niedziela, 1 maja 2016

Sandor Marai „Żar” – audiobook, czyta Mariusz Bonaszewski



Powieść czy może raczej spore opowiadanie jest tak niezwykłe i tak zachwycające, że po lekturze postanowiłam nieco zmienić sposób oceniania książek. Szóstka będzie od tej pory oceną absolutnie wyjątkową, którą będę dawać tylko arcydziełom. Jeżeli wahałabym się, czy coś zasługuje na tą szóstkę, to oznacza, że jednak nie. „Żar” bez jakichkolwiek wątpliwości jest arcydziełem. Odsłuchałam go już ze 2 tygodnie temu i nie mogę ochłonąć. Po tej lekturze nie tylko zmodyfikowałam  nieco sposób oceniania książek, ale też nabrałam ochoty na czytanie pisarzy mniej znanych. Do tej pory raczej, raczej , bo jednak nie zawsze, wolałam już tych twórców, którzy mają wyrobione nazwiska. I rzadko kiedy , sporadycznie wręcz sięgałam po pozycje, napisane w mniejszych krajach. Stawiałam na tych, co potrafią się wypromować, Wielką Brytanię, USA, Francję, Niemcy, Rosję itp.   

     „Żar” napisany jest wspaniałym językiem, językiem jakim pisze się Wielką Literaturę. Po kilku zdaniach wiadomo już, że czyta się, czy słucha czegoś wielkiego. Podczas słuchania byłam porażona głębią rozważań psychologicznych . Marai pod tym względem może być porównywany jedynie  do Javiera Mariasa. I właśnie skupienie się przez autora na psychologii postaci jest największym atutem tego dzieła. Chociaż powieść obejmuje okres całego życia dwojga ludzi, polityki tu nie ma. Historia jest w niewielkim zakresie, takim, jaki musi być , gdy opowiada się o całym życiu człowieka. Nikt  nie żyje w próżni.

     Akcja rozgrywa się w ciągu jednej doby. Do starego bardzo już Henrica, Węgra, przyjeżdża z zapowiedzianą wizytą dawny przyjaciel, Konrad.  Obaj panowie byli wcześniej żołnierzami, a znali się praktycznie od dzieciństwa. Henric pochodził z zamożnej rodziny, a rodzice Konrada z kolei klepali biedę. Panowie nie widzieli się  przez 41 lat, wcześniej natomiast byli najbliższymi przyjaciółmi. Rozmawiają ze sobą całą noc. W przypadku tego dzieła trudno mówić o spojlerze. Przebieg najważniejszych wydarzeń z grubsza wiadomy jest już od samego początku, najważniejsze jest zaś to, dlaczego bohaterowie zachowali się kiedyś , w z pozoru zamierzchłej przeszłości w ten, a nie inny sposób. Jak się można domyślić, poróżniła ich kobieta, Krystyna, nieżyjąca już żona Henrica, w której kochał się Konrad. 41 lat przed opisywanym spotkaniem Konrad podjął nagłą decyzję i wyjechał w tropiki. W trakcie rozmowy dowiadujemy się, co tak naprawdę łączyło Krystynę z każdym z mężczyzn.  

        Podczas rozmowy mężczyźni nie tyle  wspominają dawne dzieje, co próbują wytłumaczyć sobie powstałe tajemnice. Snują też rozważania. Najwięcej mówi się o przyjaźni. O miłości też mówią, ale znacznie mniej. Obawiam się, że pogłębienie tutaj   tych rozmyślań może wyjść płasko. Ale spróbuję. Henrik zastanawia się, czy  znajomość z Konradem rzeczywiście była kiedykolwiek przyjaźnią. Wziął pod uwagę różnice majątkowe, które mogły być przeszkodą w tej relacji. O ile dla niego, bogatego, nie było to problemem, to dla biednego Konrada, było odwrotnie. Po 41 latach rozmyślań  doszedł do wniosku, że jego bogactwo był dla Konrada nie do przyjęcia. Wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Po latach przypomniał sobie wszystkie przesłanki, które powinny wcześniej doprowadzić go do takiego wniosku. Dzieliła ich też muzyka. Henric nigdy jej nie czuł, a Konrad kochał. Konrad potrafił rozmawiać z Krystyną za pomocą muzyki, bez słów. Dla Konrada muzyka była czymś najważniejszym na świecie. Z biegiem lat Konrad zaczął miewać przed Henrickiem tajemnice, zamieszkał w  pięknym mieszkaniu, do którego Henrica nigdy nie zaprosił. Henric   po latach uzmysłowił sobie, że dzieliło ich zbyt wiele i że te różnice już na początku skazywały tą znajomość na fiasko. A ostatecznie tą niby przyjaźń pogrzebały tajemnice Konrada. Nie każdy z tymi tezami się zgodzi. Znam osoby, które uważają, że zupełnie różni ludzie mogą się przyjaźnić. Ja uważam, że jest tak, jak pisze Marai.

     W miłości według Henrica, czyli Sanddora Maraia ,  jest podobnie, najbardziej przyciągają się przeciwieństwa, ale  szanse stworzenia przez dwie zupełnie różne osoby udanego związku są właściwie żadne. Może jest to dobre jedynie pod względem genetycznym, dla potomstwa. Wszyscy o tym wiedzą, ale tak to się kręci. Każdemu wydaje się, że jemu się uda.

     W przypadku audiobooka gigantyczne znaczenie ma osoba czytającego. Bonaszewski czyta fenomenalnie, trudno się od słuchania oderwać.  Nie wiem, jak on to zrobił, ale słuchałam z zapartym tchem. Chociaż Bonaszewski nie ma 80 czy 90 lat, miałam wrażenie, że słucham człowieka, który wszystko widział i wszystko wie.

6/6

   

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Hanna Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem. Wyjątkowo długa linia” – audiobook, czyta Maja Ostaszewska



Jest to jeden ze wspanialszych audiobooków, jakie słyszałam. Znam już od dawna i „Zdążyć przed panem Bogiem” i „Wyjątkowo długa linię”. W tym przypadku interpretacja Ostaszewskiej jest absolutnie wyjątkowa. Gdy zaczynałam słuchać audiobooków, wszystkie interpretacje wydawały mi się takie same. Tak było do czasu, gdy trafiłam na „Paragraf 22” w wykonaniu Krzysztofa Globisza. Czytał tak fenomenalnie, że nikt  nie musiał mi tłumaczyć, na czym polega rewelacyjna interpretacja. Potem na trafiłam na „Już nic nie muszę” w wykonaniu Blanki Kutyłowskiej, którego nie dało się słuchać . Też już wiedziałam, na czym polega koszmarna interpretacja.

    Maja Ostaszewska  idealnie pasuje do głębszych ról. W tym przypadku „Zdążyć przed Panem Bogiem” czytała tak, jakby faktycznie to ona rozmawiała z Edelmanem.  I jakby po raz pierwszy słyszała o tych makabrycznych kolejach losu mieszkańców getta. W jej głosie słychać autentyczne niedowierzanie .  Nie wiem, jak ona to zrobiła, jest wielką artystką. Wszyscy chyba już przywykliśmy  do opowieści o wojnie czy getcie żydowskim. Brzmi to strasznie, ale te opowieści  chyba nie robią już większego wrażenia.  Ostaszewska czyta zaś tak, że tekst ponownie zyskuje siłę rażenia. Poza tym czyta ona niezwykle subiektywnie. Każdy czytając,  na inne fragmenty położyłby nacisk. Wielokrotnie dzięki np. jej podniesionemu głosowi , czy np. chwili ciszy, zwróciłam uwagę na coś, co mogłoby mi umknąć podczas zwykłego czytania.

      Wydawało mi się, że oba teksty pamiętam dość dobrze. Okazało się, że wcale tak nie jest.  Gdy czytałam je po raz pierwszy skupiałam się na faktach. Teraz fakty były mi już w pewnym zarysie znane. Teraz nie odbierałam tych tekstów wyłącznie w kategoriach tego, co minęło. Odczytywałam je również jako opowieści o ludziach w sytuacjach ekstremalnych, o tym jak to się dzieje, że jedni zachowują się wówczas jak świnie, inni jak bohaterowie, a większość chce tylko przeżyć. Jak to się dzieje, że właśnie ta konkretna osoba zachowuje się właśnie tak, a nie inaczej? Co o tym decyduje? Czy wychowanie? Niekoniecznie. Czy wyznawana religia? Jak wynika z opowieści, również nie.  W pewnym stopniu pozostanie to zagadką.    Przywódcy powstania w getcie pochodzili z rodzin niczym się nie wyróżniających.  Mordechaj Anielewicz był synem przekupki, która sprzedawała ryby i jeszcze przy tym oszukiwała, że niby są świeże. On jej w tym pomagał. Nic nie wskazywało na to, kim potem on się stanie.

          Co dziwne, zaczęłam odnosić tekst również do sytuacji wcale nie aż tak ekstremalnych, ale do tych bardziej zbliżonych do normalności. U mnie w pracy raz na jakiś czas odbywają się redukcje etatów. Nie wiadomo, kto wyleci. Niektórzy się boją, inni snują intrygi, jeszcze inni chcą kogoś pogrążyć, aby samemu ocaleć. W tekście Krall , Edelman mówi, że ci, co się bali, wyglądali strasznie brzydko, zmieniała im się twarz. Ci co nie bali się, wyglądali pięknie. To spostrzeżenie ma zastosowanie chociażby do wspomnianych przeze mnie wcześniej sytuacji. To tylko przykład pierwszy z brzegu.

    Do tego audiobooka z pewnością jeszcze powrócę.

6/6

czwartek, 21 kwietnia 2016

„Pochłaniacz” – Katarzyna Bonda – audiobook, czyta Agata Kulesza

Katarzyna Bonda, POCHŁANIACZ, 1 CD-MP3


Zaniedbałam się ostatnio nieco w pisaniu. Nie wynikało to z braku chęci, ale z braku czasu i  z licznych wyjazdów. Mogłam jednak słuchać audiobooków i co nieco czytać, w tym się nie zaniedbywałam.   Teraz zabiorę się więc do pisania intensywniej.

    Katarzyna Bonda była mi znana ze słyszenia , nigdy wcześniej po nią nie sięgnęłam. Odstraszał mnie od niej  prezentowany przez nią w wywiadach tupet i porażająca pewność siebie. Ale pomyślałam, że skoro jej twórczość tak bardzo się podoba wielu osobom, to może jednak dobrze pisze. Dawno temu nie czytałam czegoś tak  koszmarnego. Po lekturze czułam się tak, jak po zjedzeniu czegoś niestrawnego. Było to obrzydliwe, nudne , napakowane masą różnorakich wątków, wypaczające obraz rzeczywistości. Bonda totalnie mi nie leży. Kilka lat temu poznałam „Miłośnicę” Marii Nurowskiej i od tego czasu jest to dla mnie    przykład skrajnego kiczu. Myślałam, że żadna książka nie będzie w stanie tego przebić. Bonda była jeszcze gorsza. „Miłośnica” była niedorzeczna, ale słuchało się jej nie najgorzej. Od kiedy piszę bloga, „Pochłaniacz”  to najgorsza książka z przeczytanych czy wysłuchanych.   

                Wydarzenia rozgrywają się współcześnie, ale w pierwszych rozdziałach jest mowa o okresie o około 20 lat wcześniejszym, potem jest zaś cała masa nawiązań do tego czasu. Jeśli ktoś nie zapozna się z tą częścią uważnie, to będzie miał problem ze zrozumieniem reszty. Prawdopodobieństwo zaistnienia takiego ciągu wydarzeń oceniam na oscylujące wokół zera. Jest to całkowicie wydumane. W części pierwszej , tej wcześniejszej , pokazany jest głównie  romans nastolatków, a do tego dochodzi cała masa innych wątków. Chłopak pochodził z rodziny , w której rządził gangster o pseudonimie „Słoń”. W całej książce polska rzeczywistość pokazana jest jako totalne dno, wszystkie instytucje państwowe pokazane są jako skorumpowane i nieudolne, a jakichkolwiek autorytetów brak.  Kler jest równie koszmarny.  Ludzie są kłamliwi, słabi , głupi, zakłamani, wszyscy coś ukrywają .  „Słoń” pociąga za wszystkie możliwe sznurki, korumpuje kogo się da, a da się wszystkich , zabija kogo chce. Główny wątek w drugiej części  to zabójstwo znanego piosenkarza, doszło do niego w nocnym klubie, podejrzewano o to barmankę.

        Jedynym pozytywnym bohaterem jest główna bohaterka, Sasza, psycholog, specjalizująca się w sporządzaniu portretów psychologicznych.  Jej „mądrości” są porażająco idiotyczne  . Czytając o książkach Bondy spodziewałam się, że Sasza będzie kimś na wzór głównego bohatera z trylogii Javiera Mariasa  „Twoja twarz jutro” , czyli naprawdę wybitnym psychologiem, potrafiącym przewidzieć, jak za ileś tam lat zachowa się w określonej sytuacji dany człowiek. Porównywanie  Bondy do Mariasa to jednak niemal świętokradztwo. Saszę stać jedynie na „porażające odkrycia” w stylu, że   może barmance ktoś pomagał, lub że może w ogóle strzelał kto inny.

     Nie wiem, jaki był cel napisania tej książki, nie jest to nawet rozrywka . To irytująco długa opowieść o wszystkim i o niczym. Jedyny jej cel to chyba obrzydzenie wszystkiego, co jest wokół nas. Rzeczywistość, opisywana przez Bondę przypomina opisy przestępczości w Ameryce Południowej czy Afryce, gdzie panuje totalne bezprawie.   

    Po Bondę nigdy więcej nie sięgnę, jestem tego pewna. Nie potrafię znaleźć  żadnego plusa tej powieści, gdyby nie olbrzymie samozaparcie i chęć dogłębnego sprawdzenia, czy czegoś wartościowego tam nie ma, przerwałabym słuchanie.

1/6

niedziela, 10 kwietnia 2016

Krzysztof Pałys OP, Szymon Popławski OP - „Zapach pomarańczy”

Okładka książki Zapach pomarańczy. Życie dominikańskie z innej perspektywy           


Po lekturze byłam mocno i zrelaksowana i podbudowana, to  zaskakująca, pełna humoru opowieść o Zakonie Dominikanów, napisana przez dwóch zakonników, Dominikanów oczywiście . Większości ludzi zakony kojarzą się z powagą i nudą, jest to jednak na szczęście tylko stereotyp. Rzadko kiedy można spotkać tak pogodną i budującą książkę. Zaliczyłabym ją do nurtu literatury, pisanej z pasją przez ludzi, którzy kochają to, co robią. Wspaniale i z humorem o pracy weterynarza pisze  James Herriott, a takie podejście do życia nie jest zbyt  częstym zjawiskiem . „Zapach pomarańczy” czyta się szybko, jest to lektura lekka, a ułatwiają ją jeszcze różnego rodzaju zabawne rysunki. Zaczęłam ją czytać w niedzielę ubiegłego tygodnia, tego samego dnia ją skończyłam  i miałam jeszcze czas na inne zajęcia. Naprawdę jest to rzecz warta polecenia.

      Autorzy podchodzą do tematu bardzo subiektywnie, w tym sensie, że opisują to, co ich zdaniem jest najważniejsze, zarówno w odniesieniu do przeszłości i do teraźniejszości Dominikanów. Wyróżnikiem, który najściślej charakteryzuje Dominikanów, jest humor i to starają się oni udowodnić.  Po raz pierwszy właśnie w tej książce spotkałam się ze spojrzeniem na świętych pod kątem tego, czy mieli oni właśnie poczucie humoru.  I po raz pierwszy spotkałam się też z napisaną pół żartem – pół serio tezą, że  najwięksi święci mieli największe poczucie humoru i dystans do siebie. Teza ta jest  całkowicie przekonująca, nie wiem, czy wszystkich, ale  mnie z pewnością.   Ponieważ Dominikanie powstali jako zakon kaznodziejski, nacisk kładą właśnie na  umiejętność mówienia do ludzi  - to kolejna cecha ich charyzmatu. Inne cechy to chociażby indywidualizm. W jednej z licznych przytaczanych anegdot ktoś pyta Dominikanina, jakie Dominikanie mają poglądy polityczne. Odpowiedź brzmi – każdy swoje. W książce jest trochę o powstaniu zakonu, ale absolutnie nie jest to powieść o jego historii. Ojcowie piszą też i o innych czynnikach, które stanowią o unikalności tej formacji, opisują podejście do nauki, rozwoju intelektualnego, do modlitwy. O modlitwie dominikańskiej jest sporo, w tym przypadku stawiają na prostotę, bez udziwnień i zbędnych komplikacji. A rozwój intelektualny to jeden z priorytetów zakonu.  Uchylają tez zasłonę milczenia wokół samego sposobu życia w zakonie,  a wiec jak zakonnicy się są w stanie ze sobą dogadać, gdy przebywają  razem niemal całą dobę.  

        Mimo niewątpliwego subiektywizmu i zaangażowania , autorzy mają świadomość, że w ich zakonie są w stanie odnaleźć się jedynie nieliczni. Poza kwestią powołania, trzeba dobrze czuć się w takim właśnie środowisku, a nie innym. Wiedzą, że są osoby, które lepiej będą się odnajdowały w innych zakonach. To kwestia charakteru i indywidualnych predyspozycji. Całość pisana jest z dużym dystansem . W innej anegdocie ktoś pyta zakonnika, czy nie miał ochoty kiedyś wystąpić z zakonu. Tym razem odpowiedź brzmi, że wystąpić nie miał ochoty nigdy, ale za to kilkakrotnie miał zamiar zabić kilku braci.  „Zapach pomarańczy” nie jest książką z jakąś wielką głębią, nie ma tam drugiego, czy trzeciego dna. Ale autorzy nie aspirują do bycia Tołstojem, czy innym wielkim pisarzem . jeśli ktoś miałby ochotę zgłębić temat, może sięgnąć do innych głębszych i poważniejszych pozycji, na zakończenie podana jest bibliografia, obejmuje ona głównie  pozycje książkowe, ale też i strony internetowe a także artykuły prasowe.

   Poleciłabym tą książkę zarówno wierzącym, jak i niewierzącym, a nawet i antyklerykałom. Napisana jest w ten sposób, że nikogo nie obraża i do niczego nie prowokuje.  Autorzy nie nawracają nikogo na siłę, nie polemizują z osobami wrogo do nich nastawionymi.  A poza tym pozycja ta wydana została przez godne uwagi dominikańskie wydawnictwo „W drodze”.  Na jego stronie internetowej można znaleźć sporo ciekawych pozycji do czytania.

5/6

niedziela, 3 kwietnia 2016

Juliusz Verne „Dookoła księżyca” – audiobook, czyta Janusz Zadura



WOKÓŁ KSIĘŻYCA
Jest to jedna z oryginalniejszych i chyba najbardziej ryzykowna z książek Juliusza Verne , to druga cześć  powieści „Z Ziemi na Księżyc” , którą ostatnio słuchałam. To doskonałe oderwanie od wszystkich bieżących spraw, rzecz bowiem rozgrywa się w kosmosie, w trakcie tytułowego lotu z Ziem na Księżyc. Nazwałam ją ryzykowną, bo sam autor już z założenia zminimalizował możliwości przygód trójki bohaterów. Trójka śmiałków znalazła się bowiem z rakiecie – pocisku, wystrzelonym z gigantycznej armaty i nie mieli jakiejkolwiek możliwości sterowania tym pojazdem. Zdani byli  całości na okoliczności zewnętrzne. Nie mogli  oczywiście w trakcie podróży wychodzić z pocisku. W „20 00 tysiącach mil podmorskiej” żeglugi śmiałkowie zwiedzali różne miejsca, tutaj tych opcji nie było. Mogli jedynie obserwować przez małe okienko, co dzieje się na zewnątrz.   Prawdopodobnie znaczna część ludzi nudziłaby się w takich warunkach. Oni nie nudzili się. Czym się zajmowali, każdy czytelnik czy słuchacz może z łatwością się dowiedzieć.

     Słuchając audiobooka byłam przeświadczona, że cała załoga wróci zdrowa i szczęśliwa z powrotem, słuchałam więc wszystkiego bez napięcia, w luźnej atmosferze. W książce nie ma tych złych , denerwujących elementów, które z reguły towarzyszą ludziom w wielu okolicznościach, np. rywalizacji, podgryzania itp. Tutaj śmiałkowie muszą być solidarni, są sobie potrzebni.  Atmosfera jest iście nieziemska, toczą się rozmowy o kosmosie, o Księżycu i o innych ciałach niebieskich. Pocisk mało co nie został zniszczony przez pędzący meteoryt. Nigdy nie interesowały mnie tego typu sprawy, ale w trakcie słuchania wszystko wydawało mi się coraz bardziej interesujące.  Przykładowo opisane jest, jak nadawano nazwy różnym formacjom na Księżycu, górom, morzom, szczytom i innym. Co wydawało się ludziom najbardziej warte utrwalenia w ten sposób? Albo dlaczego jedna strona Księżyca jest niewidoczna?

             Zadura czyta świetnie, kosmiczny dźwięk na końcu każdego rozdziału robi wrażenie prawdziwej podróży w kosmos.      

4/6

niedziela, 20 marca 2016

Aleksandra Łojek „Belfast. 99 ścian pokoju”


 Okładka książki Belfast. 99 ścian pokoju           

   Wydawnictwo „Czarne” i nazwisko Stasiuk są dla mnie gwarantem dobrej książki. Mimo, że nie jestem ani fanką reportażu, ani fanką podróży,   ani nawet nie byłam w Belfaście i nie znam nikogo, kto tam mieszka, ten tytuł mnie zaintrygował.  W „Angolach”  Ewy Winickiej był rozdział o Polakach, którzy okazyjnie kupili dom w Belfaście. Błyskawicznie okazało się, że w pobliżu domu  niemal stale rozgrywają działania, przypominające wojenne, nacierają na siebie katoliccy Irlandczycy i protestanccy Brytyjczycy, obrzucają się kamieniami , wybijają szyby, podpalają samochody. Tekst ten był na tyle intrygujący, że sięgnęłam po coś głębszego w tym zakresie. Aleksandra  Łojek, Polka, mieszka obecnie w Belfaście, a jej książka – reportaż,  jest o tym, co właściwie dzieje się w tym mieście. Mimo, że jako tako orientuję się, co dzieje się w świecie, byłam podczas czytania w totalnym szoku.  Wojna religijna, strzelaniny czy podkładanie bomb, nie są przeszłością. Nienawiść króluje tam nadal.

     Każdy rozdział poświęcony jest oddzielnemu zagadnieniu, właściwym dla współczesnego Belfastu, tj.  samobójstwom, strzelaninom, alkoholizmowi itp.   Nie będę szczegółowo opisywać źródeł czy przebiegu konfliktu. Generalnie rzecz biorąc, północna część Irlandii stanowi część Wielkiej Brytanii, z czym Irlandczycy nie są w stanie się pogodzić.  O to, czy to terytorium powinno przynależeć do Irlandii, czy Wielkiej Brytanii, toczył się przez około 30 lat konflikt, oficjalnie zakończony w 1998r. porozumieniem. Konflikt najbardziej widoczny był właśnie w Belfaście. Na mocy amnestii wszystkie osoby, odbywające wyroki z zabójstwa polityczne czy terroryzm zostały wypuszczone .  To tak jakby zaraz po wojnie żyć mieli w Polsce w bezpośrednim sąsiedztwie Polacy, Niemcy, Żydzi i Ukraińcy. Tyle tylko, że w Irlandii nie ma jasnego podziału na katów i ofiary. Wszystko, co obecnie rozgrywa się w Belfaście, jest odmienne od tego, co nazywamy normą.

    Strzelaniny czy podkładanie ładunków wybuchowych trwają nadal, nie jest tylko tak intensywne, jak przed porozumieniem. Policja ma procedury postępowania odmienne od procedur, stosowanych w innych miastach. Przykładowo gdy  pali się samochód, w każdym innym miejscu przyjeżdża policja i straż pożarna,  zaraz po przyjeździe służby te zaczynają pracę. W Belfaście w takim przypadku najpierw bierze się pod uwagę pułapkę i bombę. Na miejsce przybywają antyterroryści w kominiarkach, którzy odgradzają określoną część terenu na wypadek wybuchu.

    Policja ma problem , kogo zatrudniać. Według przepisów powinno być pół na pół Irlandczyków i Brytyjczyków. Ale policja reprezentuje Wielką Brytanię i wśród Irlandczyków jest mniej chętnych, aby tam pracować. Wśród irlandzkiej społeczności takie zatrudnienie oznacza zdradę i zdarzają się zamachy na policjantów tylko dlatego, że są policjantami.   Opisany jest przypadek policjanta, któremu z powodu zatrudnienia w policji podłożono ładunek wybuchowy w samochodzie  , stał się kaleką. A ponieważ wybuch nastąpił, gdy nie był on w pracy, nie dostał nawet odszkodowania.  

      Wiele osób nie jest w stanie żyć bez bliskich, którzy zginęli w różnych zamachach. Wielu nie może z kolei żyć z bezustannymi wyrzutami sumienia. W tym miejscu jest wyjątkowo wysoki odsetek samobójstw. Nietypową formą samobójstwa jest pójście do pubu strony przeciwnej, tzn. Irlandczyk idzie do brytyjskiego, a Brytyjczyk do irlandzkiego i tam ten ktoś mimochodem rzuca, że np. był w IRA i zabił kilka czy kilkanaście osób. W przeważającej większości wypadków oznacza to śmierć.

    Autorka opisała też sytuację najmłodszego pokolenia, zwykłą parę, chłopaka i dziewczynę, którzy mieszkają w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie. Dziewczyna jest Polką, protestantką, a chłopak pochodzi z rodziny irlandzkich katolików. Mieszkają po dwóch różnych stronach muru. Gdy chcą go obejść, nie mają już do siebie tak blisko. Ale to najmniejszy problem. Dziewczyna nieopatrznie napisała na facebooku, z kim się  spotyka. Zaczęła być śledzona, pojawiły się groźby. Para  za tą znajomość mogła zapłacić nawet i życiem. Jeśli chcą się spotkać, mogą to robić tylko w centrum miasta, gdzie jest nadzieja, że nikt się nie zorientuje, ale dojechać tam i wrócić każde musi oddzielnie.  

        Każdy rozdział jest intrygujący na swój sposób. Warte uwagi były chociażby przykłady nawróceń podczas odsiadek w więzieniach. Dotyczyło to także osób, które sprawcami zamachów. Zdarzało się, że ktoś siedział za określony czyn, a przyznawał się do innych jeszcze zabójstw. Wtedy, kiedy się przyznawał,  nie mógł przewidzieć, że za ileś lat zostanie objęty amnestią. 

     Książka napisana jest ciekawie,  nie ma nudy, intryguje od samego początku. Czyta się ją tak dobrze, jak czytuje się kryminały. Brakowało mi tylko zdjęć. W „Angolach” zdjęcia idealnie dopełniały tekst, a nie było ich dużo, jedno do każdego rozdziału. Tutaj jedno zdjęcie na okładce to stanowczo za mało. Nieco naiwna wydawała mi się  wiara autorki w różnorakie programy państwowe, czy unijne , mające na celu łagodzenie konfliktu i integrowanie wrogich sobie społeczności.  Polegają one na np. spotkaniach w świetlicy czy pomocy psychologicznej. Moim skromnym zdaniem tego rodzaju programy obejmują nieznaczny odsetek ludności, a całościowo konflikt ma może szanse wygasnąć za dwa czy trzy pokolenia. Ale z drugiej strony lepsze chyba są takie programy, niż załamanie rąk i stwierdzenie, że nic się nie da zrobić. A najwięcej zależy od zwykłych jednostek. W książce podane są też i przykłady, nieliczne, że ludzie mają już tego dojść i   podejmują próby otwierania bram, w sensie dosłownym. Próby te są szalenie ryzykowne i nie wiadomo, jaki ostatecznie efekt będą miały tego rodzaju posunięcia.

     Mnie osobiście podczas czytania pojawiały się refleksje nad zacietrzewieniem i zantagonizowaniem się ludzi. W Belfaście sprawy zaszły tak daleko, że trudno wymagać od rodzin zabitych ludzi, aby jednali się z zabójcami. Ale u nas, w naszym kraju, antagonizmy w społeczeństwie są coraz większe. I w skali mikro i w skali makro. I każdy ma na tym polu coś do zrobienia, nienawiść wynosi się z domu i z podwórka. Znam przypadki, że ktoś zrywa z inna osobą kontakt tylko dlatego, że ten drugi głosował na inną partię. Może, aby nie dopuścić do takiej sytuacji, jak w Belfaście, warto się nad tym zastanowić.    

5/6

wtorek, 15 marca 2016

James Herriot „To nie powinno się zdarzyć”


To druga część cyklu „Wszystkie stworzenia duże i małe”. Uwielbiam książki Herriota, jest tam miłość, przyjaźń,  zwierzęta, piękne krajobrazy, radość życia , humor. Rewelacja. Pisałam już o pierwszej części , czyli „Jeśli tylko potrafiłyby mówić”. Część druga jest jeszcze lepsza od pierwszej, autor ma już wprawę w pisaniu. Cały czas pisze o swoim życiu. W pierwszym tomie młody weterynarz przybył na angielską prowincję i rozpoczął praktykę u nieco bardziej doświadczonego weterynarza, Siegfrida  Farnona. Wkrótce zamieszkał z nimi młodszy brat Siegfrida, Tristan, który chociaż był bardzo błyskotliwy , woląc zabawy, randki, tańce itp. nie był w stanie uporać się ze skończeniem studiów.

     W tomie drugim sceneria jest ta sama. Konstrukcja książki również jest tożsama. W każdym rozdziale opowiedziana jest historia jakiegoś zwierzęcia, któremu nasz weterynarz udziela pomocy. Równolegle do tego toczy się oczywiście prywatne życie bohatera, w tym właśnie tomie się on zakochuje . Perypetie  związane z pierwszymi randkami są szczególnie komiczne. O ile udzielając pierwszej porady weterynaryjnej na farmie ojca Helen, młody lekarz zaprezentował się dobrze, o tyle drugie spotkanie było absolutnym fiaskiem.  Gdy patrzy się na to z boku, jako czytelnik, a nie jako bohater wydarzeń, to drugie spotkanie można określić jako czysty komizm. Zabawne są też fragmenty z Tristanem i jego wieczny konflikt z bratem, w tym tomie przykładowo Tristan rozbił dwa samochody Sigfrida, w tym jeden szczególnie wypieszczony i ukochany.  Znajomość pierwszego tomu nie jest potrzebna, jeśli ktoś go nie czytał, to wiele stracił, ale można zacząć czytanie również i od drugiego tomu.

     Każdy niemal rozdział nadawałby się do druku jako odrębne opowiadanie. Każdemu inne rozdziały utkwią w pamięci bardziej, niż inne. Mnie szczególnie podobał się chociażby rozdział o wizycie u chorej krowy na jednej z farm. Rolnik  i jego rodzina klepali biedę, a utrata krowy byłaby dla nich tragedią. Krowa była niestety zaatakowana przez chorobę, która w tamtych czas z reguły bywała śmiertelna. Herriot wyjeżdżając po pierwszej wizycie nie za wiele  mógł zrobić i spodziewał się, że drugiego dnia krowa nie dożyje. Kolejnego dnia  była ona jednak niemal całkowicie zdrowa. Co się stało? Rolnik całą dobę spędził przy krowie, mówił do niej, głaskał ją, masował.  Siedział przy niej całą noc. Weterynarz nie był w stanie sobie do końca tego wytłumaczyć, ale wiedział, że to dzięki temu rolnikowi krowa przeżyła.

       Dla mnie szczególnie fascynująca jest ta radość życia. Tak, jakby autor był po tej jasnej jego stronie , jak w tytule ostatniego  filmu Majewskiego. Nie idealizuje on niczego. Widzi wszystkie wady swoich przyjaciół, czasem ma ich dość i trudno mu z nimi wytrzymać, ale zawsze zwyciężają ich zalety,   a właściwie ich świadomość.

     Książki Herriota wznawia obecnie Wydawnictwo Literackie , ale nie wiem dlaczego tylko 3 tomy, w sprzedaży są „Jeśli tylko potrafiłyby mówić” i „To nie powinno się zdarzyć”. Trzeci  tom „Nie budźcie zmęczonego weterynarza” jest dopiero w przygotowaniu. W całym cyklu tomów było jednak zdecydowanie więcej. Na allegro też nie wszystkie pozostałe są dostępne.   Pozostaje więc polowanie na poszczególne egzemplarze. Dla mnie jest to coś absolutnie wyjątkowego.

6/6   

    

sobota, 12 marca 2016

Javier Marias „Jutro w czas bitwy o mnie myśl”

Okładka książki Jutro, w czas bitwy, o mnie myśl          


 

        Javier Marias to moim zdaniem jeden z  najwybitniejszych pisarzy współczesnych. Czytałam kilka z jego książek, pisałam tutaj o nich, a jego trylogia „Twoja twarz jutro” stała się jedną z moich ulubionych .  Nie jest z pewnością twórcą prostym w odbiorze, pisze długimi zdaniami, nie da się jego dzieł chłonąć błyskawicznie , jak np. można to zrobić z kryminałami. Do tego podejmuje tematy trudne i mroczne.  W jego powieściach jest mało, a niekiedy bardzo mało akcji. Jest za to masa rozmyślań,  głównie psychologicznych. I Marias jest dzięki temu mistrzem psychologii, nikt nie potrafi tak głęboko kogoś prześwietlić , jak on. Te głębokie rozważania psychologiczne to niejako jego „znak firmowy”.

    „Jutro w czas bitwy o mnie myśl” opowiada o dość nietypowej sytuacji. Żyjący współcześnie Wiktor, rozwodnik,  został zaproszony przez dopiero co poznaną Martę do domu na kolację. Marta była mężatką, matką małego chłopczyka, a jej mąż wyjechał na delegację. Obie strony nie miały jasno sprecyzowanych oczekiwań wobec tego wieczoru, każdy   czekał , jak się to wszystko potoczy. W  trakcie pobytu Victora u Marty kobieta źle się poczuła i zmarła. Victor uciekł , potem zaś dręczyły go wyrzuty sumienia, czy dziecku nic się nie stało, kiedy i kto chłopczyka  znalazł. Postanowił   poznać rodzinę Marty.

     Każdy inaczej odbiera powieść. Dla mnie najciekawsze były opisy, jak każdy członek rodziny Marty odnalazł się w tej trudnej sytuacji. Większość rozmyślań i obserwacji poświęconych jest właśnie temu zagadnieniu.    Ojciec Marty załamał się i błyskawicznie znalazł winnego, winnym stał się dla niego mąż Marty, który niepotrzebnie wyjechał, bo gdyby nie wyjechał, to może nic by się nie stało. Siostra Marty z kolei  skoncentrowała się na empatii i działaniu. Przejęła opiekę nad osieroconym chłopczykiem, a nawet zaoferowała, że w ogóle na stałe może się nim zajmować.  Mąż, a właściwie wdowiec, skoncentrowany był na sobie i na tym, co on przeżywał podczas swojego wyjazdu  do Londynu. I druga rzecz, która go interesowała, to kim był mężczyzna, z którym jego żona spędziła wieczór. O synu specjalnie nie myślał. W  trudnych sytuacjach, gdy nie ma czasu na udawanie i trzeba działać błyskawicznie, odsłaniają się ludzkie charaktery i tak właśnie jest w tym wypadku.  Co więcej, Victor już na pogrzebie, gdy przyjrzał się rodzinie, zorientował się, kim oni tak naprawdę są.  To co napisałam tutaj, to oczywiście tylko bardzo krótkie nawiązanie do tego, co autor pisze, dopiero czytając książkę można śledzić, co on widzi, jaki i dlaczego wyciąga z tego wniosek.  

     Marias pisze też o tym , jak ludzie zafałszowują swój obraz i przed innymi i nawet przed sobą samym. Vivtor np. sam przed sobą  mętnie tłumaczył, że nie mógł postąpić inaczej, jak zostawiając dwuletnie dziecko samo w nocy. Ciekawa jest też opowieść męża o tym, co tak naprawdę  robił w Londynie, gdy jego żona zabawiała się z Victorem. Opowiadając, przedstawiał przebieg wydarzeń  w specyficzny sposób. Nie trzeba tylko takich sytuacji ekstremalnych, Marias opisuje to zjawisko nawet na banalnych przykładach. Ludzie udają , że są kimś innym, trzymając masę rzeczy w ukryciu.  Potem gubią się w tym, kim są, czy kim byli.

     Książka jest dobra, ale z twórczości Mariasa dla mnie najlepsze są cały czas „Twoja twarz jutro”, która jest arcydziełem i „Zakochania”. „Jutro w czas bitwy o mnie myśl” powstały w 1994r. Od tamtego czasu autor dojrzał. Późniejsza twórczość jest również dojrzalsza, chyba nawet jeszcze wnikliwsza.  Ale trzeba pamiętać, że mówimy cały czas o pisarzu z górnej półki, inni do takiego poziomu nigdy nie dorośli.      

5/6

sobota, 5 marca 2016

Juliusz Verne „Z Ziemi na Księżyc” – audiobook , czyta Janusz Zadura


             „Z Ziemi na Księżyc” to książka za mało doceniana. A mogą ją czytać czy słuchać zarówno dzieci, jak też i dorośli. Kipi wprost od entuzjazmu i optymizmu. Jest to opowieść o przygotowaniach do wyprawy na Księżyc, wyprawy oczywiście wymyślonej przez autora . Wydarzenia rozgrywają się po zakończeniu wojny secesyjnej.  Otóż jeden z członków Klubu Artylerzystów, Amerykanin, wpadł na pomysł wystrzelenia na Księżyc pocisku armatniego. Pocisk i armata musiały być oczywiście monstrualnych rozmiarów. Przy wsparciu innych osób ustalił plan, jak to ma się odbyć i go zrealizował. Pierwotnie w pocisku miało nie być załogi, zebrało się jednak 3 śmiałków, dwóch Amerykanów i Francuz, wśród nich sam pomysłodawca. Tom kończy się właśnie na wystrzeleniu pocisku, dalsze losy bohaterów i całego przedsięwzięcia opisane są w książce „Wokół Księżyca”.  

        Książka jest frapująca z wielu względów . Zaskoczeniem dla mnie był fakt, że wiele rzeczy, które miały miejsce podczas prawdziwej,  pierwszej wyprawy w kosmos, ponad 100 lat później, zostały przewidziane przez Verne’a. Miejsce wystrzelenia rakiety, czyli Floryda było to samo. Ta sama była długość statku powietrznego. W obu wypadkach załoga liczyła 3 osoby. Podobieństwa i różnice można wyliczać.  

          Nadal jednak nie to jest najważniejsze. Najwspanialszy dla mnie był entuzjazm, optymizm i humor .  Tak jest od samego początku. Członkowie Klubu Artylerzystów po zakończeniu wojny secesyjnej zagrożeni byli zachorowaniem na depresję, nikt już nie potrzebował ich opinii czy usług . I wtedy pojawił się ten pomysł. Wydawał się on całkowicie nierealny, ale jego entuzjaści nie znali słowa „niemożliwe” i wychodzili z założenia, że trudności są po to, aby je pokonywać. Gdy pojawili się chętni do tego, aby stanowić załogę, ryzykowali wszystko, ale duch przygody pokonał wszelki sceptycyzm. Myślę, że taki sam nastrój, jak w książce, musiał towarzyszyć osadnikom zdobywającym tzw. Dziki Zachód.   To idealna książka, aby wybić kogoś z marazmu.

    Jako dziecko uwielbiałam Verne`a. Moją ulubioną jego  książką pozostaje niezmiennie „20 000 mil podmorskiej  żeglugi”, kilka razy wracałam do niej jako osoba dorosła. „Z Ziemi na Księżyc” jest inne, ma większy rozmach.  Podczas słuchania cały czas czułam się , jakby ta książka była tylko zakąską, a prawdziwe danie główne to „Wokół Księżyca”.

    Wykonanie audiobooka jest rewelacyjne. Janusz Zadura jako lektor gwarantuje znakomite odczytanie i świetną lekturę, on nie czyta byle czego. Zadura czyta z humorem a tam gdzie trzeba i z dystansem. Przykładowo trudno mi sobie wyobrazić śmiertelnie poważne odczytanie tych fragmentów, gdzie członkowie Klubu Artylerzystów martwią się, że wojna się skończyła, a „co gorsze”, nie zanosi się szybko na następną.  Każdy rozdział kończy się kilkoma dźwiękami, które kojarzą mi się z futurystyką i kosmosem.   Nie wiem, co to za dźwięki,  niby taki drobiazg, ale tworzy niesamowity nastrój. Świetnym pomysłem było też dodanie wstępu, nie jest to wstęp Verne`a, tylko wydawcy, współczesny. Jest bardzo krótki i zawiera informację o tym, co w zakresie lotu na Księżyc Verne trafnie przewidział. Też niby drobiazg, ale po jego wysłuchaniu z jeszcze większym podziwem patrzę na Verne`a.

5/6

 

wtorek, 1 marca 2016

Evzen Bocek „Arystokratka w ukropie”

Okładka książki Arystokratka w ukropie           

 
„Arystokratka w ukropie”  to bez cienia wątpliwości arcyzabawna  książka i jedna z najśmieszniejszych, jakie kiedykolwiek czytałam. Pierwsza część, o której pisałam w marcu 2015r.  była gorsza, nie miałam wówczas zamiaru kupować części drugiej. Jak się okazało , część druga jest wyśmienita .

      Właściciele po odzyskaniu rodowego zamku w Czechach już się w nim zadomowili, przyzwyczaili nawet  do nowego życia i zatrudnili menedżerkę, która miała pomóc im zwabiać turystów i zarabiać jakieś pieniądze.  W tym właśnie tomie interes ten się rozkręca. O wszystkim opowiada , tak jak i poprzednio, córka Maria.  W tym tomie głównym tematem są turyści i różne śmieszne sytuacje z turystami .  Maria, czyli autor ma niewątpliwie dar obserwacji. Do tego nie moralizuje, nie popisuje się , nie udaje kogoś lepszego czy mądrzejszego, niż jest w rzeczywistości. Z dystansem opisuje różne scenki , które ewidentnie wskazują na porażającą chytrość i skąpstwo jej ojca. Poczucie humoru jest kwestią względną , jednego śmieszy to, drugiego tamto.  W tym tomie coś u mnie zaskoczyło, był rewelacyjny. Nie ma w nim już tego, co drażniło mnie w pierwszym tomie, nie ma żadnych scen, w których zwierzętom dzieje się krzywda, nie ma dowcipów z sikaniem i tego typu rzeczami.    

    Narratorka z dystansem opisuje i swą rodzinę i innych arystokratów, których udało jej się poznać. Okazuje się, jak można było przewidzieć, że nie są oni ani specjalnie mądrzy, ani nie mają innych pozytywnych cech, które wyróżniałyby ich od ogółu.  Poziomem wykształcenia czy życiową mądrością nie odbiegają od ogółu. Są za to w większości snobami. Według Bocka czeska arystokracja nie jest grupą szczególnie wartą poznania.

   Po tej lekturze nabrałam   apetytu na inne książki , nazwijmy to humorystyczne. Po zastanowieniu wygląda na to, że nie czytałam ich za wiele, w ogóle nie szukałam takiej lektury, przynajmniej ostatnimi czasy. Z ostatnio czytanych przypominam sobie „Nomen Omen” Marty Kisiel, o której pisałam w marcu 2015r. Pod względem humoru Bocek był jednak dla mnie dużo zabawniejszy.   Raz na jakiś czas wracam też do Chmielewskiej, najzabawniejszy dla mnie był chyba „Lesio”. Generalnie coś kiepsko to u mnie wygląda czytanie tego typu książek. A plusy są ewidentne. Podczas czytania „Arystokratki w ukropie” zapomniałam o całym świecie.

   Opisywanie tego, co jest w książce nie będzie w stanie oddać jej humoru, każdy musi sam się zorientować, czy mu odpowiada. Poza rozbawieniem zyskuje się też jeszcze pewną dawkę wiedzy o czeskiej arystokracji, o psychologii. Zaskoczeniem były dla mnie np. informacje o tym, że turyści są w stanie ukraść wszystko, kradną nawet papier toaletowy.   A autor, będąc kasztelanem na zamku, wie, o czym pisze. W książce nie ma polityki na całe szczęście.

   Część drugą można spokojnie czytać bez znajomości pierwszej. Na początku jest krótka informacja , kto jest kim, np. „Pan Spock – ogrodnik zamkowy, wyglądający jak pan Spock z serialu Star Treck. Muzyk i hipochondryk obawiający się raka, zawału, cukrzycy i Alzheimera, Parkinsona i łysienia, ponieważ na to wszystko chorował jego ojciec.”   Jest też krótko streszczone to, co działo się w części pierwszej.  
6/6

 

poniedziałek, 22 lutego 2016

Robert Graves „Ja Klaudiusz” – audiobook, czyta Mirosław Baka


Ja, Klaudiusz

 
   „Ja Klaudiusz” to chyba jedna z najbardziej znanych i najlepszych powieści historycznych. Nie dziwie się, że trafiła na listę 100 najlepszych powieści wszechczasów tygodnika „Time”. Czytałam ją już wiele lat temu, a serial oglądałam kilka razy. Opowieść o życiu cesarza Klaudiusza , a także o panowaniu cesarzy : Augusta, Tyberiusza i Kaliguli , zna chyba każdy.  Zastanawiałam się, co w tej książce takiego jest, że z wielką mocą przyciąga i cały czas przykuwa uwagę? Cesarz – narrator powieści,  to strzał w dziesiątkę, wyjątkowo ciekawy punkt widzenia.  Uroku dodaje niewątpliwie element tajemnicy, czyli przepowiednia Sybilli, o tym, że Klaudiusz uważany powszechnie za idiotę, zostanie cesarzem. Przez powieść przewija się motyw przeznaczenia i rozważanie, czy walka z przeznaczeniem, ma sens? I czy w ogóle coś takiego , jak przeznaczenie, istnieje? Każdy może sobie sam odpowiedzieć na to pytanie.    „Ja Klaudiusz”  jest dla mnie, jak rzadko inna książka, powieścią o władzy i o tym, jak władza deprawuje.  Im bardziej absolutna jest władza, tym deprawuje bardziej. Postawy innych ludzi wobec takiej władzy też są uniwersalne i wszystkie inne kwestie psychologiczne są oczywiście ponadczasowe.

          A czy poza samą przyjemnością czytania po raz kolejny , w tym przypadku słuchania, ta lektura coś jeszcze daje? Swoim zwyczajem ,  gdy sięgam po określoną pozycję po raz kolejny, oczekuję, że znajdę w niej coś, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi. Tym razem również tak było. Czasy opisywane w książce były dla wielu osób, szczególnie z rodziny cesarskiej  lub dworu ekstremalnie trudne, przynajmniej według Gravesa.  Wiele z nich zostało w taki czy inny sposób wyeliminowanych poprzez otrucie czy ścięcie lub inne, podobne metody . Jawne próby przeciwstawienia się komuś takiemu, jak chociażby Kaligula , równoznaczne byłyby z  wydaniem na siebie wyroku śmierci. Co więc pozostawało ? Klaudiusz wybrał metodę udawania idioty i nie mieszał się w sprawy rangi państwowej, do czasu oczywiście gdy został cesarzem.  Ale nie tylko. Znalazł sobie pewną niszę, czyli pisanie książek historycznych, co było jego pasją i  dzięki czemu robił coś pożytecznego. A w miarę możliwości starał się też pomóc innym. Rzadko kiedy było to wykonalne, ale zdarzały się niekiedy takie sytuacje. Metody pomocy były różne, np. raz w przypadku Kaliguli dla uratowania dwóch osób wystarczył humor i cytaty z wiersza. Niekiedy nie robił nic, wiedząc, że nic się nie da zrobić, a bezsensownie ginąć nie miał ochoty. To też ciekawa postawa. My jako naród borykamy się  z problemem powstań narodowych, czy były potrzebne, czy nie, czy pozbawiona szans na zwycięstwo, lub z minimalnymi szansami  walka , była do czegoś potrzebna. Graves  przedstawił swój punkt widzenia na tego typu sprawy.   

                Mam świadomość, że przekazanie pewnych wydarzeń przez Gravesa różni się niekiedy od tego, co mówią na dany temat historycy. Nie trzeba specjalnie szczegółowo poszukiwać, chociażby cesarzowa Liwia nie uchodzi za takiego potwora , jak to jest przedstawiona w tej powieści. Ale nie wydaje mi się to najważniejsze. Nie jest to opracowanie historyczne, a  powieść. Może gdyby wszystko było zgodne z ogólnym przekazem historycznym, nie byłoby to takie ciekawe. Każdy poza tym ma prawo do własnego spojrzenia na historię. Zabieg polegający na zrobieniu z Klaudiusza narratora już sam w sobie wskazuje na zamierzony subiektywizm relacji. Poza tym książka jest dzięki temu jeszcze ciekawsza, jeżeli ktoś ma ochotę, może porównywać, jak określone fakty przedstawiają inne źródła.

    Ciekawy jest też motyw postawy, która przerasta swą epokę. Klaudiusz nie był zwolennikiem monarchii. Ale czy w czasach, kiedy żył, inny ustrój był możliwy?  Sam się  przekonał, że wszystko ma swój czas.

     Mirosław Baka jako Klaudiusz jest przekonujący. Ale prawdziwą rewelacją byłoby powierzenie tej „roli”, roli lektora,  Stanisławowi Brejdygantowi. To on był Klaudiuszem, tzn. dubbingował  Dereka Jacobi , w polskiej wersji serialu, tej starszej , bez lektora. Nie miałam okazji go w tej roli słyszeć, ale zdaniem wielu, był to jeden z najlepszych dubbingów w historii.

5/6