niedziela, 19 września 2021
wtorek, 14 września 2021
Lee Child „Wróg bez twarzy” – audiobook, czyta Maciej Jabłoński
Do tej pory to najlepszych z dotychczas przeczytanych przeze mnie tomów z serii z Jackiem Reacherem. Lee Child prowadzi równolegle kilka wątków, wydarzenia toczą się dynamicznie i wciągają. W Nowym Jorku jest szemrany biznesmen, który chce zniszczyć całkiem sympatyczne małżeństwo i pozbawić ich dorobku całego życia. W tle pojawiają się reminiscencje z wojny w Wietnamie, jest też bowiem i starsze małżeństwo, którego syn zaginął właśnie podczas tej wojny. Reacher usiłuje pomóc w ustaleniu, co stało się z zaginionym. Pod koniec zaskoczenie jest pełne i to w każdym z wątków. Nie ma chyba takiego tematu, którego Lee Child nie byłby w stanie opisać w taki sposób, że zaczyna on niemal fascynować czytelnika.
Smaczkiem jest też to, że część wydarzeń
rozgrywa się na jednym z wyższych pięter w World Trade Centre, jako trzeci tom
cyklu „Wróg bez twarzy” został napisany przed 11 września. W wieży odczuwało się
podmuchy wiatru, budynek bowiem bardzo, ale to bardzo nieznacznie przechylał
się, gdy wiatr był silny. Mocno słychać
było też jadącą windę. No i w tym tomie Reacher jest zakochany, przeczytałam już
połowę cyklu, nie za kolejnością i do tej pory jeszcze się to nie zdarzyło.
Lee Child w tym tomie szalenie mocno
podkreśla indywidualizm Reachera, jego niestandardowy bohater staje przed
realną pokusą ustatkowania się i skończenia z włóczęgą. Kocha z wzajemnością
bardzo bogatą kobietę. Jedna jego część realnie bierze pod uwagę opcję ustatkowania
się, druga jednak cały czas przypomina mu, że wariant - dom, praca, dom, żona,
dzieci itp. to nie jest jego powołanie, że nie jest do tego stworzony i że
najprawdopodobniej na ta droga w dłuższej perspektywie czasowej nie przyniesie
nikomu szczęścia. Presja otoczenia na zmianę już od kilku lat była bardzo silna,
osobowość Reachera też jest bardzo silna.
Ciekawy jest też wątek jednej z postaci drugiego
planu, kobiety którą właśnie chce zniszczyć biznesmen. Do czasu spotkania z tym
psychopatą niczym szczególnym się nie wyróżniała, zaś w chwili kryzysu i
zagrożenia życia wydobyła z siebie siły, o istnieniu których nawet chyba się nie podejrzewała. Mimo
przerażenia, ryzykując nawet i utratą życia, zaaranżowała sytuacje, które jej zdaniem mogły
uratować ją i jej męża. Lee Child uwielbia takie motywy, z reguły w każdym
tomie poza oczywiście Reacherem jest też ktoś inny, kto się nie poddaje, nie
panikuje i w kryzysowej sytuacji stawia czoło niebezpieczeństwu. Świetnie się o
czymś takim czyta, nasiąka się wręcz takim klimatem.
5/6
niedziela, 5 września 2021
Evzen Bocek "Arystokratka na królewskim dworze"

niedziela, 29 sierpnia 2021
Marian Turski "XI. Nie bądź obojętny"
Gdy zobaczyłam tą książkę, zastanowiłam się chwilę, czy jest sens ją czytać, przecież cała zawartość już wynika z tytułu. Czy nakaz "Nie bądź obojętny" można w jakiś szczególny sposób rozwinąć? Można. Marian Turski, który przeżył Holocaust i ma doświadczenie niemal stuletniego życia, rozwinął tą myśl tak, że naprawdę warto poświęcić ze 2, 3 godziny na lekturę. Książka to częściowo zbiór przemówień autora, wygłoszonych przy różnych okazjach, częściowo zaś wspomnienia, a do tego i zdjęcia. Generalnie teza autora brzmi tak, że gdyby nie znieczulica i obojętność na wszystko, co jest gdzieś daleko i nas nie dotyczy, nie doszłoby do Holocaustu. Aby więc nie dopuścić do kolejnego Holocaustu, nie można być obojętnym.
Bardzo prosto jest nie być obojętnym, gdy wszyscy współczują osobom pokrzywdzonym np. przez klęskę żywiołową i robiona jest zbiórka na rzecz poszkodowanych. M. Turskiemu jednak nie tylko o taki brak obojętności chodzi. Ma on na myśli głównie brak obojętności nie tylko wobec wszelkiej niesprawiedliwości, wobec rasizmu, antysemityzmu itp. "Nie bądź obojętny" oznacza także sprzeciw wobec nienawiści czy pogardy na wszelkich możliwych polach, to sprzeciw wobec wszelkiej dyskryminacji, np. wobec LGBT, Rosjan, Ukraińców, Cyganów a także i wobec przeciwników politycznych. Ten nakaz dotyczy zarówno sfery prywatnej, gdy coś się dzieje tuż obok nas, ale też gdy dzieje się gdzieś dalej i wiemy o tym np. z mediów.
"Nie bądź obojętny" to także nakaz walki z populizmem, który doprowadza do wzrostu ciemnoty i wszystkiego, co się z nią wiąże, w tym właśnie do manii wyższości i pogardy wobec innych. To nakaz rozmowy z ludźmi, których poglądów nie podzielamy.
M. Turski zwraca uwagę na szczególne sytuacje. Bardzo prosto jest nie być obojętnym, gdy wokół nas wszyscy też obojętni nie są. Ale gdybyśmy musieli się komuś narazić brakiem obojętności, np. występując w pracy w obronie osoby dyskryminowanej, to już byłby problem.
5/6
wtorek, 24 sierpnia 2021
Ewa Winnicka „Greenpoint. Kroniki Małej Polski”
Nigdy nie mogłam pojąć fenomenu wyjazdów do
Stanów i harowania tam od świtu do nocy, mieszkania w slumsach i ciułania
pieniędzy. Liczyłam na to, że „Greenpoint” pomoże mi to zrozumieć. Ewa Winnicka
odwaliła kawał dobrej roboty, ale tego zjawiska nie zrozumiem chyba nigdy. Winnicka
spędziła sporo czasu na rozmowach z naszymi emigrantami, dla mnie najbardziej porażające były opisy
ich harówki, od rana do wieczora, niekiedy 7 dni w tygodniu i jeden tygodniowy
urlop na rok. W niektórych przypadkach kilkadziesiąt lat bez kontaktu z
kulturą, z literaturą itp. W takich warunkach trudno zadbać o głębsze kontakty
w ramach rodziny, czy przyjacielskie. Gdyby ktoś traktował współcześnie zwierzę,
np. konia tak, jak ci ludzie traktują siebie, musiałby liczyć się z możliwością
poważnych problemów, np. sprawą karną za znęcanie się nad zwierzęciem i z
odebraniem tego zwierzęcia. Nawet gdy ci ludzie ostatecznie dorobili się
majątku, chociażby na nieruchomościach, to dla mnie w żaden sposób nie są
wygrani, nikt im tych zmarnowanych lat nie zwróci.
Ale „Greenpoint” to nie tylko współcześni
emigranci, w książce pokazana jest polska emigracja na Greenpoincie od samego
początku, od kiedy Polacy się tam pojawili. Są więc chłopi czy robotnicy,
którzy ledwo potrafili pisać i czytać i przybywali tam w XIX wieku z biedy, za
pieniądzem. Są uciekinierzy z czasów wojny, Żydzi uciekający przed pogromami,
są uciekinierzy z okresu stanu wojennego. No i jest też najnowsza i najmniej
liczna nasza emigracja, współczesna, wśród której są też ludzie wykształceni,
którzy pracują zgodnie ze swoimi kwalifikacjami wykonując pracę intelektualną,
mieszkają w normalnych warunkach. Są też i tacy, którzy pracowali fizycznie w
NY przez kilkadziesiąt lat i na czas zorientowali się, że idzie koniunktura na
nieruchomości. Zainwestowali w te nieruchomości, często dzięki kredytom i
pożyczkom, no i stali się milionerami, na starość nie muszą już pracować.
Autorka
starała się wyłapać wszelkie możliwe zjawiska, jakie tam występują i masę
ludzkich postaw. Nie opisuje tylko tych emigrantów, którzy harują całymi dniami
i świata poza tym nie widzą. Emigrantów jest dużo, dużo jest więc też
różnorakichpostaw. Opisała np. kobietę, która czuła misję pomagania innym i
realizowała się w tym. Opisała tych ludzi, którzy odważyli się zająć czymś
więcej, niż tylko pracą fizyczną. Są też opisy różnych frakcji w emigracji, walk pomiędzy nimi. Są i
artyści, związani z Nowym Jorkiem, np. rzeźbiarz Andrzej Pityński, pisarze, m.
in. opisujący emigrację na Greenpoincie, np. Janusz Głowacki, jest też i Jerzy Kosiński.
Jest młoda dziewczyna z niebywała energią i duszą społecznika, która chciała
zostać radną. Są też i księża, którzy odegrali swego czasu spora rolę w
kształtowaniu się tej społeczności. Nie ma chyba takiego zjawiska, które
zostałoby pominięte.
W tle wszystkich opowiadań jest historia, są
nie tylko wojny, ale 11 września, dojście do władzy Trumpa i masa innych. Jest
to więc też książka, która można traktować jako historyczną. Wspomniane jest
też zjawisko współczesnych bezdomnych Amerykanów, o którym obszerniej jest w
„Nomadland”. Mieszkają oni w skupiskach, w namiotach, rozbitych na trawnikach,
gdzie są hydranty z wodą. Rano do takiego koczowiska podjeżdża autobus szkolny
i zabiera dzieci na lekcje, potem oczywiście je odwozi. Paradoksalnie, w tych
koczowiskach nie ma chyba Polaków. Los okazał się złośliwy, bo ta Ameryka przez
dziesiątki lat uchodziła u nas w wielu kręgach za co w rodzaju ósmego cudu
świata.
No i oczywiście podczas lektury nasuwają
się refleksje natury psychologicznej, np. jak to się dzieje, że jedni ludzie są
bardziej zaradni, potrafią zaryzykować i
zawalczyć o swoją pozycję, inni pozostają tylko tymi pracownikami fizycznymi. Zastanawiałam
się nad tym i wydaje mi się, że kalifikacje mają tu mniejsze znaczenie,
najważniejszy jest chyba stan umysłu i nastawienie psychiczne. Są też i inne
aspekty życia na emigracji, jedni pomagają innym drudzy odwrotnie, oszukują
ich. Jest też opisane kolejne dziwne zjawisko inercji, jakiej bezwoli, gdy
niektórzy ludzie chcieliby wrócić do Polski, ale „nie mogą”, cały czas się
zastanawiają, analizują itp.
Całość czyta się wymienicie, gdy mowa jest
o współczesnej emigracji, gdy ci ludzie się wypowiadają. Część historyczną, np. powstanie Greenpointu czyta
się znacznie gorzej, jest po prostu mniej interesująca. Podobnie nieszczególnie
interesujące są opisy najwcześniejszej emigracji z XIX wieku, wydrukowane są
oryginalne listy, który były przedmiotem badań, pisane przez ludzi, którzy
ledwo umieli pisać. Wszystkie są do siebie bliźniaczo podobne. Całość jest rzetelna, poprawna, ale nie znalazłam tu nic porywającego, czy odkrywczego.
4/6
niedziela, 22 sierpnia 2021
Szczepan Twardoch „Drach” – audiobook, czyta Andrzej Mastalerz
Ta konkretna książka jest chyba lepsza do czytania, zamiast do słuchania. Wydarzenia z życia różnych osób nie są pokazywane chronologicznie, są bardzo mocno poszatkowane, chwilę jest mowa o jednej osobie w okresie np. z I wojny, potem jest inna osoba po II wojnie, potem ktoś inny w jednym z powstań śląskich, następnie jeszcze inny ktoś w 2000r., dalej zupełnie inna osoba zaraz po II wojnie itd. itp. W jednym rozdziale może być kilkanaście przedziałów czasowych i może być mowa o kilkunastu osobach. W kolejnym rozdziale nie ma prostej kontynuacji, typu że wątki rozpoczęte są kontynuowane od momentu ich przerwania, bo mogą być podejmowane jeszcze inne wątki, ta kontynuacja oczywiście jest, ale wszystko jest ze sobą mocno pomieszane, niekiedy wątek się urywa i gdy narracja wraca do określonego bohatera, często jest on pokazywany w zupełnie innym okresie życia. Bardzo mocno utrudnia to odbiór, w przypadku audiobooka cofnięcie się i znalezienie określonego fragmentu, gdy chce się coś sobie przypomnieć, jest mocno utrudnione, a gdy słucha się w samochodzie po prostu niemożliwe. Poszczególne postacie się więc mylą. W przypadku książki zawsze można przekartkować parę kartek wstecz i sobie coś przypomnieć, można nawet i zanotować, kto był czyim mężem, czyim ojcem itp.
Kolejnym mankamentem jest brak tłumaczenia często wtrącanych do narracji zdań, wypowiadanych w j. niemieckim. Ponieważ wydarzenia rozgrywają się na Śląsku, bohaterowie mówią trochę po polsku, trochę gwarą śląską, a trochę po niemiecku. Czytałam, że był to celowy zabieg, aby można było pokazać poczucie obcości. Czytając książkę pewnie sprawdziłabym, co to oznacza. W przypadku tego audiobooka jeśli ktoś nie zna niemieckiego, to niektóre fragmenty nie będą dla niego zrozumiałe. Odbiór całości też może być wówczas niepełny, skoro pewne zdania są wprowadzone do tekstu, to mają swoje znaczenie, a gdy się ich nie zna, może być problem z odbiorem całości.
W ten poszatkowany sposób Twardoch opowiada historię dwóch rodzin na tle wydarzeń historycznych. Te historyczne wydarzenia to głównie I wojna, powstania śląskie, trochę II wojny na Śląsku, no i oczywiście okresy pokoju. To odwrócenie perspektywy z wydarzeń, które są najczęściej omawiane i opisywane w mediach, książkach czy filmach np. powstanie warszawskie, II wojna, działania AK jest naprawdę ciekawym zabiegiem. Na Podkarpaciu, skąd pochodzę, temat powstań śląskich jest totalnie nieobecny, podobnie i I wojna. Z wydarzeń historycznych w pamięci starszych osób i w historiach rodzinnych obecne stale są partyzantka AK, najazd radziecki z 17 września, wywózki do łagrów i napady Ukraińców na ludność polską po wojnie. Słuchając Twardocha miałam wrażenie, jakbym czytała o innym państwie i innym narodzie. Zdecydowanie najciekawsze były fragmenty, związane z I wojną.
„Drach” nie jest jednak absolutnie żadną sagą rodzinną i przedstawienie wydarzeń historycznych nie jest bynajmniej jedynym celem napisania tej książki. Poszatkowanie wydarzeń też miało swój sens. W wydarzeniach poszczególnych rodzin, opisywanych z tej perspektywy widać pewne zależności, a momentami nawet pewien fatalizm, który nie wynika bynajmniej tylko z wydarzeń dziejowych, na które nie ma się wpływu. Fatalizm tkwi jakby w ludziach. Przykładowo jeden z bohaterów, który walczył w I wojnie z tej wojny powrócił, był młody, zdrowy, miał pracę, ożenił się tak, jak chciał, miał wszelkie szanse na szczęśliwe życie. I sam z własnej inicjatywy to wszystko zniszczył w dosyć nietypowy sposób, to zresztą jeden z najciekawszych wątków, no i skończył w bardzo, ale to bardzo marny sposób. Wiele lat potem jego pra pra wnuk powtórzył ten schemat, co do zasady, nie co do szczegółów. Zapowiadał się wyśmienicie, osiągnął sukcesy na każdym polu i zniszczył wszystko własnymi rękami. I każdy z nich powinien odpowiadać przed sądem za zbrodnię, jeden bardziej spektakularną, inny inną. Pra praprawnuk nie miał bladego pojęcia o losie swojego przodka, w ogóle go to nie obchodziło. A jednak historia się powieliła. Takich dających do myślenia historii jest wiele. Jest sporo ciekawych spostrzeżeń natury psychologicznej. Przykładowo dwie osoby przeżyły piekło w czasie wojny. Na jednej osobie nie wywarło to większego wrażenia, już po wszystkim osoba ta kontynuowała swoje życie, bez żadnych traum. A drugą osobę ta złamało i nigdy nie wróciła do równowagi psychicznej, owszem osoba ta zawarła związek małżeński, miała dzieci i wnuki, ale nie miało to dla niej większego znaczenia, bo cały czas żyła tą wojną.
Andrzej Mastalerz czyta poprawnie, jedynie poprawnie, nic poza tym, nie ma tu interpretacji, która wzmaga zainteresowanie tekstem, jest tylko poprawność. Dla mnie "Król" i "Królestwo" Twardocha są fenomenem, "Drach" nie był w stanie mnie jakoś szczególnie zaciekawić, być może to przez tą obcość. Ale pewnie ktoś pochodzący ze Śląska może powiedzieć, że jest dokładnie odwrotnie.
4/6
wtorek, 17 sierpnia 2021
Lilian Jackson Braun „Kot, który tropił złodzieja”
Seria z kotem to jedna z nielicznych serii kryminalnych, w których detektyw, w tym przypadku dziennikarz, jest człowiekiem zadowolonym z życia. Zamiast opisów traum czy nałogów, można śledzić, jakie książki czyta Qwill, jakiej muzyki słucha, jakie przedstawienia teatralne ogląda. A jak wygląda zdaniem Lilian Jackson Braun człowiek szczęśliwy i na czym polega według niej szczęście? Qwill nie zawsze był szczęśliwy, ale odnalazł spełnienie w małej mieścinie, ale nie to jest najważniejsze. Zdaniem niektórych Q „nie ułożył sobie życia”, jest bowiem rozwiedziony i nie ma dzieci, no ale to właśnie t m. in. daje mu szczęście. Ma pasję, która jest pożyteczna dla innych, mianowicie pisanie, on jest zadowolony, a czytelnicy jego felietonów jeszcze bardziej. Mieszka z dwoma kotami, które kocha. Jest pożyteczny też i z tego względu, że założył fundację, której przekazał w zarządzanie majątek, jaki niespodziewanie odziedziczył. I fundacja wspiera ciekawe inicjatywy regionalne. Sam żyje skromnie, to nie pieniądze dały mu spełnienie. Ma partnerkę, z którą mieszkają oddzielnie, ma też przyjaciół. Jest po prostu dobrym człowiekiem, nie idealnym, ale najnormalniej dobrym, bywa niekiedy niemiły i złośliwy, na jego przykładzie doskonale widać, że dobro nie musi być nudne. A do tego jeszcze jest inteligentny. Dzięki niemu ludzie doceniają miejsce, gdzie mieszkają i gdzie niejednokrotnie się urodzili, doceniają zwykłą codzienność. Nie każdy byłby zapewne zadowolony z takiego życia, uniwersalnego przepisu na szczęcie nie ma.
W tym tomie Qwill tą szarą codzienność urozmaica sobie, angażując się w organizację Festiwalu Lodowego, czyli mnóstwa atrakcji zimowych. Do tego jeszcze zaczyna działać Klub Smakoszy, dla miłośników dobrego jadła, serwujących „jedzenie na pocieszenie”. Q w jednym felietonie zastanawia się nad urokami lutego i jego niepowtarzalnością, a w innym rzuca czytelnikom wyzwanie, aby napisali, jakie imiona mają ich koty. Odpowiedzi przychodzi mnóstwo, czytelnik sam może się zasugerować wieloma z nich, np. nazwiska pisarzy , malarzy czy muzyków, nazwy zespołów muzycznych, nawiązania do literatury i masa innych. Odzew na zapytanie o imiona kotów przeszedł najśmielsze oczekiwania. Qwill spośród lektur przypomina sobie „Opowieść wigilijną”, zbliżają się bowiem święta. Czyta zaś Melville`a, w swoim księgozbiorze ma całość jego dzieł i układa je chronologicznie. Fragmenty o tym, co Qwill czyta i w ogóle te o literaturze uwielbiam, chociaż nie zawsze te fascynacje podzielam. Melville`a nie czytałam i nie zamierzam czytać, nie spędzę ani chwili na czytaniu o polowaniu na wieloryba i o zabijaniu. Qwill powieść „Mobby Dick” postrzega zaś jako dzieło o walce dobra ze złem.
Mamy oczywiście też morderstwo, a nawet 2 morderstwa. I jeszcze jest dodatkowy smaczek, bo właśnie w tym tomie opisane są matrymonialne plany dwóch bohaterek. Lynette ma 40 lat, jest jedną z bogatszych kobiet w okolicy i do chwili poznania narzeczonego była „zadeklarowaną starą panną”, która przez 20 ostatnich lat nie miała romansu. Teraz zamierza właśnie wyjść za mąż. A oprócz tego inna znajoma Qwilla, Celia, która dobija do lat 70, zastanawia się co zrobi, gdy oświadczy się jej znajomy, na co się zanosi.
I jest też mały fragment z moją ulubioną bohaterką, Amandą, która pojawia się w scenie, gdy Qwill potrzebuje cudzej opinii o pewnej osobie, opinia powinna być szczera, a mało kto jest i inteligentny i mający zmysł obserwacji i szczery.
5/6
niedziela, 15 sierpnia 2021
Anna Kańtoch "Wiosna zaginionych"
Jak każdego roku po wyłonieniu laureata Nagrody Wielkiego Kalibru za najlepszą polską powieść kryminalną roku sięgnęłam po nagrodzoną książkę. I "Wiosna zaginionych" mnie rozczarowała. Przez długi czas była po prostu nudna, zaciekawiać zaczęła dopiero grubo po połowie, gdy poszczególne wątki powoli zaczęły się zazębiać. Zakończenie z kolei jest przekombinowane. Nie znalazłam tu niczego godnego uwagi, niczego o czym można pamiętać dłuższy czas.
Kompletnie nie przekonała mnie Krystyna Lesińska, ponad 70 letnia emerytowana policjantka. Pomysł, aby seniorka została główną bohaterką trylogii kryminalnej był wyśmienity, ale wykonanie zdecydowanie gorsze. Uwielbiam pannę Marple z powieści Agaty Christie, zawsze występuje ona jako staruszka. Czytając Christie nie czuję żadnego zgrzytu, panna Marple ma wielkie doświadczenie życiowe i wielką życiową mądrość, to widać przy każdej opisywanej rozmowie, jaką ona przeprowadza, czy też i przy każdej refleksji, jaką snuje. Z racji tych obserwacji psychologicznych i gruntownej znajomości ludzkich charakterów, panna Marple zaciekawia. Christie pierwszą powieść o niej napisała mając lat około 40, a kolejną 50, następne oczywiście jeszcze więcej. I ta staruszka w jej wykonaniu jest wiarygodna. W nią wpisane są osobiste doświadczenia autorki. A Krystyna Lesińska niczym szczególnym się nie wyróżnia. Gdyby wyeliminować fragmenty o wnukach, to równie dobrze mogłaby mieć 50 czy 40 albo i 30 lat i być np. na wcześniejszej rencie, albo na urlopie wychowawczym. Trzeba byłoby tylko wnuki zamienić na dzieci. Nie zauważyłam w niej mądrości życiowej, wręcz przeciwnie, niektóre jej posunięcia były idiotyczne. Książki o staruszce nie musi oczywiście pisać ktoś w tym samym wieku, ale dla osoby około 40 może to być trudne. Borys Akunin pisząc cykl o detektywie Fandorinie robił tak, aby fikcyjny Fandorin miał tyle lat, co on, autor, i w ten sposób postać detektywa jest wyjątkowo wiarygodna. Fandorin rozmyśla niekiedy o wieku, gdy np. skończył 50 lat w "Świat jest teatrem". Czytałam kiedyś sporo książek Joanny Chmielewskiej, które pisała właściwie niemal w każdym okresie życia, prawie w każdej była też bohaterką książki, również było to wiarygodne. W przypadku Kańtoch jest odwrotnie. Lesińskiej nie można też w żaden sposób nazwać seniorką o mentalności osoby młodej, ona jest nijaka.
Wątek zaginionego przed laty w Tatrach brata Lesińskiej też okazał się niewypałem. Chyba ten pomysł miał tylko przyciągnąć czytelnika, w tym tomie w tym zakresie nie dzieje się nic konkretnego, poza wspomnieniem, że takie zdarzenie miało miejsce. Jeżeli kogoś interesują Tatry, wypadki tatrzańskie czy zaginięcia lepiej zrobi, gdy sięgnie po literaturę tatrzańską, napisaną przez tych, którzy się na tym znają i Tatry kochają, lub oczywiście znali i kochali, np. Wawrzyńca Żuławskiego, Konstantego Steckiego, Jana Długosza, Michała Jagiełłę i in.
Ciekawie i wiarygodnie opisany jest problem zaginięcia bliskiej osoby w kryminałach Islandczyka Arnaldura Iindridasona, tam policjantowi Erlendurowi w dzieciństwie podczas zamieci śnieżnej w górach zaginął brat. To wydarzenie naznaczyło Erlendura na zawsze i w każdym tomie widać, jak nie może się z tego podźwignąć.
W "Wiośnie zaginionych" podobało mi się wprowadzenie wątku zwierząt, ich obrońców, tego jak ludzie do nich się odnoszą. Nie ma tu niczego szczególnie drastycznego, ale zagadnienie jest wprowadzone, i ten temat Anna Kańtoch ewidentnie czuje. I za samo to daję tej nieszczególnej książce jedną gwiazdkę więcej.
4/6
środa, 11 sierpnia 2021
Lee Child „Elita zabójców” – audiobook, czyta Andrzej Hausner
Ten
tom to bez wątpienia jeden z lepszych całego cyklu. Akcja wciąga niesamowicie,
jak zawsze jest to rozrywka na naprawdę bardzo wysokim poziomie. Cały cykl czytam bez zachowania kolejności i nie ma to żadnego znaczenia dla odbioru. Książki nie da
się pomylić z innymi z cyklu, jest wyjątkowo oryginalna, właściwie jest to książka
o przyjaźni, prawdziwej przyjaźni. Mówi się teraz często o tzw. wartościach rodzinnych,
jako o czymś naj, naj, naj. U Lee Childa nic takiego nie ma, Reacher nie ma
żony, ani partnerki, nie ma też dzieci, ale jego książki z nim w roli głównej bez
jakiegokolwiek moralizowania są książkami o wartościach uniwersalnych, o
empatii, tolerancji, zaangażowaniu gdy trzeba i właśnie o przyjaźni. Reacher,
samotnik, współdziała tu z dawnymi przyjaciółmi
z wojska i razem zamierzają pomścić zabójstwo kolegi. To właśnie oni, byli
żołnierze, są tutaj elitą zabójców, nie chcą nikogo oddawać pod sąd, bo wiedzą,
jak to się często kończy, chcą po prostu zabić zabójców ich przyjaciela. Charakterystycznym
motywem jest helikopter, część wydarzeń rozgrywa się właśnie w helikopterze.
Reacher żyje sam, ale wie, że ma
przyjaciół, którzy w razie potrzeby gotowi byliby mu pomóc. Nie musi się z nimi
często widywać, może to być nawet raz na parę lat, nie musi się im zwierzać.
Reacher nie potrzebował żadnej pomocy, ale został wezwany do udzielenia tej
pomocy. Oczywiście bez wahania z tą pomocą ruszył.
Powieść ma lekką nutkę nostalgii, bo są
nawiązania do starych, dobrych czasów, są konkluzje, że Reacher i jego
przyjaciele nie są już tak świetnie wyszkoleni i tacy sprawni, jak kiedyś, teraz
mają około 35 lat. Co szalenie, ciekawe,
to pojawiające się porównania, jak kto się urządził kilka lat po odejściu z
wojska, kto na tym wygrał, kto stracił. Na pierwszy rzut oka i dla postronnego
obserwatora Reacher może robić wrażenie przegranego, „nie ułożył sobie życia” i
niczego się nie dorobił. Przyjaciele pytają go delikatnie, czy nie zamierza się
ustatkować. On sam widzi różnicę w swojej i ich pozycji, ale czy czuje się z
tym gorzej i czy wpłynie to na jakiekolwiek zmiany zachowania? W kilku miejscach czytelnik może śledzić
właśnie takie mini dialogi i razem z Reacherem snuć domysły, czy kto z tej paczki
jest najszczęśliwszy i czy w ogóle różnią się stopniem zadowolenia z życia.
5/6
piątek, 30 lipca 2021
Haig Matt „Biblioteka o północy”
Skip to the end of the images gallery

Dorośli
wbrew wszelki pozorom, podobnie jak i dzieci, lubią bajki. „Biblioteka” jest
dla mnie właśnie taką bajką dla dorosłych, ale w pozytywnym znaczeniu tego
słowa. Ta książka to lekarstwo na lepszy humor, wyśmienita gdy ktoś jest zmęczony,
czy ma doła, a gdy czytelnik zaczynając lekturę jest w dobrym nastroju, to w
trakcie czytania będzie jeszcze w lepszym. Czyta się wyśmienicie, lekko i bez
obawy, że stanie się coś strasznego, że komuś z bohaterów stanie się krzywda.
Czytelnik nie denerwuje się, czyta spokojnie i na luzie, akcja wciąga. W tej
konwencji lekko fantasy kryje się jednak ciekawe, pozytywne i pocieszające
przesłanie.
Każdemu chyba przyszło co najmniej raz do
głowy myśli, a prawdopodobnie przychodzi częściej, co by było gdyby kiedyś podjęło
się inne decyzje życiowe. Gdyby np. wybrało się inny kierunek studiów, gdyby związało
się lub nie związało z określoną osobą, gdyby podjęło się inną pracę itp. itd.
Właśnie w „Bibliotece” główna bohaterka uzyskuje możliwość dokonania takich
korekt i podjęcia dalszego życia właśnie już po innej decyzji kiedyś w
przeszłości. Zaczyna się od tego, że uznaje, iż lepiej dla niej byłoby, gdyby
wyszła za mąż za chłopaka, z którym mieli już ustalony termin ślubu i ona z
niego zrezygnowała. Błyskawicznie okazuje się, że to alternatywne życie nie
jest idealne, ale można zdecydować się na jeszcze inne alternatywne życia, takie
w których realizuje swoje inne niespełnione marzenia.
Książka w pewnym sensie jest przewidywalna, ale
jest też mocno przewrotna, a po lekturze ma się sporo do przemyślenia. Można
się zastanowić, czy aby na pewno bylibyśmy szczęśliwsi, podejmując kiedyś inne
wybory, w końcu jakieś przyczyny zadecydowały, że podjęliśmy właśnie takie, a
nie inne decyzje. Zawsze jest coś za coś, decydując się na inną pracę czy inne
studia nie spotkalibyśmy tych osób, które stały się naszymi przyjaciółmi. Nie
zdobylibyśmy tych doświadczeń, które nas ukształtowały. Być może, np. z braku
czasu, w tym alternatywnym życiu nie przeczytalibyśmy nawet tych książek, bez
których nie wyobrażamy sobie funkcjonowania.
„Bibliotekę o północy” naprawdę warto przeczytać,
jest tam jeszcze sporo innych wątków do przemyślenia, szczególnie ten z
ostatnich kart.
5/6
poniedziałek, 26 lipca 2021
Hanka Grupińska "Najtrudniej jest spotkać Lilit" - audiobook, czyta autorka

Spośród wszystkich książek, jakie kiedykolwiek czytałam o chasydach, ta traktuje ten problem najgłębiej. Poza samym początkiem, gdzie autorka opisuje różne odłamy chasydyzmu, reszta napisana jest szalenie wciągająco. Książka nie została napisana ze z góry założoną tezą, że ruch ten jest taki, czy inny, H. Grupińska po prostu rozmawia i być może sama, tak jak i czytelnik może być zaskoczona odpowiedziami rozmówców. Dla mnie opisy tego, jak żyją chasydzi, były przerażające, odbierałam to jako coś wręcz koszmarnego. Ale okazuje się, że liczebność chasydów wcale nie maleje, wręcz przeciwnie. A rozmówczynie autorki wskazują na takie pozytywne aspekty takiego życia, które rzeczywiście ciężko zakwestionować. Przedstawiony obraz świata nie jest więc czarno - biały, a czytając, czy słuchając, nie tylko uzyskuje się masę wiadomości o tamtym świecie, ale też konfrontacja naszej wizji tamtego życia z tym, jak to wygląda naprawdę, może być ciekawa. To nie jest tak, że przed lekturą już coś się wie, a po przeczytaniu czytelnik tylko jest utwierdzony w swojej wizji. Jest odwrotnie, bo po przeczytaniu ma się świadomość, przynajmniej ja taką zyskałam, że głębsze zrozumienie życia chasydów wcale nie jest takie proste i że nic nie jest tutaj jednoznaczne.
Chyba nie różnię się zbytnio od innych we wskazaniu tego, co dla osoby z zewnątrz jawi się jako koszmar. Przykładowo każda kobieta, chasydka, jest mężatką, jej główne a często jedyne zadanie to zajmowanie się domem i dziećmi. Nie powinna się kształcić, a nauka dziewczynek w szkołach chasydzkich sprowadza się do kwestii tego, jak prowadzić kuchnię z rozróżnieniem na potrawy koszerne i niekoszerne i do podstawowych kwestii religijnych. I ta nauka kończy się maksymalnie na szczeblu średnim. Są pojedyncze kobiety, które kształcą się dalej, ale należą do wyjątków i jest to źle widziane. Gdy są problemy finansowe, to wtedy kobieta musi zacząć pracę. Chasydzi nie czytają książek innych, niż religijne, nie oglądają filmów, seriali, nie chodzą na koncerty czy wystawy. W domach nie mają radia, telewizora czy internetu. Nie wyjeżdżają na wypoczynek po to, aby coś zwiedzić. Kobiety w przeważającej większości nie mają ani koleżanek, ani przyjaciółek, a jedyne ich kontakty towarzyskie, to kontakty z rodziną. W zależności od odłamu chasydyzmu, w książce nazywanego sektą, rygory mogą być jeszcze ostrzejsze, albo odwrotnie. Z jednej strony wśród części wyznawców pojawia się tendencja, aby te rygory jeszcze zaostrzać, z drugiej zaś są też i odwrotne trendy. Chasydyzm rośnie w siłę i politycy poważnie muszą się liczyć wyborcami z tego kręgu.
To niewątpliwe przerażenie tymi opisami dość mocno kontrastuje z tym, że znaczna część kobiet, z którymi autorka rozmawiała, jest zadowolona z tego, jak żyją. Mają poczucie wspólnoty, oparcia w licznej rodzinie, wiedzą, że w razie jakichkolwiek problemów nie będą same. Mają też poczucie głębokiego sensu tego, co robią, nie zajmują się przecież byle czym, tylko wychowywaniem dzieci i troską o dom. Starsi ludzie zawsze są z rodziną, w książce nie było mowy o żadnych domach opieki. Kobieta jest z reguły tak zarobiona, że nie ma czasu zastanawiać się nad zadowoleniem z życia, ale zapytane o to, tylko nieliczne miały wątpliwości. Rozmówczynie Hanki Grupińskiej wypełniając te same rytuały, które odprawiały ich pra pra prababki i w ogóle Żydówki dawno temu, nawet kilka tysięcy lat temu, czują też łączność właśnie z tymi przeszłymi i przyszłymi pokoleniami. Przypadków odejść z takich rodzin i w ogóle z takiego życia jest bardzo mało, tytuł książki "Najtrudniej jest spotkać Lilit" nawiązuje właśnie do takiej sytuacji.
Widać, że autorka wykonała mrówczą pracę, aby tą książkę napisać. Obecne wydanie jest już bodajże czwartym z kolei. Szkoda jedynie, że zdecydowała się się na to, aby samej odczytać tekst i aby to autorskie odczytanie stało się audiobookiem. Chyba już od 10 lat słucham audiobooków i nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że książkę powinien odczytywać aktor, który jest kształcony właśnie m. in. w tym kierunku. Prawdziwy profesjonalista umie czytać tekst tak, aby brzmiało to interesująco. Pisarz czy dziennikarz tych umiejętności z reguły nie posiada. Szczególnie początkowo odczytywanie tekstu przez Hankę Grupińską razi, jest monotonne i trzeba pamiętać o skupieniu, aby się nie wyłączyć. Potem można się już przyzwyczaić.
5/6