Nieprzypadkowo
sięgnęłam zaraz po audiobooku Jarosława Abramowa – Newerly „Lwy mojego podwórka”
, o którym pisałam tutaj, po właśnie „Imperium słońca” Ballarda. Chociaż w obu
przypadkach są to książki, opisujące wojnę z perspektywy dziecka, to do „Imperium
słońca” jakoś się nie przekonałam. Polski pisarz opisuje wydarzenia takimi,
jakimi je zapamiętał, a więc wojnę spędzoną głównie przy boku matki. Jest narratorem
powieści, pisząc bezpośrednio - ja zrobiłem to lub tamo. I w jego opowieści nie
wyczułam żadnego fałszu. Z Ballardem jest inaczej. II wojna zastała go wraz z
rodzicami w Szanghaju, wszyscy razem przeżyli ją w obozie dla ludności cywilnej
Lunghua. „Imperium słońca” nie są jednak tylko wspomnieniami, autor zastosował
dziwaczy manewr i dla potrzeb powieści opisał dzieje Jima – alter ego autora,
który został od rodziców rozdzielony. Czyli więc są to częściowo wspomnienia, częściowo
zaś zmyślenia, bo trudno powiedzieć, czy pewne sytuacje faktycznie mogły się
chłopcu przydarzyć. Już z tego tylko
powodu ta opowieść kojarzy mi się z nutą fałszu. Czy możliwe jest, aby żołnierze
japońscy przez kilka dni żywili samotnego, białego chłopczyka w publicznych
miejscach? Może i tak, ale wątpię. Wolę, gdy coś jest czystą beletrystyką, lub
wspomnieniami, biografią, reportażem. Nastawiona do książki byłam więc już z
góry niechętnie.
sobota, 4 listopada 2017
sobota, 28 października 2017
Michał Bułhakow „Mistrz i Małgorzata” w tłumaczeniu Leokadii Przebindy, Grzegorza Przebindy i Igora Przebindy
Tłumaczenie Leokadii Przebindy, Grzegorza
Przebindy i Igora Przebindy jest trzecim z kolei. Jako pierwszy powieść przetłumaczyli
Witold Dąbrowski i Irena Lewandowska, drugie tłumaczenie było Andrzeja Drawicza.
Jest jeszcze czwarte z 2017r. Jana Cichockiego. Oprócz tego ostatniego czytałam
wszystkie, a Drawicza ze 3 lub i 4 razy. Aby zauroczyć się tą powieścią,
wystarczy wziąć dowolne tłumaczenie do ręki i z całą pewnością wystarczy. Bez
żadnego problemu rozumie się przesłanie książki. Ale fascynując się nią, można
porównywać poszczególne przekłady i doskonale się przy tym bawić. Nie jestem
językoznawcą ani polonistą czy rusycystą, nie porównywałam przetłumaczonego
tekstu do oryginału, ale muszę przyznać, że jeżeli ktoś zna powieść, czytał ją
parę razy, wyczuje różnice w tłumaczeniu.
sobota, 21 października 2017
Andrew Wilson „Królowa zbrodni”
„Królowa zbrodni” to interesujący, zbeletryzowany,
wycinek biografii Agaty Christie, obejmujący okres jej tajemniczego zaginięcia,
trwającego 11 dni w grudniu 1926r. Nawet mimo formy beletrystycznej biografia
nie typowa, bo z jednej strony oparta jest na faktach, zaś z drugiej natomiast
autor pokusił się o własną wersję tych wydarzeń w tym zakresie, gdzie są pewne
niejasności i gdzie niczego w 100%
ustalić się już nie da. Z różnych
dialogów czy momentów wspomnień czytelnik, nawet ten, który nic o pisarce nie
wie, jest w stanie doskonale się zorientować o tym, jak wyglądało jej życie
przed zaginięciem. Fakty i domysły można również bez problemu odróżnić, bo
niemal do chwili zaginięcia mamy do czynienia wyłącznie z faktami. Od chwili
zaś spotkania nieznajomego mężczyzny na peronie metra zaczyna się sfera
domysłów, a obejmuje ona właśnie tegoż nieznajomego i prawie wszystkiego, co się z nim łączy, oraz
spotkaną przypadkowo przez Christie parę młodych ludzi. W powieści mowa jest też o twórczości
pisarki. Całość napisana jest niezwykle
lekko, oderwać się od książki jest ciężko. A lektura może być świetną zabawą
nie tylko dla znawców twórczości czy życia Christie.
wtorek, 17 października 2017
Jarosław Abramow – Newerly „Lwy z mojego podwórka” – audiobook, czyta Zbigniew Zapasiewicz
Podobnie jak i „Zostało z uczty bogów”
Igora Newerly, audiobook jest mocno okrojony w porównaniu do tekstu
pierwotnego. W wykonaniu Zapasiewicza trwa 3 godziny 43 minuty, a wydany przez
inne wydawnictwo, gdzie czyta Jacek Kiss trwa 19 godzin 55 minut. Pierwsza
seria audiobooków, wydana przez Agorę kilka lat temu zawiera właśnie wersje
niepełne. Pisałam już przy okazji „Zostało z uczty bogów”, że wydawanie tak
okrojonych audiobooków to totalne nieporozumienie. W tym przypadku z racji
tego, że książka jest autobiografią czasów dzieciństwa z okresu do 1946 roku
wyraźnie odczuwa się, że narracja się rwie i że są luki w wydarzeniach.
Przykładowo zaraz po opisie upadku powstania warszawskiego i obozu w Pruszkowie
następuje sekwencja wydarzeń, związanych z opuszczeniem Pruszkowa,
zamieszkaniem u biednego rolnika i powrotem do Warszawy. Nie byłoby w tym nic
dziwnego, gdyby nie fakt, że niepostrzeżenie dla czytelnika wojna się
zakończyła, zastanawiałam się , słuchając, jak możliwe było określone
zachowania, że jak Niemcy mogli coś tolerować, tymczasem już rzeczywiście było
po wojnie.
poniedziałek, 9 października 2017
Paweł Jasienica „Polska Piastów” – audiobook, czyta Zbigniew Wróbel
Ta rewelacyjna książka jest historią
epoki Piastów, opowiedzianą z dużą, nieukrywaną dozą subiektywizmu. Z reguły w
historycznych opracowaniach naukowych subiektywizm jest czymś , czego powinno
się unikać. Książka Jasienicy nie jest, na szczęście , opracowaniem
historycznym. A przez to, że autor stale ocenia róże piastowskie decyzje, nie
ma żadnych problemów z jej odbiorem. Słucha się rewelacyjnie. Jest to doskonała
lektura i dla miłośników historii i dla tych, którzy się nią specjalnie nie
interesują. Szczególnie polecałabym ją tym, którzy za historią nie przepadają i
nie za bardzo pojmują, po co w ogóle w szkole uczy się historii, przecież dawne
wojny niby to nie mają żadnego znaczenia dla obecnych dziejów. Sposób napisania
tej pozycji udowadnia tezę wręcz przeciwną, że gdyby ludzie mądrze uczyli się
historii, mniej byłoby nietrafnych decyzji politycznych.
Sposób
napisania wygląda tak, że autor omawia określone wydarzenia, potem te
ważniejsze komentuje i stara się przekonać czytelnika, dlaczego określone
posunięcia polityczne uważa za dobre, inne za złe. Co znamienne, ma stale na
względzie ogólne tło, czyli decyzje władców ocenia z uwzględnieniem uwarunkowań zewnętrznych, akcentuje, jaka w
danym momencie była sytuacja międzynarodowa, czy sprzyjająca, czy nie. Inaczej
patrzy się na określoną politykę wewnętrzną, gdy ma się świadomość, że na
zachodzie powstaje Marchia Brandenburska, od południa zagrażają Tatarzy, od
wschodu Litwini, a od północnego wschodu Krzyżacy.
Autor
zrywa też z pewnymi, utartymi już stereotypami. Przykładowo staje w obronie
Mieszka II, uchodzącego za nieudacznika, porównywanego permanentnie i to na
niekorzyść, z ojcem Bolesławem Chrobrym. Uświadamia, jak wyglądała sytuacja
zagraniczna i jak wiele w tym zakresie się zmieniło w krótkim czasie. I finalnie stwierdza, że biorąc całokształt
pod uwagę, wcale nie było to najgorszy władca. Podobnie jest i z Litwinami,
których przywykliśmy już uważać za jagiellońskich sojuszników . Za Piastów
następował stopniowy wzrost znaczenia Litwy i Litwa od czasów Mendoga zaczynała
stanowić dla nas coraz większe, realne zagrożenie, które wyrażało się nie tylko
w wojnie podjazdowej. Mówiąc Piastach
trzeba pamiętać o Litwie jako wrogu Polski.
Wielokrotnie autor wyszczególnia, jakimi
cechami odznaczała się polityka władców wielkich, za których uważał właśnie
Chrobrego, Łokietka i Kazimierza Wielkiego, tego ostatniego już szczególnie.
Nie zamierzam tutaj streszczać całego wywodu, zainteresowani mogą sięgnąć po tą
pozycję, zasygnalizuję tylko i to wybiórczo parę kwestii. Kazimierz Wielki za
priorytet uznał odbudowę państwa po rozbiciu dzielnicowym. Chciał odzyskać
utracone wówczas ziemie, ale był realistą
i zdawał sobie sprawę z tego, że ze słabym jeszcze wojskiem wiele się nie
zwojuje. Jako pragmatyk podpisał w 1343r. mało korzystny pokój kaliski z
Krzyżakami, na mocy którego zrzekł się m. in. Pomorza Gdańskiego. Uznał, że w
tym czasie Zakon był potęgą i wojna z nim była niemożliwa do wygrania, a
więc wojnę musi odwlec w czasie jak
najdłużej się da. Ładowanie pieniędzy w wojnę, stratę ludzi uznał za niemożliwe
do przyjęcia. Zaoszczędzone na wojnie pieniądze inwestował m. in. w budowę zamków warownych , wiedział
przecież, że wojna z tym czy innym wrogiem prędzej czy później wybuchnie.
Inwestował też w naukę, zafundował słynny Uniwersytet, nazwany później
Jagiellońskim. Ciekawe, co sądziłby o decyzji z 1939r., aby nie oddawać Niemcom
Wolnego Miasta Gdańska i nie godzić się na eksterytorialną autostradę , i aby w
konsekwencji bić się „o honor” i stracić 6 mln. ludzi…
Kazimierz Wielki szukał też
sprzymierzeńców i to wśród europejskich potęg, skłócanie się pod byle
pretekstem z sąsiadami nie wchodziło w rachubę, nie szukał też sojuszników w
państwach, pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia. Postawił m. in. na dobre kontakty z papieżem
, co uzyskał płacąc regularnie świętopietrze, o czym inni władcy w tym czasie
regularnie zapominali. Było to więc pewną formą przekupstwa, ale skuteczną,
liczył się cel. Gdy już papieża
przekupił , to zabiegał przy pomocy dyplomatów o jego oficjalne, przychylne
stanowisko dla rozstrzygnięć, dotyczących przynależności terytorialnej do naszego państwa określonych ziem. Papież
wiedział, że przyznając rację Polsce będzie
miał większe zyski ze świętopietrza.
Przykłady różnych ciekawych rozważań można
mnożyć. Lektor niczego nie psuje, nie popisuje się, czyta w spokojnym tempie.
6/6
piątek, 6 października 2017
John le Carre „Zdrajca w naszym typie”
Mistrz
powieści szpiegowsko – psychologicznej tym razem opowiedział historię ze służbami specjalnymi w roli
głównej i procederem prania brudnych pieniędzy w tle. Zaczęło się od tego, że para Anglików w wieku
około 30 lat: Gail i Perry wyjechała na urlop na Karaiby. Spotkali tam szalenie
bogatego, bezwzględnego Rosjanina, który dorobił się majątku na różnych
przestępstwach, szczególnie właśnie na praniu brudnych pieniędzy. Dima czując
się mocno zagrożony ze strony swoich kolegów po fachu, złożył Anglikowi ofertę,
aby przekazał on właściwym służbom, że na określonych warunkach chce on podjąć
z nimi współpracę.
Le Carre opisuje działania wywiadu
od środka, bez bondowskich fajerwerków, skupia się na mrówczej pracy, niekiedy
zza biurka, potem w terenie. Co dla niego charakterystyczne, stawia na
psychologię, widzimy różne postacie w trakcie codziennych zajęć, narrator koncentruje
się na ich systemie wartości, motywach, dylematach, ambicjach, wcześniejszych sukcesach
czy porażkach.
Początkowo przez większość książki dynamika
akcji jest niewielka, ale sytuacja bohaterów się zmienia, wydarzenia nabierają
tempa. Centrala ma problem z podjęciem decyzji, co zrobić z ofertą Rosjanina.
Wokół niego zaś zaczyna robić się coraz niebezpieczniej, zagrożony jest
oczywiście nie tylko on, ale i cała jego rodzina. Zagrożenie zaś stanowią nie
tylko zwykli bandyci, ale i tzw. „białe kołnierzyki”, ludzie wykształceni,
ustosunkowani, na wysokich stanowiskach, którzy również czerpią zyski z pralni
pieniędzy. I trudno spodziewać się z ich strony bierności, gdy ktoś zechce
zlikwidować źródła ich dochodu. Z biegiem wydarzeń można zobaczyć naszych
bohaterów w sytuacjach naprawdę nietypowych, sytuacjach wielkiego zagrożenia.
Obraz służb, jaki wyłania się z kart
powieści daleki jest od idealizmu, najlepiej zwykłemu człowiekowi byłoby
trzymać się od nich jak najdalej. Jednostki traktowane są wyłącznie
przedmiotowo.
Gdyby jednak nie te jednostki (niektóre
oczywiście) w machinie służb specjalnych
, wydźwięk książki byłby skrajnie pesymistyczny. Ale główni bohaterowie suma summarum są taką
iskierką nadziei w oceanie konformizmu, tchórzostwa i wyrachowania. Nie są
idealni i nie są idealistami, nie
wszystkie decyzje , podejmowane przez nich, lub w pewien sposób na nich
wymuszone, były etyczne, wszyscy mają sumieniu różne grzeszki, większe i
mniejsze i zawiedli zaufanie niejednej osoby. Ale też nie są oni wyłącznie cynikami
i nie jest im łatwo żyć z pełną świadomością własnego unurzania w różne brudy i
przy jednoczesnym zrozumieniu złożoności całej tej sytuacji. Płacą za to i to
słono, chociażby samotnością. Motywy ich działania początkowo wydają się być wypadkową troski o własny, szeroko pojęty
interes, ale też i o dobro ogółu, raz ze wskazaniem na jedno, a raz na drugie. W
kluczowych momentach okazuje się jednak, że zaczyna zdecydowanie przeważać to
drugie, narażają się oni coraz bardziej,
działają już nie na granicy prawa, ale wręcz je łamiąc w imię wyższych
celów. I mają pełną świadomość, że może nie być żadnej nagrody, czy chociażby
nawet i satysfakcji, a w razie fiaska operacji, o ile przeżyją, czekać ich będą same problemy, łącznie z
obarczeniem winą za niepowodzenie lub w ogóle za podjęcie ryzyka. Jest to smutne
i realistyczne aż do bólu. Ale to właśnie dzięki takim osobom, jakie opisuje le
Carre, z reguły nieznanym ogółowi, dzięki ich zaangażowaniu i poświęceniu dokonywane są rzeczy wielkie. Czasem coś nie
wychodzi, zresztą nie wiem, czy czasem, może często. Tym bardziej można podziwiać ich postawę.
Czytuję le Carre`a głównie z uwagi na
jego wnikliwość psychologiczną, ale też i za znajomość prawdziwego życia,
postrzegającego osoby i sytuacje bez cienia naiwności. No a zupełnie już
niezależnie od wszystkiego, to jest on jednym z absolutnie nielicznych pisarzy,
tworzących powieści szpiegowskie, którzy tak naprawdę wiedzą , o czym piszą, bo
sami przecież byli kiedyś szpiegami.
Ta niewątpliwie spora liczba atutów książki
jest przyćmiona, niestety, co do większej części opisywanych wydarzeń
przez nużący sposób narracji. Nie wiem,
czy efekt taki był celowym zabiegiem ze strony autora, może chciał on
uzmysłowić czytelnikom, jak nudna niekiedy potrafi być praca agenta wywiadu i
dostosował do wykonywanych przez bohaterów czynności narrację. W każdym
bądź razie książkę czyta się ciężko. Ale za to ostatnie
kilkadziesiąt stron nagradza i to z nawiązką tych, którzy dotarli aż tak
daleko. Akcja rusza, a zaskoczenie goni zaskoczenie. Zakończenie zaś to
prawdziwy majstersztyk pod każdym względem, warto dla niego trochę się
pomęczyć.
5/6
wtorek, 26 września 2017
Peter Wohleeben „Duchowe życie zwierząt” – audiobook, czyta Stanisław Biczysko
Jestem
miłośniczką i opiekunką zwierząt, większą część mojego życia mieszkają ze mną
m. in. zwierzęta. Mam spore doświadczenie w postępowaniu ze zwierzętami, oglądam
programy ich dotyczące w telewizji, czytam publikacje na tego rodzaju tematy w
internecie czy w gazetach, książki też.
Ale z „Duchowego życia zwierząt” nie dowiedziałam się niczego nowego.
czwartek, 21 września 2017
Stanley Middleton „Wakacje”
„Wakacje”
są książką, którą się smakuje, z każdą niemal kartą fascynacja ta u mnie
narastała. Początkowo byłam nieco rozczarowana, nie mogłam pojąć, jak ta
pozycja mogła kiedyś dostać Bookera, ale dość szybko przestałam mieć
jakiekolwiek wątpliwości. Gdy skończyłam czytać, pojawiła się nawet pewna
pustka, dlaczego już jest koniec.
środa, 13 września 2017
Jo Nesbo „Pierwszy śnieg”
Jak
to się mówi – do trzech razy sztuka, to moje trzecie podejście do Nesbo, ale
było warto. Audiobooki: ”Człowiek Nietoperz” i „”Karaluchy” nie podobały mi
się, może Nesbo lepiej się czyta , niż
słucha, może to przez to, że tamte książki były pierwszymi tomami z serii i
pisarz dopiero się rozkręcał. Z reguły mam problem z czytaniem różnych
bestsellerów, bo obawiam się, że to taki owczy trend czytelniczy, krótkotrwała
moda, po przejściu której nikt o danej pozycji nie będzie pamiętał. W tym przypadku już się nie dziwię, że Nesbo
ma swoich wyznawców.
niedziela, 10 września 2017
Marcel Proust „Nie ma Albertyny” – część VI „W poszukiwaniu straconego czasu”
To
kolejny wpis w ramach nadrabiania zaległości w opisywaniu przeczytanych i
odsłuchiwanych pozycji. Tak jak i w poprzednich tomach (o tomie piątym pt. „Uwięziona”
pisałam tutaj), Proust snuje refleksje o życiu i zgłębia naturę ludzką. Punktem
wyjścia do rozważań są konkretne wydarzenia z jego życia i rodzinnego i
towarzyskiego; zawodowego nie miał, bo nie musiał. Rozgrywające się wypadki są
nierozłącznie związane ze wspomnianymi refleksjami, wszystko tworzy spójną
całość. W tym tomie narrator jest już dojrzalszy nie tylko z racji wieku, ale
głównie z tego powodu, że spotkały go wydarzenia dla niego traumatyczne, a
oprócz tego odnalazł swoje prawdziwe powołanie, tj. pisanie. No i niezależnie
od tego nie mogło braknąć rozmyślań nad sztuką, literaturą czy muzyką. Istnieje
zawsze spora grupa ludzi, którzy nie mają żadnych potrzeb kulturalnych, Proust
jest jej całkowitym przeciwieństwem.
Powieść zaczyna się dokładnie w momencie,
gdy kończy się tom poprzedni. Otóż miłość jego życia, Albertyna, porzuciła go.
Jeszcze w „Uwięzionej” brał pod uwagę, czy nie lepiej dla niego byłoby, gdyby
rozstał się z Albertyną. Chociaż pojęcie „toksyczny związek” wówczas nie
istniało, miał on świadomość, że układ, istniejący miedzy nimi, wyniszczał go.
Ale gdy został porzucony, doznał traumy i dopiero wówczas sam sobie uświadomił,
że bez Albertyny nie wyobraża sobie życia.
Musiał jednak z traumą tą się
zmierzyć. Nie zdradzając szczegółów, dość szybko okazało się, że związek z
Albertyną nie będzie mógł zostać odbudowany i że będzie musiał radzić sobie bez
niej. Marcela opanowała wówczas obsesja na punkcie tej kobiety. Jego życie
przez jakiś czas sprowadzało się do rozważań o niej, do analizowania różnych
szczegółów z jej życia, do przypominania sobie wielu wydarzeń. I na tym właśnie
tle snute są początkowe refleksje.
Zasadnicza kwestia to taka, czy tak
naprawdę on znał Albertynę i czy w ogóle można kogoś dogłębnie poznać. Przy
pomocy osób trzecich dotarł do tych, którzy mogli co nieco wiedzieć na temat
tego, czy Albertyna go zdradzała. Jedna osoba potwierdziła to z całą
stanowczością, potem druga, później zaś pojawiły się wątpliwości. Jak sam
stwierdził, było tak, jakby istniało kilka Albertyn, jakby jedną osobę można
było postrzegać w różny sposób w zależności od tego z jakiego punktu widzenia
się na nią patrzy. Oczywiście jest to dużo bardziej zgłębione, ja jedynie
sygnalizuję. Autor opisuje stratę, życie bez swojej ukochanej, a potem powolne
wychodzenie z mroku. Ostatecznie z tej depresji wydobył się częściowo wskutek
upływu czasu, a częściowo dzięki innej kobiecie, którą okazała się panna
Forcheville, czyli jego dawna znajoma, Gilberta, córka Swanna, przez około 10
lat niewidziana i z którą nie miał żadnego kontaktu.
Rozważania mogą być idealne nie tylko
dla osób, którym z różnych przyczyn rozpadły się związki, ale i dla wszystkich,
którym ktoś bliski z różnych przyczyn wypadł z życia. W trakcie refleksji autor jednak przeskakuje
z tematu na temat, potem wraca. Nigdy więc nie można powiedzieć, że w
określonej części książki zawarł rozmyślania tylko na jeden jedyny temat. Przykładowo wychodząc z od straty Albertyny w
pewnym momencie rozważał już ogólnie kwestię przyzwyczajenia. I doszedł do
konkluzji, że przyzwyczajenie „to otępiająca siła, co przez całe życie ukrywa
przed nami cały świat i wśród ciemnej nocy, nie zmieniając ich etykiet ,
podsuwa nam zamiast najniebezpieczniejszych i najbardziej upajających trucizn
życia substancje całkiem nieszkodliwe i niesprawiające przyjemności.”
Stale odnosi się też do sztuki,
rozmyślał m. in. o malarstwie i o portretach, a w ramach tego także o kwestii
podobieństwa i niepodobieństwa malowanego obiektu do oryginału. Doszedł do
wniosku, że gdy z kochankiem sprzymierzy się artysta malarz w jednej osobie,
to „klucz tajemnicy zostaje ujawniony. Widzimy wreszcie wargi, których pospólstwo
nigdy nie dostrzegło u tej kobiety, widzimy jej nos, nikomu nieznany, ruchy, których
się nie podejrzewało. Obraz powiada : To co kochałem, co mi kazało cierpieć,
to, co bez przerwy widziałem – oglądacie na tym płótnie”.
Drugie koszmarne wydarzenie w życiu
Marcela to koniec przyjaźni z Robertem Saint – Loup. Robert był dla niego kimś
tak bliskim, jak rodzina, znowu więc strasznie to przeżył. Do tej traumy doszły
jeszcze inne „drobiazgi”, jak chociażby fakt, że na skutek fatalnych posunięć
finansowych narratora, jego spory majątek skurczył się do około 1/5 tego, co
było wcześniej, znaczna część z tego poszła na Albertynę. Ten problem kazał się
stosunkowo najmniej absorbujący, widocznie ta 1/5 to i tak było sporo.
I jest w tym tomie jeszcze jedno
wydarzenie, przełomowe w życiu narratora. Po raz pierwszy opublikował on
artykuł na łamach prasy. Chociaż nie był do końca usatysfakcjonowany tym, co
napisał, wtedy właśnie poczuł, że pisanie jest jego prawdziwym powołaniem.
Opisując te kwestie , mimo wszystko, tzn. mimo całego krytycyzmu nie mógł
ukryć, że tworzenie za pomocą słowa jest
tym, co dodało mu skrzydeł. Dość
ciekawie ocenił swój debiut literacki, pisząc tego bloga znam doskonale opisane
uczucia : „Po napisaniu artykułu jego zdania wyglądały tak bezbarwnie, gdym je
porównywał z moją myślą, były do tego stopnia pogmatwane i matowe w zestawieniu
z moją harmonijną i przejrzystą wizją, tak pełne luk, których nie potrafiłem
wypełnić, że lektura sprawiała mi ból, potęgowała uczucie bezsilności i
nieuleczalnego braku talentu”. Inne osoby , znane z poprzednich tomów są tylko
w tle, jest matka, jest Franciszka i in.
Kwestie pisania znajdą zaś swoje honorowe miejsce w ostatnim tomie cyklu
„Czas odnaleziony”.
W tym tomie Proust opisuje także pobyt w
Wenecji, do której w końcu się udał, a o której to podróży marzył już od małego
dziecka. W czasie pobytu tam skupił się głównie na zwiedzaniu i opisał swoje
doznania w trakcie oglądania zabytków czy arcydzieł malarstwa, a także nawet
podczas zwykłego rejsu gondolą po mieście. Ale nie tylko, mowa jest też o
różnych osobach i sytuacjach, z nimi związanych. Przykładowo opisał dość
humorystycznie, bo i humoru w całym cyklu nie brakuje, jak można całe życie żyć w jakimś urojeniu i
nie zwracać uwagi na to, że czas płynie i wszystko się zmienia. Właśnie w Wenecji spotkał panią de
Villeparisis, znaną mu już wiekową
arystokratkę wraz ze swoim dawnym kochankiem. Spotkał również niejaką
panią Sazerat, która była bardzo poruszona wieścią, że w tej samej restauracji
jest pani de Villeparisis. Pani Sazerat powiedziała Marcelowi, że jej ojciec był w tej
kobiecie zakochany , że ona „pociesza się, że kochał najpiękniejszą kobietę swych czasów”, ona sama zaś nigdy jej
nie widziała. Marcel wskazał jej panią de
Villeparisis, ale pani Sazerat
wzrokiem „szukała dalej, w pogoni za znienawidzoną, uwielbianą wizją,
która od tak dawna zamieszkiwała jej wyobraźnię”. Gdy w końcu wskazał jej
ponownie odparła, że „tam siedzi tylko jakaś mała grubaska o czerwonej twarzy,
coś okropnego”.
Gdyby ktoś chciał zgłębić wszystkie złote
myśli z tego tomu, musiałby poświęcić
wiele dni, ja swoim zwyczajem
zaznaczałam je w książce, cały tom w znacznej części jest pobazgrany , z
różnymi podkreśleniami, wykrzyknikami itp. Każdy oczywiście w zależności od
swojej sytuacji życiowej i od nastroju inne myśli uznałby za najbardziej
trafne. W tym właśnie m. in. tkwi potęga tej literatury.
6/6
piątek, 8 września 2017
Michael Crichton, Richard Preston „Micro” – audiobook, czyta Wiktor Zborowski
Nie
ulega wątpliwości, że jest to jeden z bzdurniejszych audiobooków, jakich
słuchałam ostatnimi czasy. Nastawiłam się na coś lekkiego, wciągającego, przy
czym zapomina się o otaczającej rzeczywistości. Crichton – jeden z najlepiej zarabiających pisarzy,
autor chociażby „Jurrasic Parku” dawał, wydawałoby się , gwarancję na coś
ciekawego.
Miałam problem z wciągnięciem się w tekst,
wydawał mi się zupełnie nieprawdopodobny i idiotyczny. Zamiast wgłębić się w
inny powieściowy świat, zastanawiałam się, czy zrezygnować z audiobooka już
teraz, czy za np. godzinę. Przygody
grupy naukowców w prywatnym, tajnym ośrodku, zajmującym się badaniami
naukowymi, potem w dżungli, pomniejszonymi do rozmiarów liliputów, wydawały mi się
absurdalne. Ośrodek zajmował się badaniami nad wynalazkami w skali micro, np.
mini robotami. Gdy stało się jasne, że grupa może zagrozić ośrodkowi, naukowcy zostali
zmniejszeni, a następnie mieli zostać zgładzeni. Z tym drugim było trudniej, bo
zaczęli się wymykać pościgowi.
Może jest to lektura dla nastolatków, ale
nie jestem pewna. Może jakiś genialny reżyser potrafiłby zrobić z tego
emocjonujący film, dobry i dla dorosłych. Moja koleżanka ma swoje ulubione
określenie, że z pewnych rzeczy człowiek wyrasta. Osobiście się z tym nie
zgadzam. Lubię raz na jakiś czas wracać
do ulubionych książek czasów dzieciństwa, odbieram je oczywiście na zupełnie
innym poziomie, niż wtedy, ale czytanie ich dalej jest dla mnie przyjemnością. Z
tego się nie wyrasta. Ale „Micro” chyba
po prostu nie jest lekturą dla mnie i pewnie nigdy nią nie było.
Słuchanie audiobooka miało jedynie akcenty
humorystyczne. Z racji tego, że nie potrafiłam się wciągnąć w słuchanie,
mimowolnie się wyłączałam, co zdarza mi się niezmiernie rzadko i myślałam o
czymś innym. Gdy znowu skupiałam się na tekście, słyszałam np. opis, jak to
jeden z naukowców, pomniejszony oczywiście, znalazł się w szklanym pojemniku z
wężem, który chciał go zaatakować i zjeść. Następował potem opis, z założenia chyba
pełen napięcia, uników i podstępu, zastosowanego przez badacza. Dla mnie
wyrwane z kontekstu było to niedorzeczne i śmieszne. Albo inny pewnie też mrożący krew w żyłach
opis , jak to zmniejszeni naukowcy zostali umieszczeni w papierowej torbie, niesionej
przez kobietę, która bała się, żeby ich nie zgnieść.
Słuchanie „Micro” była to czyta strata
czasu. Nawet jak się dość starannie dobiera lektury, zawsze może nastąpić
wpadka, to chyba największa w tym roku. Ale
co dziwne, znam kilka filmów, nakręconych na podstawie powieści Crichtona, były
świetne, ostatnio oglądałam np. „Linię czasu”, oglądało się rewelacyjnie.
1/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)
