sobota, 21 września 2013

„Kot, który" seria






Ta sympatyczna pani to autorka mojej ulubionej „kociej serii”  , czyli Lilian Jackson Braun, Kanadyjka, wielka miłośniczka kotów , żyła prawie 100 lat  od 1913r. do 2011r. .   Seria o Koko i Yum Yum , wspaniałych syjamczykach i ich opiekunie Jamesie Qwilleranie   jest absolutnie fantastyczna i jestem jej wielka fanką. Szczególnie polecałabym ją miłośnikom kotów  i kryminałów. Każdy bowiem tom z serii to oddzielny kryminał, łączy je jednak osoba Qwilla i kotów . Nie jest to oczywiście  literatura typu „Wojna i pokój”, są to książeczki lekkie i przyjemne, ale zarazem bardzo mądre , jedna na wieczór to absolutnie  w sam raz. Są niesamowicie pogodne i każda taka lektura z miejsca zdecydowanie poprawia na długo nastrój.

Cały cykl zaczyna się od tomu pt. „Kot, który czytał wspak” , gdzie poznajemy Qwilla i Koko. Qwill jest mężczyzną po 40-tce, bezdzietnym rozwodnikiem, dziennikarzem. Jest też wielkim fanem literatury, kupuje i wypożycza z biblioteki masę książek, cześć z nich czyta głośno przy  swoich kotach, twierdząc, że to dobrze na nich wszystkich wpływa. Wiemy zawsze, jakie książki aktualnie on czytuje, jest więc dodatkowa atrakcja, tym bardziej, że Qwill często rozmawia o tych dziełach, znamy też jego myśli po lekturze, czy nawet w trakcie. Sięga z reguły do klasyki, ale musimy pamiętać, że autorka jest Amerykanką i dla niej , a tym samym dla Qwilla , klasyka to co innego, niż dla nas. Przykładowo byłam bardzo zdziwiona, gdy Qwill czytał w jednym z tomów Twaina, ten zawsze kojarzył mi się  literaturą dla dzieci. Z przemyśleń Qwilla nie wynikało jednak absolutnie, aby czytał książkę dla dzieci. Po wielu latach sięgnęłam więc znowu do Twaina, aby się przekonać, jak to jest. Ale to tylko taka dygresja. Qwill kocha też muzykę, wiemy zawsze, czego słucha . Pasjonuje się też teatrem, wiemy, jakie sztuki ogląda , co o nich myśli, sympatyzuje z miejscowym teatrem amatorskim, wiemy wiec, co myślą aktorzy o sowich rolach itp. Seria jest więc dodatkowo mocno pouczająca i zdecydowanie dla inteligentów. Muszę też dodać, że Qwill w pierwszym tomie  dopiero co wyszedł z problemów alkoholowych. Z uwagi na swój dawny nałóg i na to, że pozawalał sporo rzeczy w pracy,  stracił pracę w prestiżowym piśmie w wielkim mieście  i znalazł się jakby na zsyłce, na prowincji , w piśmie prowincjonalnym, gdzie musi się jakoś odnaleźć.    Jest mu szalenie trudno, ale  książki te, jak wspomniałam, są lekkie i nie ma tutaj głębokich opisów psychologicznych, jak to Qwill zmaga się z problemami, tylko pokazane jest, jak podchodzi do nich z pogodą ducha. Qwill  wynajmuje pokój w rezydencji bardzo znanego dziennikarza, krytyka sztuki. Krytyk wkrótce ginie w tajemniczych okolicznościach , a nasz bohater staje się opiekunem kota, który należał do zamordowanego . Kot ten,  czyli  Kao Ko Kung, inaczej  Koko, jest niezwykły, ma paranormalne zdolności , lub inaczej widzi, słyszy i przeczuwa to, czego ludzie nie są w stanie spostrzec.  Wszyscy opiekunowie zwierząt, w tym również niżej podpisana, doskonale wiemy, że tak to właśnie z kotami jest.  Dzięki temu Koko niejednokrotnie będzie pomagał Qwillowi w wielu sprawach.

W drugim tomie Qwill przygarnia wyrzuconą na bruk kotkę Yum Yum   i coraz lepiej odnajduje się w nowym środowisku. Jest to szalenie ciepły człowiek, życzliwy  , łatwo nawiązuje znajomości, jest elokwentny, ale jak trzeba , bywa też i złośliwy i potrafi pokazać pazurki. Jako dziennikarz ma bardzo oryginalny styl pisania, bo  w każdym człowieku , o którym pisze,  stara się znaleźć dobre i najmocniejsze strony. I pisze właśnie o nich . 

W jednym z kolejnych   tomów Qwill dziedziczy fortunę, ale pod warunkiem zamieszkania przez okres ca najmniej lat 5 w małej mieścinie Pickax na zapadłej już prowincji. Decyduje się na próbę tam zamieszkać i mimo tego, że wszystko, na co się natyka,  jest odmienne od tego, do czego przywykł, adaptuje się coraz bardziej. We wszystkich spotkanych osobach i miejscach dostrzega plusy, a jeżeli już się nie da, to nie tragizuje z tego powodu.    I zapuszcza tam korzenie, jest zadeklarowanym singlem, chociaż ma bliską przyjaciółkę, ale jak twierdzi, jego rodzina to Koko i Yum Yum, a małżeństwo już przerabiał.  Nie ma też dzieci i nie chce mieć, ale ma sporo znajomych i przyjaciół w przeróżnym wieku. Oczywiste jest, że ma szalone powodzenie u kobiet, jest to po prostu ideał mężczyzny – w rzeczywistości takich nie ma , ale poczytać raz na jakiś czas z przymrużeniem oka można.  Większość książek serii rozgrywa się właśnie w Pickax i w każdym z tych tomów poza morderstwem jest nieco inne tło i inna problematyka. Przykładowo jeden z tomów autorka przedstawia wydarzenia , rozgrywające się w teatrze amatorskim i sporo jest o teatrze. W każdym zaś z tomów centralne miejsce zajmują koty i to nie tylko koty Qwilla. Kota  ma jego przyjaciółka Polly i cała masa ludzi, również dzięki Qwillowi zarażona jest tym bakcylem. Kot mieszka w bibliotece i w antykwariacie, w miasteczku stawiany jest pomnik kota i organizowane są różne konkursy z udziałem kotów. Nie mieć żadnego kota  to niemal grzech. Qwill codziennie bawi się ze swoimi kotami, zabawy są nietuzinkowe, np. gra w domino, rozmawia z nimi , a potraw, jakie koty jedzą, sama im zazdrościłam.   Dodam jeszcze, że bohaterowie całej serii są ciekawymi oryginałami, każdy może znaleźć tu swojego ulubieńca.   



 

Seria ta wydana została kilka lat temu przez Elipsę sp. z o.o., patronem medialnym były „Kocie sprawy”, a pierwszy tom można było kupić z Gazetą Wyborczą.   Szata graficzna tego wydania pozostawia dużo do życzenia, ale może nie dało się inaczej, każdy tom kosztował zaledwie 12 zł. , a tomów jest łącznie 30. Dla przykładu na wyjątkowo uroczym zdjęciu autorki, tym z kotem, można porównać szatę graficzną wydania amerykańskiego z wydaniem polskim .



 

Myślę też, że zdecydowanie lepiej zacząć cała serię od początku, czytając od środka traci się wiele uroku, tomy są zrozumiałe, ale  czytając od pierwszego wiemy, skąd się biorą poszczególni bohaterowie.  Wszystkie serie , jak również seriale telewizyjne, mają to do siebie, że pewne tomy czy odciski filmu, są lepsze, inne gorsze, ocena to kwestia gustu. Tak też jest i w tym przypadku. Moim zdaniem całość trzyma poziom. Pierwsze 3 tomy autorka napisała w latach 60-tych, a kolejny dopiero 18 lat później   i następne już powstawały sukcesywnie .

  

     
  

 

piątek, 13 września 2013

„Joyland”- Stephen King



  
Pamiętam  dreszczyk grozy, gdy czytałam „Christine” czy „Lśnienie” Stephena Kinga , tak samo gdy oglądałam „Lśnienie” z Jackiem Nicholsonem,   jeden z moich ulubionych filmów.  Nie czytałam więcej  książek Kinga , tak jakoś wyszło. Ponieważ jednak cały czas jestem na urlopie,  gdy w miejscowej księgarni zobaczyłam „Joyland”, pomyślałam, że to doskonały moment, aby znowu do tego mistrza  sięgnąć.  Zawahałam się, czy aby z niego nie wyrosłam, ale urlop to urlop. Kiedy ma być lepszy moment na coś lekkiego? Odżyły więc chwilowo  dawne sentymenty, powróciły na moment  chwile spędzone nad „Christine” i „Lśnieniem”  i wyszłam z nowym nabytkiem. Pamiętałam też jedną z recenzji, bardzo entuzjastyczną, mojego ulubionego recenzenta, w tym przypadku mieliśmy jednak, niestety,  zupełnie inne zdanie . 

Zabrałam się za „Joyland” bardzo szybko i tak samo szybkie  było rozczarowanie.  Mówiąc krótko, młody chłopak, Jonesy,  postanowił zarobić w wakacje i zatrudnił się właśnie w joylandzie, czyli wesołym miasteczku. Wkrótce rzuciła go dziewczyna, co spowodowało, że wpadł niemal w depresję. Miał jednak swoje towarzystwo , ludzi, z którymi pracował i zaprzyjaźnił się na całe życie,  a poza tym poznał swoich niemal sąsiadów – młodą kobietę i jej kalekiego, bardzo ciężko  chorego synka. Chłopczyk ma paranormalne zdolności, widzi i słyszy to, czego inni widzieć i słyszeć nie są w stanie, chociaż sytuacji, gdy te zdolności się uaktywniają, nie ma wcale tak dużo, jak chociażby w „Lśnieniu”.   W wesołym miasteczku jeszcze przed  przybyciem Jonsiego doszło do zabójstwa młodej dziewczyny, a niektórzy widzą jej ducha. Nasz bohater zaprzyjaźnia się z matką, jej synkiem i próbuje znaleźć zabójcę. Kulminacja następuje w końcowych scenach, które dla mnie były całkowicie nielogiczne. Wszystkie te wydarzenia opisuje sam Jonesy , kilkadziesiąt lat później, co jakiś czas rzucając coś w rodzaju złotych myśli o życiu, miłości itp. dla mnie brzmiały one totalnie kiczowato.  

Całość napisana jest bardzo prosto, jasno, idealnie dla młodszej młodzieży. Nie zauważyłam żadnych nowych pomysłów.    Dreszczyk grozy poczułam w dwóch momentach  , ale trwał krótko . Nie poczułam się ani w trakcie czytania , ani po przeczytaniu,  mądrzejsza w jakimkolwiek stopniu, a poświęcony czas skojarzył mi się z nudą.  Nie doszło nawet do tego, abym wczuła się w książkę i zapomniała o całym świecie, gdyby bowiem tak się stało, nie mogłabym narzekać i zakup uznałabym za udany.  Trudno znaleźć w tym dziele  coś godnego uwagi i zarazem polecenia. Miejsce akcji niewątpliwie jest oryginalne, ale jakie to ma znaczenie? W poprzednich książkach S. King rzeczywiście chyba potrafił wyczuć nasze lęki . W „Lśnieniu” mieliśmy hotel, w którym rozegrały się różne straszne wydarzenia, w tym zbrodnia.  W każdym  prawie z nas drzemie gdzieś pytanie, czy takie wydarzenia i ludzie, którzy żyli dawno temu, mogą aby wpływać na nasze życie? Każdy słyszał o różnych nawiedzonych domach i mimo, że mamy XXI wiek, są miejsca, w których nikt nie chce przebywać i domy, których nawet za pół darmo nikt nie chce kupić.  Nie trzeba daleko szukać , pisałam o „Stacji Muranów” B. Chomątowskiej, która opisała m.in.,  jak obecni mieszkańcy warszawskiego Muranowa, radzą sobie z tym, że mieszkają na gruzach getta. Część z nich nie tylko nie tylko ma świadomość dawnej obecności Żydów, ale tych Żydów  słyszą , czy nawet widzą.  Wracając do Kinga, autentycznie bałam się tamtego hotelu i dawnych jego mieszkańców. W „Joylandzie” trudno było czegoś się bać.  Może to kwestia tego, że King w poprzednich dziełach dość długo budował nastrój grozy, „Lśnienie” czy „Christine” to powieści o sporej objętości. „Joyland” jest stosunkowo krótki . Główny bohater jest wyjątkowo mało dojrzałym  chłopakiem  , sądząc po sposobie opowiadania przez niego wydarzeń, taki pozostał w wieku lat 60-ciu. Może opowiadanie z jego punktu widzenia, spowodowało infantylizację całości?

Wygląda na to , że albo  wyrosłam z Kinga, albo  ta książka nie jest w moim guście, lub też nie jest to żadna rewelacja. Stawiam na to ostatnie wyjście.  Sądzę, że gdyby tą książkę napisał  nie sam Stephen  King i gdyby nie szeroko zakrojona  akcja promocyjna, gdyby napisał ją przysłowiowy John Brown i nie można byłoby jej reklamować hasłem, że „jeden z najpopularniejszych pisarzy wszechczasów powraca! " – mało kto, o ile w ogóle, kupiłby ją.  Zawsze gdy przeczytam cos absolutnie złego, czuje totalny niesmak i staram się, nawet na siłę znaleźć jakiś plus takiego dzieła, aby chociaż trochę zmniejszyć niesmak i nie wyrzucać sobie, że zabrałam się za takiego gniota.  Z powodu urlopu zabrałam się za rzeczy lekkie i mam teraz na koncie aż 2 gnioty – „Rosyjskiego kochanka” i „Joyland” . Czy jest jakiś plus tej lektury? Mam olbrzymi problem, aby go znaleźć. Nasuwa mi się tylko taki komentarz, że powinnam bardziej dokładnie czytać recenzje, komentarze, blogi, wszelkie informacje o danej pozycji. A w razie kupna czegoś  pod wpływem impulsu  muszę liczyć się z takim efektem, jako prawdopodobnym.  Do dzieł znanych pisarzy będę chyba podchodzić z dużo większą dozą ostrożności i obawą, że może już tylko odcinają kupony dawnej wielkości. Nigdy nie przepadałam za bestsellerami i podchodziłam do nich z dużą dożą ostrożności, ale teraz chyba na dźwięk słowa bestseller  będę miała reakcję – oby jak najdalej od nich.

poniedziałek, 9 września 2013

Ian McEwan „Na plaży Checil”

Na plaży Chesil - Ian McEwan


Oryginalna, ciekawa  i zajmująca pozycja, aczkolwiek z racji objętości nie nazywałabym jej książką, ale raczej opowiadaniem.  I jest to również jedna z najlepszych książek/opowiadań , jakie przeczytałam w tym roku.  Z cała pewnością w moim prywatnym rankingu przeczytanych dzieł będzie to kandydatka do książki 2013r. Przyznam, że to pierwsze dzieło McEwana, jakie przeczytałam, do tej pory znałam tylko  „Pokutę”, ale jako film.   Ale z całą pewnością sięgnę po dalsze jego książki . Nie potrafię o tym dziele pisać bez spojlera , ale myślę, że dla odbioru całości,  znajomość zakończenia w tym przypadku nie ma większego znaczenia, tym bardziej, że było ono ujawniane w wielu recenzjach.  To rzeczywiście jest bardzo dobra literatura, taka, jaką czyta się więcej niż jeden raz i nie robi się tego po to, aby dowiedzieć się, „jak to się skończy”, ale po to, aby chłonąc całą rzecz jeszcze i jeszcze raz.   Moim zdaniem tą książeczkę  powinien  przeczytać każdy, kto chciałby polepszyć swoje relacje z innymi ludźmi i zastanowić się nad budowaniem mocnych i trwałych więzi z innymi. Czyli inaczej mówiąc jest to książka dla każdego, a z racji tego, że wszyscy mamy jakieś problemy z komunikacją i z budowaniem  głębokich relacji, większe lub mniejsze, jest to książka o każdym z nas. Każdy z nas jest i Edwardem i Flo. Gdybym była psychologiem, a nim nie jestem, zalecałabym taką lekturę na popołudnie, to zaledwie góra 3 godziny.   Za to dyskutować o niej można byłoby zdecydowanie dłużej.

Jest o powieść/opowiadanie o trudnościach w porozumiewaniu się między ludźmi, problemach w budowaniu więzi , bezsensownych tajemnicach, o wzajemnym ranieniu się i niszczeniu, o marnowaniu szans, nieprzejednaniu,  braku cierpliwości i wyrozumiałości. Wszystkie te problemy  zostały pokazane na przykładzie nowożeńców : Flo i Edwarda, którzy w czerwcu 1962r.  znaleźli się  w hotelu , właśnie na plaży Checil, gdzie mają spędzić noc poślubną. Znają się dosyć krótko, ale są dla siebie kimś ważnym, kochają się i marzą, aby razem stworzyć rodzinę. Oboje w sprawach erotycznych nie mają żadnego doświadczenia, on ma lęki, które są typowe dla mężczyzny, szczególnie młodego. Z Flo sprawa jest trudniejsza, bo w głębi duszy nie chce ona żadnego zbliżenia, a sama myśl o nim napawa  ją olbrzymim wstrętem. Żadne z nich nie mówi drugiemu o swoich obawach, wychodząc z założenia, że ”jakoś to będzie”  . Gdy nadchodzi noc, jak można było przewidzieć, zaczyna się problem.  Młodzi w dalszym ciągu nie artykułują swoich lęków. Narracja prowadzona jest w o tyle ciekawy sposób, że narrator wie, co Flo i Edward   myślą i czują, a zarazem słyszy, co mówią i jednocześnie widzi, co robią, wszystko to niemal jednocześnie przedstawia czytelnikowi. Nie pozostawia miejsca na domysły czytelnika, wali prosto z mostu, tak, aby nie było niedomówień i wątpliwości co do przebiegu wydarzeń i co do uczuć i działań każdej ze stron . Do konsumpcji małżeństwa nie dochodzi, w trakcie nocy między małżonkami dochodzi natomiast do kłótni i jest to zarazem ich pierwsza kłótnia w życiu. Do tej pory nie podejmowali w rozmowach tematów trudnych i kontrowersyjnych, kłócić się wiec nie mieli o co.  Poza tym, Flo wywodzi się o majętnej i wykształconej rodziny, gdzie kłócić „się nie wypada”. Kłótnia więc przypomina coś w rodzaju trzęsienia ziemi, każda ze stron coraz mniej się  kontroluje i oboje  dają,  częściowo przynajmniej,  upust emocjom, wyładowują z siebie wściekłość i frustrację. Przypominało mi to trochę sceny z „Rzezi” Polańskiego, chociaż różnica polega m. in. na tym, że w filmie dwie pary poszły na całość i nikt już niczego przed nikim nie udawał, a u bohaterów McEwana mimo wszystko jeszcze działają pewne hamulce. Zarówno Flo , jak i Edward, co innego myślą i czują, a co innego mówią. W głębi duszy każde z nich chciałoby    przestać udawać  i wyznać, że ma pewne obawy, usłyszeć, że wszystko w końcu będzie dobrze , że druga strona będzie wyrozumiała i cierpliwa . Ale mówią coś zupełnie innego, ranią się, wymierzają sobie ciosy jak wytrawni szermierze.  W pewnym momencie brakuje już jakiejkolwiek nici porozumienia i cienia wyrozumiałości. Po tej nieudanej i nieskonsumowanej nocy poślubnej  Flo i Edward nie dają sobie drugiej szansy, pojawia się urażona ambicja, odchodzą od siebie raz na zawsze i dochodzi do unieważnienia małżeństwa.

Na sam już koniec widzimy Edwarda i Flo w przyszłości, Edward już 60-letni wspomina różne chwile z młodości i ocenia przebieg wydarzeń z punktu widzenia bardzo dojrzałego człowieka.  Edward ma świadomość, że mimo, iż nie pozostał kawalerem, najbardziej w życiu kochał właśnie Flo. Wie, że gdyby mieli oboje odrobinę dobrej woli, może wygraliby los na loterii, czyli udany związek. Wie, że przy niej może napisałby książki, o napisaniu których marzył. Że może miałby udane życie. Być może by tak było, być może nie. Nie ulega wątpliwości, ze nie dali sobie żadnej szansy. Przypomniały mi się też wersy ks. Twardowskiego

„żal, że serce nie poszło do serca,

żal, że dusza nie poszła do suszy”.

Brak porozumienia i stracone szanse to tematy wiele razy poruszane w literaturze, tej Wielkiej Literaturze. McEwan  podaje  je jednak w zaktualizowanej formie i „prosto z mostu”. Robi to sugestywnie, na tyle sugestywnie, że przed oczami stanęły mi różne sytuacje z życia i mojego i rodziny i znajomych, gdzie właśnie dwojgu ludzi brakło zdolności normalnego porozumiewania się, wyrażania myśli i uczuć. Cały problem jest zresztą dużo szerszy, dla mnie małżonkowie i kwestia seksu, to tylko przykład i to dosyć drastyczny, te same reguły dotyczą przecież innych relacji międzyludzkich, jak np. przyjaźń czy chociażby znajomość, a nawet relacje pokrewieństwa.  Trzymanie w tajemnicy całej masy rzeczy, które mają kluczowe  znaczenie właśnie dla relacji pomiędzy  dwojgiem ludzi, jest powszechne.  Tak samo powszechne jest ranienie się w kłótniach, tak straszne, że obcy człowiek wobec obcego nie odważyłby się na takie zachowanie.  Jeden z najbardziej drastycznych przykładów takiego ranienia się, ale już w fazie , gdzie nie do końca wiadomo, czy małżonkowie kochają się , czy już tylko nienawidzą, jest znowu u Polańskiego,  w „Gorzkich godach”, które też mi się przypomniały.  W „Na plaży Checil” mamy takie irracjonalne zachowanie w  pigułce i możemy śledzić niemalże krok po kroku, gdzie nasi bohaterowie popełniają błąd za błędem.  Wiemy, gdzie i w którym momencie jest szansa na wycofanie się z gniewu i wyciągnięcie ręki na pojednanie . Edward już po około roku od pamiętnej nocy przestał odczuwać gniew i jego emocje się ostudziły. A potem przez całe życie nosił w sobie nie do końca chyba uświadamiany , spychany gdzie głęboko do podświadomości, żal. Czy powinien odnowić kontakt z Flo? Kwestia dyskusyjna, ja uważam, że tak. Jeśli ona nie dałaby pozytywnej odpowiedzi, nie miałby sobie przynajmniej nic do zarzucenia. Tyle tylko , że my wiemy, że nawet po tym czasie Flo dalej go kochała. Czemu patrzyła podczas swojego pierwszego  koncertu na miejsce dziewiąte  w pierwszym rzędzie? Było to  miejsce, kojarzące się z obietnicą Edwarda, że    będzie tam siedział ,  gdy  ona da  pierwszy  koncert.  Zapomniałam dodać, Flo była skrzypaczką i stworzyła własny zespół, kwartet. 

Książkę tą początkowo czytało mi się tak sobie i nawet byłam zła, że się za nią zabrałam. Akcja poruszała  się niemrawo, wiele było różnych retrospekcji. Po około godzinie odłożyłam ta książeczkę na bok,     nie mając pewności, czy aby do niej wrócę. Drugiego dnia wydała mi się dużo bardziej zajmująca, nie mogłam się już od niej oderwać i gdy zobaczyłam, że zostało mi tak niewiele do końca, poczułam rozżalenie. Doczytałam już ją niemal jak jakiś thriller i byłam autentycznie zachwycona. Czy można było ją napisać ciekawiej, szczególnie na początku? Pewnie tak, zastrzeżenia co do formy mam,  ale za to końcówka rekompensuje   w całości te niedociągnięcia. Mam nadzieję, że ktoś wyreżyseruje tą książeczkę i to wkrótce.

piątek, 6 września 2013

Maria Nurowska „Rosyjski kochanek” audiobook

Rosyjski kochanek - Maria Nurowska
Jest to wyjątkowo żałosne dzieło. I właściwie mogłabym na tym poprzestać, ale aby wrażenia po tym „arcydziele” gdzieś mi nie uciekły, napiszę więcej, może przy okazji odstraszę kogoś od ewentualnej lektury, dzięki czemu zaoszczędzi i czas i pieniądze.  Obiecałam sobie w lipcu , po lekturze „Powrotu do Nałęczowa”, że w tym roku nie sięgnę już po żaden romans. Ale upały były wyjątkowo dotkliwe również i w sierpniu , tak więc zakupiłam „Rosyjskiego kochanka”.

Bohaterka to  profesor j. polskiego Julia, lat 51 i potem 52, Polka, warszawianka, niezamężna, matka dorosłej córki i babcia 4 wnucząt . Wydarzenia rozgrywają się kilkanaście lat temu, w latach 90-tych .Ponieważ nie ma faceta „nie czuje się prawdziwą kobietą”. Jej ostatnim kochankiem był  kolega z uczelni, od którego „zażądała, aby opuścił swoją żonę”, nie dostosował się  on jednak do tego rozkazu i romans się skończył. Ponieważ dostała propozycję rocznych wykładów na Sorbonie, wyjechała do Paryża. Zamieszkała w hotelu, za ścianą mieszkała para Rosjan, słyszała często, jak mężczyzna koszmarnie traktuje kobietę, wyrzucał ją często z pokoju, bo mu przeszkadzała, kazał jej wówczas spacerować po mieście, a jak jej to nie odpowiada, to się powiesić .    Od razu Rosjanin ten spodobał się Julii, uznała, że skoro się tak zachowuje, musi być ciekawym człowiekiem o „mocnym charakterze”. Podsłuchiwała często parę, gdy uprawiali seks, wówczas to „czuła się ponownie kobietą” . Po jakimś czasie Rosjanka wyjechała, a Julia stała się kochanką Aleskandra, mimo tego, że była od niego starsza o 20 lat. Nie obyło się bez problemów, bo zaraz na początku doszło między nimi do kłótni, w trakcie której ona uderzyła jego, a on ją. Fakt, że mężczyzna ją uderzył w twarz, wstrząsnął Julią, albowiem uświadomiła sobie, że dotknąwszy ją, mógł poczuć, ze ma ona zmarszczki i „że jest stara”. Julia niemal non stop rozważa swój wiek i ubolewa, że „jest stara”, właściwie jest to coś w rodzaju refrenu w tej książce. Słowo „stara” i „starość” są najczęściej używanymi, odmieniane są przez wszystkie przypadki, aż do skrajnego znudzenia i irytacji . 

W związku z tym, że Julia ma przy swoim boku mężczyznę  i „ponownie jest kobietą”, wszystkie jej problemy rozwiązują się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki . Julia na początku znajomości poważnie zachorowała, ale choroba  natychmiast zniknęła. Jej stosunki z córką nie były nigdy najlepsze, ale gdy ponownie „stała się kobietą” córka przyjechała do Paryża, porozmawiały jak „kobieta z kobietą”  i  wszystko się między nimi ułożyło. Najważniejsze jednak było, aby stosunki z Rosjaninem były dobre. Gdy rozmawiali, odpowiadała mu „posłusznie”,  a gdy podejmował bez zapytania o jej zdanie kluczowe decyzje, dotyczące ich obojga, „czuła się szczęśliwa, bo wiedziała, że wreszcie  nie jest już sama i przy jej boku ktoś jest”. Gdy dowiedziała się, że jej kochanek wynajął dla nich mieszkanie, mimo, że absolutnie jej się podobało, udawała, że jest dokładnie odwrotnie.  Nasza bohaterka jako „prawdziwa kobieta” miewała też prawdziwe napady histerii, jeden z nich miał miejsce , gdy Aleksander, wiedząc, że zachowuje się ona czasem dziwacznie,  kupił  książkę o menopauzie.  Gdy to zobaczyła zaczęła krzyczeć, szlochać i rzuciła się na niego z pięściami, po czym zaczęła go okładać. Ale były to drobiazgi.     Julia z kochankiem żyliby niemal w idylli, gdyby nie fakt, że jej kontrakt na Sorbonie  się kończył. Wiedziała, że „jedynym miejscem  dla nich jest Paryż”, a fakt, że żadne nie miałoby tam stałej pracy , był niemal bez znaczenia. W pewnym momencie do Paryża przybyła Katia, poprzednia dziewczyna i dawna współlokatorka zza hotelowej ściany. Julia poczuła wyrzuty sumienia, że odbiła jej kochanka, zadzwoniła więc  do córki, a tamta kazała jej „walczyć o miłość”.   

Poza wątkiem znajomości z Aleksandrem nic więcej się nie dzieje. Julia pojęła , ze przed jego poznaniem jej życie pozbawione było wartości, a gdy już go poznała, nie zajmowała się niczym innym,  jak rozważaniem,  jak wygląda i  że jest „za stara”,  dogadzaniem mu, jak również kontaktami z jego znajomymi, którzy wszyscy bez wyjątku okazali się absolutnie rewelacyjni.

Nie zdradzę, jak to dzieło się kończy, może jednak przez przypadek kogoś zachęcę do lektury. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że w tym roku, a może i na przestrzeni dekady ,  jest to największa moja pomyłka w doborze książki . W tym względzie autorka ustawiła tak wysoko poprzeczkę, że trudno będzie o tak durną pozycję, aby mogła z „Rosyjskim kochankiem”  się zmierzyć.     Gdyby nie melodramatyczny  ton i bezustanne powtarzanie jak mantry słów o starości , „Rosyjski kochanek” mógłby być śmieszny, niestety nie jest.  

środa, 4 września 2013

Henning Mankell „Niespokojny człowiek”


Niespokojny człowiek

Niespodziewanie to ta właśnie książka okazała się jedną z najlepszych , jakie przeczytałam w tym roku. Zdecydowanie jest to najciekawsza  cześć Wallandera, jest to dokonały przykład na to, że kryminał dawno temu przestał już być literaturą klasy C i bez problemu może być klasą B , czy nawet A, tak jak w tym przypadku. Jest to refleksyjna opowieść  o przemijaniu i robieniu  bilansu życia, a także o starzeniu się, lub może ładniej, o wchodzeniu w smugę cienia.
Ale od początku. W książce snute są równolegle dwie opowieści: jedna to kryminalno – szpiegowska historia teściów córki Wallandera, a druga to właśnie wyjątkowo tym razem rozbudowany  wątek samego komisarza Wallandera. Nasz bohater przez swoja córkę poznaje jej teściów, emerytowanego oficera szwedzkiej marynarki wojennej Hakana von Enke i  jego żonę. Wojskowy obchodzi 75 –te urodziny , ale mentalnie żyje jeszcze w trakcie zimnej wojny, bo stale wspomina pewne wydarzenie z czasów, gdy był jeszcze czynnym oficerem , a związane z rosyjską łodzią podwodną, jest to coś w rodzaju obsesji. I właściwie nic więcej nie można ujawnić, aby nie zepsuć komuś przyjemności czytania.  Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy oficer znika, a jakiś czas później znika także jego żona.  Wallander mimo że  jest na urlopie,  przez wzgląd na swoją córkę i zięcia, zajmuje się tą sprawą . Im więcej rzeczy się dowiaduje, tym bardziej sytuacja się komplikuje. Musi on wchodzić niejako w życie Hakana i jego żony i też dokonuje  oceny ich osiągnięć czy niepowodzeń, próbując rozwikłać  zagadkę zaginięcia musi sięgać do wydarzeń z głębokiej przeszłości. I im bardziej ich poznaje, tym więcej pojawia się pytań, czy rzeczywiście byli dobrym małżeństwem, dobrymi rodzicami,  co tak naprawdę o nich wiadomo. Wątek ten był dla mnie szalenie zajmujący nie tylko  z powodu nietypowej zagadki, ale głównie przez tą psychologię, przyglądaniu się z boku całemu cudzemu życiu, wchodzeniu w najskrytsze tajemnice małżonków ,  porównywaniu tego, co ukryte,  z tym, co było widoczne przez wszystkich na zewnątrz.

Wallander z kolei tym razem stał się postacią pierwszoplanową pod każdym względem. Już na samym początku książki zaczyna mieć problemy z pamięcią i ze zdrowiem. Można powiedzieć, że „się sypie”, co dziwne nie jest, dobija przecież do 60-tki.  Może to tempo „sypania się” jest trochę za szybkie , ale nie dbał on przecież o to zdrowie nigdy . Powoli myśli też o swojej przyszłości, a w  kontekście życia zawodowego, realną przyszłością w jego przypadku, jako policjanta, może być tylko  emerytura.  Mając pełną świadomość, że pewien rozdział w jego życiu się kończy, do tego jeszcze wnikając w życie von Enkego i jego żony , snuje  refleksje na temat swojego dorobku życiowego, swoich zwycięstw i porażek, marzeń spełnionych i niespełnionych. Sprzyjają temu jeszcze zbiegi okoliczności,  niespodziewana wizyta byłej żony i wizyta innej kobiety, która była miłością jego życia, dają początek refleksjom, czy te związki faktycznie musiały skończyć się fiaskiem, czy on miał szansę i ją zaprzepaścił,  czy może były to tylko incydenty bez szans na powodzenie ? Może samotność była jego przeznaczeniem , a może jednak wyborem?  Refleksje te , w większości bolesne, są na wskroś prawdziwe, bo Wallander snuje je sam przed sobą, nie udaje i nie nagina rzeczywistości do swoich wizji. Mankell nie pomija chyba żadnego aspektu życia Wallandera , nad każdym się pochyla i zamyka swój cykl w wielkim stylu.

Mankell jest mniej więcej rówieśnikiem Wallandera, o ile można mówić jako o rówieśnikach, o żywym człowieku i o postaci fikcyjnej. I to się czuje , że przeżycia starszego człowieka – fikcyjnego bohatera - nie wyszły spod pióra 20-to, czy 30-to latka i nie są jego bzdurnymi wymysłami.   Podczas przerw w lekturze myślałam nie tylko o Wallanderze , ale i o swoim dorobku życiowym, chociaż do 60-tki jest mi  daleko. Książka niewątpliwie pomaga w pewnej autorefleksji i zmuszeniu się do myślenia o sobie. A co do Wallandera i jego życia, to patrząc z boku rzeczywiście też analizowałam, co mu wyszło w życiu, a co nie. Najbardziej rzucająca się w oczy była dla mnie jego samotność i to bynajmniej nie w sensie braku żony czy parterki, on w ogóle miał przy sobie bardzo, ale to bardzo mało naprawdę bliskich osób, czy to z rodziny czy przyjaciół 
  I kolejna rzecz , czyli pustka, poza pracą Wallander nie ma nic, żadnej pasji i żadnej alternatywy dla braku pracy  . Zaskakujące dla mnie było też to, że w jego życiu nie było w ogóle Boga, nie spodziewałam się, że zacznie na starość chodzić do kościoła, ale Boga, chociażby w kontekście pytania o Niego,  nie ma  nawet w  najgłębszych refleksjach , nawet wówczas, gdy zwierza się córce, że boi się śmierci. Ani on, ani ona, nie wspominają nawet o Bogu .Chyba jest to ateizm w najczystszej postaci, dla mnie dosyć szokujący. Zaskakująca była dla mnie też jego refleksja o polityce, w swych rozważaniach nie ograniczył się tylko do swego „Ja”, popatrzył też trochę szerzej na siebie, jako przedstawiciela pokolenia zimnej wojny i zastanowił się nad dorobkiem całego tego pokolenia. I przypomniał mu się jego ojciec, gdy zrobił mu kiedyś awanturę za to, że nie poszedł na wybory. Wallander doszedł do wniosku, że ojciec miał wówczas całkowita rację, bo  przecież każdy nawet w minimalnym stopniu ma wpływ na kształt świata, na to, co po nas zostanie, chociażby przez udział w wyborach. I po tej konkluzji żałował nawet, że tą polityką nie interesował się bardziej.
      Wszystkie te rozważania autorstwa Mankella są też moim zdaniem typowo męskie, może się mylę, ale to mężczyźni emeryturę i pierwsze oznaki starzenia się odbierają jako niemal koniec świata, a właściwie jako śmierć. Kobiety snują plany na ten czas i wiedzą, że różne niedomagania organizmu i choroby , są w pewnym wieku nieodłączną częścią życia.  Może się mylę, ale takie mam obserwacje, patrząc na różnych członków mojej rodziny i na znajomych z pracy. Ale to już trochę za daleko odbiega od tematu książki.  

Bałam się, że  „Niespokojny człowiek” może być dołujący, zaczęłam go czytać tuż przed wyjazdem na urlop i nawet pomyślałam, że wrócę do niego  dopiero po powrocie. Na wyjazd chciałam wziąć książki lekkie, a jak się okazało, ta , kryjąca się pod płaszczykiem kryminału,  była lekka jedynie z pozoru .  Ale pozostawienie jej okazało się  niemożliwe, bardzo szybko wsiąkłam w akcję i książkę tą musiałam ze sobą zabrać  .I wbrew pozorom nie była wcale  dołująca.
6/6 

  

poniedziałek, 2 września 2013

Tadeusz Dołęga-Mostowicz „Kariera Nikodema Dyzmy” - audiobook


     Niektórzy ludzie zastanawiają się,  czy w ogóle jest sens czytania/słuchania książek, które zostały już sfilmowane i całkiem dobrze się je zna. Jest to oczywiście pytanie, które zadaję sobie prawie zawsze, gdy sięgam po książkę , a wcześniej znam film lub odwrotnie.   Z reguły jednak tak się dzieje, że gdy sięgam w takich przypadkach po książkę, nie jestem zawiedziona i odnajduję w niej coś, co w filmie się nie znalazło, albo zwracam uwagę na to, co w filmie pominięto lub zmarginalizowano. Panuje teraz  taki trend, aby  wszystko było robione szybko, trzeba np. podróżować i zwiedzać, dużo oczywiście, piszę o pewnych kręgach, w których taka tendencja panuje. Trzeba czytać tylko nowości, w dużej liczbie,  tak jakby cała klasyka wydana wcześniej była bezwartościowa i niegodna uwagi . Jest sporo programów o książkach, w telewizji i w radiu, ale rzadko w których mówi się o czymś innym, niż tylko o nowościach.  A  obejrzenie filmu, przeczytanie książki, na podstawie której został nakręcony, daje znacznie większą gwarancję dogłębnego zrozumienia dzieła i odkrycia różnych podtekstów.   Jestem za tym, aby było mniej, ale gruntowniej, głębiej i dlatego i czytuję książki i oglądam nakręcone na ich podstawie filmy no  i porównuję. W przypadku Dołęgi-Mostowicza    ekranizacji było sporo, z Adolfem Dymszą, z Romanem Wilhelmim, Cezarym Pazurą – biorę tu pod uwagę „Karierę Nikosia Dyzmy”. W tym przypadku ostatecznie zadecydował przypadek, czyli to, że pojawiła się okazja, abym pożyczyła audiobooka, a oprócz tego jechałam samochodem na dłuższą trasę.

    Nie będę pisać, o czym jest książka, bo w tym przypadku jest to kwestia oczywista. Okazało się, że książka sfilmowana została w miarę wiernie,  szczególnie na początku – mam na myśli najbardziej znaną ekranizację z Romanem Wilhelmim  . Są pewne różnice, ale na tyle małe, że można byłoby je enumeratywnie wymienić.  Sam zaś pierwowzór jest bardzo krótki, ok. 5 godzin słuchania.  Odniosłam wrażenie, że pisarz największy nacisk położył na  kwestie polityczne , czyli na ośmieszenie ówczesnego obozu władzy i ówczesnych elit, nie tylko politycznych . Portret chama i prostaka , który zrobił zawrotną karierę i jego podboje miłosne w książce stanowiły tylko tło dla portretu klasy rządzącej, arystokracji i ziemiaństwa, portretu subiektywnego oczywiście.  W filmie wszystkie te kwestie potraktowane zostały równorzędnie. Aluzje polityczne w książce są czytelniejsze, niż w filmie. Podczas słuchania przyszło mi do głowy, że na podstawie tej samej książki mógłby powstać jeszcze inny film, niekoniecznie tak zgodny z książką, byłby to film – satyra na „elity”, a inne wątki mogłyby zostać skrócone. Naszła mnie też refleksja , że za czasów Dołęgi - Mostowicza  w większości elitę stanowiły osoby wykształcone i dobrze urodzone. Teraz pojawili się celebryci.  Dyzma musiał udawać, że skończył Oxford i że jest ziemianinem. Bez tej mistyfikacji nic z kariery nie wyszłoby. Teraz wszystko można błyskawicznie sprawdzić i taki numer nie przeszedłby. Ale współcześni celebryci niczego nie muszą udawać, w większości nie udają i podobają się tłumom. Piszą idiotyczne książki, udzielają wywiadów, opowiadają, co jedli na obiad itp. Czy to lepiej, czy gorzej? Czy może bez różnicy? Może w latach 30-tych tylko hipokryzja była większa? Panuje teraz tendencja do pewnej gloryfikacji XX- lecia międzywojennego, tak jak w PRL-u przedstawiano je jako coś godnego potępienia , tak teraz jest odwrotnie. Czas na obiektywizm z tym zakresie przyjdzie dopiero pewnie w kolejnej epoce. I warto może zobaczyć tamten okres tak, jak go widział Dołęga- Mostowicz , czyli raczej w mało kolorowych barwach, jest to spojrzenie skrzywione, ale to w końcu jego, Dołęgę – Mostowicza, sanacyjna bojówka pobiła i ledwo uszedł z życiem. I to ponoć to właśnie wydarzenie zaowocowało „Karierą Nikodema Dyzmy”.

„Kariera” w wersji filmowej mnie nudziła, brzmi to jak herezja, ale taka jest prawda. Książka natomiast świetnie napisana i jest na tyle krótka, że znudzić nie może , nawet najbardziej opornych . Audiobook „wciągnął mnie”, jechało mi się z nim super .

środa, 28 sierpnia 2013

Donna Leon „Ukryte piękno”




    Kiedy zobaczyłam „Ukryte piękno” bez zastanowienia i nawet bez czytania jakichkolwiek recenzji wiedziałam, że książkę  kupię. Kilkanaście lat temu  czytywałam Donnę Leon. Jej książki miały dla mnie wspaniały klimat już chociażby przez to, że miejscem akcji jest zawsze Wenecja, a wydarzenia rozgrywają się głównie wśród jej rdzennych mieszkańców.  Wenecja kojarzy mi się z czymś pięknym i tajemniczym do tego stopnia, że dziwnie jest mi uzmysłowić sobie, że tam przecież też mieszkają ludzie i zajmują się swoimi codziennymi sprawami. Klimat książki jest taki, że nie daje się go zapomnieć, bohaterom  odpływa sprzed nosa tramwaj wodny, albo gdy idą na spacer  zbyt blisko kanału, zostają ochlapani przez motorówkę itp. Główny bohater to komisarz Brunetti, który spośród różnych książkowych policjantów czy detektywów wyróżnia się chyba , zabrzmi to paradoksalnie, swoją zwyczajnością. Jest żonaty, i to  szczęśliwe, ma dwoje dzieci, nie ma nałogów, nie miewa depresji , nie jest neurotykiem i generalnie prowadzi udane życie. Jego żona jest profesorem literatury, teść wszechstronnie wykształconym hrabią, podobnie teściowa, są elokwentni , inteligentni itp. Autorka jest Amerykanką, była wykładowcą na uczelni, potem osiedliła się w Wenecji. I w każdej książce Brunetti lub jego żona Paola gotują wspaniałe potrawy, opisane tak, że umiejący gotować czytelnicy mogą opisy traktować jak gotowe przepisy . Przy fragmentach z gotowaniem, zawsze robiłam się głodna i niemal czułam zapach bazylii czy innych potraw, używanych przez Paolę.   W każdej książce z Brunettim historia kryminalna jest tłem do odzwierciedlenia prawdziwych wydarzeń i zjawisk, z jakimi zmagają się Włosi , a głównie Wenecjanie, np. handel kobietami z Europy Środkowej i Wschodniej, pedofilia.

      Czytywałam więc Donnę Leon dano temu, a po przeczytaniu dostępnych w bibliotece książek, po pewnym czasie o niej zapomniałam.  Nie wiem, jak  mogło się to stać, ale stało się.  I -   jak już napisałam -  zobaczyłam w internecie „Ukryte piękno” i kupiłam audiobooka. I nie rozczarowałam się.

    Z Brunettim kontaktuje się inny policjant lub może raczej żandarm, carabinieri. Carabinieri to instytucja typowa włoska, coś pomiędzy policją a żandarmerią wojskową. I ten carabinieri chce od Brunettiego pomocy w sprawie, która dotyczy m. in.  handlu śmieciami. Śmieci są we współczesnym świecie coraz większym problemem, bynajmniej nie chodzi tu o śmieci    z kuchni czy przeciętnego mieszkania, ale  o śmieci przemysłowe, toksyczne, szkodliwe dla życia i zdrowia ludzi, dla środowiska  a także  o śmieci radioaktywne. Okazuje się, że na handlu takimi śmieciami można wspaniale zarobić, kupuje się je od właściciela, który żałuje pieniędzy na utylizację lub wręcz ukrywa, że te śmieci ma i próbuje się je wcisnąć krajom trzeciego świata za marne grosze, ale przedstawicieli tych krajów i tak jest to dużo, a na masową skalę bardzo dużo. Problemu  w takich   krajach z pozbyciem się tego „towaru”, nie ma. Pośrednikami w handlu  są często Włosi, a konkretnie włoska mafia. Cześć śmieci trafia w trakcie obrotu do Włoch, co wynika częściowo  z racji położenia, ale nie tylko   . Po krótkim czasie wspomniany carabinieri  zostaje zabity strzałem w głowę i Brunetti zaczyna śledztwo w tej sprawie. Brunetti, co mu się zdarza pierwszy raz, zaczyna też być zauroczony inną kobietą, niż żona, tą fascynującą damą , jest piękność, szalenie oczytana i błyskotliwa, elegancka , ale ze zeszpeconą w nieznanych okolicznościach twarzą. Na oczach Brunettiego ona strzela do człowieka. I pada kolejny trup. Jak się można domyślić, wszystkie wątki w pewnym momencie zaczynają się łączyć.  

      Intryga kryminalna nie jest najmocniejszą stroną tej książki. Mało mnie zainteresował problem, kto zabił carabinieri, za to niezaprzeczalnie zaciekawił mnie mało elegancki problem śmieci i historia kobiety z dziwną twarzą – signory Marinelli - która lubi prowadzić rozmowy o książkach , zawsze przy sobie  książkę ma i  czytuje ją w wolnej chwili . Najsłabszym punktem „Ukrytego piękna” jest początek, kiedy to   przez kilka rozdziałów Brunetti prowadzi rozmowę z carabinieri, jest to ewidentnie nudne, ale gdy już odsłuchałam tą cześć, to było tylko lepiej.   Niektóre  inne fragmenty były wyjątkowo wciągające. Jeden gdy Brunetti z dwoma innymi policjantami dotarli do fragmentu jakby wysypiska takich toksycznych śmieci ,  weszli do czegoś w rodzaju wielkiej kadzi , o wysokości ok. 10 metrów, w środku panowała ciemność a na dnie znajdowała się dziwna ciecz. Jak się okazało była to ciecz toksyczna, jeden z policjantów  niechcący zanurzył w niej rękę, cudem niemal uniknął amputacji. Z zapartym tchem słuchałam tych rozdziałów, w których Brunetti rozmawiał z kobietą z oszpeconą twarzą o tym, dlaczego zabiła swojego towarzysza, a także gdy rozmawiał o tej kobiecie z teściową. Miewałam też wrażenie, że ten kryminał to opowieść o życiu weneckiej arystokracji, jej zwyczajach  i o prawdziwym jej obliczu .

     Nie wiem, dlaczego tak mało o tej książce się mówi, mnie cykl z Brunettim urzekł. Nie utożsamiam się z komisarzem, ale w książkach D. Leon jest to „coś”, co powoduje, że będę do nich wracać i odpoczywać raz na jakiś czas od skandynawskiej mroczności.   

 

 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Elżbieta Cherezińska „Korona śniegu i krwi”

Korona śniegu i krwi - Elżbieta Cherezińska

     Wreszcie! Brakowało takiej książki ! Nie tak dawno, gdy czytałam „Królów przeklętych” kolejny raz pomyślałam , że przecież  mamy tak ciekawą historię, wcale nie mniej intersującą od Francuzów, a tak mało jest u nas sensownych , beletrystycznych książek historycznych.  A jeżeli te książki lub filmy są , to ciągle o tym samym, eksploatowane są stale te same wydarzenia i te same postacie  (chrzest Polski,  Grunwald, królowa Jadwiga, królowa Bona i Barbara Radziwiłłówna, rozbiory, powstania i wojny) , a między nimi jest coś w rodzaju „czarnych dziur”, o których mało kto coś wie. Jedną z tych „czarnych dziur”  jest rozbicie dzielnicowe. Chociaż historią się interesuję i mam wykształcenie humanistyczne,  to o rozbiciu dzielnicowym mam , a właściwie miałam wiedzę zaledwie podstawową  i zawsze uważałam, że nie mam sensu jej pogłębiać, bo przecież w tym czasie nic ciekawego się nie wydarzyło. Ta książka ten pogląd zmieniła.

      „Korona śniegu i krwi” to zbeletryzowana historia z lat  1235 - 1296. Już na wstępie można zorientować się, że istnieje mnogość wątków , występują postacie historyczne i fikcyjne, podobnie i wydarzenia mamy i historyczne i fikcyjne. Książę Przemysław II chce zjednoczyć kraj i koronować się na króla Polski. W poszczególnych księstwach panuje  chaos, książęta raz się sprzymierzają, potem kłócą, zdradzają, porywają, mordują, stale walczą o władzę . Wojują ze sobą nie tylko poszczególne księstwa, ale konieczna jest walka tych księstw z Brandenburgią, Krzyżakami , Czechami i in. wrogami . Kraj od 200 lat jest ochrzczony, ale część ludności nadal kultywuje pogańskie kulty, duchowieństwo w większości jest niemieckiego pochodzenia, w tej sytuacji  na arcybiskupa mianowany zostaje Jakub Świnka . Pierwszoplanowe postacie, wokół których koncentruje się akcja , to właśnie Przemysław II,  Jakub Świnka, Mechtylda Askańska, książę Henryk Probus, święta Kinga, książę Bolesław Wstydliwy, książę Bolesław Pobożny, generalnie są to postacie, o których przed lekturą , poza Jakubem Świnką czy świętą Kingą , bardzo mało się wie. 

     Czuję do tek książki olbrzymi sentyment i mogę nie być obiektywna, przy jej ocenie , trochę tak jak rodzic , który mówi o swoim dziecku. Nie mogłam się pozbyć tego emocjonalnego podejścia, chociaż wiedziałam, jak skończą się wątki historyczne. Czytając tak kibicowałam Przemysłowi II, aby zjednoczył kraj i aby koronował się na króla , jak czasem , zdarza się to bardzo rzadko, gdy oglądam mecz piłki nożnej z naszą drużyną na ważnych rozgrywkach. I tu i tu wydawało się, że szanse są minimalne , ale kibicując Przemysłowi II nie kibicowałam jednak sprawie straconej ,  przecież jemu w większości się udało. To było niesamowite uczucie , że jako naród tego nie spartaczyliśmy, że nie zmarnowaliśmy szansy.  I tą książkę warto przeczytać chociażby dla tych emocji.

    Ale wysilając się już na pewien obiektywizm musze powiedzieć, że „Korona śniegu i krwi” nie jest  lekturą dla każdego, raczej jest dla młodych ludzi i bez gruntownego wykształcenia historycznego. Autorka najmocniejszy  nacisk postawiła na akcję i to bardzo szybką akcję, nie zawarła zaś w niej  głębszych refleksji poszczególnych bohaterów, czy pogłębionego chociażby ich portretu psychologicznego. Ich reakcje na poszczególne wydarzenia potraktowane są bardzo prosto, gdy np. Przemysławowi II zmarła żona, powiedziane jest , że rozpaczał po jej stracie i nie miał ochoty na ponowny ożenek. W rozmowach z innymi bohaterami widzieli oni, że nie może on przeboleć straty , on niekiedy też o tym wspominał...  no i koniec tematu, Przemysław II zajmował się już innymi wydarzeniami. Mnie to niekiedy przeszkadzało i przez to odbierałam całą książkę jako trochę  płytką, tym bardziej , że miałam w pamięci stosunkowo świeżą lekturę „Królów przeklętych”, gdzie jednak Maurice Druon był w stanie opisać i toczące się wydarzenia i poświęcić trochę czasu na refleksję nad nimi i nad stosunkiem różnych bohaterów do tych wydarzeń. Myślę, że może najmłodsze pokolenie będzie zadowolone z tego rodzaju obrotu sprawy, może chwilami mieć wrażenie, że ma do czynienia z czymś w rodzaju gry komputerowej.  Czytałam kilka książek, w których akcja była tak szybka, że było to męczące. Podobnie jest też w tzw. filmach akcji, natłok wydarzeń staje się w pewnym momencie nudny, wiadomo przecież , że zaraz ktoś zginie, będzie też pościg za kimś , ktoś się z kimś pobije, będą sceny łóżkowe  itp.  Portrety psychologiczne też w przeważającej większości nie są głębokie, określiłabym je jako  jednowymiarowe, czyli czarne albo białe, mało kto ma poważne dylematy,   szczytem hagiografii jest tu święta Kinga,  która jest piękna, mądra, cierpliwa, dobra , na jej widok ludzie zaczynają wyznawać swoje grzechy, nigdy się nie denerwuje , unosi się w powietrzu, itp.

   Kolejna kwestia, do której mam też zastrzeżenia , to elementy fantasy. Nie wiem za bardzo, czemu mają one służyć. Owszem, zwierzęta z herbów szlacheckich ożywają , ale tylko chwilami i nic z tego nie wynika.  Te elementy powodują, że akcja bywa momentami bardzo  dziecinna, przykładowo gdy witają się dwie osoby, lew z jednego herbu i orzeł z drugiego przyglądają się sobie, prężą się , lub orzeł wzbija się, by zobaczyć z wysoka , co się dzieje. A potem to zależy, co dzieje się miedzy ludźmi, zwierzęta mogą też ze sobą walczyć . Inaczej całkowicie wyglądało to np. we „Władcy pierścieni”, gdzie wszystko miało swój sens i cel. W niektórych momentach sceny są przez to zdziecinniałe i na skutek  poleciłam tą książkę swojej koleżance, która zastanawiała się nad prezentem urodzinowym dla 13-letniego syna. Poleciłam jej książkę, gdy dopiero zaczynałam ją czytać i nie dotarłam jeszcze do scen seksu. 

      Seks odgrywa w dziele olbrzymią role i znaczna część akcji to opisy różnych scen łóżkowych. Nie jestem pewna, czy w każdym przypadku taka drobiazgowość w tym zakresie była potrzebna, zwłaszcza, że przy ewentualnym kręceniu filmu – gdyby kiedyś ktoś wpadł na taki pomysł – reżyser albo musiałby zrezygnować z bycia wiernym książce , albo wyszłoby mu porno. Przypuszczam, że te fragmenty miały służyć uwspółcześnieniu tamtej epoki i przyciągnięciu młodego czytelnika, ale momentami jest to chyba czasem przesadzone, opisany szczegółowo  jest seks z żoną, kochanką, prostytutką i różnice pomiędzy tym seksem we wszystkich wypadkach.    Jest też scena, przypominjąca pedofilię, gdy księżna Mechtylda  doprowadza małego chłopczyka do orgazmu. I w ogóle trzeba pamiętać, że gdy czyta się drobiazgowy opis nocy poślubnej pomiędzy 12- latką i 15- latkiem, ma się mieszane uczucia, nawet gdy się wie, że w tamtych czasach  było to zupełnie normalne.

    Brakowało mi też kalendarium wydarzeń, (wystarczyłby krótki wykaz z datami ) i przypisów, gdzie byłyby dane o osobach, kiedy ktoś żył i chociaż jedno czy 2 zdania o tej osobie.  Przydałaby się też bibliografia.

    Ale mimo tych minusów „Koronę” oceniam zdecydowanie na plus. Za wydobycie z mroków zapomnianych wydarzeń i zapomnianych postaci. Za  to, że autorka zaciekawiła historią Polski masę osób , a mnie konkretnie zaciekawiła historią rozbicia dzielnicowego .  

      

środa, 14 sierpnia 2013

„Spacerownik po warszawskich cmentarzach” Jerzy Majewski , Tomasz Urzykowski

 


Cmentarz Powązkowski w Warszawie
    Po raz pierwszy napiszę o pozycji, której nie przeczytałam, konkretnie nie przeczytałam całej, tylko część , a resztę przejrzałam. No i bardzo pozytywnie ją oceniam. Ale po kolei.
       Rocznica powstania warszawskiego nastroiła mnie jakoś tak, że postanowiłam wybrać się , oczywiście kilka dni później, na Powązki . Nigdy wcześniej nie miałam takiego zamiłowania, aby zwiedzać cmentarze, wręcz przeciwnie, raczej ich unikam . Ale mieszkam przecież od kilkunastu lat w Warszawie i w tym czasie nigdy na Powązkach nie byłam, a bywałam przecież na wielu innych cmentarzach podczas różnych wycieczek i wyjazdów zagranicznych. Umówiłam się więc z Szymonem, który jest idealnym kolegą do zwiedzania  i wyruszyliśmy na Stare Powązki i Wojskowe Powązki . W trakcie jazdy uświadomiłam sobie, że jest problem, bo właściwie będziemy tam chodzić w ciemno, bez pojęcia, kto i gdzie jest pochowany, a chciałam oprócz mogił powstańców, zapalić jeszcze parę świeczek na innych grobach. I rzeczywiście byłoby to trudne przedsięwzięcie, ale na szczęście Szymon wziął ze sobą stare, broszurowe wydania takich mini przewodników , dołączonych kiedyś do jednej z gazet. Dzięki temu nie poruszaliśmy się na chybił trafił, tylko wiedzieliśmy już, jak idziemy, no i  była to olbrzymia ulga.
      Po powrocie jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłam, było poszperanie w internecie i znalezienie czegoś w rodzaju przewodnika po cmentarzach warszawskich . Nie wiem, czy wybrałam dobrze, być może gdybym szukała wnikliwiej, znalazłabym coś lepszego, trudno mi powiedzieć, bo porównania nie mam. Uważam jednak, że „Spacerownik” jest idealny dla kogoś takiego, jak ja, czyli dla kogoś, kto potrzebuje podstawowej wiedzy o tych nekropoliach. Dzieli się on na 7 rozdziałów, każdy poświęcony jest innemu cmentarzowi, ostatni tylko rozdział mówi zbiorczo o „innych warszawskich cmentarzach” . Przykładowo na Stare Powązki poświęconych jest ponad 40 stron , na Powązki Wojskowe 25 stron. W każdym rozdziale jest propozycja trasy zwiedzania , mapa z tą trasą, a miejsca zasługujące na szczególną uwagę , jak groby czy pomniki , są oznaczone numerami. Do tego są zdjęcia części tych grobów czy pomników i dodatkowo informacje o zmarłym, a niekiedy jeszcze o grobie, o ile ma walory dzieła sztuki, lub chociażby dzieła, zasługującego na uznanie.  Wydanie jest oczywiście kolorowe. Miałam problem, aby ustalić datę wydania, nie widzę jej tam, ale znalazłam zdjęcia z 2009r. i chyba mniej więcej wówczas było to wydane, tym bardziej, ze nie ma mowy o Smoleńsku.
       Ta drobna książka może  służyć całe lata , nawet gdybym chciała ponownie udać się na Powązki znowu za rok. I będzie idealna np. gdy ktoś z rodziny czy znajomych przyjedzie i chciałabym mu pokazać cmentarz. Jeżeli ktoś interesuje się sztuką szczególnie, to „Spacerownik” mu z pewnością nie wystarczy, ale na razie nie zamierzam kupować niczego obszerniejszego, nie wiem nawet, czy coś obszerniejszego w ogóle jest.
     Tegoroczne zwiedzanie moje i Szymona mogło przypominać wizytę przybyszów z obcego miasta, niemal obcokrajowców, ale dzięki z kolei temu broszurowemu wydaniu, jakie Szymon miał, było w nim trochę ładu i składu. Wiedziałam, np. na Powązkach Wojskowych, które wydały mi się zdecydowanie ciekawsze od Powązek Starych , że mogę szukać kwater powstańców nie tylko warszawskich, ale i listopadowych czy styczniowych, a nawet wielkopolskich, grobów poległych w wojnie bolszewickiej, czy zamachu majowym. Odrębną kwestia są groby różnych twórców.  Uzmysłowiłam sobie patrząc w te broszury, że na Powązkach leżą m. in. ci pisarze czy poeci, których wyjątkowo cenię, a nawet i ci , którzy są moimi ulubionymi. I dzięki temu już właściwie na początku  wędrówki mogłam  zapalić świeczkę na grobie Andrzeja Drawicza, którego za tłumaczenie „Mistrza i Małgorzaty” będę zawsze pamiętać.   Zapaliliśmy znicze  też  u innych  paru pisarzy i poetów.  Było to dziwne  uczucie, bo nigdy wcześniej niczego takiego nie robiłam, na groby rodzinne  chodziłam 1 listopada. Broszura była niestety mało dokładna i nie znaleźliśmy grobu K.K. Baczyńskiego, świeczkę zapalę mu więc innym razem, szkoda jednak , żałowałam , że wcześniej nie zakupiłam jakiegokolwiek przewodnika, mogłabym zrobić to od razu.
       To wyjście, poza mankamentem , że nie mieliśmy normalnego przewodnika, i że nie byliśmy przygotowani, zrobiło nieoczekiwanie  na mnie spore wrażenie. Nie chcę snuć tu teorii o duchach, bo niczego takiego nie wiedzieliśmy i nie słyszeliśmy, byliśmy tam w biały dzień. Ale – nie wiem, z czego to wynika – czułam pewną , nazwijmy to pozytywną energię podczas całej tej wizyty, do dziś czuje się nią naładowana.   Być może wynika to z tego, że zwiedzaliśmy miejsce dalekie od hałasu, spokojnie i bez pośpiechu  . Ale może to jednak z tych zmarłych płynie jakaś siła, jakąś myśl, która nie umarła i którą można czerpać? Nie wiem, jaka siła i jak miałaby płynąć i wiem, że brzmi to mało rozsądnie, ale tak to odczuwam .

niedziela, 11 sierpnia 2013

Alice Munro „Taniec szczęśliwych cieni”

Taniec szczęśliwych cieni - Alice Munro

Kupiłam tą książkę bez wielkiego przekonania, ale w tradycyjnej księgarni,  tak jakby książka sama o to poprosiła.  Wiem, że rzadko kiedy opowiadania przypadają mi do gustu, ale Alice Munro wielu czytelnikom się podoba, pomyślałam więc,  czemu nie? I powoli oczekiwałam oczarowania, porównywalnego co najmniej z tym oczarowaniem, kiedy to jeszcze w liceum  czytałam opowiadania  Londona czy Maupassanta. Okazało się, że to nie do końca będzie tak, a już na pewno nie ze wszystkimi opowiadaniami z tego zbioru .

    Na zbiór składa się  15  opowiadań, zaś książka była debiutem. Znaczna część opowiadań pisana jest z punktu widzenia dziecka , Munro opisuje w tym przypadku wydarzenie z dzieciństwa i to właśnie te opowiadania najmniej mi się podobały .  Jedno jest skrajnie makabryczne, mówi o oblanym wrzątkiem dziecku, które potem umarło.  W wielu z nich odstraszały mnie sceny złego traktowania zwierząt, np. zabijania koni, łapania w sidła piżmoszczurów   , tłumaczenia małej dziewczynce, jak one się topią i jak potem obdziera się je  ze skóry , trzymania lisów w różnych hodowlach itp.  Wiem, że takie jest życie  i że takie sytuacje mają miejsce, ale jestem na te sprawy szczególnie wrażliwa  i czyta mi się takie opisy ciężko.   Bałam się, że sceny z końmi zaczną mi się śnić i że efektem lektury będzie koszmar senny. Jedno z opowiadań w ogóle wydało mi się niedorzeczne, w małym miasteczku pojawił się hipnotyzer  i za zgodą babki dziewczynki podjął próbę zahipnotyzowania tej babki. Babka w czasie tej próby zmarła. 

     Nie po wszystkich jednak opowiadaniach czułam rozczarowanie. Było kilka, dla  których jednak warto było kupić tą książkę, mam na myśli głównie opowiadanie tytułowe „Taniec szczęśliwych cieni” oraz  „Pokój utrechcki”, „Dzięki za przejażdżkę” i „Czas umierania”.  I są to opowiadania tej klasy co „Uczta Babette” Karen Blixen. Akcja wszystkich tych opowiadań rozgrywa się w zwykły dzień , który pozornie niczym się nie wyróżnia od innych.  Są to zwyczajne dni i normalne zajęcia. Wygląda to tak, jakby A. Munro niczym psychoanalityk lub roentgen była w stanie przejrzeć najbardziej skrywane  sekrety różnych osób, stanowiące klucz do ich zrozumienia . Munro   wie, które wydarzenia z życia były najbardziej kluczowe dla danego człowieka i zaważyły na całości. Wie, kto, co i od kiedy  ukrywa , nawet przed sobą. Rozumie, dlaczego ktoś dokonuje takich lub innych wyborów. Wie, kto dlaczego i o co ma do kogoś żal a kto inny z kolei i dlaczego żyje w poczuciu winy, chociaż prawie nikt go o to nie  podejrzewa. Wie, jakie ludzie mają marzenia, wie, że niemal każdy odczuwa  poczucie samotności.   I właśnie w opowiadaniach wskazuje te klucze do czyjegoś wnętrza, czyli opisuje , co takiego się wydarzyło, po czym ktoś będzie już trochę innym człowiekiem.  Niestety, większość historii nie jest wesoła i nie kończy się happy endem, ludzie walczą, starają się, ale rzadko kiedy  osiągają prawdziwe szczęście, widzą i doświadczają tego,  że za dużo jest zła czy nieszczęść. Jest tak jak w życiu, a nie w filmie.

       W „Tańcu szczęśliwych cieni” dziewczynka obserwuje swoją dawną nauczycielkę gry na fortepianie. Nauczycielka – panna Marshalles to starsza kobieta , trochę dziwaczka, samotna, mieszkająca z siostrą, słynie z wydawanych co roku w czerwcu przyjęć, połączonych z pokazami dziecięcej gry na fortepianie.  Z racji tego, że kobieta jest bardzo zaawansowana wiekiem i jej pozycja towarzyska jest już żadna, ku jej rozpaczy  coraz mniej ludzi przychodzi na przyjęcia, a ci , co ją znają mówią na nią często „biedna panna Marshalles”.  I właśnie podczas jednego z tych przyjęć wydarza się coś, co zmienia obraz sytuacji i po tym wydarzeniu w rodzinie dziewczynki o nauczycielce  nikt już nie powie  „biedna panna Marshalles”. Zebrani byli świadkami sytuacji, które stanowiła klucz do zrozumienia zachowania nauczycielki  . Znali ją niemal całe życie i nie  mieli pojęcia, dlaczego żyje ona właśnie w taki sposób.

     W innym opowiadaniu  - „Pokój utrechcki”     z kolei  również  poznajemy kobietę, która ma swoją tajemnicę , a na dodatek żyje w poczuciu winy. Poza 2 krewnymi nikt nie domyśla się jej sekretu.        W „Pokoju utrechckim” młoda kobieta – Maddy - uparcie tkwi w  miasteczku Jubilee  , mimo, że nie ma tam żadnych perspektyw. Nie ma ona tam żadnych zobowiązań, a matka, którą się opiekowała, zmarła jakiś czas wcześniej.   Sekret odkrywa jej siostra, która po wiele latach do miasteczka powraca. Maddy ukrywa coś, chyba nawet i przed sobą samą, nie jest to pojedyncze wydarzenie, ale pewna sekwencja wydarzeń, trwająca troszkę dłużej.

   W „Dzięki za przejażdżkę” główny bohater ze swoim kuzynem, będąc chwilowo w małym uzdrowisku nadmorskim,  postanawiają poderwać dziewczyny. Ma to być podryw na jedną noc, lub nawet tylko na kilka godzin . Nasz narrator ma pewne skrupuły, czy aby nowo poznana Lois, ma świadomość, że jest to jednorazowa przygoda , a nie wielka miłość,  wie, że dziewczyna jest bardzo młoda, ma lat 17 , a do tego musi już pracować.  A on chce tylko seksu i nic więcej.  

   „Czas umierania” opowiada o małym Beeny`m, który pozostawiony został na parę godzin pod opieką starszej siostry, Patrycji. Został wówczas przez nią niechcący oblany wrzątkiem , być może sam się nim oblał, nie jest to do końca powiedziane. Wszystko wskazuje na to, że Patrycja szybko otrząsnęła się po tym wypadku.

     Pani Alice ma też talent do zakończeń, są autentyczną niespodzianką,  może również nie we wszystkich wypadkach, ale w tych opowiadaniach , które spodobały mi się szczególnie, na pewno.    A tak w ogóle warto do tych opowiadań wrócić , zastanowić się i zerknąć ponownie chociażby na zakończenie.  Czasem dopiero przy ponownym zerknięciu i zastanowieniu, byłam w stanie wszystko zrozumieć.  Czytałam je powoli, po jednym, góra 2 lub 3 na dzień i chyba jednak sięgnę po kolejny zbiór.