środa, 8 czerwca 2022

Grzegorz Dziedzic "Żadnych bogów, żadnych panów"

 

Obraz znaleziony dla: Chicago 1918. Rozmiar: 121 x 170. Źródło: www.pinterest.com

Wreszcie naprawdę dobra książka zdobyła Nagrodę Wielkiego  Kalibru. Od czasu gdy nagrodę tą zdobywał Marcin Wroński, żaden inny laureat jakoś zbyt mocno mnie nie zachwycił, delikatnie mówiąc. Ida Żmijewska ze swoim wspaniałym cyklem „Warszawianka”, była niestety tylko nominowana.

     Powieść jest szalenie oryginalna i to pod każdym względem. Wreszcie jest książka, w której nie ma żadnej sztuczności w opisie ludzkich charakterów i zachowania. Autor jest emigrantem, psychoterapeutą, a wcześniej wykonywał wiele innych zawodów i to widać. Zna życie i zna się na ludziach, ale w książce nie przeprowadza żadnych analiz charakterologicznych, są ludzkie zachowania i niekiedy krótki komentarz w jednym czy dwóch zdaniach. Przykładowo jednego z bohaterów spotkała kiedyś tragedia, pogrążył się w straszliwej rozpaczy. I jest komentarz, że w takiej sytuacji albo człowiek nadal się w tym pogrąża i wpada w obłęd, albo następuje życiowa zmiana. Albo dlaczego np. ludzie wchodzą do grup przestępczych, napadających na ludzi. Nie tylko chciwość ma tu znaczenie. Szef takiej grupy może „poczuć obezwładniający smak absolutnej władzy. Mocniejszej niż czysty spirytus, słodszej niż morfina”.  Jest wówczas poczucie wszechmocy, ale i więzi z innymi. Jeszcze inny przykład. Jedna z bohaterek miała pewne marzenia, których nie zrealizowała. Można oczywiście wygłaszać wykłady o tym, że marzenia są po to, aby je spełniać, że warto próbować. Autor napisał, że nachodziły ją myśli o zmarnowanych szansach i własnej miałkości i że marzenia porzuciła bez walki, walkowerem. Strasznie to brzmi, porzucić marzenia walkowerem. Zaraz miałam moment zastanowienia, czy aby u mnie czegoś takiego nie ma. Brzmi to strasznie, ale i mobilizująco, głównie mobilizująco.

        Usytuowanie akcji wśród Polonii w Chicago w 1918r. jest pomysłem szalenie oryginalnym. Czytając można zyskać sporą dawkę wiedzy o tym, jak ta Polonia naprawdę żyła, a autor skupia się na biedocie, która mieszkała w najgorszej dzielnicy miasta i tworzyła naprawdę groźne grupy przestępcze. Jest przełamany stereotypowy obraz polskiego biedaka, emigranta, który za Wielką Wodą harował od świtu do nocy i tylko był tylko wyzyskiwany. Na szczególną uwagę zasługuje nasz rodak, cwaniaczek, przestępca, powiązany też z szefem związków zawodowych pracowników rzeźni, który zarabia na ludzkiej krzywdzie. Ten element z jego życiorysu jest zaledwie raz, lub dwa razy wspomniany, ale nie da się go zapomnieć, przypomniało mi się nawet „Dawno temu w Ameryce”, gdzie to zagadnienie również było zasygnalizowane. Ale również i ten bohater nie jest tylko czarnym charakterem. Jest też pokazany stosunek Amerykanów do tej Polonii. Grzegorz Dziedzic wymaga od czytelnika pewnego poziomu intelektualnego i na szczęście nie pisze łopatologicznie. W wielu książkach są np. wygłaszane ustami bohaterów prostacze tłumaczenia np. w „Roztopach” Pasierskiego postacie wygłaszają sztuczne mowy i tłumaczą, co to znaczy UPA, używają zresztą pełnej nazwy, co w mowie potocznej nie ma miejsca, wyjaśniają, jakby czytali wikipedię, kim byli Łemkowie, co to była akcja Wisła itp. G. Dziedzic szczęśliwie uniknął  czegoś takiego. Książka wciąga i to mocno. Oderwanie się od wszystkiego co dookoła jest gwarantowane.

      Jest też złamany schemat co do głównego bohatera, z reguły w kryminałach policjant jest tym dobrym, nawet gdy ma wiele wad, tutaj sytuacja z Teodorem jest mocno skomplikowana i to pod każdym względem. Pozornie stwarza on wrażenie prostaka, nie ma wykształcenia, ale za to ma coś w rodzaju zmysłu psychologicznego. Potrafi obserwować, np. rozmawiając z kimś zauważa, że w określonym momencie ktoś pęka, że odwaga i hardość jest tylko pozą. Poznaje to chociażby po ulotnym grymasie na twarzy. Pod względem doświadczenia życiowego i tego zmysłu obserwacyjnego wydaje się być mądrzejszy od swojego przełożonego, rodowitego i wykształconego, majętnego Amerykanina.   

        Pozycja ta byłaby ideałem, ale opisy miejsca, gdzie żyli Polacy, były dla mnie koszmarem. Otóż w Chicago w tamtym czasie znajdowały się największe w świecie ubojnie bydła, zwierzęta w naprawdę koszmarnych, przerażających warunkach były wożone do miasta, tam w równie makabrycznych warunkach były przetrzymywane i zabijane. W dzielnicy cały czas było słychać ryk przerażonych i męczonych zwierząt, a do tego panował tam porażający smród z odchodów i resztek niewykorzystanych, martwych zwierząt. Rzeczywiście przypomina to scenerię z dantejskiego piekła. Rozumiem, że tak było, że nie można fałszować obrazu historii, ale czytanie o tym nie jest łatwe. Autor nie epatuje tymi opisami, on je sygnalizuje, czytelnik funkcjonuje więc mniej więcej tak, jak mieszkańcy opisywanej dzielnicy,  oni wiedzieli, co się dzieje , ale byli już tak przyzwyczajeni, że nie zwracali na to uwagi. I to jest główne zastrzeżenie co do całości.  Poza tym brakowało mi też wśród bohaterów kogoś normalnego, chociaż trochę wykształconego.

5,5/6

niedziela, 29 maja 2022

Agata Christie „Tajemnica Sittaford” audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła

 

    Jest to jeden z oryginalniejszych kryminałów Agaty Christie i to pomimo braku Herkulesa Poirota i panny Marple. Sceneria wydarzeń to mała angielska wioska niemal zasypana śniegiem, a całość zaczyna się od seansu spirytystycznego. Seans jest o tyle ciekawy, że kręcący się talerzyk oznajmia, iż zamordowany został mieszkaniec wioski, kapitana Trevelyan. I to wyznanie jest prawdą. Zamiast tradycyjnych detektywów pojawią się Emily, narzeczona chłopaka, który został posądzony o dokonanie tego morderstwa.  Książkę czyta  mistrz – Krzysztof Gosztyła, lepiej przeczytać się nie da. Wciąga zarówno zagadka kryminalna, jak i to, co u Christie lubię najbardziej, czyli różne psychologiczne spostrzeżenia o ludzkich charakterach, w tej powieści najciekawsze o związkach damsko – męskich i o przyjaźni.

    Emily jest inteligentna, odważna, przebojowa i zdeterminowana, aby ustalić, kto zabił i dlaczego i aby uwolnić ukochanego od niesłusznych jej zdaniem oskarżeń. Podziwiałam ją i nawet pomyślałam, że z takim charakterkiem już musiała się chyba urodzić.  A ku mojemu zaskoczeniu pod sam koniec wyznała ona, że takie wrażenie robi tylko na zewnątrz, że wewnątrz trzęsie się jak galareta i jest przerażona całą tą sytuacją. Działa zaś jak osoba z tupetem, bo nie ma innego wyjścia i nikt inny za nią tego nie zrobi. Każdy więc w pewnych okolicznościach, gdy musi, może stać się przebojowy i może świetnie dawać sobie radę nawet pod presją czasu i w ekstremalnych okolicznościach.

    Narzeczony Emily jest jej przeciwieństwem, jest słaby, nie jest w stanie ani działać, ani nawet logicznie myśleć. Do tego, co przyznaje sama Emily, jest w stanie i kłamać i oszukiwać. Wszyscy się dziwią, jak taka dziewczyna może być narzeczoną takiego człowieka. Ale spotyka ona dziennikarza, młodego, przystojnego, bardzo inteligentnego, który się w niej zakochuje. Jest on przeciwieństwem narzeczonego. I Emily staje przed koniecznością dokonania wyboru.  Motywy, jakie weźmie pod uwagę, są warte zastanowienia, przebija z tego prawdziwa mądrość. Christie miała duże doświadczenie w relacjach damsko – męskich i wiedziała, co w tym zakresie jest ważne i co zwiększa prawdopodobieństwo trwałego, udanego związku.   

       U Królowej Kryminału nigdy nic nie jest takie, jakie wydawało się na początku. W książce jest też ukazana przyjaźń pomiędzy dwoma osobami. Wydaje się być niemal doskonała, ale po bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że jest na niej sporo rys. Sytuacja  obu przyjaciół pozornie taka sama, zasadniczo się różni, jeden jest bogaty, drugi biedny, jeden zawsze wygrywał w różnych zawodach sportowych, drugi przegrywał. Czy prawdziwa przyjaźń w takiej sytuacji jest możliwa? Pod koniec czytelnik dowiaduje się, czy mimo tych różnic to jednak była prawdziwa przyjaźń, czy jednak tylko tak to wyglądało na zewnątrz.  

5/6

czwartek, 26 maja 2022

Katarzyna Wągrowska "Życie zero waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej"

 

Życie Zero Waste -  Katarzyna Wągrowska - ebook [mobi, epub] | Publio.pl

   Świetna lektura. Każdy chyba ma świadomość konieczności życia ekologicznego, w tym też  ograniczania ilości śmieci. Z praktyką jest nieco gorzej. Autorka wypowiada się na temat zero waste w każdym obszarze życia, podczas zakupów, w domu, w restauracji itp. Ta książka jest też apelem, popartym rzeczową argumentacją, o odchodzenie od konsumpcjonizmu, od kupowania i wyrzucania, o rozwagę przy zakupach. Każdy na ten temat coś wie, ale warto sobie przypomnieć, utrwalić i uzupełnić tą wiedzę. Wiedza, jaką dysponuje autorka jest naprawdę imponująca i można dowiedzieć się wielu nowych rzeczy. Po lekturze stałam się zdecydowanie bardziej wyczulona na ta problematykę i wiele wskazówek wprowadziłam w życie.

           W książce jest masa pomysłów, którymi można się zainspirować. Przykładowo autorka postuluje, aby kupując produkt, zwracać uwagę na opakowanie i aby starać się kupować produkty bez opakowania. I nie dotyczy to tylko odstępowania od sławetnych reklamówek. Przykładowo jakiś czas temu zobaczyłam koło siebie w warzywniaku bakłażany sprzedawane tak, że każdy bakłażan był opakowany w pojedynczą przezroczystą folię. Kilka sklepów dalej bakłażany sprzedawane były już normalnie. Wspomniana folia musi być wliczona do ceny, a służy tylko do tego, aby ją wyrzucić zaraz po zakupie. Inny przykład. Kupno  produktów typu płyn do prania lub podobne w większych opakowaniach też jest godne naśladowania, ze względów nie tylko ekologicznych, ale i finansowych. Albo kupowanie kosmetyków w szklanych, a nie plastikowych opakowaniach. No i generalnie idea, aby kupować tyle różnych rzeczy, ile się zużywa, a nie tyle, że zużywa się część, a część wyrzuca, szczególnie dotyczy to żywności, która permanentnie ląduje na śmietnikach. Znaczna część ubrań jest produkowana  w najbiedniejszych krajach świata, jak np. Bangladesz, przy produkcji zatrudniane są dzieci, pracownicy otrzymują symboliczną zapłatę, panuje totalny wyzysk. Można nie tylko kupować mniej, ale też można, a właściwie powinno się zwracać uwagę na kraj produkcji i odstąpić od kupowania ubrań, wytworzonych właśnie w takich krajach. Kupując je, bierzemy udział w wyzysku pracowników.    

       Dostosowanie się wszystkich porad wydaje mi się mało realne, nawet nie zamierzam próbować. Wyrabianie własnych kosmetyków i środków czystości, mimo podanych receptur, z pewnością jest bardzo czasochłonne, mam też wątpliwości co do ich jakości.  Nie biorę też pod uwagę chodzenia na zakupy z własnymi szklanymi pojemnikami i proszenia sprzedawcy, żeby odważył do tego pojemnika np. ser żółty. Ale jeśli ktoś ma więcej wolnego czasu, to nie ma przeszkód, aby próbował.  

4/6


wtorek, 24 maja 2022

Marci Shore "Ukraińska noc"

 

Ukraińska noc

       

    Jeśli ktoś nie do końca jest w stanie pojąć fenomenu kijowskiego Majdanu, to książka będzie tu bardzo pomocna, wręcz nieodzowna. Jest w niej rys historyczny wydarzeń z przełomu 2013/2014r., ale co najcenniejsze przede wszystkim są liczne wypowiedzi osób, które brały w tych wydarzeniach udział. Autorce udało się oddać atmosferę tych dni. A całość napisała bardzo przekonująco.  Biorąc pod uwagę zdrowy rozsądek, mogło to wydawać się niezrozumiałe, jaki jest sens siedzieć na kijowskim placu w mróz i protestować przeciwko czemuś, co już się dokonało ( odmowa podpisania  umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską przez Janukowycza w listopadzie 2013r.), a potem to już właściwie przeciwko wszystkiemu, korupcji, bezprawiu itp. Szanse, że to coś da i że to coś zmieni, wydawały się przecież właściwie żadne. Czytając książkę, rozumie się emocje, tych, którzy mimo wszystko szli na Majdan, nawet się je odczuwa.  

      Bo jak wiadomo, w zimie 2013/2014 ludzie przychodzili na Majdan, narażając się nie tylko na zmarznięcie i zachorowanie, ale przede wszystkim na brutalne pobicie, zostanie kaleką, a nawet i na śmierć. Okazało się, że w tym narodzie, ludzi którzy mają dosyć beznadziei i bezprawia i którzy chcą oderwać się pod każdym względem od Rosji i asymilować się z Zachodem, jest szalenie dużo. I jednak to coś dało, pomijając już doraźne skutki, ale przede wszystkim Ukraina stała się innym państwem, Ukraińcy stali się innym narodem. Determinacja protestujących i ich wiara w to, że coś musi się jednak zmienić, były porażająco wysokie, a czytając miałam wrażenie, jakby wszystko toczyło się tu i teraz, jakby niebezpieczeństwo i Berkut czaiły się dosłownie za rogiem. Momentami zazdrościłam tym, którzy tam byli, poczucia niewyobrażalnej solidarności z innymi ludźmi, takiego którego nigdy wcześniej nie doświadczyli. Jest to opis doświadczenia granicznego.  

    Druga część książki opisuje to, co działo się na Majdanie z perspektywy prowincji. Ta część jest mniej emocjonalna, ale też wiele rzeczy uzmysławia.

      „Apartament w hotelu Wojna” Tomasa Forro, o którym pisałam tutaj,  pozwala zrozumieć, czym były tzw. republiki separatystyczne, doniecka i ługańska, jak powstały, jak funkcjonowały, na czym polega wojna hybrydowa. „Ukraińska noc” z kolei pozwala i zrozumieć i odczuć Majdan. A połączenie obu tych pozycji daje wiedzę, dzięki której zdecydowanie lepiej i więcej rozumie się z tego, co dzieje się obecnie w Ukrainie.

5/6

   

piątek, 20 maja 2022

Elena Ferrante „Historia zaginionej dziewczynki” – audiobook, czyta Laura Breszka

 


   Po świetnym początku cyklu dalsze tomy odbierałam jako coraz gorsze, końcówka jednak trzyma formę. Po okresie zajmowania się małymi dziećmi, po wyprowadzkach, nastał w końcu czas na zbliżenie Lili i Eleny. Ich przyjaźń okazała się jednym z najtrwalszych i najdłuższych związków w życiu każdej z nich. Na niektórych etapach była to tylko luźna znajomość, a niekiedy nawet obie kobiety łączyła nienawiść. Aż szkoda, że tak się to przeplatało i że bywało aż tak źle. W tym tomie dojrzała już Elena, w wieku 50 plus, ocenia z perspektywy czasu dorobek swojego życia i ocenia relacje z Lilą. Refleksje o przyjaźni są naprawdę szalenie ciekawe, a przy tym uniwersalne i każdy czytelnik znajdzie tu coś dla siebie, co będzie mu przypominało jego przyjaźnie. W wielu momentach życia Elenie wydawało się jej, że może obejść się bez Lili, że jest ona już tylko przeszłością. Okazało się to nieprawdą. Kwestie dotyczące przyjaźni są tutaj ewidentnie najciekawsze. Wychodzą na jaw różne skrywane tajemnice i dopiero teraz widać naprawdę, co w pewnych momentach czuła Elena, nawet gdy wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy. Widać, kiedy Lili czegoś zazdrościła, kiedy ją podziwiała. Z perspektywy czasu wszystko widać inaczej, widać kto w tej relacji był silniejszą osobowością, kto mądrzejszą, kto bardziej empatyczną itp. Nic już nie jest zakryte. 

    Ale w całym cyklu, a już w tym tomie szczególnie, bohaterem jest też Neapol. Lila zafascynowała się tym miastem w dojrzałym wieku, dopiero wtedy zaczęła je tak naprawdę podziwiać i zwiedzać, a także czytać na jego temat szereg książek. Podczas opisów relacji rodzinnych, perypetii z chłopakami i w ogóle prawie wszędzie, Neapol zawsze jest gdzieś w tle. Słysząc o Neapolu większość osób kojarzy go z mafią, albo z zabytkami. Tu jest wszystko. W wielu filmach czy książkach o mafii są opisy, jak to przestępcy rabują czy mordują. Tutaj różni mafiosi, czy może raczej osoby powiązane z mafią,  przedstawieni są jako pozornie normalni ludzie, poznajemy ich jako synów, mężów, ojców, właścicieli drobnych biznesów. Ale wiadomo jest, że mają jeszcze inne źródła dochodów, nie wiadomo jakie. Dziewczynom to nie przeszkadza, związek z kimś takim gwarantuje przecież życie na określonym poziomie materialnym. Są opisy porażającej korupcji. Co jakiś czas w cyklu ktoś zostaje zamordowany i nie jest to niczym nadzwyczajnym. Są fragmenty, gdzie opisywany jest widok na Zatokę Neapolitańską z Wezuwiuszem w tle. Byłam tam i dla mnie to był rzeczywiście jeden z najpiękniejszych widoków, jakie kiedykolwiek widziałam. Nawet w tym okresie czasu, kiedy Elena nie mieszka w Neapolu, nie jest w stanie do końca oderwać się od tego miasta. Tam mieszkają przecież jej rodzice, rodzeństwo, znajomi i Lila oczywiście. A atmosfera miasta, to że Elena od dziecka musiała walczyć o swoje, że miała kontakty z naprawdę niebezpiecznymi osobami, że musiała być zdeterminowana i odważna, wpłynęło na całe jej życie. 

     Moją uwagę zwrócił tez jeszcze inny aspekt cyklu, widoczny właśnie w tym ostatnim tomie. Mam na myśli spojrzenie na wiek dojrzały i na starość. Zauważam, że w większości książek i filmów  okres ten pokazany jest jako coś naprawdę fatalnego. Ani Lila ani Elena nie były ani niedołężne, ani nawet chore, nie były też biedne.  Ale autorka ten etap życia przedstawia na ich przykładzie jako coś wyjątkowo mało godnego uwagi. Tak jakby wówczas nie mogło stać się ani nic ciekawego, ani nic dobrego. Gdyby obu kobietom zmierzyć średni spółczynniki szczęścia, jak w książce Dawida Machado, o której pisałam tutaj, byłby wyjątkowo niski. Oczywiście wpływ na to miała niewątpliwie tragedia, jaką przeżyła jedna z nich. U każdej bilans życia wypada źle, a ratuje go tylko posiadanie dzieci. W przypadku jednak gdy dzieci wyprowadzały się, traktowane było to jako dramat, jako „złamanie życia”, bo matka nie miała innego pomysłu na życie, jak tylko symbiozę z dorosłym dzieckiem. W wielu wypadkach właśnie tak jest, Elena Ferrante doskonale to zaobserwowała i opisała, ale na szczęście jest coraz więcej ludzi, którzy funkcjonują inaczej. Tutaj można się zastanowić, dlaczego tak wiele osób funkcjonuje w ten sposób, że wiek około 50 plus, kiedy jeszcze można zrobić wiele pożytecznych rzeczy i mieć wiele przyjemności w życiu, traktuje jako coś w rodzaju wegetacji.  

5/6

niedziela, 15 maja 2022

Lee Child "Zmuś mnie" audiobook, czyta Janusz Zadura

 


    Książka jest świetnie przeczytana, ale to chyba najmroczniejszy tom cyklu. Jack Reacher jest bez zmian, inteligentny, wręcz błyskotliwy, z poczuciem humoru, konsekwentnie dążący do celu, odważny itp. Ale porażający jest problem, z jakim się tutaj mierzy, a mianowicie koszmarne czyny, ukryte w darknecie. Świat cyfrowy jest dla Reachera obcy, ale dzięki łatwości nawiązywania kontaktów znajduje sprzymierzeńców, dzięki którym odkrywa koszmar, jaki stał się udziałem wielu osób. To chyba jedyna książka z cyklu, której nie można polecać na chandrę czy poprawę nastroju. Ale jest potrzebna, opisane zjawiska przecież istnieją. 

    Dość długo nie można zorientować się, na czym polega skrzętnie ukrywana przez mieszkańców miejscowości Matczyny Spoczynek tajemnica. Prawda wychodzi na jaw na ostatnich stronach. Ale jest koszmarna. 

4/6

czwartek, 12 maja 2022

Maciej Siembieda „Kukły”

 

Kukły - Maciej Siembieda

     „Kukły” znalazły się w finale Nagrody Wielkiego Kalibru, mój faworyt „Śnieży pył. Piekło na K2” niestety odpadł. Jak się okazało, Siembieda też ma sporo plusów. Nie czytałam wcześniejszych tomów z tego cyklu, ale w niczym to nie przeszkadzało.

   Siembieda ma umiejętność wynajdywania w naszej, polskiej historii, kwestii frapujących,  a nawet i tajemniczych. W „Kukłach” wybrał kilka takich i połączył z historią Niemiec, dodał do tego fikcyjną oczywiście fabułę. Zrobił to bardzo sprawnie, bo całość czyta się naprawdę dobrze. Można odpocząć, oderwać się od rzeczywistości, dowiedzieć się co nieco o historii i nieznanych zabytkach.

   W tym tomie jedna ze scen rozgrywa się w kaszubskiej wsi Węsiory, gdzie przebiega Szlak Kamiennych Kręgów i zobaczyć można właśnie kamienne kręgi z początków naszej ery. Jest też cmentarz Gotów z tego samego czasu. Tytułowe kukły zamiast szkieletów z  kolei faktycznie znaleziono w trumnach  w kościele w jednej z wiosek pod Raciborzem w 1993r. Osoby które weszły do krypty zmarły dość szybko. Wydarzenia rozgrywają się m. in. w trakcie powodzi stulecia w 1997r., bez względu na to, czy ktoś to pamięta, czy urodził się później, opisy budzą przerażenie. Są też nawiązania do niemieckiego generała z czasów II wojny, Karla Wiliguta, który nazywany był Rasputinem Himmlera. Karierę w wojsku zrobił mimo zaburzeń psychicznych i długiego pobytu w szpitalu psychiatrycznym, był okultystą i to zwróciło na niego uwagę. W „Kukłach” jest paru bohaterów w starszym wieku, którzy marzą o powrocie nazizmu i działają aktywnie na rzecz powrotu wielkich, nazistowskich Niemiec.

    Minusem z kolei jest bardzo płytka, niemal żadna psychologia postaci i przewidywalność w niektórych na szczęście tylko aspektach. Przykładowo pojawia się młody, zdolny, przystojny chłopak, a potem atrakcyjna, młoda kobieta. Nie trzeba być jasnowidzem, aby przewidzieć, co się stanie. Albo jeden z bohaterów wykorzystując zamieszanie, spowodowane powodzią, zechce wejść niepostrzeżenie do krypty z trumnami i kukłami w kościele. Oczywiste było, że pojawią się komplikacje. Trochę przypomina mi to wszystko Dana Browna, ale nie jest tak absurdalne. Nie zauważyłam tu drugiego czy trzeciego dna, ale powieść jest naprawdę dobrą rozrywką. Pokazuje, że warte uwagi są nie tylko zabytki typu Grób Tutenchamona czy Stonehenge, ale i te rodzime. A przy tym autor nie wpadł w manierę, że warte uwagi jest tylko to, co polskie, nasza historia jest opowiadana w powiązaniu z historią innego narodu. 

4/6   

wtorek, 3 maja 2022

Krzysztof Koziołek „Biały pył. Piekło na K2”

 

Biały pył Piekło na K2 - Krzysztof Koziołek








 

     Wciągający, oryginalny i zaskakujący kryminał, nie kryminał. Nie znałam, niestety, do tej pory twórczości Krzysztofa Koziołka, o jego istnieniu dowiedziałam się dopiero z listy 18 powieści nominowanych do Nagrody Wielkiego Kalibru 2022r. Ale te zaległości mam zamiar nadrobić, a jednocześnie będę „kibicować” tej pozycji, aby uzyskała tą nagrodę.   

    Książka jest fikcją, ale napisaną przez autora, który jest wspinaczem i zna się na rzeczy. Wie, jak wygląda technika wspinania się i ma sporą wiedzę o środowisku naszych himalaistów, a także po prostu o górach, w tym o Himalajach.  Jest sporo nawiązań do innych, historycznych już wypraw, do postaci żyjących i nieżyjących. Autor wie, jak wyglądały wyprawy na K2. Jest tu np. fragment, gdy samotny himalaista bliski śmierci widzi postać swojej córki, której faktycznie na K2 nie ma. Ale on z nią rozmawia, a ona pokazuje mu drogę, bez tych podpowiedzi nie miałby żadnych szans. Autor nie wyjaśnia, jak wytłumaczyć to zjawisko. Kierownik wyprawy przypomina jedynie przykłady rzeczywistych himalaistów, którzy twierdzą, że gdy byli o włos od śmierci uratowała ich jaką postać, pokazywała im drogę. Książka jest więc fikcją, ale bardzo realistyczną, jakby np. policjant pisał o policjantach.   

     Jednym z atutów jest naprawdę wciągająca akcja i to właściwie od samego początku. Rzadko to się zdarza, z reguły akcja rozkręca się w miarę czytania. Otóż podczas jednego z ataków szczytowych, prowadzonego przez dwóch wspinaczy, jeden z nich zginął. Jego partnerka podała dwie sprzeczne wersje wydarzeń, według jednej spadła na niego lawina, według drugiej zaś ona odcięła linę, do której był przywiązany, co miało wynikać z tego, że ona nie była  w stanie mu pomóc, a gdyby go nie odcięła, zginęliby oboje. Jednym z uczestników wyprawy był dziennikarz, który na postawie różnych poszlak zaczął podejrzewać, że mogło być jeszcze trochę inaczej, a mianowicie kobieta ta mogła odciąć linę partnera tylko po to, aby go zabić, a miała ku temu swoje powody jeszcze z czasów przed opisywaną wyprawą. 

      Jednym z najciekawszych aspektów książki jest pokazanie wspinaczy starej szkoły, takich powyżej 50-tki i młodszych, około 40 – tki. Jak wynika z wielu wypowiedzi współczesnych wspinaczy, różnica pomiędzy tymi grupami jest porażająca i dotyczy właściwie wszystkiego. Ogromny jest też rozdźwięk. Starsi uważają, że oni zawsze mieli swoje zasady, jak partnerstwo liny, w ich środowisku nie było możliwe zostawienie bez pomocy słabszego czy rannego partnera, bez względu na to, na jakiej wysokości się to stało. W trakcie wypraw nikt „nie grał indywidualnie na siebie”, liczył się sukces całej ekspedycji, a kto zdobędzie szczyt, miało już mniejsze znaczenie. Kierownik wyprawy decydował, kto ma być w zespole szturmującym wierzchołek, a kto ma np. tylko poręczować drogę, a której godzinie ekipa ta ma wyruszyć, kiedy zawrócić itp. Nikt oczywiście nie kwestionował tych zasad. 

       Zdaniem tych starych, młodzi wspinacze działają zupełnie odwrotnie i generalnie reprezentują sobą niemal samo zło pod każdym prawie względem. Ale czy na pewno? Młodzi, a właściwie już względnie młodzi,  z książki K. Koziołka rzeczywiście mocno różnią się od starych. Ale nie wszystko jest czarno – białe. Faktycznie buntują się przeciwko decyzjom kierownika i nie są w stanie pogodzić się z decyzją, że to oni mają zająć się poręczowaniem lin i dostarczeniem prowiantu do określnych obozów, a szczyt ma zdobywać kto inny. Ale poddają oni w bardzo dużą wątpliwość, czy aby na pewno w czasach starych wspinaczy wszystko było takie wspaniałe. Czy na pewno nikt wówczas się nie buntował przeciwko decyzjom kierownika i uważał je za sprawiedliwe? Czy na pewno wszyscy wspinacze byli tacy solidarni? Czy pomaganie komuś rannemu czy słabszemu w strefie śmierci w sytuacji gdy druga osoba też ledwo żyje  i naraża się na śmierć ma sens? Czy może w czasach starych wspinaczy udawało się tylko, że jest świetnie, a różne problemy były tajemnicą poliszynela? 

    K. Koziołek pokazuje zantagonizowaną wyprawę, zupełnie inną niż te, o których można było do tej pory czytać książki czy oglądać filmy. Samo to jest już mocno frapujące. Ludzie idą na szczyt i nikt nie ma pewności, czy w razie czego ktoś mu pomoże. Kierownik nie wie, czy ktoś będzie go słuchał. Najciekawsze w tym jest to, czy wcześniejsze wyprawy rzeczywiście były takie idealne, obawiam się, że niekoniecznie. 

      Jak wynika z opinii L. Cichego, zawartego na odwrocie okładki, opisywane zdarzenia naprawdę mogą się wydarzyć. Radzi on, aby przyjrzeć się wyprawie Szerpów na K2 z 2021r., kiedy to K2 po raz  pierwszy góra ta została zdobyta zimą.        

5/6

czwartek, 28 kwietnia 2022

Tomas Forro „Apartament w hotelu Wojna. Reportaż z Donbasu”

 

Apartament w hotelu Wojna - Tomas Forro   

  Świetny reportaż, z tej jednej książki dowiedziałam się więcej o Ukrainie, niż z wszystkich innych mediów razem wziętych. Całość napisana jest bardzo przystępnym językiem i wyśmienicie się to czyta. Autor przez dłuższy czas, narażając swoje życie i zdrowie, przebywał w tzw. separatystycznych republikach: donieckiej i ługańskiej, a faktycznie i formalnie po prostu na terenie wschodniej Ukrainy. Reportaż został napisany jeszcze przed 24 lutego 2022r. 

    Czasami jeszcze przed lekturą miałam wątpliwość co do tego, czy reporterzy wojenni są w obecnych czasach jeszcze do czegoś potrzebni. Dzięki internetowi i telefonom komórkowym ludzie mieszkający w miejscach, gdzie coś się dzieje, mogą przecież nagrywać filmiki i zdawać relacje. Ale po przeczytania „Apartamentu w hotelu Wojna” nie mam już żadnych wątpliwości co do tego, że reporter wojenny jest potrzebny. Autor miał bliższy kontakt zarówno z Ukraińcami, żołnierzami i cywilami, jak i z separatystami, główne Rosjanami, ale też i osobami wielu innych narodowości, zarówno cywilami, jak i członkami różnych ugrupowań militarnych, walczących na terenie tamtych republik p-ko Ukraińcom.  Rozmawiał ze wszystkimi, nawet z osobami torturowanymi i z tymi, którzy brali w tym udział. Coś co dla mnie było nie do końca jasne, ale za to zagmatwane, po przeczytaniu książki stało się znacznie bardziej zrozumiałe.  

   W reportażu jest rys historyczny, dzięki któremu wiadomo, w jaki sposób Putin doprowadził do powstania rejonów separatystycznych, opisane jest jak wygląda wojna hybrydowa, kim są ludzie walczący po każdej ze stron i masa innych rzeczy.  

       Sam autor napisał, że przed napisaniem książki sytuacja w tamtym rejonie wydawała mu się czarno – biała, wiedział kto jest tym dobrym, a kto złym. Im więcej się dowiadywał, tym bardziej ten obraz się zmieniał. W moim odczuciu obraz z czarno – białego robił się szary. Przykładowo po stronie separatystów walczyli nie tylko fanatyczni zwolennicy Putina, w dużej mierze, na samym dole, byli to m. in. zwykli, uczciwi ludzie totalnie zmanipulowani przez rosyjską propagandę, którzy święcie wierzyli w to, że walcząc z Ukraińcami, walczą z realnymi faszystami i że chronią w ten sposób swoje rodziny i domy. Po stronie separatystów walczyli też zwykli przestępcy, albo pijacy i narkomani za pieniądze, którzy nie orientowali się, o co chodzi w tej wojnie. Walczyli też ludzie z różnych stron świata, którzy również byli zmanipulowani i chcieli, jak ich ojcowie czy dziadowie w czasie II wojny, walczyć z faszyzmem i wyzwalać podbite przez faszystów narody. 

     Tomasz Forro opisał chyba każdy aspekt wojny w Donbasie z każdej możliwej strony. Poza kwestią wojny opisuje też życie cywilów, które naprawdę jest jednym wielkim koszmarem, a ci co stamtąd wyjechali, w wielu wypadkach przeżywają równie wielki koszmar. Ludzie, którzy pozostali tam, żyją jak na wojnie, w każdej chwili może ich trafić zabłąkany pocisk, a w dom może uderzyć rakieta, walki w tamtym rejonie toczą się w większym lub mniejszym stopniu, z przerwami, ale od ponad 8 lat. I nie jest tak, że zostali tylko ci najmniej zaradni, są osoby, które mają poczucie misji, wiedzą, ze z racji wykonywanego zawodu, są potrzebni. Ci co wyjechali np. do zachodniej Ukrainy, traktowani byli jak obcy i podejrzani o sprzyjanie separatystom, lub jako potencjalni szpiedzy, od państwa ukraińskiego nic nie dostali, sami musieli zadbać o to, aby móc gdzieś mieszkać i sami znajdowali sobie źródło utrzymania. Wracać nie mieli po co, bo mogliby zostać zabici jako uciekinierzy, zdrajcy, bratający się z „faszystami”. Zresztą nie mieliby do czego wracać, mieszkania czy domy osób które wyjechały, ulegają konfiskacie. W rejonie panuje porażająca bieda, a różne kanalie, np. przestępcy  maja się wyśmienicie.  

      Dla mnie „Apartament w hotelu Wojna” jest reportażem doskonałym i powinien otrzymać wszystkie możliwe nagrody. Nie wiem, dlaczego ich nie otrzymał. Może nie spodobało się komuś, że Ukraińcy nie są przedstawieni tylko i wyłącznie jako pozytywne postacie. Są np. opisy, jak to ostrzelali dzielnice mieszkalne, które nie były bronione, a mieszkali tam sami cywile. Tomasz Forro tego nic oceniał. Na wojnie zawsze i wszędzie od zarania dziejów zdarzają się pomyłki. Może reportaż nie zdobył nagród, bo jeszcze jest za wcześnie, pierwsze wydanie miało miejsce w listopadzie 2021r., drugie w marcu tego roku.

6/6 


niedziela, 24 kwietnia 2022

Oksana Zabużko „Planeta Piołun” – audiobook, czyta Anna Maria Buczek

 

Planeta Piołun - Oksana Zabużko

    Książka jest bardzo specyficzna, wersja papierowa byłaby zdecydowanie lepsza, bo w wielu miejscach warto się cofnąć, zwrócić uwagę na czyjeś nazwisko, czy nawet ponownie przeczytać określony fragment. Wykonanie też pozostawia sporo do życzenia, Anna Maria Buczek czyta nienaturalnie i patetycznie, miejscami płaczliwie. 

     Eseje zawarte w tomie są bardzo nierówne i przeznaczone głównie dla odbiorcy, który ma już określoną wiedzę o historii i kulturze Ukrainy i Rosji, a o ich literaturze, sztuce itp. I warto podkreślić,  O. Zabużko pisząc o kulturze skupia się wyłącznie na tzw. kulturze wysokiej, kulturę masową pomija całkowicie. Jest to książka dla zaawansowanych, lepiej po nią sięgnąć wtedy, gdy już ma się wiedzę we wskazanym zakresie w stopniu zdecydowanie wyższym niż podstawowy. 

      Jednym z pierwszych esejów z tomu jest esej o filmach, gdzie autorka snuje różne refleksje, dotyczące głównie radzieckich i rosyjskich, naprawdę bardzo mało znanych kilku filmów. Jedyny film, nakręcony w innej części świata to „Melancholia”  Larsa von Triera, również niszowy. Spośród tych filmów znałam właśnie tylko „Melancholię” i cały wywód był dla mnie po prostu w ogóle nieczytelny. Autorka wyszła z założenia, że każdy powinien te filmy znać, a jak tak nie jest, to jest już problem tej osoby. W eseju nie ma streszczenia fabuły, są refleksje, ale tak ściśle związane z tą fabułą, że bez jej znajomości naprawdę mogłam sobie słuchanie podarować, totalnie nic z niego nie wyniosłam. Są eseje dotyczące postaci również bardzo mało znanych, jak np. malarka Kataryna Biełokur, czy dysydent Leonid Pluszcz, ale w tym przypadku można próbować zgłębić temat i poszukać czegoś na ich temat w internecie.  

       Jeden z esejów poświęcony jest Brodskiemu i jego spotkaniom z autorką. Została mu zaprezentowana na jednym z prestiżowych amerykańskich uniwersytetów przez tamtejszą wykładowczynię w taki sposób, że było oczywiste, iż przedstawiająca kobieta, mająca tytuły naukowe, nie rozróżnia Rosji od Ukrainy. I nie jest to żaden ewenement. 

     Właśnie najciekawsze refleksje, zawarte w większym lub mniejszym stopniu w całym tomie, dotyczą tego rodzaju kwestii jak postrzeganie Ukrainy i Rosji na świecie, wiedza, a właściwie brak realnej wiedzy o tym regionie świata, szczególnie w Europie Zachodniej. O. Zabużko wykazuje, jak porażająco małą wiedzę o stalinizmie, komunizmie i wszelkich radzieckich zbrodniach mają zachodni artyści i intelektualiści i generalnie zachodnie elity. Podaje przykłady tych myślicieli i konkretne sytuacje, w których wykazali się totalną indolencją w tym zakresie. Szczególnie zwraca uwagę na francuskich intelektualistów i artystów. Ta niewiedza jest tak wielka, że rzeczywiście brak jest możliwości zrozumienia przez wskazane osoby i właściwie niemal całe zachodnie społeczeństwa biegu najnowszej historii, a zarazem możliwości zrozumienia, do czego Rosja cały czas jest zdolna. Wybuch wojny z Ukrainą z pewnością pewne fakty społeczeństwom zachodnim uzmysłowił, ale chyba też nie do końca, bo poparcie we Francji Marine le Pen jest naprawdę wielkie, a pomysły bratania się z Putinem mają w kręgach jej wyborców pełną akceptację. Zachodnie nastawienie na konsumpcję i jednocześnie indolencja historyczna i polityczna naprawdę mogą narobić cały czas wiele złego. Zabużko podkreśla, że we Francji nie było żadnych rozliczeń z przeszłością, żadnych dyskusji na temat postawy Francji w czasie II wojny, w szczególności dotyczy to rządu kolaboracyjnego, tym samym trudno wyciągnąć z nieanalizowanej przeszłości wnioski.   

   Generalnie po lekturze nasuwa się refleksja, że z racji tego, iż historia i kultura ukraińska są rzeczywiście mało znane i mało rozumiane,  jest to wielką luką w naszej wiedzy o świecie i to my jesteśmy z tego powodu stratni. I nie dotyczy to tylko historii i kultury Ukrainy, ale i innych państw Europy Środkowej czy Wschodniej. Karmiliśmy się karmimy nadal w większości angielskimi, amerykańskimi, francuskimi i hiszpańskimi książkami, filmami i serialami. I nie za bardzo patrzyliśmy się na to, co dzieje się na Wschodzie. W tych warunkach propaganda Putina i jego manipulacje miały bardzo podatny grunt. 

5/6

niedziela, 17 kwietnia 2022

"Umrzeć ze śmiechu" Paul Elliott - sztuka teatralna Teatr Kwadrat

 Ilustracja

    To jedna z lepszych sztuk, jakie oglądałam w Kwadracie. Widz jest rozbawiony cały czas, a do tego sporo jest scen, kiedy następują wybuchy śmiechu. Akcja mocno wciąga i całkowicie zapomina się o Ukrainie i wszystkich innych problemach. Gra aktorów jest świetna. Na szczególną uwagę zasługuje taniec w jednaj ze scen, muzyka huczy, naprawdę wspaniałe widowisko. 

    Jak często w tym teatrze, pod tą lekkością przekazu skryta jest treść zdecydowanie poważniejsza. To naprawdę mistrzostwo, jak można właśnie tak poważne treści pokazać w tak bardzo zabawnej formie. 

    Otóż bohaterkami są trzy przyjaciółki, do niedawna było ich cztery, ale jedna, Mary, zmarła. Są oczywiście zrozpaczone, ale okazało się, że Mary za pośrednictwem innej osoby, przewidując, co się z nią stanie, zdążyła przekazać pozostałej trójce wiadomość. Ta wiadomość, która przypomina wieść z zaświatów, nie jest ani odkrywcza, ani oryginalna. Ale za to jest bardzo przekonująca.  Nasze bohaterki są seniorkami, jedna ma dorosłą już córkę i poza regularnymi spotkaniami ze sobą i grą w brydża wiodą monotonne życie, każda ma różne niezrealizowane marzenia, ale przywykły już do tego, że tak właśnie ma być. 

   Przekaz Mary brzmi natomiast w ten sposób, że przyjaźń z nimi i wzajemne wspieranie się były czymś najlepszym w jej życiu. One powinny to kontynuować bez niej, nie powinny już niczego odkładać na później, mają cieszyć się życiem tu i teraz. Mają robić to, co właśnie chciały, w ich przypadku wspólnym marzeniem były podróże. Dopóki żyją, nie jest za późno, aby tym życiem się cieszyć. Mary w szpitalu poznała młodego chłopaka, studenta, którego zaczęła traktować jak syna, nawet na tak bliskie relacje również nie jest za późno. 

   Można było oczywiście to wszystko przekazać w długim filozoficzno - intelektualnym wywodzie, który mało kto by przeczytał. W tym przypadku prostota się sprawdziła. 

   Naprawdę warto obejrzeć.

5/6