sobota, 9 listopada 2019

Sebastian Pawlina "Wojna w kanałach" - audiobook, czyta Bartosz Głogowski

    Kanały

    Niesamowita książka. Zafascynowała mnie i nie wiem, czy będę w stanie napisać o niej tak, jak na to zasługuje. Już z samego wstępu wiadomo jest, że  nie jest ona tylko o powstaniu. Jest głównie o panicznym strachu i próbach pokonywania go, a także o postawach ludzi w sytuacjach absolutnie skrajnych, przypominających dantejskie piekło. I z tego właśnie powodu może zainteresować tych, którzy ani historią, ani tym bardziej powstaniem się nie interesują. Całość napisana jest w taki sposób, że bardzo ciężko jest się oderwać od tekstu, i co więcej, nie można potem przestać o nim myśleć. Szokujące było dla mnie i to, jak faktycznie wyglądała wędrówka po kanałach i to, jak zachowywali się ludzie, którzy się w tych kanałach znaleźli. 

    Jak się okazało, zdarzały się sytuacje, że ludzie świetnie sprawdzali się w konspiracji i w walce w powstaniu, ale kanały były ponad ich siły i fizycznie i psychiczne. Właśnie już we wstępie opisany jest przypadek 3 cichociemnych, którzy musieli poprosić przewodniczkę o zawrócenie. Ale bywało i odwrotnie, zdarzały się przypadki, że ludzie właśnie w takich ekstremalnych  sytuacjach się odnajdowali, odgadywali chociażby, według jakiego klucza Niemcy atakują, wrzucając granaty, a jeden z powstańców np. opracował koncepcję ataku na Niemców właśnie z kanałów.   

  Autor opowiada o powstaniu chronologicznie, koncentruje się jednak właśnie na tym, co działo się w kanałach. Posiłkuje się licznymi materiałami źródłowymi, rozmawiał też z powstańcami. Dla wielu z nich właśnie kanały były najbardziej dramatyczną częścią powstania. Nie było tak, jak wydawało mi się wcześniej, że w kanałach przez całe powstanie było tak samo, tzn. ciężko i można było zginąć tylko od granatu, rzuconego przez Niemców. Jak wynika z książki, do czasu ewakuacji Starówki w kanałach panował względny porządek, szło się z przewodnikiem, a zagrożenia ze strony Niemców nie było, co wynikało z tego, że po prostu nie wiedzieli oni wówczas jeszcze o wykorzystywaniu kanałów. 

   W końcowej fazie powstania, gdy trwała ewakuacja Mokotowa, kanały przypominały piekło. Ludzie umierali tam z wycieńczenia, niektórzy wariowali i np. strzelali do innych. Niektórzy popełniali samobójstwa. Niemcy zaś nie tylko wrzucali do kanałów granaty, ale wlewali benzynę i podpalali ją, wlewali różne żrące materiały, w kanałach budowali barykady, uniemożliwiające powstańcom dalszą drogę, podnosili poziom wody, aby ludzie się potopili. Do tego dochodziły trudności związane z szalenie małą przestrzenią w wielu kanałach, w niektórych trzeba było się czołgać, brakowało powietrza. Idąc można było natrafić na ludzkie zwłoki, albo na ludzi w agonii, którzy chwytali idących i chcieli ich ściągnąć na dno kanału. Dlaczego w tych samych warunkach jedni byli w stanie nawet pomagać rannym, a inni popadali w obłęd w dosłownym znaczeniu tego słowa? Wyświechtany już frazes, że psychika ludzka jest niezbadana, pozostaje chyba jedyną odpowiedzią.    

   Wykonanie audiobooka jest bez zastrzeżeń, ale zamierzam i tak kupić książkę, są w niej zdjęcia, można poza tym łatwiej wrócić do pewnych fragmentów. 
6/6

niedziela, 27 października 2019

J.R.R. Tolkien "Władca pierścieni. Bractwo pierścienia" tłumaczenie Jerzy Łoziński


    "Władca pierścieni" to jedna z moich ulubionych książek, co kilka lat do niej wracam. Czytałam ją 2 razy, słuchałam też audiobooka, zawsze było to w najsłynniejszym i uchodzącym za najlepsze tłumaczeniu Marii Skibniewskiej. Wydanie "Władcy" z 2017 r. Wydawnictwa ZYSK i S-KA od strony wizualnej jest wyjątkowe. Tom zawiera rysunki Alana Lee, który tworzył je do angielskiego wydania z okazji 100 rocznicy urodzin pisarza. On też jest autorem scenografii do słynnego filmu, do trzeciej części. Książka ma bogaty indeks: pieśni, wierszy, zaklęć; oddzielny indeks osób; kolejny miejsc, i czwarty przedmiotów, pojęć i wydarzeń. Książka ma większe gabaryty, niż standardowa, patrzenie chociażby na mapy jest dużo łatwiejsze. Wydanie zrealizowane przez Porozumienie Wydawców z 2010r., w ramach Kanonu na Koniec Wieku, którym też dysponuję, jest w porównaniu do tego zgrzebne.   

   Wszystko byłoby pięknie, ale... Tłumaczenie jest dla mnie nie do przyjęcia. J. Łoziński spolszczył szereg nazw własnych, w tym określenia osób czy nazw miejsc. Tolkien był językoznawcą, przywiązywał do nazw niesamowite znaczenie. Czytałam jego "Listy", o których pisałam tutaj. W nich również była o tym mowa. Skibniewska napisała do Tolkiena w tej sprawie i kategorycznie odpisał jej, żeby nazw własnych nie tłumaczyć. Te nazwy czy imiona powtarzają się we wszystkich książkach Tolkiena, tworzą własny świat. U Łozińskiego zaś Obieżyświat jest Łazikiem, Buckland stał się Jeleniskiem, Kurhany to Mogilne Kopce, Upiory Kurhanów to Mogilne Upiory, Strażnicy to Czatownicy itp. itd. Tłumaczenie tekstu jest spłycone tak, jakby tłumacz nie zrozumiał rangi dzieła i jego przesłania, tak jakby tłumaczył prostą bajkę dla dzieci, a nie opowieść o walce dobra ze złem, przeznaczeniu, powinności, odwadze, poświęceniu, miłosierdziu, przyjaźni, odpowiedzialności, wytrwałości, zniewoleniu, strachu, zdradzie, sile i o jeszcze wielu, wielu innych kwestiach. Książki w tym tłumaczeniu nie da się czytać. To mniej więcej tak, jakby słuchało się utworu muzycznego średniej jakości i co chwilę był jakiś straszny zgrzyt, jakby np. pękła komuś struna. W połowie tomu kontynuowałam więc już w tłumaczeniu Skibniewskiej. 
 

    Czytając powieść po raz kolejny znowu odkryłam masę nowych rzeczy. Nowych oczywiście pod względem dopiero odkrytych znaczeń i podtekstów. 
 
   Tolkien opowiada o przemijaniu i towarzyszącym temu lękom. O nadchodzeniu tzw. nowych czasów, co do których nie ma pewności, jakie będą. Teraz mówi się o zmianach klimatycznych, o ginięciu gatunków, o dewastowaniu środowiska, o tym, że coraz częściej w różnych rejonach świata w wyborach zwyciężają populiści. Niektórzy wspominają nawet i o zbliżajacym się końcu swiata. Tolkienowi towarzyszyły inne lęki, ale stan ducha był chyba podobny.
      Golum do tej pory kojarzył mi się z osobą opętaną żądzą władzy, przecież nie był w stanie wyzbyć się marzenia o ponownym zdobyciu pierścienia. I rzeczywiscie jest on taką osobą. Ale nie tylko. Na przestrzeni ostatnich kliku lat spotkałam się z osobami, które niesprawiedliwie zostały wyrzucone z pracy. Jest to paradoksalne, ale to poczucie krzywdy te osoby niszczy. Nie są w stanie, chociaż ich sprawy zawodowe jako tako się ułożyły, przestać o tym myśleć. Jedni ubolewaja nad sobą, inni żyją żądzą zemsty. Łączy ich niemożność oderwania się od tego wydarzenia, zaczynają coraz częściej chorować, nie panują już nad tym. Są na swój sposób Golumami. Do czasu ostatniej lektury "Władcy" nie przyszłoby mi do głowy takie porównanie. Ale gdy przeczytałam opisy Goluma, nasunęło się ono samo.  Golumami są też chociażby ludzie w szponach nałogów.
  
      Do tej pory myślałam, że porównania do misji i sytuacji Froda i jego przyjaciół mogą snuć ewentualnie ludzie żyjący w czasach wojny lub innych, przełomowych, gdzie istnieje chociażby zagrożenie życia. Teraz jest dla mnie oczywiste, że różne misje życiowe, większe lub mniejsze, ma każdy i to bez względu na czasy, w których żyje. I każdy może okazać się albo konformistą, albo kimś, kto podejmie wyzwanie bez względu na trudności i zagrożenia.
 
     Można być Tomem Bombadilem, zaszyć się w swoim lesie i w najmniejszym stopniu nie zwracać uwagi na to, co dzieje się dookoła. A można też zaangażować się w coś więcej i patrzeć dalej, niż na czubek własnego nosa. Tolkien wyraźnie wskazuje, że są sprawy ważniejsze, niż nawet rodzina. Sam w Zwierciadle Galadrieli zobaczył, że z jego dziaduniem dzieje się coś złego. Rozpaczał, ale uznał, że misja Froda i jego obowiązki z tym związane są ważniejsze. 
   
   Różne skojarzenia można mnożyć. Ale nie można też zapomnieć o czystej przyjemności, jaką daje ponowne zanurzenie się w świat Śródziemia. To tak, jakby kolejny raz odwiedziło się miejsce, za którym się tęskni i do którego się jeździ regularnie. 
 
powieść 6/6
tłumaczenie 2/6
 
 
 

 

 
  
   

sobota, 19 października 2019

John le Carre "Szpiegowskie dziedzictwo"

   John le Carre uchodzi za mistrza powieści szpiegowskiej i zgadzam się z tą tezą. W tym tomie powraca stara, znana chociażby z "Druciarza, krawca, żołnierza, szpiega" ekipa postaci, na czele z Georgem Smileyem. Jest oczywiście i głębia psychologiczna, z której le Carre słynie. 


     "Szpiegowskie dziedzictwo" można odczytywać na kilka sposobów. Jest to opowieść o próbie rozliczenia starej ekipy szpiegów z przeprowadzanych przez nią w czasach zimnej wojny operacji. Do rozliczania dochodzi, bo operacje te pociągnęły za sobą ofiary w ludziach. A rozliczającym jest obecna kadra wywiadowcza i angielska komisja parlamentarna. Młodzi szpiedzy się wymądrzają, szydzą wręcz z Petera Guillama, który jest tutaj narratorem. Nie znają całej prawdy o tym, co się stało, w papierach nie wszystko zostało bowiem zapisane. Całą akcję rozliczeniową zainicjowały dorosłe już dzieci ofiar, zrobiły to nie tyle z pobudek uczuciowych, co dość cynicznych, materialnych, aczkolwiek nie jest to też takie proste. U le Carre`a mało rzeczy jest jednoznacznych, motywy niemal każdego działania są skomplikowane. 

    Książka ta to jednocześnie próba zmierzenia się Petera z własną przeszłością. A jest to robione z wielką dozą szczerości i obiektywizmu na tyle sporego, na ile obiektywizm jest w ogóle możliwy przy próbie oceny samego siebie. A jeszcze głębiej patrząc to też próba oceny faktycznego dziedzictwa całego jego pokolenia, zaangażowanego w walkę wywiadów. Przypomina to podobne próby, robione przez komisarza Wallandera w "Niespokojnym człowieku" Mankella, o którym również pisałam - tutaj. Myśląc o przeszłości i Peter i George doskonale zdają sobie sprawę z tego, że posługiwali się i kłamstwem i oszustwem i z pełną świadomością tego, że ofiary prędzej czy później są nieuniknione. Mają i to przez długie lata wyrzuty sumienia. Ale z drugiej też strony nie mają cienia wątpliwości co do tego, że mimo, iż mają pobrudzone ręce, walczyli po właściwej stronie i w szczytnym celu po to, aby "Europę wyprowadzić z mroku, w którym się pogrążyła". Rozliczenia robione są już po upadku komunizmu. 

   Powieść jest gorzka, pisana z myślą o pokoleniu, które odchodzi i przez przedstawiciela tego pokolenia. Koledzy Petera są starzy i samotni, ale czy nieszczęśliwi? Trudno powiedzieć. Mają na tyle skomplikowane charaktery i są na tyle inteligentni, że może nawet sami mieliby problem z odpowiedzią na to pytanie. 

    Le Carre ma oszczędny styl pisania, nie powtarza się i dlatego dobrze jest czytać uważnie. Gdy coś czytelnikowi umknie, już tego później nie znajdzie. Nie ma wodolejstwa. Wiele zdań i spostrzeżeń to prawdziwe perełki, np. "Takiego George`a pamiętam - wszechwiedzącego o słabości innych, stoicko nieuznającego jej u siebie". Albo "George zawsze tak miał: wszystko widział z jednej i z drugiej strony." Arcyciekawa jest rozmowa Petera z Georgem z ostatnich stron książki. Oby nie była to ostatnia powieść ze Smiley`em. 
5/6

      


środa, 9 października 2019

Rhys Bowen „W złotej klatce” – tom 8 z Molly Murphy

W złotej klatce - okładka książki

    
      Na ten tom trzeba było czekać rok! Ale się opłacało. Molly Murphy jak zwykle jest niezawodna. Nowy Jork sprzed 100 lat i zagadka kryminalna gwarantują dobrą rozrywkę i dobry humor. Tak jak i tomy poprzednie, ten również czyta się błyskawicznie. Tym razem Molly zajmuje się głównie tajemniczymi zgonami wśród swoich znajomych. Lekarze wskazywali na grypę jako przyczynę zgonu, ale ona podejrzewała otrucie. O trucizny w tamtych czasach było jeszcze łatwiej, niż obecnie, arszenik był obecny np. w zielonej tapecie. Molly rozwiązuje też zagadkę zdradzającego męża, co jest bardzo zabawne. 


       Jeszcze ciekawszy jest jednak problem tytułowej złotej klatki. To symbol kobiet, nierzadko mądrych i wykształconych, pochodzących z wyższych sfer, które po zamążpójściu stawały się uzależnione od męża. To uzależnienie dotyczyło nie tylko sfery materialnej. To mężczyzna  decydował o tym,  kiedy i z kim żona może się spotykać, jak ma spędzać wolny czas. Pozornie przebojowe dziewczyny, mające odwagę, aby się wykształcić, a nawet i być sufrażystkami, po ślubie stawały się cichymi kurami domowymi. Nie tylko porzucały wszelkie ambicje zawodowe, ale przestawały się interesować chociażby kulturą, literaturą i generalne wszystkim, co nie dotyczyło prowadzenia domu.  Molly podczas spotkania towarzyskiego w gronie młodych mężatek zorientowała się, że absolwentki dobrej uczelni rozmawiały tylko o strojach, mężach, przyjęciach itp.  


      Zastanawiałam się, w jakim czasie pisać o tych zjawiskach. Wbrew wszelkim pozorom, nie jest to przecież tylko przeszłość. Nie na taką już skalę, ale obecnie wiele kobiet zachowuje się podobnie. Rhys Bowen w każdym tomie pisze w taki sposób, że poza historycznymi już opisami miasta i pewnych zwyczajów, podejmuje problemy, które tak do końca się nie zdezaktualizowały. Sama Molly właśnie zastanawia się, jak to zrobić, aby przyjąć oświadczyny ukochanego, ale nie dać się zapędzić do złotej klatki.

5/6

   


niedziela, 6 października 2019

Lee Child "61 godzin" - audiobook, czyta Krzysztof Globisz

Audiobook 61 godzin  - autor Lee Child   - czyta Krzysztof Globisz

     Pisałam już kilkakrotnie o książkach Lee Childa a Jacku Reacherze jako o świetnej rozrywce z szalenie inteligentnym, błyskotliwym i wyjątkowo sprawnym fizycznie bohaterem. "61 godzin" doskonale mieści się w tym schemacie. W tym tomie opisany jest incydent z dzieciństwa Jacka, który uświadomił wszystkim, że chłopiec jest wyjątkowy. Gdy mieszkał z rodzicami i masą innych dzieci w bazie wojskowej, dzieciom puszczano film z groźnym potworem w roli głównej. Gdy potwór wyłaniał się na ekranie, dzieci piszczały, krzyczały, odsuwały się od ekranu itp. Puszczenie filmu było eksperymentem, seans i reakcje widzów były filmowane. Na filmie z projekcji widać wyraźnie, że tylko Jack od ekranu się nie odsuwał, a co więcej zamachnął się na potwora trzymanym w ręku nożem.

     Tym razem dorosły oczywiście Reacher znalazł się w Dakocie Południowej. Temperatura wynosiła tam około minus 30 stopni Celsjusza. Gdy ktoś chciał nawet na chwilę wyjść z samochodu, nie można było zgasić silnika, wiadomo było, że nie odpali. Kiedy z kolei ktoś znalazł się na zewnątrz dłużej niż na parę minut, na twarzy tworzyły się drobne ranki z mrozu, gdy wchodziło się do omieszczenia, wyglądało to tak, jakby twarz pokryta była warstwą krwi.

   W Dakocie Reacher natrafił na nietypową sytuację, kiedy to miejscowa policja nie mając dostatecznych środków, musiała chronić starszą kobietę, kluczowego świadka w sprawie handlu narkotykami. Pani ta, emerytowana bibliotekarka, miała mocno wpojone poczucie obowiązku. Mając świadomość, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, zdecydowała się zeznawać. Twierdziła, że nie ma innego wyjścia. Bardzo ciekawa postać. W wolnych chwilach oczywiście dużo czytała.

   W porównaniu do innych tomów z tej serii, "61 godzin" nie wypada najlepiej. O ile Lee Child naprawdę potrafi zaskakiwać, o tyle w tym tomie bardzo szybko zorientowałam się, kto jest tym cynglem, który będzie chciał zabić świadka. I ku mojemu zaskoczeniu Krzysztof Globisz jest w tym przypadku fatalnym lektorem. Słychać było, że czytał tekst po raz pierwszy. Reacher prowadził szereg rozmów telefonicznych z kobietą, która była dowódcą jednostki wojskowej. Była inteligentna, konkretna, a do tego miała zmysłowy głos, który spodobał się Reacherowi. Globisz czytając jej partie, odczytywał je tak, jakby mówiła zidiociała prostytutka, wabiąca klienta lub pracownica, obsługująca sex linię. Dopiero pod koniec książki zrezygnował z tej maniery. Jestem mocno zaskoczona, bo "Paragraf 22" w jego wykonaniu to prawdziwe mistrzostwo.

4/6 

czwartek, 3 października 2019

Andrzej Chwalba, Wojciech Harpula „Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski”

Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski - Chwalba Andrzej, Harpula Wojciech 



Gdyby nauczyciele na lekcjach historii mówili o niej w taki sposób, jak zaprezentowane jest w tej książce, dzieci i młodzież już w szkole zafascynowałyby się dawnymi dziejami. Lekcje historii często wyglądają w ten sposób, że omawiany jest  przebieg bitew, warunki różnych traktatów pokojowych, przebieg wojen itp. I właściwie nie za bardzo wiadomo, jaki jest sens uczenia się czegoś takiego, jaki to ma związek z współczesnością. Wystarczy, że ktoś przeczyta „Zwrotnice dziejów” i nie będzie już miał żadnych wątpliwości, czemu nauka historii służy i nie będzie się zastanawiał, czy taka ma ona sens. A przy okazji będzie się świetnie bawił.


    Autorzy wytypowali kilka wydarzeń z naszej historii, które wywarły gigantyczny wpływ na dalsze losy państwa. Niektóre są powszechnie znane, np. sprowadzenie do Polski Krzyżaków przez Konrada Mazowieckiego, czy podział Polski na dzielnice, albo uchwalenie Konstytucji 3 Maja. Inne znane są nieco mniej, np. gdy podczas sejmu elekcyjnego w 1587r. w odstępie kilku dni wybrano dwóch różnych królów: Zygmunta Wazę i Maksymiliana Habsburga. Każdemu wydarzeniu poświęcony jest jeden rozdział, gdzie początkowo opisywane jest samo wydarzenie, jego tło, a potem są rozważania, co by się stało, gdyby np. nie było Unii między Polską a Litwą, gdyby w 1587r. koronowany został  Habsburg, gdyby w okresie reformacji rządzący w Polsce zmienił wyznanie itp. W czasie dywagacji, „co mogłoby się stać, gdyby” zachowany jest pewien realizm, są odwołania do tego, co np. działo się w innych krajach, chociażby w trakcie rozbicia dzielnicowego, kiedy to większość państw europejskich też była podzielona, ale nie dotyczyło to jednak wszystkich. Nawet w przypadku wydarzeń powszechnie znanych autorzy potrafią ukazać je od takiej strony, że budzą zainteresowanie. 


      W trakcie lektury widać wyraźnie, jak szalenie, przez setki lat mszczą się nietrafne decyzje, podjęte nierozważnie, w pośpiechu, albo z powodu głupoty, niewiedzy, pychy czy krótkowzroczności. Setki lat ciągną się efekty myślenia stereotypowego, zamkniętego na jakiekolwiek nowości. Najgorsza w tym wszystkim jest chyba głupota. 
     Przykładowo Konrad Mazowiecki  sprowadził Krzyżaków licząc m. in. na to, że staną się buforem między Mazowszem a Prusakami czy Litwinami, którzy na to Mazowsze napadali. Nie zdawał sobie sprawy z tego, czym były wówczas Zakony Rycerskie, jak światli byli to ludzie, jakie posiadali umiejętności. Nie rozumiał, że za zakonnikami stoi doświadczenie wypraw krzyżowych. Nie rozumiał co tak naprawdę oznacza to, że za zakonnikami stoi sam papież. Myślał, że jest bardzo cwany, że Krzyżaków wykorzysta, że wrobi ich we wspominane walki. A dla nich był zapewne tylko prowincjonalnym głupkiem i od samego początku widzieli, kto tutaj kogo przechytrzy. Nie ma sensu przypominać, co działo się potem. Po jakimś czasie dzięki Krzyżakom postały Prusy. Gdy Zygmunt Stary miał szansę je dobić, wolał przyjąć hołd.  A gdy się popatrzy na granice II RP na północnym wschodzie widać wyraźnie, kto z nami sąsiadował i jakie ziemie zajmował. Skutki pomysłu Konrada Mazowieckiego trwały co najmniej do zakończenia II wojny. 


      Z kolei działającym w dobrej wierze reformatorom doby oświecenia brakło chociażby minimum pragmatyzmu i sprytu w stylu przysłowiowego lisa. Nie byli w stanie sobie wyobrazić, że Rosja traktując nasz kraj i w teorii i w praktyce jako swojego wasala, nie będzie mogła przyglądać się bezczynnie zakrojonym na szeroką skalę reformom ustrojowym. Patrząc z pogardą na przeciwników reform nie wpadli na pomysł, że może jednak lepiej byłoby zacząć z nimi rozmawiać, chociażby po to, aby wiedzieć, czego najbardziej nie będą w stanie zaakceptować. Gdyby reformy wprowadzane były małymi kroczkami, szanse na to, że się podźwigniemy i nie dojdzie do drugiego i trzeciego rozbioru, byłyby znacznie większe. Tezę tą prezentuje też Paweł Jasienica w „Rzeczpospolitej Obojga Narodów” i Stanisław Mackiewicz Cat w „Stanisławie Auguście”. Gdyby nie doszło do drugiego i trzeciego rozbioru przed śmiercią Katarzyny w 1796r., szanse na przetrwanie byłyby już niemal pewne. Jej syn Paweł robił wszystko inaczej, niż matka. A potem, gdy pojawił się już Napoleon, nikt nie zaprzątałby sobie głowy Polską.  


    Fobia antyniemiecka, jako jeden z kilku czynników, doprowadziła do tego, że Habsburg nie został królem. A czy na pewno byłoby to takie złe dla nas? Gdy się przyjrzy wielu krajom  pod rządami Habsburgów, wygląda na to, że raczej wyszło im to na dobre. Albo czy stałoby się coś strasznego, gdybyśmy jednak zmienili co nieco w kwestiach religijnych w dobie reformacji? Autor sugeruje, że wystarczyłoby zerwanie z Rzymem i już samo to mogłoby mieć daleko idące skutki. Nie byłoby nuncjusza papieskiego i nie miałby kto popychać nas w kierunku wojen z innowiercami. A gdyby król był innowiercą, to w późniejszym czasie nie byłoby fanatyzmu religijnego na tak wielką skalę.   

     Najbardziej fascynujące jest to, że książka budzi emocje, z pewnym alternatywnym przebiegiem zdarzeń można się zgodzić, z innym nie. Jedyna rzecz, jaką autorzy mogli nieco inaczej przedstawić, to opisy wydarzeń, które były punktem wyjścia dla dalszych rozważań. O ile dywagacje na temat alternatywnych losów państwa są arcyciekawe, to poprzedzające je wprowadzenia już niekoniecznie, są zbyt szczegółowe. Gdyby autorzy skrótowo przedstawili pewne sytuacje, np. wybór dwóch królów podczas elekcji i skupiliby się właśni na losach alternatywnych, czytałoby się jeszcze lepiej.

6/6


wtorek, 24 września 2019

Kostas Hatziantoniou „Agrigento”


„Agrigento” to porywająca powieść nie tylko o Sycylii. Fascynujące jest w niej to, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość  niejako się przenikają. Nie dzieje się to w żaden magiczny sposób. Wystarczy, że główny bohater, Anchite, lekarz w starszym wieku, pasjonuje się historią, delektuje się pięknem krajobrazu czy starożytnych ruin, czyta dzieła, które powstały wieki temu. I co więcej, wciela w życie myśli starożytnych filozofów  o świecie, ludziach, upływającym czasie itp. Mieszka on na południu Sycylii w Agrigento, starożytnym Akragas. A książka jest nie tylko o Sycylii, bo każdy przecież może, tak jak i ten lekarz żyć, czerpiąc z tego dziedzictwa, które zostawili nam przodkowie, którzy mieszkali tam, gdzie my. „Agrigento” inspiruje czytelnika do tego, aby zaczął fascynować się historią miejsc, w których żyje. Europejska Nagroda Literacka z 2011r. jest bez cienia wątpliwości zasłużona.

   Czytając śledzi się losy lekarza, jego córki, ukrywającego się przestępcy, Greka, który podjął próbę odnalezienia dawnej miłości i in. Reprezentują oni różne punkty widzenia i różne warstwy społeczne. Żona lekarza pochodziła z arystokratycznego rodu, uciekinier raczej z nizin, Grek zajmował się biznesem. Żadna z tych osób nie jest obojętna na urok Sycylii. Córka lekarza po powrocie na wyspę żałowała, że przez wiele lat był niezdolna do czerpania inspiracji z doliny, którą tak kochała. Patrząc na współczesnych ludzi, bohaterowie mogą dopatrywać się w nich rysów starożytnych przodków. Przykładowo jeden z nich widząc starszą kobietę o siwych, niefarbowanych włosach, zauważył, że „mocą spokoju swojej dojrzałej urody…przywoływała obrazy mitycznych dni.”

     A porównanie różnych refleksji bohaterów książki i cytowanych myśli starożytnego filozofa Empedoklesa, wskazuje na to, że różnice nie są znaczne. Empedokles mówił: „Strzeżcie się nikczemności. Bowiem wzburzeni wielką nikczemnością, nigdy nie uwolnicie serca od smutnego cierpienia.” Współczesny Ruggero mówił językiem mniej wyszukanym, zapis jego myśli brzmi nawet nieco grafomańsko. Ale jego spostrzeżenia też są godne uwagi , np. „Szczęśliwy jest ten, co żyje w zgodzie ze sobą, z własnym charakterem, i doświadcza smutków i trosk, a nie od nich ucieka”.   

     Akcja powieści jest nieśpieszna. Jak na mój gust wprowadzenie do fabuły fragmentów dzieła, pisanego przez lekarza Anchite, nie było konieczne. Lekarz pisał historię Sycylii. Ta jego historia przypomina niestety jednak fragmenty szkolnego podręcznika. Można oczywiście kartki z tą historią opuścić, z racji tego jednak, że czytam zawsze całość, bez szatkowania jej na kawałki, trochę się przy tej historii męczyłam. Irytowały mnie też i zaskakiwały fragmenty o mafii. Gdyby ktoś nie wiedział, co to pojęcie znaczy, po lekturze mógłby pomyśleć, że to mieszanka  prywatnej policji, organizacji dobroczynnej, prawych kowbojów z westernów. Szokujące są informacje o związkach mafii z arystokracją.

   Jeżeli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o Sycylii, może sięgnąć po wspominane w „Agrigento” książki, przyjrzeć się również wymienionym  tam dziełom sztuki, obejrzeć wymieniane filmy. Aż dziwne, że autorem książki nie jest Włoch, tylko Grek.

5/6




sobota, 21 września 2019

Vincent. V. Severski "Odwet" - audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła

Audiobook Odwet  - autor Vincent V. Severski   - czyta Krzysztof Gosztyła

    Książki Severskiego były dla mnie zawsze gwarancją lektury, która wciąga i przy której można zapomnieć o otaczającym świecie. "Odwet" jest jednak pierwszą, która mnie już nieco nużyła. Jest wtórna w porównaniu do wszystkich tomów poprzednich. Jest to druga część drugiego cyklu Severskiego, ale można po nią sięgnąć bez względu na to, czy ktoś czytał tom poprzedni.
      We wcześniejszych tomach były podjęte różne, nieznane lub mało znane tematy, np. nielegałowie. Zakończenie, gdzie jest totalne przysłowiowe trzęsienie ziemi może zaskoczyć tylko raz. Po kolejnym razie wydaje się absurdalne, przewidywalne i męczące. Irytują też czarno - biali bohaterowie. Oficerowie naszego wywiadu, tzn. główni bohaterowie, są w stylu Jamesa Bonda, pozostali są źli i często głupi. We wcześniejszych tomach były też postacie w różnych odcieniach szarości, np. oficer rosyjskiego wywiadu Michaił. Żaden z wątków powieści mnie nie wciągnął.
    W Algierze oraz w Baku doszło w zbliżonym czasie do śmierci agentów polskiego wywiadu. Temu w Algierze podcięto gardło, a ten z Baku został zamordowany w domu, zrobiono to tak, iż wszystko wskazywało na zawał serca. Wydarzenia oczywiście się łączą, a na miejsce przybywają nasi Bondowie. W Warszawie z kolei oficerowie dostają zadanie napisania raportu o polityku, który wygrywa w sondażach i może zmienić układ sceny politycznej. Inwigilują go, mając jednocześnie świadomość, że są wykorzystywani do politycznej gierki w nadchodzących wyborach.
     Najciekawsze wątki zostały zaledwie zasygnalizowane. Jeden z bohaterów to chociażby oficer rosyjskiego wywiadu, szef komórki ds. Polski, zajmującej się dezinformacją i manipulacją. Inny to również pracujący w wywiadzie rosyjskim dziennikarz. Gdyby autor rozwinął te wątki w kolejnych częściach, mogłoby być ciekawie. Po lekturze "Odwetu" można jedynie domyślać się, na czym konkretnie polega praca twórcza pierwszego z nich. Pokazane jest jedynie, jak zbiera informacje o zabitym oficerze, ale nie wiadomo, czy i jak, oraz z jakim skutkiem je wykorzysta. Pamiętając, z jaką determinacją zbierał dane, ile środków finansowych wydatkował, a także mając świadomość, że jest to człowiek inteligentny, można się domyślić, że potrafi te informacje wykorzystać skutecznie. 
     A co do samego audiobooka, to gdy pada nazwisko K. Gosztyły jako czytającego, dodatkowy komentarz jest zbędny. Zawsze jest to mistrzostwo.

4/6


środa, 18 września 2019

Agata Christie "Przyjdź i zgiń"


    


    Żadne chyba spotkanie z twórczością Agaty Christie nie może być nieudane. W każdej jej powieści zbrodnia zostaje wykryta dzięki intelektowi i umiejętności myślenia osoby, prowadzącej śledztwo. Obecnie ludzie są szalenie zajęci, cały czas w ruchu, wiecznie coś robią, człowiek, który nie jest nadmiernie skoncentrowany na sobie, siedzący i tylko myślący, jest rzadkością. Podobnie jest i z dziećmi, mają praktycznie wszystko, co chcą, ale wątpię czy są przez to mądrzejsze. W tym tomie przedstawione jest szalenie bystre dziecko, które ma wysoki intelekt najprawdopodobniej dzięki m. in. temu, że mogło jakiś czas spędzać czas samo ze sobą i mogło myśleć. Myślący człowiek u Królowej Kryminału jest w stanie dokonać niemal wszystkiego. W książce tej, podobnie zresztą jak i w innych, nie ma drastycznych scen z przemocą, jest nostalgiczny nieco klimat retro, jest sporo humoru, a całosć wciąga.   

    Młoda stenotypistka, Sheila została skierowana przez agencję, w której był zatrudniona, do domu niewidomej kobiety. Gdy znalzała się już pod wskazanym adresem, nie zastała pani domu, w salonie zaś zobaczyła marwego mężczyznę. W salonie było też kilka zegarów, jak się okazało, nienależących do właścicielki domu. Kim był zabity, ustalono dopiero po jakimś czasie. Właścicielka go nie znała, a ani ona, ani nikt z sąsiadów nie był w stanie nic powiedzieć ani na temat zmarłego, ani o zbrodni. Śledztwo w tym przypadku prowadził inspektor poolicji Hardcastle, a pomagał mu jego znajomy, zatrudniony w bliżej nieokreślonych angielskich tajnych słyżbach, Colin Lamb. Colin z kolei znał samego Herkulesa Poirot. Detektywa, który zasłynął głównie z tego, że myślał, analizował, wyciągał wnioski. 

   W tym tomie jest dosyć ciekawy motyw mężczyzny, zauroczonego młodą kobietą, która była co najmniej kłamczuchą, a jej uczciwość też stała pod sporym znakiem zapytania. Rozsądek chłopaka, jak również życzliwy mu przyjaciel, podpowiadał mu, że najlepiej byloby dać sobie spokój. On jednak wbrew temu zdrowemu rozsadkowi, ale zgodnie z instynktem, przeczuciem, czy po prostu swoim wewnętrznym pragnieniem, dążył jednak do pogłębienia znajomości. Czyżby bogate doświadczenie życiowe i mądrość Agaty wskazywało własnie na to, że to jest jednak najlepsza droga do szczęścia?      

    Tytułu tego mimo niewątpliwych walorów nie zaliczyłabym jednak do najlepszych u Agaty. Początkujacym w jej twórczości osobom radziałabym sięgnąć po inne powieści, np. "Niedziela na wsi", czy "Pora przypływu". Książka powstała w bradzo późnym okresie twórczości i widać wyraźnie powielające się już wcześniej motywy. Trup nieznanej osoby w cudzym domu był już w "Nocy w bibliotece". Zegary były w "Tajemnicy siedmiu zegrów". Mało jest Herkulesa, a pojawia się bardzo późno, dopiero w połowie ksiażki. Charaktery bohaterów są zaledwie zarysowane, poszczególne postacie, które mogły być potencjalnymi sprawcami, występują jedynie incydentalnie. Wątki tajnych służb są wrzucone nie wiadomo po co. Generalnie to te książki Agaty, w których pojawia się motyw tajnych slużb, sa słabsze od pozostałych. 

   Z pewnością jednak po powieść można sięgnąć.  
4/6

poniedziałek, 16 września 2019

Andrea Camilleri "Sierpniowy żar" - cykl z komisarzem Montalbano, tom 10, audiobook, czyta Dariusz Kowalski

Audiobook Sierpniowy żar  - autor Andrea Camilleri   - czyta Dariusz Kowalski

   Sceneria tego tomu jest dość upiorna, przynajmniej dla mnie, bo ów tytułowy sierpniowy  żar, to żar, którego nie są w stanie znieść nawet rodowici Sycylijczycy. W tej piekielnej scenerii pojawia się jednak nieoczekiwanie wątek zjawisk paranormalnych. Otóż w domu, przeznaczonym na wynajem dla turystów, nasz komisarz znalazł zwłoki młodej dziewczyny. Stało się to w ten sposób, że przybyła do niego na letni urlop jego narzeczona, czy może raczej partnerka na odległość, Livia, wraz z przyjaciółmi, tj. małżeństwem z dzieckiem.  Tożsamość ofiary udało się dość szybko zidentyfikować. Montalbano musiał spotkać się z siostrą bliźniaczką zamordowanej dziewczyny, Adrianą, studentką wyjątkowej urody. Adriana opowiedziała mu, że miały z siostrą tak silną więź, że każda wyczuwała na odległość emocje drugiej z danej chwili, o ile tylko były to emocje bardzo silne.

   Montalbano jak zwykle delektuje się życiem, pływa w morzu, jada wspaniałe posiłki, przyrządzone przez gospodynię, z racji przyjazdu Livii z przyjaciółmi, udziela się towarzysko. W tym tomie ma 54 lata i tego wieku również nie przyjmuje do wiadomości. Camilleri opisał tutaj schemat, według którego odpowiedzialny, uczciwy, w mocno dojrzałym wieku mężczyzna, kochający na swój sposób partnerkę,  jest w stanie zauroczyć się obcą dziewczyną, która mogłaby być jego córką. Montalbano po poznaniu Adriany zaczął zachowywać się zupełnie nieracjonalnie, tak jak nie on, podobnie do natury, która w tytułowym sierpniu jest nie do wytrzymania. Uwierzył, że jest tak świetny, przystojny, mądry itp. i że faktycznie spodobał się tak młodej dziewczynie. Jaki był epilog tego spotkania, każdy może się przekonać. Przebieg tego zauroczenia, tej jakby gorączki, która opanowała komisarza, jest szalenie sugestywny i odnoszę wrażenie, że opis takiego zachowania, w tym motywów mężczyzny, jest ponadczasowy. 

    W tle oczywiście jest Sycylia. Jeżeli ktoś z czytelników uważa, że polscy urzędnicy nie pracują najlepiej, może przekonać się, że w porównaniu z tym, jak to wygląda we Włoszech, u nas jest świetnie. Przykładowo Niemiec, budujący dom na Sycylii, miał zgodnie z pozwoleniem prawo do budowy domu piętrowego. Wybudował dom z dwoma piętrami i aby ukryć samowolę budowlaną, jedną, najniższą kondygnację przysypał piaskiem. Całość miała stać do czasu, kiedy zgodnie z przepisami, samowola zostanie już w majestacie prawa zalegalizowana. Nie wiedział biedaczek, że na Sycylii nikt nie przejmuje się samowolami budowlanymi, nikt ich nie ukrywa i nikt nikomu nigdy nie każe niczego wyburzać. Wymiar sprawiedliwości z kolei jest tak skorumpowany, że nawet Montalbano ma świadomość, że majętny przestępca, mający znajomości, bez względu na to, jak straszną zbrodnię popełni, nie poniesie ostatecznie żadnej odpowiedzialności. 
 
4/6
  
    

niedziela, 1 września 2019

Marcin Meller "Nietoperz i suszone cytryny"

 
  
Okładka książki Nietoperz i suszone cytryny
                                                                           
       
   
    Wyśmienita lektura. Gdy już się wciągnęłam, nie mogłam się oderwać. Jest to zbiór felietonów na niemal każdy temat. Są i poważne i lekkie, o książkach, muzyce, filmach, serialach, polityce, historii, o podróżach, o znajomych itp. Są i o współpracy z Polityką, Newsweekiem, Playboyem. Jedne są lekkie, inne wymagają pewnego zastanowienia. Całość napisana jest z poczuciem humoru. Najlepiej jest czytać je jeden po drugim, bez odkładania książki, narracja wówczas mocno wciąga. Po pozycję tą może sięgnąć i czytelnik młody i ten, który jest w starszym wieku.
    Poglądy polityczne autora są jasne, ale nie widać nigdzie zacietrzewienia, w swych poglądach nie jest też monolitem. Jeśli ktoś z prawej strony sceny politycznej nie jest fanatykiem, również może zabrać się do czytania. Meller nie uważa, że jedna strona sceny politycznej jest ideałem. Wie, że w jego poglądach "nie ma konsekwencji i spójności" i że "może i jest to symetrystyczne". I odpowiada tym, którzy czynią mu z tego zarzut: "Od prostych grepsów jesteście wy".

    Zastanawiałam się nad tym, w czym tkwi klucz do tego, że ta książka jest tak wyśmienita. W szczerości autora, to się wyczuwa. W niektórych tekstach ukazany jest w niekoniecznie idealnym świetle. W różnorodności jego zainteresowań też, opisuje np. filmy poważne, ale i rozrywkowe. Ale spore znaczenie ma też jego podejście do życia. Jest po prostu zadowolony z życia. Lubi to, co robi i to nie tylko pod względem zawodowym. Lubi pisać, oglądać filmy, czytać, jeść, spotykać się z przyjaciółmi, znalazł swoje miejsce na ziemii, w sensie dosłownym i przenośnym. Do problemów podchodzi z dystansem, do znajomych z dużą dozą wyrozumiałości.

6/6