niedziela, 10 maja 2020

Jacek Żakowski, Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki "Rozmowy o Evereście"

    Audiobook przerósł moje oczekiwania, a zdarza się to rzadko. Spodziewałam się po prostu relacji z wyprawy sprzed 40 lat spisanej   niemal na bieżąco, bo krótko po powrocie himalaistów, ewentualnie jeszcze dodatku w postaci wprowadzenia do nowego wydania. Okazało się, że jest to jednak coś więcej. Zasadnicza część książki to rzeczywiście tekst pierwotny, ale jest jeszcze obszerny wstęp, napisany współcześnie, a ponadto w trakcie czytania też zdarzają się drobne komentarze, formułowane już z perspektywy czasu, który upłynął.  


  Nie będę oczywiście streszczać opisu wyprawy, ale skupię się na tym, co z całej opowieści wydało mi się najbardziej godne uwagi, a były to kwestie psychologiczne. Opowiadając o uczestnikach wyprawy, rozmówcy zwrócili uwagę na to, że część z nich była ryzykantami, część zaś cechowała rozwaga i zachowawczość. Ci bardziej zachowawczy starali się tłumaczyć tym brawurowym, żeby nie przesadzali z ryzykiem, że życie ludzkie jest najważniejsze, że w razie niebezpieczeństwa lepiej jest zawrócić. Jednym z tych zachowawczych himalaistów, właściwie najbardziej zachowawczym  był Zygmunt Heinrich ps. "Zyga". L. Cichy i K. Wielicki w pierwotnym tekście komentowali, że "Zyga" ma szanse dożyć starości i że przy takim podejściu, jeśli nie stanie się nic nadzwyczajnego, w górach nic mu nie grozi. No i dodali już, że jednak 40 lat temu nie mieli racji, że "Zyga" jednak zginął w górach. Sprawdziłam, otóż 9 lat później gdy był z wyprawą znów pod Everestem, spadła na nich lawina i zabiła 5 osób. Nasunęły mi się porównania chociażby z wojną, nie było wówczas żadnej reguły, ginęli i odważni i zachowawczy, a przeżywali zarówno ci, co się nie narażali, jaki i ci, co działali w podziemiu i walczyli w powstaniu. Regułą był brak reguły. Ciekawe obserwacje można też prowadzić i teraz, gdy trwa epidemia. Jedni zabezpieczają się wszelkimi możliwymi sposobami, noszą maseczkę i przyłbicę, rękawiczki, a to też sporadycznie, bo generalnie starają się w miarę możliwości nie wychodzić z domu. Inni stosują minimum z minimum zabezpieczeń. A czas pokaże, jak to się dla kogo skończy. 

    Innym ciekawym aspektem była determinacja w dążeniu do celu, co w teorii brzmi banalnie, a w praktyce jest jednak poważnym problemem. W 1980 r. Everest uchodził za niemożliwy do zdobycia zimą, tak twierdził też pierwszy zdobywca szczytu E. Hillary. Nasi himalaiści jechali więc z misją, że spróbują dokonać niemożliwego, bariera psychologiczna była więc potężna. Parę dni przed tym, jak Cichy i Wielicki szczyt zdobyli, inna dwójka naszych wspinaczy z tej samej wyprawy miała wierzchołek  "w zasięgu ręki". Warunki były całkiem dobre, oni byli zdrowi i nie zdarzyło się nic szczególnego, co uniemożliwiałoby podjęcie ataku. Byli zaopatrzeni we wszystko, co możliwe. I doszli do niższego wierzchołka południowego, a następnie ... zawrócili. Fragment rozmowy z książki dotyczy też właśnie tego epizodu. Było to irracjonalne, ale widocznie tamci tak naprawdę nie wyobrażali sobie tego, że to oni mogą być pierwszymi zimowymi zdobywcami szczytu. Takiego problemu na szczęście nie mieli Cichy i Wielicki. 
   Ciekawe są też rozdziały o Cichym i Wielickim, gdy Żakowski rozmawia tylko z jednym rozmówcą o jego życiu. Wówczas można zauważyć niestandardowość postaci już od wczesnej młodości. Przykładowo Wielicki uległ wypadkowi podczas wspinaczki, miał gips i gorset i położono go do szpitala. Po stosunkowo krótkim czasie chyba 2 tygodni opuścił szpital mimo zakazu lekarzy, gorset sam zdjął i pojechał potem na wspinaczkę. Myślę, że każdy czytelnik po przeczytaniu czy odsłuchaniu książki znajdzie dla siebie jeszcze inne , równie ciekawe aspekty rozmowy. 


     Nie podzielam natomiast zachwytu nad wykonaniem audiobooka. Żakowski jest doświadczonym dziennikarzem, zarówno piszącym jak też występującym w radiu i telewizji, on podczas czytania wypada naprawdę dobrze. Z Cichym i Wielickim jest dużo gorzej. Problem z poprawną dykcją jest najmniejszy. Himalaiści wyszli najprawdopodobniej z zalożenia, że to oni zdobyli szczyt, to oni w 1980r. udzielili wywiadu i że odczytanie swoich wypowiedzi nie będzie żadnym problemem. Podczas luźnej rozmowy z pewnością sprawdziliby się doskonale. Ale czytają fatalnie, sztucznie. Dochodzą np. do końca strony, gdzie wyraz jest przedzielony i kończą pauzą w połowie tego wyrazu, przez co zdanie staje się mało czytelne. Potem gdy przewrócą kartkę zaczynają od tej połówki przerwanego słowa. Wykonanie było dla mnie tak złe, że podczas pierwszego rozdziału zastanawiałam się, czy w ogóle będę w stanie dotrwać do końca i czy nie lepiej byłoby, gdybym przerwała słuchanie. Ale można jednak przyzwyczaić się i do tego. A z pewnością było warto.
5/6

czwartek, 7 maja 2020

Dariusz Rosiak "Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista"



       Kupując tą książkę spodziewałam się, zgodnie zresztą z opisem wydawcy, rzetelnego portretu księdza Mieczysława Krąpca, byłego rektora KUL-u, wybitnego profesora filozofii, świetnego organizatora, który z małej uczelni, przeznaczonej do likwidacji, zrobił prężnie działający duży ośrodek naukowy, promieniujący na cały kraj. Okazało się, że M. Krąpiec zarejestrowany został jako tajny współpracownik PRL-owskich służb specjalnych. Zgłębienie dziejów tej postaci i próba ustalenia, czy rzeczywiście doszło do świadomej współpracy, a jeżeli tak, to jak to się mogło stać, mogło być fascynujące. Mamy przecież duchownego, autorytet moralny znany niegdyś w całym kraju. Książka mnie jednak nieco rozczarowała. Ojciec Krąpiec  i jego domniemana współpraca jest tylko jednym z podjętych wątków, tym samym więc temat jego osoby nie został jakoś szczególnie głęboko potraktowany, a  przynajmniej ja czuję w tym zakresie niedosyt.  Całość napisana jest w naprawdę ciężkim, nawet bardzo ciężkim  stylu i czyta się to źle. Bardziej tą książkę wymęczyłam, niż przeczytałam. W żadnym chyba momencie temat nie porywa, nawet gdy na kartach pojawia się Grzegorz Piotrowski, zabójca księdza Popiełuszki, nie robi się ciekawiej. Można natomiast dowiedzieć się wielu rzeczy na tematy historyczne, psychologiczne już znaczniej mniej.  

    Podczas czytania uświadomiłam sobie, że paradoksalnie więcej chyba wiem o czasach II wojny, niż o niektórych fragmentach dziejów PRL-u. Temat KOR-u, Solidarności, czy generalnie opozycji był tyle razy wałkowany w mediach, że wydawać by się mogło, że niczym już nie zaskoczy. Temat teczek i współpracy ze służbami PRL-owskimi również, niekiedy można było już mieć nim przesyt. Ale autor zajął się KUL-em, właśnie jego byłym rektorem, a także Januszem Krupskim, byłym działaczem opozycyjnym i byłym studentem KUL-u, a o tych postaciach nie miałam zielonego pojęcia. Często tak właśnie bywa, że wydaje się, że się już coś dogłębnie zna na tyle, że nie ma sensu tematu pogłębiać, a potem okazuje się, że ta nasza wiedza wcale nie była taka rozległa, jak wydawało się na początku. J. Krupski rzeczywiście był szalenie barwną postacią, mimo niewątpliwych zasług w działalności opozycyjnej nie zrobił po 1989r. żadnej kariery, miał swoje niezłomne zasady, a parcie w górę i wykorzystywanie do tego dawnych kontaktów było z nimi sprzeczne. 

    Autor usiłował zgłębić temat ojca Krąpca i jego domniemanej współpracy. Lektura utwierdza w przekonaniu, że rzeczywistość nie jest czarno - biała, że z reguły składają się na nią różne odcienie szarości. Im więcej wie się na temat relacji rektora z oficerem SB, z którym się spotykał, tym trudniej jest zająć jednoznaczne stanowisko w tym zakresie. Opisanie tej relacji też było szalenie trudne, bo z jednej strony nie można przecież kogoś potępiać, z drugiej zaś nie można relatywizować. Ciekawsze niż samo ewentualne potwierdzenie współpracy, było zajęcie się motywami księdza, gdy spotykał się z oficerem. 

   W tle pojawia się też wątek współpracy kleru ze służbami i również próba zgłębienia, dlaczego takie postawy miały miejsce. D. Rosiak rozmawiał na ten temat z dominikaninem, ojcem Józefem Puciłowskim, który zgłębiał to zagadnienie. Jak się okazało, wielu duchownych podejmowało taką współpracę, bo nie widzieli w tym niczego złego. Wywodzili się z biednych rodzin ze wsi, dla których socjalizm oznaczał awans społeczny i tamta władza kojarzyła im się dobrze. Jest też pokazana kwestia konfliktu dominikanów z prymasem Wyszyńskim. Generalnie jest tych zagadnień kilka, a każde potraktowane pobieżnie, niedosyt jest wiec tym większy.
4/6
    

czwartek, 30 kwietnia 2020

Bolesław Prus "Lalka" - audiobook, czyta Jarosław Gajewski





            "Lalka" jest idealnym audiobookiem, trwa długo i słuchając jej, całkowicie się odrywałam od rzeczywistości. Spodobała mi się zdecydowane, niewyobrażalnie wręcz bardziej, niż wtedy gdy czytałam ją w szkole. Dopiero teraz odkryłam masę rzeczy, które można dostrzec w trakcie lektury. Lektor czytając głośno, robi to znacznie dłużej, niż gdyby się czytało tekst dla siebie, nazwijmy to standardowo, po cichu. Słuchanie czytanego tekstu daje możliwość dłuższego  smakowania książki, pozwala odkryć ukryte dotąd znaczenia no i więcej rzeczy można zapamiętać.  

    "Lalkę" odebrałam tym razem jako powieść dla indywidualistów o indywidualiście. Każdy kto w jakimkolwiek aspekcie życia idzie pod prąd obowiązującym powszechnie wzorcom, będzie mógł z Wokulskim w większym lub mniejszym stopniu się utożsamiać. Wokulski żyje poza jakimikolwiek schematami. Miał okresy, kiedy było inaczej, ale nie dało mu to szczęścia, np. gdy był mężem Minclowej, wiódł pozornie niemal idealne życie, którego wiele osób mogło mu zazdrościć. Tylko sam Wokulski i Rzecki wiedzieli, jak strasznie się wtedy męczył i jak szalenie niezgodne było to z jego prawdziwą naturą. Prus zauważa podstawową prawdę, która jednak nie dla każdego jest jasna, tzn. że nie ma idealnego wzorca szczęścia dla wszystkich. Wokulski szuka cały czas swojego miejsca, ma problem z tym, aby je znaleźć, ale szanse ma cały czas. Jest przeciwieństwem poczciwego Rzeckiego, który nigdy nie miał pomysłu na swoje życie i funkcjonuje według zasady, że skoro jakoś tak wyszło, że został subiektem w konkretnym sklepie i mieszka w Warszawie, to niech już tak będzie do końca, a zastanowienie się, czy jest z tego zadowolony i ewentualne próbowanie jakichkolwiek zmian nawet nie przychodziło mu do głowy. 

    Prus pochylił się też nad tym, co często jest pomijane przez wielu pisarzy. Otóż stworzył bohaterów, np. właśnie Wokulskiego, prezesową Zasławską czy profesora Ghosta, których interesuje coś więcej, niż oni sami i czy ich rodzina. Osoby te patrzą szerzej, robią coś dobrego dla ogółu, narażają się przy tym na głupie uwagi czy obgadywanie za plecami. No bo kto widział, żeby przepisywać majątek na biednych, zamiast na krewnego nieroba, który błyskwicznie ten majątek przepuści. O takich postawach, reprezentowanych przez mniejszość, pisał B. Cywiński w "Rodowodach niepokornych".  Pisząc o robieniu czegoś dla innych mam na myśli robienie czegoś więcej, niż dawanie publicznie datku na cel, uznany powszechnie za godny, bo to niczego nie kosztuje, jest zwyczajem, wyrabianiem pewnej normy.

     Fascynujące okazało się dla mnie przyglądanie się charakterom ludzkim. Żadna postać nie jest tylko czarno - biała, nikt nie jest tylko dobry czy tylko zły. Nawet poczciwy Rzecki swoją głupotą narobił trochę złego, np. opowiadając pani Stawskiej wymyślone przez siebie nonsensy, że Wokulski się w niej kocha, dał jej niepotrzebną nadzieję i doprowadził do cierpienia. Większość bohaterów gdy już się ich pozna i uzna, że można ich jakoś zakwalifikować, w pewnym momencie wymyka się temu zaszufladkowaniu i robi coś, co wydaje się jakby do nich niepasujące. W jednych rzeczach są dobrzy, w innych niekoniecznie, a wszystko jeszcze się zmienia. Przykładowo taka hrabina Wąsowska, robiąca wrażenie pustej kokietki, kochającej się w Wokulskim, gdy po dłuższym czasie rzeczywiście zdała sobie sprawę z tego, że on jest szaleńczo zakochany w pannie Łęckiej, podjęła próbę ich pogodzenia, działając tym samym na swoją niekorzyść. Bohaterowie u Prusa bywają nieprzewidywalni, ulegają emocjom. Na żadnego z nich pisarz nie patrzy przez pryzmat stereotypów. Wszystko jest bardzo złożone.  Wokulski przyjaźni się z Suzinem, chociaż Suzin jest Rosjaninem i mógłby uchodzić, a w niektórych kręgach wręcz uchodzi za wroga. Dzięki Prusowi na Suzina patrzymy jak na człowieka, a nie jak na przedstawiciela zaborcy. Wokulski przyjaźni się też z Żydem, doktorem Szumanem i ma poprawne kontakty z innymi Żydami.  Każdy z nich jest inny. 

    O aspekcie irracjonalnym w powieści pisać nie będę, bo napisała o tym O. Tokarczuk w eseju "Lalka i perła", o którym pisałam tutaj. Powieść ta to też idealne źródło wiedzy o epoce, o tym jak wówczas żyli ludzie z różnych warstw społecznych, bogaci, biedni, wykształceni, niewykształceni. To jest też powieść o Warszawie, obecnie wielu przewodników oferuje oprowadzenie po trasie  śladami "Lalki". Taka trasa jest nawet opracowana przez miasto, są odpowiednie tablice.
    6/6
   
   
                   

sobota, 25 kwietnia 2020

Olga Tokarczuk "E.E."


    Pisząc o eseju O. Tokarczuk pt. "Lalka i perła" - tekst tutaj, wspomniałam, że autorka zwróciła w nim uwagę m. in. na to, jak wiele w "Lalce" Prusa jest tego, co w życiu irracjonalne i wymykające się spod kontroli rozumu. W "E.E." autorstwa samej już O. Tokarczuk, tego co wymyka się spod kontroli rozumu, jest szalenie dużo. "E.E." jest dla mnie powieścią o tym, co niewytłumaczalne, ale napisaną bez tandeciarstwa i bez naiwności. To książka o tajemnicy. Po przeczytaniu całości więcej jest pytań, niż odpowiedzi. Powieść jednocześnie jakby otwiera nas na to wszystko, co racjonalne nie jest, pozwala patrzeć na świat nie tylko przez pryzmat rozumu, ale tak jak jeden z bohaterów, który poczuł, że "wszystko staje się ważne i warte zbadania, nawet ludzkie pomyłki, rozkojarzone marzenia senne, przypadki, zbiegi okoliczności." 

    Książka jest jedną z wcześniejszych pozycji w dorobku noblistki, ale już wtedy autorka potrafiła zaintrygować i napisać tak, że nie da się tego zapomnieć. "E.E." opowiada o młodej dziewczynie, Ernie, która uchodziła w najbliższym otoczeniu za medium. Z udziałem dziewczynki prowadzone były seanse spirytystyczne, a ich uczestnicy uważali, że rzeczywiście dzięki Ernie dochodzi do kontaktu z duchami bliskich im zmarłych. Wychodzi co prawda na jaw, że w kwestiach spadających rzekomo samorzutnie przedmiotów Ernie nieproszone "pomagały" jej siostry bliźniaczki, ale w pozostałych elementach już nie. Ewentualne kontakty z duchami nie są jedynymi niejasnymi fragmentami powieści. W innych fragmentach Erna np. ma przeczucia, ale też nie potrafi ich jasno wyartykułować, np. patrzy się na lodowisko na rzece, zafascynowana sama nie wie czym i wydaje jej się, że lód się zapada  i dzieci wpadają pod niego. Ale też nie jest pewna, czy rzeczywiście to widzi, czy jej się tylko tak wydaje, nie wie, kiedy coś takiego nastąpi i czy w ogóle nastąpi. Opiekunka musiała ją na siłę ciągnąc do domu, a lód rzeczywiście się załamał i to zgodnie z wizją, ale nie tego dnia.

   Każdy z pewnością zetknął się w życiu z czymś irracjonalnym. Z reguły też nie wiadomo,  co z tego zdarzenia czy zjawiska ma wyniknąć, co mamy robić. W dzieciństwie rzeczywiście zauważało się więcej takich rzeczy, potem bardziej brakuje czasu, albo nie zwraca się już na nie uwagi, niekiedy też na siłę się je racjonalizuje lub bagatelizuje. "E.E." pozwala poczuć tamten klimat, zastanowić się np. minionym snem, nad przeczuciami czy nad rzekomymi zbiegmi okoliczności. 

    Poza opisaną sferą powieść oferuje jeszcze więcej. Jest oczywiście motyw podróży, matka Erny wraz z wszystkimi dziećmi zawsze spędza wakacje na wsi i to tam, dalej od domu ma czas i chęć, aby przyjrzeć się z perspektywy swojemu życiu i zrobić bilans minionego roku, oswoić się z przemijaniem. Portret rodziny Erny też zasługuje na uwagę, pozornie rodzina jest udana, ale po bliższym przyjrzeniu się ukazują się rysy, momentami szkoda jest nawet Erny, zmuszanej do uczestnictwa w seansach spirytystycznych przez matkę, która chce popisać się córką przed sąsiadami i innymi znajomymi. Niemiecki Wrocław sprzed I wojny też ma swój urok.
5/6  

środa, 22 kwietnia 2020

Krzysztof Bochus "Czarny manuskrypt" tom I z Christianem Abellem


 
      Jestem fanką kryminałów retro i był to już najwyższy czas, aby po powieści K. Bochusa sięgnąć. Autor, były dziennikarz, zadebiutował jako powieściopisarz w wieku 62 lat i to z sukcesem. Naprawdę warto było zobaczyć, co ma do powiedzenia ktoś, kto udowodnił, że nigdy nie jest za późno.   
    
    Książka jest oryginalna i to pod kilkoma względami. Wydarzenia rozgrywają się w okresie dwudziestolecia międzywojennego w Kwidzyniu, w tamtym czasie zwanym Marienwerderem i w Malborku, wówczas Marienburgu. Z racji tego, że tereny te wówczas były niemieckie, powieść napisana jest z punktu widzenia niemieckiego, Niemcami bowiem są główni bohaterowie. I prosty zabieg ten wystarcza do tego, aby inaczej już patrzeć chociażby na Zakon Krzyżacki, utożsamiany u nas jedynie z grabieżami, mordami i bitwą pod Grunwaldem. W książce są bohaterowie, którzy dziejami zakonu się fascynują i dostrzegają w nim to, co u nas jest pomijane, tzn.  rzeczywiście ponadprzeciętne walory, w tym erudycję, jak to określił autor "umiejętność  podnoszenia się z kolan i przekuwania porażek w zwycięstwa", świetną dyplomację. Zamek w Malborku jest  unikalny na skalę światową, a gdyby z kolei w dwudziestoleciu nie doszło do renowacji wielu dzieł sztuki i murów, to nie  wiadomo, czy zamek przetrwałby II wojnę. A renowacją zajmowali się przecież Niemcy i zrobili to najlepiej, jak umieli.   

   Książce towarzyszy aura tajemnicy, zabity zostaje ksiądz, zabójstwo przypomina rytualne, niedługo potem pada drugi trup. W tle z kolei widać jednocześnie, że w siłę rośnie NSDAP i związani z nią ludzie, a w praktyce  wygląda to tak, że tępe osiłki podnoszą głowy i chcą rządzić miastem, nie licząc się z nikim i z niczym. Narasta antysemityzm. Na uwagę zasługuje też główny bohater, czyli radca kryminalny Christian Abell. Jest inteligentny, przystojny, błyskotliwy, zna się nie tylko na swojej pracy, ale też i na sztuce, rozszedł się z żoną, a w Kwidzyniu mieszka jego dawna miłość. "Czarny manuskrypt" nie jest na szczęście harlekinem. Radca ma też korzenie polskie po babce. Przy okazji snutej opowieści kryminalnej można dowiedzieć się sporo i o historii zamku w Malborku, a także i o sztuce, np. o Anselmie Feuerbachu. Są również i Polacy, nie zajmują żadnych stanowisk, są dyskryminowaną mniejszością, postrzeganą jako  nieroby i złodzieje. 

    To natomiast, czego mi brakowało podczas czytania, to lekkość stylu, dzięki czemu powieść można wręcz chłonąć. "Manuskrypt" mnie niestety nie wciągnął. Czytałam jakby z boku, a o zapomnieniu o otaczającej rzeczywistości w ogóle nie było mowy. Powieść ta jest jednak pierwszą w dorobku Krzysztofa Bochusa, a następne, w tym również z cyklu z radcą Abellem, czytelnikom podobały się jeszcze bardziej. Myślę więc, że to kwestia wyrobienia się jako powieściopisarza, no i wprawy. Łopatologiczne wywody na temat krzyżaków pasowałyby z kolei bardziej do poręcznika, niż do powieści. Lepiej zdecydowanie byłoby, gdyby te historyczne informacje wplecione zostały w akcję w inny, bardziej przystępny sposób, tak aby nie zaburzało to tempa wydarzeń. Nie najlepiej wypada też psychologia, poza znaną tezą, że natura ludzka jest zdolna do wszystkiego i że od wieków rządzą nią te same prawa, głębszej psychologii tam nie ma. 

    "Manuskrypt" całkiem nieźle prezentuje się na tle innych kryminałów retro. Niedoścignionym wzorem jest dla mnie Marcin Wroński i jego gorzki cykl z Zygą z akcją osadzoną w dwudziestoleciu międzywojennym, w którym nie ma niczego w rodzaju wykładów historycznych, a wcześniejszej niż akcja wydarzenia, np. wojna z 1920r. są zasygnalizowane np. we wspomnieniach, czy rozmowach. Zasygnalizowane są zaś zaś tak, że naprawdę wiele można się dowiedzieć, a wiedza ta nie jest standardowa. I u Wrońskiego nie ma udziwnień, zabójca zabija w najprosztszy możliwy dla niego sposób, np. dusząc i z reguły z prozaicznych przyczyn, starych jak świat, np. zemsta. Podobne atuty mają kryminały Marka Krajewskiego, również o tym samym okresie. I u Wrońskiego i u Krajewskiego nie ma żadnych stereotypów w opisywaniu postaci, większość bohaterów umyka prostym schematom i nie daje się jednoznacznie zakwalifikować, wszystko jest  prawdziwe. Kryminały z kolei Rhys Bowen z akcją osadzoną w Nowym Jorku sprzed 100 lat, są już z innej półki, ale czytają się fenomenalnie. Też nieźle czyta się Akunina i jego cykl z Ernestem Fandorinem, też sprzed 100 lat, chociaż momentami bilsko jest grafomanii. Jakub Szamałek jako archeolog z wykształcenia ze strożytnością też super sobie poradził, jego książki to kopalnia wiedzy. I szczególnie wyróżniłabym w tym zakresie niezrównaną Agatę Christie i jej retro kryminał ze starożytnym Egiptem, istną perełkę pt. "Zakończeniem jest śmierć", w którym idealnie pokazała, że ludzie sprzed tysięcy lat w istocie nie różnili się od nas ani sposobem myślenia, ani uczuciami i targały nimi takie same emocje.     

    Po kolejny tom K. Bochusa z pewnością jednak sięgnę. 
4/6

sobota, 11 kwietnia 2020

Olga Tokarczuk "Lalka i perła"


     Zastanawiałam się, czy jest tu sens pisania o "Lalce i perle", nie jest to przecież odrębna powieść, tylko esej o "Lalce" B. Prusa. Rozważania O. Tokarczuk są jednak tak wnikliwe, a spojrzenie na powieść z XIX wieku tak unikalne, że szkoda byłoby to dzieło pominąć. Sięgnęłam właśnie po ten esej, gdy zaczęłam miesiąc temu słuchać "Laki" jako audiobooka i bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że nieco inaczej patrzę już na "Lalkę". O swoich refleksjach o samej powieści napiszę po odsłuchaniu całości. 


      Jestem pod gigantycznym wrażeniem rozważań O. Tokarczuk. Ostatnio panuje moda na czytanie reportaży, a wielu czytelników uważa, że tylko z literatury faktu można się czegoś ciekawego dowiedzieć, powieść zaś kojarzy im się z czymś gorszym, z wymyśloną historią bez wartości. O. Tokarczuk już w przemówieniu noblowskim ujęła się za powieścią, a w tym fenomenalnym eseju pokazuje, jak wiele właśnie z powieści można się dowiedzieć, nie wspominając już o samej przyjemności czytania. 

     Przeważająca większość czytelników, w tym również i ja w czasach szkolnych, kojarzy "Lalkę" z historią obsesyjnej miłości Wokulskiego do Izabeli. Noblistka zaś pisząc o tym dziele najmocniej skupia się na tym, co jest irracjonalne, niewytłumaczalne, symboliczne, a wbrew pozorom właśnie takich elementów jest w "Lalce" naprawdę sporo, a także na tym co ma związek z wewnętrznym rozwojem człowieka i wypełnianiem przez niego własnej misji. Zasygnalizuję tutaj te myśli, które wydały mi się najbardziej godne zastanowienia. Mogą one zabrzmieć banalnie, będą wyrwane z kontekstu, esej jest zwięzły, a przepisywanie go jest przecież pozbawione sensu.  

     "Lalka" zdaniem O. Tokarczuk jest dziełem wybitnym. Po czym zaś rozpoznać można dzieło wybitne? Robi ono na czytelniku wrażenie przybliżania się do jakiejś tajemnicy, wywołuje oszołomienie, zadziwienie, niepokój. Każdy doświadcza tych odczuć na swój własny sposób. Postacie są tak skonstruowane, że można się z nimi identyfikować, każdy z kim innym. Autor zaś jest kimś wtórnym, dzieło bowiem robi wrażenie, jakby pochodziło skądś wyżej, może przerastać autora, tak jakby autor opisywał coś, co już istniało gdzieś wcześniej, jakby po prostu było mu podyktowane przez siłę wyższą. 

    "Lalka" opowiada historię przemiany, jest nie o miłości do Izabeli, bo to jest tylko pewna forma, ale o podróży wewnętrznej człowieka. Wokulski wybija się ponad masę i staję się coraz większym indywidualistą, wyróżnia się od zbiorowości. Czuje się jako Obcy w tym świecie. Jest to "Obcość, która daje możliwość pozostawania w dialogu z bóstwem. Obcość, która dzięki bolesnemu dystansowi do świata pozwala widzieć więcej i szerzej". "Obcość, dzięki której Obcy jest poruszany i motywowany z góry".  

     Jest pełen sprzeczności. Robi się coraz bardziej empatyczny i wobec innych ludzi, zwierząt, a nawet i roślin. Na początku drogi, a jednocześnie tej swojej przemiany interesował się właściwie tylko swoim rozwojem intelektualnym, potem Izabelą i zdobyciem majątku dla niej, a potem dopiero zaś pojawiło się zainteresowanie i współczucie dla innych. Autorka cytuje te fragmenty "Lalki",  w których Wokulski słyszy jakby głos, dla niej jest to głos Boga i to z nim bohater toczy dialog. 

     Zwraca też uwagę, że dla rozwoju wewnętrznego Wokulskiego kluczowe były podróże, jedna prowadziła na Powiśle, gdzie spotkał się z ludzką nędzą i tam po raz pierwszy doznał totalnego współczucia dla wszystkiego, co go otaczało. Konsekwencją tego było potem pomaganie innym, począwszy od furmana Wysockiego. A druga podróż wiodła do Paryża, gdzie z kolei zetknął się z profesorem Geistem i zainteresował się badaniami naukowymi, ale też szalenie dużo myślał, coś wspominał, zaczął mieć przeczucia, pojawiły się zachwyty, "w racjonalnym nastawieniu Wokulskiego pojawiła się szczelina". Chociaż żaden fragment książki nie mówi wprost, aby Wokulski był religijny, O. Tokarczuk zauważa, że "prowadzi go instynkt religijny, silna potrzeba transcendencji, która wyróżnia go od "wydrążonych ludzi" jego czasów". 

       To co zasygnalizowałam to tylko wierzchołek góry lodowej, rozważań autorki, żeby w pełni doświadczyć tego, o czym ona pisze, warto sięgnąć po tą malutką książeczkę.  Na końcu eseju O. Tokarczuk zamieszcza "Hymn o perle" Miłosza, to właśnie do tej perły nawiązuje tytuł eseju.  
6/6

niedziela, 5 kwietnia 2020

Peter Zuckerman , Amanda Padoan "Pochowani w niebie. Niezwykła historia Szerpów i największej tragedii na K2"


   Parę tygodni temu przeczytałam "Bez powrotu. życie i smierć na K2" o tragicznych wyprawach na K2 w 2008r., a z racji tego że książka  pozostawiła we mnie spory niedosyt, znalazłam inną pozycję o tym dramacie. "Pochowani w niebie" pokazują, jak można pozornie  znany już temat przedstawić tak, że wydarzenia postrzega się już zupełnie inaczej. Do tej pory podczas opisywania wypraw całkowicie pomijani byli Szerpowie, można było co najwyżej znaleźć wzmianki, że w ogóle byli, ewentualnie że coś robili źle, albo że któryś z nich zginął. A gdy już zginął, media nie podawały nawet nazwiska, tak że rodziny mogły jeszcze przez wiele dni nie wiedzieć, czy czyjś mąż, ojciec, czy brat przeżył. Autorzy "Poległych w niebie" właśnie Szerpów uczynili głównymi bohaterami. I całość wygląda zupełnie inaczej. Punkt widzenia Szerpów na wyprawę nie zawsze jest mile widziany przez pozostałych, ale to Szerpowie najlepiej widzą butę i chamstwo niektórych wspinaczy. To właśnie Szerpowie dostrzegają nadal silnie występujący u białych rasizm i wiążące się z nim poczucie wyższości, nawet wtedy gdy uczestnicy wyprawy nie mają tego świadomości. 

    Autorzy opisują chociażby sytuację, gdy jeden z Szerpów już podczas wspinaczki bardzo poważnie zachorował, a był na tyle wysoko, że nie był w stanie samodzielnie zejść. Żaden z członków kilku wypraw nie wyraził chęci, aby pomóc, a wtedy jeszcze warunki były dobre, wszyscy byli w znakomitej formie, tyle tylko że szykowali się powoli do ataku szczytowego i konieczność udzielania pomocy mogła postawić pod znakiem zapytania wejście na szczyt. Co gorzej, gdy jeden z Szerpów zdecydował się na pójście na ratunek to nie tylko ostatecznie nikt do niego nie dołączył, ale ten ratujący przez 2 godziny chodził po bazie,  chcąc pożyczyć sprzęt do wspinaczki, nikt nawet tego nie chciał zrobić.  Autorzy dali pod rozwagę pytanie, czy ta sytuacja wyglądałaby tak samo, gdyby pomocy potrzebował np. Amerykanin  czy Norweg. Gdy wyprawa już się zakończyła, to do tej konkretnej sytuacji mało kto wracał, nie było roztrząsania, dlaczego nikt nie chciał pomóc. 

    Na K2 w 2008r. rozegrały się czyny niewyobrażalnie bohaterskie, ale miały też miejsce zwykłe świństwa. Przyjęty punkt widzenia pozwala na wgląd w motywy, jakimi kierowali się bohaterowie. Jeden z nich np. pomógł, bez cienia wątpliwości narażając się na śmierć, bo nakaz taki wypływał z wyznawanej przez niego z religii, w tym przypadku z islamu. Wiadomo, jak u nas postrzega się islam. Książka w wielu miejscach łamie utarte schematy myślenia.

   W porównaniu do "Bez powrotu", "Pochowani w niebie" są zdecydowanie lepiej napisani, dużo bardziej wciągają, jedynie za obszerne są fragmenty początkowe o Szerpach, ich pochodzeniu, sytuacji w regionie itp. Są zdjęcia, czarno -białe, ale lepsze takie, niż żadne, są mapki i szkice, a na nich naniesione bazy. Autorzy wykazali się też większą odwagą przy pisaniu. W "Drodze bez powrotu" autor bał się kategorycznych wniosków przy opisie sytuacji, które budzą kontrowersje z uwagi na sprzeczne wersje uczestników. Tutaj P. Zuckerman i A. Padoan również przytaczają źródła, ale zajmują stanowisko, analizując zapewne wcześniej te różne wersje. Przykładowo ledwo żywy wspinacz dowlókł się do obozu i próbował dostać nocleg we względnie, jak na tamte warunki, komfortowym namiocie z dwoma osobami. Po usłyszeniu "wynocha", co skazywało go na śmierć,  zajrzał do drugiego namiotu, gdzie było trzech mężczyzn, ale przyjęto go, chociaż wiadomo było, że wszyscy noc spędzą na siedząco, na położenie się miejsca już nie było. Autorzy nie bali się wprowadzić tego "wynocha" do książki. 

   Co więcej pokazane są też losy uczestników i ich rodzin po wyprawie. I nie ogranicza się to standardowych wzmianek rodzin tych, co zginęli, typu "to był wspaniały człowiek", czy "bardzo nam go brakuje" itp. Pokazane jest, jak trudne może być życie kogoś, kto przeżył, jakie wątpliwości ludzie ci mogą mieć i jak odnosi się do nich otoczenie, sugerując, że może czegoś zaniedbali, nie pomogli. Jeden z bohaterów np. się rozpił i zaczął przypominać menela. Jest też wzmianka o tym, jak to Koreańczycy, najbardziej butna wyprawa pod kierownictwem niebywale aroganckiego człowieka, odlatywała z bazy pod K2 śmigłowcami. Gdyby odeszli stamtąd tak, jak inni, a pieniądze na te śmigłowce przekazali rodzinom zmarłych, dzieci tych, co zginęli byłyby ustawione finansowo do końca życia.
5/6

   

piątek, 27 marca 2020

Agata Christie "Dom zbrodni"


     Królowa Kryminału pokazuje, jak bardzo mylnie możemy oceniać nawet tych ludzi, których w naszym mniemaniu najlepiej znamy, czyli nawet i członków własnej rodziny. Pozornie oczywiste wydaje się, że skoro mieszka się z kimś przez wiele lat, to wszystko jest już o tej osobie wiadome. Sama autorka wspominała, że to właśnie ta powieść jest jedną z jej ulubionych i że przez lata "chodziła za nią". A. Christie, będąca wyśmienitym psychologiem, aczkolwiek bez formalnego wykształcenia w tym kierunku, niewątpliwie miała świadomość, jak bardzo powierzchownie patrzymy na swoich bliskich i jak bardzo mylimy się, uważając, że wiemy, do czego są oni zdolni.
    W "Domu zbrodni" nie ma ani panny Marple ani Herkulesa Poirot`a. Śledztwo prowadzi policja przy wydatnym udziale dorosłego syna jednego z policjantów, zakochanego we wnuczce ofiary. A zamordowany został we własnym domu milioner Arystydes Leonides, będący w zaawansowanym już wieku i mieszkający z całą, niemałą rodziną w jednym domu. Pierwsze podejrzenie padło na młodą wdowę, a cała rodzina jak jeden mąż stanęła przeciwko niej. Przypisanie morderstwa właśnie wdowie byłoby dla wszystkich idealnym rozwiązaniem, uniknęłoby się dzięki temu wnikania pod powierzchnię tej rzekomo idealnej rodziny.
        Autorka pod tą powierzchnię jednak wnika, ale robi to tak, jakby otwierało się rosyjskie matrioszki, czyli drewniane lalki, włożone jedna do drugiej tak, że nigdy nie jest wiadomo, ile ich jest jeszcze w środku. Opisując postać najpierw przytacza opinię o niej innych osób i pierwsze, powierzchowne wrażenie, jakie ten ktoś robi na obcym. Przy drugim spotkaniu patrzy już wnikliwiej, dostrzega to, co dla innych dostrzegalne nie jest. Przykładowo wspomniana wdowa uchodziła za antypatyczną, sprytną cwaniarę, która zakręciła się przy bogatym dziadku  w wiadomym celu. Po rozmowie z nią okazało się, że jest autentycznie załamana, bezradna i samotna w domu, w którym wszyscy jej nienawidzili, a do tego narażona na pomówienia i inne akty wrogości. Gdy autorka ponownie się nią zajmuje na jaw wychodzi romans, prawdodobieństwo, iż jednak to ona jest zabójczynią, wzrasta więc. Ale jeszcze kolejne spojrzenia na kobietę pzowalają  dostrzec, że raczej dobrze czuła się w roli i żony i kochanki innego mężczyzny, było to romantyczne, dramatyczne, a do zabójstwa nie byłaby zdolna. Jak było naprawdę, nie zdradzę.
      Oczywiście ten sam manewr wnikania w czyjś charakter zastosowany został w odniesieniu do wszystkich bohaterów książki. Co więcej, Christie wzięła też pod uwagę, że do czasu zabójstwa poszczególni członkowie rodziny byli zależni od nestora rodu, nie mieli tak naprawdę kiedy sie usamodzielnić. Zabójca zabijając, mógł więc wykazać się cechami, których do tej pory nie ujawniał, do czasu zabójstwa wszytsko przecież toczyło się standardowo. 
  
    Christie pochylając się nad poszczególnymi postaciami do tego stopnia łamie schematy, że typując prawdopodobnego zabójcę, bierze pod uwagę, ze matka mogłaby zabić swoje dziecko. Tym razem nie dotyczy to milionera, tylko jego wnuczki, która prowadziła swoje własne śledztwo. Dziewczynka została potężnie uderzona w głowę. Autorka pisze, że "co rusz jakaś matka czuje nagłą niechęć do któregoś ze swoich  dzieci. Tylko do jednego, resztę może bardzo kochać. W każdym wypadku jest powód: jakieś skojarzenie, związek, ale trudno go wykryć. Kiedy jednak coś takiego istnieje, nichęć jest bardzo silna i nie podlega kontroli rozumu." Przypomniało mi się, że istniały podejrzenia, że dorosła córka Agaty Christie miała romans ze swoim ojczymem, drugim mężem autroki.  Wspominał o prawdopodobieństwie czegoś takiego Jared Cade w bardzo solidnej biografii pt. "Agatha Christie i jedenaście zaginionych dni", o której pisałam tutaj.
    Nie uważam "Domu zbrodni" za najlepszą książkę Christie, mimo masy zalet w innych powieściach narracja jest wnikliwsza, a tutaj jednak widać, że "Dom" pisany był w szalonym tempie. Brakuje tych detektywów, którzy są już znakami firmowymi autorki. Ale z cała pewnością warto.
4/6
  

czwartek, 26 marca 2020

Antoni Czechow „32 omdlenia” (czyli „Niedźwiedź”, „Oświadczyny” i „Historia zakulisowa”) – spektakl teatralny – „Teatr Polonia” Warszawa

Ilustracja

   
    To już ostatnie z zaległych przedstawień, oby szybko można było znowu chodzić do teatru. Tym razem również nie czytałam tekstu, ale gdyby komuś zależało, to mógłby poszukać i z pewnością znalazłby. Trzy krótkie sztuki, nazwane przez Czechowa  żartami, zebrane razem stanowią spektakl. Ostatnio chodziłam na sztuki współczesne, przerywnik w postaci klasyki sprzed ponad 100 lat pokazał, że mimo zupełnie innej formy i odmiennego stylu, śmieszy nas to samo co naszych pradziadów. 


     Trzy żarty to odrębne utwory sceniczne, grają w nich natomiast ci sami aktorzy. Pozornie wydaje się, że to zupełnie coś innego, niż komediowe sztuki współczesne. Poza innymi kostiumami aktorzy mówią innym językiem, bardziej wyszukanym, nie ma ogranych elementów z pomyłkami co do osoby i brania jej za kogoś innego. Nie ma jakichkolwiek wulgaryzmów czy scen w negliżu, chociażby minimalnym. Tempo jest wolniejsze, a komizm wynika z dialogów między postaciami. Bohaterowie są zdecydowanie mniej bezpośredni, niż współcześni. Ale poza tym, to się nie różnią od nas.


    W miarę oglądania okazuje się, że po wyeliminowaniu tej otoczki chodzi dokładnie o to samo, co i współcześnie, ludzie się zakochują w sobie, uwodzą, udają, toczą różne gierki. W „Niedźwiedziu” do wdowy przyjeżdża po zwrot długu nieznany jej wierzyciel jej męża. Początkowo on jest nieco arogancki, aczkolwiek w porównaniu do obecnego chamstwa, to pełna kultura. On chce odzyskać  dług, a ona udając obolałą i niekontaktującą ze światem  wdowę, chce go spławić. Dość szybko uświadamiają sobie, że ten pozorny przeciwnik im się podoba. Widzimy więc, jak kobiety uwodziły mężczyzn w XIX wieku, a wnioski płyną z tego takie, że gdyby spotkały się jakimś cudem dwie kobiety, jedna żyjąca obecnie, a druga ponad 100 lat temu, i miałyby uwieść mężczyznę, to walka między nimi byłaby wyrównana. I vice versa,  wierzyciel też zaczął się starać, aby zaimponować wdowie i aby ją zaintrygować swoją osobą, stosował różne techniki, raz był miły, potem uszczypliwy, prowokował, aż w końcu powoli zaczął się odsłaniać.  


   Podobnie jest i w dwóch pozostałych żartach, to znaczy dotyczą one innych sytuacji, ale wszystkie są zabawne, nawet nie wiedziałam, że Czechow może taki być. Gra aktorów, a gra K. Janda, J. Stuhr, St. Brejdygant jest wyśmienita i z pewnością najlepiej byłoby spektakl obejrzeć, ale w razie braku możliwości, albo dla przypomnienia, warto i poczytać.

5/6  

  


poniedziałek, 23 marca 2020

Graham Bowley „Bez powrotu. Życie i śmierć na K2”



 

   K2 jest najtrudniejszym na  kuli ziemskiej szczytem do zdobycia. G. Bowley dziennikarz, który nigdy się nie wspinał, opowiada o tragedii z 2008r., kiedy to na „Górze Mordercy” zginęło w tym samym dniu 11 osób, pochodzących z kilku różnych wypraw. I niestety, ale ta opowieść nieszczególnie mu się udała, z całą pewnością pod względem sposobu napisania nie wytrzymuje porównania z innymi książkami o górach. 


    Książkę czyta się źle i nie ma żadnego problemu, aby się od niej oderwać i to w dowolnym momencie. Dynamika wydarzeń ciągle się rwie. Autor opisał zarówno dzieje kilku tragicznych wypraw właśnie z 2008r., ale i historię zdobywania góry, co do zasady było pomysłem trafnym. Szkoda jednak, że wydarzeń wcześniejszych nie opisał w odrębnym rozdziale, tylko wpadł na idiotyczny pomysł przeplatania do pewnego momentu opowieści z 2008r. właśnie z dziejami innych wypraw. Opisując wydarzenia z 2008r. też bezustannie mieszał przebieg dramatu z informacjami o wspinaczach, ich rodzinach, doświadczeniu itp., a do tego opowiadał wszystko chronologicznie, czyli po opisaniu tego, co działo się z kimś o określonej godzinie opowiadał potem o tym, co robiły inne osoby w tym samym czasie, potem wracał znowu do tej osoby o której pisał wcześniej itp. Z racji tego, że osób uczestniczących w zdobywania szczytu było naprawdę dużo ciężko było się zorientować, co się naprawdę dzieje. Taki styl pisania byłby pewnie dobry, gdyby pisany był urzędowy dokument, a nie książka. Poza suchą relacją jest bardzo mało refleksji na temat tego, co się stało, czy chociażby nad ludzkimi postawami.  


      Idealnie z problemem opisania wydarzeń z udziałem wielu osób poradził sobie Jon Krakauer we „Wszystko za Everest.” Krakauer jest dziennikarzem i był uczestnikiem opisywanej wyprawy, a od jego książki nie sposób było się oderwać, pisałam o niej tutaj. On najpierw opisał wydarzenia  ze swojego punktu widzenia, a potem opowiadał, co działo się z tym czasie z innymi osobami. Informacje o wspinaczach zawarł we wcześniejszych rozdziałach, a nie w tym, których opisywał atak szczytowy.  

   „Broad Peak. Niebo i piekło” B. Dobrocha i P. Wilczyńskiego dotyczy z kolei wyprawy 4 osób, jest wręcz genialny, zawiera i refleksje i opisy wydarzenia, i szereg informacji o bohaterach i wiele informacji o kontrowersjach, a nawet wręcz burzy, jakie pojawiły się po tragedii. O książce pisałam tutaj i od niej też nie mogłam się oderwać. 

    Lektura nie jest całkiem pozbawiona sensu, są miejsca, kiedy robi wrażenie, przykładowo opisy wspinaczy, którzy podejmowali dramatyczne decyzje o niesieniu pomocy, narażając się przy tym na ryzyko śmierci. Godne jest też uwagi to, że autor już po zebraniu relacji pojechał pod K2 chcąc zobaczyć górę, której poświęcił tyle czasu, a dalej nie wiedział, po co ludzie na nią wchodzą, ryzykując życie. Napisał prosto: „K2 był niewiarygodnie piękny i piękno to wykraczało poza wszystko, co mogłem sobie wyobrazić.” Nie jest to oczywiście odpowiedź, bo jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Piękno kojarzy się z dobrem i prawdą, a wszystkie 3 razem z kolei z transcendencją. Może ci ludzie szukają transcendencji…

    Efekt lektury jest u mnie taki, że chciałabym przeczytać jeszcze inną książkę na temat tego, co się stało na K2, ta pozostawiła totalny niedosyt. 

4/6

piątek, 20 marca 2020

Tom Hillenbrand „Diabelski owoc. Kryminał kulinarny”




    Powieść nie świadczy co prawda o szczególnym kunszcie pisarskim autora, ale zdecydowanie czyta się ją lekko, a z uwagi na oryginalność tematu – świat restauratorów z wysokich półek,  nie można jej zapomnieć czy pomylić z jakąkolwiek inną pozycją. Oprócz tego jeszcze rzecz dzieje się głównie w Lichtensteinie i niespodziewanie to malutkie państewko jawi się jako miejsce z wieloma atrakcjami i godne zobaczenia. 

   Świat restauracji każdy zna głównie z różnych wizyt, podczas których chcemy, aby serwowane potrawy były smaczne, a życie i problemy restauratorów czy kucharzy raczej nikogo szczególnie nie obchodzą. Jak się okazuje, mało znany świat za kuchennymi drzwiami może nawet zafascynować. Hillenbrand dziennikarz i kucharz zarazem, opisuje szalenie ostrą rywalizację pomiędzy poszczególnymi restauratorami i walkę o zdobycie gwiazdki Michelina, w powieści nazwanej gwiazdką Gabina. Gdy ktoś startuje w tym wyścigu, pracuje po 16 godzin na dobę w większości stojąc, przechodząc od gorących pieców do zamrażarek i chłodni, niejednokrotnie kalecząc się podczas krojenia i parząc się przy próbowaniu potraw czy przy przestawianiu garnków. W godzinach szczytu klientów jest tak dużo, że zamówienia spływają niemal non stop, a każda wpadka może drogo kosztować, wśród klientów może być chociażby krytyk kulinarny, mający wpływ na przyznawanie gwiazdek. Dochodzi jeszcze do tego rywalizacja z koncernami spożywczymi, serwującymi śmieciowe jedzenie, przyprawione chemikaliami tak, że niejednokrotnie smakuje lepiej niż najbardziej wyszukane potrawy. Z racji tego, że mało kto może wytrzymać tak wielką presję, wielu szefów kuchni się narkotyzuje. Gdy któryś kucharz i właściciel restauracji zarazem z kolei chce normalnie żyć i nie zależy mu na różnych gwiazdkach, gotuje to, co uważa za zdrowe, pyszne i godne propagowania, to uchodzi z kolei za nieudacznika. 

     Różnych ciekawostek tego typu jest w książce sporo i jest to zarazem jej największy atut. Ciężko było mi odrywać się od lektury właśnie z tego powodu, sama akcja nie wydawała mi się już aż tak frapująca, ale w tego typu książce trudno jest rozdzielić wydarzenia kryminalne od różnych newsów o świecie restauratorów. 

     Wszystko zaczyna się od tego, że do restauracji głównego bohatera, niejakiego Xaviera przybywa incognito krytyk kulinarny i podczas przerwy w posiłku pada martwy. Prowadzony jest też wątek dziwnego człowieka, który przemierza puszczę w jednym z egzotycznych krajów i odbywa spotkanie z wodzem plemienia, który ma dla niego przygotowany nieznany dotąd owoc.  Jak się okazuje restauratorzy z najwyższych półek stale poszukują nowych smaków, a cena nie gra roli.

     Całość naprawdę jest godna polecenia – typu lektura lekka, łatwa i przyjemna, a dzięki niej można zapomnieć o otaczającej rzeczywistości, z koronawirusem łącznie.  

4/6.