sobota, 4 stycznia 2025

ks. Witold Kawecki „Tajemnice Caravaggia”

 

    „Tajemnice Caravaggia” są wyśmienitą książką – albumem. Autor opisał chyba wszystkie działa Caravaggia i przedstawił takie informacje z życia malarza, z epoki i religii, które pozwalają lepiej zrozumieć tą twórczość. Mimo tego, że Caravaggio malował głównie obrazy o tematyce biblijnej, to osoby niewierzące również mogą się im przyjrzeć, w działach opisywanego Geniusza zawarte są także ponadczasowe prawdy o człowieku. 

    Ks. Kawecki napisał, że Caravaggio, to malarz obrazujący m. in. fizjonomię ludzkiego strachu. W dużym stopniu wynikało to z tego, że Caravaggio zabił człowieka, wydany był wobec niego wyrok śmierci i musiał uciekać. Wiedział, jak to jest żyć w ciągłym strachu. Artysta był też postacią absolutnie wyjątkową również z tego względu, że z jednej strony miał olbrzymią wiedzę i kontakty z ówczesnymi elitami politycznymi i artystycznymi, z drugiej zaś masę czasu spędzał z osobami z dołów społecznych, z prostytutkami, żebrakami itp. znał więc doskonale życie z każdej strony. Ci ludzie z marginesu byli modelami do obrazów. Z reguły ludzie żyją w oderwanych od siebie bańkach i ich obraz świata jest niepełny, u niektórych zupełnie oderwany od rzeczywistości. Caravaggio najprawdopodobniej był gejem. Ks. Kawecki twierdzi, że nie był, ale w tym aspekcie mnie nie przekonał. Ma to znaczenie jedynie w tym względzie, że będąc gejem w tamtych czasach, będąc zmuszonym do ukrywania tego, jeszcze lepiej znał ludzkie uczucia i tajemnice i jeszcze lepiej rozumiał człowieka. 

    Na obrazie „Zaparcie się Piotra” pokazany jest św. Piotr w momencie, gdy zaprzecza temu, aby znał Chrystusa i aby był jego uczniem. Widnieje tam jeszcze żołnierz i donosicielka, która zadenuncjowała Piotra. Piotr  nie ma ukazanych żadnych atrybutów świętości, pokazany jest jako zwykły przestraszony człowiek, któremu grozi niebezpieczeństwo. Przypatrując się mu, każdy oglądający może sobie przypomnieć sytuacje, kiedy sam się czegoś bał i zrobił coś niewłaściwego czy złego pod wpływem strachu. Patrząc na Piotra można zamiast go potępiać,  można go zrozumieć. Zastanawiająca jest też donosicielka, przyglądając się jej można pomyśleć, co nią kieruje, co w ogóle kieruje różnymi denuncjatorami. Czy jest to chęć przypodobania się władzy, czy może też strach, bo lepiej żeby żołnierze zajęli się kimś innym, czy bezmyślność i głupota. Przyglądając się twarzy tej kobiety, sporo można wyczytać i odpowiedzieć sobie na to pytanie. Można też nie zgodzić się z sugestią artysty.

    Inny obraz to „Męczeństwo świętego Mateusza”. Na obrazie tym na szczęście nie są pokazane tortury, Caravaggio nie epatował okrucieństwem, widać świętego, przy którym jest już mężczyzna z włócznią, którą za chwilę dokona zabójstwa. Arcyciekawe są sylwetki ludzi, którzy poza świętym i zabójcą, znajdują się na obrazie, jest na nim też właśnie i sam malarz, tzn. postać, wyglądająca jak on. Od zarania dziejów permanentnie rozgrywają się sceny, gdy ktoś robi coś złego innemu człowiekowi. Każdy oglądający również  był w takiej sytuacji, gdy w jego obecności działo się cos złego, nie dotyczy to tylko zabójstwa, może to być inne zło, chociażby mobbing wobec kogoś w pracy. Co wówczas robimy?  Postacie z obrazu zachowują się różnie, ale nie ma nikogo, kto podjąłby walkę w obronie Mateusza. A sam Caravaggio? Został on przedstawiony w lewym górnym rogu płótna, jak po prostu ucieka. Wyraz jego twarzy przedstawia mieszankę uczuć, typu zastanowienie, co się dzieje, czy może pomóc, finalnie wygrywa jednak strach. Dzięki dużej dozie autokrytycyzmu malarza ten obraz jest prawdziwy.  

Jedyny mankament książki, jaki widzę, jest taki, że ma nieco za mały format. Idealnie byłoby, gdyby było to A4 i gdyby każdy obraz był na jednej stronie. Domyślam się, że może koszty byłyby zbyt duże, no i nie każde wydawnictwo chciałoby taką pozycję wydać. Wydawnictwa świeckie mogłaby odstraszać tematyka religijna, a ortodoksyjne wydawnictwa religijne mogłyby nie chcieć wydawać książki o zabójcy i geju w jednej osobie.  

 9/10 


czwartek, 2 stycznia 2025

Książki roku 2024

     

    Jak zawsze książki roku to po prostu książki przeczytane w danym roku bez względu na to, kiedy zostały wydane i bez podziału na jakikolwiek kategorie. No i nie ma tu znaczenia, czy książka jest napisana przez cenionego pisarza, tworzącego wielkie, nagradzane i uznane dzieła, czy też napisał ją ktoś nieznany, kto w powszechnym odczuciu tworzy literaturę jakby gorszej kategorii. Niekiedy w tym drugim przypadku w książkach można znaleźć coś wyjątkowego, jakąś myśl, postać, zbieżność z życiem czytelnika lub jeszcze coś innego. I mimo wielu mankamentów, np. mimo gorszego warsztatu pisarskiego autora, to właśnie ta niedoceniona przez innych książka pozostaje w pamięci czytelnika i staje się tą książką naj. 

    W minionym roku czytałam z różnych względów więcej książek lekkich, brakuje mi więc takich murowanych kandydatek na książkę roku. Ale czyta się głównie dla przyjemności, skoro miałam potrzebę czytania książek o lżejszej tematyce, to tak robiłam. Myślę, że się to zmieni, a z pewnością w najbliższym czasie, właściwie już się zmieniło, bo właśnie skończyłam czytać arcyciekawą książkę, której nie zdążyłam opisać. Wykaz nie obejmuje książek, czytanych po raz drugi.  

1. Tove Jansson „Zima Muminków” – z pozoru może wydawać się ponura, a w rzeczywistości to wspaniała rzecz o umiejętności odnajdywania się w każdym miejscu i w każdej sytuacji i o odnajdywaniu wszędzie powodów do radości

2. Andrzej Nowak „Dzieje Polski” tom I i II - inne niż standardowe spojrzenie na naszą historię, godne polecenia każdemu bez względu na poglądy polityczne

3. Orhan Pamuk „Dziwna myśl w mojej głowie” - za ciekawe spostrzeżenia psychologiczne i za wspaniały obraz Stambułu

4. Agata Christie ”Próba niewinności” – jedna z lepszych powieści Królowej Kryminału, w której łamie ona wszystkie stereotypy, dotyczące relacji rodzinnych

5. Joseph Roth – „Białe miasta” – za wielką wnikliwość w zakresie ludzkiej natury 

6. Sławomir Gortych „Schronisko, które spowijał mrok” – chociaż książka nie ma wartości artystyczno – literackich, utwierdziła we mnie miłość do Karkonoszy, rozbudzoną, czy może raczej wydobytą z mroków zapomnienia przez Sł. Gortycha w poprzednich tomach tej serii

7. Stephen King „Sklepik z marzeniami” – również za świetne rozpoznanie ludzkiej natury


poniedziałek, 30 grudnia 2024

Kornel Makuszyński „Szatan z siódmej klasy” – audiobook, czyta zespół lektorów

 

    Trzeba przyzwyczaić się do nieco już staroświeckiego stylu pisania i można się delektować lekturą. Adaś, ów tytułowy szatan, lat 17, był wyjątkowo bystrym chłopakiem, odgadł system, według którego nauczyciel historii wzywa uczniów do odpowiedzi. Potem z kolei udał się wraz z tym nauczycielem właśnie do wiejskiego dworku na Wileńszczyźnie, gdzie mieszkał brat tego nauczyciela z rodziną. Adaś miał pomóc im rozwikłać zagadkę dziwnych osób, które nagle zainteresowały się dworkiem i były obawy, że może są to złodzieje. 

    Makuszyński mocno eksponuje wartości, jakimi kierowali się opisywani przez niego bohaterowie, w tym Adaś i jego koledzy harcerze, a więc uczciwość, sumienność, odwaga, empatia itp. Obraz Adasia wydawał mi się nieco przelukrowany, bo skupiał w sobie wszystkie te cechy, dodatkowo jeszcze dochodziło olbrzymie poczucie humoru i duża wiedza. Uświadomiłam sobie jednak, że mając w 1937r. 17 lat, był idealnym przedstawicielem pokolenia Kolumbów. Jest to kwestia złożona i do głębszego zastanowienia, ale generalnie Kolumbowie dowiedli, że w większości tacy właśnie byli.

     Olbrzymim atutem powieści są kwestie historyczne. Adaś odnalazł na strychu dworku pamiętnik żołnierza napoleońskiego, który wraz niedobitkami francuskiej armii wracał z Rosji. Są informacje o tym, że gdy napoleońscy żołnierze wracali, było to koszmarem dla ludności, bo kradli i napadali na ludzi.  Echa epoki napoleońskiej były wówczas jeszcze dość mocne. Opis życia we dworku przypomina z kolei XIX wiek.

    Wykonanie audiobooka jest rewelacyjne, można usłyszeć całą plejadę prawdziwych gwiazd, jak Krzysztof Gosztyła czy Wiktor Zborowski, poza muzyką są naturalne odgłosy życia, jak szczekanie pasa, otwieranie drzwi itp. 

8/10 


sobota, 21 grudnia 2024

Carlos Ruiz Zafon „Więzień nieba”- tom III cyklu „Cmentarz Zapomnianych Książek”

 

    Znowu sięgnęłam po kolejną książkę z cyklu „Cmentarz Zapomnianych Książek”, częściowo z sympatii do tomu I, „Cienia wiatru”, częściowo z zaciekawienia bardzo wysoko ocenianym tomem IV, jako coś w rodzaju przygotowania do lektury tego ostatniego tomu. Z znowu tak jak i w przypadku tomu II, mimo pewnych, niewątpliwych plusów,  spotkało mnie jednak rozczarowanie. 

    „Więzień nieba” napisany jest bardzo sprawnie, czyta się wręcz fenomenalnie, gdy ktoś chce się oderwać od rzeczywistości, to ta książka jest idealna. Pojawia się oczywiście jeden z najwspanialszych motywów cyklu, czyli właśnie Cmentarz Zapomnianych Książek, bo tym razem to Daniel prowadzi tam Fermina. I znowu w jakiś tajemniczy sposób zapomniana książka trafia w ręce tego przybysza, dla którego jest stworzona, któremu będzie w stanie zmienić życie.     

    Tom II skupiony jest na historii Fermina, kiedyś bezdomnego, potem pracownika słynnej księgarni „Sempere i Syn”. Życie Fermina było dramatyczne, w czasie hiszpańskiej wojny domowej był gnębiony, więziony i torturowany  przez reżim gen. Franco. W tym tomie jest olbrzymia ilość retrospekcji. Pozornie mogłoby się wydawać, że można dowiedzieć się sporo o wojnie domowej. Nic bardziej mylnego. Zafon opisuje ją wyłącznie w czarno – białych barwach, w jego opowieści to siły poporządkowane gen. Franco, policja, wojsko, cała administracja, są uosobieniem zła, zaś strona przeciwna jest wyłącznie bezwolną ofiarą. W rzeczywistości sytuacja ta była zdecydowanie bardziej złożona. Zbrodni reżimu Franco nie można oczywiście kwestionować, jednakże tzw. republikanie, mocno popierani i finansowani przez komunistyczny ZSRR, również popełniali koszmarne zbrodnie, w tym na księżach, zakonnicach, ludności cywilnej, grabili, mordowali, gwałcili i torturowali. W tym zakresie książka jest manipulacją i mocno przeszkadza to w odbiorze.

     6/10


 


piątek, 13 grudnia 2024

Frances Hodgson Burnett „Tajemniczy ogród”

 

    „Tajemniczy ogród” to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam, zarówno jako dziecko, jak i osoba dorosła. W niesamowity sposób ta książka cały czas ciekawi i wciąga i zawsze widzę w niej co nowego. Pisałam już o niej na tym blogu dawno temu.

    Wszystkie wydarzenia można odczytawać dosłownie, jako opis tego, co robiła Mary Lennox i jej przyjaciele, ale można również patrzeć na całość jako metaforę ludzkiego życia. 

    Mary, pomijając przyczyny, aż do przyjazdu do Anglii, była nieszczęśliwa, chociaż wtedy nie zdawała sobie z tego sprawy i nieznośna dla otoczenia. Nie lubiła ani ludzi, ani przyrody, nie miała ulubionych zajęć, jej życie mimo zamożności rodziców, było wegetacją. Podobnie było z Colinem. On na własne życzenie odseparował się od świata, nienawidził ludzi, żył w świecie hipochondrii, całymi dniami leżał w łóżku i latami nie wychodził na zewnątrz. Nie widział nie tylko pięknego domu, w którym mieszkał, ale i  wspaniałych ogrodów i wrzosowiska naokoło. Przeciwieństwem ich był Dick, dziecko okolicznych biedaków, szczęśliwe mimo tej biedy,  żyjące w symbiozie ze zwierzętami i roślinami.

    Przełom w życiu Mary zaczął się, gdy sama, z własnej inicjatywy zaczęła rozglądać się naokoło, zaczęła zagadywać ogrodnika, przyglądać się ptaszkowi. Świat nie okazał się tak nieprzyjazny, jak jej się wydawało. Musiała tylko do niego wyjść i nie czekać, aż coś, nie wiadomo co,  się samo zdarzy. Musiała wykazać się odwagą, gdy np. penetrowała obcy sobie dom, słyszała czyjś płacz i zdecydowała sprawdzić, co się dzieje. Wykazała się inwencją i spostrzegawczością, patrzyła, co robi gil,  zainteresowała się, gdzie może być tajemniczy, zamknięty od 10 lat ogród. Każde zdarzenie traktowała jako coś, z czego może wyniknąć dla niej coś dobrego i ciekawego. Przestała marudzić i być wiecznie skwaszoną i niezadowoloną. Gdy padał deszcz, zamiast płakać, że nie może być w ogrodzie, znalazła sobie inne, ekscytujące zajęcia. Gdy wyszła do świata, ten się przed nią otworzył.  Identycznie było z Colinem. 

Ani Colin ani Mary nie rozpaczali, że część swojego życia byli nieszczęśliwi, że zmarnowali część danego im czasu. Colin przestał zamartwiać się o przyszłość, przestał wymyślać, że niedługo umrze. I Colin i Mary pokochali zwierzęta i kwiaty i drzewa. Wrzosowisko, które dla Mary początkowo zdawało się czymś strasznym i przygnębiającym,  zaczęło potem jawić się jako coś i pięknego i tajemniczego, arcyciekawego, bo zmieniającego się w zależności od pogody. Mary zamiast wegetować, stała się skłonna do twórczych  refleksji, np. zastanawiała się, ile osób lubi, ilu ma przyjaciół.  

    Również na „nie” do życia przez 10 lat nastawiony był ojciec Colina, Archibald. Od śmierci żony żył pogrążony w smutku, nie cieszyło go nic, nawet swoim synem niespecjalnie się interesował. Żył w bezustannych podróżach, które nie dawały mu najmniejszej radości. Tajemniczy ogród najpierw symbolicznie przywrócił do normalnego życia jego syna, a potem jego.

    Książka jest absolutnie dla każdego w każdym wieku.

10/10




wtorek, 10 grudnia 2024

Valerie Fayolle „Vanitas” spektakl teatralny Teatr Współczesny

 Ilustracja

       Jak to z reguły bywa przy sztukach współczesnych, nie znałam tekstu przed spektaklem, chyba nie jest powszechnie  dostępny w j. polskim, autorka jest współczesną francuską pisarką i dziennikarką. Sztuka jest lekka, podejmuje poważne tematy komediowej formie. Głębi wielkiej tu nie widzę, V. Fayolle  nie ma za wiele do powiedzenia, z pewnością nie ma do powiedzenia niczego odkrywczego. Ale warto się rozerwać, nie jest nudno, a pewne życiowe prawdy można sobie raz na jaki czas przypomnieć.

W związku z bardzo ciężką chorobą nestora rodu, do domu rodzinnego zjechała się cała rodzina, a wraz z gośćmi skrywane sekrety i różnego rodzaju animozje. Oryginalnie przedstawiona jest żona chorego, staruszka, która ciągle czegoś zapomina i robi wrażenie osoby, która bez pomocy innych nie da rady samodzielnie funkcjonować. W tym przypadku to tylko pozory, bo kobieta świetnie wykorzystuje  atuty swojego wieku, mówi każdemu, co myśli, wiedząc, że pozostali nie mają wyjścia i będą musieli zaakceptować jej zachowanie. Gdy na jaw wychodzą różne tajemnice, okazuje się, że nie zawsze jest tak, że prawda wyzwala, że czasami lepiej jest jednak, aby tajemnica pozostała tajemnicą, przynajmniej na jakiś czas. W sztuce pokazane są opłakane skutki różnych niedomówień, oczywiste jest, że lepiej wszystko sobie wyjaśniać. W teorii brzmi to przekonująco i każdy chyba się z tym zgodzi. Niestety w praktyce nie jest to takie proste i każdy chyba ma z tym problem, a autorka zdaje się to rozumieć. 

Po spektaklu nie nabrałam ochoty, aby zgłębić twórczość V. Fayolle, ale nie czułam żadnego rozczarowania, wręcz przeciwnie. 

7/10


piątek, 6 grudnia 2024

Clive Staple Lewis „Opowieści z Narnii. Srebrne krzesło” – audiobook, czytają Agnieszka Greinert i Jerzy Zelnik

 

        Czwarta cześć „Opowieści z Narnii” nie dorównuje w żaden sposób części I pt. „Lew, czarownica i stara szafa”. Część I jest niewątpliwie arcydziełem, ta z kolei nie budzi już większych emocji, poza Aslanem, symbolem Chrystusa,  nie ma w niej nawet charyzmatycznych bohaterów z części I. Podobieństwa sprowadzają się symboliki chrześcijańskiej.

    Eustachy,  Julia i Błotosmętek dostali od Aslana misję zadanie odnalezienia zaginionego następcy tronu Narnii. Dostali wskazówki, coś w rodzaju przykazań. W teorii wydawały się proste, ale w praktyce wszystko było tak zagmatwane, że trzymanie się tych wskazówek było szalenie trudne. W czasie poszukiwań spotkali piękną królową podziemia, będącą z kolei uosobieniem szatana. Zniewoliła ona cała masą różnych osób, które zapomniały już dawno, jak wyglądało normalne życie, słońce, ziemia, drzewa i jak wyglądało szczęście. Pojawiła się obawa, czy dzieci po tym spotkaniu i pobycie pod ziemią też nie zapomną poprzedniego życia. 

    Julia, Eustachy i Błotosmętek pozornie bezbronni i słabi, w rzeczywistości realizując misję Aslana, wydobyli z siebie prawdziwą wewnętrzną moc, dzięki której potrafili podjąć skuteczną walkę z królową podziemia, czyli ze złem. C.S. Lewis wskazuje, że walka ze złem i przestrzeganie wskazówek Aslana nie dotyczy tylko sfery marzeń i pobytu w fantastycznym świecie. Dzieci miały problemy w szkole, bo część uczniów znęcała się nad słabszymi. Alternatyw w tej sytuacji było kilka: dołączenie do oprawców, o ile by się na to zgodzili; poddanie się złu, strach i ucieczka, no i porzucenie bierności, podjęcie walki z tym złem, sprzeciwienie się mu i udzielenie pomocy słabszym. Idąc za Aslanem, wybierając dobro, trzeba się nastawić na to, że nie będzie lekko, będzie dużo ciężej niż gdyby wybrało się zło.  

Odczytanie książki przez dwie osoby jest świetnym rozwiązaniem, dziecinny styl czytania dla dorosłych może wbrew pozorom być trudny w odbiorze. 

7/10


czwartek, 28 listopada 2024

Dariusz Kortko, Mirosław Pietraszewski „Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało”

 


    Kolejna szalenie powierzchowna książka, napisana w bardzo chaotycznym stylu, która tylko prześlizguje się po głębszych problemach. Nie ma tu chronologii, a efekt tego bywa tak kuriozalny, że w jednym rozdziale opisane jest, jak ktoś zginął w czasie wspinaczki pod określonym szczytem, a w kolejnym rozdziale ta sama osoba jeszcze żyje. Z racji tego, że Wielicki bardzo dużo się wspinał, a opisane są chyba wszystkie jego wyprawy, to w autorzy w szalonym tempie opisują wszystko, jak leci, tak jakby założyli sobie, że na każdą wyprawę poświęcą zbliżoną ilość miejsca. Wszystkie wydarzenia się mieszają.  

    Efekt takiego podejścia do tematu jest taki, że więcej się nie wie, niż wie i nie ma żadnych szans na rozwianie różnorakich wątpliwości. W wielu przypadkach wspomniane jest, że członkowie wypraw, w których brał udział Wielicki, ponosili śmierć. W kilku przypadkach zaś postawa Wielickiego wywołała zastrzeżenia środowiska wspinaczy, pojawiły się głosy, że mógł pomóc, a tego nie zrobił. Jakkolwiek by nie było, informacje o tych przypadkach są tak skąpe, że nie ma możliwości, aby wyrobić sobie zdanie.

    Wielicki jawi się, przynajmniej dla mnie, jako osoba bezwzględna i autorytarna, ze sporą dozą szowinizmu. Gdy w ekspedycji brały udział kobiety, oceniał to negatywnie i lekceważąco, określał je jako „baby”, i wolał, żeby baby z nim nie szły, bo mogą z tego wyniknąć same złe konsekwencje. Określenia takie padają w cytowanych wypowiedziach Wielickiego sprzed lat, nie ma zaś żadnego odniesienia się do nich współcześnie. Wielicki nie powiedział, że np. tak wówczas się mówiło, że ocenia to obecnie negatywnie lub coś podobnego. Wygląda na to, że nadal utożsamia się z tymi sformułowaniami.

    Niedoścignionym dotąd ideałem książki o górach, która nie pozostawiała niedosytu jest dla mnie „Broad Peak. Niebo i Piekło” Bartka Dobrocha i Przemysława Wilczyńskiego, o której pisałam tutaj. Czytało się ja fenomenalnie. Opowiada tylko o jednej wyprawie, ale za to najbardziej wyczerpująco, bo jest mowa i o zdobywaniu góry w 2013r. i o uczestnikach, o tragedii, o różnorakich dylematach, związanych z górami. Osoby pomawiane o brak pomocy dla kolegów miały możliwość zabrania głosu. W przypadku książki Kortko i  Mirosław Pietraszewskiego jest zupełnie inaczej.

5/10


piątek, 22 listopada 2024

C.J. Sansom „Komisarz” – audiobook, czyta Janusz Zadura

 


        Najtrafniej jest mi ocenić tą powieść słowami płytka i wtórna. Realia Anglii za czasów Tudorów odtworzone są całkiem nieźle, aczkolwiek na poziomie zaledwie podstawowym. Nie można dowidzieć się tutaj niczego, wykraczającego poza przekaz znany z popularnych seriali i filmów. Oryginalna jest tu jedynie perspektywa, odejście od katolicyzmu, konieczność uznania króla za głowę kościoła, likwidacja klasztorów i in. wydarzenia pokazywane są nie z perspektywy dworu, ale zwykłych ludzi na samym dole. 

Książka jest nierówna, jest klika scen frapujących, miejscami zaś jest nudno. Sceneria klasztoru, gdzie mają miejsca najważniejsze wydarzenia, jest skopiowana z „Imienia Róży”. Gdy komisarz na parę dni wyjechał do Londynu, odetchnęłam z ulgą, bo w końcu było coś innego. Jak pokazał chociażby Umberto Eco, akcja powieści może się rozgrywać w jednym miejscu, właśnie w klasztorze i może fascynować, no ale w przypadku C. J. Sansona tak nie jest. 

Najsłabiej ukazane są kwestie osobowe. Matthew Shardlaka, czyli tytułowy komisarz będąc bardzo blisko demonicznego i genialnego Cromwella, powinien błyszczeć inteligencją. Zamiast tego wykazuje się naiwnością. Nie wpadł chociażby na to, że Cromwell i jego ludzie stosują tortury, że np. pomówiony o romans z Anną Boleyn, Mark Smiton, również był torturowany i że przyznał się do cudzołóstwa z królową pod wpływem tortur. Ktoś, kto nie jest w stanie zauważyć, co się koło niego dzieje, wręcz nie rozumie mechanizmów,  uruchomionych przez Cromwella, niezbędnych do realizacji wytyczonych planów i rządzenia wówczas państwem,  nie będzie dla mnie super mózgiem. Okoliczność, że gdy został poinformowany o torturach, to się zdziwił i przyjął to do wiadomości jak prawdziwy fakt, nie zmienia mojej oceny jego miałkiego intelektu. Shardlake nie jest złożoną osobowością, jak np. komisarz Montalbano z cyklu autorstwa Andrea Camilleri. Mimo wykształcenia pod względem psychologicznym jest wyjątkowo prosty, bez większych dylematów. Jego pomocnik jest już tak prosty, że bardziej się nie da. 

Bywają lepsze kryminały.

6/10


środa, 20 listopada 2024

Adam Podlewski „Jak przeżyć w Warszawie króla Stanisława”

 

     Ta książka to istna kopalnia wiedzy, jest idealna dla miłośników Warszawy, historii, sztuki, architektury czy literatury. Są takie fragmenty, które czytałam niczym najbardziej pasjonujący kryminał. Książka przypomina gawędę, tak jakby zawitał w nasze czasy przybysz z opisywanej epoki i opowiadał, jak to wtedy było. Autor opisuje życie w XVIII-wiecznej Warszawie pod każdym chyba kątem. Jest mowa o tym, jak żyły elity i tzw. prosty lud, jak wyglądały ulice, co jedzono, jak się bawiono, jak przebiegały kataklizmy, typu epidemie, pożary czy powodzie itp. itd. Mowa jest też i o wielkich wydarzeniach historycznych, np. uchwalenie Konstytucji 3 Maja czy rzeź Pragi. Jest masa zdjęć różnych obrazów, namalowanych w opisywanej epoce, głównie Canaletta czy Vogla.

    Poza kwestiami historycznymi są też liczne porównania czy analogie do współczesności, jest wychwytywanie pewnych mechanizmów dziejowych, które są ponadczasowe. To właśnie w  wielkich miastach najbardziej rozwija się kultura i sztuka, tu mieszka najwięcej oryginałów, których prowincja zniszczyłaby. Wielkie miasta promieniują na cały kraj. Tu rodzą się różne idee, w tym wywrotowe. Przykładowo wieszanie na rynku targowiczan to niewątpliwie wpływ Wielkiej Rewolucji Francuskiej z 1789r. i z ścięcia na gilotynie pary królewskiej. 

    Są zasygnalizowane życiorysy wielu słynnych ludzi, w wielu przypadkach frapujące. Przykładowo Canaletto przybył do nas z Włoch, teraz jego obrazy dawnej Warszawy są fascynujące. W jego czasach jednak malowanie takich widoków uważane było za coś gorszego, niż np. praca portrecisty. Canaletto ponadto opuścił rodzime Włochy, przejechał pół Europy i osiadł w naszym kraju, który uchodził za nieciekawą, zimną prowincję. I właśnie idąc pod prąd społecznym oczekiwaniom, najprawdopodobniej to w Warszawie stał się szczęśliwy, na takiego przynajmniej wygląda na swoich obrazach.

    Książka mimo gawędziarskiego stylu ma indeks osób, indeks miejsc, niezwykle bogatą bibliografię, można więc wielokrotnie do niej wracać, szukając już czegoś konkretnego o określonej osobie czy ulicy, czy zabytku. Mam nadzieje, że autor zrealizuje pomysł, o którym wspomniał na kartach „Jak przeżyć”, a mianowicie napisanie książki sensacyjnej, umiejscowionej w tamtej epoce.  

8/10



środa, 13 listopada 2024

Tove Jansson „Lato Muminków”

 

    Sielską Dolinę Muminków w tym tomie nawiedza kataklizm, powódź zatapia ich dom. Muminki z jednej strony są bajką, z drugiej zaś pełną symboli alegorią rzeczywistości. Tym co pomogło Muminkom, gdy nie miały domu, była solidarność między nimi i zwykłe, ludzkie gesty dobroci i pomocy. Muminek z panną Migotką siedzieli na drzewie, pod nimi wszędzie była woda, Migotka płakała, Muminek był załamany, nie chciało mu się nawet jeść, chociaż miał kanapki od mamy. W desperacji jednak sięgnął po te kanapki, a mama opisała opakowania, np. „Dzień dobry”, albo „Od tatusia”. Taki mały drobiazg, a chęć do życia powróciła.

    Muminki na skutek kataklizmu zostały rozdzielone, część z nich zobaczyła coś porzucony dom, do którego weszli, żeby przeczekać powódź. Jak się okazało, był to budynek teatru. Pisarka napisała, czym jest teatr, otóż „Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są.” 

    W tym tomie poznajemy Emmę, mysz z teatru, która uosabia osoby przywiązane do tego,  co było kiedyś, jej zdaniem powódź „w jej czasach” nie mogłaby się przydarzyć, wtedy wszystko niby było świetne. Emma zamiata podłogę teatru, nie zwracając uwagi na to, że budynek jest przekrzywiony, bo utrzymuje się on na wodzie. Emma zamiata tak, jak zawsze, tyle tylko że tym razem zamiata podłogę od dołu do góry i zmiecione śmieci zaraz spadają w to samo miejsce. No ale ona wie lepiej, jak się zamiata, bo robi to całe życie i nikogo nie będzie słuchać. 

    Poznajemy też Filifionkę. Filifionka z kolei robi to, co należy robić według ogółu,  bez względu na to, czy to się jej podoba, czy nie i bez względu na to, czy określony zwyczaj ma sens, czy nie ma. Zbliżała się Noc Świętojańska i zwyczajowo przyjęte było, że należy tą noc świętować w towarzystwie bliskich. Filifionka co roku zapraszała więc dalszą rodzinę, która ignorowała zaproszenia. Ona więc płakała, że musi ich zapraszać i że oni nie przychodzą. Gdy z kolei Muminek zasugerował jej, aby tym razem zaprosiła jego i pannę Migotkę, najpierw była skonsternowana, potem zaś w końcu szczęśliwa. 

    Jak wszystkie tomy Muminków ten jest równie pełen ukrytych znaczeń, a przy okazji świetnie się go czyta. 

9/10