piątek, 19 lipca 2024

Ulf Kvensler „Sarek”


     Jest to szalenie wciągający thirler psychologiczny, a przy okazji książka o górach. Trójka przyjaciół co roku wyjeżdżała w góry, tym razem jednak pojechali w czwórkę z nowo poznanym chłopakiem jednej z dziewczyn, Jacobem. Wydawałoby się pozornie, że niewiadomą będzie tutaj ten nowy osobnik, pozostali przecież się znają. Byłoby to zbyt proste i zbyt nudne. 

Wszystko tutaj zaskakuje, ludzi i góry. Szwedzkie, tytułowe pasmo górskie Sarek, w niczym nie przypomina takich gór, jakie zna zdecydowana większość z nas. Teren jest olbrzymi, szlaków jest bardzo mało, nie ma schronisk, nie ma osad ludzkich, sklepów, nie ma też zasięgu telefonicznego. I te góry cały czas zaskakują, a to nagła zmianą pogody, a to nieprzewidzianym ukształtowaniem terenu. Do najbliższej miejscowości w zależności od tego, gdzie się jest, może być nawet parę dni drogi.   Na coś takiego pod wpływem Jacoba zdecydowała się cała czwórka. 

Tak samo jak i góry zaskakują, zaskakujące jest to, co zaczyna dziać się z ludźmi. Tak jakby surowa przyroda nie tolerowała zakłamania. Ta sytuacja była lepsza od psychoterapii, ujawniła wszystkie skrywane dotąd kompleksy, niespełnienia, traumy, brak odwagi, by spojrzeć w oczy niechcianym prawdom, ale i bezwzględność, brak empatii i wiele innych rzeczy. Jest to zadziwiająca mieszanka.

Czytając powieść, świetnie można obserwować różne zjawiska, chociażby to, jak rodzi się przemoc psychiczna i tolerancja na nią. Gdy występuje ona w skrajnej postaci, nic nie budzi wątpliwości, zdrowy psychicznie człowiek wie, że ktoś przekracza granice i reaguje na określone zachowanie. Tu pokazane jest, jak dochodzi do tego, że w relacji pomiędzy dwojgiem osób co, co nie jest normalne, zaczyna być traktowane jako norma. Zacząć się wszystko może od drobiazgów, od drobnego grymasu, gdy ktoś ma inne zdanie, od niezbyt miłego tonu, gdy się do kogoś coś mówi. Potem już zaczynają się niemiłe komentarze, lekceważenie w towarzystwie, wręcz agresja słowna i pozostaje tylko mały krok do użycia siły. A druga osoba nawet nie zauważa, że jest poniżana, dezawuowana, że niszczone jest jej poczucie wartości, nawet uzależnia się od sprawcy.   

Świetnie jest popatrzeć, jak bardzo różni się prawdziwa osobowość opisywanych osób od tego, na kogo wyglądają. To tak jakby oglądać aktora w kostiumie, kiedy spektakl dopiero się zaczyna. Nasi bohaterowie są właśnie niczym ci aktorzy, tylko że w miarę upływu wydarzeń maski spadają, a kostiumy się niszczą, pozostaje tylko prawda. W pierwszych scenach obserwujemy ludzi sukcesu, prawdziwych japiszonów, zarabiających dużą kasę, robiących karierę, mających dobrą pozycję zawodową i towarzyską. Potem obraz coraz bardziej się komplikuje. Ale nic tu nie jest proste, nic nie jest czarno – białe. Powieść naprawdę zaskakuje. 

8/10











środa, 17 lipca 2024

Elżbieta Cherezińska „Turniej cieni” – audiobook, cz. I i II, czyta Filip Kosior

 

        Cherezińska w swoich powieściach często opisuje historie osób szerzej  nieznanych, wydobywa ich z zapomnienia, opisuje postacie mało „eksploatowane”  w kulturze. Sceneria „Turnieju cieni” jest mocno oryginalna, wydarzenia rozgrywają się w pierwszej połowie XIX wieku, część wydarzeń w Afganistanie, część zaś w Rosji, w tym na Syberii i w Anglii. Cherezińska opisuje zarówno ludzi fascynujących, jak i odrażających, również mało komu znanych, a których losy dają z różnych względów sporo do myślenia nawet dzisiaj. 

        Opisywany jest m. in. Jan Prosper Witkiewicz, ps. „Batyr”, stryj Stanisława Witkiewicza, podwójny, a nawet potrójny agent wywiadu, formalnie pełniący służbę na rzecz cara, prawdopodobnie współpracujący ze służbami brytyjskimi, a tak naprawdę działający dla dobra Polski. Znaczna część tego, co dotyczy „Batyra” opiera się na domysłach i domniemaniach. Faktem jest to, że mając 15 lat zaangażował się w działalność niepodległościową i został skazany na karę śmierci, którą zmieniono na zesłanie na Syberię, a ostetcznie na wcielenie dożywotnio  do carskiego wojska. Jest on też postacią, budzącą wiele kontrowersji, natrafiłam ostatnio na publikację, w której autor opisał Witkiewicza jako renegata, który się zruszczył i stał się rzekomo lojalnym carskim poddanym. Według tej wersji Witkiewicz popełnił samobójstwo, bo ktoś mu uzmysłowił, że sprzeniewierzył się swoim ideałom, zdradził ojczyznę i działał na szkodę mieszkańców Afganistanu. Wersja ta jest dla mnie niedorzeczna, bo nie jestem w sanie sobie wyobrazić, żeby na stronę cara mógł przejść ktoś, kto  prowadził działalność niepodległościową i  doznał ze strony caratu tak olbrzymich krzywd.  

           Inna postać to Rufin Piotrowski, również prawie nieznany, uciekł z zesłania na Syberii, co opisał w wydanych później w Anglii pamiętnikach. Był to wyczyn niewyobrażalny, a udało mu się to tylko dlatego, że nie przebywał w zamknięciu, pod stałym dozorem, np. w kopalni, tylko w małej wiosce miał pracę biurową, do tego był wykształcony, inteligentny, cieszył się pełnym zdrowiem.

        Sporo miejsca w powieści zajmuje właśnie kwestia działania carskich służb specjalnych, a jednymi z bohaterów są ich szefowie. Metody działania tych służb z biegiem czasu są oczywiście doskonalone, dochodzą wynalazki technologiczne i in., ale sedno jest to samo, ta sama skuteczność i bezwzględność. Można to zaobserwować na przykładzie Adama Gurowskiego, początkowo polskiego działacza niepodległościowego, który potem zmienił swoje poglądy o 180 stopni i uznał, że Polska nie ma żadnych szans na odzyskanie niepodległości, a najlepiej dla niej będzie, gdy zostanie pod carskim panowaniem. Ukazane jest, jak rosyjskie służby osaczyły Gurowskiego jeszcze w młodości i tak nim manipulowały przez różne podstawione osoby tak, że zaczął on wyznawać takie właśnie poglądy. Do tego jeszcze Rosjanie zastosowali szantaż. Rosyjskim agentem okazał się np. przyjaciel Gurowskiego z czasów studenckich. W ten sposób Gurowski, będąc m. in. literatem,  stał się rosyjskim agentem wpływu, wycofanie się z tej pozycji było niemożliwe. Albo gdy służby dowiedziały się, gdzie jest aktualnie uciekający z Sbiru Rufin Piotrowski, jaką trasą zmierza, do jakiego punktu, również uruchomiły tam albo swoich współpracowników, albo po prostu pracowników i ta właśnie podstawiona osoba ze służb, udając tubylca czy pielgrzyma,  „przypadkowo” napotykała Rufina, starała się z nim „zaprzyjaźnić” i dowiedzieć, jakie ma konkretnie dalsze plany, kto mu pomaga itp.  Co ważne, służby nie aresztowały Rufina, zamierzały go śledzić i jak najwięcej z niego wyciągnąć przez te różne podstawione osoby na całej trasie. Aresztowanie miało nastąpić znacznie później. Na szczęście  Rufinowi jednak się udało. 

Dość przerażające są opisy Syberii. O ile Rufin Piotrowski nie miał tam najgorzej, o tyle życie wielu zesłańców stało się piekłem.  Cherezińska pochyla się też nad losem jeńców polskich np. z Powstania Listopadowego. Nie było rzadkością, że byli oni wcielani do rosyjskiego wojska. 

Filip Kosior jako lektor czyta całkiem dobrze, w wielu momentach książkę się wręcz chłonie i zapomina o nim. I na tym to właśnie polega. 

8/10


piątek, 5 lipca 2024

Lilian Jackson Braun „Kot, który spuścił bombę”

 

Mój ulubiony cykl dobiega powoli końca, to już 28 tom. Chyba gdy go skończę, zacznę go czytać od nowa. Brzmi to niedorzecznie, ale w końcu to mój ulubiony cykl. 

     W tym tomie jak zwykle nie ma żadnych nadzwyczajnych wydarzeń, morderstwo jest normą i tego nie liczę. Ale jest to, co jest dla każdego czytelnika na wyciągniecie ręki, tu i teraz. Qwill i jego znajomi czytają książki, wybierają też najbardziej inspirujące cytaty i z powieści i z poezji. Jest tu nawiązanie do „Dezyderaty”, a jako najciekawszy fragment wybrana jest fraza „Dąż do szczęścia”. To oczywiście wspaniała inspiracja i do tego, żeby pomyśleć nad naszymi ulubionymi cytatami z różnych utworów i ku temu, aby sięgnąć po „Dezyderatę”. Jest też dyskusja nad kocimi imionami, tu również można się zainspirować,  są przykłady imion dla dwójki kotów, chociażby dla rodzeństwa, np. Agata dla jednego, Christie dla drugiego. Pojawia się człowiek, który chce  zwiedzić dom Qwilla, czyli odremontowany dawny skład jabłek, który u każdego wzbudza zachwyt. Nie każdy musi mieszkać w czymś tak oszałamiającym, ale każdy może zrobić coś dla miejsca, w którym mieszka w danym momencie, np., coś dokupić, przestawić, odmalować itp. itd. Niby drobiazg, ale od razu ma się inne samopoczucie, gdy przebywa się w czymś ładnym, nawet gdy ktoś nie interesuje się wnętrzarstwem. 

    Najważniejszym zaś wydarzeniem jest 50 –ta rocznica powstania miasteczka, w którym mieszka Qwill. Plan obchodów wzbudził wielki entuzjazm mieszkańców. Nie wiadomo tylko przez znaczną część akcji, czy nie dojdzie do kataklizmu pogodowego, bo meteorolodzy zapowiadają straszliwą burzę. Napięcie więc rośnie. Każde miejsce ma swoją historię i różne ciekawe zakątki i frapujące imprezy, nawet małe miasteczka i wioski. Często zaś ludzie gdzieś mieszkają i nie znają tych miejsc. Dzięki serii autorstwa Lilian Jackson Braun można to zmienić. 

8/10


środa, 3 lipca 2024

Agata Christie „Słonie mają dobrą pamięć” – audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła

 



           W „Słoniach mających dobrą pamięć” Christie zrobiła totalną zmyłkę co do osoby sprawcy, chociaż znam większość jej twórczości, często wiem, czego można się spodziewać, tutaj zaskoczenie było totalne. Biorąc pod uwagę całą twórczość Królowej Kryminału, w tej powieści zaskoczyła mnie najbardziej. I jak dla mnie olbrzymim atutem był sceneria, bo ciała małżonków znaleziono nad brzegiem morza, u podnóża wysokiego klifu. Policja ustaliła, iż popełnili oni samobójstwo, wiele lat później zaś Herkules Poirot i Ariadna Olivier, pisarka kryminałów, alter ego Agaty Christie, zaczynają własne śledztwa. 

    Christie napisała tą książkę bardzo późno, miała wówczas około 80 lat, to jedna z ostatnich jej powieści. I niestety, znając jej wspaniałą twórczość, stwierdzam, że „Słonie” są wtórne w porównaniu do wcześniejszych utworów. Nie ma tu nic nowatorskiego. I są nużące. Większość książki to wspomnienia osób w bardzo zaawansowanym wieku z monotematycznymi refleksjami na temat młodości, starości, pamięci itp. Audiobooka słuchało mi się ciężko, bo tekst nie przykuwał uwagi, wiele razy się wyłączałam i myślałam o czymś innym. Nawet rewelacyjny Gosztyła nie był w stanie tu pomóc. 

        W kilku wcześniejszych utworach Christie również wprowadziła motyw śledztwa po latach od zbrodni, gdzie konieczne było grzebanie w przeszłości, ale czytało się to zupełnie inaczej. W „Nemezis”  do panny Marple dotarł list, przypominający testament, od  znajomego, który zmarł parę dni wcześniej. Poprosił ją, aby rozwikłała zagadkę zaginięcia młodej dziewczyny, nie wskazał, gdzie i czego ma szukać, wykupił jej tylko wycieczkę autokarową po angielskich rezydencjach i zlecił, aby się rozglądała. Z kolei w „Uśpionym morderstwie” młoda kobieta zaczęła czuć się tak, jakby postradała zmysły, bo w nowo kupionym domu czuła się tak, jakby go skądś znała, wiedziała, że np. pod warstwą tapety czy farby, powinien być inny wzór, jak się okazywało, faktycznie, ten inny wzór tam był. Szybko się okazało, że również konieczne jest rozwikłanie zagadki zaginięcia młodej dziewczyny wiele lat wcześniej. 

    „Słonie” nie mają takich atutów. Z jednej strony trudno jest chyba w wieku 80 lat być nowatorskim, ale są też twórcy, którzy pokazują, że niekiedy da się to zrobić. Anna Bańkowska, tłumaczka serii o „Ani z Zielonego Zgórza”, według niej „Anne z Zielonych Szczytów”, rozpoczęła nowatorskie tłumaczenie całego cyklu w wieku 82 lat. Lilian Jackson Braun, autorka mojej ulubionej serii o Qwillu i jego kotach, w wieku ponad  80 lat, pisała świetne książki. Christie chyba była już zmęczona, dla miłośników jej twórczości to oczywiście pozycja obowiązkowa, dla pozostałych osób niekoniecznie, a już na pewno nie na początek znajomości z tą autorką.   
7/10    

wtorek, 25 czerwca 2024

Julian Tuwim – spektakl „Tuwim dla dorosłych” TEATR MUZYCZNY ROMA

 

   Od czasu skończenia edukacji nie sięgałam po poezję Tuwima. Ale gdy dzięki spektaklowi przypomniałam sobie niektóre wiersze, pojawił się autentyczny zachwyt. Niesamowite jest także, jak wiele daje poezji muzyka, akompaniament muzyczny i śpiew, zupełnie inaczej się ją odbiera. To jakby porównać utwór np. Szekspira czytanego jedynie przez czytelnika, a ten sam utwór zagrany na scenie ze wspaniałą gra aktorską, z kostiumami, scenografią i jeszcze z muzyką. 

     Dobór utworów jak dla mnie jest idealny, bo są wiersze poważne, nostalgiczne, a są i wesołe, pełne humoru. Są wiersze nawiązujące do historii, np. do wybuchu wojny, ale są i oderwane całkowicie od bieżącej sytuacji, są też teksty kabaretowe. Są takie, które wymagają większego namysłu, aby poznać całą głębię,  ale i takie, które chwyta się w lot. Każdemu wykonaniu towarzyszy muzyka. Obawiam się, że niektóre z prezentowanych utworów, gdyby powstały dzisiaj, mogłyby nie być w niektórych kręgach publicznie prezentowane, a jeżeli byłyby, to mogłyby towarzyszyć temu protesty, że są one niepoprawne, że obrażają ludzi. W czasach Tuwima pewnie też były głosy, że kogoś obraża, ale na szczęście był wspaniałym satyrykiem, miał odwagę, aby pisać, co chce i nazywać rzeczy po imieniu. 

      Tuwim bardzo mocno atakował głupotę, drwił z niej m. in. w „Kartce z dziejów ludzkości”, nie mogę nie zamieścić całości utworu, jest fenomenalny. 

„Spotkali się w święto o piątej przed kinem

Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem

Tutejsza idiotko rzekł kretyn miejscowy 

Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy

Miejscowa kretynka odrzekła z ochotą

Albowiem cię kocham tutejszy idioto

Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko

I poszedł do kina z tutejszą idiotką


Na miłym macaniu minęła godzinka

I była szczęśliwa miejscowa kretynka

Az wreszcie szepnęła kretynie tutejszy

Ten film mam wrażenie jest coraz nudniejszy

Więc poszli na sznycel na melbe na winko

Miejscowy idiota z tutejszą kretynką

Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym

Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym


W ten sposób dorobią się córki lub syna

Idioty idiotki kretynki kretyna

By znowu się mogli spotkać przed kinem

Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem.”

   Zauważyłam, że niektóre wiersze były już wcześniej śpiewane przez różnych artystów, są na You Tube, odbiór na żywo w teatrze jest oczywiście najlepszy. Jestem pewna, że sięgnę po twórczość Tuwima i ją zgłębię. 

8/10   


piątek, 21 czerwca 2024

Tove Jansson „W Dolinie Muminków”

 

     Jako osoba dorosła już drugi raz sięgnęłam po „W Dolinie Muminków” wcześniejsze spostrzeżenia z audiobooka opisałam tutaj. Czytając tekst i będąc już bardziej w temacie po lekturze wcześniejszych tomów, rozróżniając już poszczególne Muminki, mając czas podczas czytania na chwilę zastanowienia, zauważyłam większą głębię. Oczywiście poczucie, że podczas lektury niejako przebywa się z postaciami w gruncie rzeczy dobrymi, ciekawymi, pozostawało niezmienne. 

    W Dolinie Muminków Czarnoksiężnik zgubił kapelusz z magicznymi właściwościami, to jest kanwa całej opowieści. Każde niemal zdanie można odczytywać i realistycznie i symbolicznie. 

        Przykładowo wskazane jest, że Muminek z Włóczykijem po każdej podróży przyprowadzali do domu Muminków nowych przyjaciół, a Tatuś i Mama Muminka każdego z nich przyjmowali, każdy dostawał miejsce do spania i miejsce przy stole. I zostawali już z Muminkami. My też spotykamy nowe osoby, nawet żywiąc do nich sympatię, nie zawsze mamy umiejętność zaprzyjaźnienia się i zatrzymania ich przy sobie. Niektórzy twierdzą, że prawdziwie przyjaźnie to są tylko takie ze szkoły, inni o nowe przyjaźnie nie dbają, jeszcze inni nie potrafią utrzymać trwałych przyjaźni. U Muminków ta skomplikowana kwestia pokazana jest w uproszczonej formie. Muminki zawsze i niemal wszędzie  poznają kogoś wartościowego i mimo wad tej osoby, zapraszają ją do życia i nie zrażają się jej dziwactwami. Czasem przyglądają się bliżej osobom znanym, które robią wrażenie odstraszające, jak np. Wielka Buka i zastanawiają,  że może nie jest taka zła. 

       Inny świetny przykład to burza, która podczas jednej z wędrówek zniszczyła wiele rzeczy Muminków. Początkowo zapanowała lekka panika, ale szybko Muminki skoncentrowały się na tym, co morze dało im w zamian, co wyrzuciło na brzeg.  A wyrzuciło sporo rzeczy. Każdy przeżywa różne burze życiowe, w czasie burzy coś się traci, można np. stracić pracę, może rozpaść się związek, można zostać oszukanym itp. itd. Ale zawsze jest coś w zamian i warto na to zwrócić uwagę.   

         Każdy dzień u Muminków jest przygodą, codziennie zapowiada się piękny dzień. Na przykładzie Kapelusza Czarnoksiężnika można z kolei zaobserwować, jak wiele szkód czyni chciwość i głupota. Włóczykij gdy zobaczył kapelusz ani przez chwilę go nie chciał zabrać. „Kochał swój stary, zielony kapelusz”. „Nigdy  nie mógł zrozumieć, czemu ludzie cieszą się z posiadania różnych rzeczy. Sam czuł się zupełnie szczęśliwy w swoim starym palcie, które miał od urodzenia”. „Jedyną jego własnością, do której był przywiązany, były organki”. Gdyby reszta opisywanych postaci zachowała się tak samo, nie byłoby wielu problemów.  Wiadomo oczywiście, że ten opis to swoistego rodzaju przenośnia, nie da się żyć bez wielu przedmiotów i dóbr materialnych. Ale z kolei nadmierna pogoń za takimi rzeczami, branie wielkich kredytów, zmiany pracy wyłącznie z powodów finansowych, to przeciwieństwo postawy Włóczykija. 

       Każdy czytając uważnie, znajdzie swojego ulubionego bohatera, to też jest wspaniałe. Z niektórymi fragmentami można się wręcz identyfikować, np. „Piżmowiec jak zwykle wyszedł z książką”. Muminkami można się inspirować. Piżmowiec przykładowo kiedy wszedł do swojej jaskini  „poczuł się ogromnie rad ze wszystkiego. Rozłożył koc na piaszczystej ziemi, usiadł na nim i zaczął rozmyślać. Zajęty był tym przez mniej więcej dwie godziny”. Jeszcze chyba nigdy nie spędziłam dwóch tylko na rozmyślaniu. A z pewnością byłoby warto.  

10/10


poniedziałek, 17 czerwca 2024

Ida Żmiejewska „Fajerwerki” t.5 cyklu "Zawierucha"

 

    Ostatni tom cyklu jest zdecydowanie najsłabszy i przewidywalny. Właściwie wszystko jest już wiadome. Każda z bohaterek już we wcześniejszych tomach znalazła swoją miłość, a teraz autorka tylko sztucznie mnoży przeszkody, pozornie uniemożliwiające szczęśliwe życie kilku par. Tom napisany jest w konwencji takiej, że w tym samym czasie najważniejszym aspektem życia każdej z bohaterek jest rozwiązywanie problemów w związku uczuciowym. Wszelkie inne kwestie są potraktowane marginalnie. Na początku cyklu sporo miejsca poświęcone było  np. pracy Janki jako pielęgniarki w szpitalu, gdzie opiekowała się rannymi, w tym chorymi, którzy ucierpieli w ataku gazowym pod Bolimowem. Tutaj jest spora i nużąca monotematyczność. Brak jest ponadto głębi charakterologicznej. W rewelacyjnej „Warszawiance” tej samej autorki było  zdecydowanie więcej różnych dylematów moralnych, a postacie było znacznie bardziej złożone, wymykające utartym schematom. Tutaj problemami są kwestie damsko – męskie, typu, czy mężczyzna kocha, czy nie kocha, jak pozbyć się męża itd. 

         Obraz całej rodziny Kellerów też jest przelukrowany, schematyczny, owszem są większe czy mniejsze nieporozumienia, ale generalnie panuje między wszystkimi wielka miłość i lojalność, jak w bajce. Wszyscy są dobrzy i prawi, mają wady, ale są to naprawdę drobne wady. Jest to tak nierealne, aż ciężko się czyta. To odwrotność tego, co opisała np. Agata Christie w „Morderstwie w Boże Narodzenie” i odwrotność tego, co było pokazane chociażby w moim ulubionym serialu „Sukcesja”. W poprzednich tomach było podobnie, ale nie do końca było wiadome, w jakim kierunku całość pójdzie i było też zdecydowanie więcej innych aspektów. Tutaj jeszcze dochodzą ostatecznie równie wspaniali, bajkowi mężowie, a liczba bohaterów, przypominających ludzi z krwi i kości jest wyjątkowo mała, co w niektórych fragmentach sytuuje książkę niebezpiecznie blisko grafomanii. 

        Na podziw zasługuje natomiast wiedza autorki o dawnej Warszawie, realia życia w tym mieście w 1918r. odtworzone są świetnie, łącznie nawet z karmieniem wiewiórek w Parku Łazienkowskim, czy spacery z dzieckiem w Ogrodzie Saskim. Jeżeli ktoś nie jest znawcą okresu I wojny światowej, to z pewnością również dowie się wielu rzeczy. Szokujący jest opis sytuacji kobiet w tamtym czasie i to kobiet wykształconych. Na przykładzie Julii można przyjrzeć się sytuacji, jak zgodnie z prawem może zachować się porzucony mąż. W przysiędze ślubnej w tamtych czasach  zawarta była formuła posłuszeństwa, które panna młoda ślubowała poślubianemu mężczyźnie. To że po ślubie mąż porzucił chorą żonę i zostawił ją samą na pewną śmierć i to jeszcze tuż przed nacierającym frontem, nie miało żadnego znaczenia. Nadal w świetle prawa miał prawo jej rozkazywać i właściwie to nią rozporządzać. W tym konkretnym przypadku małżonek zagroził żonie, że jeżeli nie wróci do niego, on doprowadzi do zamknięcia jej w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach jako niepoczytalnej.  

     Generalnie jednak nie będę tęsknić za cyklem. 

6/10 


piątek, 14 czerwca 2024

Jose Saramago „Miasto ślepców”- audiobook, czyta Jakub Kamieński

 

    Książka jest niestety ciężka do słuchania, wydarzenia w dużej mierze są przewidywalne. Otóż w jednym z miast w czasach współczesnych zapanowała epidemia ślepoty. Przyczyny były nieznane, a władze obawiając się, że ślepota jest zaraźliwa, odseparowała pierwszych chorych w budynku dawnego szpitala psychiatrycznego. Pozostawiono ich tam niemal samych sobie, dowożono jedynie jedzenie i to też tylko do czasu. Bez czytania książki z łatwością można sobie wyobrazić, co się tam zaczęło dziać. 

      W powieści jest kilka myśli, które zasługują na zastanowienie.  Przykładowo nasze dobre i złe uczynki bardzo długo, nawet i setki lat  po ich dokonaniu jeszcze rezonują gdzieś we wszechświecie i nigdy nie wiemy, jakie finalnie mogą być ich skutki. Albo wyjaśniona została kwestia tytułowej ślepoty, wobec której medycyna była bezradna. Otóż tylko jedna osoba nie utraciła wzroku i okazało się, że tylko ona nie straciła nadziei i człowieczeństwa, chociaż liczyła się z tym, że w każdej chwili może stać się ślepa. Wyraźnie zostało powiedziane, że ślepota to po prostu brak nadziei. Ślepotą może też być oczywiście niezauważanie dobra, piękna itd. 

7/10 


środa, 12 czerwca 2024

Jurgen Thorwald „Krew królów. Dramatyczne dzieje hemofilii w europejskich rodach książęcych”

 

     Pozycja jest trochę historyczna, trochę medyczna, czyta się ją całkiem dobrze. Hemofilia kojarzyła mi się dotąd tylko z problemami z krzepnięciem krwi i koniecznością uważania na to, żeby się nie skaleczyć. Jest to dużo poważniejsze. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu czy wcześniej nie było na to schorzenie żadnych medykamentów. Drobne skaleczenia mogły doprowadzić nawet do śmierci. Najgorsze było jednak to, że trzeba było uważać nawet na to, żeby się nie uderzyć, bo wówczas tworzyły się krwotoki wewnętrzne. Był to koszmar. Chore dzieci umierały z reguły we wczesnym dzieciństwie. A dzieciństwo było koszmarem, bo dzieci nie mogły się normalnie bawić, stanowiło to zagrożenie, mogło się przecież  uderzyć czy przewrócić, a w konsekwencji umrzeć. 

       Nosicielką genu hemofilii była królowa Wiktoria, a z racji jej wielodzietności choroba dotknęła później niemal wszystkie rody królewskie w ówczesnej Europie. Wbrew pozorom miało to wpływ na dzieje państw. W Hiszpanii np.  dwóch synów króla Alfonsa XIII było chorych na hemofilię, a trzeci syn był  głuchoniemy. Z końcem lat 20 – tych ubiegłego wieku gdy w Hiszpanii zapanowały silne nastroje antymonarchiczne posługiwano się argumentem, że ród królewski jest chory, wyklęty, że to jakby znak od Boga i dla dobra kraju rodzina królewska powinna być odsunięta od władzy. Finalnie król został zmuszony do opuszczenia kraju. 

     Thorwald omawia w formie zbeletryzowanej dzieje właśnie księcia Alfonsa, następcy tronu Hiszpanii,  mało znanego księcia pruskiego Waldemara oraz syna cara Mikołaja II – Aleksego, zamordowanego z cała rodziną w Jakaterynburgu przez bolszewików. Dzieciństwo Aleksego było piekłem, kilka miesięcy w roku spędzał w łóżku, miał straszne ataki bólowe, na które poza Rasputinem nikt nie był w stanie pomóc. Z całej książki to właśnie kwestia Rasputina wydaje się najciekawsza i to w wielu aspektach. Thorwald zrekonstruował na podstawie źródeł przebieg choroby carewicza Aleksego ze szczególnym uwzględnieniem ataków bólowych, spowodowanych urazami wewnętrznymi i krwotokami. Odniósł się do ówczesnej wiedzy medycznej i jednoznacznie stwierdził, że w tamtych czasach nie było jakiejkolwiek możliwości, aby pomóc choremu. Zgodnie z wiedzą medyczną, chłopczyk powinien umrzeć. Z opisów historycznych wynika natomiast, że po wizytach Rasputina  stan chłopca się poprawiał w błyskawicznym tempie, niemal w jednej chwili. Thorwald uznał, iż musiało to wynikać z siły sugestii Rasputina, czy wręcz hipnozy przez niego stosowanej, że nie ma innego wytłumaczenia. Rasputin nie stosował żadnego placebo, nie dawał żadnych leków. Gdyby doszło do jednego czy dwóch wyleczeń, przypisywanych Rasputinowi, mógłby to być przypadek. Ale takich sytuacji było więcej. Thorwald, autor książek o historii medycyny, tym samym bez cienia wątpliwości wskazuje, że to co się dzieje w umyśle chorego, ma dla procesu leczenia wielkie znaczenie, większe niekiedy niż procesy fizjologiczne w ciele.  

7/10


środa, 29 maja 2024

Erich Maria Remarque ”Noc w Lizbonie” – audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła

 

     Czytając czy słuchając Remarque`a nieodmiennie mam poczucie, że słucham mądrego, inteligentnego człowieka, który ma olbrzymie doświadczenie życiowe, sporo widział, sporo wie, zetknął się osobiście, lub przez osoby z którymi był w stałym kontakcie, zarówno z olbrzymim złem, jak też i z bezinteresownymi, ludzkimi aktami dobroci. Zarówno ta powieść, jak i cała twórczość Remarque`a przepełniona jest olbrzymią empatią. 

      Mamy tutaj bohatera, Niemca, który w przededniu  wybuchu II wojny musiał uciec z Niemiec, z Osnabruck, czyli rodzinnego miasta autora, wkrótce wrócił jednak po żonę. Tułaczka prowadziła przez Austrię, Francję, Hiszpanię i Portugalię, a wymarzonym celem była oczywiście Ameryka. Motywy i pewne sytuacje przypominają nieco słynny „Łuk Triumfalny”, który Remarque napisał wcześniej. W obu powieściach jest uchodźca, któremu w razie złapania grozi wywózka do obozu koncentracyjnego, jest śmiertelnie chora kobieta, która chce jeszcze skorzystać z życia tyle, ile może, jest zabójstwo Niemca, który torturował ludzi, jest i samobójstwo. Najważniejsze jest jednak to, że dzięki tej prozie można wręcz namacalnie poczuć to samo, co czuli zaszczuci ludzie ponad 100 lat temu. Oczywiste jest, że ludzie w podobnych sytuacjach czuli to samo 1000 lat temu, czują to samo i obecnie. 

    To jednak w "Nocy w Lizbonie" ustami jednego z bohaterów, którego prawdziwe imię i nazwisko nigdy nie padło,  Erich Maria Remarque wypowiada się wprost o sensie życia. Człowiek ten, nazywający się Schwarzem, miał za sobą wyjątkowo traumatyczne przeżycia. Zrozumiałe byłoby, gdyby nie szukał sensu życia, tylko ograniczył się do walki o przeżycie, żył przecież w piekle. To on na pierwszych kartach powieści oddał za darmo przypadkowo spotkanemu mężczyźnie bilety na okręt, odpływający nazajutrz z Lizbony do Ameryki. Było to już po wybuchu wojny. Wydaje się to zupełnie irracjonalne, bo skorzystanie z tych biletów oznaczało życie, a pozostanie w Europie to dalszy ciąg gehenny i nikłe szanse na przeżycie, tym bardziej że był poszukiwany. Powiedział on jednak, dlaczego mimo wszystko zostaje. Został, bo chciał walczyć ze złem. Walka ze złem stała się jego misją. 

9/10  


poniedziałek, 27 maja 2024

Piotr Kwiatek „Psalmoterapia” OFMCap

 

Kapucyn Piotr Kwiatek jest psychologiem i psychoterapeutą, podjął próbę przybliżenia współczesnemu czytelnikowi psalmów i próbę spowodowania, aby czytelnik ten mógł w tych psalmach się rozsmakować i sięgać po nie regularnie. W przeważającej większość książka jest mocno przekonująca. Każdy słyszał fragmenty psalmów, są śpiewane w kościele podczas każdej mszy. Mało kto jednak się w nie wgłębiał i się nad nimi zastanawiał. A są to teksty, mające kilka tysięcy lat, są wartością samą w sobie nie tylko z uwagi na kwestie religijne, ale i też i historyczne czy językowe. Tłumaczyli je najwięksi poeci, u nas m. in. Jan Kochanowski i Czesław Miłosz. Świadomość, że poezję tą  czytały wieki temu różne wielkie postacie, robi kolosalne wrażenie. 

    Autor opisuje psalmy i ogólnie i cytując konkretne fragmenty, przybliża kontekst historyczny i kładzie nacisk na aspekty psychologiczne. Zamieszcza też informacje, które  są bardzo mało znane, a są frapujące, np. opisuje psalmy złorzeczące, które w Piśmie Świętym są, jednakże z uwagi na ich treść  nie są nigdy w kościele czytane. W psalmach tych autor np. pragnie zemsty na wrogach, pragnie nawet ich śmierci, złorzeczy nawet Bogu, wyrzuca mu, że dlaczego dopuścił do tego, że tak wiele złych i tragicznych rzeczy go spotkało. Psalmy te nie są włączone do śpiewania i czytania w kościele z uwagi na to, że mogłyby wzbudzić i zdziwienie i gorszenie, w ludzie mogliby mieć problemy z właściwym zrozumieniem tekstu. Powstawały one wieki temu, w określonym kontekście historycznym, gdzie zemsta była nieodłączną częścią rzeczywistości.  

       Psalmy są utworami religijnymi i niewątpliwe to jest ich największa wartość, ale są i inne aspekty. W aspekcie psychologicznym chociażby w przypadku wspomnianych psalmów złorzeczących psalmista opisuje stan swoich uczuć, koncentrując się na uczuciach złych, do których nie każdy się chce przyznać i nie każdy je sobie uświadamia, jak np. pragnienie zemsty, zawiść, zazdrość, chciwość. Gdy ktoś odczuwa któreś z takich uczuć, to uświadomienie sobie tego faktu, zdaniem autora, jest niezbędne dla zdrowia psychicznego. To oczywiście dopiero początek, warto potem zastanowić się, dlaczego odczuwa się coś takiego, a jeszcze później, co z tym zrobić dalej. Analogicznie, w przypadku psalmów dziękczynnych, czytając warto się zastanowić nad tym, za co możemy być wdzięczni. I to m. in. jest właśnie ta psalmoterapia, aby tekst odnosić do siebie, do swoich relacji z Bogiem, z ludźmi, aby dzięki niemu się zastanowić nad wieloma rzeczami . 

    Nie trafiło mi z kolei do przekonania sugerowanie, aby przepisywać psalmy, że to może być formą modlitwy i lepszego zrozumienia tekstu. 

8/10