wtorek, 26 lipca 2022

Wojciech Chmielarz „Długa noc” – audiobook, czyta Janusz Zadura

 

Długa noc - Wojciech Chmielarz - ebook + audiobook + książka

Byłam wielką fanką cyklu o Mortce. Obawiałam się, że zajęcie się przez autora innymi gatunkami literackimi i przedłużająca się przerwa w cyklu, nie wróżą niczego dobrego. I rzeczywiście, ten tom jest dla mnie rozczarowaniem. Jest mocno schematyczny i przewidywalny, w wielu fragmentach po prostu nużący.     Mortka na stale pracujący w Interpolu w Hadze, przyjechał do Warszawy, gdzie odnowił kontakty z Suchą, z którą kiedyś blisko współpracowali, a która teraz jest naczelniczką jednego z wydziałów w policji. Wydarzenia rozgrywają się właściwie w ciągu doby, ale są liczne retrospekcje.

    Jeden z wątków to trwające godzinami rozmowy ze świadkiem w sprawie zabójstwa. Treść tych rozmów nie jest nigdzie zapisywana, odbywają się one w nocy, a Sucha z Mortką liczą na to, że człowiek ten przyzna się do tego zabójstwa. Dla mnie to był jeden z najsłabszych fragmentów książki. Te nocne rozmowy to mniej więcej w kółko to samo.

    Sporo jest o covidzie, ale pisane jest to z perspektywy osoby, która pracuje w domu i mało, albo prawie wcale z niego wychodzi. Każdy prawie kontakt z inną osobą, postrzegany jest jako możliwość zakażenia i jest to analizowane, czy do tego zakażenia doszło. W taki sposób naprawdę mało kto funkcjonował.

    Praca Mortki w Hadze i rzeczywistość holenderska opisywane są jako coś wspaniałego, niemal idealnego, zaś to co się dzieje w Polsce wręcz odwrotnie. Mamy biel i czerń, żadnych niuansów. Znaczną część książki zajmują mało odkrywcze kwestie pogarszających się relacji Mortki z synami. Mortka dokonał „odkrycia”, że przez kilka lat jego pobytu w Hadze, jego synowie, mieszkający w Polsce z matką, wydorośleli, a on nie ma z nimi bliskiej relacji i właściwie nie wie, co się z nimi dzieje.

    Nie zauważyłam tego, co szalenie podobało mi się w poprzednich tomach, czyli celnych obserwacji rzeczywistości. Nie ma humoru, który był w tomach poprzednich. Zamiast lekkości, jest patos, nie cały czas, ale np. we fragmentach o lekarzu, poświęcającym się dla dobra pacjentów. Liczba głównych bohaterów jest mocno zredukowana. W poprzednich tomach z zainteresowaniem można było śledzić losy kolegów Mortki, tutaj nie ma żadnego z nich. Bardzo mocno eksponowane są też wątki LGBT. Tak to wygląda, jakby autor sięgnął do internetu, zobaczył, które tematy są najbardziej nośne, wcisnął je na siłę do książki. Żadnego z tych wątków nie pogłębił, w żadnym miejscu nie powiedział czegoś, co nie byłoby schematyczne.  A do tego jeszcze w wielu miejscach jest nuda.   

3/6        

piątek, 15 lipca 2022

Ida Żmiejewska "Iskry na wiatr" cykl "Zawierucha"

 


     Kryminały retro Idy Żmijewskiej polubiłam od pierwszego tomu „Warszawianki”, „Iskry na wiatr” ewidentnie są początkiem cyklu, co jest doskonałą wiadomością. To książka lekka, przyjemna, od której nie można się oderwać i do której chce się wracać, ale jednocześnie mądra i dająca do myślenia. To powieść wręcz wymarzona szczególnie wówczas, gdy ktoś potrzebuje oderwania się od rzeczywistości. Autorka jest kopalnią wiedzy o Warszawie i jej historii, a w tym przypadku wybrała taki okres w dziejach, o którym u nas nie pisze się zbyt dużo, a mianowicie 1914r., a  konkretnie druga jego połowa.

    „Iskry na wiatr” to trochę kryminał, trochę powieść historyczna i obyczajowa z romansem i wątkiem szpiegowskim w tle. Autorka doskonale balansuje pomiędzy tymi wątkami i nie ma przeciągania któregokolwiek z nich. To opowieść o trzypokoleniowej rodzinie: 4 młodych dziewczynach, ich ciotce i babce. Po śmierci głowy rodziny, ojca dziewczyn i jego bankructwie, kobiety musiały się przeprowadzić do wynajmowanego mieszkania w gorszej dzielnicy i zaznały biedy, nie takiej porażającej, ale jednak.  

    Fascynujące są opisy życia w tamtych czasach, panuje drożyzna i niepewność, do Warszawy zbliża się niemieckie wojsko. Polacy w dużej mierze, chociaż nienawidzili Rosjan, bardziej chyba obawiali się Niemców i tego wszystkiego, co może się stać, gdy uderzą na miasto. Widać, że społeczeństwo polskie było bardzo mocno podzielone i wiele osób żyło, tak jak i teraz w czymś, co nazywam „bańką”, byli zamknięci w swoim świecie, obracający się wśród osób o podobnych poglądach i głusi na wszystko, co nie zgadzało się z tym ich światopoglądem. Jedna z bohaterek została pielęgniarką, miała stosowne wykształcenie, a w związku ze zbliżającym się frontem była bardzo potrzebna. Nawet taka sytuacja wywoływała  wiele dylematów. Jej siostra zarzuciła jej, że jest to nieetyczne, bo pomaga w ten sposób Rosjanom, a przecież wszystkie szpitale w Warszawie były rosyjskie. Pielęgniarka odpowiedziała, że wśród pacjentów jest sporo Polaków, ale dla tamtej, radykalnej siostry, nie miało to znaczenia. Jedna z sióstr zaangażowana była w działalność niepodległościową, a to już było dla mnie czymś nowym, eksploatowany jest przecież i w książkach i filmach temat tego rodzaju działalności w czasie II wojny, ale nie pierwszej. Dla jeszcze innej bohaterki angażowanie się w jakąkolwiek działalność tego rodzaju przy boku Piłsudskiego było głupotą, bo przecież Piłsudski i jego ludzie byli terrorystami z PPS i „oczywistym” było, że ktoś taki nie będzie w stanie niczego sensownego wymyślić. W tle tego wszystkiego następują zmiany obyczajowości, przykładowo bohaterka „Warszawianki” długo nie wyobrażała sobie małżeństwa bez zgody matki, tutaj widać wyraźnie, jak bardzo wszystko się zmieniło. Ciekawe są nawet takie drobiazgi, jak zmiana mody, kobiety skracają suknie, głównie z powodów praktycznych,  na szerszą skalę zaczęły przecież pracować, Zdejmują też gorsety.

   Czekam już  na kolejną część.

5/6 








kk

piątek, 8 lipca 2022

Jane Austen „Emma”

 

Ilustracja

        „Emma” podobnie jak i wszystkie inne powieści Jane Austen pozwala na totalne oderwanie się od rzeczywistości i na naprawdę spokojną lekturę. Gdy w długi weekend czerwcowy wgłębiłam się w „Emmę” i mogłam czytać do woli, miałam poczucie, jakbym znalazła się, fizycznie, na angielskiej prowincji 200 lat temu.  Aż szkoda było mi powracać do rzeczywistości.    Jak zawsze, gdy skończę czytać którąkolwiek z książek Austen, czuję, że czegoś mi brak i tęsknię za tym, aby sięgnąć po nią ponownie.   

     Nie jest to moja ulubiona powieść tej autorki, bohaterka jest uczciwa, szczera, ma dobre intencje, ale mogłaby być troszkę mądrzejsza. Ta lekka głupota mi nieco przeszkadzała, ale sąsiad Emmy, pan Knightley, błyskotliwy, inteligentny i przenikliwy, wynagradzał te niedostatki. Emma jest osobą majętną, co odróżnia ją od bohaterek pozostałych powieści tej samej autorki. Wpadła na pomysł, że doprowadzi do ślubu swojej pozbawionej majątku, niezbyt mądrej i niezbyt urodziwej znajomej z przystojnym, wykształconym i majętnym mężczyzną, który w żaden sposób dziewczyną tą nie był zainteresowany. Ten niedorzeczny pomysł wywołał szereg komplikacji towarzyskich. A w pobliżu Emmy pojawił się znienacka adorator.    

    Jak zawsze u Austen, wydarzenia rozgrywają się na wsi, nie ma żadnej polityki, opisywany jest powszedni dzień. Jane Austen była admiratorką zwyczajnej codzienności, a ta codzienność wydaje się szalenie ciekawa i pociągająca. Nikt tu nie wyruszał w dalekie podróże i nikt za tym nie tęsknił. Ale np. wypicie filiżanki herbaty przy kominku i porozmyślanie o różnych tematach jest pokazane jako coś absolutnie wyjątkowego i mogącego dać głęboką satysfakcję i jako coś, za czym można tęsknić w zaświatach.

      Realia epoki i fascynują i bawią. Przykładowo jedna z bohaterek znalazła się w fatalnej sytuacji finansowej i podjęła decyzję, że zacznie szukać pracy jako guwernantka. Wśród okolicznych mieszkańców wywołało to niesamowite poruszenie, dziewczynie jedni współczuli, inni cieszyli się z jej nieszczęścia. Ale konieczność podjęcia pracy zarobkowej postrzegana była przez wszystkich jako coś koszmarnego, jako jedno z większych nieszczęść, jakie mogą się przytrafić. Społeczeństwo angielskie wydaje się kastowe, niemal jak w Indiach.

    Fascynujące są ponadczasowe charaktery ludzkie. Spośród bohaterów na szczególną uwagę zasługuje postać pastorowej. Jest to czarny charakter, ale nieco zamaskowany. Kobieta ta jest fałszywa do granic możliwości, opowiada wszystkim, jaka to jest świetna i pomocna, a jednocześnie pod płaszczykiem tej pseudo uprzejmości, niemal każdego poniżała i uprzykrzała mu życie. Z kolei jej mąż, pantoflarz, jest wręcz żałosny. Jest bohater ślepo zapatrzony w wyidealizowanego syna. I jest ten syn, protoplasta dzisiejszych imprezowiczów i lekkoduchów. Galeria postaci jest wyjątkowo bogata, a każdy znajdzie wśród nich osobę, którą będzie odbierał w taki sposób, jakby ją niemal znał. Wynika to z tego, że te charaktery są niezmienne i np. ówczesna pastorowa to obecna Elżbieta. Można się w nich poprzeglądać jak w krzywym zwierciadle.

5/6  

środa, 6 lipca 2022

Bożena Fabiani „Moje gawędy o sztuce. Dzieła, twórcy, mecenasi. Wiek XV-XVI” – audiobook, czyta autorka

 092ad68438.jpg - 4952

Autorka ma olbrzymią wiedzę i dar wynajdowania takich twórców, zjawisk, czy dzieł, które nie są powszechnie znane. A nawet w znanych dziełach jest w stanie zwrócić uwagę na taki ich aspekt, który raczej jest niezauważalny. O wszystkim pisze subiektywnie, mało znanemu malarzowi jest w stanie poświęcić więcej miejsca, niż twórcom powszechnie znanym. Niezależnie od opisów dzieł i malarzy, dzięki książce pogłębić można też wiedzę o epoce i to też niekoniecznie z najbardziej powszechnego punktu widzenia. Jak dla mnie mogłoby być tylko nieco więcej informacji o obrazach, niż o autorach, ale to już kwestia subiektywna.

     B. Fabiani zwraca szczególną uwagę na dzieła kobiet, wydobywa je z mroków zapomnienia. Dzięki temu ten kanon przedstawianych twórców jest inny, niż większość. Nie jest to na szczęście robione „na siłę”, autorka nie wyznaczyła sobie np. limitu, że ma być mowa o takiej samej liczbie malarzy i malarek. Ale do pewnego czasu większość dzieł o malarstwie i albumów opracowywana była przez mężczyzn i jakoś tak się utarło, że artystki, malarki, były w nich marginalizowane lub w ogóle ich nie było. Ale faktycznie one istniały i tworzyły, tylko trzeba wydobywać je z mroków zapomnienia.  B. Fabiani nie wpycha do książki fragmentów o malarkach miernotach, bo tak trzeba, taki jest trend, tylko ukazuje artystki które stworzyły naprawdę wartościowe, ponadczasowe dzieła. Opisuje m. in. malarki: Sofonisbę i Lavinię Fontanę, zwracając uwagę zarówno na niebanalne życiorysy, jak też i na to, z jak wieloma trudnościami musiały się one mierzyć, aby zaistnieć jako twórczynie. Kobieta malarka w XV czy XVI wieku była postrzegana jako totalne dziwadło, coś zdecydowanie gorszego od malarza mężczyzny, a kwestia sprzedaży jej dzieł była naprawdę wielce problematyczna. Malarki musiały wykazywać się wielkim hartem ducha, aby móc malować i jeszcze próbować wieść satysfakcjonujące życie osobiste, rzadko kiedy było to w ogóle możliwe. Przykładowo Sofonisba w młodości przebywała na dworze hiszpańskim, gdzie miała świetne warunki i niczego jej nie brakowało, ale tak naprawdę szczęśliwa stała się dopiero około 50 – tki, gdy wyszła po raz drugi za mąż, a było to jednocześnie pierwsze małżeństwo z miłości. Lavinia z kolei wyszła za maż za kandydata, narzuconego przez ojca, młodzi okazali się potem szczęśliwym małżeństwem. Te sylwetki kobiet malarek kojarzą mi się z odnalezionymi puzzlami, które dopełniają obraz epoki. Podobnie zrobiła autorka w książce „W kręgu Wazów”, gdzie również opowiedziała m. in. o kobietach, które w większości zostały zapomniane, a z życiorysów których można sporo zaczerpnąć.    

     Oprócz rozdziałów o kobietach, najbardziej fascynujący był ten o Michale Aniele. Jest tam przedstawiony jako malarz, rzeźbiarz i architekt. I sporo jest o jego freskach w Kaplicy Sykstyńskiej, ale też w dużej mierze o mniej  znanych fragmentach, np. o malowidłach proroków ze Starego Testamentu, czy  wieszczek, sybilli ze starożytności. B. Fabiani przedstawia też m. in. najbardziej tajemniczego malarza – Giorgone, zwraca uwagę na to, że do dziś istnieją problemy  z interpretacją jego dzieł. Kilka lat temu czytałam „Szmaragdową tablicę” autorstwa C. Montero, powieść, w której mowa jest o domniemanym dziele Giorgone „Astrolog”, którym interesowali się naziści.

5/6

        

 

 

czwartek, 30 czerwca 2022

Ewa Woydyłło „Dobra pamięć, zła pamięć”

 

Dobra pamięć, zła pamięć - Ewa Woydyłło

    

    Nie jestem fanką książek psychologicznych, a „Dobra pamięć, zła pamięć” jest chyba pierwszą przeczytaną tego rodzaju, od kiedy prowadzę bloga, czekała na półce kilka lat. Każdy przeżył chyba w przeszłości jakieś albo traumatyczne, albo po prostu bardzo niemiłe wydarzenia, które co jakiś czas się przypominają. Niekiedy to przypominanie bywa natrętne. Autorka zgłębia ten właśnie temat, dlaczego tak się dzieje, jakie mechanizmy rządzą pamięcią, oraz czy możliwa jest sytuacja, że te złe wspomnienia przestaną nas nękać. 

     Najważniejsza według mnie konkluzja z książki jest taka. O ile te niemiłe wspomnienia są tylko przeszłością,  to nie musimy do nich ciągle wracać. Trzeba przypominać sobie jak najwięcej wydarzeń pozytywnych, które wzbudziły w nas radość i inne pozytywne emocje. Gdy przypomina się wydarzenie złe, warto zamiast pogrążać się w jego przypominaniu, przerwać to i jakby przejść do wspomnienia dobrego. Gdy skupimy się na tym dobrym wspomnieniu raz, drugi, trzeci, gdy wydobędziemy z mroków zapomnienia te dobre rzeczy, sytuacja już zacznie się poprawiać. Złe wspomnienia powinny zacząć blednąć. Warto też odnaleźć przedmioty, które przypominają te dobre wydarzenia, np. papierowe zdjęcia lub inne pamiątki i ustawić je w widocznym miejscu tak, aby rzucały się w oczy i aby narzucały te dobre wspomnienia. Najważniejsze jest to, żeby walczyć z tymi niechcianymi wspomnieniami, a nie żeby się im poddawać.   

      Jeżeli wspominane natrętnie wydarzenie rzeczywiście było traumą, to sytuacja jest zdecydowanie bardziej skomplikowana i tego typu przypadkom poświęconych jest kilka rozdziałów, w takich sytuacjach jest sugestia, aby jednak udać się do specjalisty, najlepiej do psychoterapeuty wyspecjalizowanego w tego typu sprawach.

    W książce jest sporo ciekawych innych spostrzeżeń, np. takich, że są osoby, które z natury rzeczy są odporne na niemiłe, straszne i traumatyczne wydarzenia i nie są one w stanie takiego kogoś złamać, czy mu zaszkodzić. Ale bywa też i to zdecydowanie częściej odwrotnie, są ludzie wyjątkowo wrażliwi i im jest znacznie ciężej z tego rodzaju przeżyciami. Innych spostrzeżeń  jest tu cała masa. Jak dla mnie, za mało było jednak wskazań tych działań, które można podejmować, aby pozbyć się niechcianych wspomnień. 

4/6

niedziela, 19 czerwca 2022

Sławomir Koper "Historyczne Archiwum X. Tajemnicze zgony Polaków"

 


    "Historyczne Archiwum X" jest pozycją rzetelną, opartą na faktach, która rozprawia się z mitami, domysłami i różnymi teoriami spiskowymi dotyczącymi zgonów znanych Polaków. W jednym jednakże przypadku po analizie danych autor jednoznacznie stwierdza, że zgon nie mógł w żadnym bądź razie nastąpić naturalnie. W innym przypadku z kolei okoliczności zgonu były inne, niż to przez całe lata było przyjęte. Podczas czytania nie jest więc nudno, są liczne zaskoczenia. Sł. Koper  ma zdolność łatwego pisania, jego teksty czyta się bardzo dobrze, jakby to były gawędy, a przed lekturą nie jest potrzebna żadna szczególna wiedza. W każdym rozdziale jest rys historyczny o omawianej postaci, jej osiągnięcia lub ich brak, a gdy brak jest tychże osiągnięć, autor wskazuje, dlaczego ktoś stał się sławny, dlaczego piastował określone stanowiska, tak jest np. przy gen. Świerczewskim. Sporo jest zdjęć, wydanie jest bardzo estetyczne. 

    Lektura jest łatwa i pozornie lekka, ale treść bywa dość porażająca. W kilku przypadkach Sł. Koper opisał tzw. polskie piekiełko. Wniknął on m. in. w szczegóły zgonu Stefana Witkowskiego, założyciela niezbyt znanej konspiracyjnej organizacji wywiadowczej "Muszkieterzy", pisał o nim m. in. P. Zychowicz i Szczepan Twardoch w "Morfinie". Witkowski został zlikwidowany przez AK po wydanym na nim wyroku śmierci. Ten wyrok był wynikiem różnych gierek i nie powinien nigdy zapaść. Opisana jest mało pochlebna w tym wydarzeniu rola generałów: Grota - Roweckiego i Bora - Komorowskiego. Ten ostatni nawet już po wojnie sprzeciwiał się odznaczeniu przez władze brytyjskie członków Muszkieterów. 

    Dosyć koszmarnie wyglądały też okoliczności samobójczego zgonu gen. Wieniawy - Długoszowskiego. Ten właśnie przypadek zrobił na mnie chyba największe wrażenie i dał mi najwięcej do myślenia. Wieniawa w dwudziestoleciu był królem życia, głównym imprezowiczem państwa, uwielbiał zabawę, taniec, wyjątkowo dbał o wygląd. Powodziło mu się wyśmienicie pod każdym względem. I nie ulega żadnych wątpliwości, że jednak finalnie to samobójstwo popełnił. Czy to przez to, że wcześniej miał za łatwo? Raczej nie, bo tak łatwo to nie miał, walczył w I wojnie, a potem w wojnie polsko - bolszewickiej. Z tekstu i przytoczonego  stanowiska żony Wieniawy wynika, że generał był załamany nerwowo, fatalnie znosił zaistniałą sytuację polityczną i osobistą. W 1942r. właściwie był "nikim", nic nie znaczył, w nic szczególnego nie był zaangażowany, rodzina miała poważne problemy finansowe. Według żony zabójcza dla niego była bezczynność. Myślę, że znaczenie mogło też mieć to, że przez wiele lat dobrobytu całkowicie odzwyczaił się od trudnych i bardzo trudnych sytuacji życiowych. 

    Jest w książce zapowiedź kolejnego tomu z tej serii, ma w nim być mowa o zgonie m. in. Adama Mickiewicza, który według źródeł historycznych zmarł na cholerę. Zdaniem Sł. Kopra w tamtym czasie i tamtym miejscu w Turcji nie było epidemii cholery. 

5/6 


      


środa, 15 czerwca 2022

Małgorzata Gołota „Spinalonga. Wyspa trędowatych” – audiobook, czyta autorka

 


Spośród książek, nominowanych w tym roku do nagrody Kapuścińskiego, sądząc po samym opisie,  „Spinalonga” wydała mi się najciekawsza i właśnie po nią sięgnęłam. I okazała się rzeczywiście bardzo dobra. Audiobooka słucha się też świetnie, a co rzadkie,  to mimo że czyta autorka, a nie profesjonalny lektor, sposobowi odczytania i interpretacji niczego nie można zarzucić. 

    Na greckiej Spinalondze do 1957r. funkcjonowała kolonia trędowatych.  Jest to szokujące. Autorka opisała nie tylko to, co działo się na wyspie od początku do końca kolonii, są też  dalsze dzieje trędowatych, aż do czasów  współczesnych. W książce zagadnienie to opisane jest z bardzo różnych punków widzenia, jest historia, jest aspekt psychologiczny, socjologiczny, polityczny, nawet i religijny. Temat został bardzo mocno zgłębiony. O historii trądu, w tym na wyspie, w pewnym zakresie można poczytać chociażby w Wikipedii, ale w książce jest też sporo rzeczy, których w Wikipedii nie ma, sporo jest faktów, które grecki rząd chciał ukryć i takich o których raczej się nie mówi, bo stawia to większość ludzi w bardzo złym świetle. Są też rozmowy z osobami, które miały bliski kontakt z chorymi, znają ich mentalność i poglądy na świat. Rozmowa z samymi trędowatymi  stała pod kolosalnym znakiem zapytania, bo są oni bardzo niechętni kontaktom z obcymi ludźmi, zaznali tak dużo zła od ludzi, że nie mają jakiejkolwiek ochoty na nawiązywanie kontaktów.

    M. Gołota pokazała okrucieństwo, z jakim chorzy się spotykali, rodziny osób, osadzonych na wyspie, często zrywały z nimi jakikolwiek kontakty, bojąc się stygmatyzacji. Te rodziny mimo, że nie miały i nie mogły mieć z chorymi żadnego kontaktu i tak były poddawane ostrycyzmowi, jakby trąd zarażał na odległość.  Ukazane jest też niebywałe okrucieństwo państwa, które najbardziej zadowolone byłoby, gdyby chorzy na wyspie po prostu umarli. Przetrzymywało zarażonych na Spinalondze pod pretekstem, że trąd jest zaraźliwy i że nie ma skutecznego leku, nawet wówczas gdy ten lek już był, a coraz częstsze doniesienia medyczne wskazywały na to, że zarażenie się trądem wcale nie jest proste. Na wyspie znajdowały się też osoby, które wcale nie były chore, tylko źle zdiagnozowane, kwitł proceder odbierania nowo narodzonych dzieci trędowatym rodzicom. Jest naprawdę sporo rzeczy szokujących chociażby z tego powodu, że wszystko to działo się w XX wieku. Społeczeństwo natomiast było bierne, poza kilkom pozytywnymi wyjątkami, które można policzyć na palcach jednej ręki. Okoliczna ludność, głównie z Krety, jeszcze wykorzystywała chorych, bo sprzedawała im warzywa i owoce, a także inne produkty po bardzo mocno zawyżonych cenach, szczegóły oczywiście są w książce.  

    Najbardziej zapadły mi w pamięć jednak nie te koszmarne opisy, które można mnożyć. Otóż w tym piekle znajdowały się też i takie osoby, które potrafiły nawet i tam odnaleźć sens życia i być szczęśliwe na tyle, na ile było to możliwe. A przede wszystkim osoby te potrafiły być pożyteczne nie tylko dla najbliższych z wyspy, ludzie tam też łączyli się w związki, ale i dla ogółu. Jeden z bohaterów tego reportażu spędził na wyspie wiele lat, ożenił się tam. Robił wszystko co mógł, aby  poprawić los chorych i to pod każdym względem. Walczył z władzami o  wszystko, o zwiększenie wysokości zasiłków, o normalną opiekę medyczną zamiast iluzorycznej, zainicjował m. in. coś w rodzaju remontu domostw, za jego sprawą rozkwitło życie kulturalne. I to nie są tylko wszystkie przykłady jego działalności. W dużej mierze odniósł sukces, sporo rzeczy wywalczył. Siła wewnętrzna, jaką miał ten ciężko doświadczony przez los człowiek, była wielka. Tym bardziej jest to porażające, że tak wiele jest osób przeżywa załamania nerwowe z naprawdę błahych powodów.  I tak wiele jest też osób, które nigdy nie myślą o nikim innym poza sobą i swoją rodziną.   

   Szokujące są też opisy braku podstawowej wiedzy na temat trądu w kraju, gdzie ta choroba występuje. To głuptactwo i obawa przed zarażeniem było jedną z przyczyn wielkiego zła, wyrządzanego stale innym chorym. I tak jest zresztą wszędzie, nie tylko w Grecji i nie tylko w odniesieniu do trądu. A władze greckie nie przeprowadziły żadnej akcji edukacyjnej w tym zakresie. A można byłoby podnieść w jej trakcie chociażby fakt, że na wyspie były przypadki, że osoby zdrowe, które tam mieszkały latami z trędowatymi w jednym domu, trądem się nie zaraziły.   

5/6  

czwartek, 9 czerwca 2022

Lilian Jackson Braun „Kot który patrzył w gwiazdy”

 

Okładka książki „Kot, który patrzył w gwiazdy”

   Ten tom jest wyjątkowo lekki, wakacyjny, bo u właśnie zaczyna się lato i u Qwilla również jest czerwiec. Qwill wyjechał na cały miesiąc do małego miasteczka nad jeziorem, niedaleko miejsca, gdzie mieszka na stałe.  Nasz bohater wraz ze swoimi kotami zamieszkał w starym domku letniskowym, który odziedziczył po zmarłej przyjaciółce matki. I wiedzie szczęśliwe życie, którym potrafi się cieszyć. 

    Czyta jak zwykle książki, tym razem głównie T. Hardy „Z daleka od zgiełku”, ale też czyta Marka Twaina.  Żywi się w pobliskich restauracjach, pojawił się też u niego nieproszony gość, kobieta, znakomicie gotująca. Miał wielką ochotę dać jej delikatnie do zrozumienia, żeby w końcu wyjechała, ale gdy ona tylko coś ugotowała, to rezygnował z pomysłu wyrzucenia jej. Na koniec wakacji został zaproszony przez znajomych na pyszny kociołek z kurczakiem, kiełbaskami, ryżem, warzywami i przyprawami. Żył blisko natury, przeżywał suszę, potem gigantyczną ulewę, a jeszcze później zawalenie się wielkiego kawałka wydmy, na której usytuowana była m. in. restauracja. Spotykał się ze starymi znajomymi, ale jak zawsze był otwarty na nowe znajomości bez względu na wiek, wykształcenie czy jakiekolwiek inne cechy nowo poznanych osób. Uwielbiał patrzeć na niebo, jak powoli nadchodzi zmierzch, zresztą lubi to bez względu na to, czy są wakacje, czy nie. Doskonalił umiejętności interpersonalne, bo wszystkich dookoła ogarnęła gorączka UFO, on uważał, że to są totalne bzdury. Ale jak rozmawiać z kimś, kogo się bardzo lubi, a ten ktoś opowiada o UFO? Qwill opracował techniki takie, aby nikogo nie urazić i nie musieć angażować się  w tego typu dyskusje.

    Tajemnicza śmierć, która musi być, bo w końcu to kryminał, jest tym razem dość ciekawa, bo zaginął mężczyzna, płynący wraz z żoną łódką, ona był jakiś czas pod pokładem, a gdy wyszła męża już nie było. Qwill z kotami oczywiście ustali prawdę. Nie wszystko jest więc idylliczne, nie wiadomo, jak wdowa poradzi sobie z tragedią. A pomijając aspekt cierpienia, małżonkowie  zainwestowali w biznes w postaci restauracji. Ktoś wówczas powiedział „Praca jest najlepszym lekarstwem na smutek. Derek nazwał ją pracoholiczką. Jeśli tak jest w istocie, na pewno się pozbiera.”

   Cały ten cykl jest tak piękny, bo pokazuje życie nie tylko wtedy, gdy wszystko idzie rewelacyjnie, ale również i wówczas, gdy dzieje się źle. Autorka pokazuje jak funkcjonują ludzie, którzy nie wpadają w trwałą depresję, nie mają załamań nerwowych,  jedynie raz na jaki czas przeżywają smutek czy nawet rozpacz. Ale zawsze zwycięża radość życia. Qwill kiedyś był na samym dnie, wspaniale jest czytać, jak się podźwignął.

5/6

środa, 8 czerwca 2022

Grzegorz Dziedzic "Żadnych bogów, żadnych panów"

 

Obraz znaleziony dla: Chicago 1918. Rozmiar: 121 x 170. Źródło: www.pinterest.com

Wreszcie naprawdę dobra książka zdobyła Nagrodę Wielkiego  Kalibru. Od czasu gdy nagrodę tą zdobywał Marcin Wroński, żaden inny laureat jakoś zbyt mocno mnie nie zachwycił, delikatnie mówiąc. Ida Żmijewska ze swoim wspaniałym cyklem „Warszawianka”, była niestety tylko nominowana.

     Powieść jest szalenie oryginalna i to pod każdym względem. Wreszcie jest książka, w której nie ma żadnej sztuczności w opisie ludzkich charakterów i zachowania. Autor jest emigrantem, psychoterapeutą, a wcześniej wykonywał wiele innych zawodów i to widać. Zna życie i zna się na ludziach, ale w książce nie przeprowadza żadnych analiz charakterologicznych, są ludzkie zachowania i niekiedy krótki komentarz w jednym czy dwóch zdaniach. Przykładowo jednego z bohaterów spotkała kiedyś tragedia, pogrążył się w straszliwej rozpaczy. I jest komentarz, że w takiej sytuacji albo człowiek nadal się w tym pogrąża i wpada w obłęd, albo następuje życiowa zmiana. Albo dlaczego np. ludzie wchodzą do grup przestępczych, napadających na ludzi. Nie tylko chciwość ma tu znaczenie. Szef takiej grupy może „poczuć obezwładniający smak absolutnej władzy. Mocniejszej niż czysty spirytus, słodszej niż morfina”.  Jest wówczas poczucie wszechmocy, ale i więzi z innymi. Jeszcze inny przykład. Jedna z bohaterek miała pewne marzenia, których nie zrealizowała. Można oczywiście wygłaszać wykłady o tym, że marzenia są po to, aby je spełniać, że warto próbować. Autor napisał, że nachodziły ją myśli o zmarnowanych szansach i własnej miałkości i że marzenia porzuciła bez walki, walkowerem. Strasznie to brzmi, porzucić marzenia walkowerem. Zaraz miałam moment zastanowienia, czy aby u mnie czegoś takiego nie ma. Brzmi to strasznie, ale i mobilizująco, głównie mobilizująco.

        Usytuowanie akcji wśród Polonii w Chicago w 1918r. jest pomysłem szalenie oryginalnym. Czytając można zyskać sporą dawkę wiedzy o tym, jak ta Polonia naprawdę żyła, a autor skupia się na biedocie, która mieszkała w najgorszej dzielnicy miasta i tworzyła naprawdę groźne grupy przestępcze. Jest przełamany stereotypowy obraz polskiego biedaka, emigranta, który za Wielką Wodą harował od świtu do nocy i tylko był tylko wyzyskiwany. Na szczególną uwagę zasługuje nasz rodak, cwaniaczek, przestępca, powiązany też z szefem związków zawodowych pracowników rzeźni, który zarabia na ludzkiej krzywdzie. Ten element z jego życiorysu jest zaledwie raz, lub dwa razy wspomniany, ale nie da się go zapomnieć, przypomniało mi się nawet „Dawno temu w Ameryce”, gdzie to zagadnienie również było zasygnalizowane. Ale również i ten bohater nie jest tylko czarnym charakterem. Jest też pokazany stosunek Amerykanów do tej Polonii. Grzegorz Dziedzic wymaga od czytelnika pewnego poziomu intelektualnego i na szczęście nie pisze łopatologicznie. W wielu książkach są np. wygłaszane ustami bohaterów prostacze tłumaczenia np. w „Roztopach” Pasierskiego postacie wygłaszają sztuczne mowy i tłumaczą, co to znaczy UPA, używają zresztą pełnej nazwy, co w mowie potocznej nie ma miejsca, wyjaśniają, jakby czytali wikipedię, kim byli Łemkowie, co to była akcja Wisła itp. G. Dziedzic szczęśliwie uniknął  czegoś takiego. Książka wciąga i to mocno. Oderwanie się od wszystkiego co dookoła jest gwarantowane.

      Jest też złamany schemat co do głównego bohatera, z reguły w kryminałach policjant jest tym dobrym, nawet gdy ma wiele wad, tutaj sytuacja z Teodorem jest mocno skomplikowana i to pod każdym względem. Pozornie stwarza on wrażenie prostaka, nie ma wykształcenia, ale za to ma coś w rodzaju zmysłu psychologicznego. Potrafi obserwować, np. rozmawiając z kimś zauważa, że w określonym momencie ktoś pęka, że odwaga i hardość jest tylko pozą. Poznaje to chociażby po ulotnym grymasie na twarzy. Pod względem doświadczenia życiowego i tego zmysłu obserwacyjnego wydaje się być mądrzejszy od swojego przełożonego, rodowitego i wykształconego, majętnego Amerykanina.   

        Pozycja ta byłaby ideałem, ale opisy miejsca, gdzie żyli Polacy, były dla mnie koszmarem. Otóż w Chicago w tamtym czasie znajdowały się największe w świecie ubojnie bydła, zwierzęta w naprawdę koszmarnych, przerażających warunkach były wożone do miasta, tam w równie makabrycznych warunkach były przetrzymywane i zabijane. W dzielnicy cały czas było słychać ryk przerażonych i męczonych zwierząt, a do tego panował tam porażający smród z odchodów i resztek niewykorzystanych, martwych zwierząt. Rzeczywiście przypomina to scenerię z dantejskiego piekła. Rozumiem, że tak było, że nie można fałszować obrazu historii, ale czytanie o tym nie jest łatwe. Autor nie epatuje tymi opisami, on je sygnalizuje, czytelnik funkcjonuje więc mniej więcej tak, jak mieszkańcy opisywanej dzielnicy,  oni wiedzieli, co się dzieje , ale byli już tak przyzwyczajeni, że nie zwracali na to uwagi. I to jest główne zastrzeżenie co do całości.  Poza tym brakowało mi też wśród bohaterów kogoś normalnego, chociaż trochę wykształconego.

5,5/6

niedziela, 29 maja 2022

Agata Christie „Tajemnica Sittaford” audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła

 

    Jest to jeden z oryginalniejszych kryminałów Agaty Christie i to pomimo braku Herkulesa Poirota i panny Marple. Sceneria wydarzeń to mała angielska wioska niemal zasypana śniegiem, a całość zaczyna się od seansu spirytystycznego. Seans jest o tyle ciekawy, że kręcący się talerzyk oznajmia, iż zamordowany został mieszkaniec wioski, kapitana Trevelyan. I to wyznanie jest prawdą. Zamiast tradycyjnych detektywów pojawią się Emily, narzeczona chłopaka, który został posądzony o dokonanie tego morderstwa.  Książkę czyta  mistrz – Krzysztof Gosztyła, lepiej przeczytać się nie da. Wciąga zarówno zagadka kryminalna, jak i to, co u Christie lubię najbardziej, czyli różne psychologiczne spostrzeżenia o ludzkich charakterach, w tej powieści najciekawsze o związkach damsko – męskich i o przyjaźni.

    Emily jest inteligentna, odważna, przebojowa i zdeterminowana, aby ustalić, kto zabił i dlaczego i aby uwolnić ukochanego od niesłusznych jej zdaniem oskarżeń. Podziwiałam ją i nawet pomyślałam, że z takim charakterkiem już musiała się chyba urodzić.  A ku mojemu zaskoczeniu pod sam koniec wyznała ona, że takie wrażenie robi tylko na zewnątrz, że wewnątrz trzęsie się jak galareta i jest przerażona całą tą sytuacją. Działa zaś jak osoba z tupetem, bo nie ma innego wyjścia i nikt inny za nią tego nie zrobi. Każdy więc w pewnych okolicznościach, gdy musi, może stać się przebojowy i może świetnie dawać sobie radę nawet pod presją czasu i w ekstremalnych okolicznościach.

    Narzeczony Emily jest jej przeciwieństwem, jest słaby, nie jest w stanie ani działać, ani nawet logicznie myśleć. Do tego, co przyznaje sama Emily, jest w stanie i kłamać i oszukiwać. Wszyscy się dziwią, jak taka dziewczyna może być narzeczoną takiego człowieka. Ale spotyka ona dziennikarza, młodego, przystojnego, bardzo inteligentnego, który się w niej zakochuje. Jest on przeciwieństwem narzeczonego. I Emily staje przed koniecznością dokonania wyboru.  Motywy, jakie weźmie pod uwagę, są warte zastanowienia, przebija z tego prawdziwa mądrość. Christie miała duże doświadczenie w relacjach damsko – męskich i wiedziała, co w tym zakresie jest ważne i co zwiększa prawdopodobieństwo trwałego, udanego związku.   

       U Królowej Kryminału nigdy nic nie jest takie, jakie wydawało się na początku. W książce jest też ukazana przyjaźń pomiędzy dwoma osobami. Wydaje się być niemal doskonała, ale po bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że jest na niej sporo rys. Sytuacja  obu przyjaciół pozornie taka sama, zasadniczo się różni, jeden jest bogaty, drugi biedny, jeden zawsze wygrywał w różnych zawodach sportowych, drugi przegrywał. Czy prawdziwa przyjaźń w takiej sytuacji jest możliwa? Pod koniec czytelnik dowiaduje się, czy mimo tych różnic to jednak była prawdziwa przyjaźń, czy jednak tylko tak to wyglądało na zewnątrz.  

5/6

czwartek, 26 maja 2022

Katarzyna Wągrowska "Życie zero waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej"

 

Życie Zero Waste -  Katarzyna Wągrowska - ebook [mobi, epub] | Publio.pl

   Świetna lektura. Każdy chyba ma świadomość konieczności życia ekologicznego, w tym też  ograniczania ilości śmieci. Z praktyką jest nieco gorzej. Autorka wypowiada się na temat zero waste w każdym obszarze życia, podczas zakupów, w domu, w restauracji itp. Ta książka jest też apelem, popartym rzeczową argumentacją, o odchodzenie od konsumpcjonizmu, od kupowania i wyrzucania, o rozwagę przy zakupach. Każdy na ten temat coś wie, ale warto sobie przypomnieć, utrwalić i uzupełnić tą wiedzę. Wiedza, jaką dysponuje autorka jest naprawdę imponująca i można dowiedzieć się wielu nowych rzeczy. Po lekturze stałam się zdecydowanie bardziej wyczulona na ta problematykę i wiele wskazówek wprowadziłam w życie.

           W książce jest masa pomysłów, którymi można się zainspirować. Przykładowo autorka postuluje, aby kupując produkt, zwracać uwagę na opakowanie i aby starać się kupować produkty bez opakowania. I nie dotyczy to tylko odstępowania od sławetnych reklamówek. Przykładowo jakiś czas temu zobaczyłam koło siebie w warzywniaku bakłażany sprzedawane tak, że każdy bakłażan był opakowany w pojedynczą przezroczystą folię. Kilka sklepów dalej bakłażany sprzedawane były już normalnie. Wspomniana folia musi być wliczona do ceny, a służy tylko do tego, aby ją wyrzucić zaraz po zakupie. Inny przykład. Kupno  produktów typu płyn do prania lub podobne w większych opakowaniach też jest godne naśladowania, ze względów nie tylko ekologicznych, ale i finansowych. Albo kupowanie kosmetyków w szklanych, a nie plastikowych opakowaniach. No i generalnie idea, aby kupować tyle różnych rzeczy, ile się zużywa, a nie tyle, że zużywa się część, a część wyrzuca, szczególnie dotyczy to żywności, która permanentnie ląduje na śmietnikach. Znaczna część ubrań jest produkowana  w najbiedniejszych krajach świata, jak np. Bangladesz, przy produkcji zatrudniane są dzieci, pracownicy otrzymują symboliczną zapłatę, panuje totalny wyzysk. Można nie tylko kupować mniej, ale też można, a właściwie powinno się zwracać uwagę na kraj produkcji i odstąpić od kupowania ubrań, wytworzonych właśnie w takich krajach. Kupując je, bierzemy udział w wyzysku pracowników.    

       Dostosowanie się wszystkich porad wydaje mi się mało realne, nawet nie zamierzam próbować. Wyrabianie własnych kosmetyków i środków czystości, mimo podanych receptur, z pewnością jest bardzo czasochłonne, mam też wątpliwości co do ich jakości.  Nie biorę też pod uwagę chodzenia na zakupy z własnymi szklanymi pojemnikami i proszenia sprzedawcy, żeby odważył do tego pojemnika np. ser żółty. Ale jeśli ktoś ma więcej wolnego czasu, to nie ma przeszkód, aby próbował.  

4/6