej z tego rodzaju przeżyciami. Innych spostrzeżeń jest
tu cała masa. Jak dla mnie, za mało było jednak wskazań tych działań, które
można podejmować, aby pozbyć się niechcianych wspomnień.
4/6
