poniedziałek, 29 czerwca 2020

Kazuo Ishiguro "Nokturny"


                Początkowo miałam spory problem z "Nokturnami". Opowiadania czyta się wyjątkowo dobrze, napisane są bardzo przystępnym językiem, nie są do tego obszerne. "Albatros" wydał książkę tak, jak się obecnie często  robi, czcionka jest duża, odstępy pomiędzy wierszami spore. I pierwsza moja refleksja po przeczytaniu była taka, że te opowiadania są tak strasznie proste, że nie widzę tu żadnej głębi, a sens ich jest jasny i oczywisty, otóż wielu ludziom w pogoni za sukcesem przewraca się w głowach i zachowują się irracjonalnie. Uznałam, że cóż mnie obchodzą pseudo problemy znanych i wielkich artystów czy chociażby celebrytów, że prawdziwe życie toczy się gdzieś indziej. Ale jednocześnie po tej pierwszej, odruchowej refleksji zaczęłam się mocniej zastanawiać nad tekstem. Czy możliwe jest, aby ktoś, kto napisał arcydzieło w postaci "Okruchów dnia", o których pisałam tutaj, kto dostał Nobla, był w stanie napisać banalnego gniota. Teoretycznie wszystko jest możliwe, ale przecież "Nokturny" powstały aż 20 lat po "Okruchach dnia", pisarz z racji wieku był jeszcze mądrzejszy, no i musiał mieć znacznie bardziej wyrobiony warsztat.  Zaczęłam więc zastanawiać się głębiej. I dopiero wtedy, gdy zasiadłam z kubkiem kawy i zaczęłam myśleć o książce,  zaskoczyłam, o co tak naprawdę w niej chodzi. Paradoks tkwi w tym, że całość jest naprawdę bardzo prosta. 


    Gdy przestanie się patrzeć na bohaterów w takiej dosłownej postaci, jak ich stworzył Ishiguro, gdy poszuka się ich odpowiedników w najbliższym otoczeniu, wszystko zaczyna mieć sens. Motywem przewodnim opowiadań jest bezwzględna pogoń za sukcesem, za karierą i konsekwencje takiej decyzji. Dla bohaterów najważniejsza jest właśnie kariera, stali się jej niewolnikami, pozbawionymi często radości życia. Nie będę spojlerować, bo to co wspomnę o poszczególnych opowiadaniach jest zasygnalizowane przez autora już na samym początku każdego z nich, na kilku pierwszych kartkach. 

    Generalnie Ishiguro opisuje ludzi, którzy mogliby być szczęśliwi, gdyby potrafili się zatrzymać, gdyby nie opętała ich żądza jeszcze większego sukcesu niż ten, który już odnieśli.  W "Uwodzicielskim głosie " przedstawia małżeństwo, które za próbę osiągnięcia czegoś więcej, jest w stanie zapłacić porażającą cenę, powiedziane jest oczywiście jaką. Ten przyszły sukces jest oczywiście przyszły i niepewny. Wygląda to tak, jakby zwariowali, jakby pogoń za karierą stała się przymusem, czymś w rodzaju nałogu i wciągnęła jak np. narkotyki czy alkohol. Presja otoczenia, nawet niewypowiedziana, też robi swoje. Jeżeli wszyscy niemal w najbliższym otoczeniu zachowują się w określony sposób, to niektórym trudno iść pod prąd. Nie zastanawiają się już nawet nad tym, czy droga, którą idą, jest właściwa, jak narkoman czy alkoholik idą dalej. 

    W "Come rain or come shine" z kolei oglądamy małżeństwo, którego sukces nie jest spektakularny, bo sprowadza się w zasadzie jedynie do całkiem niezłych zarobków i niezłej pozycji materialnej, do zamieszkiwania w świetnie urządzonym domu w tzw. dobrym miejscu. Małżonkowie zwariowali już do tego stopnia, on nawet bardziej niż ona, że każdego, kto za tym sukcesem nie goni i go nie osiąga, traktują jako godnego politowania nieudacznika.  Nawet przez ułamek sekundy nie zastanawiają się nawet nad tym, czy zwykły nauczyciel, który niczego w sensie materialnym się nie dorobił, może być szczęśliwy, wykonując swój zawód. Oczywiste jest przecież dla nich, że szczęśliwy być nie może. Wygląda to w przenośni już tak, jakby mieli przeprogramowane mózgi, jakby zamknęli się już w czymś w rodzaju szklanej bańki i nie znali już niemal nikogo, kto nie podzielałby ich poglądów na karierę.  

     W "Malvern Hills" z kolei również oglądamy małżeństwo. Kobieta nie jest w stanie zadowolić się "byle czym", nic nigdy się jej nie podoba, jest wiecznie niezadowolona i ma wieczne pretensje niemal do każdego. Spotkanie jej z reguły jest dla drugiej osoby skrajnie niemiłe. Zżera ją frustracja, mogła przecież osiągnąć więcej, nie zrobiła kariery. A że ma kochającego człowieka u boku i wykonuje zawód, który kocha, to nie ma znaczenia. 

   "Nokturn" z kolei mówi o młodym chłopaku, który uległ szalenie mocnej presji otoczenia i również zdecydował się na absurdalne i ryzykowne posunięcie po to, aby zwiększyć szanse na osiągnięcie sukcesu. W tym przypadku nie miał koło siebie ani jednej normalnej osoby, która odwiodłaby go od koszmarnego pomysłu. 

   W przypadku z kolei bohatera "Wiolonczelistów" cena, jaką zapłacił za karierę okazała się naprawdę wysoka, chociaż on może nawet nie mieć tego świadomości. 

    Pozornie może się wydawać, że opisane przypadki są wynaturzeniem i czymś wyjątkowym. Jestem absolutnie przekonana, że wcale nie. Opisane postawy są naprawdę bardzo, ale to bardzo częste. Wystarczy się rozejrzeć dookoła. Pęd za karierą, która nie zawsze przecież musi być czymś złym, często przybiera tak karykaturalną postać, że ludzie podporządkowują temu celowi dosłownie wszystko.  

   Przypomniała mi się fenomenalna "Kurtyna" Agaty Christie, pisałam o niej tutaj. Christie sportretowała tam wielu emerytów, którzy są skrajnie nieszczęśliwi i sfrustrowani, bo nie zrobili  takiej kariery, jaką chcieli i nie osiągnęli wszystkiego, czego chcieli. I nie mogą się przez to cieszyć się życiem i tym, co mają. 
5/6
   

środa, 24 czerwca 2020

Sławomir Leśniewski "Drapieżny ród Piastów"

                                                           
    Z racji tego, że Sł. Leśniewski jest autorem fenomenalnej książki "Potop. Czas hańby i sławy 1655-1660", o której pisałam tutaj, z "Drapieżnym rodem Piastów" wiązałam spore nadzieje. Spodziewałam się czegoś równie świetnego. A tymczasem okazało się, że miałam problem z tym, aby przebrnąć przez tą książkę. Zajęło mi to ponad miesiąc, a w międzyczasie czytałam inne pozycje. Gdy popatrzy się na to, jakie tytuły wydał Sł. Leśniewski, widać, że pisze on właściwie o wszystkim i o każdej epoce. Napisał m. in. "Poczet królów i książąt polskich", "I i II wojnę światową". Jak widać, nie da się dobrze pisać o wszystkim i znać się na wszystkim. "Drapieżny ród Piastów" to po prostu historia Polski za Piastów, napisana nieszczególnie ciekawie, a co gorsze, to nie ma w niej niczego nowatorskiego. Części o rozbiciu dzielnicowym właściwie nie da się czytać, jest tam masa nazwisk i faktów, brak za to syntetycznego podejścia. Nie wiadomo też, po co każdy rozdział zaczyna się od bardzo krótkiego, na 2 czy 3 strony beletrystycznego opisu, np. jak ślepiec chodzi po Wawelu.
     Pisanie o tym, co jest już znane, nie ma za bardzo sensu. Sens jest zaś wtedy, gdy albo przedstawia się wydarzenia w innym świetle niż dotychczas, albo gdy wskazuje się najnowsze fakty, albo gdy coś się ocenia itp. Przykładowo w "Historii Polski" A. Zamoyskiego, o której też pisałam tutaj, autor umieszczał to, co działo się u nas, w kontekście międzynarodowym. Porównywał, czy wydarzenia, które rozgrywały się u nas, do tych które miały miejsce na Zachodzie, wyszukiwał i podobieństwa i różnice. Na uwagę zasługiwał też punkt widzenia, bo Zamoyski mieszka za granicą, nie uważa Polski za centrum świata i nie podziela poglądów o naszym mesjaniźmie. Jasienica z kolei potrafi przykuwać uwagę, oceniał, rozważał alternatywne rozwiązania. Tutaj, u Leśniewskiego, tego brakło, tzn. jest w bardzo małym stopniu. Sądząc po tytule, tym wyróżnikiem miało być zwrócenie uwagi na to, że Piastowie mieli na sumieniu wiele mordów czy innych okrutnych czynów i że nie byli wcale tacy święci, jak to wynika z różnych obrazów czy przekazów historycznych. Nie uważam, aby było to coś nieznanego. Rzeczywiście wszędzie wówczas tak to wyglądało. Jeżeli autor chciał zwrócić uwagę na ten aspekt historii, to powinien skupić się na tym, a nie przedstawiać całą historię epoki, od "a" do "zet".
     Nie można oczywiście jednak postawić tezy, że cała książka jest zła i że w ogóle nie zasługuje na uwagę. Można dzięki niej odświeżyć wiedzę o Piastach. Ciekawe były informacje o tym, jak to cechy charakteru poszczególnych władców wpływały na politykę państwa. Przykładowo gdyby Bolesław Śmiały nie był tak porywczy i nie doprowadził od zgładzenia biskupa Stanisława, los króla mógł potoczyć się zupełnie inaczej. Aczkolwiek racja leżała po stronie króla, tak gwałtowana reakcja z uwagi na uwarunkowania polityczne i przewidywalne konsekwencje nie była dobrym pomysłem. Z kolei Bolesław Krzywousty gdyby nie kazał oślepić swojego brata Zbigniewa, jego szanse na koronację byłyby znacznie większe. Gdyby autor skupił się właśnie na tego typu aspektach i nie traktował czytelnika jak kogoś, kto nie ma żadnej wiedzy o historii kraju, całość wyglądałaby zupełnie inaczej.
3/6

czwartek, 18 czerwca 2020

Jane Austin "Rozważna i romantyczna"


    Zacznę od czegoś, co stało się już chyba moją mantrą w odniesieniu do tej pisarki. Powieści Jane Austin nie są tylko romansami i nie są tylko dla kobiet, to głęboka, ponadczasowa literatura. Powieści te to jakby jedna wielka powieść, obracająca się wokół tego samego tematu, czyli zwyczajnego życia wyższych, a może raczej średnich angielskich sfer na przełomie XVIII i XIX wieku.
     Każda dobra książka ma w sobie coś z magii. Czytając "Rozważną i romantyczną" czułam się tak, jakbym podróżowała w czasie. Może była to zasługa długiego weekendu i brak pośpiechu, ale nie tylko. Mimo, że oglądałam chyba 2 ekranizacje "Rozważnej" i znałam treść, dałam się wciągnąć w ten odległy świat. A gdy skończyłam czytać, czegoś mi mocno brakowało. Z pewnością to m. in. zasługa umiejętności pisarskich Austin, w tym nawet lekko archaicznego, pięknego, wysublimowanego języka. W książce nie ma ani przemocy, ani żadnych drastycznych opisów, ani ówczesnej polityki, wydarzenia są jakby zawieszone w czasie, mogły się wydarzyć wszędzie. Powieść daje gwarancję spokoju podczas czytania.
     Tym razem autorka opowiada historię Eleonory i Marianny Dashwood. Obie pochodziły ze stosunkowo ubogiej rodziny i obie dość wcześnie się zakochały. I jak to u Austin bywa, pojawiły się komplikacje. Akcja rozgrywa się tutaj częściowo na prowincji angielskiej, częściowo zaś zimą w Londynie. Dość szybko adoratorzy obu sióstr zaczęli sprawiać wrażenie, jakby stracili zainteresowanie obiema pannami. Fenomenalnie opisane są charaktery postaci, są ponadczasowe oczywiście. Na uwagę zasługuje tutaj postać nowej znajomej sióstr, Lucy, osoby bardzo inteligentnej, ale fałszywej, zakłamanej, pozbawionej jakichkolwiek skrupułów i skłonnej do bezustannych intryg. To taka Claire Underwood z "House of cards", tylko że sprzed 200 lat i realizująca swoje ambicje na polu innym niż polityka. Warto też uważnie przyjrzeć się zakłamanemu bratu sióstr i temu, w jaki sposób zagłusza wyrzuty sumienia, że nie pomógł im w żaden sposób mimo posiadanego pokaźnego majątku, a ta pomoc była potrzebna. Jego tłumaczenie się przed samym sobą jest zarazem i żenujące i komiczne. Niemal na każdej stronie są fenomenalne dialogi i właśnie obserwacje psychologiczne.
     Nie znam innych książek, w których przy okazji lekkiego romansu tak fenomenalnie opisane byłoby życie ludzi w tak odległej epoce. Ze współczesnego punktu widzenia komicznie wygląda konieczność tzw. bywania w towarzystwie, praktycznie niemal każdego dnia. Kontakty utrzymywało się z osobami, z którymi wypadało to robić, bez względu na to, co myślało się o danej osobie. Dość absurdalnie wygląda z kolei portret tamtejszego duchowieństwa, kandydat na duchownego sam musiał starać się o probostwo w określonym miejscu. Właściciele ziemscy mogli się zgodzić na konkretnego kandydata, albo i nie, miał przecież urzędować na ich ziemi.
     "Rozważna i romantyczna" to powieść, którą się zna i którą chce się czytać jeszcze raz i jeszcze raz, po to aby po raz kolejny dowiedzieć się tego, co już się wie.

6/6 

                                                           

wtorek, 16 czerwca 2020

Paweł Jasienica "Polska anarchia" audiobook, czyta Marcin Popczyński

Polska anarchia
 
 
    Mało kto potrafi dorównać Jasienicy w stylu pisania. Jego książki to jakby gawędy z gigantyczną dawką wiedzy o historii. Nigdy nie jest nudny, a wynika to też i z tego, że ujawniał swoje opinie na omawiany temat i robił to nawet wtedy, gdy w swej opinii był odosobniony. Marcin Popczyński czytał już "Polskę Piastów", "Polskę Jagiellonów" i "Rzeczpospolitą Obojga Narodów", tak więc sprawdza się również znakomicie i tutaj. "Polska anarchia" to zbiór esejów, w których autor zastanawia się nad tym, jak mogło dojść do takiej sytuacji, że Polska, będąca w dobie odrodzenia mocarstwem, w stosunkowo krótkim czasie zniknęła z mapy Europy. Jest to wydarzenie bez precedensu, bo zdarzało się, że różne państwa traciły niepodległość, ale nigdy nie było to państwo, które kiedyś było gigantem. Jasienica stawia określone tezy, mając doskonale świadomość, że temat jest kontrowersyjny i o jednoznaczne odpowiedzi może być trudno. Jak wynika z audiobooka, esej o anarchii po opublikowaniu kilkadziesiąt lat temu na łamach prasy, wywołał olbrzymi odzew, pojawiło się wiele replik.

     Jasienica oceniając pewne zjawiska znał wiele opinii innych historyków na te tematy i np. szalenie krytycznie wypowiadając się o kontrreformacji w Rzeczpospolitej, zasygnalizował, że są osoby, które widzą to zupełnie inaczej i zacytował Stanisława Mackiewicza - Cata. Oczywiście przed zacytowaniem i po zacytowaniu, polemizował z Mackiewiczem. Wielkość jego przejawia się też i w tym, że potrafił opisując kontrreformację wysunąć masę argumentów za tym, że był to ruch który przyniósł same negatywne konsekwencje w aspekcie politycznym, gospodarczym, kulturalnym i wszelkim innym. Jednocześnie podkreślał wielokrotnie, że jezuici, którzy stali za kontrreformacją rozegrali tą kwestię w Rzeczpospolitej po mistrzowsku. Wiem, że dla części czytelników subiektywizm autora jest sporym minusem, ale mi sama narracja pozbawiona emocji i opinii przypomina rozmowę dwojga osób wyłącznie o faktach. Takie rozmowy byłyby przeraźliwie nudne i mało kto rozmowy takie prowadzi.

    A co konkretnie autor uważa za przyczynę tego, że mocarstwo upadło i przestało istnieć? Wbrew tytułowi, który sugeruje że anarchia w wykonaniu Polaków była czymś wyjątkowym, autor udowadnia, że do pewnego momentu nic podobnego. Porównując to, co działo się w Polsce i w innych krajach europejskich mniej więcej do końca panowania Jagiellonów, stawia tezę, że pod względem zapędów anarchicznych jakoś szczególnie nie wyróżnialiśmy się. W zasadzie to nie działo się wówczas u nas nic szczególnie negatywnego, niespotykanego w innych krajach europejskich. Mowa jest oczywiście o Europie Zachodniej.

      Jako praprzyczynę wszelkiego zła Jasienica wskazuje to, co stało się po śmierci Zygmunta Augusta. Zmarł bez potomka i bez uregulowania prawnego kwestii dziedziczenia po nim tronu. Szlachta musiała więc w błyskawicznym tempie zdecydować, kto i na jakich zasadach będzie mógł zostać królem. I powstały Artykuły Henrykowskie, czyli coś na kształt ówczesnej konstytucji, w której zawarto zasadnicze elementy ustrojowe. A z racji tego, że utworzyła je właśnie szlachta, to najbardziej zadbała o to, aby zabezpieczyć swój własny interes, swoje przywileje, a nie interes państwa. I nastąpił brak równowagi. Uprawnienia króla były nieznaczne, stracił mocno na znaczeniu i nie miał instrumentów, by ukrócić rozpasanie szlachty. I od tego momentu powoli, powoli, zaczęliśmy odstawać od Europy. Wszędzie warstwy uprzywilejowane dbały o swoje interesy, wszędzie chciały mieć ich jak najwięcej, ale to u nas nie miał kto ich hamować w tych zapędach. Coraz większy prymat interesów prywatnych nad państwowymi z biegiem lat sprawiał, że wynaturzenia stawały się coraz większe, aż w końcu o państwo nikt już nie dbał. Doszło do fanatyzmu religijnego, do upadku kultury.

5/6


niedziela, 14 czerwca 2020

Sandor Marai "Rozwód w Budzie"


    Bohaterem Sandora Maraia jest człowiek, którego los został już niejako zaprogramowany zanim się  jeszcze urodził, nawet zanim jeszcze został poczęty. Ludzi takich jest szalenie dużo i to w każdej epoce. Kristof urodził się w rodzinie sędziowskiej, jego ojciec, dziad, pradziad i jeszcze wcześniejsi przodkowie aż od czasów Andegawenów mieszkali w Budzie i byli sędziami, każdy z nich oczywiście się ożenił i miał dzieci. Żona każdego z nich musiała oczywiście pochodzić  z rodziny o określonym statusie majątkowym i społecznym. Nie do pomyślenia było, aby ktoś wyłamał się z tego schematu. Dziecko było wtłaczane w społeczeństwo na zasadach takich, jak chciała rodzina i otoczenie. Wszystko było przewidywalne i pozbawione ryzyka, ale dające za to mocną stabilizację, uwolnienie od trosk materialnych i akceptację, a nawet i szacunek otoczenia. Pisarz przygląda się więc mocno i przenikliwie Kristofowi, który żyje właśnie w taki sposób i usiłuje odpowiedzieć na pytanie, czy taki sposób na życie daje  szczęście i spełnienie. 

   Niemal od początku czytelnik wie, że "Kristof długo słyszał ten głos. Aż w końcu ów głos zamarł, w jego miejsce zaś wdarła się głuchota, przyjemna głuchota. Długo tak żył, pracował, istniał w rodzinie, na swoim urzędzie, sądził i ustalał, a tymczasem wiedział, że "się broni", że jakiś głos w głuchym mroku, gdzieś tam, nakazuje co innego... Taki stan przypomina brzask, półsen tuż przed momentem przebudzenia". 

      Gdy przyglądamy się Kristofowi odnosimy wrażenie, że wszystko niby jest ok. Nie ulega wątpliwości, że lubi on sądzić, a zawód ten traktuje niezwykle poważnie, nie tylko jako źródło zarobku, ale jako misję wobec społeczeństwa. Kocha żonę i dzieci. Gdy widzimy, jak poznał żonę, to wiadomo jest, że po prostu się w tej kobiecie zakochał. Kulminacja w powieści następuje w trakcie rozmowy Kristofa z dawnym, szkolnym kolegą, który późnym wieczorem, bez zapowiedzi pojawił się u niego pewnego dnia. Jest to rozmowa szczera aż do bólu, w trakcie której Kristof po raz pierwszy w życiu przyjrzał się temu, co kryło się w głębi jego duszy. Przyjrzał się chociażby swoim snom i wszystkiemu, od czego odgrodził się tak niebywale mocno, że w pewnym momencie nie miał już nawet cienia świadomości, że coś takiego istnieje. 

   Ta kluczowa rozmowa, momentami przypominająca psychoanalizę, odbyła się w nocy. Noc i mrok są tutaj symboliczne. To w ciemności, w podświadomości,  kryją się sekrety ducha, właśnie najgłębsze pragnienia czy lęki, to wówczas można najlepiej usłyszeć ten wewnętrzny głos, o którym wspomniał Marai.  Za dnia wiele osób jest w kieracie, typu praca, dom i nie ma za wiele czasu na refleksje. Książka kończy się już o poranku, gdy znajomy Kristofa opuszcza jego dom. A przed Kristofem jest decyzja, czy zmieni coś w swoim życiu pod wpływem tego, co się stało, czy zostanie przy tym, co znane. Sędzia tą decyzję podejmuje.  

        W "Rozwodzie" jest sporo obserwacji psychologicznych, Marai jest świetnym obserwatorem. Nie pisze on obszernych chartakterystyk, ale potrafi zrobić to tak, że wskazuje bezbłędnie to, co dla danej osoby jest najważniejsze, co stanowi kwintesencję jej jestestwa. Przykładowo matka Kristofa porzuciła jego ojca. Ojciec nigdy się z tym nie pogodził i nigdy już nie był szczęśliwy.  Wiele osób jest w stanie zacząć po czymś takim nowy etap życia, ojciec Kristofa nie potrafił. Marai scharakteryzował przyczynę krótko i treściwie. "Bunt żony musiał go zranić gdzieś w centralnym punkcie równowagi, tam, gdzie człowiek ma zarzuconą kotwicę, gdzie jest całkowicie sobą, gdzie nie da się go zmienić". Po jednym takim zdaniu dalsze dywagowanie, dlaczego on nie był w stanie nawet w dłuższej perspektywie czasowej być szczęśliwym, nie ma już sensu. Może gdyby żył w innych czasach, gdyby jakiś bardzo dobry psycholog był w stanie mu pomóc, może to by coś dało. 

     Ta książka jest świetną inspiracją ku temu, aby przyjrzeć się swojemu życiu, czy aby na pewno żyje się zgodnie z najgłębszymi pragnieniami, albo chociażby czy się próbuje i czy w ogóle żyje się zgodnie ze sobą. Czy ma się świadomość własnych uczuć. Wbrew pozorom jest to szalenie trudne. Znam chyba tylko jedną osobę, która tak właśnie żyje, w 100% zgodnie ze sobą i utrzymuje się z tego, co ją naprawdę fascynuje. Musi żyć skromniej, niż mogłaby, wybierając inną drogę. Jest to też życie w pewnej nerwówce co do chociażby źródeł utrzymania, ale widać, że jest zadowolona i spełniona. Marai widzi nawet zależność pomiędzy tym, czy człowiek jest spełniony, czy żyje zgodnie z tym, "co mu w duszy gra", a stanem zdrowia. Z krótkich fragmentów, dotyczących różnych bohaterów, jednoznacznie to wynika. Teza ta jest oczywiście dyskusyjna i mocno kontrowersyjna, ale zgadzam się z pisarzem całkowicie, moje obserwacje też potwierdzają taką zależność. O przypadku skrajnie nieszczęśliwego ojca Kristofa autor napisał, że w pewnym momencie "zakażona dusza wydała ciału zgodę na przeminięcie".  

    Na uwagę zasługuje też końcowy tekst "Od tłumaczki" Ireny Makarewicz, która wyjaśniła te aspekty powieści, które dla osób, znających słabo kulturę i historię Węgrów, mogą być trudne do zrozumienia, np. motto "Za dnia zbudowany, nocą się zawala".
5/6
  


piątek, 5 czerwca 2020

Wojciech Chmielarz "Rana" - audik, czyta Grzegorz Damięcki

    



  To, co najbardziej odczuwa się podczas zapoznawania się z "Raną", to niesamowite wciąganie się w akcję. Gdyby był plebiscyt na najbardziej wciągającą powieść minionego roku, to zagłosowałabym właśnie na "Ranę". Słuchałam jej jako audiobooka i wykonanie Grzegorza Damięckiego jest świetne. Widać, że Damięcki przeczytał książkę co najmniej raz, zanim czytał ją już podczas nagrania. Krzysztofowi Gosztyle, mistrzowi audiobooków, rośnie chyba konkurencja. Przypuszczam, że powieść czyta się równie rewelacyjnie, jak się i jej słucha. 

    Wydarzenia rozgrywają się w dużej mierze w prywatnej szkole, a dotyczą zarówno uczniów, jak i nauczycieli. Po powieść może sięgnąć więc każdy bez względu na to, w jakim  jest wieku. Książka rozpoczyna się od przybycia do szkoły nowej nauczycielki matematyki, Klementyny. Początkowo, bardzo krótko, całość robi wrażenie powieści psychologicznej. Dość szybko jednak pojawia się pierwszy trup. Chmielarz jest mistrzem obserwacji ludzkiego zachowania, świetnie wychwytuje różne niuanse. I jest też mistrzem wychwytywania tego, co ukryte. W rezultacie nic nie jest więc takie, jakie wydaje się na początku. Prywatna szkoła nie jest wcale tak rewelacyjna, za jaką uchodzi. Niby kochające się rodziny zupełnie inaczej wyglądają po bliższym przyjrzeniu się. Zobaczyć można degrengoladę, pazerność, prostactwo, zakłamanie i bezduszność wśród osób wykształconych i względnie zamożnych.  Jak się też okazuje, każdy coś ukrywa i tak naprawdę nikt tak do końca nie jest tym, za kogo uchodzi lub chciałby uchodzić. Autor umiejscawia też akcję w konkretnej rzeczywistości, wydarzenia rozgrywają się w Warszawie, a gdzieś daleko w tle wybuchła już afera reprywatyzacyjna. Jeden z drugo czy nawet i trzecioplanowych bohaterów był w PRL-u działaczem solidarnościowym. Można zobaczyć, jak sobie radzi obecnie. Właściwie nie ma tutaj żadnych tak naprawdę silnych i spełnionych osób, każdy albo ma traumę, albo jest niespełniony, albo czegoś się obawia. 

    Chmielarz jest wyśmienitym psychologiem i nie myśli stereotypowo. Przykładowo pojawia się dziewczyna z biednej i niewykształconej rodziny, która  dostała się do tej szkoły. I pada konkluzja, ustami jednego z bohaterów, że może nie było to zbyt dobre posunięcie. Bo czuje się w niej gorsza, nie stać jej na takie ubrania i inne gadżety, jakie mają uczniowie. I stale myśli o tym, jak wielki dystans dziele ją od kolegów i koleżanek. Czuje się od nich gorsza. Różnego rodzaju obserwacji jest naprawdę sporo. Nie są one rozwlekłe, ale za to wyjątkowo celne.  Swietnie pokazana jest obłuda. Gdy jednak z uczennic ewidentnie miała problemy, nikt poza jedną nauczycielką, nie zainteresował się jej sytuacją i nie próbował pomóc i ustalić, co się dzieje. Kiedy z kolei  okazało się, że dziewczyna nie żyje, wszyscy demonstracyjnie ubrali się na czarno i udawali przed sobą i przed innymi, jak bardzo przeżywają żałobę.  

    W książce przewija się wątek przemocy w rodzinie. Już na pierwszych kartach powieści nauczycielka, Klementyna, wspomina, jak matka znęcała się nad nią w dzieciństwie. Chmielarz nie epatuje tymi wspomnieniami, nie ma tego dużo. Ale zasługą jego i to wielką jest to, że wspominając o tym, nie ogranicza się tylko do czasu dzieciństwa, gdy dziecko było ofiarą. Bo to, co wówczas się wydarzyło jest tą tytułową raną, która niestety nie zawsze się goi. I człowiek z tą raną w sercu może zostać na całe życie tylko wrakiem człowieka. Nie przypominam sobie takiego podejścia w literaturze, z reguły opisy kończyły się właśnie na dzieciństwie. Portret Klementyny z tego względu pozostanie niezapomniany. Trauma dziecka, które przeżyło znęcanie się i jego późniejsze zachowanie jako dorosłego, oddziałuje na wiele osób. Nawet więc i ci, którzy uważają, że nie ma co angażować się w "cudze" sprawy i reagować, gdy słychać płacz dziecka np. za ścianą, mogą być zdziwieni. Bo takie dorosłe dziecko z traumą niekoniecznie będzie potem tylko ofiarą, może wyrządzić sporo złego tym, których spotka na swojej drodze. 

      "Rana" w porównaniu do innych książek Chmielarza prezentuje się w moim prywatnym rankingu niemal na równi z cyklem z komisarzem Mortką. Dla mnie jest ona zdecydowanie lepsza niż "Żmijowisko". Brakło mi tutaj jeszcze większej głębi psychologicznej, w cyklu o Mortce gdy bohaterowie towarzyszą czytelnikowi dłuższy czas, pole do zgłębienia ich charakterów jest zdecydowanie większe. Rzeczywistość, jak wyłania się  z "Rany" nie wygląda dobrze, ale za to wygląda prawdziwie. Niestety. 
5/6


sobota, 30 maja 2020

Mari Jungstedt "Umierający dandys"

Ilustracja


   Mari Jungstedt była dla mnie tą autorką, która gwarantowała, że jej książki czytało się naprawdę dobrze, nie nudziły i wciągały, a do tego mimo braku większej głębi psychologicznej, jednak trzymały pewien poziom. Ten tom jest inny pod względem tego wciągania w akcję. Autorka wplotła w wydarzenia sporo informacji o malarstwie i malarzach szwedzkich. No i nie za bardzo jej to wyszło. Wywody o życiorysach malarzy, chociaż nie są długie i teoretycznie mogłyby być ciekawe, do atrakcyjnych nie należą. Tom traci więc swoje tempo. Ale z drugiej strony można się dowiedzieć czegoś więcej właśnie o sztuce, niż standardowo się kojarzy, ja ze skandynawskich malarzy pamiętałam niestety tylko Strindberga i Muncha. Jungstedt wspomina m. in. Nilsa Dardela, autora tytyłowego "Umierającego dandysa", Andersa Zorna. Jeżeli więc ktoś chciałby zapomnieć o rzeczywistości i wciągnąć sie w akcję, to nie będzie zadowolony, ale jeżeli chciałby z kolei bardziej posmakować lekturę i jeszcze ewentualnie zerknąć w internecie na dzieła malarzy, o których jest mowa, to z pewnością będzie usatysfakcjonowany. 
   
      Gigantycznym plusem książki jest opis fascynacji obrazem, właśnie "Umierającym dandysem" Dardela (powyżej) przez jednego z bohaterów. Jest wiele takich sytuacji, gdy ludzie gotowi są wydać sporo pieniędzy na obrazy ich fascynujące, niekoniecznie muszą to być kolekcjonerzy czy znawcy. Może to być i zwykły człowiek, zarabiający grosze i chociaż na jego kieszeń nawet tani obraz sprzedawany gdzieś np. pod barbakanem przez studenta ASP może być za drogi, to niekiedy i tak go kupuje. Tu właśnie ta fascynacja i ta pozorna irracjonalność w zachowaniu ludzi, przeżywających te fascynacje, jest dość dobrze opisana.
 
    W tym tomie zaraz na samym początku, oczywiście na Gotlandii, zostaje zabity właściciel galerii obrazów, Egon. Nieco później dochodzi od włamania do muzeum w Sztokholmie, skąd skradziony zostaje tylko jeden obraz, właśnie "Umierający dandys". I zabójstwo i kradzież się łączą, na miejscu kradzieży złodziej zostawia bowiem rzeźbę z galerii Egona. Wiadomo, że obraz mógł zostać skradziony tylko na zlecenie kolekcjonera. Sprawcy czy sprawców trzeba więc szukać wśród osób, związanych ze sztuką. 

     Jak zawsze w tym cyklu pojawia się czwórka bohaterów: policjanci Karen i Anders, dziennikarz Johan i matka jego dziecka, Emma. Z racji tego, że życie dziennikarza nie jest ustabilizowane, jego wątek jest zdecydowanie najciekawszy. Potencjał jest też w postaci Karen, o której życiu prywatnym mało wiadomo, a która jest mocno tajemnicza. W tym tomie pozostaje ona jednak nadal swoistego rodzaju sfinksem. Generalnie jednak wszyscy bohaterowie u Junstedt są mało skomplikowani i ten brak głębi psychologicznej jest największym minusem całego cyklu. Są mało skomplikowani w tym sensie, że są przewidywalni, a ich życie wewnętrzne nie należy do szczególnie głębokiego. 


    Po przeczytaniu już zastanowiłam się nad książkami z dziełami sztuki w tle. Nie mam na myśli albumów malarskich czy książek o malarstwie czy o twórcach. Książki takie mogą być naprawdę świetne, np. "To ja byłem Vermeerem" o największym chyba fałszerzu wszechczasów, o którym pisałam już na blogu. Myślałam o beletrystyce. I trochę tych pozycji mi się przypomniało. 

1. "W poszukiwaniu straconego czasu" M. Prousta, w którym występuje fikcyjny malarz Bergotte, jest wiele rozmów o malarstwie, o tworzeniu i o odbiorze dzieł; jest też wielokrotnie powtarzające się nawiązanie do "Widoku Delft" Vermeera. 

2. "Szachownica flamandzka" A. Perez - Reverte, w której z kolei mowa jest o obrazie, na którym został zakamuflowany przekaz o morderstwie sprzed kilkuset lat, książkę tą przeczytałam jeszcze przed napisaniem bloga, jest naprawdę fascynująca,

3. "Klub Dumas" również A. Perez - Reverte, który snuje akcję wokół księgi ze średniowiecza, której autora został spalony na stosie, 

4. "Kondotier" A. Pereca - pozycja mało znana, ale opowiada o człowieku, którego życie zmieniło się przez obraz sprzed lat, przez jego wymowę, 

5. "Szmaragdowa tablica" Carli Montero, jest o Giorgone i jego "Alchemiku", który to obraz w rzeczywistości nie wiadomo, czy w ogóle powstał, ale fragmenty o sztuce czy samym malarzu są naprawdę podane w sposób fascynujący,   

6. "Pięć małych świnek" Agaty Christie, w której mowa jest o fikcyjnym malarzu i fikcyjnym obrazie, ale fascynacja obrazami już fikcyjna nie jest i widać, że Królowa Kryminału kochała sztukę, doskonale ją rozumiała i nie umiała się bez niej obejść.

4/6

wtorek, 19 maja 2020

Carl Honore "Szczęśliwe życie w epoce długowieczności"

     Zastanawiałam się dość długo, jak napisać o tej książce, aby nie odstraszyć ewentualnych czytelników od sięgnięcia po nią. Otóż jest to rzecz napisana z humorem, którą czyta się wyjątkowo dobrze, a dotyczy pozytywnych aspektów starzenia się. Większość ludzi ma problem, związany z wiekiem, bo uważa że są "za starzy" na masę różnych rzeczy, albo boi się, że już niedługo będą "za starzy". Pewne blokady o tym rzekomym byciu "za starym" mogą pojawiać się stosunkowo wcześnie, nawet i w wieku 30 czy 40 lat. Autor udowadnia, że starzenie się niesie za sobą bardzo  wiele plusów i że masa stereotypów, związanych ze starzeniem się w obecnych czasach nie jest prawdziwa. C. Honore walczy też z obrazem seniorów, znanym chociażby z reklam, kiedy to pokazani są oni jako osoby potrzebujące wyłącznie masy leków, a do szczęścia wystarczają im wnuki, ewentualnie jeszcze gotowanie. Wskazuje na to, że obecni seniorzy podóżują, uprawiają sport, spotykają się w gronie znajomych, a część z nich jest stale aktywna zawodowo i zajmuje eksponowane stanowiska. Książka pozwala jednoczesnie oswoić się z upływem czasu.   

      Największym atutem "Siły wieku" są przykłady osób, które w zaawansowanym czy nawet bardzo już zaawansowanym wieku osiągnęły sukces. Są to i postacie historyczne i współczesne, a z tych ostatnich większość jest znana, wiadomo więc, że opisywane fakty nie są wymysłem autora. Sukces niekoniecznie musi być czymś wielkim, opisywanym w mediach, sukcesem jest coś, co powoduje, że życie nabiera sensu, staje się satysfakcjonujące i pożyteczne, a człowiek jest szczęśliwy. Może to być np. praca, wolontariat, hobby, wejście w związek itp. itd. C. Honore pokazuje, że osiagnięcie starszego wieku nie musi oznaczać ubrania się w ohydne, szaro - bure ciuchy i  bawienia wnuków. Jeśli ktoś chce, to oczywiście niech bawi te wnuki, ale nie może to być przymusem i jedyną alternatywą. Muszę przyznać, że gdy czytam książki, oglądam dzieła sztuki albo filmy, czy słucham muzyki, to z reguły nie interesuję się tym, w jakim wieku w chwili tworzenia byli twórcy wielu znanych dzieł. Gdy o tym poczytałam w "Sile wieku", to byłam w totalnym szoku.   

    Książka z jednej strony nie jest specjalnie odkrywcza. To o czym jest mowa, jest przecież znane. Każdy przecież wie, że warto dbać o kontakty towarzyskie, warto się ruszać i dbać o zdrowie. Teoretycznie każdy wie, że w każdym wieku można wiele osiągnąć. Ale w praktyce jednak pojawiają się, nazwę to blokady myślowe i mimo świadomości, że patrząc obiektywnie coś jest możliwe, ludzie gdzieś wewnątrz czują, że jednak w praktyce jest inaczej. Przykładowo znajoma 28 - latka, która ze mną pracuje, wspomniała ostatnio, że ona to już nigdy nie wyjdzie za mąż, bo w tym wieku to już jest za późno, aby kogoś poznać, bo najlepiej to jest szukać kogoś na studiach, a potem to już się  nie da.  

   Zebranie więc wszelkich możliwych stereotypów i rozprawienie się z nimi jest więc jednak czymś potrzebnym. Bo niemal każdy w większym lub mniejszym stopniu stereotypom ulega, a jednocześnie niemal każdy dalej te stereotypy przekazuje i je utwierdza, zatruwając przy tym życie i sobie i innym. Bo potem inni nawet podświadomie będą uważać, że skoro mają już 30, 40 50 czy więcej lat, to muszą się powoli wycofywać z życia. 

     Autor ma oczywiście świadomość, że ze starością wiążą się jednak często mało przyjemne aspekty, skupia się jednak celowo na czymś innym, właśnie na pozytywach. Skupia się głównie na doświadczeniu życiowym seniorów, ich mądrości, dużej ilości wolnego czasu, postępie medycyny, technologii itp. Nie znam innej porównywalnej książki na ten temat, w której senior pokazany byłby nie jako ktoś potrzebujący opieki, ale jako ten, który może być aktywnym zdobywcą, spełniającym marzenia. No i poza tym jeszcze C. Honore nawołuje, aby każdy podjął walkę z ageizmem, czyli dyskryminowaniem starszych i starszego wieku. Książka może być idealnym prezentem dla seniora, z pewnością poprawi mu humor.
4/6

piątek, 15 maja 2020

Lilian Jackson Braun "Kot, który przyszedł na śniadanie" tom 16 cyklu

     Kocham serię z Qwillem.  Chyba w ogóle tak jest z cyklami kryminalnymi, że czytamy te, których bohater po prostu się nam podoba i którego lubimy. W przypadku Qwilla dochodzi jeszcze taki aspekt, że on ma pewne cechy, które są bardzo rzadkie i które można podziwiać, albo nawet można ich pozazdrościć, jednocześnie wiedząc, że mało kto je ma.  

    Qwill jako dziennikarz ma umiejętność nawiązywania kontaktu z obcymi ludźmi, bez względu na ich pozycję społeczną czy charakter. Chociaż wyśmienicie czuje się w szarej codzienności, gdy raz na jakiś czas gdzieś wyjedzie, odnajduje się w tym nowym miejscu rewelacyjnie i nie ma żadnego problemu z adaptacją. Jak zawsze ma przy sobie 2 koty, może liczyć na wypróbowanych, starych i nowych przyjaciół. Zawsze coś czyta, a w tym tomie zmierzył się z problemem ekologii, sercem i duszą będąc oczywiście po stronie przyrody. 

    Otóż jego przyjaciel Nick z żoną stali się właścicielami pensjonatu na Wyspie Śniadaniowej, dość szybko jednak turystów zaczęły dosięgać różne wypadki, np. zatrucie, skręcenie nogi, utopienie się itp. Na wyspie toczyła się walka dewelopera, chcącego zabudować wszystko, co możliwe i miejscowych, którzy oczywiście chcieli, aby wyspa na której z reguły mieszkali  od urodzenia, nie zamieniła się w zabetonowane siedlisko turystów. Zachodziło podejrzenie, że może za tymi wypadkami stoją autochtoni. Qwill na prośbę Nicka udał się z kotami na wyspę, aby zbadać sytuację, kiedyś był przecież dziennikarzem śledczym. Na miejscu napisał nawet satyrę na masową turystykę, w której zaatakował chytrość turystów, obżarstwo i spędzanie czasu, zorganizowane co do niemal minuty przez organizatora.  Satyra jest naprawdę wyśmienita. 

     Jak zwykle w tym cyklu w każdym tomie pojawiają się nowe postacie, a tym razem jest to Elizabeth, młoda dziewczyna uzależniona totalnie od toksycznej matki, a fascynująca się ziołami i numerologią. Usiłowała nawet numerologią zainteresować Qwilla, twierdząc że w cyfrach jest element magiczny. Qwill zaś miał okazję, aby w nowym miejscu rozwinąć swoje umiejętności i nawiązać nowe kontakty, co udało mu się idealnie, a co czytelnik może zaobserwować. 

     Nie brakuje oczywiście różnych scenek z kotami Koko i Yum Yum, dla miłośników kotów zawsze jest to atrakcja. Tym razem koty z racji wyjazdu musiały przeżyć podróż, w tym płynięcie jachtem, a potem zamieszkanie w małym domku, w którym brakowało im powierzchni do biegania. A co najgorsze, to dostawały jedzenie, które im nie smakowało i to był naprawdę wielki problem. 

    Na wyspie pojawia się też i przyjaciel Qwilla z lat szkolnych, z którym razem pracują w lokalnej gazecie, a z którym przyjaźnią się od czasów szkolnych, czyli od około 50 lat. Pokazane jest i to nie pierwszy raz, że panowie nie zawsze się ze sobą zgadzali, ale żaden nie chciał zmieniać drugiego na siłę. Niekiedy nawet prawili sobie drobne złośliwości, ale w razie potrzeby zawsze mogli na siebie liczyć. 
    Jak zawsze, na książkach z Qwillem się nie zawiodłam.
5/6


wtorek, 12 maja 2020

Andrea Camilleri "Cierpliwość pająka" - cykl z komisarzem Montalbano tom 8




    "Cierpliwość pająka" oceniam jako nietypowy, ale wyśmienity tom z serii z komisarzem Montalbano. Komisarz próbuje ustalić sprawców porwania, wydarzenia toczą się szybko, a jego prywatne problemy są na drugim planie. Pod względem intrygi kryminalnej jest to chyba najlepszy tom z serii, dotychczas czytałam poszczególne tomy bardziej z uwagi na komisarza, niż dla zagadek. Tutaj tropy związane z zagadką są wyśmienicie poprowadzone i powinny zadowolić każdego miłośnika kryminałów. 

   Tym razem motywem sprawców jest zemsta, tylko i wyłącznie zemsta. Mściciele przypominają tytułowego pająka, który cierpliwie i spokojnie tka swoją sieć i czeka na ofiarę. Jak pisze Camilleri "Namiętnej nienawiści, tak jak i namiętnej miłości, nie mogą zatrzymać nawet rozpacz i łzy kogoś, kto w niczym  nie zawinił". W tym przypadku porwano młodą, ale dorosłą dziewczynę, mieszkającą z obłożnie chorą matką i z ojcem. Porywacze zażądali astronomicznej sumy, na którą rodziny w żadnym razie nie było stać. Jak się okazuje, zemsta jest wyłącznym motywem działania sprawców, żądanie pieniedzy zaś pada, bo inaczej sytuacja wyglądałaby niewiarygodnie, pieniądze zaś zamierzali oni po prostu rozdać innym osobom. Intryga jest naprawdę mocno wciągająca. 

   Zupełnie nietypowo dzieje się w życiu komisarza, otóż całość rozpoczyna się od tego, że przebywa on w domu na zwolnieniu po postrzale. Był w szpitalu, jego życie było zagrożone, przejechała do niego Livia. Montalbano będąc bliski śmierci zaczął nawet myśleć o testamencie, którego nigdy nie napisał. Zrobił takie błyskawiczne podsumowanie życia pod kątem najbliższych mu osób. Ponieważ formalnie był starym kawalerem, w dodatku bezdzietnym, kwestia dziedziczenia nie była prosta, a nie chciał, aby majątek przejął jakiś daleki kuzyn. Myślę, że w trakcie czytania w momencie, gdy mowa jest o tym testamencie, każdemu czytelnikowi, też nasunie się myśl, jak to byłoby w jego przypadku. Lektura nie jest więc pozbawiona chwili zastanowienia. Komisarz za najbliższe mu osoby uznał na pierwszym miejscu partnerkę, Livię, na drugim dosyć tajemniczą postać, określaną przez niego mianem "syna, który nie jest synem" i przyjaciela z pracy, Catarellę. Co do tego ostatniego, to nie przypuszczałam nawet, że do niego Montalbano jest  aż tak mocno przywiązany. Nie wiem, kim jest "syn, który nie jest synem", ale z pewnością kwestia ta była wytłumaczona we wcześniejszych tomach, które w tej chwili w wersji papierowej w normalnych cenach nie są dostępne. Rozmyślania o testamencie absolutnie nie są długie, nikogo więc nie zdołują.   

    W tym tomie nie ma wielu opisów smakowitych dań, które Montalbano jadał. Gdy wprowadziła się Livia, gosposia będąca świetną kucharką, przestała przychodzić, uznając się za chwilowo zwolnioną z obowiązków. A że Livia nie potrafiła dobrze gotować, Montalbano musiał zadowolić się daniami typu oliwki, figi i ser owczy. Na restauracje tym razem nie miał za wiele czasu, podobnie jak i na czytanie. Wspomniane są jednak "Przemiany" Owidiusza, pojawia się "Rada Egiptu", autorstwa Leonarda Sciascii. Gdy zainteresowałam się tą pozycją, odnalazłam, że w magazynie "Prace literackie" jest dostępny artykuł o literackich zainteresowaniach Montalbano pt. "Policjant erudyta. O literackich kontekstach w cyklu powieści kryminalnych o komisarzu Andrei Montalbano". Zawsze zwracam uwagę na to, co Montalbano czyta, to jeden ze smaczków cyklu. 

   No i na koniec po raz kolejny Camilleri po raz kolejny dał się poznać jako znawca psychiki ludzkiej. Gdy komisarz żegnał już wyjeżdżającą Livię, na lotnisku poczuł, że z jednej strony już za nią  tęskni, a z drugiej uczył ulgę, że znowu będzie mógł być sam. I ku swojemu zaskoczeniu na twarzy Livii zobaczył, że ona również nie tylko żałuje, że musi wyjechać, ale że także się i z tego powodu równocześnie cieszy. Camilleri nie myśli schematami i nie upraszcza wszystkiego, za to go też lubię.
5/6
  

niedziela, 10 maja 2020

Jacek Żakowski, Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki "Rozmowy o Evereście"

    Audiobook przerósł moje oczekiwania, a zdarza się to rzadko. Spodziewałam się po prostu relacji z wyprawy sprzed 40 lat spisanej   niemal na bieżąco, bo krótko po powrocie himalaistów, ewentualnie jeszcze dodatku w postaci wprowadzenia do nowego wydania. Okazało się, że jest to jednak coś więcej. Zasadnicza część książki to rzeczywiście tekst pierwotny, ale jest jeszcze obszerny wstęp, napisany współcześnie, a ponadto w trakcie czytania też zdarzają się drobne komentarze, formułowane już z perspektywy czasu, który upłynął.  


  Nie będę oczywiście streszczać opisu wyprawy, ale skupię się na tym, co z całej opowieści wydało mi się najbardziej godne uwagi, a były to kwestie psychologiczne. Opowiadając o uczestnikach wyprawy, rozmówcy zwrócili uwagę na to, że część z nich była ryzykantami, część zaś cechowała rozwaga i zachowawczość. Ci bardziej zachowawczy starali się tłumaczyć tym brawurowym, żeby nie przesadzali z ryzykiem, że życie ludzkie jest najważniejsze, że w razie niebezpieczeństwa lepiej jest zawrócić. Jednym z tych zachowawczych himalaistów, właściwie najbardziej zachowawczym  był Zygmunt Heinrich ps. "Zyga". L. Cichy i K. Wielicki w pierwotnym tekście komentowali, że "Zyga" ma szanse dożyć starości i że przy takim podejściu, jeśli nie stanie się nic nadzwyczajnego, w górach nic mu nie grozi. No i dodali już, że jednak 40 lat temu nie mieli racji, że "Zyga" jednak zginął w górach. Sprawdziłam, otóż 9 lat później gdy był z wyprawą znów pod Everestem, spadła na nich lawina i zabiła 5 osób. Nasunęły mi się porównania chociażby z wojną, nie było wówczas żadnej reguły, ginęli i odważni i zachowawczy, a przeżywali zarówno ci, co się nie narażali, jaki i ci, co działali w podziemiu i walczyli w powstaniu. Regułą był brak reguły. Ciekawe obserwacje można też prowadzić i teraz, gdy trwa epidemia. Jedni zabezpieczają się wszelkimi możliwymi sposobami, noszą maseczkę i przyłbicę, rękawiczki, a to też sporadycznie, bo generalnie starają się w miarę możliwości nie wychodzić z domu. Inni stosują minimum z minimum zabezpieczeń. A czas pokaże, jak to się dla kogo skończy. 

    Innym ciekawym aspektem była determinacja w dążeniu do celu, co w teorii brzmi banalnie, a w praktyce jest jednak poważnym problemem. W 1980 r. Everest uchodził za niemożliwy do zdobycia zimą, tak twierdził też pierwszy zdobywca szczytu E. Hillary. Nasi himalaiści jechali więc z misją, że spróbują dokonać niemożliwego, bariera psychologiczna była więc potężna. Parę dni przed tym, jak Cichy i Wielicki szczyt zdobyli, inna dwójka naszych wspinaczy z tej samej wyprawy miała wierzchołek  "w zasięgu ręki". Warunki były całkiem dobre, oni byli zdrowi i nie zdarzyło się nic szczególnego, co uniemożliwiałoby podjęcie ataku. Byli zaopatrzeni we wszystko, co możliwe. I doszli do niższego wierzchołka południowego, a następnie ... zawrócili. Fragment rozmowy z książki dotyczy też właśnie tego epizodu. Było to irracjonalne, ale widocznie tamci tak naprawdę nie wyobrażali sobie tego, że to oni mogą być pierwszymi zimowymi zdobywcami szczytu. Takiego problemu na szczęście nie mieli Cichy i Wielicki. 
   Ciekawe są też rozdziały o Cichym i Wielickim, gdy Żakowski rozmawia tylko z jednym rozmówcą o jego życiu. Wówczas można zauważyć niestandardowość postaci już od wczesnej młodości. Przykładowo Wielicki uległ wypadkowi podczas wspinaczki, miał gips i gorset i położono go do szpitala. Po stosunkowo krótkim czasie chyba 2 tygodni opuścił szpital mimo zakazu lekarzy, gorset sam zdjął i pojechał potem na wspinaczkę. Myślę, że każdy czytelnik po przeczytaniu czy odsłuchaniu książki znajdzie dla siebie jeszcze inne , równie ciekawe aspekty rozmowy. 


     Nie podzielam natomiast zachwytu nad wykonaniem audiobooka. Żakowski jest doświadczonym dziennikarzem, zarówno piszącym jak też występującym w radiu i telewizji, on podczas czytania wypada naprawdę dobrze. Z Cichym i Wielickim jest dużo gorzej. Problem z poprawną dykcją jest najmniejszy. Himalaiści wyszli najprawdopodobniej z zalożenia, że to oni zdobyli szczyt, to oni w 1980r. udzielili wywiadu i że odczytanie swoich wypowiedzi nie będzie żadnym problemem. Podczas luźnej rozmowy z pewnością sprawdziliby się doskonale. Ale czytają fatalnie, sztucznie. Dochodzą np. do końca strony, gdzie wyraz jest przedzielony i kończą pauzą w połowie tego wyrazu, przez co zdanie staje się mało czytelne. Potem gdy przewrócą kartkę zaczynają od tej połówki przerwanego słowa. Wykonanie było dla mnie tak złe, że podczas pierwszego rozdziału zastanawiałam się, czy w ogóle będę w stanie dotrwać do końca i czy nie lepiej byłoby, gdybym przerwała słuchanie. Ale można jednak przyzwyczaić się i do tego. A z pewnością było warto.
5/6